Nienasycenie. Zbiór opowiadań - Elżbieta Walczak - ebook
Opis

A może jesteś tylko częścią niczego, jakiejś niezrozumiałej, głęboko skrywanej tajemnicy Wszechświata, który eksperymentując próbuje dopasować Cię do całości. A może nie chcesz być częścią żadnych wizji. Jeśli potrafisz skonfrontować się ze swoimi lękami, pytaniami o prawdę, to z pewnością Drogi Czytelniku zbiór opowiadań „Nienasycenie” jest dla Ciebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 134

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wydawca

Enamorada Art

Kontakt: enamorada.art@wp.pl

Projekt okładki

Danuta Ewa Chodorowska

Kontakt: CocoD@interia.pl

Korekta

Paweł Wojciechowski

Przygotowanie wydania elektronicznego

Paweł Wojciechowski

https://ebooktech.pl

Wydanie pierwsze

ISBN: 978-83-945975-7-3

Copyright © Enamorada Art

Spis treści
Od autora
Przez niedomknięte drzwi
DOPÓKI JESTEM
POKAŻ MI HORYZONT
DRUGIE ŻYCIE
Juanita
Jose
PRZEZ NIEDOMKNIĘTE DRZWI
ZADZWONIŁA ŚMIERĆ JAK WYBAWIENIE
REDAKTORZY
NAJPIĘKNIEJSZA BAJKA BRACI GRILL
WASHOKU
NIENASYCENIE
MISTYK BOOK SHOW
JAK SKOŃCZYSZ CZTERDZIESTKĘ TO CIĘ UŚPIĘ
DLACZEGO BÓG ODEBRAŁ JOLI MACIASZCZYK PRACĘ I CHĘĆ DO ORGAZMÓW?

Od autora

A może jesteś tylko częścią niczego, jakiejś niezrozumiałej głęboko skrywanej tajemnicy Wszechświata, który eksperymentując, próbuje dopasować Cię do całości. A może nie chcesz być częścią żadnych wizji. Jeśli potrafisz skonfrontować się ze swoimi lękami, pytaniami o prawdę, to z pewnością Drogi Czytelniku zbiór opowiadań „Nienasycenie” jest dla Ciebie.

Przez niedomknięte drzwi

Dlaczego bez przerwy domagasz się,

bezsensownych porad od kogoś,

kto postanowił wyjść na chwilę,

żeby nie stać nieruchomo.

Przez niedomknięte drzwi słyszę,

że wyświadczam ci przysługę,

żebyś poczuł złość w jej świętej postaci.

Widzę przez szczelinę,

że czujesz coś, bo zostałeś wygnany,

ale nie ma we mnie empatii,

w takim położeniu od dawien dawna,

jest człowiek.

Wysuwa się przez niedomknięte i zakamuflowane,

mając nadzieję, że nie będzie musiał iść,

po coś,

utartymi ścieżkami.

Widzę, jak tupiesz nogą i drżysz jak oszalały,

rozdzierasz się na pół,

zerkam na ciebie chciwymi oczami,

ale jest już was dwóch obezwładniających,

bezsilnością albo pożądaniem.

Nie zazdroszczę jednak tej,

która dorobi klucz i stanie w drzwiach,

które nigdy się nie domykały.

Patrzę przez prześwit,

ale nic na to nie poradzę,

nie wiem nawet,

jak brzmi twoje jedno imię.

A może jest was więcej,

rozdartych na pokaz,

dla pozostałych.

Elżbieta Walczak

DOPÓKI JESTEM

Wszystko było idealne od samego początku. Mieliśmy dom, ogród, który nazwaliśmy wiśniowym sadem, dwa konie i dwie sypialnie, w których spędzaliśmy osobno czas, kiedy zatapialiśmy się w myśleniu o przeszłości. Ustaliliśmy, że każde z nas może mieć swoją przestrzeń na pamiątki i zdjęcia byłych partnerów, mężów i żon. Po co? Uczyliśmy się na błędach. Budowaliśmy naszą miłość w oparciu o wnioski. Nie mieliśmy przyjaciół. Pamiętaliśmy, czym zapłaciliśmy za fałszywe uczucia innych. Często rozmawialiśmy o tym co czujemy, czego chcemy i co możemy osiągnąć. Kochaliśmy się często z namiętnością, jakiej nie znałam wcześniej. Pamiętam każdy dzień, każdy moment, pocałunki, prośby, przeprosiny i żal. Dręczyły nas wspólne wyrzuty sumienia. Byliśmy jednym i tym samym.

– Masz dzisiaj czas, kochanie? – zapytał mnie przy śniadaniu.

– Chciałbym żebyśmy razem pojawili się na balu charytatywnym. Mówiłem ci o nim wczoraj. Burmistrz stanął na wysokości zadania.

