Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ludzie spędzają życie na budowaniu relacji. Czasem układają się w związki za sprawą przypadku lub szczęśliwego zrządzenia losu,
innym razem się zdaje, że połączenia dokonał sam diabeł.
Czasem wspólna droga jest tą jedyną właściwą. Zdarzają się też relacje z gruntu złe i takie, na których smutne zakończenie trzeba zapracować – brakiem lub nadmiarem. Niektóre związki potrzebują ruchu i gwaru, inne kwitną w leniwej ciszy.
Jednym marzy się bezpieczna przewidywalność, innym – ciągłe i dramatyczne zwroty akcji.
Czasem partnerzy gubią się w codzienności. Zapominają znaczenia podstawowych słów i gestów. Nie potrafią rozpoznać, kiedy potrzebują więcej przestrzeni, a kiedy więcej człowieka. Jedno jest pewne: młyn wzajemnych zależności nigdy nie przestaje się kręcić.
Autorzy grupy literackiej Niepoczytalni wracają z trzecim zbiorem opowiadań. Zaglądają w miejsca, gdzie związki przestają być przewidywalne. Znajdziecie tu miłość – tę gorącą i tę wystygłą; przyjaźń, która trwa mimo wszystko lub zawodzi w najtrudniejszym momencie; wierność i jej zaprzeczenie. I wszystko to, co z tego wynika.
To opowieści o nas – niepoukładanych, czasem zagubionych, jednak wciąż poszukujących połączenia z drugim człowiekiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 365
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Paweł rozejrzał się dookoła, wdychając głęboko rześki zapach poranka. Uwielbiał spacery przed świtem. Świat dopiero budził się do życia i jedyne, co go otaczało, to cisza i piękno. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby podczas porannych spacerów spotkał kogokolwiek. Zazwyczaj przemierzał tę samą trasę i cieszył się samotnością. Nie po to się przeprowadzał, wręcz uciekał do Norwegii, żeby pchać się w kontakty z ludźmi. Z drugiej strony, to nie było tak, że zawsze unikał innych. Nie. Lubił towarzystwo i nawet nawiązał relacje z sąsiadami, jednak był typem samotnika.
Póki żyła jego żona Anna, byli zawsze otoczeni znajomymi. Teraz, gdy został sam, czuł się tak, jakby jego ukochana zabrała ze sobą ekstrawertyczną część jego osobowości. Zamknął się w sobie i nawet gdy dzwoniło któreś z dzieci, to rozmowa trwała nie dłużej niż dziesięć minut. Kochał swoje latorośle i martwił się o nie, doszedł jednak do wniosku, że nadszedł czas egoizmu, i gdy tylko uporządkował swoje sprawy prawne, przeprowadził się do Amot. Po długich i nieprzespanych nocach w wielkim i pustym mieszkaniu zrozumiał, że nie wytrzyma samotności w miejscu, w którym każde ziarenko piasku przypomina mu o Annie.
W Norwegii znalazł się przez przypadek. Nie planował tego, że jego przeprowadzka będzie dotyczyła również zmiany kraju. Pierwotnie zamierzał przenieść się tylko do innego województwa. Okazało się jednak, że jego znajomy wracał do Polski i zaoferował mu swoje mieszkanie. Najpierw w żartach, jednak z biegiem czasu pomysł nabrał bardziej realnych kształtów. W końcu tak się wszystko potoczyło, że oto on, Paweł Różański, spakował w jedną walizkę swój dobytek i całkiem zmienił swoje życie. Decyzję ułatwił fakt, że bardzo dobrze posługiwał się angielskim. Dopiero po przylocie na miejsce uzmysłowił sobie, dlaczego dzieci pukały się w czoło, gdy mówił im, co zrobi. Trudno. Niech nazywają to, jak chcą. Niech myślą, że zwariował na starość. Niech mówią, że po śmierci matki stał się nieodpowiedzialny.
Wracał już, gdy na ławce nad rzeką zauważył postać: drobną, zgarbioną, drżącą – najpewniej z zimna. Ubrana była tylko w spodnie i cienki t-shirt, a wiosenne poranki w Norwegii nie należały do najcieplejszych.
Spojrzał na zegarek – była piąta dwanaście. Stanął na moment, przyglądając się nieznajomemu. Miał dwa wyjścia. Mógł zawrócić i przejść górą, przecinając farmę starego Greena. Gdyby wybrał tę opcję, nie przeszkadzałby osobie, którą właśnie zobaczył. Przecież jeżeli wychodzi się z domu o tak wczesnej porze, to na pewno nie po to, by imigrant w wieku emerytalnym pytał, czy wszystko jest tak jak trzeba. Mógł też, pomny nauk żony, podejść i zapytać, czy wszystko w porządku.
Czuł się nieswojo, rozmyślając nad tym, które z rozwiązań wybrać w tym momencie. Nie lubił tego uczucia – powodowało dyskomfort psychiczny, a tego wolał unikać.
Nie mógł się zdecydować, co robić. Już prawie postanowił skręcić w stronę farmy sąsiada, gdy uświadomił sobie, że nie przekreśli całkowicie przekonań i nauk wpojonych mu w dzieciństwie przez matkę i starannie pielęgnowanych przez ukochaną żonę w dorosłym życiu. W końcu przez całe małżeństwo tak często słyszał, że każdy zasługuje na to, by wyciągnąć do niego pomocną dłoń, że nim się spostrzegł, faktycznie stało się to wyznacznikiem jego relacji z innymi ludźmi. Nawet teraz, gdy był daleko od dawnego życia, postępował według tego przykazania.
Westchnął żałośnie, wzruszył ramionami i skierował się w stronę ławki. Szedł powoli, nie przyspieszając kroku, a kiedy zbliżył się wystarczająco dostrzegł, że siedzi tam dziewczynka. Co dziecko robi samotnie nad rzeką? O tak wczesnej porze? Szedł dalej, nawet gdy dziewczynka, usłyszawszy jego kroki na szutrowej ścieżce, zgarbiła się jeszcze bardziej. Podszedł i spytał najdelikatniej, jak umiał:
– Przepraszam, czy wszystko w porządku?
Odpowiedziała mu cisza.
„Może mnie nie rozumie?” – przeleciało mu przez myśl. Po chwili jednak usłyszał głośne pociągnięcie nosem. Dziewczynka wytarła czerwony już i tak nos wierzchem dłoni. Spojrzała na niego zapłakanymi błękitnymi oczyma i bez przekonania pokiwała głową.
– Tak, dziękuję – odpowiedziała.
– Czy mogę się dosiąść? – Nie dał za wygraną, choć jego wewnętrzne ja przeklinało go.
Wiedział, że sytuacja jest co najmniej niestosowna. Obcy starszy mężczyzna i dziecko na pustej szutrowej ścieżce. Zresztą o tej porze powinien już kierować się do domu, gdzie czekały bujany fotel i pyszna kawa. Po co ma pchać się do jej życia? Przecież pamięta, jak ciężko było przeżyć z jego dziećmi w tym wieku. Nie zwariował tylko dzięki temu, że miał Annę zawsze pod ręką. W końcu jego wewnętrzne ja przegrało z wpojonymi naukami moralnymi.
– Tak, proszę… – usłyszał, po czym nastąpiło ponowne głośne pociągnięcie nosem, wytarcie go wierzchem dłoni i roztarcie na twarzy łez, które zalewały już całą twarz.
Paweł usiadł na drugim końcu ławki, oparł się i spojrzał na dziewczynkę. Mogła mieć dziesięć, no może trzynaście lat. Blond włosy uciekały wręcz ze splecionego na głowie warkocza, sięgającego jej do połowy pleców. Piegowatą twarz miała mokrą od łez, a chude ramiona drżały, nie tylko z powodu płaczu. Było jej zimno, sinymi dłońmi rozcierała zmarznięte ręce. Siedząc po turecku, starała się nie pokazywać nieznajomemu, w jakim stanie się znajduje. Ale on doskonale wiedział, że zalana łzami i cała zasmarkana dziewczynka była czymś bardzo wstrząśnięta. Pamiętał własną córeczkę, która znajdowała się w takim stanie przynajmniej kilka razy w miesiącu, i każdy taki epizod oznaczał dla niej koniec świata. Tęsknił bardzo za tamtą dziewczynką, za swoją malutką Emilką. Tak bardzo różniła się od dorosłej już Emilii.
