Niepoukładani - Niepoczytalni – Grupa literacka - ebook

Niepoukładani ebook

Niepoczytalni – Grupa literacka

0,0

Opis

Ludzie spędzają życie na budowaniu relacji. Czasem układają się w związki za sprawą przypadku lub szczęśliwego zrządzenia losu,

innym razem się zdaje, że połączenia dokonał sam diabeł.

Czasem wspólna droga jest tą jedyną właściwą. Zdarzają się też relacje z gruntu złe i takie, na których smutne zakończenie trzeba zapracować – brakiem lub nadmiarem. Niektóre związki potrzebują ruchu i gwaru, inne kwitną w leniwej ciszy.

Jednym marzy się bezpieczna przewidywalność, innym – ciągłe i dramatyczne zwroty akcji.

Czasem partnerzy gubią się w codzienności. Zapominają znaczenia podstawowych słów i gestów. Nie potrafią rozpoznać, kiedy potrzebują więcej przestrzeni, a kiedy więcej człowieka. Jedno jest pewne: młyn wzajemnych zależności nigdy nie przestaje się kręcić.

 

Autorzy grupy literackiej Niepoczytalni wracają z trzecim zbiorem opowiadań. Zaglądają w miejsca, gdzie związki przestają być przewidywalne. Znajdziecie tu miłość – tę gorącą i tę wystygłą; przyjaźń, która trwa mimo wszystko lub zawodzi w najtrudniejszym momencie; wierność i jej zaprzeczenie. I wszystko to, co z tego wynika.

 

To opowieści o nas – niepoukładanych, czasem zagubionych, jednak wciąż poszukujących połączenia z drugim człowiekiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 365

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kamila Ciołko-Borkowska

Dziewczynka na ławce

Pa­weł ro­zej­rzał się do­oko­ła, wdy­cha­jąc głę­bo­ko rześ­ki za­pach po­ran­ka. Uwiel­biał spa­ce­ry przed świ­tem. Świat do­pie­ro bu­dził się do ży­cia i je­dy­ne, co go ota­cza­ło, to ci­sza i pięk­no. Jesz­cze ni­g­dy się nie zda­rzy­ło, żeby pod­czas po­ran­nych spa­ce­rów spo­tkał ko­go­kol­wiek. Za­zwy­czaj prze­mie­rzał tę samą tra­sę i cie­szył się sa­mot­no­ścią. Nie po to się prze­pro­wa­dzał, wręcz ucie­kał do Nor­we­gii, żeby pchać się w kon­tak­ty z ludź­mi. Z dru­giej stro­ny, to nie było tak, że za­wsze uni­kał in­nych. Nie. Lu­bił to­wa­rzy­stwo i na­wet na­wią­zał re­la­cje z są­sia­da­mi, jed­nak był ty­pem sa­mot­ni­ka.

Póki żyła jego żona Anna, byli za­wsze oto­cze­ni zna­jo­my­mi. Te­raz, gdy zo­stał sam, czuł się tak, jak­by jego uko­cha­na za­bra­ła ze sobą eks­tra­wer­tycz­ną część jego oso­bo­wo­ści. Za­mknął się w so­bie i na­wet gdy dzwo­ni­ło któ­reś z dzie­ci, to roz­mo­wa trwa­ła nie dłu­żej niż dzie­sięć mi­nut. Ko­chał swo­je la­to­ro­śle i mar­twił się o nie, do­szedł jed­nak do wnio­sku, że nad­szedł czas ego­izmu, i gdy tyl­ko upo­rząd­ko­wał swo­je spra­wy praw­ne, prze­pro­wa­dził się do Amot. Po dłu­gich i nie­prze­spa­nych no­cach w wiel­kim i pu­stym miesz­ka­niu zro­zu­miał, że nie wy­trzy­ma sa­mot­no­ści w miej­scu, w któ­rym każ­de zia­ren­ko pia­sku przy­po­mi­na mu o An­nie.

W Nor­we­gii zna­lazł się przez przy­pa­dek. Nie pla­no­wał tego, że jego prze­pro­wadz­ka bę­dzie do­ty­czy­ła rów­nież zmia­ny kra­ju. Pier­wot­nie za­mie­rzał prze­nieść się tyl­ko do in­ne­go wo­je­wódz­twa. Oka­za­ło się jed­nak, że jego zna­jo­my wra­cał do Pol­ski i za­ofe­ro­wał mu swo­je miesz­ka­nie. Naj­pierw w żar­tach, jed­nak z bie­giem cza­su po­mysł na­brał bar­dziej re­al­nych kształ­tów. W koń­cu tak się wszyst­ko po­to­czy­ło, że oto on, Pa­weł Ró­żań­ski, spa­ko­wał w jed­ną wa­liz­kę swój do­by­tek i cał­kiem zmie­nił swo­je ży­cie. De­cy­zję uła­twił fakt, że bar­dzo do­brze po­słu­gi­wał się an­giel­skim. Do­pie­ro po przy­lo­cie na miej­sce uzmy­sło­wił so­bie, dla­cze­go dzie­ci pu­ka­ły się w czo­ło, gdy mó­wił im, co zro­bi. Trud­no. Niech na­zy­wa­ją to, jak chcą. Niech my­ślą, że zwa­rio­wał na sta­rość. Niech mó­wią, że po śmier­ci mat­ki stał się nie­od­po­wie­dzial­ny.

Wra­cał już, gdy na ław­ce nad rze­ką za­uwa­żył po­stać: drob­ną, zgar­bio­ną, drżą­cą – naj­pew­niej z zim­na. Ubra­na była tyl­ko w spodnie i cien­ki t-shirt, a wio­sen­ne po­ran­ki w Nor­we­gii nie na­le­ża­ły do naj­cie­plej­szych.

Spoj­rzał na ze­ga­rek – była pią­ta dwa­na­ście. Sta­nął na mo­ment, przy­glą­da­jąc się nie­zna­jo­me­mu. Miał dwa wyj­ścia. Mógł za­wró­cić i przejść górą, prze­ci­na­jąc far­mę sta­re­go Gre­ena. Gdy­by wy­brał tę opcję, nie prze­szka­dzał­by oso­bie, któ­rą wła­śnie zo­ba­czył. Prze­cież je­że­li wy­cho­dzi się z domu o tak wcze­snej po­rze, to na pew­no nie po to, by imi­grant w wie­ku eme­ry­tal­nym py­tał, czy wszyst­ko jest tak jak trze­ba. Mógł też, po­mny nauk żony, po­dejść i za­py­tać, czy wszyst­ko w po­rząd­ku.

Czuł się nie­swo­jo, roz­my­śla­jąc nad tym, któ­re z roz­wią­zań wy­brać w tym mo­men­cie. Nie lu­bił tego uczu­cia – po­wo­do­wa­ło dys­kom­fort psy­chicz­ny, a tego wo­lał uni­kać.

Nie mógł się zde­cy­do­wać, co ro­bić. Już pra­wie po­sta­no­wił skrę­cić w stro­nę far­my są­sia­da, gdy uświa­do­mił so­bie, że nie prze­kre­śli cał­ko­wi­cie prze­ko­nań i nauk wpo­jo­nych mu w dzie­ciń­stwie przez mat­kę i sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nych przez uko­cha­ną żonę w do­ro­słym ży­ciu. W koń­cu przez całe mał­żeń­stwo tak czę­sto sły­szał, że każ­dy za­słu­gu­je na to, by wy­cią­gnąć do nie­go po­moc­ną dłoń, że nim się spo­strzegł, fak­tycz­nie sta­ło się to wy­znacz­ni­kiem jego re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi. Na­wet te­raz, gdy był da­le­ko od daw­ne­go ży­cia, po­stę­po­wał we­dług tego przy­ka­za­nia.

Wes­tchnął ża­ło­śnie, wzru­szył ra­mio­na­mi i skie­ro­wał się w stro­nę ław­ki. Szedł po­wo­li, nie przy­spie­sza­jąc kro­ku, a kie­dy zbli­żył się wy­star­cza­ją­co do­strzegł, że sie­dzi tam dziew­czyn­ka. Co dziec­ko robi sa­mot­nie nad rze­ką? O tak wcze­snej po­rze? Szedł da­lej, na­wet gdy dziew­czyn­ka, usły­szaw­szy jego kro­ki na szu­tro­wej ścież­ce, zgar­bi­ła się jesz­cze bar­dziej. Pod­szedł i spy­tał naj­de­li­kat­niej, jak umiał:

– Prze­pra­szam, czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza.

„Może mnie nie ro­zu­mie?” – prze­le­cia­ło mu przez myśl. Po chwi­li jed­nak usły­szał gło­śne po­cią­gnię­cie no­sem. Dziew­czyn­ka wy­tar­ła czer­wo­ny już i tak nos wierz­chem dło­ni. Spoj­rza­ła na nie­go za­pła­ka­ny­mi błę­kit­ny­mi oczy­ma i bez prze­ko­na­nia po­ki­wa­ła gło­wą.

– Tak, dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła.

– Czy mogę się do­siąść? – Nie dał za wy­gra­ną, choć jego we­wnętrz­ne ja prze­kli­na­ło go.

Wie­dział, że sy­tu­acja jest co naj­mniej nie­sto­sow­na. Obcy star­szy męż­czy­zna i dziec­ko na pu­stej szu­tro­wej ścież­ce. Zresz­tą o tej po­rze po­wi­nien już kie­ro­wać się do domu, gdzie cze­ka­ły bu­ja­ny fo­tel i pysz­na kawa. Po co ma pchać się do jej ży­cia? Prze­cież pa­mię­ta, jak cięż­ko było prze­żyć z jego dzieć­mi w tym wie­ku. Nie zwa­rio­wał tyl­ko dzię­ki temu, że miał Annę za­wsze pod ręką. W koń­cu jego we­wnętrz­ne ja prze­gra­ło z wpo­jo­ny­mi na­uka­mi mo­ral­ny­mi.

– Tak, pro­szę… – usły­szał, po czym na­stą­pi­ło po­now­ne gło­śne po­cią­gnię­cie no­sem, wy­tar­cie go wierz­chem dło­ni i roz­tar­cie na twa­rzy łez, któ­re za­le­wa­ły już całą twarz.

Pa­weł usiadł na dru­gim koń­cu ław­ki, oparł się i spoj­rzał na dziew­czyn­kę. Mo­gła mieć dzie­sięć, no może trzy­na­ście lat. Blond wło­sy ucie­ka­ły wręcz ze sple­cio­ne­go na gło­wie war­ko­cza, się­ga­ją­ce­go jej do po­ło­wy ple­ców. Pie­go­wa­tą twarz mia­ła mo­krą od łez, a chu­de ra­mio­na drża­ły, nie tyl­ko z po­wo­du pła­czu. Było jej zim­no, si­ny­mi dłoń­mi roz­cie­ra­ła zmar­z­nię­te ręce. Sie­dząc po tu­rec­ku, sta­ra­ła się nie po­ka­zy­wać nie­zna­jo­me­mu, w ja­kim sta­nie się znaj­du­je. Ale on do­sko­na­le wie­dział, że za­la­na łza­mi i cała za­smar­ka­na dziew­czyn­ka była czymś bar­dzo wstrzą­śnię­ta. Pa­mię­tał wła­sną có­recz­kę, któ­ra znaj­do­wa­ła się w ta­kim sta­nie przy­naj­mniej kil­ka razy w mie­sią­cu, i każ­dy taki epi­zod ozna­czał dla niej ko­niec świa­ta. Tę­sk­nił bar­dzo za tam­tą dziew­czyn­ką, za swo­ją ma­lut­ką Emil­ką. Tak bar­dzo róż­ni­ła się od do­ro­słej już Emi­lii.