– Uśmiechnął się w moim kierunku i pogłaskał obrus. Nigdy tego nie robił.

– Tak, pamiętam – odrzekłam i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie.

Było widno. Zawsze jemy śniadania około siódmej, a zegar miał wskazówki na trzeciej. Musiał zatrzymać się w nocy.

– Oczywiście, pójdziemy razem.

Trzymałam wzrok na wskazówkach i czułam że słabnę. Chyba upadłam. Otworzyłam oczy, ale mojego męża przy mnie nie było. Leżałam na podłodze, mój wzrok cały czas był wpatrzony w zegar, który pokazywał za piętnaście trzecią.

– Kochanie, śpisz? – podniosłam głowę i próbowałam wstać, żeby dotrzeć z powrotem do łóżka. Arka tam nie było. Położyłam się. Chciałam zrozumieć, co się dzieje.

– To tylko sen – powiedziałam do siebie i zamknęłam oczy.

– Jesteś, nareszcie. Twój zapach – Arek przytulił się do mnie.

– Kocham twój zapach.

– Dotknij mnie tak, jak dotykałeś Dorotę. Pamiętasz, mówiłeś mi o tym. Poznaliście się na Bali. Jego dłonie były chłodne, ale czułam miłość.

– Miałeś wtedy dwadzieścia sześć lat, ona też. Miała rude, długie włosy i bransoletki z muszelek na nogach. Podniecał cię ich dźwięk, kiedy dotykałeś jej stóp. Delikatnie wtedy opuszczała i podnosiła ciało, żebyś mógł zobaczyć więcej. Nie przestawaj, proszę, powtarzała.

Zegar zaczął wybijać trzecią.

– Raz – liczyłam.

– Czemu się nie kładziesz? – zapytał. Jest noc, cała się trzęsiesz.

– Dwa.

Leżałam na podłodze. Kiedy otworzyłam oczy, Arek stał nade mną. Było widno, chyba około ósmej, bo widziałam jak parowała poranna kawa przy naszym łóżku. Musiałam ją tam przed chwilą postawić.

– Byłaś u lekarza? – zapytał i pomógł mi wstać.

– Kochanie, kiedy byłaś ostatnio na badaniach?

Usiadłam na łóżku i wzięłam filiżankę w dłonie. Kawa była zimna.

– Wczoraj byłam – odstawiłam filiżankę.

– Chyba wczoraj.

– Zostań dzisiaj w domu. Przyjadę po ciebie wieczorem. Bądź gotowa na siedemnastą.

– Dobrze – schyliłam głowę i dotknęłam swojej stopy.

– Zerwała mi się chyba bransoletka. Widziałeś ją?

Kiedy podniosłam wzrok, Arka już nie było. Zawsze śpieszył się do tej swojej korporacji.

– Jest – leżała na łóżku, jakby ją ktoś ze złości porozrywał, bransoletka z małych muszelek.

– W co ja się ubiorę?

Weszłam do garderoby i założyłam niebieską sukienkę ze srebrnymi cekinami. Uwielbiałam ją. Zerknęłam do lustra.

– Schudłam i to bardzo. Czym ja się tak martwię?

Nie podobała mi się już. Zdjęłam ją i weszłam naga do pokoju Arka. Było dziwnie chłodno, jakby zapomniał zamknąć okno. Przecież wie, że nie lubię chłodu. Ciepło, tylko ciepło, nawet w sercu. Tego się nauczyłam. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Zdjęcie Arka i moje spadło ze ściany. Po prostu spadło. Stąpałam po potłuczonym szkle, ale niczego nie czułam. Zostało na biurku zdjęcie Agaty, jego pierwszej żony. Miała na sobie niebieską sukienkę z cekinami.

– Dziwne. Minęło tyle czasu, a on ją cały czas kocha. Jest w jego sercu, czuję to. Może właśnie tego ma się nauczyć, miłości. Nie wiem, może tak, a może nie.

Ten dzień minął szybciej niż wszystkie. Nie pamiętam, co robiłam. Chyba płakałam, bo zobaczyłam stos chusteczek przy swoim łóżku i muszelki. Czemu leżą znowu na poduszce? Przecież wyrzuciłam je do kosza.

Zegar wybił piętnastą, a może trzecią. Ubrałam się w czerwony garnitur i zaczęłam robić makijaż, który nie mógł zakryć tych dziwnych plam, które miałam od jakiegoś czasu na twarzy.

Nie pamiętam momentu powrotu Arka do domu. Pamiętam bal. Znaleźliśmy się na balu.

– O, Arek! Dobrze, że przyszedłeś – ktoś krzyczał w naszym kierunku.

