Niejedno - Woźniak Barbara - ebook + książka

Niejedno ebook

Woźniak Barbara

4,0

Opis

Książka laureatki II edycji Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO

Szymon Kowalski, wykładowca akademicki prowadzący zajęcia z etyki dla przyszłych lekarzy, na polecenie przełożonej przygotowuje fakultet poświęcony medycynie III Rzeszy. Z początkiem roku akademickiego przeprowadza się do rodzinnego miasta, Tarnowa, by zająć się ojcem chorującym na alzheimera. Henryk jeszcze żyje, ale już go nie ma, a w każdym razie jest go z dnia na dzień coraz mniej – blaknie niczym liczby z obrazów Romana Opałki.

Pochwyceni przez Barbarę Woźniak w intertekstualną sieć, czytamy wraz z głównym bohaterem jej powieści Foucaulta i Sontag, Dagermana i Lavant, a jednocześnie towarzyszymy mu w nieoczywistej pracy żałoby, słuchając Cohena i Świetlickiego.

Jakkolwiek byśmy się starali, pytań dręczących Szymona nie da się zlekceważyć: Co mają ze sobą wspólnego nowoczesna ideologia biopolityczna i pozycja pacjenta we współczesności? I czy wszyscy – mimowolnie, rządzeni przez dyskurs – jesteśmy Baumanowskimi ogrodnikami plewiącymi chwasty w trosce o zdrowie publiczne?


*

Najpierw zachwyciłam się językiem. Sprężystym i rozhamowanym. Niejedno musiało zostać tak napisane, choć odnoszę wrażenie, że nikt tak jeszcze nie pisał. Potem przyszła słabość do głównego bohatera. Do specjalisty od społecznych kontekstów chorowania, starzenia się i umierania, który zadaje niewygodne pytania, a mimo to czujemy się przy nim bezpiecznie. Bo pan od eugeniki jest wymagający. Zwłaszcza wobec samego siebie. I w końcu nie mogłam rozstać się z tą historią. Zazdroszczę tym, którzy jej lekturę mają jeszcze przed sobą.

– Mira Marcinów

*

Barbara Woźniak – absolwentka Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunktka na Wydziale Lekarskim. Zajmuje się gerontologią społeczną. Dotychczas publikowała jako naukowczyni. Od kilku lat pisze teksty literackie, przede wszystkim prozatorskie. Laureatka II edycji Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Powieść Niejedno jest jej debiutem książkowym. Mieszka w Krakowie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (21 ocen)
8
8
2
3
0

Popularność



Kolekcje



Semestr zimowy

*

You say I took the name in vain

 

 

Kilka dni po tym, jak ojciec nazwał mnie Pawłem, Jankowska zaproponowała mi zrobienie fakultetu o medycynie w czasach Trzeciej Rzeszy.

Paweł albo Pawełku, powiedział niewyraźnie.

„Zaproponowała” to może złe słowo, wezwała mnie i: panie doktorze, mówiła, machając stopą w lakierku, powiewając wiotką łydką na wietrze, sztucznym wietrze z wentylatora, panie doktorze, musi pan przygotować fakultet na ten temat.

Nigdy wcześniej nie pomylił imienia, mylił wszystko, ale nie moje imię.

Ale kto to wybierze, pani docent, kto to wybierze?, spytałem, kto na Wydziale Lekarskim będzie chciał uczyć się o eliminacji życia niewartego życia i pierwszym procesie norymberskim USAversus Karl Brandt i inni?

Paweł to ja mam na drugie.

Każdy rozsądny człowiek, panie Szymku.

A nie na pierwsze.

Jasne, pomyślałem, studenci są teraz tacy praktyczni, ten temat z pewnością będzie miał u nich wzięcie, a powiedziałem, że może chociaż zrobić z tego e-learning.

Paweł (albo Pawełku, już nie pamiętam). Baśka tu była, powiedział. Z Targu Nowego.

Jaki znowu e-learning, żaden e-learning, co też pan mówi?, zastygła w pół ruchu, błyskając lakierkiem, etyki chce pan ich uczyć przez internet?

Złożyłem życzenia. I od ciebie. Imieniny ma. Przecież.

Dobrze, kiedy ma to być gotowe?, włączyłem kalendarz.

Barbary jest jakoś teraz. Przecież. Nie, nie, chociaż nie. Barbary jest…

W czerwcu.

W czerwcu.

Najdalej w czerwcu.

Siostra ojca nie żyje od dziewięćdziesiątego pierwszego.

*

Powrót do Tarnowa, myślałem, że to będzie trudniejsze.

Zwinąłem moje krakowskie życie jak dywan, wrzuciłem do pokoju, jednego z dwóch w mieszkaniu przy Konarskiego, zwanego małym, a duży udostępniłem Kasi, podobnie jak całą resztę.

Po odbiór kluczy zjawiła się z koleżanką, dość wysoką i krzepką, która pomogła jej przy wnoszeniu trzech walizek i dwóch kartonów mebli z Ikei. Bardzo miłą. Przy mnie, ale pewnie myśli, że tego nie widzę, naciska kilka razy dłonią materac, badając miękkość, i puszcza oko do Kasi. Cały czas uśmiechają się do siebie. Do głowy przychodzi mi, że z uczuciem, a może nawet z czymś więcej, a potem myślę, że nic mi do tego, co i z kim Kasia zamierza robić w moim łóżku.

Też mam trzy różnej wielkości walizki i cztery kartony książek, w nich wojna i życie. Czyli idealnie tyle, ile trzeba, żeby zapełnić bagażnik renault mégane i zawalić tylne siedzenia. Wiem, że w domu będzie wszystko.

Pakowanie auta przebiega w milczeniu, potem podejmujemy z Kasią wysiłek swobodnej rozmowy. Koleżanka tymczasem sięga po pierwszy z brzegu tom z zapełnionego bagażnika, najbliżej niej stoi pudło z książkami do fakultetu, i długo wpatruje się w zdjęcie skupionego Gerharda Rosego, przygotowującego w celi materiały do swojej obrony.

Notuję w pamięci, że trzeba zacząć od opracowania sylwetek lekarzy, a poza tym umyć samochód.