Poczuł w tej chwili ochotę na przytulenie swojego najstarszego dziecka. Przewinęły mu się przed oczyma obrazy z przeszłości: pierwszy dzień w domu, kiedy Ania dopiero co wróciła ze szpitala położniczego, lęk przed wzięciem niemowlęcia na ręce, raczkująca istotka i niekompletny uśmiech pierwszoklasistki. Przysiągłby, że naprawdę słyszy głos córki: „Wyżej! Tato!”, gdy podrzucał ją do góry. Poczuł piekące łzy i szybko zamrugał oczami. Ponownie popatrzył na dziewczynkę siedzącą obok. Nawet nie zwróciła na niego uwagi.
– Chyba jest ci zimno, co? Mogę dać ci bluzę – zwrócił się do niej.
– Nie, nie trzeba, dziękuję. – Spojrzała na niego, a jej błękitne, zapłakane oczy wydawały się błyszczeć. – Wtedy pan będzie marzł.
– Nie mów głupstw. Zgrzałem się podczas spaceru. I tak musiałem ją zdjąć. – Na dowód wyciągnął w jej kierunku rękę, w której trzymał lekką bluzę sportową w kolorze zgniłej zieleni. – Proszę, weź.
Widać było, że dziecko się waha. Może się bała, bo rodzice zawsze powtarzają swoim dzieciom, żeby niczego nie brały od obcych. Uśmiechnął się, żeby dodać jej odwagi i pokazać, że nie musi się go obawiać. Przypomniał sobie wtedy, jaką burę dostał Mirek, starszy syn, kiedy przyniósł do domu cudzy czarny sweter.
Chłopak miał wtedy może z dziewięć lat i tego feralnego dnia wyszedł do kolegi. Zapowiadało się upalne popołudnie, ale w ciągu kilku godzin mocno się ochłodziło i dzieciak, wracając, marzł. Po drodze spotkał mężczyznę, który dał mu swój sweter. Paweł wciąż pamiętał swoje przerażenie i wielkie, zlęknione oczy żony, gdy syn opowiadał, skąd ma sweter. Jedyną reakcją, na jaką było stać dwoje dorosłych ludzi, były krzyki i pretensje. Mirek poszedł spać bez kolacji, a oni obydwoje mieli do siebie pretensję, że są złymi rodzicami.
Teraz, po latach, wiedział, że jedynym błędem syna było to, że nie potrafił przewidzieć pogody. Co to za błąd? Czy zawiedli z Anią jako rodzice? Tak? Nie? Zawsze wpajali synowi, że ludzie są dobrzy. Ale czy wtedy postąpiliby tak samo? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Tylko nadal odczuwał to poczucie niesprawiedliwości i bezsilność. Chciał przytulić syna, jednak ojciec powinien być twardy. „Marsz do łóżka!” miało zakończyć sprawę. Niemniej jednak wiedział, że stracił wiele w oczach syna. Co innego wpajali dzieciom przez lata, a w obliczu tej konkretnej sytuacji zachowali się zupełnie inaczej. Czy byli dwulicowi? Czy może sami do tego nie dorośli?
– Dziękuję. – Dziewczynka pośpiesznie włożyła bluzę i zapięła się po samą szyję.
Wyglądała pociesznie. Jak jego dzieci, kiedy nakładały za duże ubrania rodziców. Przyszła mu do głowy Emilka paradująca w sukience Anny, perłach i kapeluszu, człapiąca w za dużych czółenkach. Chłopcy udający dżentelmenów w jego marynarkach i byle jak zawiązanych krawatach. Często, za często, krzyczał na synów za te pogniecione, źle powiązane krawaty. Gdyby mógł cofnąć czas, z pewnością by się tak nie zachował. Dziś miał świadomość, że inne rzeczy są ważniejsze. Ciekawe, czy jego dzieci wiedziały, że nie ma sensu przejmować się takimi drobiazgami, że co innego liczy się w życiu? On to już wiedział, ale czy nauczył tego swoje dzieci?
Przyjrzał się dziewczynce. Ona też powinna paradować w za dużej sukience swojej matki i śmiać się na cały głos, śpiewając dziecięce piosenki, dokazując wraz ze swoim rodzeństwem. Tak jak niegdyś jego dzieci.
– Jak masz na imię? – zapytał, bo jakoś musiał się zwracać do tej dziewczynki.
Nastała chwila ciszy, jakby się zastanawiała, czy podać mu imię czy nie. Westchnęła przeciągle i po raz kolejny głośno pociągnęła nosem, robiąc charakterystyczną przerwę w trakcie. Z ulgą zauważył, że wytarła łzy i przestała płakać.
– Endene – powiedziała w końcu, patrząc mu w oczy. – Na imię mi Endene. Optymistycznie, prawda?
– Mogłabyś mieć na imię Alisa.
– Ale to przecież psie imię. – Na ustach Endene pojawił się cień uśmiechu.
– Wiem… – powiedział i zamilkł.
Kiedy Emilka miała jakieś trzynaście lat, Mirek dziesięć, a Tomek dziewięć, uparli się grupowo, że chcą mieć psa. Niestrudzenie przez dwa miesiące na zmianę wychodzili na spacer z pustą smyczą, wymieniali wodę w specjalnie przygotowanej misce w kuchni, a kiedy któremuś z nich się rozlało, pokornie sprzątali „po piesku”. W końcu Paweł z żoną poddali się i razem, całą rodziną, wybrali się do schroniska. Dzieci jednogłośnie orzekły, że zabierają do domu małą suczkę rasy nijakiej. Małą burą kupkę nieszczęścia, którą nazwały właśnie Alisa. Już nawet nie pamiętał, dlaczego takie imię dla psa wybrały. Suczka towarzyszyła im z takim oddaniem, że stała się członkiem rodziny i kiedy nadszedł jej czas, wszyscy płakali długo i szczerze. Dzieci już nigdy nie poprosiły o psa, a oni nie proponowali zastępstwa dla ukochanej psinki.
– A ja jestem Paweł. – Wyciągnął dłoń, którą dziewczynka uścisnęła niepewnie.
Jej rączka była zimna jak stopy jego żony, kiedy zaraz po ślubie wybrał się z nią w góry i podczas jednego ze spacerów zmokli okropnie. Po powrocie próbowali jakoś się ogrzać, więc masował ukochanej zmarznięte stopy, a ona śmiała się tylko, bo miała tam łaskotki. Gospodarz, od którego wynajęli pokój, przygotował im termofory z gorącą wodą, a jego małżonka przepowiadała, że na pewno po takiej przygodzie się pochorują i umrą, biadoliła, co ich podkusiło, żeby się pchać nad Morskie Oko w taką pogodę. Paweł nie mógł wytrzymać tego marudzenia, więc by odwrócić uwagę, pocałował Annę. Całował tak dobrze, że dziewięć miesięcy później trzymał na rękach Emilkę.
Uśmiechnął się lekko. Co go dziś wzięło na wspominki? Czyżby tak wyglądała starość? Zauważył, że dziewczynka mu się przygląda. Odgonił od siebie wspomnienie o młodej żonie i skupił się na Endene.
– Dlaczego tu usiadłeś? – zapytała.
– Dlaczego płakałaś? – Odpowiedział pytaniem.
Endene podkurczyła nogi pod brodę. Skierowała wzrok na mały czerwony budynek po drugiej stronie rzeki.