Znałam tych ludzi, oni mnie też. Byli naszymi przyjaciółmi? A tyle razy rozmawialiśmy o tym. Żadnych fałszywych osób w naszym otoczeniu. To były jego słowa. Czemu ich aż tylu? Dlaczego nikt się ze mną nie wita? Czy znowu zawiniłam? Poczucie winy. Nie znam gorszego uczucia. Uczyliśmy się nie obwiniać nikogo za straty. Wybaczaliśmy, rozumieliśmy i cierpieliśmy za winy innych.

Tańczyliśmy. Arek miał łzy w oczach. Chyba ze szczęścia. Bałam się zapytać. Szczęście, wiem co to szczęście.

– Nie płacz – otarłam jego łzę.

– Czuję twój zapach – powiedział.

– Kocham cię.

– Wiem.

Uczyliśmy się kochać siebie całymi latami. Omijaliśmy błędy z przeszłości. Agata, jego pierwsza żona, zmarła. Nie pamiętam dlaczego. Pochował ją na Bali, tam się spotkali. Była roztropna, bardzo kobieca i lubiła podróżować. Była odważna. Zmarła na serce. Nauczyła go miłości do świata, otwartości, ale odeszła. Chyba dlatego tu jesteśmy, na tym balu, na którym widać wszystkie odcienie: zazdrość, zawiść, udawaną przyjaźń, ale jest w tym miłość.

Arek opuścił ręce. Przestaliśmy tańczyć. Burmistrz przywołał wszystkich pod scenę. Jakaś kobieta podeszła do Arka i pocałowała go. Otarła jego łzy.

– Czemu płaczesz? – zapytałam.

– Bo czuję twój zapach – mówił w moim kierunku.

Byłam szczęśliwa, bo wyciągnęliśmy z tej lekcji właściwe wnioski. Miłość istniała.

– Zapraszam wszystkich bliżej – żona burmistrza krzyczała do mikrofonu. Przeszkadzał mi ten dźwięk.

– Jesteśmy tu, żeby tą aukcją wesprzeć…

Tłum ludzi patrzył na mojego męża. Wsparcie – cóż za dziwne słowo. Nikt nie wspierał nas, a jesteśmy tu dziś, żeby kogoś wesprzeć. Na scenę wszedł zespół i usłyszałam swoją ukochaną piosenkę. Moją i jego. Byłam szczęśliwa. Byłam taka szczęśliwa.

– Dziękuję – odwróciłam głowę w stronę Arka, ale zniknął.

Żona burmistrza przedstawiła pierwszy przedmiot na licytację – niebieską sukienkę ze srebrnymi cekinami.

Usłyszałam bicie zegara. Powiedziałam w myślach: „trzy”.

Otworzyłam oczy, leżałam na podłodze. Wiedziałam, że nic już nie jest ważne, oprócz tego, czego się nauczyłam. Uświadamiam to sobie, dopóki jestem.

POKAŻ MI HORYZONT

Adam nie wiedział, co czuje naprawdę. W jednej chwili szczęście, a za moment gniew i rozczarowanie.

Jaś był mały i drobnej postury. Jego skóra jakby prześwitywała.

Anna widziała, jak kurczy się jego gardziołko, które właśnie domagało się ciastka.

– Nie krzycz – uspokajała syna, który był zbyt mały, żeby zrozumieć, że muszą się po prostu upiec.

– Spójrz, są w piekarniku i za chwilę będą gotowe. Cierpliwości.

Nie wiedział, czym jest cierpliwość, podobnie jak jego ojciec.

– Jesteś mądrym chłopcem – powiedziała, gładząc go po policzku.

– Zobacz, co tutaj mam – wyjęła z kieszeni fartucha małe pudełeczko, które nosiła od rana.

– To prezent dla taty. Zanieś mu, dobrze?

Chłopiec uspokoił się na widok złotej wstążki, którą zawiązany był prezent. Pobiegł w stronę pokoju, w którym jego ojciec oglądał telewizję.

– Co to? – zapytał Adam małego chłopca, który szybko postawił pudełko na stole i pobiegł z powrotem do kuchni.

– Powiedział tatuś coś? – Jaś patrzył na nią ze łzami w oczach, bo nie wiedział czego wszyscy od niego oczekują, odciągając go od ciepłego piekarnika.

– Zostaw, jeszcze chwila – zdjęła jego rękę z szyby.

Adam patrzył w ekran i wypowiadał w myślach słowa, których nie był świadomy. Jego twarz robiła się wtedy groźna, wydłużona i blada z napięcia. Rozejrzał się po pokoju, jakby szukał potwierdzenia na to, że jego myśli skierowane są do kogoś zupełnie innego. Zerknął w kierunku kuchni. Anna stała oparta o blat stołu, spoglądając na syna, który ciągnął ją za fartuch śmiejąc się zbyt głośno. Adam czuł, jak ze złości zatrzymuje się powietrze w jego płucach i krew zaczyna napływać do skroni. W tym właśnie momencie Anna spojrzała na niego. Wiedział, że go ocenia.