Po­czuł w tej chwi­li ocho­tę na przy­tu­le­nie swo­je­go naj­star­sze­go dziec­ka. Prze­wi­nę­ły mu się przed oczy­ma ob­ra­zy z prze­szło­ści: pierw­szy dzień w domu, kie­dy Ania do­pie­ro co wró­ci­ła ze szpi­ta­la po­łoż­ni­cze­go, lęk przed wzię­ciem nie­mow­lę­cia na ręce, racz­ku­ją­ca istot­ka i nie­kom­plet­ny uśmiech pierw­szo­kla­sist­ki. Przy­siągł­by, że na­praw­dę sły­szy głos cór­ki: „Wy­żej! Tato!”, gdy pod­rzu­cał ją do góry. Po­czuł pie­ką­ce łzy i szyb­ko za­mru­gał ocza­mi. Po­now­nie po­pa­trzył na dziew­czyn­kę sie­dzą­cą obok. Na­wet nie zwró­ci­ła na nie­go uwa­gi.

– Chy­ba jest ci zim­no, co? Mogę dać ci blu­zę – zwró­cił się do niej.

– Nie, nie trze­ba, dzię­ku­ję. – Spoj­rza­ła na nie­go, a jej błę­kit­ne, za­pła­ka­ne oczy wy­da­wa­ły się błysz­czeć. – Wte­dy pan bę­dzie marzł.

– Nie mów głupstw. Zgrza­łem się pod­czas spa­ce­ru. I tak mu­sia­łem ją zdjąć. – Na do­wód wy­cią­gnął w jej kie­run­ku rękę, w któ­rej trzy­mał lek­ką blu­zę spor­to­wą w ko­lo­rze zgni­łej zie­le­ni. – Pro­szę, weź.

Wi­dać było, że dziec­ko się waha. Może się bała, bo ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­ją swo­im dzie­ciom, żeby ni­cze­go nie bra­ły od ob­cych. Uśmiech­nął się, żeby do­dać jej od­wa­gi i po­ka­zać, że nie musi się go oba­wiać. Przy­po­mniał so­bie wte­dy, jaką burę do­stał Mi­rek, star­szy syn, kie­dy przy­niósł do domu cu­dzy czar­ny swe­ter.

Chło­pak miał wte­dy może z dzie­więć lat i tego fe­ral­ne­go dnia wy­szedł do ko­le­gi. Za­po­wia­da­ło się upal­ne po­po­łu­dnie, ale w cią­gu kil­ku go­dzin moc­no się ochło­dzi­ło i dzie­ciak, wra­ca­jąc, marzł. Po dro­dze spo­tkał męż­czy­znę, któ­ry dał mu swój swe­ter. Pa­weł wciąż pa­mię­tał swo­je prze­ra­że­nie i wiel­kie, zlęk­nio­ne oczy żony, gdy syn opo­wia­dał, skąd ma swe­ter. Je­dy­ną re­ak­cją, na jaką było stać dwo­je do­ro­słych lu­dzi, były krzy­ki i pre­ten­sje. Mi­rek po­szedł spać bez ko­la­cji, a oni oby­dwo­je mie­li do sie­bie pre­ten­sję, że są zły­mi ro­dzi­ca­mi.

Te­raz, po la­tach, wie­dział, że je­dy­nym błę­dem syna było to, że nie po­tra­fił prze­wi­dzieć po­go­dy. Co to za błąd? Czy za­wie­dli z Anią jako ro­dzi­ce? Tak? Nie? Za­wsze wpa­ja­li sy­no­wi, że lu­dzie są do­brzy. Ale czy wte­dy po­stą­pi­li­by tak samo? Nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Tyl­ko na­dal od­czu­wał to po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści i bez­sil­ność. Chciał przy­tu­lić syna, jed­nak oj­ciec po­wi­nien być twar­dy. „Marsz do łóż­ka!” mia­ło za­koń­czyć spra­wę. Nie­mniej jed­nak wie­dział, że stra­cił wie­le w oczach syna. Co in­ne­go wpa­ja­li dzie­ciom przez lata, a w ob­li­czu tej kon­kret­nej sy­tu­acji za­cho­wa­li się zu­peł­nie ina­czej. Czy byli dwu­li­co­wi? Czy może sami do tego nie do­ro­śli?

– Dzię­ku­ję. – Dziew­czyn­ka po­śpiesz­nie wło­ży­ła blu­zę i za­pię­ła się po samą szy­ję.

Wy­glą­da­ła po­ciesz­nie. Jak jego dzie­ci, kie­dy na­kła­da­ły za duże ubra­nia ro­dzi­ców. Przy­szła mu do gło­wy Emil­ka pa­ra­du­ją­ca w su­kien­ce Anny, per­łach i ka­pe­lu­szu, czła­pią­ca w za du­żych czó­łen­kach. Chłop­cy uda­ją­cy dżen­tel­me­nów w jego ma­ry­nar­kach i byle jak za­wią­za­nych kra­wa­tach. Czę­sto, za czę­sto, krzy­czał na sy­nów za te po­gnie­cio­ne, źle po­wią­za­ne kra­wa­ty. Gdy­by mógł cof­nąć czas, z pew­no­ścią by się tak nie za­cho­wał. Dziś miał świa­do­mość, że inne rze­czy są waż­niej­sze. Cie­ka­we, czy jego dzie­ci wie­dzia­ły, że nie ma sen­su przej­mo­wać się ta­ki­mi dro­bia­zga­mi, że co in­ne­go li­czy się w ży­ciu? On to już wie­dział, ale czy na­uczył tego swo­je dzie­ci?

Przyj­rzał się dziew­czyn­ce. Ona też po­win­na pa­ra­do­wać w za du­żej su­kien­ce swo­jej mat­ki i śmiać się na cały głos, śpie­wa­jąc dzie­cię­ce pio­sen­ki, do­ka­zu­jąc wraz ze swo­im ro­dzeń­stwem. Tak jak nie­gdyś jego dzie­ci.

– Jak masz na imię? – za­py­tał, bo ja­koś mu­siał się zwra­cać do tej dziew­czyn­ki.

Na­sta­ła chwi­la ci­szy, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy po­dać mu imię czy nie. Wes­tchnę­ła prze­cią­gle i po raz ko­lej­ny gło­śno po­cią­gnę­ła no­sem, ro­biąc cha­rak­te­ry­stycz­ną prze­rwę w trak­cie. Z ulgą za­uwa­żył, że wy­tar­ła łzy i prze­sta­ła pła­kać.

– En­de­ne – po­wie­dzia­ła w koń­cu, pa­trząc mu w oczy. – Na imię mi En­de­ne. Opty­mi­stycz­nie, praw­da?

– Mo­gła­byś mieć na imię Ali­sa.

– Ale to prze­cież psie imię. – Na ustach En­de­ne po­ja­wił się cień uśmie­chu.

– Wiem… – po­wie­dział i za­milkł.

Kie­dy Emil­ka mia­ła ja­kieś trzy­na­ście lat, Mi­rek dzie­sięć, a To­mek dzie­więć, upar­li się gru­po­wo, że chcą mieć psa. Nie­stru­dze­nie przez dwa mie­sią­ce na zmia­nę wy­cho­dzi­li na spa­cer z pu­stą smy­czą, wy­mie­nia­li wodę w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nej mi­sce w kuch­ni, a kie­dy któ­re­muś z nich się roz­la­ło, po­kor­nie sprzą­ta­li „po pie­sku”. W koń­cu Pa­weł z żoną pod­da­li się i ra­zem, całą ro­dzi­ną, wy­bra­li się do schro­ni­ska. Dzie­ci jed­no­gło­śnie orze­kły, że za­bie­ra­ją do domu małą sucz­kę rasy ni­ja­kiej. Małą burą kup­kę nie­szczę­ścia, któ­rą na­zwa­ły wła­śnie Ali­sa. Już na­wet nie pa­mię­tał, dla­cze­go ta­kie imię dla psa wy­bra­ły. Sucz­ka to­wa­rzy­szy­ła im z ta­kim od­da­niem, że sta­ła się człon­kiem ro­dzi­ny i kie­dy nad­szedł jej czas, wszy­scy pła­ka­li dłu­go i szcze­rze. Dzie­ci już ni­g­dy nie po­pro­si­ły o psa, a oni nie pro­po­no­wa­li za­stęp­stwa dla uko­cha­nej psin­ki.

– A ja je­stem Pa­weł. – Wy­cią­gnął dłoń, któ­rą dziew­czyn­ka uści­snę­ła nie­pew­nie.

Jej rącz­ka była zim­na jak sto­py jego żony, kie­dy za­raz po ślu­bie wy­brał się z nią w góry i pod­czas jed­ne­go ze spa­ce­rów zmo­kli okrop­nie. Po po­wro­cie pró­bo­wa­li ja­koś się ogrzać, więc ma­so­wał uko­cha­nej zmar­z­nię­te sto­py, a ona śmia­ła się tyl­ko, bo mia­ła tam ła­skot­ki. Go­spo­darz, od któ­re­go wy­na­ję­li po­kój, przy­go­to­wał im ter­mo­fo­ry z go­rą­cą wodą, a jego mał­żon­ka prze­po­wia­da­ła, że na pew­no po ta­kiej przy­go­dzie się po­cho­ru­ją i umrą, bia­do­li­ła, co ich pod­ku­si­ło, żeby się pchać nad Mor­skie Oko w taką po­go­dę. Pa­weł nie mógł wy­trzy­mać tego ma­ru­dze­nia, więc by od­wró­cić uwa­gę, po­ca­ło­wał Annę. Ca­ło­wał tak do­brze, że dzie­więć mie­się­cy póź­niej trzy­mał na rę­kach Emil­kę.

Uśmiech­nął się lek­ko. Co go dziś wzię­ło na wspo­min­ki? Czyż­by tak wy­glą­da­ła sta­rość? Za­uwa­żył, że dziew­czyn­ka mu się przy­glą­da. Od­go­nił od sie­bie wspo­mnie­nie o mło­dej żo­nie i sku­pił się na En­de­ne.

– Dla­cze­go tu usia­dłeś? – za­py­ta­ła.

– Dla­cze­go pła­ka­łaś? – Od­po­wie­dział py­ta­niem.

En­de­ne pod­kur­czy­ła nogi pod bro­dę. Skie­ro­wa­ła wzrok na mały czer­wo­ny bu­dy­nek po dru­giej stro­nie rze­ki.

Wszyst­kie sto­do­ły tego typu są w Nor­we­gii czer­wo­ne. Po­do­ba­ło mu się to i nie za­mie­rzał temu za­prze­czać. Ta była za­ro­śnię­ta. Wy­so­kie drze­wa ota­cza­ły ją z jed­nej stro­ny, a la­tem, gdy tra­wa była wy­so­ka, wi­dać było tyl­ko dach. Lar­se­no­wie trzy­ma­li tam łód­ki. Do­sta­wa­li się do rze­ki wy­dep­ta­ną, wą­ską ścież­ką, nio­sąc ka­ja­ki nad gło­wa­mi.

