Noc i ciemność - Agata Christie - ebook

Noc i ciemność ebook

Agata Christie

4,1

Opis

Bogatą Amerykankę Ellie i lekkomyślnego utracjusza Michaela połączyła miłość od pierwszego wejrzenia. Nikt więc nie przejmuje się mezaliansem i klątwą. A przecież gdyby posłuchano rad starej cyganki, zamiast kilku zgonów mielibyśmy romantyczny happy end. Wśród kandydatów na mordercę są: wdowiec, dama do towarzystwa, genialny architekt i prawnik rodziny – każdy równie oddany ofierze.

Jest nastrój, wiarygodny portret psychopaty, autorka gra z czytelnikiem fair play, nic zatem dziwnego, że to jedna z najbardziej cenionych książek Agaty Christie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
Endless Night
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Projekt okładki
ANNA DAMASIEWICZ
Fotografie na okładce
© Eric Isselée / Depositphotos.com
© Tatiana Arzhanova / Depositphotos.com
Redakcja
DARIA DEMIDOWICZ-DOMANASIEWICZ
Korekta
AGNIESZKA PORĘBSKA
Redakcja techniczna
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Endless Night Copyright © 1967 Agatha Christie Limited. All rights reserved.
AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature are registered trade marks
of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. The Agatha Christie
Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited. Used by permission.
All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMII, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5355-5
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
C z ę ś ć   p i e r w s z a
ROZDZIAŁ PIERWSZY

„U mojego początku jest mój kres...”[1] Tak mówią. To cytat. Brzmi ładnie, ale co właściwie znaczy?

Czy kiedykolwiek możemy wskazać palcem i stwierdzić: „To zaczęło się właśnie wtedy, w tamtym miejscu, od tamtego wydarzenia”?

Może początku mojej historii należy szukać w dniu, kiedy to ujrzałem na ścianie pubu Pod Świętym Jerzym i Smokiem zapowiedź przetargu posiadłości o nazwie Wieże. Przeplatały się tam liczby podające akry i mile, a opis Wież, mocno naciągnięty, pasował w najlepszym razie do okresu ich świetności, czyli czasów sprzed osiemdziesięciu, stu lat.

Nie miałem nic szczególnego do roboty, dla zabicia czasu wałęsałem się po głównej ulicy w Kingston Bishop, niczym niewyróżniającej się mieścinie. Traf chciał, że spojrzałem na anons o sprzedaży Wież. Przekleństwo losu? Uśmiech szczęścia? Można na to popatrzeć i tak, i tak.

Albo, powiecie, wszystko zaczęło się wtedy, kiedy poznałem Santonixa i wiodłem z nim długie rozmowy. Zamykam oczy i widzę jego płonące policzki, pałające oczy, ruch jego silnej, a zarazem delikatnej dłoni, kiedy kreśli plany i elewacje domów, a szczególnie jednego domu. Piękny dom, który cudownie byłoby mieć na własność!

Wtedy to zakiełkowała we mnie tęsknota. Zatęskniłem za wspaniałym domem, takim, na jaki nigdy w rzeczywistości nie mogłem mieć cienia nadziei. Rozkoszne marzenie, które snuliśmy wspólnie: Santonix zbuduje dla mnie dom, jeśli życia mu starczy...

Dom moich marzeń, w którym mieszkałbym ze swoją ukochaną, w którym, jak w bajce dla dzieci, żylibyśmy długo i szczęśliwie. Czysta fantazja, chimera, a jednak wyzwoliła we mnie falę tęsknoty. Tęsknoty za czymś, co było zupełnie nierealne.

Albo inaczej... Jeśli jest to historia miłosna – a przysięgam, że jest – dlaczego nie zacząć od chwili, kiedy po raz pierwszy ujrzałem Ellie stojącą w cieniu jodeł w Cygańskim Gnieździe?

Cygańskie Gniazdo. Tak, powinienem chyba jednak wrócić do tego momentu, gdy odwróciłem się od tablicy z ogłoszeniem, zadrżałem lekko, bo czarna chmura właśnie przesłoniła słońce, i od niechcenia zapytałem miejscowego wieśniaka, który w pobliżu niedbale przycinał żywopłot:

– Co to za dom te Wieże?