Pozdrów dziadka, mówi Kasia na odchodnym.

Patrzę za nimi, idą w kierunku parku Krakowskiego. Kasia ciągle gestykuluje i odrzuca włosy na plecy identycznym jak jej mama gestem. Na Chopina, widzę przez okno samochodu, dziewczyna obejmuje ją ramieniem.

Pozdrawiam, uśmiecha się niewinnie, szeroko, pokazując nienagannie udającą prawdziwe zęby protezę, zrobioną jeszcze przez matkę. Specjalizowała się w porcelanowych mostach, ale akrylowe szczęki też nieźle jej wychodziły. Dawno zresztą powinien był zmienić protezę, bardzo nie chciał, miał sentyment do tych właśnie zębów. Szkoda, że nie mogła go wyposażyć na zaś. Wymienić protezę – to pierwsza rzecz, którą wpisuję do lodówkowego notatnika z magnesem. Pierwszego wieczoru wieszam go na drzwiach.

Ojciec mało mówi, ma pewnie gorszy dzień.

Kasi nie będzie? Gdzie Kasia?, pyta, a ja odczuwam ulgę. Pamięta.

W Krakowie, studiuje w Krakowie, dodaję, bo wiem, że zaraz o to zapyta. Kasi nie ma.

Mogłaby się ruszyć, dorzucam w myślach.

Zenia była, mówi i zapada się w fotelu, Zenia jest w kuchni, wskazuje na drzwi, Zenia.

Kiwam głową i idę się rozpakować.

Gdy wieczorem kręcę się po ogrodzie, ogarnia mnie chęć, żeby zapalić. Pierwszy raz od kilku lat, czyli od kiedy lekarka ostrzegła mnie, że jeśli nie rzucę palenia i nie zacznę się ruszać, zabije mnie udar albo zamienię się w pampersowane warzywo. Tak powiedziała. Niezwłocznie rzuciłem, przestraszony wizją przywiędłego kabaczka z pieluchą. Mam rodzinną skłonność, to po matce, do nadciśnienia i perfekcjonizmu – w moich pierwszych latach pracy na uniwersytecie lubili mnie podpuszczać. Teraz nikt tego nie robi.

Ochota na papierosa nasila się w altance, a raczej w tym, co z niej zostało – sypiącej się, zardzewiałej konstrukcji ze stalowych prętów, oplecionej resztkami dzikiego wina, plątaniną półsuchych badyli, tracących liście, już żółte. Przegniłe drewno skrzypi pod moim ciężarem, siedzę niepewnie.

W czasach liceum najczęściej tutaj paliłem, chowając się przed matką, ojcem i Grażyną, która lubiła węszyć. Paliłem nocami, patrząc na jego gabinet, dawny garaż – teraz płaty brązowej farby odłażą od drzwi i wychodząc naprzeciw moim wspomnieniom, pokazują ślady stanu sprzed lat, ciemną żółć, dość wesołą. Pamiętam, jak je malował latem dziewięćdziesiątego któregoś. To było lato, w którym Pompon wpadł pod samochód. Właściwie Pompe. Nieduży kundel. Nazwał go na cześć psa Linneusza i, podobnie jak tamten pies, Pompe ojca chodził z nim do kościoła. Tyle że nasz warował pod drzwiami, czekając, aż msza się skończy, podczas gdy pies Linneusza właził z nim do środka. Stary był już Pompon, ale ojciec bardzo to przeżył, nie chciał słuchać, że w końcu musiał na coś – nie używał słowa „zdechnąć” – odejść.

Pani kot odszedł wczoraj, przykro mi. Burek musi odejść. Cały miot odszedł, był słaby. Pozwólmy mu odejść.

Okna gabinetu są matowe od brudu. Podnoszę głowę – wszystkie nasze okna są zasnute warstewką tłustego kurzu. Patrzę kontrolnie w stronę domu sąsiada, ale gargamela nie widać zza szpaleru tui. Tego po prawej też nie – te antyspołeczne pseudodrzewa zachowują objętość i zieleń nawet zimą, nie mówiąc o wczesnej jesieni. Jutro zapytam tę panią Ewę, czy nie mogłaby umyć okien, zapłacę jej, będzie jaśniej, postanawiam, przykładając dwa palce do ust.

Zapaliłbym.

Pracownia była po drugiej stronie domu, najdalej jak się dało od gabinetu. Matka hałasowała młotkiem, nie chciał, żeby straszyła zwierzęta.

Kiedy wyjechałem na studia, nigdy nie chciałem tu wrócić.

Trzydzieści lat później, po diagnozie, jeszcze się łudziłem.

Wracam po akcji w kuchni.

Jest już październik.

*

Ojciec się gubił. I rzeczy.

Przyjechaliśmy do niego któregoś lata, z Kasią, ale każde osobno. Milczenie między nami na trasie Tarnów–Kraków, kiedyś próbowaliśmy tej okazji, tak puchło, że nie było słychać muzyki z odtwarzacza. Inwencji w rozmowie starczyło na „cześć”, „co słychać”, „co u mamy” i może „jak twoi studenci”. Woleliśmy nie razem.

To było tuż po tym, jak dostała się na studia – architektura na Politechnice Krakowskiej. Dziadek pękał z dumy. Ona mniej, wolałaby zostać w Warszawie, czułem, że też z mojego powodu, ale chętnych na architekturę były tłumy. I tak dostała się za drugim podejściem, przez rok nalewała w barze piwo, żeby mieć na lekcje rysunku i wycieczki po Europie. Siedzieliśmy w ogrodzie, oni jak zwykle wspominali jej dzieciństwo, ja byłem myślami gdzie indziej.

A pamiętasz, jak jechaliśmy do tego konia pod Wojnicz i powiedziałaś: „Dziadziuś, siku”, a jak się zatrzymałem, to: „Dziadziusiu, oszukałam cię”, i prawie się udusiłaś ze śmiechu?

I tak trzy razy.

Trzy razy! Niecałe cztery lata i taka spryciula. Jak ja cię lubiłem.

Tak, koń był w brązowe łaty i miał krzywe zęby.