– Mógłbyś w końcu otworzyć prezent – powiedziała z uśmiechem, który wymuszała na sobie, odkąd przestał zarabiać mniej, od czasu, kiedy stracił stanowisko w firmie brokerskiej.

Od tego właśnie momentu jej twarz przestała wyrażać uczucia. Było w niej coś, czego nie potrafił określić. Nie wiedział, czy to wściekłość, czy strach.

– Tak, zaraz to zrobię – odpowiedział i odwrócił głowę w kierunku ekranu.

W jej głosie było coś, co go złościło. Obiecał sobie, że jak zadzwoni ten pracodawca, o którego mu chodzi, to znowu zacznie być miły i kochający. Taki jak dawniej. Obiecał sobie również, że będzie pracował ciężko, ciężej niż zwykle. Patrzył w jej kierunku i zastanawiał się, o czym myślą kobiety, jak mówią o miłości. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.

– Pomóc ci w czymś? – wziął do ręki pudełko i obracał je w różne strony.

Albo nie usłyszała, albo po raz kolejny zignorowała jego pytanie. Odstawił prezent z powrotem na blat stołu. Wziął piwo i bezmyślnie patrzył w telewizor. Mówili coś o poważnym kryzysie finansowym. To była dobra informacja, bo tłumaczyła sytuację, w jakiej się znalazł.

Wstał i poszedł do kuchni. Anna schylała się, żeby otworzyć w końcu ten cholerny piekarnik. Dotknął jej pośladków, pochylając się nad nią i poczuł gorące powietrze na swojej twarzy.

– Uwielbiam twoje ciasteczka – szepnął jej do ucha, wkładając rękę pod fartuch.

Jaś klaskał w ręce.

– Ty też je uwielbiasz, prawda? – wtulił się w nią tak, by poczuć jej piersi.

– Gotowe – uśmiechnęła się.

Chciała jednak jak najszybciej dotrzeć do pokoju, by uwolnić się z uścisków, które od dawna nie sprawiały jej przyjemności. Wzięła chłopca za rękę i usiedli razem na sofie, przy której stał stolik, a na nim nieodpakowany do tej pory prezent. Mały oparł głowę na jej kolanach. Adam dotykał jej włosów. Wiedział, że pewnego dnia odejdzie, że będzie chciała lepszego życia. Poczuł się w tym momencie oszukany przez własne myśli. Słyszał w głowie jej głos. Pamiętał, kiedy po raz pierwszy powiedziała, że go kocha. Wierzył jej, tak samo, jak wierzył w to, że im się uda. Już od dawna nie zapewniała go o swojej miłości.

– Co to? – zapytał, biorąc po raz kolejny pudełko do ręki.

– Nie wiem, sprawdź – nieświadomie położyła dłoń na jego udzie.

Poczuł znowu złość, jakby ciało zapomniało, czym jest jej dotyk. Zdjęła rękę i położyła ją na główce chłopca.

– Zgaś światło w kuchni, skoro jesteśmy tutaj. Musimy oszczędzać – otwierał prezent w czasie, kiedy ona zdejmowała syna ze swoich kolan.

Stała przez chwilę w ciemności czując strach i zapach swojego potu, który mieszał się z zapachem ciasta.

– Przesadziłaś – usłyszała głos, który od dawna kojarzył jej się z dzieciństwem. Poczuła dreszcz i niepokój.

– Możesz tu przyjść?

Chłopiec spał, kiedy weszła do środka. Adam wstał i ruszył w jej kierunku.

– Przesadziłaś, ale dziękuję – odwrócił głowę, aby upewnić się, że Jaś śpi.

Dotknął jej szyi, jakby sprawdzał tętno. Przesunął dłonie do ust. Nie protestowały, ale nie były już tak miękkie, jak kiedyś. Jego oczy mówiły wyraźnie: „teraz”. Ścisnął jej ramiona, żeby sprawdzić, czy nadal są tak samo silne, żeby znieść kolejny ból.

– Przestań myśleć i odpręż się – dotykał jej brzucha, który po porodzie nie chciał wrócić do dawnego kształtu.

– Nie schudłaś – wyraźnie ta myśl sprawiała mu radość. Jego członek był już gotowy.

– Nie jesteś doskonała.

– Wiem – odpowiedziała, nie spuszczając wzroku z syna, który ssał piąstkę przez sen.

Ręce Adama przesuwały się wzdłuż uda. Ten dotyk budził w niej lęk. Miała nadzieję, że przestanie.

– Nie nosisz stanika od jakiegoś czasu – jego palce po raz kolejny zacisnęły się delikatnie na jej szyi.

