Niedziela na wsi - Agata Christie - ebook

Niedziela na wsi ebook

Agata Christie

4,3

Opis

To miała być spokojna Niedziela na wsi. Herkules Poirot, zaproszony na obiad do domu lady Angkatell, trafia wprost na miejsce zbrodni. I nie jest to impertynencki żart ani gra towarzyska! Czerwona krew doktora Johna Christowa kapie do niebieskiej wody w basenie...

Czy lekarz został zabity przez zazdrosną o niego kobietę: żonę, kochankę albo dawną ukochaną? Wszystkie są na miejscu zbrodni, a jedna nawet trzyma w ręce rewolwer… Ale dowody i zeznania wcale nie są jednoznaczne. Tym razem Poirot trafił na godnego siebie przeciwnika. Czy wskazanie mordercy i odkrycie prawdy będzie sprawiedliwym wyjściem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
The Hollow
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© MICHAEL UTECH
Korekta redakcyjna
ANNA ROJKOWSKA
Korekta
EWA KRAWCZYŃSKA-OLESIŃSKA
Redakcja techniczna
NATALIA WIELĘGOWSKA
The Hollow Copyright © 1946 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie
Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited
in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMI, MMXV (wydanie elektroniczne)
Translation by Prószyński Media.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5286-2
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
ROZDZIAŁ PIERWSZY

Był piątek, godzina szósta trzydzieści rano. Lucy Angkatell otworzyła wielkie błękitne oczy i natychmiast zaczęła się zastanawiać nad rozwiązaniem przeróżnych problemów, podsuwanych jej przez niezwykle aktywny umysł. Czuła, że musi się kogoś poradzić, z kimś porozmawiać. Jej wybór padł na młodą kuzynkę, Midge Hardcastle, która poprzedniego wieczoru przyjechała do The Hollow. Lady Angkatell szybko wstała z łóżka, narzuciła na ramiona szlafroczek i poszła do pokoju Midge po drugiej stronie korytarza. Myśli lady Angkatell biegły bardzo szybko. Zanim jeszcze otworzyła drzwi do sypialni Midge, już rozpoczęła rozmowę. Bujna wyobraźnia dostarczała jej odpowiedzi, jakich mogła udzielić kuzynka.

– ...jak sama widzisz, będzie z tym trochę kłopotów!

– Hm? Taa? – Midge, obudzona gwałtownie z głębokiego, przyjemnego snu, mruczała coś niezrozumiale.

Lady Angkatell podeszła do okna, szybkim ruchem otworzyła okiennice i podciągnęła żaluzje, wpuszczając do pokoju blade światło wrześniowego poranka.

– Ptaki! – stwierdziła, z przyjemnością patrząc na ogród. – Jakie piękne!

– Co?

Przynajmniej pogodą nie muszę się martwić. Wygląda na to, że przez kilka dni będzie ładnie. To już coś. Chyba się ze mną zgodzisz, że kiedy parę osób o sprzecznych osobowościach musi spędzić kilka dni pod jednym dachem, sytuacja staje się trudna do wytrzymania. Pozostają tylko gry towarzyskie, ale wówczas byłoby tak jak w zeszłym roku; nigdy sobie nie wybaczę tego, co było z biedną Gerdą. Powiedziałam potem Henry’emu, że postąpiłam bezmyślnie... Ale musiałam ją zaprosić, bo nie wypada zapraszać Johna bez niej, chociaż wtedy jest znacznie trudniej... Najgorsze jest to, że Gerda jest bardzo sympatyczna. Czasem sobie myślę, że to bardzo dziwne, iż ktoś tak miły może być całkowicie pozbawiony inteligencji. Jeśli tak działa prawo kompensacji, uważam to za niesprawiedliwe.

– O czym ty mówisz, Lucy?