Przy­po­mniał so­bie, że jego sy­no­wie uwiel­bia­li wy­pra­wy ka­ja­ko­we. W li­ceum pra­wie każ­dy let­ni week­end spę­dza­li na pły­wa­niu. On nie­ste­ty nie miał cza­su, aby ra­zem z chło­pa­ka­mi wy­brać się na któ­ryś z ta­kich wy­jaz­dów. Te­raz ża­ło­wał. Ża­ło­wał każ­de­go zmar­no­wa­ne­go spły­wu ka­ja­ko­we­go, każ­dej wod­nej wy­ciecz­ki, każ­dej mi­nu­ty, któ­rą mógł spę­dzić z dzieć­mi. Z per­spek­ty­wy cza­su na­wet obo­wią­zek pra­cy za­rob­ko­wej nie tłu­ma­czył jego nie­obec­no­ści w ży­ciu sy­nów. To­mek nie­stru­dze­nie pro­po­no­wał mu udział w ta­kich im­pre­zach. Za­wsze po­wta­rzał, że je­dzie oj­ciec Zdziś­ka, Wieś­ka czy Wit­ka. Za­wsze czyjś oj­ciec – ni­g­dy on. Mi­rek zre­zy­gno­wał po pierw­szych wa­ka­cjach. Ania nie mó­wi­ła nic. Tyl­ko pa­trzy­ła. Ten wzrok pe­łen smut­ku pa­mię­ta do dziś.

En­de­ne chrząk­nę­ła, jak­by chcia­ła zwró­cić jego uwa­gę znów na sie­bie, i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Jego dzie­ci też czę­sto tak ro­bi­ły. Chy­ba wszyst­kich ro­dzi­ców de­ner­wu­je ten nie­okre­ślo­ny ruch ra­mion w górę i w dół.

Pa­weł na­dal nie od­po­wie­dział na py­ta­nie dziec­ka.

– Czy­li wszyst­ko w po­rząd­ku i mogę wra­cać do domu?

Po­my­ślał, że nie­dłu­go otwie­ra­ją Kiwi i nie chciał się spóź­nić, bo jesz­cze wy­ku­pią mu cały chleb to­sto­wy. Za­czął się pod­no­sić z ław­ki.

– Za­cze­kaj… – wy­szep­ta­ła dziew­czyn­ka. – Czy… Czy mia­łeś kie­dyś tak, że my­śla­łeś, że się wszyst­ko uło­ży i bę­dzie jak daw­niej? I że z ra­do­ści pra­wie la­ta­łeś pod nie­bem…? I na­gle… Na­gle wszyst­ko ru­nę­ło. Spa­da­łeś w prze­paść i tam już było tyl­ko go­rzej niż źle. No po­wiedz, mia­łeś tak?

Usiadł z po­wro­tem na ław­ce. Oczy mu się za­szkli­ły i zo­ba­czył znów Annę. Cho­rą, zmę­czo­ną, wy­chu­dzo­ną mi­łość swo­je­go ży­cia, dla któ­rej pra­wie nic już nie mógł zro­bić. Mógł się tyl­ko mo­dlić. Sie­dział przy jej łóż­ku dnia­mi i no­ca­mi. Dzie­ci pro­si­ły, żeby dbał o sie­bie. Jed­nak jak mógł to ro­bić? Prze­cież za­wiódł Annę. Wie­rzył. Przy­się­gał wręcz, a te­raz pła­kał. Prze­pra­szał i bła­gał. Pró­bo­wał han­dlo­wać z Bo­giem, lo­sem, wszech­świa­tem.

Gdy le­karz po­wie­dział, że wy­ni­ki są za­do­wa­la­ją­ce, my­ślał, że jed­nak się uda­ło. Ania usia­dła. Ba! Wsta­ła na­wet i przy­cup­nę­ła na chwi­lę na bal­ko­nie. Maj był wte­dy pięk­ny, sło­necz­ny i nie za go­rą­cy. Pięk­ny maj – taki bru­tal­ny. Jesz­cze w tym sa­mym ty­go­dniu jego żona, uko­cha­na żona, sko­na­ła na jego rę­kach. Pod­łą­czo­na do pisz­czą­cej i mru­czą­cej ma­szy­ne­rii. Bla­da i wy­cień­czo­na przed śmier­cią wy­szep­ta­ła tyl­ko: „Dzię­ku­ję ci”. Zo­stał sam. Prze­ra­żo­ny jak dziec­ko. Sie­dział w fo­te­lu i nie miał siły jeść czy na­wet się myć. Nie miał chę­ci na nic, na­wet na ży­cie. De­pre­sja, któ­rą zdia­gno­zo­wał le­karz, to nic w po­rów­na­niu z uczu­ciem klę­ski, któ­re w so­bie miał. Za­wiódł wszyst­kich: żonę i dzie­ci. Żonę, bo jej nie ochro­nił, a dzie­ci, bo stra­ci­ły mat­kę.

Przez chwi­lę miał wra­że­nie, że znów czu­je zna­jo­my cię­żar w pier­si. Przy­ło­żył tam rękę, ser­ce biło jak osza­la­łe.

– Mia­łem… – od­po­wie­dział za­chryp­nię­tym gło­sem. Od­chrząk­nął, by móc do­koń­czyć . – Ale ty je­steś taka mło­da i całe ży­cie przed tobą. Nie chcę się wtrą­cać, bo prze­cież je­stem dla cie­bie ob­cym czło­wie­kiem, ale my­ślę, że dasz radę. W koń­cu za­po­mnisz.

– Nie wiem. Ży­cie wy­da­je mi się ta­kie bez­na­dziej­ne, ale ty tego nie zro­zu­miesz. Do­ro­śli za­wsze mó­wią, że prze­sa­dzam.

Przy­po­mniał so­bie, że trza­ska­nie drzwia­mi za­wsze oznaj­mia­ło, że Emil­ce bra­ku­je ar­gu­men­tów. Okres doj­rze­wa­nia ich cór­ki był trud­ny i dla niej, i dla wszyst­kich. A ona za­wsze krzy­cza­ła im pro­sto w twarz, że są bez­na­dziej­ni, że ży­cie też jest ta­kie. I że wszyst­ko jest bez sen­su. Kłót­nie na­wet o naj­mniej­szy dro­biazg ura­sta­ły do ran­gi ka­ta­stro­fy. Kie­dy my­śle­li, że już nie wy­trzy­ma­ją, że ich cier­pli­wość dla wy­sko­ków i pre­ten­sji cór­ki się skoń­czy­ła, ta przy­zna­ła im ra­cję. Z wra­że­nia aż usie­dli, a Ania za­czę­ła się śmiać. Śmia­ła się dłu­go i gło­śno, trzy­ma­jąc się za brzuch. Ra­zem z Emil­ką pa­trzy­li na Anię ze zdzi­wie­niem, nic nie ro­zu­mie­jąc. W koń­cu żona otar­ła łzy, wsta­ła i po­de­szła do cór­ki. Spoj­rza­ła jej w oczy, po­ca­ło­wa­ła ją w czo­ło i wy­szła z domu. Nie było jej kil­ka go­dzin, a kie­dy wró­ci­ła, było już ciem­no. Ni­g­dy nie za­py­tał, gdzie była.

– Zdzi­wi­ła­byś się, jak do­ro­śli po­tra­fią wy­ol­brzy­miać. – Uśmiech­nął się do En­de­ne, żeby ją uspo­ko­ić.

– Ty też? – Spoj­rza­ła na nie­go ba­daw­czo. Mia­ła nie­sa­mo­wi­te oczy, spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by prze­wier­ca­ły roz­mów­cę, a ich wła­ści­ciel­ka dzię­ki temu wie­dzia­ła, czy on kła­mie.

– A że­byś wie­dzia­ła. – Po­ki­wał lek­ko gło­wą na wspo­mnie­nie tych wszyst­kich sy­tu­acji, gdy prze­sa­dził. Na­zbie­ra­ła­by się tego cał­kiem po­kaź­na ko­lek­cja.

Kie­dy się po­zna­li, na­kła­mał An­nie, a gdy praw­da wy­szła na jaw, ona nie chcia­ła z nim roz­ma­wiać. Mu­siał się moc­no na­po­cić, żeby spoj­rza­ła na nie­go znów ła­ska­wym okiem. Pod­czas pierw­szej cią­ży Anny trzy razy wo­ził ją do szpi­ta­la, prze­ra­żo­ny tym, że to już. Żona na­zy­wa­ła go pa­ni­ka­rzem. Set­ki razy pę­dził na po­go­to­wie, bo we­dług nie­go któ­reś z dzie­ci pra­wie umie­ra­ło.

– Cza­sem my­ślę – ode­zwa­ła się smut­no En­de­ne – że by­ło­by le­piej, gdy­bym się nie uro­dzi­ła. Albo już umar­ła… – Na chwi­lę za­wie­si­ła głos, a on nie wie­dział na­wet, co ma po­wie­dzieć. – Mie­li­by wte­dy świę­ty spo­kój – do­koń­czy­ła.

„Dla cie­bie bę­dzie le­piej, jak umrę, ko­cha­nie”, wy­szep­ta­ła kie­dyś Anna. Sło­wa te wciąż krą­ży­ły w jego gło­wie. Kie­dy le­karz po­wie­dział, że ma ona przed sobą tyl­ko pół roku ży­cia, nie mógł spać. Pod­czas bez­sen­nych nocy bez prze­rwy brzę­cza­ło mu w gło­wie to, co po­wie­dzia­ła z peł­nym prze­ko­na­niem po­mię­dzy ko­lej­ny­mi gry­za­mi ka­nap­ki z wę­dli­ną. Z emo­cji upu­ścił ku­bek z kawą. Jak ona może mó­wić ta­kie rze­czy, i to ze spo­ko­jem? Prze­cież on zro­bi wszyst­ko, po­ru­szy nie­bo i zie­mię, żeby tyl­ko jego uko­cha­na mo­gła żyć. Kie­dy po­chy­lił się, żeby po­sprzą­tać, usły­szał jesz­cze tyl­ko, że ma nie hi­ste­ry­zo­wać. Za­czął więc na nią krzy­czeć, że nie może mu tego zro­bić, że jest ego­istycz­na i on nie po­zwo­li jej tak po pro­stu zo­sta­wić ro­dzi­ny na pa­stwę losu. Ania pa­trzy­ła na nie­go, po­wo­li żuła śnia­da­nie i po­ta­ki­wa­ła gło­wą. „Hi­ste­ry­zu­jesz”, po­wtó­rzy­ła i wzię­ła łyk her­ba­ty.

Gdy fak­tycz­nie umar­ła, miał wra­że­nie, że za­pa­da się w głę­bo­ki pia­sek. Nie mógł zła­pać tchu, łzy za­le­wa­ły cały świat, a on nie po­tra­fił ru­szyć się z miej­sca. Wszę­dzie była ni­cość. Nie za­słu­gi­wał na nic, bę­dąc sam. Po co wsta­wać rano, je­śli nie ma dla kogo? Dzie­ci? Dzie­ci mają swo­je ży­cie, swo­je ro­dzi­ny i sa­mot­ny oj­ciec po­trzeb­ny im jest jak kula u nogi. Nie miał komu ro­bić z rana kawy, nie miał komu ku­po­wać ciast­ka z kre­mem, wra­ca­jąc z mia­sta. To nie tak mia­ło być. Krzy­czał w nocy przez sen, któ­ry fun­do­wa­ły mu róż­ne pi­guł­ki prze­pi­sa­ne przez le­ka­rza. W cią­gu dnia prze­stał się od­zy­wać, a usta, wcze­śniej za­wsze uśmiech­nię­te, wte­dy za­ci­ska­ły się co­raz moc­niej. Miał wów­czas żal do Anny. Nie było jej, by wes­przeć, gdy tego po­trze­bo­wał. Roz­ma­wiał w nocy z jej wspo­mnie­niem i po­wta­rzał, że umie­ra­nie nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem.