Wszystkie stodoły tego typu są w Norwegii czerwone. Podobało mu się to i nie zamierzał temu zaprzeczać. Ta była zarośnięta. Wysokie drzewa otaczały ją z jednej strony, a latem, gdy trawa była wysoka, widać było tylko dach. Larsenowie trzymali tam łódki. Dostawali się do rzeki wydeptaną, wąską ścieżką, niosąc kajaki nad głowami.
Przypomniał sobie, że jego synowie uwielbiali wyprawy kajakowe. W liceum prawie każdy letni weekend spędzali na pływaniu. On niestety nie miał czasu, aby razem z chłopakami wybrać się na któryś z takich wyjazdów. Teraz żałował. Żałował każdego zmarnowanego spływu kajakowego, każdej wodnej wycieczki, każdej minuty, którą mógł spędzić z dziećmi. Z perspektywy czasu nawet obowiązek pracy zarobkowej nie tłumaczył jego nieobecności w życiu synów. Tomek niestrudzenie proponował mu udział w takich imprezach. Zawsze powtarzał, że jedzie ojciec Zdziśka, Wieśka czy Witka. Zawsze czyjś ojciec – nigdy on. Mirek zrezygnował po pierwszych wakacjach. Ania nie mówiła nic. Tylko patrzyła. Ten wzrok pełen smutku pamięta do dziś.
Endene chrząknęła, jakby chciała zwrócić jego uwagę znów na siebie, i wzruszyła ramionami. Jego dzieci też często tak robiły. Chyba wszystkich rodziców denerwuje ten nieokreślony ruch ramion w górę i w dół.
Paweł nadal nie odpowiedział na pytanie dziecka.
– Czyli wszystko w porządku i mogę wracać do domu?
Pomyślał, że niedługo otwierają Kiwi i nie chciał się spóźnić, bo jeszcze wykupią mu cały chleb tostowy. Zaczął się podnosić z ławki.
– Zaczekaj… – wyszeptała dziewczynka. – Czy… Czy miałeś kiedyś tak, że myślałeś, że się wszystko ułoży i będzie jak dawniej? I że z radości prawie latałeś pod niebem…? I nagle… Nagle wszystko runęło. Spadałeś w przepaść i tam już było tylko gorzej niż źle. No powiedz, miałeś tak?
Usiadł z powrotem na ławce. Oczy mu się zaszkliły i zobaczył znów Annę. Chorą, zmęczoną, wychudzoną miłość swojego życia, dla której prawie nic już nie mógł zrobić. Mógł się tylko modlić. Siedział przy jej łóżku dniami i nocami. Dzieci prosiły, żeby dbał o siebie. Jednak jak mógł to robić? Przecież zawiódł Annę. Wierzył. Przysięgał wręcz, a teraz płakał. Przepraszał i błagał. Próbował handlować z Bogiem, losem, wszechświatem.
Gdy lekarz powiedział, że wyniki są zadowalające, myślał, że jednak się udało. Ania usiadła. Ba! Wstała nawet i przycupnęła na chwilę na balkonie. Maj był wtedy piękny, słoneczny i nie za gorący. Piękny maj – taki brutalny. Jeszcze w tym samym tygodniu jego żona, ukochana żona, skonała na jego rękach. Podłączona do piszczącej i mruczącej maszynerii. Blada i wycieńczona przed śmiercią wyszeptała tylko: „Dziękuję ci”. Został sam. Przerażony jak dziecko. Siedział w fotelu i nie miał siły jeść czy nawet się myć. Nie miał chęci na nic, nawet na życie. Depresja, którą zdiagnozował lekarz, to nic w porównaniu z uczuciem klęski, które w sobie miał. Zawiódł wszystkich: żonę i dzieci. Żonę, bo jej nie ochronił, a dzieci, bo straciły matkę.
Przez chwilę miał wrażenie, że znów czuje znajomy ciężar w piersi. Przyłożył tam rękę, serce biło jak oszalałe.
– Miałem… – odpowiedział zachrypniętym głosem. Odchrząknął, by móc dokończyć . – Ale ty jesteś taka młoda i całe życie przed tobą. Nie chcę się wtrącać, bo przecież jestem dla ciebie obcym człowiekiem, ale myślę, że dasz radę. W końcu zapomnisz.
– Nie wiem. Życie wydaje mi się takie beznadziejne, ale ty tego nie zrozumiesz. Dorośli zawsze mówią, że przesadzam.
Przypomniał sobie, że trzaskanie drzwiami zawsze oznajmiało, że Emilce brakuje argumentów. Okres dojrzewania ich córki był trudny i dla niej, i dla wszystkich. A ona zawsze krzyczała im prosto w twarz, że są beznadziejni, że życie też jest takie. I że wszystko jest bez sensu. Kłótnie nawet o najmniejszy drobiazg urastały do rangi katastrofy. Kiedy myśleli, że już nie wytrzymają, że ich cierpliwość dla wyskoków i pretensji córki się skończyła, ta przyznała im rację. Z wrażenia aż usiedli, a Ania zaczęła się śmiać. Śmiała się długo i głośno, trzymając się za brzuch. Razem z Emilką patrzyli na Anię ze zdziwieniem, nic nie rozumiejąc. W końcu żona otarła łzy, wstała i podeszła do córki. Spojrzała jej w oczy, pocałowała ją w czoło i wyszła z domu. Nie było jej kilka godzin, a kiedy wróciła, było już ciemno. Nigdy nie zapytał, gdzie była.
– Zdziwiłabyś się, jak dorośli potrafią wyolbrzymiać. – Uśmiechnął się do Endene, żeby ją uspokoić.
– Ty też? – Spojrzała na niego badawczo. Miała niesamowite oczy, sprawiały wrażenie, jakby przewiercały rozmówcę, a ich właścicielka dzięki temu wiedziała, czy on kłamie.
– A żebyś wiedziała. – Pokiwał lekko głową na wspomnienie tych wszystkich sytuacji, gdy przesadził. Nazbierałaby się tego całkiem pokaźna kolekcja.
Kiedy się poznali, nakłamał Annie, a gdy prawda wyszła na jaw, ona nie chciała z nim rozmawiać. Musiał się mocno napocić, żeby spojrzała na niego znów łaskawym okiem. Podczas pierwszej ciąży Anny trzy razy woził ją do szpitala, przerażony tym, że to już. Żona nazywała go panikarzem. Setki razy pędził na pogotowie, bo według niego któreś z dzieci prawie umierało.
– Czasem myślę – odezwała się smutno Endene – że byłoby lepiej, gdybym się nie urodziła. Albo już umarła… – Na chwilę zawiesiła głos, a on nie wiedział nawet, co ma powiedzieć. – Mieliby wtedy święty spokój – dokończyła.
„Dla ciebie będzie lepiej, jak umrę, kochanie”, wyszeptała kiedyś Anna. Słowa te wciąż krążyły w jego głowie. Kiedy lekarz powiedział, że ma ona przed sobą tylko pół roku życia, nie mógł spać. Podczas bezsennych nocy bez przerwy brzęczało mu w głowie to, co powiedziała z pełnym przekonaniem pomiędzy kolejnymi gryzami kanapki z wędliną. Z emocji upuścił kubek z kawą. Jak ona może mówić takie rzeczy, i to ze spokojem? Przecież on zrobi wszystko, poruszy niebo i ziemię, żeby tylko jego ukochana mogła żyć. Kiedy pochylił się, żeby posprzątać, usłyszał jeszcze tylko, że ma nie histeryzować. Zaczął więc na nią krzyczeć, że nie może mu tego zrobić, że jest egoistyczna i on nie pozwoli jej tak po prostu zostawić rodziny na pastwę losu. Ania patrzyła na niego, powoli żuła śniadanie i potakiwała głową. „Histeryzujesz”, powtórzyła i wzięła łyk herbaty.