Wciąż widzę nieprzeniknioną twarz starego. Spojrzał na mnie spode łba i mruknął:

– My tu tak nie mówimy. A o co chodzi? – I po chwili burknął niechętnie: – Szmat czasu będzie, jak ktoś tam mieszkał i mówiło się Wieże. – Znowu się żachnął.

Zapytałem go, jakiej on w takim razie używa nazwy. Jego oczy w pomarszczonej twarzy spoglądały gdzieś poza mnie. Chłopi mają taki dziwny sposób rozmowy: nie zwracają się wprost do ciebie, ale patrzą ci przez ramię albo w bok, jakby widzieli coś, czego ty nie widzisz. Odparł:

– Tutaj powiadamy Cygańskie Gniazdo.

– Skąd się wzięła ta nazwa?

– Ano, krążą opowieści... nie wiem dokładnie. Jedni gadają to, drudzy tamto. – I dodał: – Zresztą co tu dużo mówić. Tam się zdarzają wypadki.

– Samochodowe?

– Różne. Teraz to przeważnie samochodowe. Paskudny zakręt, powiadam panu.

– No tak – rzekłem na to. – Skoro jest tam paskudny zakręt, trudno się dziwić, że tak często zdarzają się wypadki.

– Rada gminna ustawiła tam znak ostrzegawczy, ale to wszystko mało. Wypadki, jak były, tak są.

– No dobrze, ale co mają z tym wspólnego Cyganie? Znowu spojrzał w bok i odparł mętnie:

– Różnie gadają... Ale podobno kiedyś była to ziemia Cyganów. Wygnano ich, a oni rzucili na ziemię klątwę.

Roześmiałem się.

– Może pan się śmiać – rzekł. – Ale są miejsca wyklęte. Tacy miastowi cwaniacy jak pan nic o tym nie wiedzą. Ale my tutaj wiemy, że są miejsca wyklęte. I to jest właśnie takie miejsce. Dlaczego zginęli ludzie przy pracy w kamieniołomie? A stary Geordie, który obsunął się tam kiedyś po ciemku i skręcił kark?

– Był pijany? – podsunąłem.

– Może i był. Lubił się napić, nie powiem. Ale pijacy często się przewracają, i to paskudnie, a przecież nic im się nie dzieje. Tymczasem Geordie skręcił kark. Tam – pokazał za siebie na porośnięte sosnami wzgórze – w Cygańskim Gnieździe.

Tak, tak się chyba wszystko zaczęło. Wtedy był to dla mnie incydent bez znaczenia. Po prostu zapamiętałem go, i tyle. Myślę – oczywiście jeśli się porządnie zastanowię – że go sobie trochę podkoloryzowałem. Nie pamiętam, w jakim momencie – wcześniej czy później – zapytałem starego, czy w okolicy są jeszcze jacyś Cyganie. Odparł, że niewielu się teraz kręci. Policja ich zawsze przegania.

– Dlaczego nikt nie lubi Cyganów? – zagadnąłem znowu.

– Złodziejskie plemię! – prychnął, po czym spojrzał na mnie bacznie. – A pan może też jaki Cygan? – zapytał, mierząc mnie surowym wzrokiem.

Odparłem, że nic mi o tym nie wiadomo. Prawda, wyglądam trochę jak Cygan. Chyba dlatego zaintrygowała mnie nazwa Cygańskie Gniazdo. I kiedy tak stałem, uśmiechając się do starego wieśniaka, ubawiony naszą rozmową, przyszło mi do głowy, że może rzeczywiście mam w żyłach kroplę cygańskiej krwi.

Cygańskie Gniazdo. Ruszyłem krętą drogą, która wiodła z miasteczka pod górę, wijąc się pośród ciemnych drzew. Wreszcie stanąłem na wierzchołku wzgórza, skąd rozpościerał się wspaniały widok na morze i statki. Wtedy, jak to bywa w takich razach, pomyślałem sobie: „A gdyby Cygańskie Gniazdo było rzeczywiście moje?...”. Ot, tak mi po prostu przyszło na myśl... Kupa śmiechu...