– Umie­ra­nie nie jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem – po­wie­dział na głos sta­lo­wym gło­sem, może na­zbyt ostrym dla ma­łej dziew­czyn­ki, ale było już za póź­no.

– Mó­wisz, jak­byś był do tego prze­ko­na­ny – od­par­ła mała, pa­trząc mu pro­sto w twarz, jak gdy­by nie był jej strasz­ny jego ostry ton. Wy­da­wa­ło się, że jej oczy za­czę­ły moc­niej błysz­czeć, a po­tem ściem­nia­ły, przy­bra­ły ko­lor to­pa­zu.

– Ja­kiś czas temu zmar­ła moja żona – za­czął po­wo­li, za­ci­ska­jąc pię­ści. – Ko­cha­łem ją nad ży­cie. Nie mo­głem so­bie po­ra­dzić z jej śmier­cią. Wo­lał­bym sam umrzeć. – Ode­tchnął głę­bo­ko, jak­by po­wie­dze­nie tego spra­wi­ło mu wiel­ką ulgę.

Swo­ją dro­gą tak wła­śnie było, za rzad­ko mó­wił to ko­mu­kol­wiek. Na­wet dzie­ci nie sły­sza­ły, by czę­sto wy­zna­wał mi­łość ich mat­ce. Dzi­siaj chciał­by cof­nąć czas i mó­wić jej to na każ­dym kro­ku.

– Nie po­win­no się ni­ko­go ko­chać aż tak bar­dzo. Mnie na pew­no nikt tak nie ko­cha… – od­po­wie­dzia­ła.

Mó­wi­ła to z ta­kim prze­ko­na­niem, że miał wra­że­nie, iż przy­szłość tej dziew­czyn­ki usła­na bę­dzie tyl­ko smut­kiem, nie­po­wo­dze­nia­mi i bra­kiem mi­ło­ści.

– Wiel­ka mi­łość boli za bar­dzo, za moc­no po­tem jest się sa­mot­nym. To się nie opła­ca – kon­ty­nu­owa­ła.

Był zszo­ko­wa­ny sło­wa­mi tak mło­dej dziew­czy­ny na tak po­waż­ne te­ma­ty. Spoj­rzał na nią ba­daw­czo. Jej twarz na­gle wy­da­ła mu się star­sza, doj­rzal­sza. Nie przy­po­mi­na­ła już twa­rzy za­pła­ka­ne­go pod­lot­ka.

– To nie­praw­da! – krzyk­nął. – Czło­wiek bez mi­ło­ści jest sa­mot­ny, a sa­mot­ność jest jak śmierć: okrop­na.

– Mó­wisz tak, bo je­steś sta­ry – stwier­dzi­ła z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią.

– Je­stem sta­ry – przy­tak­nął. – Dla­te­go mu­sisz mi uwie­rzyć. Wiem, co mó­wię. – Znów się do niej uśmiech­nął, jed­nak jej oczy były na­dal po­chmur­ne.

– Czy mia­łeś szczę­śli­we ży­cie? – za­py­ta­ła go na­gle, prze­krzy­wia­jąc gło­wę w pra­wą stro­nę, jak to za­wsze ro­bi­ły jego dzie­ci.

– Dla­cze­go py­tasz? – Po­ru­szył się nie­pew­nie na ław­ce.

– No wiesz… Je­steś sta­ry i umar­ła ci żona. To strasz­nie smut­ne – po­wie­dzia­ła na jed­nym wy­de­chu.

– To jest smut­ne – zgo­dził się.

– Wiesz dla­cze­go? – Wpa­try­wa­ła się w nie­go tak wni­kli­wie, że miał wra­że­nie, iż jej wzrok prze­szy­wa go na wy­lot.

– Utra­ta żony jest smut­na, sta­rość jest smut­na i sa­mot­ność też jest smut­na. Może kil­ka rze­czy zro­bił­bym ina­czej, ale ogól­nie ży­cie… Tak, było pra­wie szczę­śli­we.

– Było? Te­raz nie jest? – Głos dziew­czyn­ki stał się na­gle bar­dziej dźwięcz­ny.

– Za­py­ta­łaś, czy mia­łem szczę­śli­we ży­cie. Cza­sem było szczę­śli­we, a cza­sem mniej. Te­raz jest szczę­śli­we ina­czej, ale kie­dyś było bar­dziej. – Za­kło­po­ta­ny, po­dra­pał się po ły­si­nie.

– Bar­dziej? – En­de­ne nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– Po­słu­chaj, dziec­ko. Usia­dłem tu, bo pła­ka­łaś, a nie po to, że­byś mnie prze­słu­chi­wa­ła. – Pró­bo­wał prze­rwać, nie czuł się kom­for­to­wo, roz­ma­wia­jąc na ten te­mat

– To jest bar­dziej in­te­re­su­ją­ce niż moje ży­cie. – Wes­tchnę­ła cięż­ko.

– No nie prze­sa­dzaj. – Za­czął ją po­cie­szać. – Moje ży­cie po­wo­li dąży ku koń­co­wi, a two­je prak­tycz­nie do­pie­ro się za­czę­ło.

– Nie prze­sa­dzam. Nikt by po mnie nie pła­kał. Nikt nie cier­piał­by po mnie tak, jak ty pła­ka­łeś, gdy umar­ła two­ja żona.

– Nie prze­sa­dzaj. A twoi ro­dzi­ce? – Po­pa­trzył na dziew­czyn­kę zdzi­wio­ny. Za­sta­na­wiał się, skąd w dziec­ku tyle smut­nych i złych emo­cji.

Mil­cze­nie, któ­re na­sta­ło, prze­ra­zi­ło Paw­ła. Może nie po­wi­nien za­da­wać tak oso­bi­ste­go py­ta­nia. Prze­cież jest tyl­ko ob­cym, star­szym czło­wie­kiem, spo­tka­nym o świ­cie nad rze­ką. Nie ma pra­wa do­py­ty­wać się o ta­kie rze­czy. Już otwie­rał usta, by prze­pro­sić, gdy usły­szał bo­le­sne dla nie­go sło­wa.

– Nie mam ro­dzi­ców… – po­wie­dzia­ła En­de­ne ci­chut­ko. Spu­ści­ła gło­wę i do­tknę­ła czo­łem zgię­tych ko­lan. Za­ci­snę­ła moc­no oczy, jak­by pró­bo­wa­ła znów się nie roz­pła­kać .

Ci­sza, któ­ra za­pa­no­wa­ła, zda­wa­ła się nie­mal do­ty­kal­na. Pa­weł nie miał po­ję­cia, jak po­cie­szyć to dziec­ko. Nie wie­dział na­wet, czy po­wi­nien po­cie­szać. Anna za­wsze mu po­wta­rza­ła, że sie­ro­ty nie lu­bią li­to­wa­nia się nad nimi. Za­bro­ni­ła mu uża­lać się nad sobą. To, że wy­cho­wa­ła się w domu dziec­ka i ni­g­dy nie po­zna­ła swo­ich ro­dzi­ców, było jej siłą, a nie ułom­no­ścią. Szcze­rze opo­wia­da­ła mu, co czu­ła w każ­de świę­ta, Dzień Mat­ki, Ojca czy sa­mot­ne uro­dzi­ny. Mó­wi­ła, że czę­sto ża­ło­wa­ła, że jej ro­dzi­ce nie umar­li i nie mo­gła po nich pła­kać, za­pa­lić im świecz­ki na gro­bie. Za­miast tego mia­ła po­czu­cie wiel­kiej pust­ki, wiecz­ną nie­pew­ność, sa­mot­ność i świa­do­mość, że nikt jej nie chce.

– Tak jak moja żona – wy­szep­tał w koń­cu.

– Wiem – przy­tak­nę­ła chłod­no En­de­ne.

Za­sko­czy­ło go to. Jak to „wiem”? Po­czuł ciar­ki na ple­cach.

– O czym wiesz? – Był za­sko­czo­ny i za­czął się za­sta­na­wiać, czy En­de­ne nie jest cho­ra psy­chicz­nie. Mó­wi­ła zu­peł­nie bez sen­su.

– Wiem wszyst­ko. – Wbi­ła w nie­go po­waż­ny wzrok.

Jego od­dech przy­spie­szył, na czo­le po­ja­wi­ły się kro­pel­ki potu, a dło­nie zro­bi­ły się mo­kre, sam nie wie­dział dla­cze­go. Wpa­try­wał się w dziew­czyn­kę py­ta­ją­co, bo­jąc się po­ru­szyć.

Wsta­ła po­wo­li i świ­dro­wa­ła go wzro­kiem bez jed­ne­go mru­gnię­cia. Kie­dy sie­dzia­ła, wy­da­wa­ła się ni­ska, oka­za­ło się jed­nak, że jest wyż­sza od nie­go. Wy­cią­gnę­ła w jego stro­nę na­dal siną rękę. Kurt­ka na­gle oka­za­ła się za cia­sna. Oczy En­de­ne, pięk­ne, błysz­czą­ce i nie­bie­skie, sta­ły się na­gle atra­men­to­wo­czar­ne. Twarz stra­ci­ła dzie­cię­cy wy­raz nie­win­no­ści i na­bra­ła cech doj­rza­łej ko­bie­ty. Zdję­ła blu­zę i de­li­kat­nie po­ło­ży­ła na ław­ce. Onie­mia­ły Pa­weł na­wet się nie po­ru­szył. Z prze­ra­że­niem za­uwa­żył, że po­stać nie ma na so­bie cien­kie­go pod­ko­szul­ka, lecz dłu­gą, czar­ną suk­nię, prze­wią­za­ną czer­wo­nym pa­sem. Blond wło­sy w cia­snym war­ko­czu rów­nież zwią­za­ne były czer­wo­ną ta­siem­ką. Sta­ła przed nim, do­stoj­na, z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą. Ob­ser­wo­wa­ła go, cze­ka­jąc, aż wsta­nie i chwy­ci ją za rękę. Nie po­na­gla­ła go.

– Wiem wszyst­ko – po­wtó­rzy­ła. – A te­raz chodź. Już czas.

– Nie ro­zu­miem – ode­zwał się nie­pew­nie, choć za­czy­nał ro­zu­mieć co­raz bar­dziej.

Cze­ka­ła spo­koj­nie, wie­dząc, że – jak każ­dy – męż­czy­zna musi za­ak­cep­to­wać sy­tu­ację.

– Jesz­cze nie… Jesz­cze nie te­raz. Ja… Ja jesz­cze… – Nie mógł wy­po­wie­dzieć na­wet jed­ne­go zda­nia. Żad­ne sło­wa nie chcia­ły w jego gło­wie two­rzyć spój­nej wy­po­wie­dzi. My­śli nie skła­da­ły się w lo­gicz­ną ca­łość.