Poczuła, że drży.

Ręce osunęły się, by dotknąć jej włosów łonowych.

– Są za gęste – jedna ręka trzymała ją za kark, druga wsunęła się do środka. Nie krzyknęła, nie mogła. Wiedziała, że tylko w taki sposób rozładuje jego napięcie.

– Dlaczego wyszłaś za mnie? – znał jej odpowiedź: „bo cię kochałam”.

– Powiedz to – napierał na nią z coraz większym podnieceniem i siłą.

– Przestań - to nie była odpowiedź, której oczekiwał.

Patrzyła na niego, jak na obcego człowieka, zerkając jednocześnie na chłopca, który był jego synem. Krnąbrnym, o drażniącej naturze, którego furie musiały się uzewnętrzniać i za każdym razem punktem kulminacyjnym był wrzask, który rozdzierał jej serce.

Sztywniała za każdym pchnięciem jego dłoni. Czuła, że krwawi.

– Nie próbuj krzyczeć. Będę zachwycony, jeśli dziś nie podniesiesz głosu. Twoja twarz się starzeje, kiedy krzyczysz wyglądasz okropnie.

Widziała zarysy przedmiotów: włączonego telewizora, zdjęcia szczęśliwych ludzi na toaletce, kwiaty namalowane na obrazie. „Świat ma tak dużo do zaoferowania” – przeczytała napis na lustrze. Napisała to, by móc codziennie rano uśmiechać się do siebie. W ramę wciśnięta była pocztówka, którą kupiła na Jamajce od małej dziewczynki. Była tam, kiedy jeszcze go nie znała. Patrzył teraz na nią, zamknęła oczy. Sięgnął dłonią po butelkę ze stołu, ale nie mógł trafić do ust.

– Taaak – westchnął i włożył ją jej między nogi.

– Widzę, że ci dobrze, mrugasz oczami – przycisnął mocniej.

Czuła, jak serce rozbijało się właśnie na drobne kawałki. Upadła i poczuła gwałtowną ulgę. Pochylił się nad nią, żeby ją pocałować.

– Wstawaj, to tylko nerwy – leżała nieruchomo.

– Zrobię wszystko, tylko wstań.

Zaległa cisza, którą przerwał płacz dziecka. Chłopiec niezdarnie podszedł do niej.

– Pozwól mu iść do swojego pokoju – Anna otworzyła oczy. Jej twarz przybrała groźny wyraz.

Dziecko patrzyło na nią, widziało krew na jej nogach i na twarzy. Jaś stał w półmroku i pragnął jej dotknąć, być może po raz ostatni.

– Wstaniesz wreszcie? – Adam nie czuł ani bólu, ani wstydu. Te uczucia od dawna były poza jego zasięgiem.

Ona widziała w nim faceta, którym był: pewnego siebie, uśmiechniętego biznesmena Roku. Nic z tego nie zostało, oprócz okrucieństwa, determinacji i depresji. W chwili kiedy upadła, wszystko co dotyczyło tego małżeństwa zredukowało się i umarło.

– Powinieneś również zgwałcić jego. Z pewnością poczułbyś się lepiej – spojrzała na Jasia, który ssał piąstkę ze strachu, nie rozumiejąc, co się dzieje.

– Przepraszam – przepraszał ją zawsze w taki sposób. Szedł do pokoju, zakrywał twarz i płakał.

Milczała, patrząc na niego wzrokiem, którego się bał.

– Poczułeś żal – spytała?

– Możemy porozmawiać o tym jutro? Idę się położyć.

Wzięła syna na ręce i doszła do lustra, patrzyli na siebie. Anna uśmiechnęła się widząc swoją ukochaną mantrę: „Świat ma wiele do zaoferowania”. Jaś wyjął pocztówkę z Jamajki, którą kupiła od małej dziewczynki i pocałował Annę z wielką czułością. Wiedziała, że prosi ją – podobnie jak tamta dziewczynka – o pomoc, o wolność, o chwilę szczęścia i o to, żeby zabrała go ze sobą do miejsca, gdzie będą razem szczęśliwi.

Wyszli.

Adam słyszał ich kroki – głośne, pewne siebie, i śmiech małego dziecka, które poczuło ulgę w sercu. Stał w ciemności, wlał sobie drinka i patrzył w okno. Słyszał, jak pękają małe kostki lodu. Zapalił lampkę, która stała przy lustrze. Rozglądał się po pokoju, obserwując przedmioty. Wiedział, że Anna zawsze to robiła, kiedy czuła wstręt i upokorzenie. Starł napis na lustrze „świat ma wiele do zaoferowania”, bo nie wiedział, czym jest szczęście.