Kiedy wracałem tą samą drogą koło żywopłotu, wieśniak rzucił w moją stronę:

– Jak pan chce spotkać Cyganów, to niech pan idzie do starej Lee. Mieszka w domu, który dostała od majora.

– Kto to taki ten major?

– No jakże, major Phillpot! – odparł zgorszony. Nie posiadał się z oburzenia, że zadaję takie pytania.

Domyśliłem się, że major Phillpot jest miejscowym bogiem. Stara Lee musiała być w jakiś sposób na usługach majora, a co za tym idzie, pod jego pieczą. Phillpotowie mieszkali tu zapewne przez całe życie i niewątpliwie wodzili rej w miasteczku.

Stary powiedział mi jeszcze na odchodnym:

– Ona mieszka w ostatnim domu, na samym końcu ulicy. Pewno będzie na dworze. Nie lubi siedzieć w czterech ścianach. Oni już tacy są, ci Cyganie.

Szedłem więc sobie, pogwizdując i rozmyślając o Cygańskim Gnieździe. Słowa wieśniaka wyleciały mi już niemal z pamięci, kiedy naraz ujrzałem wysoką czarną staruchę, która gapiła się na mnie zza żywopłotu. Domyśliłem się, że to właśnie stara Lee. Przystanąłem więc i odezwałem się do niej:

– Pani podobno wie wszystko o Cygańskim Gnieździe?

Popatrzyła na mnie spod rozczochranej czarnej grzywy i odparła:

– Trzymaj się od tego miejsca z daleka, młodzieńcze. Pamiętaj. Boś chłopak do rzeczy. A nic dobrego nikogo tam nie spotka. Nigdy.

– Cygańskie Gniazdo wystawiono na sprzedaż.

– Tak, tak, ale tylko głupi je kupi.

– A są jacyś chętni?

– Jest jeden budowniczy. I są inni. Pójdzie za tani pieniądz. Zobaczysz.

– Dlaczego ma iść tanio? To piękna posiadłość.

Nie odpowiedziała.

– No dobrze – podjąłem. – Przypuśćmy, że jakiś budowniczy ją kupi. Za tani pieniądz. Co dalej?

Zachichotała pod nosem. Był to śmiech nieprzyjemny, złośliwy.

– Co dalej? Oczywiście zrówna z ziemią starą ruderę i zacznie się budować na nowo. Ale niech się buduje do woli, klątwa jak była, tak będzie.

Puściłem mimo uszu ostatnie słowa kobiety i powiedziałem zgodnie z własnym przeświadczeniem:

– Byłaby to szkoda. Wielka szkoda.

– Niech cię o to głowa nie boli. Z Cygańskiego Gniazda nie będą mieli pożytku ani ci, co je kupią, ani ci, co będą kłaść cegły i cement. Ktoś się obsunie z drabiny, rozbije się ciężarówka z ładunkiem, dachówka spadnie komuś z góry na łeb, zerwie się wichura i powyrywa drzewa. Zobaczysz! Nic dobrego z tego nie wyniknie. Trzymaj się z dala. Sam zobaczysz, zobaczysz... – I z przekonaniem kiwała głową. Po czym powtórzyła cicho, jakby do siebie: – Cygańskie Gniazdo nikomu szczęścia nie przyniosło. Tak jak nie przyniosło...

Roześmiałem się. Zareagowała gwałtownie.

– Nie śmiej się, chłopcze. Bo może niezadługo twój śmiech w płacz się obróci. To pechowe miejsce. I ten dom, i cała ta ziemia.

– Co tam się stało? – spytałem. – Dlaczego dom był tak długo niezamieszkany? Dlaczego popadł w taką ruinę?

– Ci, co mieszkali w nim ostatni, pomarli. Wszyscy co do jednego.

– Jak umarli? – Nie mogłem się powstrzymać od pytania.

– Lepiej do tego nie wracać. Dość że nikt już potem nie chciał tam zamieszkać. Dom zostawiono na pastwę losu, zbutwiał i zgnił. Teraz nikt już o nim nie pamięta. I tak jest najlepiej.

– Ale pani może mi opowiedzieć. Pani przecież wie o nim wszystko – przypochlebiałem się.