– Już za póź­no na co­kol­wiek. Mia­łeś swój czas. Jak każ­dy – oznaj­mi­ła lo­do­wa­tym to­nem, aż po­czuł ciar­ki na ple­cach.

– Ale… En­de­ne… – Nie wie­dział, jak do­koń­czyć. Miał pust­kę w gło­wie.

– To ko­niec. Je­stem „Koń­cem” – od­po­wie­dzia­ła bar­dziej przy­ja­ciel­sko. – Prze­cież wiesz, że ONA cze­ka.

Pa­trzył na Śmierć, któ­rą za­wsze wy­obra­żał so­bie ina­czej. Sta­ła te­raz przed nim i zda­wał so­bie spra­wę, że nad­szedł ten czas. Ten mo­ment, o któ­ry pro­sił Boga tak dłu­go i żar­li­wie. Przy­szło wy­ba­wie­nie, jego ma­rze­nie ostat­nich lat sa­mot­no­ści, a on się bał. Spoj­rzał jesz­cze raz w czar­ne oczy. Ich ot­chłań była prze­ra­ża­ją­ca, a jed­no­cze­śnie uspo­ka­ja­ją­ca. Biła od niej taka pew­ność, że wie­dział, iż nie ma się co opie­rać. Już nie zmie­ni zda­nia. Wy­cią­gnął rękę w jej kie­run­ku . Po­wo­li i nie­pew­nie chwy­cił zim­ną, ko­ści­stą dłoń i się uspo­ko­ił. Jego od­dech stał się mia­ro­wy, a wszel­kie wąt­pli­wo­ści znik­nę­ły. Wie­dział, że tak ma wła­śnie być. To był ten czas. Po­stać po­ki­wa­ła z apro­ba­tą gło­wą.

– ONA cze­ka – rze­kła gło­sem me­lo­dyj­nym, a jed­nak ostrym jak brzy­twa.

Nie prze­ra­ził się, bo już wszyst­ko wie­dział. Słoń­ce wła­śnie wy­chy­li­ło się zza wid­no­krę­gu i świat za­la­ło świa­tło dnia. Wszyst­ko błysz­cza­ło nie­ja­ko z no­wo­ści, go­to­we na ko­lej­ny dzień w świe­cie peł­nym ży­cia.

„Ko­niec” prze­su­nę­ła się w bok, dło­nią wska­zu­jąc miej­sce, z któ­re­go przy­szedł. Spoj­rzał w tam­tą stro­nę, mru­żąc oczy przed ośle­pia­ją­cym sło­necz­nym bla­skiem. Na szu­tro­wej ścież­ce sta­ła drob­na, jak­by zna­jo­ma po­stać. Po­trze­bo­wał je­dy­nie chwi­li, żeby zo­rien­to­wać się, że to Anna. Krzyk­nął ni to z ra­do­ści, ni z prze­ra­że­nia, po­nie­waż nie do koń­ca do­tar­ło do nie­go, co się wła­śnie sta­ło. Pu­ścił lo­do­wa­tą rękę i skie­ro­wał kro­ki ku żo­nie.

– Tę­sk­ni­ła – szep­nę­ła Śmierć.

– Wiem – od­po­wie­dział.

R. A. Olek

Klucz

Gdy wy­sia­dło świa­tło, Mag­gie po­czu­ła, że Bar­ry’ego bra­ku­je jesz­cze bar­dziej. Za­wsze wie­dział te małe rze­czy, któ­re spra­wia­ły, że dom dzia­łał. Gdzie są kor­ki, jak za­mknąć wodę w ogro­dzie, jak otwo­rzyć właz na strych, roz­pa­lić ko­mi­nek, na­oli­wić furt­kę, żeby nie skrzy­pia­ła.

Sie­dzia­ła dłu­gie mi­nu­ty w ciem­no­ściach, cze­ka­jąc, aż się ode­zwie, za­stu­ka szu­fla­da­mi, wyj­dzie spraw­dzić roz­dziel­nię prą­du. Nic ta­kie­go się nie sta­ło. Ci­sza była bar­dziej do­tkli­wa niż ciem­ność, któ­ra za­pa­dła tak na­gle.

Mag­gie wyj­rza­ła ostroż­nie na ga­nek, gdzie stał za­wsze o tej po­rze i pa­lił pa­pie­ro­sa, ale nie do­strze­gła ża­rzą­cej się w mro­ku koń­ców­ki. Nie po­czu­ła smro­du Ro­th­man­sów, któ­ry tak prze­kli­na­ła przez całe ży­cie. Nie mo­gła ka­zać mu spraw­dzić „co z tym świa­tłem” ani zru­gać, że tyle pali. Tyl­ko tar­ga­na wia­trem furt­ka obi­ja­ła się o za­wias i do­tar­ło do Mag­gie bo­le­śnie, że zo­sta­ła z tymi drob­ny­mi spra­wa­mi sama.

Za­pa­li­ła świecz­kę i ze­szła do piw­ni­cy spraw­dzić kor­ki. Od­szu­ka­ła je po dłuż­szej chwi­li nad sto­łem do maj­ster­ko­wa­nia, za­wa­lo­nym ja­kąś ro­bót­ką, prze­rwa­ną tyl­ko na chwi­lę. Za­wie­si­ła wzrok na ma­łym ka­dłu­bie stat­ku, do­pie­ro co przy­go­to­wa­nym do osa­dze­nia po­kła­du, pro­wad­nic dział i masz­tów. Cie­ka­we, do­kąd chciał nim po­pły­nąć w swo­ich ma­rze­niach? Do­pie­ro te­raz zda­ła so­bie spra­wę, że ni­g­dy nie za­py­ta­ła. Szko­da, że już nie bę­dzie oka­zji.

Kor­ki wy­sko­czy­ły, więc prze­su­nę­ła je w górę, na usta­wie­nie „ON”. Nic się nie sta­ło. Dla pew­no­ści spoj­rza­ła na ko­ry­tarz nad scho­da­mi. Wciąż było ciem­no.

„Wy­wa­li­ło na głów­nej skrzyn­ce” – usły­sza­ła, jak mówi, po czym za­cią­ga się pa­pie­ro­sem. – „Pój­dę spraw­dzić”.

„Za­łóż coś, bo się prze­zię­bisz” – po­wie­dzia­ła­by.

„Eee, daj spo­kój, nie je­stem z cu­kru”. – Mach­nął­by ręką, jak za­wsze.

„Cią­gle to samo. Za­zię­bisz się i umrzesz na płu­ca, zo­ba­czysz” – sły­sza­ła wła­sne ma­ru­dze­nie. – „A wte­dy nie licz, że będę cię do­glą­da­ła, sta­ry pier­do­ło”.

„Ci­cho, babo”. – To by­ło­by wszyst­ko, co by usły­sza­ła wśród prze­kleństw tłu­mio­nych chrzą­ka­niem i ka­sła­niem.

Zbyt wie­le so­bie po­wie­dzie­li przy­krych rze­czy przez lata, żeby kłó­cić się na­praw­dę. Żar mi­ło­ści i nie­na­wi­ści daw­no w nich wy­gasł. Żyli z dnia na dzień, sple­ce­ni w uści­sku jak dwa pa­so­ży­tu­ją­ce na so­bie drze­wa. Aż jed­no uschło.

Je­sień 1968 – Wo­zak

– Jak oce­nia pani tę spra­wę, pani me­ce­nas?

Klient był ni­skim kor­pu­lent­nym męż­czy­zną z roz­bie­ga­ny­mi ocza­mi. Wier­cił się w krze­śle i sa­pał ner­wo­wo, nie mo­gąc znieść ci­szy.

– Na dwo­je bab­ka wró­ży­ła – od­par­ła Mar­ga­ret Da­vies, któ­ra nie­obec­nym wzro­kiem prze­glą­da­ła do­ku­men­ty.

– To wszyst­ko? Nic wię­cej pani nie wy­czy­ta­ła? Mam szan­sę na tę zie­mię czy nie?

Po­pra­wił się w fo­te­lu i wy­pchnął klat­kę pier­sio­wą do góry, jak­by chciał po­ka­zać, jaki jest waż­ny.

– Wszyst­ko za­le­ży od tego, czy nie ma in­nych spad­ko­bier­ców.

– Prze­cież mó­wi­łem pani, że nie ma. Nikt się nie zgło­sił.

– To się jesz­cze może oka­zać, sza­now­ny pa­nie. – Po­pra­wi­ła oku­la­ry. – Szko­da, że zmar­ły nie zo­sta­wił te­sta­men­tu. Gdy­by wska­zał pana jako naj­bliż­szą ro­dzi­nę, je­dy­ną oso­bę, któ­ra ma pra­wo do ma­jąt­ku po śmier­ci, by­ło­by ła­twiej. A tak…

– Co „tak”? Nie mam pra­wa ni­cze­go żą­dać?

– Ależ ma pan pra­wo, tyle że mogą się zgło­sić inni, a… – pod­nio­sła wzrok znad pa­pie­rów – stryj był prze­cież sa­mot­ny, wszy­scy w oko­li­cy to wie­dzą. Do koń­ca twier­dził, że ni­ko­mu nic nie da…

– Ale dał. Mnie, swo­je­mu bra­tan­ko­wi.

– Słow­nie, na łożu śmier­ci, jak pan twier­dzi. Bez świad­ków, nie­ste­ty, i bez śla­du w do­ku­men­tach.

Stuk­nę­ła pal­cem w plik pism przed sobą.

– A twier­dzę. A pani ma to za­ła­twić w pa­pie­rach, tak? – Męż­czy­zna wy­chy­lił się w jej kie­run­ku z dłoń­mi wy­cią­gnię­ty­mi jak do du­sze­nia.

– Jest pan nie­uprzej­my, mi­ster Wo­zak.

– Bo się nie ro­zu­mie­my. Ma­ją­tek jest mój, po stry­ju. Za to pani pła­cę, żeby tak sta­ło w do­ku­men­tach, ro­zu­mie­my się?

Za­plo­tła ręce na pier­siach i od­su­nę­ła się od biur­ka.

– Pa­nie Wo­zak, może tam, skąd pan po­cho­dzi, spra­wy za­ła­twia się w ten spo­sób. Krzy­kiem i groź­ny­mi spoj­rze­nia­mi. Tu­taj wy­ma­ga się pod­sta­wo­wych ma­nier i oby­cia. To nie są rze­czy, któ­re moż­na ku­pić. A je­stem je­dy­nym ad­wo­ka­tem na wy­spie.

– Ale…

– Pro­szę mi nie prze­ry­wać! – Ude­rzy­ła dło­nią w blat. – Za­tem… pój­dzie pan te­raz tam, skąd pan przy­szedł, gdzie­kol­wiek to jest, za­sta­no­wi się pan nad tym, co po­wie­dzia­łam, i wró­ci tu ju­tro, z in­nym na­sta­wie­niem. Że­gnam.

– Ale…

– Tam są drzwi. – Wska­za­ła, mio­ta­jąc z oczu bły­ska­wi­ce.

Wo­zak za­rzu­cił płaszcz, ogrom­ną czap­kę uszat­kę i trza­snął drzwia­mi.