Ostre zęby, tarnikowaliśmy, a ty siedziałaś na ławce przed domem i darłaś się: „Dziadziuś, siku!”.

Myślałeś, że żartuję, a nie żartowałam.

Nie żartowałaś, wszystko było mokre i musiałem wieźć cię do domu w jutowym worku. Babcia prawie zemdlała, jak mnie zobaczyła z tobą w worku.

Tak wrzasnęła, że pani Piwońska przybiegła zobaczyć, co tam.

No, najlepsza była wtedy babci mina. I twoje zdziwienie. Jak ja cię lubiłem.

To było jak sztuka, rytualnie odtwarzana podczas każdego spotkania. Te same role – i zawsze byłem widzem. Jakby kilka kilometrów obok.

Wiele razy miałem na końcu języka, że ona nie może tego pamiętać, była za mała. Nic a nic nie pamiętała z naszej wycieczki w Bieszczady dwa lata później. Zarzekała się. Nie pamiętała, że w ogóle tam była, że schodziliśmy podczas burzy z Caryńskiej, nie pamiętała noclegu na sianie w stodole w Wetlinie ani że użarła ją osa w policzek, ale pamiętała umaszczenie konia spod Wojnicza i gdzie miał te łaty.

Ogród od śmierci matki był zapuszczony, za to trawnik przed domem wyglądał jak spod igły. Piliśmy drinki. Ojciec zawsze robił najlepsze, a wtedy mu nie wyszły, pomylił składniki. Były kwaśne. Nawet Kasia się krzywiła, choć pewnie dla dziadka zjadłaby z uśmiechem żabę.

Jak ja cię lubiłem, powtórzył po raz enty i podniósł się zza stołu zaskakująco ciężko.

Ojciec się starzeje.

Mam dla ciebie w nagrodę mały prezent.

Długo nie wracał z domu, więc poszedłem sprawdzić. Miotał się po kuchni, szukając jakiejś koperty, był zły.

Tu ją położyłem, o, tutaj, wskazał na blat. Nie zabrałeś?, spojrzał podejrzliwie. Nie zabrałeś koperty dla Kasi? Ona była dla Kasi, popatrzył trochę błagalnie. Pomogłem mu szukać, nigdzie jej nie było, zrobił się smutny.

Wieczorem wstawiałem lody do zamrażalnika, gruba koperta leżała na szpondrze wołowym z kością.

Kaśka przy kolacji zajrzała do środka, pięć tysięcy w gotówce i trochę ścinków gazet. Cieszył się jak dziecko.

A po co te ścinki?

To nie ścinki. To dolary. Z Chicago.

Dziadek się bardzo starzeje, zobaczyłem swoją myśl w jej oczach.

Kasia miała zostać na dłużej, mieli zaplanowane, że na tydzień. Ja tylko na weekend. Kiedy pakowałem się i wsiadałem do samochodu, a oni przyszli mi pomachać, zapytał ją, kiedy znów go odwiedzi. I na serio się zdziwił, że zostaje, i szczerze ucieszył.

Potem zadzwoniła: Z dziadkiem nie wszystko w porządku, tato.

Po tym „tato” poznałem, że się na poważnie zmartwiła.

*

 

4 października

 

○ 15.20   Cześć, Kasiu! Masz chwilę? Co słychać? Jak stu­dia? Jak się mieszka?

● 15.34   Czesc. O masz whatsappa super wszystko spoko. A u ciebie?

● 15.35   *Ciebie sorry

○ 15:37   Może być. A jak jest na drugim roku? Dziadek chętnie się dowie, siedzi tu. Jakie przedmioty? Dużo zajęć? Trudne?

● 15.40   Teoria projektowania, budownictwo ogolne, materialoznawstwo, fizyka budowli, matma, rzezba, rysunek odreczny plus jakies humanistyczne, historia

● 15.41   dziadek lepiej?

○ 15.42   Historia architektury? Brzmi ciekawie. Chodziłem kiedyś na przedmiot historia nowożytnej architektury europejskiej w Instytucie Historii Sztuki. Co prawda nic nie pamiętam, ale podobało mi się. Dziadek nie lepiej.

● 15.43   Gorzej?

○ 15.44   Zależy od kiedy. Ale ogólnie tak, gorzej. Jest chory.

● 15.45   Przeciez wiem ze jest chory

○ 15.48   Wiem, że wiesz. Słuchaj, może byś wpadła tu w któryś weekend? Ucieszyłby się, pogadalibyście o starych czasach, jak zwykle. Poćwiczyłby pamięć. Chorym to służy, zawsze lubił wspominać wasze wakacje, wyjazdy w teren. Ze mną już tak nie pogada.

● 15.55   Wpadne ale nie w najblizszy, z czasem slabo

○ 15.56   Nie masz czasu? A co, uczysz się już do sesji?

● 16.00   W pazdzierniku???

● 16.02   Nie

● 16.04   Jestem umowiona, za chwile zreszta tez

*

Jestem w Berlinie. Tiergartenstraße 4.

Włączam Google Maps, od tego zaczynam zagłębianie się w temat. Trzeba wiedzieć, gdzie się jest.

Chociaż nie, wcześniej zajrzałem do Wikipedii, to stamtąd trafiam na Tiergartenstraße 4. Wstyd się przyznać, nawet przed sobą, ale tak, czasem właśnie od tego zaczynam. Nawet zazwyczaj. Ważniejsze, gdzie skończę przecież.

Urządziłem sobie w domu ojca gabinet, w domu, który od dziesięciu lat jest w jednej szóstej również moją własnością. Odziedziczyłem po matce część jej połowy. Gabinet jest w pokoju Grażyny, na pierwszym piętrze, z balkonem – chce mi się zapalić, ale wciąż się trzymam. W moim śpię, wśród tych wszystkich rzeczy, mniej lub bardziej przypadkowo gromadzonych tam przez pierwszych dziewiętnaście lat życia, nawet dłużej – w szafkach są pamiątki ze studiów, notatki, skrypty. Dziś to śmieci.