DRUGIE ŻYCIE

Juanita

Musiała jeszcze tylko zrobić tort urodzinowy z przepisu zamieszczonego w leżącym przed nią kolorowym czasopiśmie, które przeglądała jedząc świeżą, jeszcze ciepłą bułkę i pijąc kawę z mlekiem. Lubiła kwiaty, stawiała na stole zawsze świeże, poprawiała obrus i myślała o życiu, jakie chciałaby prowadzić kiedyś. Czytała ulubione rady, z których dowiadywała się, że łatwiej jest, kiedy określa się cel i gdy wie się, czego się chce. Nauczyła się odkrywać przed sobą pragnienia, nie ukrywając niczego. Pisała codziennie w specjalnym zeszycie plan na każdy dzień. Wieczorem sprawdzała efekty i postępy. Najbardziej lubiła soboty – dni, w których można było pozwolić sobie na rozmyślanie o życiu. Wiedziała również, że odlicza godziny, dlatego chłonęła minuty każdym zmysłem.

Szła ulicami Sewilli, kochała to miasto najbardziej. Patrząc na wystawy sklepowe marzyła o niebieskiej sukience, którą rano widziała na zdjęciu w swoim czasopiśmie. Pragnęła, by w ten szczególny dzień wszystkie jej ukochane marki miały na sobie metkę z napisem „obniżka”. Gdyby starczyło jej cierpliwości, przechodząc dwie przecznice dalej, jej marzenie byłoby rzeczywistością. Kochała życie za komercjalizm. Kochała w równym stopniu wysokich i niskich, bogatych i biednych, szczęśliwych i tych nienasyconych rozpaczą. Kochała świat za to, że kręci się w nim filmy.

Zatrzymała się przed wystawą cukierni, w której można było kupić torty urodzinowe. Przyglądała się cenom, ale wydawały jej się zbyt niskie w porównaniu do pracy, jaką ktoś przy nich wykonał. Patrzyła na swoje odbicie w szybie wystawowej. Poprawiła sukienkę w zielonym kolorze i włosy, które wydawały się zbyt krótkie dla kogoś, kto chce być aktorką. Obcasy były z pewnością zbyt wysokie, a plecak zarzucony na plecy zupełnie nie pasował do całości. Ale tego dnia wydawało jej się, że absolutnie wszystko może się wydarzyć. Wszystko, czego zapragnie.

– Czy może pani odejść z tego miejsca, bo za chwilę będziemy tu kręcić sceny filmowe? – młody mężczyzna mówił do niej, patrząc w szybę wystawy.

– Jaki film? – spytała.

– „Adopcja, śmierć, życie” – dziwny tytuł, ale treść całkiem spoko.

Pomyślała właśnie o tym, że jej myśli uzewnętrzniają się w jakiś dziwny sposób. Śmierć, która nigdy nie była marzeniem, tylko obcą myślą, często towarzyszy jej w życiu. Jakby pragnęła za wszelką cenę się spełniać, jak miłość i pożądanie. Spojrzała na niego, a jej oczy mówiły: „czegokolwiek dziś zapragniesz, spełni się”.

– Jesteś aktorką? – bo wyglądasz świetnie. Poszukujemy na plan paru statystów. Masz czas?

– Może – odpowiedziała, zaczesując włosy.

Spojrzała na drugą stronę ulicy. Z samochodu wysiadła kobieta. Nie mogła rozpoznać jej twarzy, bo była zbyt daleko, ale z pewnością widziała ją dzisiaj w kolorowym piśmie. Miała je w plecaku. Wydało się, że waży więcej niż w rzeczywistości, że jest niższa niż na zdjęciu i że garsonka, którą ma na sobie, zupełnie do niej nie pasuje.

– Kto to? Salma Hayek? – spytała.

– Hayek – odpowiedział mężczyzna z pewnością i dumą małego chłopca.

Spojrzała na nieznajomego i miała ochotę zjeść z nim dziś urodzinową kolację, a potem pójść z nim do łóżka. Chciała za wszelką cenę poszerzyć granice swojej świadomości. Miała za mało czasu, by pragnąć zbyt wiele.

Pozwolono zagrać jej rolę kucharki. Filmowa kuchnia w niczym nie przypominała prawdziwego domu. Zapachy stęchlizny, wypożyczonego pomieszczenia, mieszały się z zapachem nieodświeżonych kostiumów. Talerze, które miała stawiać na stole, były stare i popękane. To, co czuła nie było prawdziwe. Wydawało jej się, że jest kobietą z czasopisma, sztuczną i plastikową, chwalącą swoje przepisy kulinarne.

– Nieźle. Nieźle pani idzie, jak na statystkę – zwróciła się do niej Salma Hayek. Napijmy się razem normalnej herbaty.