Gdy faktycznie umarła, miał wrażenie, że zapada się w głęboki piasek. Nie mógł złapać tchu, łzy zalewały cały świat, a on nie potrafił ruszyć się z miejsca. Wszędzie była nicość. Nie zasługiwał na nic, będąc sam. Po co wstawać rano, jeśli nie ma dla kogo? Dzieci? Dzieci mają swoje życie, swoje rodziny i samotny ojciec potrzebny im jest jak kula u nogi. Nie miał komu robić z rana kawy, nie miał komu kupować ciastka z kremem, wracając z miasta. To nie tak miało być. Krzyczał w nocy przez sen, który fundowały mu różne pigułki przepisane przez lekarza. W ciągu dnia przestał się odzywać, a usta, wcześniej zawsze uśmiechnięte, wtedy zaciskały się coraz mocniej. Miał wówczas żal do Anny. Nie było jej, by wesprzeć, gdy tego potrzebował. Rozmawiał w nocy z jej wspomnieniem i powtarzał, że umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem.
– Umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem – powiedział na głos stalowym głosem, może nazbyt ostrym dla małej dziewczynki, ale było już za późno.
– Mówisz, jakbyś był do tego przekonany – odparła mała, patrząc mu prosto w twarz, jak gdyby nie był jej straszny jego ostry ton. Wydawało się, że jej oczy zaczęły mocniej błyszczeć, a potem ściemniały, przybrały kolor topazu.
– Jakiś czas temu zmarła moja żona – zaczął powoli, zaciskając pięści. – Kochałem ją nad życie. Nie mogłem sobie poradzić z jej śmiercią. Wolałbym sam umrzeć. – Odetchnął głęboko, jakby powiedzenie tego sprawiło mu wielką ulgę.
Swoją drogą tak właśnie było, za rzadko mówił to komukolwiek. Nawet dzieci nie słyszały, by często wyznawał miłość ich matce. Dzisiaj chciałby cofnąć czas i mówić jej to na każdym kroku.
– Nie powinno się nikogo kochać aż tak bardzo. Mnie na pewno nikt tak nie kocha… – odpowiedziała.
Mówiła to z takim przekonaniem, że miał wrażenie, iż przyszłość tej dziewczynki usłana będzie tylko smutkiem, niepowodzeniami i brakiem miłości.
– Wielka miłość boli za bardzo, za mocno potem jest się samotnym. To się nie opłaca – kontynuowała.
Był zszokowany słowami tak młodej dziewczyny na tak poważne tematy. Spojrzał na nią badawczo. Jej twarz nagle wydała mu się starsza, dojrzalsza. Nie przypominała już twarzy zapłakanego podlotka.
– To nieprawda! – krzyknął. – Człowiek bez miłości jest samotny, a samotność jest jak śmierć: okropna.
– Mówisz tak, bo jesteś stary – stwierdziła z rozbrajającą szczerością.
– Jestem stary – przytaknął. – Dlatego musisz mi uwierzyć. Wiem, co mówię. – Znów się do niej uśmiechnął, jednak jej oczy były nadal pochmurne.
– Czy miałeś szczęśliwe życie? – zapytała go nagle, przekrzywiając głowę w prawą stronę, jak to zawsze robiły jego dzieci.
– Dlaczego pytasz? – Poruszył się niepewnie na ławce.
– No wiesz… Jesteś stary i umarła ci żona. To strasznie smutne – powiedziała na jednym wydechu.
– To jest smutne – zgodził się.
– Wiesz dlaczego? – Wpatrywała się w niego tak wnikliwie, że miał wrażenie, iż jej wzrok przeszywa go na wylot.
– Utrata żony jest smutna, starość jest smutna i samotność też jest smutna. Może kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, ale ogólnie życie… Tak, było prawie szczęśliwe.
– Było? Teraz nie jest? – Głos dziewczynki stał się nagle bardziej dźwięczny.
– Zapytałaś, czy miałem szczęśliwe życie. Czasem było szczęśliwe, a czasem mniej. Teraz jest szczęśliwe inaczej, ale kiedyś było bardziej. – Zakłopotany, podrapał się po łysinie.
– Bardziej? – Endene nie dawała za wygraną.
– Posłuchaj, dziecko. Usiadłem tu, bo płakałaś, a nie po to, żebyś mnie przesłuchiwała. – Próbował przerwać, nie czuł się komfortowo, rozmawiając na ten temat
– To jest bardziej interesujące niż moje życie. – Westchnęła ciężko.
– No nie przesadzaj. – Zaczął ją pocieszać. – Moje życie powoli dąży ku końcowi, a twoje praktycznie dopiero się zaczęło.
– Nie przesadzam. Nikt by po mnie nie płakał. Nikt nie cierpiałby po mnie tak, jak ty płakałeś, gdy umarła twoja żona.
– Nie przesadzaj. A twoi rodzice? – Popatrzył na dziewczynkę zdziwiony. Zastanawiał się, skąd w dziecku tyle smutnych i złych emocji.
Milczenie, które nastało, przeraziło Pawła. Może nie powinien zadawać tak osobistego pytania. Przecież jest tylko obcym, starszym człowiekiem, spotkanym o świcie nad rzeką. Nie ma prawa dopytywać się o takie rzeczy. Już otwierał usta, by przeprosić, gdy usłyszał bolesne dla niego słowa.
– Nie mam rodziców… – powiedziała Endene cichutko. Spuściła głowę i dotknęła czołem zgiętych kolan. Zacisnęła mocno oczy, jakby próbowała znów się nie rozpłakać .
Cisza, która zapanowała, zdawała się niemal dotykalna. Paweł nie miał pojęcia, jak pocieszyć to dziecko. Nie wiedział nawet, czy powinien pocieszać. Anna zawsze mu powtarzała, że sieroty nie lubią litowania się nad nimi. Zabroniła mu użalać się nad sobą. To, że wychowała się w domu dziecka i nigdy nie poznała swoich rodziców, było jej siłą, a nie ułomnością. Szczerze opowiadała mu, co czuła w każde święta, Dzień Matki, Ojca czy samotne urodziny. Mówiła, że często żałowała, że jej rodzice nie umarli i nie mogła po nich płakać, zapalić im świeczki na grobie. Zamiast tego miała poczucie wielkiej pustki, wieczną niepewność, samotność i świadomość, że nikt jej nie chce.
– Tak jak moja żona – wyszeptał w końcu.
– Wiem – przytaknęła chłodno Endene.
Zaskoczyło go to. Jak to „wiem”? Poczuł ciarki na plecach.
– O czym wiesz? – Był zaskoczony i zaczął się zastanawiać, czy Endene nie jest chora psychicznie. Mówiła zupełnie bez sensu.
– Wiem wszystko. – Wbiła w niego poważny wzrok.
Jego oddech przyspieszył, na czole pojawiły się kropelki potu, a dłonie zrobiły się mokre, sam nie wiedział dlaczego. Wpatrywał się w dziewczynkę pytająco, bojąc się poruszyć.
Wstała powoli i świdrowała go wzrokiem bez jednego mrugnięcia. Kiedy siedziała, wydawała się niska, okazało się jednak, że jest wyższa od niego. Wyciągnęła w jego stronę nadal siną rękę. Kurtka nagle okazała się za ciasna. Oczy Endene, piękne, błyszczące i niebieskie, stały się nagle atramentowoczarne. Twarz straciła dziecięcy wyraz niewinności i nabrała cech dojrzałej kobiety. Zdjęła bluzę i delikatnie położyła na ławce. Oniemiały Paweł nawet się nie poruszył. Z przerażeniem zauważył, że postać nie ma na sobie cienkiego podkoszulka, lecz długą, czarną suknię, przewiązaną czerwonym pasem. Blond włosy w ciasnym warkoczu również związane były czerwoną tasiemką. Stała przed nim, dostojna, z wysoko podniesioną głową. Obserwowała go, czekając, aż wstanie i chwyci ją za rękę. Nie ponaglała go.
– Wiem wszystko – powtórzyła. – A teraz chodź. Już czas.