– O sobocie i niedzieli, kochanie. O ludziach, którzy tu jutro przyjadą. Myślałam o tym całą noc i jestem ogromnie zmartwiona. Rozmowa z tobą bardzo mnie uspokoiła. Jesteś rozsądna i praktyczna.

– Lucy – powiedziała Midge surowo – czy wiesz, która jest godzina?

– Chyba nie. Sama wiesz, że nigdy się tym nie przejmowałam.

– Jest kwadrans po szóstej.

– Rzeczywiście, kochanie – przyznała lady Angkatell bez śladu skruchy.

Midge spojrzała na nią karcąco. Lucy jest nieznośna! Nie mam pojęcia – myślała Midge – dlaczego pozwalamy jej na takie zachowanie.

Ledwie o tym pomyślała, już zrozumiała, dlaczego tak jest.

Lucy Angkatell uśmiechała się. Patrząc na nią, Midge uświadomiła sobie, że Lucy roztacza wokół siebie jakiś przewrotny czar, nie opuszczający jej, mimo że skończyła już sześćdziesiąt lat. Ludzie na całym świecie, zagraniczni potentaci, przedsiębiorcy i urzędnicy rządowi byli gotowi znosić dla niej niewygody, nieprzyjemności i przykrości. Dziecięca radość i szczere upodobanie we wszystkim, co robiła, rozbrajały i unicestwiały wszelką krytykę. Wystarczyło, żeby Lucy szeroko otworzyła błękitne oczy, wyciągnęła delikatną dłoń i szepnęła: „Jakże mi przykro...”, by gniew i uraza znikły bez śladu.

– Ach, kochanie – odezwała się lady Angkatell – jakże mi przykro... Powinnaś mi wcześniej powiedzieć!

– Mówię teraz, ale jest już za późno. Wybiłaś mnie ze snu.

– To straszne! Pomożesz mi, prawda?

– Chodzi ci o te wolne dni? Dlaczego? Czym się martwisz?

Lady Angkatell przysiadła na skraju łóżka. Nikt inny – pomyślała sobie Midge – nie potrafiłby tego zrobić w taki sposób. Lucy wydawała się eteryczna jak wróżka, która ukazała się na moment zwykłej śmiertelnicy.

Lady Angkatell wyciągnęła ruchliwe, białe dłonie w uroczym, ujmującym geście bezradności.

– Przyjeżdżają niewłaściwi ludzie. Niewłaściwie dobrani, chciałam powiedzieć... Bo sami w sobie nie są niewłaściwi. Każdy z nich jest na swój sposób wartościowy.

– Kto przyjeżdża? – Midge uniosła silne, opalone ramię i odsunęła z wysokiego czoła gruby kosmyk czarnych, wijących się włosów. Nie było w niej nic z eterycznej wróżki.

– Będzie John z Gerdą. Już to wystarczy. Chodzi o to, że John jest wspaniały, bardzo atrakcyjny, ale Gerda... Musimy być dla niej bardzo grzeczni. Bardzo, bardzo grzeczni.

Kierowana nagłym impulsem, jakby się przed czymś broniąc, Midge powiedziała:

– Daj spokój! Nie jest znów taka do niczego.

– Kochanie, ona jest niesamowita. Te oczy! Człowiek ma wrażenie, że ona nie rozumie ani słowa z tego, co się do niej mówi.

– Bo rzeczywiście nie rozumie – przyznała Midge. – Na pewno nie to, co ty mówisz, ale trudno mieć do niej o to pretensję. Twój umysł pracuje tak szybko, że chcąc za tobą nadążyć, trzeba przywyknąć do gwałtownych skoków myślowych. Nigdy nie wyjaśniasz, dlaczego jedna rzecz kojarzy ci się z drugą.

– Jak małpa – stwierdziła nieoczekiwanie lady Angkatell.

– Kogo jeszcze się spodziewasz? Pewnie będzie Henrietta?

Lady Angkatell rozchmurzyła się.