Kie­dy wy­szedł, Mar­ga­ret zła­pa­ła się za skro­nie i ści­snę­ła. „Co się dzie­je? Tra­cę ner­wy w ta­kiej sy­tu­acji?” Za­mknę­ła tecz­kę z pa­pie­ra­mi po­sia­dło­ści La Haie Fleu­rie w St. Mar­tins i wrzu­ci­ła do szu­fla­dy. Za­mknę­ła ją na klucz i wy­szła z biu­ra. Na szczę­ście nikt nie py­tał, ja­kim spo­so­bem te do­ku­men­ty zna­la­zły się u niej.

Jesień 1968 – gdzie ten klucz

„Gdzie on trzy­ma ten klucz, do cho­le­ry?” – zży­ma­ła się Mag­gie. Trza­snę­ła drzwia­mi ko­lej­nej szaf­ki i się za­śmia­ła. Wciąż my­śla­ła o Bar­rym w cza­sie te­raź­niej­szym – to raz. Dwa – na­wet po śmier­ci po­tra­fił wy­pro­wa­dzić ją z rów­no­wa­gi.

„Sta­ry pier­do­ła”, tak na nie­go mó­wi­ła. Nie był wca­le taki sta­ry, choć dużo star­szy od niej. W ostat­nie, sześć­dzie­sią­te pią­te uro­dzi­ny do pubu w Tri­ni­ty ze­szło się z dwa­dzie­ścia osób. Była szcze­rze zdzi­wio­na, że aż tyle, ale co w su­mie wie­dzia­ła o mężu, któ­ry zni­kał po­po­łu­dnia­mi na całe go­dzi­ny, żeby spę­dzać je z kum­pla­mi przy ba­rze.

Szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła tych wie­czo­rów. Za­pra­szał ją na wyj­ścia, to praw­da, ale nie chcia­ła się zni­żać do wi­zyt w pu­bie, gdzie by­wa­li głów­nie far­me­rzy i ry­ba­cy, śmier­dzą­cy na zmia­nę kro­wim łaj­nem i ry­ba­mi. Ona, wzię­ta praw­nicz­ka z Lon­dy­nu, tyl­ko tym­cza­so­wo na ze­sła­niu na wy­spie, nie­na­wi­dzi­ła ryb i krów. I pro­win­cji w ogó­le.

Po­szła ten je­den raz, żeby zro­bić mu uprzej­mość. „W koń­cu to cał­kiem okrą­głe uro­dzi­ny” – po­wie­dzia­ła. „Jesz­cze uwie­rzę, że ci na­praw­dę za­le­ży” – od­parł skwa­szo­ny, ale też mile po­łech­ta­ny, że wresz­cie się zła­ma­ła. Po­wód był inny, a w za­sa­dzie były dwa. Pierw­szy – on kasz­lał już wte­dy tak bar­dzo, że była pew­na, że ko­niec jest bli­ski. Dru­gi – Mag­gie wie­dzia­ła, że Bar­ry za­pro­sił Reg­gie­go, swo­je­go naj­lep­sze­go kum­pla, któ­ry z nie­wia­do­mych wzglę­dów od lat prze­sia­dy­wał z mę­żem w pu­bie.

Re­gi­nald Bi­not był sa­mot­ni­kiem, wie­dzie­li to wszy­scy, bo­ga­czem – co też nie było ta­jem­ni­cą – oraz wiel­ce ele­ganc­kim dżen­tel­me­nem o nie­ja­snym po­cho­dze­niu. Miesz­kań­cy Tri­ni­ty po­wia­da­li, że zja­wił się w mia­stecz­ku krót­ko po wy­zwo­le­niu, na­był za go­tów­kę so­lid­ny ka­wał zie­mi na kli­fach i do­ro­bił się szyb­ko na ho­dow­li by­dła. Ni­g­dy nie za­ło­żył ro­dzi­ny, nie miał krew­nych, nikt go nie od­wie­dzał. Nikt ni­g­dy nie był w jego domu, na­wet Bar­ry, cho­ciaż Reg­gie znał każ­de­go w oko­li­cy z imie­nia.

Oprócz Mag­gie. Przez wszyst­kie lata się uni­ka­li, a spo­tkaw­szy przy­pad­kiem, od­wra­ca­li wzrok. Do tam­te­go wie­czo­ra, w sześć­dzie­sią­te pią­te uro­dzi­ny Bar­ry’ego.

Zima 1966 – mu­si­my po­roz­ma­wiać

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać – wy­szep­ta­ła Mag­gie, kie­dy Reg­gie po­ca­ło­wał po­wie­trze koło jej ucha.

Na­stęp­nie po­wie­dzia­ła tak, żeby wszy­scy sły­sze­li:

– Miło cię wresz­cie po­znać, Re­gi­nal­dzie. Bar­ry tyle mi o to­bie opo­wia­dał.

– Za­pew­ne hi­sto­rie o pu­stych szklan­kach i wy­pa­lo­nych cy­ga­rach – od­parł, ski­nąw­szy po­ro­zu­mie­waw­czo. – Bar­ry nie jest prze­sad­nie wy­lew­ny.

To­wa­rzy­stwo za­śmia­ło się grom­ko. Ma­ło­mów­ność Bar­ry’ego była le­gen­dar­na. Gdy­by ja­kiś zbłą­ka­ny tu­ry­sta po­ja­wił się na Jer­sey i za­py­tał go o dro­gę, za­pew­ne otrzy­mał­by w od­po­wie­dzi wy­mow­ne mil­cze­nie lub, co naj­wy­żej, wzru­sze­nie ra­mion.

Je­sień 1948 – spo­tka­nie w Bo­uley Bay

Był chłod­ny li­sto­pa­do­wy dzień, sią­pią­cy wil­go­cią od sa­mych drzwi. „Ide­al­na po­go­da na dłu­gi spa­cer” – po­my­śla­ła Mag­gie, koń­cząc śnia­da­nie. Mia­ła dziś wol­ne w kan­ce­la­rii, jak to by­wa­ło w so­bo­ty, więc za­pla­no­wa­ła wy­ciecz­kę na pół­noc wy­spy.

Miesz­ka­ła na Jer­sey od nie­daw­na. Świe­żo upie­czo­na praw­nicz­ka z Lon­dy­nu, wy­sła­na do kan­ce­la­rii Borgs & Bo­gers na prak­ty­ki, któ­re ską­d­inąd za­ła­twił jej papa. Miał na wy­spie zna­jo­me­go z cza­sów Wiel­kiej Woj­ny, z któ­rym wi­dy­wał się na­der rzad­ko, ale z któ­rym łą­czy­ła go sil­na więź. Pan Bo­gers zgo­dził się przy­jąć mło­dziut­ką Mag­gie. Pan Borgs zaś nie wy­ra­ził sprze­ci­wu, głów­nie dla­te­go, że od daw­na już nie żył.

Mag­gie z po­cząt­ku krę­ci­ła no­sem na tak nie­go­ścin­ne i pro­win­cjo­nal­ne miej­sce. Dość szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­ła, że wy­su­nię­ta pla­ców­ka była dla niej dużą szan­są, a pod nie­win­nym z po­zo­ru usta­le­niem prak­tyk kry­je się daw­no za­wią­za­ny pakt bra­ci krwi mię­dzy jej oj­cem a Bo­ger­sem. Me­ce­nas był bez­dziet­nym wdow­cem, bez chę­ci po­now­ne­go ożen­ku czy wy­raź­ne­go za­mia­ru prze­ka­za­nia kan­ce­la­rii ko­mu­kol­wiek. Z wy­jąt­kiem cór­ki przy­ja­cie­la z oko­pów.

Dla­te­go Mag­gie za­ak­cep­to­wa­ła swój los i z za­an­ga­żo­wa­niem po­zna­wa­ła taj­ni­ki funk­cjo­no­wa­nia kan­ce­la­rii pana Bo­ger­sa. On, w za­mian za miłe to­wa­rzy­stwo i świe­żą at­mos­fe­rę pra­cy, wpro­wa­dzał ją w miej­sco­we re­alia i przy­go­to­wy­wał do prze­ję­cia in­te­re­su.

– A gdzież to pa­nien­ka się wy­bie­ra tak rano? – usły­sza­ła Mag­gie za ple­ca­mi, gdy za­my­ka­ła drzwi stan­cji. Pan­na Ho­ger­ty trak­to­wa­ła wy­na­jem po­koi jak mi­sję. Poza tym od lat wzdy­cha­ła do pana Bo­ger­sa, więc po­wie­rze­nie opie­ki nad Mag­gie uzna­ła za test na wier­ność.

– Wy­ciecz­ka, dro­ga pan­no Ho­ger­ty – od­par­ła i chwy­ci­ła ro­wer. – Po­ja­dę do Tri­ni­ty i High Cliff. Po­dob­no wy­brze­że z tam­tej stro­ny jest bar­dzo uro­kli­we.

– Istot­nie. Cho­ciaż nie li­czy­ła­bym dziś na roz­po­go­dze­nia. – Ho­ger­ty kry­tycz­nie zlu­stro­wa­ła lek­ką kurt­kę i chust­kę non­sza­lanc­ko za­wią­za­ną na szyi dziew­czy­ny. – Niech pa­nien­ka cho­ciaż weź­mie sztor­miak.

– Mam w ple­ca­ku, dzię­ku­ję. – Mag­gie nie chcia­ła po­świę­cać wię­cej cza­su swar­li­wej sta­rej pan­nie. Wsia­dła na ro­wer i ru­szy­ła.

Nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej po­dzi­wia­ła Bo­uley Bay, spo­glą­da­jąc z wy­so­ko­ści kli­fu na pół­księ­życ ma­łej pla­ży wci­śnię­tej mię­dzy ska­ły. Cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu zza chmur wy­szło słoń­ce i roz­świe­tli­ło wy­brze­że re­flek­sa­mi zło­ta i tur­ku­su.

Drob­na mżaw­ka wci­ska­ła się w oczy i kle­iła do wło­sów tar­ga­nych wia­trem. Mag­gie nie mo­gła ich do­brze uło­żyć, od kie­dy za­miesz­ka­ła na wy­spie. Ile­kroć wy­cho­dzi­ła z domu, wiatr od razu roz­wie­wał mi­ster­nie krę­co­ne loki na wszyst­kie stro­ny, co do­pro­wa­dza­ło ją do sza­łu. Wiecz­nie wy­da­wa­ło jej się, że jest po­tar­ga­na. Wresz­cie prze­sta­ła zwra­cać na to uwa­gę i trak­to­wa­ła wal­kę wło­sów z na­tu­rą jak ko­niecz­ny ele­ment co­dzien­no­ści.

– Pa­nien­ka uwa­ża na apasz­kę. Wie­je tu moc­niej niż w Sa­int He­lier.

Li­sto­nosz zja­wił się zni­kąd i prze­rwał jej kon­tem­pla­cję roz­kosz­ne­go wi­do­ku. Mag­gie przy­trzy­ma­ła chust­kę, któ­ra rze­czy­wi­ście była zbyt luź­no zwią­za­na. Słoń­ce za­szło tak szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło, i po­czu­ła, że jest zmar­z­nię­ta. Za­pra­gnę­ła się ogrzać, naj­chęt­niej przy ko­min­ku.

– Jest tu w oko­li­cy ja­kieś miej­sce, gdzie moż­na by się na­pić kawy? – za­py­ta­ła je­go­mo­ścia, któ­ry przy­glą­dał jej się ba­daw­czo.