– Nie rozumiem – odezwał się niepewnie, choć zaczynał rozumieć coraz bardziej.
Czekała spokojnie, wiedząc, że – jak każdy – mężczyzna musi zaakceptować sytuację.
– Jeszcze nie… Jeszcze nie teraz. Ja… Ja jeszcze… – Nie mógł wypowiedzieć nawet jednego zdania. Żadne słowa nie chciały w jego głowie tworzyć spójnej wypowiedzi. Myśli nie składały się w logiczną całość.
– Już za późno na cokolwiek. Miałeś swój czas. Jak każdy – oznajmiła lodowatym tonem, aż poczuł ciarki na plecach.
– Ale… Endene… – Nie wiedział, jak dokończyć. Miał pustkę w głowie.
– To koniec. Jestem „Końcem” – odpowiedziała bardziej przyjacielsko. – Przecież wiesz, że ONA czeka.
Patrzył na Śmierć, którą zawsze wyobrażał sobie inaczej. Stała teraz przed nim i zdawał sobie sprawę, że nadszedł ten czas. Ten moment, o który prosił Boga tak długo i żarliwie. Przyszło wybawienie, jego marzenie ostatnich lat samotności, a on się bał. Spojrzał jeszcze raz w czarne oczy. Ich otchłań była przerażająca, a jednocześnie uspokajająca. Biła od niej taka pewność, że wiedział, iż nie ma się co opierać. Już nie zmieni zdania. Wyciągnął rękę w jej kierunku . Powoli i niepewnie chwycił zimną, kościstą dłoń i się uspokoił. Jego oddech stał się miarowy, a wszelkie wątpliwości zniknęły. Wiedział, że tak ma właśnie być. To był ten czas. Postać pokiwała z aprobatą głową.
– ONA czeka – rzekła głosem melodyjnym, a jednak ostrym jak brzytwa.
Nie przeraził się, bo już wszystko wiedział. Słońce właśnie wychyliło się zza widnokręgu i świat zalało światło dnia. Wszystko błyszczało niejako z nowości, gotowe na kolejny dzień w świecie pełnym życia.
„Koniec” przesunęła się w bok, dłonią wskazując miejsce, z którego przyszedł. Spojrzał w tamtą stronę, mrużąc oczy przed oślepiającym słonecznym blaskiem. Na szutrowej ścieżce stała drobna, jakby znajoma postać. Potrzebował jedynie chwili, żeby zorientować się, że to Anna. Krzyknął ni to z radości, ni z przerażenia, ponieważ nie do końca dotarło do niego, co się właśnie stało. Puścił lodowatą rękę i skierował kroki ku żonie.
– Tęskniła – szepnęła Śmierć.
– Wiem – odpowiedział.
Gdy wysiadło światło, Maggie poczuła, że Barry’ego brakuje jeszcze bardziej. Zawsze wiedział te małe rzeczy, które sprawiały, że dom działał. Gdzie są korki, jak zamknąć wodę w ogrodzie, jak otworzyć właz na strych, rozpalić kominek, naoliwić furtkę, żeby nie skrzypiała.
Siedziała długie minuty w ciemnościach, czekając, aż się odezwie, zastuka szufladami, wyjdzie sprawdzić rozdzielnię prądu. Nic takiego się nie stało. Cisza była bardziej dotkliwa niż ciemność, która zapadła tak nagle.
Maggie wyjrzała ostrożnie na ganek, gdzie stał zawsze o tej porze i palił papierosa, ale nie dostrzegła żarzącej się w mroku końcówki. Nie poczuła smrodu Rothmansów, który tak przeklinała przez całe życie. Nie mogła kazać mu sprawdzić „co z tym światłem” ani zrugać, że tyle pali. Tylko targana wiatrem furtka obijała się o zawias i dotarło do Maggie boleśnie, że została z tymi drobnymi sprawami sama.
Zapaliła świeczkę i zeszła do piwnicy sprawdzić korki. Odszukała je po dłuższej chwili nad stołem do majsterkowania, zawalonym jakąś robótką, przerwaną tylko na chwilę. Zawiesiła wzrok na małym kadłubie statku, dopiero co przygotowanym do osadzenia pokładu, prowadnic dział i masztów. Ciekawe, dokąd chciał nim popłynąć w swoich marzeniach? Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nigdy nie zapytała. Szkoda, że już nie będzie okazji.
Korki wyskoczyły, więc przesunęła je w górę, na ustawienie „ON”. Nic się nie stało. Dla pewności spojrzała na korytarz nad schodami. Wciąż było ciemno.
„Wywaliło na głównej skrzynce” – usłyszała, jak mówi, po czym zaciąga się papierosem. – „Pójdę sprawdzić”.
„Załóż coś, bo się przeziębisz” – powiedziałaby.
„Eee, daj spokój, nie jestem z cukru”. – Machnąłby ręką, jak zawsze.
„Ciągle to samo. Zaziębisz się i umrzesz na płuca, zobaczysz” – słyszała własne marudzenie. – „A wtedy nie licz, że będę cię doglądała, stary pierdoło”.
„Cicho, babo”. – To byłoby wszystko, co by usłyszała wśród przekleństw tłumionych chrząkaniem i kasłaniem.
Zbyt wiele sobie powiedzieli przykrych rzeczy przez lata, żeby kłócić się naprawdę. Żar miłości i nienawiści dawno w nich wygasł. Żyli z dnia na dzień, spleceni w uścisku jak dwa pasożytujące na sobie drzewa. Aż jedno uschło.
– Jak ocenia pani tę sprawę, pani mecenas?
Klient był niskim korpulentnym mężczyzną z rozbieganymi oczami. Wiercił się w krześle i sapał nerwowo, nie mogąc znieść ciszy.
– Na dwoje babka wróżyła – odparła Margaret Davies, która nieobecnym wzrokiem przeglądała dokumenty.
– To wszystko? Nic więcej pani nie wyczytała? Mam szansę na tę ziemię czy nie?
Poprawił się w fotelu i wypchnął klatkę piersiową do góry, jakby chciał pokazać, jaki jest ważny.
– Wszystko zależy od tego, czy nie ma innych spadkobierców.
– Przecież mówiłem pani, że nie ma. Nikt się nie zgłosił.
– To się jeszcze może okazać, szanowny panie. – Poprawiła okulary. – Szkoda, że zmarły nie zostawił testamentu. Gdyby wskazał pana jako najbliższą rodzinę, jedyną osobę, która ma prawo do majątku po śmierci, byłoby łatwiej. A tak…
– Co „tak”? Nie mam prawa niczego żądać?
– Ależ ma pan prawo, tyle że mogą się zgłosić inni, a… – podniosła wzrok znad papierów – stryj był przecież samotny, wszyscy w okolicy to wiedzą. Do końca twierdził, że nikomu nic nie da…
– Ale dał. Mnie, swojemu bratankowi.
– Słownie, na łożu śmierci, jak pan twierdzi. Bez świadków, niestety, i bez śladu w dokumentach.
Stuknęła palcem w plik pism przed sobą.
– A twierdzę. A pani ma to załatwić w papierach, tak? – Mężczyzna wychylił się w jej kierunku z dłońmi wyciągniętymi jak do duszenia.
– Jest pan nieuprzejmy, mister Wozak.
– Bo się nie rozumiemy. Majątek jest mój, po stryju. Za to pani płacę, żeby tak stało w dokumentach, rozumiemy się?
Zaplotła ręce na piersiach i odsunęła się od biurka.
– Panie Wozak, może tam, skąd pan pochodzi, sprawy załatwia się w ten sposób. Krzykiem i groźnymi spojrzeniami. Tutaj wymaga się podstawowych manier i obycia. To nie są rzeczy, które można kupić. A jestem jedynym adwokatem na wyspie.