– Tak... Mam nadzieję, że będzie dla mnie ostoją. Zawsze spieszyła z pomocą. Henrietta jest dobra aż do szpiku kości, nie tylko po wierzchu. Zajmie się biedną Gerdą. W zeszłym roku była wspaniała. Graliśmy w limeryki, wymyślanie słów, cytaty czy coś podobnego. Wszyscy już skończyliśmy i czytaliśmy swoje utwory. Nagle się zorientowaliśmy, że biedna Gerda jeszcze nie zaczęła pisać. Nie zrozumiała, o co chodzi w tej zabawie. To było straszne, Midge.

– Nie mam pojęcia, dlaczego istnieją ludzie, którym chce się odwiedzać Angkatellów – powiedziała Midge. – Trzeba nieustannie gimnastykować umysł, brać udział w różnych grach i znosić twój dziwaczny sposób prowadzenia rozmowy.

– Rzeczywiście, kochanie, to musi być męczące. Gerda pewnie czuje się tu okropnie. Zawsze myślałam, że gdyby miała trochę siły, żeby przeciwstawić się mężowi, wcale by tu nie przyjeżdżała. No, ale co było, to się nie odstanie. Biedaczka, sprawiała wrażenie śmiertelnie przerażonej. John nie miał do niej cierpliwości. Chciałam jakoś temu zaradzić, ale nic mi nie przychodziło do głowy... Tym bardziej jestem wdzięczna Henrietcie. Zaczęła wypytywać Gerdę o pulower, który ta miała na sobie. Był okropny, w kolorze zwiędłej sałaty; wyglądał smętnie, jak ciuch z wyprzedaży. Ale Gerda cała się rozpromieniła. Jeśli dobrze zrozumiałam, sama wydziergała go na drutach. Henrietta poprosiła ją o wzór. Gerda była dumna i szczęśliwa. To właśnie miałam na myśli, kiedy chwaliłam przed chwilą Henriettę. Ona zawsze potrafi coś zrobić. Ma szczególny dar.

– Zadaje sobie trochę trudu – stwierdziła zamyślona Midge.

– Tak. I zawsze wie, co powiedzieć.

– Ach! – wtrąciła Midge. – W jej przypadku to nie są tylko słowa. Czy wiesz, że Henrietta rzeczywiście wydziergała ten pulower?

– Coś podobnego! – Lady Angkatell spoważniała. – I nosiła go?

– Nosiła. Henrietta zawsze doprowadza do końca to, co zaczęła.

– Był bardzo brzydki?

– Nie. Na Henrietcie wyglądał ładnie.

– Nie dziwi mnie to. To cała różnica między Henriettą a Gerdą. Henrietta robi dobrze wszystko czego się podejmuje i wszystko się jej udaje. Jest dobra prawie we wszystkim, nie tylko w swoim zawodzie. Mówię ci, Midge, że jeśli ktoś może nam pomóc przetrwać te dni, to tylko Henrietta. Będzie miła dla Gerdy, zabawi Henry’ego, zadba o to, żeby John miał dobry humor, i pomoże zająć czymś Davida.

– Davida Angkatella?

– Tak. Właśnie wrócił z Oxfordu... Czy może z Cambridge? Chłopcy w tym wieku są bardzo trudni. Szczególnie ci intelektualiści. David jest prawdziwym intelektualistą. Człowiek by wolał, żeby odłożyli te intelektualne zainteresowania na później. Ale oni nieustannie gapią się na innych, robią głupie miny, obgryzają paznokcie, mają twarze obsypane krostami i do tego jeszcze jabłko Adama. Albo milczą jak zaklęci, albo mówią bardzo głośno, sprzeciwiając się wszystkim. Ale, jak już mówiłam, mogę zaufać Henrietcie. Jest bardzo taktowna i stawia stosowne pytania. Jest rzeźbiarką, co budzi respekt; szczególnie, że nie rzeźbi zwierząt czy dziecięcych główek, tylko takie przedziwne rzeczy w metalu i gipsie jak te, które wystawiała w zeszłym roku w New Artists. Jej rzeźba przypominała schody przeciwpożarowe. Nazywało się to Wchodząc przez czy coś podobnego. Na chłopaku takim jak David zrobiłoby to wrażenie... Mnie się wydało dość głupie.