Jestem po pięćdziesiątce, a mój pokój dziecinny istnieje, wygląda jak trzydzieści lat temu, mieszkam w nim. Czy to normalne?, zastanawiam się czasem, leżąc na wydzielającym woń starego kurzu łóżku, wsłuchując się w ciemność, czekając na odgłos człapiących, sunących kroków, które wydeptują bez celu kilometry. Wiedząc, że na szafce wiszącej nad głową stoi porcelanowy słoń, prezent od mojej pierwszej dziewczyny.

Grażyna swój dawny pokój, znacznie większy niż mój, zamieniła w graciarnię, zawalony ciuchami magazyn zużytych, nikomu niepotrzebnych rzeczy. I tak rzadko przyjeżdża, Jonathan nie ma zbytniej ochoty, a bilety są drogie. Bez sentymentów włożyłem więc jej rzeczy do worków i razem z częścią moich wyniosłem na strych, na przechowanie, na rozpad. Zgniją tam, zbutwieją, prześmierdną zapachem smoły, ptasich odchodów i trocin.

Dalsze porządki są w planie, na razie mi się nie chce.

Siedzę więc przed komputerem, wpatruję się w mapę Berlina. Próbuję się zmusić do pracy.

Odkrywam, że dobrze znam, a raczej znałem, tę okolicę. Gdy na początku studiów doktoranckich byłem na kwerendzie bibliotecznej na Uniwersytecie Humboldtów, mieszkałem tam, w Tiergarten lub przy Lennéstraße, w każdym razie blisko Ben-Gurion-Straße. Pamiętam rozległy park i filharmonię. Od lat dziewięćdziesiątych pewnie wiele się zmieniło, ale zapamiętałem tamte rejony jako smętne, a może zresztą to ja byłem ponury. Młody filozof niewidzący dla siebie perspektyw, długie włosy, papieros odpalany od papierosa, tanie wino w kostce z demobilu. I nabyta za PRL-u, pogłębiana już w wolnej Polsce u nauczyciela z twardym akcentem, drewniana i wciąż dość słaba, choć w kraju wydawało się, że całkiem niezła, znajomość języka angielskiego. Do tego – wysiłkami ojca – bardzo szkolny niemiecki. Wtedy niekomunikatywny.

Wielbiciel i znawca Schopenhauera.

Głównie się więc włóczyłem. Tak jak teraz żółtym ludzikiem po mapie.

Jankowska specjalnie dała ci ten temat, żeby odciągnąć twoją uwagę od ponurej domowej bieżączki, przekazała mi Elżbieta.

Wpadam na pomysł, że zacznę od sylwetek lekarzy apokalipsy.

Włączam komputer, tworzę nowy dokument. T4.

W pierwszej książce, po którą sięgam – kilka leży na biurku Grażyny, zacząłem rozpakowywać jedno z krakowskich pudeł – w trzecim zdaniu wprowadzenia czytam, że w ramach eksperymentów ginekologicznych doktor Carl Clauberg zaszywał kobietom w brzuchach żywe świnki morskie.

Z chwilowego otępienia wyrywa mnie jakiś hałas za oknem.

No niechże pan założy te skarpety! Na Boga, zaziębi się pan! Jest październik!, słyszę piskliwy głos pani Ewy.

Wybiegam na balkon, po drodze zrywając firankę i kilka żabek z karnisza. Ojciec chodzi po wilgotnym trawniku boso, bez skarpet. Rozdeptuje kretowiska. Brązowe sztruksy są mokre, nogawki uwalane ziemią. Za nim Ewa, ciągnie go za rękę, w drugiej trzyma pasiaste skarpetki.

Ojciec nic sobie nie robi z jej krzyków. Macha gwałtownie, jakby opędzał się od złośliwych meszek.

Tato!, wołam.

Przystaje, podnosi głowę.

Cześć, Pawełku, macha do mnie przyjaźnie. Widziałeś Pompona?

Odruchowo macham i też się uśmiecham. Jestem już przyzwyczajony.

Nie widziałem Pompona ostatnio, nie.

*

Tarnów tylko raz pojawił się w historii filozofii, ale w bardzo doniosłym kontekście.

Chodziło o Ludwiga Wittgensteina.

Znam filozofki i filozofów, których samo brzmienie tego nazwiska przyprawia o dreszcz podniecenia. Którzy zbierają i hołubią każdy najdrobniejszy okruch informacji o nim, którzy go wyznają, pielgrzymują w miejsca, gdzie mieszkał, którzy zbieraliby jego obcięte paznokcie. Lub listy zakupów pisane tą ręką.

Tak ma na przykład Elżbieta. Zdarzało mi się na randce, kiedy już wiadomo, a zazwyczaj wiadomo, jak skończy się spotkanie, specjalnie zapytać ją o pierwszego, drugiego lub najlepiej trzeciego Wittgensteina, to zawsze zwiastowało spektakularny finał.

Widziałem, że na bulwarach w Krakowie jest tablica mówiąca mniej więcej, że gdzieś w pobliżu, naprawdę tak tam stoi, 14 sierpnia 1914 roku Ludwig Wittgenstein wszedł na pokład statku wojennego Goplana. Genialny filozof stacjonował w Festung Krakau, mieście będącym drugą fortecą c.k. monarchii. Sam się zresztą zaciągnął. Z frontu i z Krakowa korespondował z Bertrandem Russellem.

W tamtym okresie pojechał na chwilę do Tarnowa, gdzie w księgarni przy placu Kazimierza kupił książkę. Potem zapewniał Russella, że była tam tylko jedna książka – prawdopodobnie po prostu jedyna po niemiecku: Ewangelia w skrócie Lwa Tołstoja. Przeczytał i stale nosił ją przy sobie, jak talizman. Mówił, że uratowała mu życie, bo zanim trafił na Tołstoja, rozważał samobójstwo. Jego trzech braci tak właśnie zginęło, do czego przyczynił się magnat stalowy, ich surowy ojciec, więc pewnie słusznie głosi tabliczka, na którą natykamy się podczas niedzielnego spaceru, wybraliśmy się na przechadzkę w pierwszy październikowy weekend, od tygodnia znów jestem tarnowianinem, że „bez tego miejsca i bez tej książki nie byłoby jednego z najwybitniejszych filozofów XX wieku”.