– Ale…
– Proszę mi nie przerywać! – Uderzyła dłonią w blat. – Zatem… pójdzie pan teraz tam, skąd pan przyszedł, gdziekolwiek to jest, zastanowi się pan nad tym, co powiedziałam, i wróci tu jutro, z innym nastawieniem. Żegnam.
– Ale…
– Tam są drzwi. – Wskazała, miotając z oczu błyskawice.
Wozak zarzucił płaszcz, ogromną czapkę uszatkę i trzasnął drzwiami.
Kiedy wyszedł, Margaret złapała się za skronie i ścisnęła. „Co się dzieje? Tracę nerwy w takiej sytuacji?” Zamknęła teczkę z papierami posiadłości La Haie Fleurie w St. Martins i wrzuciła do szuflady. Zamknęła ją na klucz i wyszła z biura. Na szczęście nikt nie pytał, jakim sposobem te dokumenty znalazły się u niej.
„Gdzie on trzyma ten klucz, do cholery?” – zżymała się Maggie. Trzasnęła drzwiami kolejnej szafki i się zaśmiała. Wciąż myślała o Barrym w czasie teraźniejszym – to raz. Dwa – nawet po śmierci potrafił wyprowadzić ją z równowagi.
„Stary pierdoła”, tak na niego mówiła. Nie był wcale taki stary, choć dużo starszy od niej. W ostatnie, sześćdziesiąte piąte urodziny do pubu w Trinity zeszło się z dwadzieścia osób. Była szczerze zdziwiona, że aż tyle, ale co w sumie wiedziała o mężu, który znikał popołudniami na całe godziny, żeby spędzać je z kumplami przy barze.
Szczerze nienawidziła tych wieczorów. Zapraszał ją na wyjścia, to prawda, ale nie chciała się zniżać do wizyt w pubie, gdzie bywali głównie farmerzy i rybacy, śmierdzący na zmianę krowim łajnem i rybami. Ona, wzięta prawniczka z Londynu, tylko tymczasowo na zesłaniu na wyspie, nienawidziła ryb i krów. I prowincji w ogóle.
Poszła ten jeden raz, żeby zrobić mu uprzejmość. „W końcu to całkiem okrągłe urodziny” – powiedziała. „Jeszcze uwierzę, że ci naprawdę zależy” – odparł skwaszony, ale też mile połechtany, że wreszcie się złamała. Powód był inny, a w zasadzie były dwa. Pierwszy – on kaszlał już wtedy tak bardzo, że była pewna, że koniec jest bliski. Drugi – Maggie wiedziała, że Barry zaprosił Reggiego, swojego najlepszego kumpla, który z niewiadomych względów od lat przesiadywał z mężem w pubie.
Reginald Binot był samotnikiem, wiedzieli to wszyscy, bogaczem – co też nie było tajemnicą – oraz wielce eleganckim dżentelmenem o niejasnym pochodzeniu. Mieszkańcy Trinity powiadali, że zjawił się w miasteczku krótko po wyzwoleniu, nabył za gotówkę solidny kawał ziemi na klifach i dorobił się szybko na hodowli bydła. Nigdy nie założył rodziny, nie miał krewnych, nikt go nie odwiedzał. Nikt nigdy nie był w jego domu, nawet Barry, chociaż Reggie znał każdego w okolicy z imienia.
Oprócz Maggie. Przez wszystkie lata się unikali, a spotkawszy przypadkiem, odwracali wzrok. Do tamtego wieczora, w sześćdziesiąte piąte urodziny Barry’ego.
– Musimy porozmawiać – wyszeptała Maggie, kiedy Reggie pocałował powietrze koło jej ucha.
Następnie powiedziała tak, żeby wszyscy słyszeli:
– Miło cię wreszcie poznać, Reginaldzie. Barry tyle mi o tobie opowiadał.
– Zapewne historie o pustych szklankach i wypalonych cygarach – odparł, skinąwszy porozumiewawczo. – Barry nie jest przesadnie wylewny.
Towarzystwo zaśmiało się gromko. Małomówność Barry’ego była legendarna. Gdyby jakiś zbłąkany turysta pojawił się na Jersey i zapytał go o drogę, zapewne otrzymałby w odpowiedzi wymowne milczenie lub, co najwyżej, wzruszenie ramion.
Był chłodny listopadowy dzień, siąpiący wilgocią od samych drzwi. „Idealna pogoda na długi spacer” – pomyślała Maggie, kończąc śniadanie. Miała dziś wolne w kancelarii, jak to bywało w soboty, więc zaplanowała wycieczkę na północ wyspy.
Mieszkała na Jersey od niedawna. Świeżo upieczona prawniczka z Londynu, wysłana do kancelarii Borgs & Bogers na praktyki, które skądinąd załatwił jej papa. Miał na wyspie znajomego z czasów Wielkiej Wojny, z którym widywał się nader rzadko, ale z którym łączyła go silna więź. Pan Bogers zgodził się przyjąć młodziutką Maggie. Pan Borgs zaś nie wyraził sprzeciwu, głównie dlatego, że od dawna już nie żył.
Maggie z początku kręciła nosem na tak niegościnne i prowincjonalne miejsce. Dość szybko jednak zrozumiała, że wysunięta placówka była dla niej dużą szansą, a pod niewinnym z pozoru ustaleniem praktyk kryje się dawno zawiązany pakt braci krwi między jej ojcem a Bogersem. Mecenas był bezdzietnym wdowcem, bez chęci ponownego ożenku czy wyraźnego zamiaru przekazania kancelarii komukolwiek. Z wyjątkiem córki przyjaciela z okopów.
Dlatego Maggie zaakceptowała swój los i z zaangażowaniem poznawała tajniki funkcjonowania kancelarii pana Bogersa. On, w zamian za miłe towarzystwo i świeżą atmosferę pracy, wprowadzał ją w miejscowe realia i przygotowywał do przejęcia interesu.
– A gdzież to panienka się wybiera tak rano? – usłyszała Maggie za plecami, gdy zamykała drzwi stancji. Panna Hogerty traktowała wynajem pokoi jak misję. Poza tym od lat wzdychała do pana Bogersa, więc powierzenie opieki nad Maggie uznała za test na wierność.
– Wycieczka, droga panno Hogerty – odparła i chwyciła rower. – Pojadę do Trinity i High Cliff. Podobno wybrzeże z tamtej strony jest bardzo urokliwe.
– Istotnie. Chociaż nie liczyłabym dziś na rozpogodzenia. – Hogerty krytycznie zlustrowała lekką kurtkę i chustkę nonszalancko zawiązaną na szyi dziewczyny. – Niech panienka chociaż weźmie sztormiak.
– Mam w plecaku, dziękuję. – Maggie nie chciała poświęcać więcej czasu swarliwej starej pannie. Wsiadła na rower i ruszyła.
Niecałą godzinę później podziwiała Bouley Bay, spoglądając z wysokości klifu na półksiężyc małej plaży wciśniętej między skały. Cudownym zrządzeniem losu zza chmur wyszło słońce i rozświetliło wybrzeże refleksami złota i turkusu.
Drobna mżawka wciskała się w oczy i kleiła do włosów targanych wiatrem. Maggie nie mogła ich dobrze ułożyć, od kiedy zamieszkała na wyspie. Ilekroć wychodziła z domu, wiatr od razu rozwiewał misternie kręcone loki na wszystkie strony, co doprowadzało ją do szału. Wiecznie wydawało jej się, że jest potargana. Wreszcie przestała zwracać na to uwagę i traktowała walkę włosów z naturą jak konieczny element codzienności.
– Panienka uważa na apaszkę. Wieje tu mocniej niż w Saint Helier.
Listonosz zjawił się znikąd i przerwał jej kontemplację rozkosznego widoku. Maggie przytrzymała chustkę, która rzeczywiście była zbyt luźno związana. Słońce zaszło tak szybko, jak się pojawiło, i poczuła, że jest zmarznięta. Zapragnęła się ogrzać, najchętniej przy kominku.