Li­sto­nosz znał wszyst­kich w oko­li­cy, ale ją wi­dział po raz pierw­szy. Pa­nien­kę z mia­sta, na ro­we­rze, z ple­ca­kiem i, o zgro­zo, w ob­ci­słych spodniach.

– Sim­mons – przed­sta­wił się. – A pani jest?

– Mar­ga­ret Da­vies.

– Z tych Da­vie­sów?

– Nie. Nie z tych – skła­ma­ła. – Więc jak bę­dzie z tą ka­wiar­nią?

Od­su­nął na bok kasz­kiet i po­dra­pał się po gło­wie.

– Jest pub, w Tri­ni­ty, cał­kiem nie­da­le­ko stąd. Ale wąt­pię, czy mają tam kawę. Prę­dzej piwo, choć nie mam pew­no­ści, czy pa­nien­ka po­win­na…

– Za­ry­zy­ku­ję – prze­rwa­ła, nie cze­ka­jąc na dal­szy ciąg wy­wo­du.

Skrzy­wił się z dez­apro­ba­tą, ale wska­zał dro­gę na po­łu­dnio­wy za­chód.

– Dzię­ku­ję panu, Sim­mons. – Mag­gie wsko­czy­ła na ro­wer i po­mknę­ła w tam­tą stro­nę.

„Tri­ni­ty Arms – we­lco­me” – gło­sił na­pis na przy­sa­dzi­stym bu­dyn­ku z ka­mie­nia, z bie­lo­nym fron­tem i da­chem po­kry­tym rdza­wą da­chów­ką. Bia­łe okien­ni­ce wy­glą­da­ły schlud­nie, ze środ­ka biło cie­pło. Tym bar­dziej za­chę­ca­ją­ce, że na ze­wnątrz mżaw­ka prze­szła w deszcz, a wiatr od mo­rza wdzie­rał się chło­dem pod kurt­kę.

W przy­tul­nym wnę­trzu Mag­gie do­strze­gła ko­mi­nek, w któ­rym ra­do­śnie pło­nął ogień. Uśmiech­nę­ła się na ten wi­dok, od­gar­nę­ła z czo­ła przy­kle­jo­ny ko­smyk wło­sów i ro­zej­rza­ła się w po­szu­ki­wa­niu wie­sza­ka. Z fo­te­la przy ogniu pod­niósł się męż­czy­zna.

– Czy mogę od­wie­sić pani kurt­kę? – Skło­nił się krót­ko, jak­by sa­lu­to­wał.

Mag­gie zwró­ci­ła uwa­gę na jego dziw­ny ak­cent. Prze­sad­nie kla­sycz­ny, nie da­ją­cy się przy­pi­sać do żad­nej ze stron bry­tyj­skie­go im­pe­rium. Za­sta­no­wi­ło ją to, ale od­da­ła odzie­nie i przy­ję­ła za­pro­sze­nie do za­ję­cia dru­gie­go z fo­te­li przy ko­min­ku.

– Miesz­ka pan w oko­li­cy? – za­py­ta­ła, sia­da­jąc.

– Od nie­daw­na, ale bar­dzo mi się tu po­do­ba. Fa­scy­nu­ją­ce miej­sce.

– Na­praw­dę tak pan uwa­ża?

– Oczy­wi­ście, tyle tu pięk­nych kra­jo­bra­zów, ulot­na at­mos­fe­ra pro­win­cjo­nal­ne­go od­da­le­nia, a jed­nak je­ste­śmy po­środ­ku wiel­kich spraw, praw­da? – Wska­zał na mapę Ka­na­łu An­giel­skie­go, wi­szą­cą na ścia­nie.

Zdzi­wił Mag­gie swo­im en­tu­zja­zmem. Był pierw­szym spo­tka­nym przez nią czło­wie­kiem, któ­ry uwa­żał wy­spę za wy­jąt­ko­wą. Miej­sco­wi trak­to­wa­li Jer­sey jak spo­koj­ną przy­stań, do­mo­we obej­ście, w któ­rym nic ni­ko­go nie za­sko­czy. Przy­jezd­ni nie zo­sta­wa­li tu dłu­żej niż ty­dzień, roz­cza­ro­wa­ni, szu­ka­li więk­szych atrak­cji w po­bli­skiej Bre­ta­nii czy po­ło­żo­nych da­lej – Nor­man­dii i do­li­nie Lo­ary.

– Re­gi­nald Bi­not, dla zna­jo­mych Reg­gie – przed­sta­wił się.

– Mar­ga­ret Da­vies. Dla przy­ja­ciół Mag­gie.

– O, z tych Da­vie­sów?

– Nie. Nie z tych, przy­kro mi. – Uśmiech­nę­ła się i roz­ło­ży­ła ręce.

– Wła­śnie, to by do­pie­ro było zrzą­dze­nie losu, gdy­by tu, na pro­win­cji, w wio­sce z dala od świa­ta po­ja­wi­ła się hra­bi­na Da­vies…

– Nie­moż­li­we, praw­da? – Od­gar­nę­ła nie­sfor­ne loki z czo­ła.

– Nie­moż­li­we.

Wpa­try­wał się w nią uważ­nie. Miał szcze­gól­ne spoj­rze­nie, głę­bo­kie i prze­ni­ka­ją­ce na wskroś. Ta­jem­ni­czy uśmiech, któ­ry jed­no­cze­śnie przy­cią­gał i był ostrze­że­niem. Nie była pew­na, czy uśmie­chał się do niej, bo mu się po­do­ba­ła, czy przej­rzał jej małe kłam­stwo, czy może po pro­stu chciał być miły.

– Za­mó­wię pani kawę. – Zde­cy­do­wał, nie py­ta­jąc.

– Bar­dzo uprzej­mie z pana stro­ny – od­par­ła. Za­sta­na­wia­ła się, jak się do­my­ślił.

Po­chle­bia­ło jej też, że zwra­cał się do niej z sza­cun­kiem, per pani. Była mło­da, pięk­na, wie­dzia­ła to, ale uni­ka­ła sy­tu­acji, w któ­rych moż­na by ją było po­są­dzić o próż­ność. Brak ob­rącz­ki i męż­czy­zny u boku do­bit­nie świad­czył o jej sta­tu­sie, co dla nie­któ­rych mo­gło być nie­ty­po­we. Nie­mniej „pa­nien­ko” ra­zi­ło jej dumę. Mia­ła się za ko­goś wię­cej niż dziew­czy­nę do po­ślu­bie­nia.

– Skąd pan po­cho­dzi? – za­py­ta­ła, kie­dy wró­cił od baru. – Nie mówi pan z tu­tej­szym ak­cen­tem.

– Z Ga­li­cji – od­parł, uśmie­cha­jąc się prze­wrot­nie.

– W Hisz­pa­nii?

– Nie, z tej dru­giej. – Przy­gryzł usta i uciekł wzro­kiem, li­cząc, że nie do­sły­sza­ła, co mó­wił. – To dłu­ga hi­sto­ria. Nie wiem, czy mamy tyle cza­su, żeby…

– Ależ pro­szę…

Prze­rwa­ło im trza­śnię­cie drzwi. Nowy gość z im­pe­tem wkro­czył do głów­nej sali, otrze­pu­jąc kurt­kę z desz­czu.

– Czo­łem, Reg­gie – przy­wi­tał się.

– Ser­wus, Bar­ry. Jak służ­ba?

Bar­ry wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi, skrzy­wił się i wska­zał za okno. Lało jak z ce­bra, wię­cej nie trze­ba było tłu­ma­czyć. Od­wie­sił mo­kre okry­cie, tor­bę na li­sty i zbli­żył się do ko­min­ka.

– Usza­no­wa­nie, pa­nien­ko Mar­ga­ret. – Do­pie­ro te­raz do­strzegł skry­tą za opar­ciem fo­te­la dziew­czy­nę.

Od­wró­ci­ła gło­wę, po­iry­to­wa­na, po­ru­sza­jąc falą nie­sfor­nych lo­ków.

– Zna­cie się? A to nie­spo­dzian­ka – po­wie­dział Reg­gie.

– Krót­ko, na kli­fach – wy­du­kał Bar­ry ze wzro­kiem wle­pio­nym w zło­te pu­kle.

Po­do­ba­ła mu się, Reg­gie do­strzegł to od razu. Po­dob­nie jak to, że Bar­ry nie wie­dział, co z tym zro­bić.

– Czas już na mnie. – Reg­gie wstał na­gle. – Do zo­ba­cze­nia, pani Da­vies.

– Już pan idzie?

– Obo­wiąz­ki, przy­kro mi. Miło się ga­wę­dzi­ło. Je­śli za­wi­ta pani w te stro­ny, pro­szę się ode­zwać. Po­ka­żę pani kli­fy po dru­giej stro­nie za­to­ki – mó­wił, za­kła­da­jąc płaszcz i ka­pe­lusz. – Bar­ry... – Uchy­lił ron­da i się po­że­gnał.

– Mogę? – Li­sto­nosz wska­zał wol­ny fo­tel, jak tyl­ko drzwi za­mknę­ły się za Re­gi­nal­dem.

– Pro­szę. – Mag­gie chcia­ła od­mó­wić, ale się po­wstrzy­ma­ła, żeby nie wyjść na nie­uprzej­mą.

Bar­ry był nie­mło­dym już, ale po­staw­nym męż­czy­zną. Choć nie moż­na mu było od­mó­wić su­ro­wej uro­dy, w isto­cie oka­zał się zwy­czaj­ny, po­spo­li­ty i mru­kli­wy. Bra­ko­wa­ło mu nie­uchwyt­nej aury ta­jem­ni­czo­ści i cza­row­nej ele­gan­cji Re­gi­nal­da.

Wpa­try­wał się w Mag­gie z za­chwy­tem, któ­ry ją onie­śmie­lał. Nic nie mó­wiąc, są­czył ciem­ne piwo z miną su­ge­ru­ją­cą, że chciał­by za­py­tać o kil­ka spraw, tyl­ko nie wie, jak się do tego za­brać. Mil­cze­nie sta­ło się krę­pu­ją­ce.

– Mie­li. – Pod­nio­sła fi­li­żan­kę z kawą.

– Hę?

– Kawę. Wspo­mi­nał pan, że tyl­ko piwo, a jed­nak mają i kawę.

– Uhm – przy­tak­nął.

Może tam na kli­fie spe­cjal­nie znie­chę­cał ją do tego miej­sca? Chciał zo­stać z Mag­gie chwi­lę dłu­żej, po­roz­ma­wiać, do­wie­dzieć się cze­goś o niej? Nie dała mu szan­sy.

– Je­stem na wy­spie od pół roku – wy­zna­ła.

– Uhm. – Wciąż wpa­try­wał się w nią z tym sa­mym wy­ra­zem twa­rzy.

– Pra­cu­ję w kan­ce­la­rii Borgs & Bo­gers. – Łyk­nę­ła kawy. Bar­ry wciąż się nie od­zy­wał. – W Sa­int He­lier.

– Wiem, gdzie jest ta kan­ce­la­ria.

Od­wró­cił się i spoj­rzał za okno. Deszcz prze­stał pa­dać. Mag­gie wy­da­ło się, że po­wie­dzia­ła coś przy­kre­go, ale nie zdo­by­ła się na py­ta­nie, co by to mo­gło być. Przy­naj­mniej prze­stał się w nią wpa­try­wać.