Brzmi to jak morał historii, która mogłaby mieć początek: „Dawno temu w Galicji podczas Wielkiej Wojny”.

Tablica musiała zostać ustawiona niedawno, bo pierwszy raz ją widzę. Robię zdjęcie i wysyłam do Elżbiety.

Powoli idziemy od rynku w kierunku placu Sobieskiego. Tu kończy się Krakowska, zaczyna Wałowa, Targowa, Katedralna – miejsca, w których rozegrał się mój czas w liceum. Nagle zatęskniłem.

Chcesz iść na ciastko, tato? Kawę?, pytam na placu, stoimy przed witryną cukierni Tatrzańska. Jest pusto, także w środku, na placu trochę wieje, moje myśli krążą wokół Wittgensteina.

Ojciec, dziś w przeciętnej formie, niewiele mówi, macha ręką i pokazuje na stoisko z lodami. Po namyśle kupuję mu jedną gałkę, niech się cieszy. Liże ją nieporadnie, siedzimy naprzeciw cukierni, koło kiosku, ławki oczywiście bez oparcia. Ma plamy na brodzie i na swetrze. Szukam w kieszeni chusteczki. Szkoda, że kiosk jest zamknięty.

Idziemy.

Wieje, ale jednak jest ciepło.

Skręcamy w Wałową.

Drepczemy w podobnym tempie, dla niego kilkaset metrów to długi dystans, zwłaszcza na nierównej powierzchni. A wokół tylko takie. Miasto jest dla nas jak tor przeszkód, schody, mało wind, absurdalne poręcze, płyty chodnikowe przeplatane kostką bauma.

Ale z uznaniem odnotowuję, że na Wałowej przybyło ławek.

Musimy zabawnie wyglądać, stary i starzejący się, jeden z lodem, trzymający się za ręce. Nawet sprawdzam w szybie mijanego sklepu, nie, to wcale nie wygląda śmiesznie.

Opowiadam trochę o mieście, bo dziś chyba nie poznaje tych części, które wydeptujemy. Na rynku rozglądał się nieprzytomnie, Wałowa też została echem po wspomnieniu, w każdym razie ma pustkę w powiększonych przez okulary oczach. Starych, wodnistoniebieskich, właściwie już bez koloru.

W kieszeni brzęczy telefon, pewnie esemes od Elżbiety.

Skręcamy w Brodzińskiego. Naprzeciwko liceum też są ławki, coś nowego. Chodziłem tu do szkoły. On nie, ale ożywia się, jakby też chodził.

Może pójdziemy jeszcze, myślę, do parku Strzeleckiego, to blisko, popatrzeć na mauzoleum Bema na stawie. Nakarmić kaczki, jak kiedyś, w moich szczenięcych latach. Tylko czym?

Ciekawe, czy są tam jeszcze.

*

W rogu działki znajduje się nasz cmentarz zwierzęcy. W tej części, która jest najbliżej Białej. Pod drzewami koło ogrodzenia rosną orzech, wielka czereśnia, morela, stara jabłoń. Po drugiej stronie siatki są trawa i chaszcze, dalej piętrzy się wał, płynie rzeka. Brudna wstążeczka.

Zrównałem kretowiska z ziemią, wyjąłem z blaszaka po drugiej stronie działki kosiarkę i usiłuję ogarnąć trawiasty nieład, póki pogoda w miarę ładna. Za domem, wśród spadających z orzecha liści, wśród chwastów, nóż kosiarki natrafia na coś twardego. Słyszę zgrzyt i wyłączam. Rozgarniam nogą zielsko, pod spodem jest płyta chodnikowa.

Zupełnie zapomniałem.

Opieram się o chropowaty pień orzecha, wdycham resztki zapachu benzynowych spalin.

Ten dom to psiarnia, kociarnia, zżymała się matka, walcząc ze wszechobecną sierścią i suchą karmą, wycierając podłogę, starając się ignorować zniszczenia. Gdy któreś ze zwierząt zmarło, ojciec kopał za domem dół, wkładał ciało, zasypywał, na wierzchu kładł płytę chodnikową, żeby psy nie rozkopywały, czy lisy. Płyt jest kilka, Aza, dwóch Reksów, Pompon, lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte, zamierzchłe czasy, najnowsza to Aldi, przy której pomagałem.

Koty zwalniały z obowiązku grzebania ciała, zwykle po prostu znikały.

Potem, u siebie w pokoju, słucham Jazzu dla zwierząt i myślę o śmierci matki, za miesiąc dziesiąta rocznica. To właśnie w związku z którąś rocznicą zanotowałem pierwsze większe symptomy rozpadu.

Najpierw, kilka lat temu, zauważyłem, że ojciec zapomina daty imienin.

Normalne, pomyślałem, starość.

Kiedyś, byliśmy wtedy nastolatkami, zapomnieliśmy z Grażyną o Henryka, byłem zakochany, a Grażyna to nie wiem czemu, i nie odzywał się do nas przez tydzień. Bo w jego rodzinie przywiązywało się wagę do imienin. A kiedy byliśmy dziećmi, pamiętam, recytowaliśmy mu z tej okazji śmieszny wierszyk, sam ułożyłem wszystkie rymy. Oboje z matką mieli łzy w oczach, dusząc się ze śmiechu, zwłaszcza gdy podrośliśmy, a wierszyk wciąż wjeżdżał na fali tradycji.

Gdy trzy lata temu nie odezwał się w dniu moich imienin, obchodzę na początku września, nie byłem zaskoczony, bo już się tak zdarzało, że składał mi życzenia po czasie. Po tygodniu sam zadzwoniłem, pomyślałem, że może jest zły o coś, że się gniewa, ale nie, był całkiem normalny. O imieninach nie wspomniał ani słowem, więc nie pytałem. Za to pod koniec rozmowy powiedział, że umył grób matki i dał na mszę oraz zamówił kwiaty z okazji rocznicy śmierci.

Tak wcześnie? Był świetnie zorganizowany, ale zamawiać kwiaty z takim wyprzedzeniem – zmarła dwa dni po Wszystkich Świętych – to nawet jak na niego przesada. Nie odpowiedział.