Była w innym świecie, oddalonym od obniżek cen i marzeń o niebieskiej sukience. Chciała, żeby to był początek jej szczęścia. Miała nadzieję, że kolacja będzie pyszna. Że kwiaty na stoliku będą prawdziwe i że pozna prawdziwego kucharza, który powie jej, jak przyrządzić kaczkę w pomarańczach. Właśnie takie danie miała postawić na filmowym stole. Nie lubiła udawać. Chciała, żeby ktoś ukradkiem zrobił jej zdjęcie, które ukaże się za tydzień w tej właśnie gazecie. Miała dwie godziny przerwy i pierwsze pieniądze zarobione w filmie.

– Widziałam taką – Salam Hayek wzięła do ręki jej kolorową gazetę. Na piątej stronie stała obok Antonio Banderasa. Dwie przecznice dalej. Wielka wystawa i wielkie obniżki. Podoba ci się?

– Tak, chyba tak – odpowiedziała nieśmiało, bo nie wiedziała, co jest fikcją, a co rzeczywistym pragnieniem.

– To zasuwaj. Masz dwie godziny. Naprawdę dobrze ci idzie.

Stanęła przed wystawą.

– Zakupy? – zapytał Jose. Tak miał na imię nieznajomy z porannego spotkania.

– Chodź, wejdziemy razem, doradzę ci.

Usiadł na sofie i przyglądał się kobiecie, która wyszła z przymierzalni w niebieskiej sukience z falbanami, w butach na zbyt wysokich obcasach, z zarzuconym na ramię plecakiem.

– Podoba mi się – powiedział.

– Masz swój styl. Jest nie do podrobienia. Masz piękne włosy. W ogóle jesteś piękna.

Doszedł do niej i złapał za ręce.

– Wszystkiego najlepszego.

– Skąd wiesz, że mam urodziny? – była zaskoczona i niewiarygodnie szczęśliwa.

– Podpisałaś przed chwilą umowę. Zerknąłem na nią ukradkiem. Zjesz ze mną urodzinową kolację?

– Może – zerknęła na zegarek.

– Śpieszysz się? – miał szczerą nadzieję, że nie odmówi.

– Odliczam godziny – uśmiechnęła się do niego.

Niebieska sukienka należała do niej. To już kolejna myśl, która urzeczywistniła się tego dnia.

Wrócili na plan. Stanęła przy filmowym zmywaku. Nie chciała być ani zbyt wiarygodna, ani zbyt sztuczna w tej roli. Odwróciła głowę. Salma Hayek dała ręką znać, że może podejść do stołu i podać obiad.

– Tak, proszę pani, już idę – biały fartuch był źle dopięty. Bała się, że ktoś zauważy to niedopatrzenie.

– Ktoś puka. Możesz otworzyć?

Położyła talerze na stole i stała. Nie wiedziała, w jakim tempie powinna to zrobić. Czy pobiec w ich kierunku? – czyli tak, jak czuje, że powinna to zrobić. Czy iść dostojnie, dając czas kamerze na atrakcyjne ujęcie? Wiedziała, że chodzi pięknie. Uczyła się tego w szkole dla modelek.

– Jesteś nieuczesana. I popraw fartuch.

Zapomniała, że jeszcze musi nastąpić ta kwestia.

– Oczywiście – odpowiedziała.

W drzwiach stała wysoka aktorka, która grała siostrę Salmy Hayek. Poinformowała ją, że jej filmowy mąż uciekł z jej córką.

Siedzieli w najlepszej restauracji w mieście. Znaleźli reklamę tego miejsca w kolorowym czasopiśmie z plecaka. Oboje zasłużyli na ten luksus. Zamówili kalmary.

– Napijesz się czegoś? – zapytał, sprawdzając ceny.

– Poproszę tylko wodę.

– Ja też w zasadzie nie piję. W takim razie zjedzmy tutaj, a potem zapraszam cię do siebie na pyszne wino, z winnicy moich rodziców.

To znaczy, że był bogaty. Ona w zasadzie też. Rodzice zostawili jej w spadku pokaźny dom.

– Ładna ta sukienka – trochę niezdarnie docierali do siebie.

– Wyglądasz, jakbyś była namalowana na obrazie. Chciałbym umieć tak malować.

– A kiedy ty masz urodziny? – delikatnie dotykała ust kieliszkiem napełnionym wodą. Chciała, żeby zobaczył koniuszek jej języka.

– Za dwa miesiące.

– Zapraszam cię już dziś na kolację urodzinową do jakiegoś fantastycznego, kolorowego miejsca. Sam je wybierzesz.

– Jesteś jakaś przygnębiona, czy mi się wydaje?

Nie opowiedziała mu o śmierci rodziców i o groźbie raka, która wisi nad nią jak klątwa. Wolała, żeby nie wiedział tego wszystkiego.