– Lucy!

– Chociaż niektóre prace Henrietty wydają mi się bardzo ładne. Na przykład Płaczący jesion.

– Moim zdaniem, Henrietta ma w sobie coś z prawdziwego geniusza. Poza tym jest uroczą i sympatyczną osobą – powiedziała Midge.

Lady Angkatell wstała i podeszła do okna. W zamyśleniu zaczęła się bawić sznurem od żaluzji.

– Ciekawe, dlaczego żołędzie? – mruknęła.

– Żołędzie?

– Na sznurze od żaluzji. A na bramach ananasy. Musi być jakiś powód. Mogłaby przecież być szyszka albo gruszka, a jednak zawsze jest żołądź. Tak je nazywają w krzyżówkach: pokarm dla świń. Zawsze mnie to ciekawiło.

– Nie zmieniaj tematu, Lucy. Przyszłaś porozmawiać o sobocie i niedzieli. Nadal jednak nie rozumiem, co cię tak martwi. Jeśli będziesz unikała gier towarzyskich, będziesz się starała mówić do Gerdy powoli i zrozumiale, a Henrietta oswoi Davida-intelektualistę, wszystko powinno pójść dobrze. W czym trudność?

– Po pierwsze, przyjeżdża Edward.

– Ach, Edward! – powiedziała Midge i zamilkła. Po chwili spytała: – Co ci przyszło do głowy, żeby go zapraszać akurat na tę sobotę?

– Sama nie wiem, Midge. Tak jakoś wyszło. On się wprosił. Przysłał telegram z zapytaniem, czy może przyjechać. Wiesz, jaki jest Edward. Nadmiernie wrażliwy. Gdybym mu odmówiła, pewnie do końca życia nie miałby śmiałości zaproponować, że mnie odwiedzi. Taki już jest.

Midge z namysłem pokiwała głową. Tak – pomyślała – Edward jest właśnie taki. Przez moment miała wrażenie, że widzi jego twarz, naznaczoną czymś przypominającym eteryczny wdzięk Lucy: łagodną, nieśmiałą, ironiczną...

– Kochany Edward – powiedziała Lucy, jakby czytając w myślach Midge. – Żeby tak Henrietta zdecydowała się wreszcie wyjść za niego – mówiła zniecierpliwiona. – Wiem, że bardzo go lubi. Gdyby tu przyjechali oboje pod nieobecność Christowów... Z jakiegoś powodu John Christow ma niedobry wpływ na Edwarda. John, jeśli rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć, jest przy nim bardziej kimś, a Edward nikim. Rozumiesz?

Midge przytaknęła.

– Nie mogę odwołać Christowów, bo wszystko zostało zaplanowane dawno temu, czuję jednak, że będzie bardzo trudno z Davidem, gapiącym się na wszystkich bez skrępowania i obgryzającym paznokcie; z Gerdą, którą trzeba będzie się zająć tak, żeby się nie czuła wyobcowana; z Johnem, niezmiennie pogodnym, i z ustępującym mu pola Edwardem...

– Składniki mieszanki nie są zachęcające – mruknęła Midge.

Lucy uśmiechnęła się do niej.

– Czasem – powiedziała zamyślona – wszystko samo się jakoś układa. Na niedzielny obiad zaprosiłam tego specjalistę od morderstw. Mam nadzieję, że dostarczy nam nieco rozrywki.

– Specjalistę od morderstw?