Kiedy w drugiej połowie września przesłał mi ememesa z grobem zastawionym kwiatami, nie skojarzyłem faktów. Nic nie napisał, tylko zdjęcie. I nie odpisałem, akurat miałem zajęcia, z Amerykanami, oni zaczynają miesiąc wcześniej niż polscy studenci. Na sali wrzała debata o prawie do eutanazji. Potem ustawili się do mnie w kolejce, bo mieli pytania. Miło jest uczyć ludzi, których interesuje przedmiot.

Grób matki wyleciał mi z głowy.

Gdy znowu rozmawialiśmy, ojciec był bardzo oficjalny i szybko się rozłączył. Powiedział, że ma różne ważne załatwienia i nie może przedłużać, oddzwoni, ale nie zrobił tego.

Ojciec się starzeje, pomyślałem nie po raz pierwszy, ale tamto dobrze pamiętam.

We Wszystkich Świętych miałem grypę, nie mogłem do niego przyjechać, pójść na grób matki. Za to Kaśka była, było normalnie, do tych dwóch słów ograniczyła się jej sucha relacja przez telefon.

Pod koniec listopada przesłał mi esemesem życzenia.

Zadzwoniłem.

Tato, dziś jest Katarzyny, Szymona było we wrześniu.

Katarzyny? Nie, niemożliwe, w słuchawce wybrzmiało wahanie. Ale który jest dzisiaj?

Usłyszałem szelest kartek, pewnie przeglądał kalendarz. Powiedział, że zadzwoni do wnuczki.

Nie wiem, czy w końcu złożył jej te życzenia, nie rozmawiałem wtedy z Kasią zbyt często.

Prawie wcale.

*

Z perspektywy progu pracownia wygląda tak, jakby matka wyszła z niej wczoraj i miała wrócić nazajutrz. Na stole leży gipsowy odlew szczęki i powyginane druty, wosk w plastrach, kiedyś różowy, dziś w kolorze surowej słoniny, i przykurzone akrylowe zęby w różnych barwach, fasonach. Palnik od lat nieużywany. Sypiąca się wyparzarka. Obrosła rdzą polerka. Rozpad widoczny w zbliżeniu.

Nad wszystkim unosi się zapach: akrylu, gipsu i wosku. Wonie mojego dzieciństwa.

Na wyłożonej płytkami ścianie wieszak z niegdyś niebieskim, teraz, zwłaszcza w kontraście do bieli, żółtawym fartuchem. Obok stary kalendarz z beżowym, uśmiechniętym zębem.

To wszystko, szczególnie zapach i płytki, uświadamia mi, że nic z tego nie będzie.

Szukam miejsca dla siebie tu, gdzieś na parterze. Muszę w nocy być bliżej ojca, a dla niego wchodzenie na piętro jest już jak podejście na Rysy. A objaw zachodzącego słońca, o którym mówił nam lekarz, nocne czuwanie, wędrówki, staje się codziennością, chociaż dokucza w nocy.

Pracownia matki odpada, podobnie jak jego gabinet.

Jest jeszcze ich kancelaria, mówili na to archiwum, a my nazywaliśmy wagonem – maleńkie, długie biuro, w którym trzymali papiery, dokumentację działalności gospodarczej, sprawy związane z leczeniem. Zawalona makulaturą kiszka, w niej biurko i pojemna szafa na śmieci. Otwieram ją, metry bieżące wieloletniego biznesu, do wyniesienia stąd w jakieś cztery godziny, w uczelniany dzień roboczy.

Na razie opróżniam biurko, wkładam do pudeł kalendarze w grubych okładkach, notesy o szorstkich kartkach, jakieś zeszyty. Przybory do pisania, notatki, wszystkie na oko śmieci wrzucam do niebieskiego worka. Potem czas na starego laptopa, chwilę obracam go w dłoniach, jest już poza zasięgiem, ojciec nie umiałby z niego korzystać. Bardzo zniszczony.

Pamiętam, jego pierwszy mail był do mnie. Dwie linijki, że jest internet, że zdjęcia Kasi proszę przysyłać.

Na razie odkładam.

Jestem tuż po rozmowie z panią Ewą, powiedziała mi, że chciałaby odejść. Córce urodziło się dziecko, a poza tym nie ma już siły. Mówiła, że jest na tę pracę za stara. Kilkanaście lat młodsza od ojca, krzepki i zdrowy typ. Tydzień temu, akurat byłem w Krakowie, popchnął ją, gdy wkładali wiatrówkę, tak silnie, że pani Ewa uderzyła głową o stopień. Rozcięcie nad łukiem brwiowym musiało być szyte – dobrze, że wnuczka Piwońskiej była w domu i została z ojcem na czas wizyty Ewy na pogotowiu. Wcześniej podały mu hydroksyzynę.

Patrzyłem na plaster na czole, wystający spod specjalnie na tę okazję zrobionej blond grzywki, kiwałem głową, że rozumiem, choć szkoda. Jest z nami od diagnozy, od roku z kawałkiem, dla niego to pewnie jak ktoś z rodziny, nie myli jej z nikim, pamięta, że ma przyjść. Dla mnie, trochę żałuję, że tak myślę, zawsze była przezroczysta.

Umówiliśmy się, że poczeka, aż znajdę kogoś na jej miejsce, da nam kilka tygodni, najdalej do grudnia. Kogoś, kto będzie z ojcem w te dni, kiedy mam zajęcia albo muszę pracować. Ewa popyta wśród znajomych, może znają chętną osobę. Poleciła mi też agencję opiekunek ze Śląska.

Rozmowa z nią uświadomiła mi, że trzeba zorganizować wsparcie z pomocy społecznej. Za jakiś czas będzie potrzebna, pani Ewa spojrzała poważnie, osoba do pomocy przy karmieniu, pampersach i myciu, wtedy każda para rąk jest na wagę złota. Ale, dodała, musi pan pamiętać, że oni biorą pod uwagę kryterium dochodowe, znacząco spojrzała mi w oczy, i że ta opiekunka będzie przychodziła na maksymalnie dwie godziny od poniedziałku do piątku. To kropla w morzu potrzeb.

Niedługo zrobi się gorzej, wie, co mówi, ma bogate doświadczenie w opiece.