– To tylko wrażenie – miała nadzieję, że chodzi mu wyłącznie o wyraz jej oczu w tym właśnie momencie.

Ich seks tej nocy był niezręczny, mechaniczny, była w tym akcie jakaś uprzejmość, którą czuła od samego początku. Niczego jej potem nie obiecywał, nie przysięgał, że nie ma innej, bo nawet o to nie zapytała. Leżeli w ciszy, oglądając telewizję i przeglądając kolorowe gazety.

– Nie chciałbym mieć nigdy raka, to podobno dziedziczne – czytał artykuł, który ona przeczytała już rano.

– Dobrze, że jesteśmy w młodym wieku. Nam to nie grozi. Bałbym się być z kobietą, która dziedziczy jakieś skazy. To z pewnością mogłoby zagrażać potomstwu.

– Każdy ma jakieś skazy – odwróciła głowę, żeby nie zobaczył jej łez.

– Mój ojciec był alkoholikiem, ale nie odziedziczyłem tego po nim. Chciałbym, żebyś była sławna jak Salma – głaskał jej plecy i nawet nie poczuł, że drży ze strachu.

– Chciałbym, żebyś nie ścinała więcej włosów. Tak pięknie będą wyglądać, kiedy będziesz leżeć, a ja będę patrzył i ich dotykał. Tak, jak teraz.

Nie miał pojęcia, że ścięła włosy po pierwszej chemii. Pachniał perfumami, które oboje dzisiaj kupili, ale nie na tyle pięknie, żeby wyjść za niego za mąż.

– Przyjdziesz jutro na plan? Może coś jeszcze znajdzie się dla ciebie.

– Może – odpowiedziała, ale była raczej pewna, że w tej chwili czuje się zwykłą kobietą i nie chce być podziwiana, tylko szczerze kochana.

– Spójrz na ten przepis. Napijmy się takiej kawy. Zamówię, dobrze?

– Dobrze.

Tak bardzo chciała opowiedzieć komuś swoją historię, ale nastąpiło jutro. Nie pojawiła się na planie. Zawieziono ją do szpitala, którego nigdy nie opuściła. Właśnie tam urodziła syna. Został poczęty tej właśnie nocy. Był szczęściarzem, bo miał wszystko, kiedy mieszkał w niej. Miłość bez skazy.

Jose nigdy nie zobaczył swojego dziecka.

– Może w drugim życiu – powiedział do siebie, przeglądając kolorowe czasopismo, które pożyczył od Juanity Alvarez.

Jose

Był silny, muskularny i tragiczny w swojej godności. Wiele kobiet znosiło jego kaprysy, depresje, pijaństwo, które odziedziczył po ojcu. To była jego skaza, która ujawniła się w wieku czterdziestu lat.

Schyliła głowę nisko, żeby mógł dotknąć jej włosów. Klęczała, prosiła o dotyk, o miłość. Milczał.

– Z czym masz problem? – zapytała po raz ostatni.

Uświadomił sobie, że nie była tak wysoka, jak chciał. Rozpraszała jego duszę, która chciała wyłącznie pamiętać. Nigdy nie miał zamiaru kochać tak mocno.

– Nic mi nie jest Juanita – wyszeptał.

– Dosyć! Po raz setny wymawiasz jej imię. Zapomnij o niej, proszę – jej twarz wtuliła się w jego uda.

– Nie, wstań.

– Wiem, że nie – podniosła oczy. Było w nich widać strach i zwątpienie. Nie mógł dłużej tego znieść.

– Jesteś wspaniała.

Uwolniła się z jego uścisku i odeszła.

Wyszedł z domu i szedł ulicami Sewilli, kochał to miasto najbardziej. Minął kobietę w niebieskiej sukience, uśmiechnęła się.

– Już nie mogę, nie chcę – zakrył twarz.

– Coś panu jest? – zawróciła. Nie była tak wysoka, jak ona – ta, od której nie mógł się uwolnić.

– Jest pani szczęśliwa? – zapytał ze łzami w oczach.

– Tak, jestem.

– To dobrze. Pójdę już. Przepraszam.

Poszedł w kierunku mostu Alamillo. Nie wiedział, czym obciąży kieszenie. Nie mógł znaleźć niczego, co przypominałoby nawet kamienie. Cisza i noc nigdy nie były jego sprzymierzeńcem. Właśnie wtedy widział ją najbardziej wyraźnie. Zrobił krok. Nie wiedział, co się robi w takich sytuacjach. Powinien był coś na ten temat przeczytać albo chociaż zobaczyć jakiś film. Nie znał nikogo, kto mógłby powiedzieć, jak się zachować w takich sytuacjach. Nie znał też nikogo szczęśliwego w swoim otoczeniu.

– Woda z pewnością jest cholernie zimna.

Było mu