– Jak jajo – powiedziała lady Angkatell. – Był w Bagdadzie. Wyjaśniał tam jakąś intrygę, kiedy Henry był pełnomocnikiem rządu. A może to było nieco później? Zjedliśmy z nim i z personelem ambasady obiad. Pamiętam, że miał na sobie biały garnitur, różowy kwiat w butonierce i czarne lakierki. Poza tym niewiele pamiętam. Nigdy mnie nie interesowało, kto zabił kogo. Chodzi mi o to, że skoro ktoś już nie żyje, jakie to ma znaczenie, dlaczego? I po co to całe zamieszanie?

– Popełniono tu jakąś zbrodnię?

– Nie, kochanie. On zajmuje jeden z tych śmiesznych nowych domków. Wiesz, te belki, o które zawadza się głową, nowoczesne instalacje hydrauliczne i niewłaściwie rozplanowany ogród. Ludzie z Londynu lubią te rzeczy. Zdaje się, że jeden z nich należy do aktorki. Nie mieszkają tu przez cały rok, tak jak my. Jednak – mówiła lady Angkatell, chodząc po pokoju – podoba im się tu. Midge, kochanie, jesteś taka miła. Dziękuję za pomoc.

– Obawiam się, że niewiele ci pomogłam.

– Nie? – Lucy Angkatell była zdziwiona. – Prześpij się jeszcze. Nie musisz wstawać na śniadanie, a kiedy już wstaniesz, możesz być tak nieuprzejma, jak tylko zechcesz.

– Nieuprzejma? – zdziwiła się Midge. – Ależ... Ach! – zaśmiała się. – Rozumiem! Jesteś bystra, Lucy. Chyba skorzystam z twojej rady.

Lady Angkatell uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Mijając otwarte drzwi swojej łazienki, zobaczyła czajnik i kuchenkę gazową. Przyszła jej do głowy pewna myśl. Wiedziała, że ludzie zwykle przepadają za herbatą, a Midge przez kilka najbliższych godzin nie wyjdzie ze swojego pokoju. Postanowiła więc zaparzyć herbatę dla Midge. Postawiła czajnik na ogniu i wyszła na korytarz. Stanęła przed drzwiami sypialni męża i nacisnęła klamkę, ale sir Henry Angkatell dobrze znał swoją Lucy. Darzył ją szczerym uczuciem, ale lubił się dobrze wyspać. Drzwi były zamknięte na klucz.

Lady Angkatell wróciła do swojego pokoju. Chętnie poradziłaby się Henry’ego, ale będzie musiała zaczekać. Stanęła przy otwartym oknie, chwilę wyglądała na ogród, potem ziewnęła. Wróciła do łóżka i położyła głowę na poduszce; po chwili smacznie spała. Woda w czajniku właśnie się zagotowała.

– Znowu spalony czajnik, panie Gudgeon – powiedziała Simmons, pokojówka.

Gudgeon, lokaj, pokręcił siwą głową. Wyjął czajnik z rąk Simmons, wszedł do spiżarni i z półki na talerze zdjął nowy; na wszelki wypadek trzymał ich tam kilka.

– Proszę, panno Simmons. Pani niczego się nie domyśli.

– Często jej się to zdarza? – spytała Simmons.

Gudgeon westchnął.

– Pani – stwierdził – ma gołębie serce, ale jest, że tak powiem, zapominalska. Jednak w tym domu – ciągnął – ja jestem odpowiedzialny za to, żeby oszczędzić pani wszelkich trosk.

ROZDZIAŁ DRUGI

Henrietta Savernake uformowała z kawałka gliny kulkę i przykleiła ją na właściwym miejscu. Szybkimi, zwinnymi ruchami kształtowała glinianą głowę dziewczyny. Słyszała wysoki, zawodzący i pospolity głos, ale jej umysł był całkowicie zaprzątnięty pracą.