Zabrzmiało to nieco wyniośle, że niby ja jestem zielony.

Papiery z biurka są w pudłach, przez chwilę się waham. Pracownia? Gabinet? Strych?

W gabinecie woń jest intensywna i silna. Środki do dezynfekcji skutecznie wyżarły wszystko, nie ma ani echa mokrej psiej sierści, suchej karmy i krwi. Bliżej pustych przeszklonych szafek czuję nutę starych leków i metaliczny zapach. Kurz.

Stawiam pudła jedno obok drugiego na chłodnej tafli stołu, na którym ojciec badał, leczył, czasem usypiał pacjentów. W lampie nad blatem nie ma ani jednej żarówki, choć znalazłoby się miejsce na trzy. Aparat do USG w najciemniejszym kącie, zlany ze swoim cieniem, wygląda jak przyczajone zwierzę. Pod oknem na gumolicie pusta strzykawka. Dwie.

Siadam na chwilę w fotelu obleczonym pokrowcem.

Ściany są brudnożółte, a okna nieszczelne, bo zwisające z sufitu, grube nici splątanych pajęczyn przez cały czas poruszają się nieznacznie. Aluminiowe żaluzje z popsutym mechanizmem zwieszają się wzdłuż jednej z szyb zamiast zasłaniać. I tak nic przez nią nie widać, pani Ewa najwyraźniej pominęła gabinet ojca przy myciu okien.

Trzeba by pomalować. Latem, może latem. Teraz nie, bo po malowaniu trzeba wietrzyć, a bywa już dosyć chłodno.

Ale okna uszczelnię, dziś kupiłem silikon, stoi na korytarzu w żółtej torbie.

Przypomina mi się pies ze zmiażdżoną łapą, też żółty, po amputacji został u nas, kulał i dzielnie biegał, wydobrzał. To był chyba początek lat osiemdziesiątych, liceum, stan wojenny. Ojciec się cieszył, a potem pies znów wpadł pod samochód. Krótko był, nie pamiętam imienia. Reks? Strasznie śmierdział.

Szedł z nami pies i śmierdział, skąd to było?, wytężam umysł.

Rozkładany fotel ze strychu, miałem wstawić go do wagonu, pachnie wilgocią i myszami. Na tapicerce jest plama. Rezygnuję. Na razie upycham w moim nowym pokoju przywiezione z Krakowa książki.

Po namyśle wracam do gabinetu ojca i ściągam pudła z papierami ze stołu, ustawiam pod oknem. Przecieram blat chusteczką higieniczną, nie ma kurzu i smug.

Za szybą październikowe słońce. Metal lśni.

*

Na dzień dobry rozdaję im kartki.

„»Potrzebni są nam ludzie o mocnym kręgosłupie, którzy nie chwieją się wraz z każdą zmianą wiatru. Decyduje o nim posiadanie hierarchii wartości, do której jest się przywiązanym i z której nie zamierza się rezygnować. Uparta obrona tych wartości stanowi o postawie, którą nazywamy godnością. Potrzebni są nam ludzie wrażliwi na krzywdę i niezasłużone przywileje, ludzie, którzy spieszą innym z pomocą i nie odwracają się od przyjaciół, gdy im się nie powiedzie. Walczą, gdy zachodzi po temu potrzeba, przestrzegając reguł gry, nie rzucają się we trzech na jednego i nie kopią pokonanych. Potrzebni są nam ludzie uczciwi wobec siebie i wobec innych, ludzie, którym się ufa. Brak zaufania bowiem w obcowaniu z ludźmi czyni społeczeństwo chorym«.

Zinterpretuj powyższy cytat z książki Marii Ossowskiej pt. O człowieku, moralności i nauce. Miscellanea, PWN, Warszawa 1983, s. 559”.

Marszczą nosy, patrzą po sobie. Jak zwykle skupieni dwójkami, trójkami, bardzo niechętnie odkładają smartfony, iPhone’y, macbooki i inne laptopy, na których mają pootwierane notatki do innych przedmiotów. Podchodzą do tych moich kartek jak pies do jeża.

Pierwsze zajęcia, ćwiczenie na rozruch. I na poznanie nowych studentów – chcę się zorientować, jakie mają przemyślenia.

Pierwsze zajęcia i już coś trzeba robić, mówią mi ich twarze. Katastrofa, co będzie dalej? Ale że są nastawieni zadaniowo, to ludzie czynu, więc bez ociągania się przystępują do rzeczy. Sięgają po długopisy. Widzę, jak namyślają się, marszcząc czoła – da się jednocześnie marszczyć czoło i nos, to znaczy ja nie potrafię, ale przecież mam to przed sobą: piętnaście młodych i świeżych twarzy.

Oczywiście musi nastąpić ten moment, że ktoś podniesie rękę i padnie pytanie: Czy możemy pisać na komputerze?, a że odpowiedź interesuje wszystkich, czternaście głów unosi się znad kartek.

Nie, piszcie, proszę, ręcznie. Tak będzie mi łatwiej sprawdzać.

Guzik prawda, odszyfrowywanie ich bazgrołów zajmie mi kilka godzin. Po prostu chcę mieć pewność, że nie korzystają z internetu, schowani za ekranami komputerów, a nie chcę ich obrażać podejrzeniami o ściąganie. Nie znam ich.

I bardzo proszę, wyraźnie, piszcie wyraźnie, dodaję.

Kolejna ręka w górze, nawet dwie. Piętnaście par oczu w moją stronę.

Czy to na ocenę?

Nie, to informacja o was dla mnie.

Zmarszczki ulegają spłyceniu. Po chwili znów ręka.

Ale po co to piszemy?, pyta ta sama osoba, która zapytała o komputer. Szczupły, piegowaty chłopak w czarnym swetrze z dekoltem w serek, typ: wszystkowiedzący.

Tak jak mówiłem, to informacja o was dla mnie, odpowiadam. Macie jeszcze dwadzieścia minut, każde pytanie to strata czasu. Chyba że są to pytania dotyczące treści zadania.

Kręcą głowami.

Strasznie stary ten tekst, słyszę z głębi sali. Nie podejmuję wyzwania.