– Po­zna­łem pana Bo­ger­sa. Pro­szę prze­ka­zać wy­ra­zy usza­no­wa­nia.

– Po­zdro­wię go.

Do­pi­ła kawę, od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na bel­kę nad ko­min­kiem.

– Miło się roz­ma­wia­ło, pa­nie Sim­mons.

– Może kie­dyś pa­nien­kę od­wie­dzę, w Sa­int He­lier.

Wy­po­wie­dze­nie tego zda­nia spra­wi­ło mu wy­raź­ną trud­ność, a jed­nak zdo­był się na od­wa­gę. Tym ra­zem „pa­nien­ko” za­brzmia­ło w jego ustach jak wy­raz naj­wyż­sze­go sza­cun­ku. Do­ce­ni­ła to i się uśmiech­nę­ła, od­gar­nia­jąc z po­licz­ka nie­sfor­ny lok.

– Nie wy­klu­czam.

– Masz naj­pięk­niej­szy uśmiech na świe­cie, Mar­ga­ret.

Po­wie­dział to tak, jak­by myśl, któ­ra nę­ka­ła go od chwi­li spo­tka­nia na kli­fach i upo­rczy­wie do­ma­ga­ła się uj­ścia, sama wy­do­sta­ła się na ze­wnątrz. Bał się, że wy­po­wie­dzia­na na głos, od­sło­ni go i po­grą­ży, ale nie mógł się jej oprzeć.

– To już zbyt­nia śmia­łość, Bar­ry – od­par­ła Mag­gie. – Na­ga­by­wać le­d­wo co po­zna­ną dziew­czy­nę w taki spo­sób.

Spło­nął ru­mień­cem jak uczniak i spu­ścił oczy.

– Nie chcia­łem…

– Żar­to­wa­łam. – Po­gro­zi­ła mu pal­cem. – Je­steś mi­strzem kom­ple­men­tu, na­praw­dę.

– Dzię­ku­ję.

Za­śmia­ła się, za­wi­nę­ła w miej­scu, ubra­ła i za­rzu­ci­ła ple­cak.

– Do zo­ba­cze­nia za­tem. – Po­sła­ła mu ca­łu­sa. – Je­śli bę­dziesz miał śmia­łość.

Bar­ry nie wie­dział, co o tym wszyst­kim są­dzić. Czy Mar­ga­ret na­praw­dę się ob­ra­zi­ła, czy fakt, że po­że­gna­ła go po imie­niu, coś jed­nak ozna­czał? Szy­dzi­ła z nie­go, mó­wiąc że jest mi­strzem, czy w ten prze­wrot­ny spo­sób do­ce­ni­ła jego wy­sił­ki? Czy „do zo­ba­cze­nia” ozna­cza­ło „że­gnam”, czy może „zo­ba­czy­my się jesz­cze?”?

Nie ro­zu­miał tych gier w ukry­te zna­cze­nia. Wie­dział też, że nie jest zaj­mu­ją­cym roz­mów­cą. Ko­bie­ty stro­ni­ły od nie­go, gdy tyl­ko się do nich ode­zwał. Ni­g­dy mu to nie prze­szka­dza­ło, bo bar­dziej ce­nił szcze­rość niż wy­szu­ka­ne po­je­dyn­ki na sło­wa. Nie­mniej mat­ka od daw­na su­szy­ła mu gło­wę, żeby zna­lazł do­brą dziew­czy­nę, oże­nił się i za­ło­żył ro­dzi­nę. Do­bie­gał już czter­dziest­ki, cho­ciaż nie było tego po nim wi­dać. Sam czuł, że to ostat­nia chwi­la, żeby się ustat­ko­wać. Po­sta­no­wił spo­tkać się z Mar­ga­ret Da­vies, kie­dy tyl­ko nada­rzy się spo­sob­ność.

Mag­gie po wyj­ściu zła­pa­ła się na tym, że szu­ka wzro­kiem ele­ganc­kie­go Ga­li­cyj­czy­ka. Mia­ła wiel­ką ocho­tę po­znać go le­piej, usły­szeć, co miał do po­wie­dze­nia, po pro­stu z nim być. Ten czło­wiek miał w so­bie obiet­ni­cę przy­go­dy. Do tego był dia­bel­nie przy­stoj­ny.

Wio­sna 1949 – wy­da­rze­nia w Sa­int He­lier

Mag­gie jesz­cze nie raz wy­bra­ła się na pół­noc­ne kli­fy. Zjeź­dzi­ła je całe zimą i wcze­sną wio­sną, nie zwa­ża­jąc na po­go­dę. Li­czy­ła skry­cie, że któ­re­goś dnia spo­tka przy­pad­kiem Re­gi­nal­da Bi­no­ta. Jak gdy­by ni­g­dy nic do­łą­czy do nie­go na spa­ce­rze. Że wró­cą do roz­mo­wy prze­rwa­nej w Tri­ni­ty, po­zna­ją się le­piej. Że może coś z tego wy­nik­nie.

Nic ta­kie­go się jed­nak nie sta­ło. Czte­ry mie­sią­ce mi­nę­ły tak szyb­ko, że Mag­gie za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy spo­tka­nie w pu­bie na­praw­dę mia­ło miej­sce, czy może Re­gi­nald Bi­not ist­niał tyl­ko w jej wy­obraź­ni. Tra­ci­ła po­wo­li na­dzie­ję, że kie­dy­kol­wiek znów go spo­tka.

Tym­cza­sem Bar­ry po­ja­wiał się w jej ży­ciu re­gu­lar­nie. Od­wie­dzał kan­ce­la­rię Borgs & Bo­gers z po­wo­du spra­wy od lat pro­wa­dzo­nej w jego imie­niu prze­ciw­ko Mi­ni­ster­stwu Woj­ny. Mag­gie nie mo­gła się do­wie­dzieć, o co do­kład­nie cho­dzi­ło. Je­dy­ne, co usły­sza­ła od pana Bo­ger­sa, to: „Po­czci­wy Bar­ry Sim­mons jest bo­ha­te­rem, ot co. Dzię­ki ta­kim jak on im­pe­rium trwa w glo­rii i chwa­le, za­pa­mię­taj to so­bie, Mag­gie. Żeby jesz­cze te cho­ler­ne urzę­da­sy z mi­ni­ster­stwa chcia­ły to przy­znać. Już ja ich zmu­szę, ja­kem Her­ku­les Bo­gers”.

Me­ce­nas trak­to­wał więc Bar­ry’ego z wiel­ką re­we­ren­cją, a ten ko­rzy­stał z za­pro­szeń na po­po­łu­dnio­wą her­ba­tę naj­czę­ściej, jak się dało. Co wto­rek punkt szes­na­sta. Z po­cząt­ku przy­cho­dził dużo wcze­śniej i prze­sia­dy­wał w mil­cze­niu w po­cze­kal­ni, wpa­tru­jąc się w Mar­ga­ret z za­chwy­co­ną miną, jak w dniu, kie­dy się po­zna­li. Po mie­sią­cu zdo­był się na od­wa­gę, żeby za­pro­sić ją na spa­cer do par­ku. Kar­mi­li ra­zem kacz­ki, od­po­wie­dział na kil­ka py­tań do­ty­czą­cych pra­cy li­sto­no­sza, umó­wi­li się na na­stęp­ne spo­tka­nie.

W stycz­niu Mag­gie zgo­dzi­ła się, żeby od­pro­wa­dzał ją do domu, co czy­nił z ocho­tą przez na­stęp­ne dwa mie­sią­ce. Wresz­cie wy­cho­dził so­bie ścież­ki, któ­ry­mi spa­ce­ro­wał tyl­ko z  Mag­gie. Ro­zu­mie­li się bez słów i nie po­trze­bo­wa­li ich. Bar­ry nie mógł po­wie­dzieć nic, cze­go Mar­ga­ret nie wy­czy­ta­ła­by wcze­śniej w jego twa­rzy. Chwy­tał za­tem w mil­cze­niu mo­men­ty bli­sko­ści, a ona po­wo­li przy­zwy­cza­ja­ła się do nie­go. Spra­wy szły w do­brym kie­run­ku.

W mar­cu Bar­ry był bli­ski pod­ję­cia da­lej idą­cych kro­ków. Mar­ga­ret mu­sia­ła zda­wać so­bie spra­wę, że to może na­stą­pić, ale od­py­cha­ła od sie­bie tę myśl. W grun­cie rze­czy nie wi­dzia­ła w Bar­rym męż­czy­zny swo­je­go ży­cia, choć było jej z nim spo­koj­nie i bez­piecz­nie. Mia­ła jed­nak wra­że­nie, że jej po­byt na Jer­sey nie­dłu­go do­bie­gnie koń­ca, więc co­kol­wiek się dzia­ło na wy­spie, nie mia­ło wiel­kie­go zna­cze­nia.

I wła­śnie wte­dy, pod­czas za­ku­pów w Cen­tral Mar­ket na rogu Be­res­ford Stre­et i Hal­kett Pla­ce, wpa­dła na Re­gi­nal­da Bi­no­ta.

– Co pan tu robi? – wy­pa­li­ła.

– Prze­pra­szam, czy my się zna­my?

Wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go, ale i roz­ba­wio­ne­go jed­no­cze­śnie. Ob­da­rzył ją tym sa­mym, wie­le mó­wią­cym uśmie­chem co pół roku wcze­śniej. Fakt, że pięk­na ko­bie­ta za­cze­pi­ła go na uli­cy, był bez wąt­pie­nia miłą nie­spo­dzian­ką.

– Mar­ga­ret Da­vies, nie z tych Da­vie­sów.

Prze­krzy­wił gło­wę, marsz­cząc brwi.

– Przy­pad­ko­we spo­tka­nie w Tri­ni­ty Arms Pub w li­sto­pa­dzie ze­szłe­go roku – po­wta­rza­ła jak na­ję­ta.

Znów za­prze­cze­nie.

– Lało jak z ce­bra, li­sto­nosz prze­rwał nam cie­ka­wą roz­mo­wę. – Pod­ję­ła ostat­nią, de­spe­rac­ką pró­bę.

– Aaa… – Cień zro­zu­mie­nia za­go­ścił na jego twa­rzy.

– Za­pra­szał mnie pan, obie­cy­wał, że po­ka­że kli­fy. – Ode­tchnę­ła.

– Rze­czy­wi­ście. Tak, te­raz so­bie przy­po­mi­nam. Jak mo­głem za­po­mnieć – po­wie­dział i ude­rzył się w czo­ło.

– Więc… co pan tu robi, Re­gi­nal­dzie Bi­not?

– Ach, nic wiel­kie­go. Zwy­kłe spra­wun­ki, pani Mar­ga­ret.

– Wy­star­czy Mag­gie, dla przy­ja­ciół, pa­mię­ta pan? Co do „pani”, to wolę „pan­no. W tej kwe­stii też nic się nie zmie­ni­ło – do­da­ła od­waż­nie.

– Tak szyb­ko zo­sta­li­śmy przy­ja­ciół­mi, Mag­gie? – Zda­wał się nie usły­szeć dru­giej czę­ści wy­po­wie­dzi.

– Nie tego chcia­łeś, Reg­gie? Za­pro­si­łeś mnie na wspól­ną wy­ciecz­kę, przy­po­mi­nam. To zo­bo­wią­zu­je.