– Jest tu w okolicy jakieś miejsce, gdzie można by się napić kawy? – zapytała jegomościa, który przyglądał jej się badawczo.
Listonosz znał wszystkich w okolicy, ale ją widział po raz pierwszy. Panienkę z miasta, na rowerze, z plecakiem i, o zgrozo, w obcisłych spodniach.
– Simmons – przedstawił się. – A pani jest?
– Margaret Davies.
– Z tych Daviesów?
– Nie. Nie z tych – skłamała. – Więc jak będzie z tą kawiarnią?
Odsunął na bok kaszkiet i podrapał się po głowie.
– Jest pub, w Trinity, całkiem niedaleko stąd. Ale wątpię, czy mają tam kawę. Prędzej piwo, choć nie mam pewności, czy panienka powinna…
– Zaryzykuję – przerwała, nie czekając na dalszy ciąg wywodu.
Skrzywił się z dezaprobatą, ale wskazał drogę na południowy zachód.
– Dziękuję panu, Simmons. – Maggie wskoczyła na rower i pomknęła w tamtą stronę.
„Trinity Arms – welcome” – głosił napis na przysadzistym budynku z kamienia, z bielonym frontem i dachem pokrytym rdzawą dachówką. Białe okiennice wyglądały schludnie, ze środka biło ciepło. Tym bardziej zachęcające, że na zewnątrz mżawka przeszła w deszcz, a wiatr od morza wdzierał się chłodem pod kurtkę.
W przytulnym wnętrzu Maggie dostrzegła kominek, w którym radośnie płonął ogień. Uśmiechnęła się na ten widok, odgarnęła z czoła przyklejony kosmyk włosów i rozejrzała się w poszukiwaniu wieszaka. Z fotela przy ogniu podniósł się mężczyzna.
– Czy mogę odwiesić pani kurtkę? – Skłonił się krótko, jakby salutował.
Maggie zwróciła uwagę na jego dziwny akcent. Przesadnie klasyczny, nie dający się przypisać do żadnej ze stron brytyjskiego imperium. Zastanowiło ją to, ale oddała odzienie i przyjęła zaproszenie do zajęcia drugiego z foteli przy kominku.
– Mieszka pan w okolicy? – zapytała, siadając.
– Od niedawna, ale bardzo mi się tu podoba. Fascynujące miejsce.
– Naprawdę tak pan uważa?
– Oczywiście, tyle tu pięknych krajobrazów, ulotna atmosfera prowincjonalnego oddalenia, a jednak jesteśmy pośrodku wielkich spraw, prawda? – Wskazał na mapę Kanału Angielskiego, wiszącą na ścianie.
Zdziwił Maggie swoim entuzjazmem. Był pierwszym spotkanym przez nią człowiekiem, który uważał wyspę za wyjątkową. Miejscowi traktowali Jersey jak spokojną przystań, domowe obejście, w którym nic nikogo nie zaskoczy. Przyjezdni nie zostawali tu dłużej niż tydzień, rozczarowani, szukali większych atrakcji w pobliskiej Bretanii czy położonych dalej – Normandii i dolinie Loary.
– Reginald Binot, dla znajomych Reggie – przedstawił się.
– Margaret Davies. Dla przyjaciół Maggie.
– O, z tych Daviesów?
– Nie. Nie z tych, przykro mi. – Uśmiechnęła się i rozłożyła ręce.
– Właśnie, to by dopiero było zrządzenie losu, gdyby tu, na prowincji, w wiosce z dala od świata pojawiła się hrabina Davies…
– Niemożliwe, prawda? – Odgarnęła niesforne loki z czoła.
– Niemożliwe.
Wpatrywał się w nią uważnie. Miał szczególne spojrzenie, głębokie i przenikające na wskroś. Tajemniczy uśmiech, który jednocześnie przyciągał i był ostrzeżeniem. Nie była pewna, czy uśmiechał się do niej, bo mu się podobała, czy przejrzał jej małe kłamstwo, czy może po prostu chciał być miły.
– Zamówię pani kawę. – Zdecydował, nie pytając.
– Bardzo uprzejmie z pana strony – odparła. Zastanawiała się, jak się domyślił.
Pochlebiało jej też, że zwracał się do niej z szacunkiem, per pani. Była młoda, piękna, wiedziała to, ale unikała sytuacji, w których można by ją było posądzić o próżność. Brak obrączki i mężczyzny u boku dobitnie świadczył o jej statusie, co dla niektórych mogło być nietypowe. Niemniej „panienko” raziło jej dumę. Miała się za kogoś więcej niż dziewczynę do poślubienia.
– Skąd pan pochodzi? – zapytała, kiedy wrócił od baru. – Nie mówi pan z tutejszym akcentem.
– Z Galicji – odparł, uśmiechając się przewrotnie.
– W Hiszpanii?
– Nie, z tej drugiej. – Przygryzł usta i uciekł wzrokiem, licząc, że nie dosłyszała, co mówił. – To długa historia. Nie wiem, czy mamy tyle czasu, żeby…
– Ależ proszę…
Przerwało im trzaśnięcie drzwi. Nowy gość z impetem wkroczył do głównej sali, otrzepując kurtkę z deszczu.
– Czołem, Reggie – przywitał się.
– Serwus, Barry. Jak służba?
Barry wzruszył tylko ramionami, skrzywił się i wskazał za okno. Lało jak z cebra, więcej nie trzeba było tłumaczyć. Odwiesił mokre okrycie, torbę na listy i zbliżył się do kominka.
– Uszanowanie, panienko Margaret. – Dopiero teraz dostrzegł skrytą za oparciem fotela dziewczynę.
Odwróciła głowę, poirytowana, poruszając falą niesfornych loków.
– Znacie się? A to niespodzianka – powiedział Reggie.
– Krótko, na klifach – wydukał Barry ze wzrokiem wlepionym w złote pukle.
Podobała mu się, Reggie dostrzegł to od razu. Podobnie jak to, że Barry nie wiedział, co z tym zrobić.
– Czas już na mnie. – Reggie wstał nagle. – Do zobaczenia, pani Davies.
– Już pan idzie?
– Obowiązki, przykro mi. Miło się gawędziło. Jeśli zawita pani w te strony, proszę się odezwać. Pokażę pani klify po drugiej stronie zatoki – mówił, zakładając płaszcz i kapelusz. – Barry... – Uchylił ronda i się pożegnał.
– Mogę? – Listonosz wskazał wolny fotel, jak tylko drzwi zamknęły się za Reginaldem.
– Proszę. – Maggie chciała odmówić, ale się powstrzymała, żeby nie wyjść na nieuprzejmą.
Barry był niemłodym już, ale postawnym mężczyzną. Choć nie można mu było odmówić surowej urody, w istocie okazał się zwyczajny, pospolity i mrukliwy. Brakowało mu nieuchwytnej aury tajemniczości i czarownej elegancji Reginalda.
Wpatrywał się w Maggie z zachwytem, który ją onieśmielał. Nic nie mówiąc, sączył ciemne piwo z miną sugerującą, że chciałby zapytać o kilka spraw, tylko nie wie, jak się do tego zabrać. Milczenie stało się krępujące.
– Mieli. – Podniosła filiżankę z kawą.
– Hę?
– Kawę. Wspominał pan, że tylko piwo, a jednak mają i kawę.
– Uhm – przytaknął.
Może tam na klifie specjalnie zniechęcał ją do tego miejsca? Chciał zostać z Maggie chwilę dłużej, porozmawiać, dowiedzieć się czegoś o niej? Nie dała mu szansy.
– Jestem na wyspie od pół roku – wyznała.
– Uhm. – Wciąż wpatrywał się w nią z tym samym wyrazem twarzy.
– Pracuję w kancelarii Borgs & Bogers. – Łyknęła kawy. Barry wciąż się nie odzywał. – W Saint Helier.
– Wiem, gdzie jest ta kancelaria.