Piszą. Siadam na ławce, opieram się plecami o ścianę.

Za oknem jednostajnie buczy helikopter, zbliża się i oddala. Powieki mi opadają.

Łowię spojrzenia rzucane czasem znad kartek.

Muszę walczyć.

Kiedyś lubiłem wyliczanki, pomocne, gdy było trudno zasnąć. Teraz, gdy z powodu nocnego czuwania z ojcem wciąż jestem senny, odkrywam, że mam na odwrót: jeśli nie chcę odpłynąć, staram się skupić uwagę na tym, co nie jest łatwo sobie przypomnieć. Wyliczanie, układanie, listy, katalogi.

Sprawdzone na zebraniach katedry.

A może ćwiczę pamięć?

Nie, po prostu chcę być przytomny, ludzie patrzą.

Najpierw odświeżam sobie stacje we wszystkich miejscowościach na trasie Tarnów–Kraków, w których zatrzymuje się pociąg. Koleje regionalne – często nimi jeździłem, nim zbudowali autostradę, no i w czasach studenckich. Więc od tyłu: Główny, Zabłocie, Płaszów, Prokocim, Bieżanów, Kokotów, Węgrzce Wielkie, Podłęże i tak dalej. Staniątki, Szarów. Za proste. Nie działają już.

Potem nazwy leków na chorobę, z którą się codziennie zmagamy. Donepezil, galantamina, memantyna, rywastygmina, winpocetyna, piracetam, nicergolina i inne. Z początku trudne, dziś bułka z masłem. Haloperidol w kroplach. Banał.

I jeszcze reguły pisowni z bardzo zamierzchłych lat, te wszystkie „b”, „p”, „d”, „t”, „g”, „k”, „ch”, „j”, „w”, recytowane na jednym oddechu. Stolice państw. Nazwy wysp z ojcowych atlasów. Jak łatwo je wygrzebałem! Starczyło zamknąć oczy. Choć przecież geografia to nie moja specjalność i nawet nie umiałbym wskazać tych miejsc na mapie.

Ciekawe, jak działa pamięć.

I jeszcze taksonomie, wybrane gatunki, rodzaje, rodziny, rzędy w obrębie królestwa zwierząt. To konik ojca, znałem i ja – łatwo wraca.

Inaczej ze szkolnymi wierszami. Tu się musiałem nagłowić, jak przy tym o alarmie dla miasta Warszawy. Ale raz odkopany, brzęczy i szumi. Trwa w pamięci, usypia jak piosenka o rozmarynie, którą matka śpiewała mi na dobranoc. Nie wzrusza jak dawniej, nie budzi żadnych emocji. I wiersz, i piosenka. Tę ostatnią odganiam, przecież nie o to chodzi.

Co teraz? Senność nadciąga.

Do głowy przychodzą mi książki. Pudła, które zabrałem z Krakowa w dniu wyprowadzki. Kartony z napisem „Soplica”, które dostałem od sąsiada. Pamiątka po lokatorach. Wypełniłem je tomami.

Pierwsze pudło w większości rozpakowałem. Książki do fakultetu. Autorów tych historycznych dziś sobie nie przypomnę. Byli w nim też Higieniści, Foucault i czarno-biały Mbembe z szachownicą na okładce.

I w drugim króluje wojna, bez klucza, głównie powieść, reportaż. Wrzucane tutaj tytuły dobierałem tropem luźnych skojarzeń. Coś mi mówiło, że na czytanie nie będzie czasu w Tarnowie – i wszystko wskazuje na to, że miało to „coś” rację. Tak samo jak inny głos, ten, który mi podpowiedział, że te książki się przydadzą. I tak jest.

Co miałem w drugim pudle? Wytężam pamięć.

Zdejmowałem z krakowskiego regału trzy małe, cienkie książki. Sebald, Vonnegut i Kluge. Bombardowania. Powietrzne wojny. Powinny być „wojny w powietrzu”, myślę.

Helikopter tymczasem zamilkł.

Halberstadt, 8 kwietnia 1945. Pamiętam ciała w piwnicznym korytarzu kina – eksplozja rozerwała rury centralnego ogrzewania, z których polały się na nie strumienie gorącej wody. Kierowniczka placówki, chcąc zaprowadzić porządek, kładła fragmenty, szczątki do kotła na bieliznę, a potem, wieczorem, czuła się „do niczego”.

I zdjęcia nieznanych autorów. A także podsumowanie dyskusji z konferencji OECD, która odbyła się pod Sztokholmem, na temat znaczenia ataków. Ich profesjonalizacji i legalizmu. To był latający wymiar sprawiedliwości, głosił jeden z wniosków, a debatowano o tym na tarasie, w świetle późnego lata.

I zoo Hagenbecka pamiętam. To nie Halberstadt, ale Hamburg. Zostało zbombardowane. Zwierzęta, wśród zwłok i lejów, stały cicho, spokojnie, zachowywały się tak, jak zwykle, choć przecież zarejestrowały śmierć towarzyszy. Czy zwierzęta, zadaję sobie za autorem pytanie, mają tak słabą pamięć, że w kilka godzin są w stanie zapomnieć o trwodze?

Zapytam taty.

Nie, nie zapytam. On już nie wie.

Za to, à propos Hagenbecka i zoo, poszukam w domu Szklarskiego, serii o Tomku, ulubionej lektury z dzieciństwa. Musi tam być. A skoro mowa o Szwecji – na pewno wrzuciłem do pudła Dagermana. Tak, leżał na samym wierzchu, widziałem szaro-żółtą okładkę. We wstępie, zapamiętałem, Jelinek napisała, że w powojennych Niemczech ludzie ciągnęli za sobą przeszłość jak resztki łożyska. Zjedliby je, ale było niejadalne. I głód pamiętam, już z reportażu. Erst kommt das Fressen, dann die Moral. Opera za trzy grosze cieszyła się tamtej niemieckiej jesieni dużą popularnością. Ojciec też zresztą Brechta lubił i cytował. Do dzisiaj zdarzają mu się niemieckie wstawki, choć bez zrozumienia.

A wojna, pisał Dagerman, jest marnym pedagogiem.