– Nigdy nie biorę na język Cygańskiego Gniazda, zapamiętaj. – I nagle zmieniła ton. Mówiła teraz fałszywym, proszącym głosem jak żebraczka. – Powróżyć, kochanieńki, powróżyć... Włóż mi do ręki srebrną monetę, a powiem ci, co cię czeka. Widzę po tobie, że daleko możesz zajść w życiu.

– Wróżby to brednie – stwierdziłem. – Zresztą nie mam srebrnych monet. W każdym razie na zbyciu.

Zbliżyła się i podjęła przymilnie:

– Sześć pensów starczy. Tylko sześć pensów. Powiem ci za szóstaka. Co to za pieniądz? Śmieszny pieniądz. Powróżę ci za szóstaka, boś ładny chłopak, wygadany, i masz podejście do ludzi. Możesz zajść daleko.

Wyjąłem w końcu z kieszeni sześciopensówkę, nie dlatego, że wierzyłem w te głupie przesądy, ale dlatego, że z jakiegoś powodu czułem sympatię do starej oszustki, którą przejrzałem na wylot. Zgarnęła monetę i powiedziała:

– Daj mi rękę. Obie ręce.

Ujęła moje dłonie w swoje, stare i zwiędłe, po czym przyglądała im się chwilę w skupieniu. Raptem wypuściła je gwałtownie, niemal odepchnęła od siebie. Cofnęła się o krok i zawołała ostrym głosem:

– Wiesz, co masz robić? Zostaw Cygańskie Gniazdo w spokoju, bierz nogi za pas, teraz, zaraz, i niech twoja stopa tu więcej nie postanie. Dobrze ci radzę. Nigdy tutaj nie wracaj!

– Dlaczego? Z jakiego powodu?

– Bo czeka cię tu tylko rozpacz, niebezpieczeństwo, zguba. Zgryzota, ciężka zgryzota. Ot, co cię czeka. Zapomnij o tym miejscu. Ostrzegam cię.

– Przecież...

Kobieta jednak już się odwróciła i szła w kierunku domu. Wreszcie zniknęła wewnątrz, zatrzasnąwszy za sobą drzwi. Nie jestem przesądny. Wierzę w szczęście, to jasne, każdy wierzy. Ale nie w brednie o starych domach, na których ciąży klątwa. Mimo to odniosłem przykre wrażenie, że złowieszcza starucha rzeczywiście wyczytała coś z mojej ręki. Odwróciłem dłonie i przyglądałem im się badawczo. Co można wyczytać z ręki? Takie wróżby to wierutna bzdura, chwyt mający na celu wyłudzenie pieniędzy, żerowanie na ludzkiej naiwności. Spojrzałem w niebo. Słońce zniknęło, dzień wydawał się zupełnie inny niż przedtem. Legł na nim jakiś cień, w powietrzu wisiała groźba. Jakby nadchodziła burza, pomyślałem. Zerwał się wiatr, zatargał drzewami, liście poruszały się z szelestem. Dla dodania sobie otuchy pogwizdywałem, idąc ulicą miasteczka.

Spojrzałem jeszcze raz na ogłoszenie. Zanotowałem sobie nawet datę przetargu posiadłości. Nigdy nie brałem udziału w takiej licytacji. Postanowiłem przyjechać. Byłem ciekaw, kto kupi Wieże. Inaczej mówiąc, kto zostanie właścicielem Cygańskiego Gniazda. Tak, chyba tak się to właśnie zaczęło... Uległem fantastycznemu marzeniu. Przyjadę, wcielę się w człowieka, który zabiega o Cygańskie Gniazdo. Stanę do licytacji z miejscowymi inwestorami. Odpadną, zawiedzeni, że cena wzrosła.

Kiedy już zostanę właścicielem, pójdę do Rudolfa Santonixa i powiem mu: „Zbuduj mi dom. Miejsce już mam”. Potem spotkam dziewczynę, wspaniałą dziewczynę, i będziemy żyć razem długo i szczęśliwie.

Tego rodzaju marzenia snułem często. Nic z nich oczywiście nie wynikało, ale sprawiały mi radość. Radość! Mój Boże! Gdybym był wiedział!

[...]

Przypisy
[1] J.S. Eliot, East Coker, przeł. W. Dulęba