Odwrócił się i spojrzał za okno. Deszcz przestał padać. Maggie wydało się, że powiedziała coś przykrego, ale nie zdobyła się na pytanie, co by to mogło być. Przynajmniej przestał się w nią wpatrywać.
– Poznałem pana Bogersa. Proszę przekazać wyrazy uszanowania.
– Pozdrowię go.
Dopiła kawę, odstawiła filiżankę na belkę nad kominkiem.
– Miło się rozmawiało, panie Simmons.
– Może kiedyś panienkę odwiedzę, w Saint Helier.
Wypowiedzenie tego zdania sprawiło mu wyraźną trudność, a jednak zdobył się na odwagę. Tym razem „panienko” zabrzmiało w jego ustach jak wyraz najwyższego szacunku. Doceniła to i się uśmiechnęła, odgarniając z policzka niesforny lok.
– Nie wykluczam.
– Masz najpiękniejszy uśmiech na świecie, Margaret.
Powiedział to tak, jakby myśl, która nękała go od chwili spotkania na klifach i uporczywie domagała się ujścia, sama wydostała się na zewnątrz. Bał się, że wypowiedziana na głos, odsłoni go i pogrąży, ale nie mógł się jej oprzeć.
– To już zbytnia śmiałość, Barry – odparła Maggie. – Nagabywać ledwo co poznaną dziewczynę w taki sposób.
Spłonął rumieńcem jak uczniak i spuścił oczy.
– Nie chciałem…
– Żartowałam. – Pogroziła mu palcem. – Jesteś mistrzem komplementu, naprawdę.
– Dziękuję.
Zaśmiała się, zawinęła w miejscu, ubrała i zarzuciła plecak.
– Do zobaczenia zatem. – Posłała mu całusa. – Jeśli będziesz miał śmiałość.
Barry nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Czy Margaret naprawdę się obraziła, czy fakt, że pożegnała go po imieniu, coś jednak oznaczał? Szydziła z niego, mówiąc że jest mistrzem, czy w ten przewrotny sposób doceniła jego wysiłki? Czy „do zobaczenia” oznaczało „żegnam”, czy może „zobaczymy się jeszcze?”?
Nie rozumiał tych gier w ukryte znaczenia. Wiedział też, że nie jest zajmującym rozmówcą. Kobiety stroniły od niego, gdy tylko się do nich odezwał. Nigdy mu to nie przeszkadzało, bo bardziej cenił szczerość niż wyszukane pojedynki na słowa. Niemniej matka od dawna suszyła mu głowę, żeby znalazł dobrą dziewczynę, ożenił się i założył rodzinę. Dobiegał już czterdziestki, chociaż nie było tego po nim widać. Sam czuł, że to ostatnia chwila, żeby się ustatkować. Postanowił spotkać się z Margaret Davies, kiedy tylko nadarzy się sposobność.
Maggie po wyjściu złapała się na tym, że szuka wzrokiem eleganckiego Galicyjczyka. Miała wielką ochotę poznać go lepiej, usłyszeć, co miał do powiedzenia, po prostu z nim być. Ten człowiek miał w sobie obietnicę przygody. Do tego był diabelnie przystojny.
Maggie jeszcze nie raz wybrała się na północne klify. Zjeździła je całe zimą i wczesną wiosną, nie zważając na pogodę. Liczyła skrycie, że któregoś dnia spotka przypadkiem Reginalda Binota. Jak gdyby nigdy nic dołączy do niego na spacerze. Że wrócą do rozmowy przerwanej w Trinity, poznają się lepiej. Że może coś z tego wyniknie.
Nic takiego się jednak nie stało. Cztery miesiące minęły tak szybko, że Maggie zaczęła się zastanawiać, czy spotkanie w pubie naprawdę miało miejsce, czy może Reginald Binot istniał tylko w jej wyobraźni. Traciła powoli nadzieję, że kiedykolwiek znów go spotka.
Tymczasem Barry pojawiał się w jej życiu regularnie. Odwiedzał kancelarię Borgs & Bogers z powodu sprawy od lat prowadzonej w jego imieniu przeciwko Ministerstwu Wojny. Maggie nie mogła się dowiedzieć, o co dokładnie chodziło. Jedyne, co usłyszała od pana Bogersa, to: „Poczciwy Barry Simmons jest bohaterem, ot co. Dzięki takim jak on imperium trwa w glorii i chwale, zapamiętaj to sobie, Maggie. Żeby jeszcze te cholerne urzędasy z ministerstwa chciały to przyznać. Już ja ich zmuszę, jakem Herkules Bogers”.
Mecenas traktował więc Barry’ego z wielką rewerencją, a ten korzystał z zaproszeń na popołudniową herbatę najczęściej, jak się dało. Co wtorek punkt szesnasta. Z początku przychodził dużo wcześniej i przesiadywał w milczeniu w poczekalni, wpatrując się w Margaret z zachwyconą miną, jak w dniu, kiedy się poznali. Po miesiącu zdobył się na odwagę, żeby zaprosić ją na spacer do parku. Karmili razem kaczki, odpowiedział na kilka pytań dotyczących pracy listonosza, umówili się na następne spotkanie.
W styczniu Maggie zgodziła się, żeby odprowadzał ją do domu, co czynił z ochotą przez następne dwa miesiące. Wreszcie wychodził sobie ścieżki, którymi spacerował tylko z Maggie. Rozumieli się bez słów i nie potrzebowali ich. Barry nie mógł powiedzieć nic, czego Margaret nie wyczytałaby wcześniej w jego twarzy. Chwytał zatem w milczeniu momenty bliskości, a ona powoli przyzwyczajała się do niego. Sprawy szły w dobrym kierunku.
W marcu Barry był bliski podjęcia dalej idących kroków. Margaret musiała zdawać sobie sprawę, że to może nastąpić, ale odpychała od siebie tę myśl. W gruncie rzeczy nie widziała w Barrym mężczyzny swojego życia, choć było jej z nim spokojnie i bezpiecznie. Miała jednak wrażenie, że jej pobyt na Jersey niedługo dobiegnie końca, więc cokolwiek się działo na wyspie, nie miało wielkiego znaczenia.
I właśnie wtedy, podczas zakupów w Central Market na rogu Beresford Street i Halkett Place, wpadła na Reginalda Binota.
– Co pan tu robi? – wypaliła.
– Przepraszam, czy my się znamy?
Wyglądał na zaskoczonego, ale i rozbawionego jednocześnie. Obdarzył ją tym samym, wiele mówiącym uśmiechem co pół roku wcześniej. Fakt, że piękna kobieta zaczepiła go na ulicy, był bez wątpienia miłą niespodzianką.
– Margaret Davies, nie z tych Daviesów.
Przekrzywił głowę, marszcząc brwi.
– Przypadkowe spotkanie w Trinity Arms Pub w listopadzie zeszłego roku – powtarzała jak najęta.
Znów zaprzeczenie.
– Lało jak z cebra, listonosz przerwał nam ciekawą rozmowę. – Podjęła ostatnią, desperacką próbę.
– Aaa… – Cień zrozumienia zagościł na jego twarzy.
– Zapraszał mnie pan, obiecywał, że pokaże klify. – Odetchnęła.
– Rzeczywiście. Tak, teraz sobie przypominam. Jak mogłem zapomnieć – powiedział i uderzył się w czoło.
– Więc… co pan tu robi, Reginaldzie Binot?
– Ach, nic wielkiego. Zwykłe sprawunki, pani Margaret.
– Wystarczy Maggie, dla przyjaciół, pamięta pan? Co do „pani”, to wolę „panno. W tej kwestii też nic się nie zmieniło – dodała odważnie.
– Tak szybko zostaliśmy przyjaciółmi, Maggie? – Zdawał się nie usłyszeć drugiej części wypowiedzi.
– Nie tego chciałeś, Reggie? Zaprosiłeś mnie na wspólną wycieczkę, przypominam. To zobowiązuje.