– Uważam, panno Savernake, że miałam rację! Skoro, powiedziałam, chce pani tak myśleć... Uważam, panno Savernake, że dziewczyna dla własnego dobra powinna stawiać sprawy jasno. Chyba mnie pani rozumie? Nie jestem przyzwyczajona, powiedziałam, żeby mówiono o mnie takie rzeczy, i mogę tylko powiedzieć, że ma pani bardzo bujną i nieczystą wyobraźnię. Człowiek nie chciałby być nieuprzejmy, ale chyba słusznie się broniłam? Jak pani myśli, panno Savernake?

– Oczywiście – powiedziała Henrietta. Głos miała pełen entuzjazmu; każdy, kto ją znał, domyśliłby się, że jej uwagę zaprząta coś innego.

– Nic na to nie poradzę, powiedziałam, że pańska żona opowiada takie rzeczy. Nie wiem, dlaczego, ale wszędzie, gdzie się pojawię, zaczynają się jakieś kłopoty. Nie ma w tym mojej winy. Mężczyźni są niepoprawni. – Modelka zachichotała kokieteryjnie.

– Strasznie – powiedziała Henrietta mrużąc oczy.

Urocza – myślała. – Płaszczyzna poniżej powieki jest po prostu urocza. I ta druga płaszczyzna, wybiegająca tamtej naprzeciw. Szczęka jest niewłaściwie uformowana... Muszę to zeskrobać i odbudować na nowo. To nie będzie łatwe.

– Ma pani niełatwe życie – powiedziała ciepłym, współczującym głosem.

– Uważam, że zazdrość jest niesprawiedliwa, panno Savernake, i małoduszna. Mam nadzieję, że mnie pani rozumie? Ludzie potrafią źle życzyć innym tylko dlatego, że sami są starsi i brzydsi.

Pracując nad szczęką, Henrietta odpowiedziała na to z roztargnieniem:

– Oczywiście.

Wiele lat temu nauczyła się dzielić umysł na odrębne, nie kontaktujące się między sobą fragmenty. Potrafiła grać w brydża, prowadzić inteligentną rozmowę czy pisać poprawny list, nie poświęcając tym rzeczom większej uwagi. Teraz całkowicie skoncentrowała się na tym, żeby wydobyć spod warstwy gliny Nauzykaę. Potok nieciekawej, złośliwej gadaniny nie miał dostępu do głębszych warstw jej umysłu. Bez najmniejszego wysiłku podtrzymywała rozmowę. Była przyzwyczajona do modelek, które chcą rozmawiać. Zawodowcy tego nie robią, ale amatorzy – tak. Zmęczeni wymuszoną bezczynnością, lubią mówić o sobie. Jakaś część Henrietty słuchała i odpowiadała, ale gdzieś w głębi prawdziwa Henrietta myślała: „Pospolita, złośliwa, zawistna dziewucha, ale te oczy... Urocze, urocze, urocze oczy...”.

Dopóki pracuje nad oczami, dziewczyna może mówić. Kiedy dojdzie do ust, każe jej milczeć. To dziwne, że z tak pięknie wykrojonych ust wydobywa się grad słów pełnych zawiści.

Cholera – pomyślała Henrietta, zdenerwowana. – Psuję brwi. Dlaczego mi nie wychodzi? Za bardzo uwypukliłam kość. Jest kanciasta, a powinna być grubsza.

Odsunęła się nieco i odwróciła wzrok od gliny, by spojrzeć na postać z krwi i kości, upozowaną na podium. Doris Saunders mówiła bez przerwy:

– Nie rozumiem, powiedziałam, dlaczego pani mąż nie miałby mi dawać prezentów, skoro ma na to ochotę, i nie sądzę, powiedziałam, żeby to dawało pani prawo do insynuowania niegodnych rzeczy. To była bardzo ładna bransoletka, panno Savernake, prawdziwe cacko. Nic dziwnego, że biedaczek spłukał się na nią doszczętnie, ale to przecież było takie miłe z jego strony. Nie oddałabym jej nikomu za nic w świecie.

– Nie, nie – mruknęła Henrietta.

– Zresztą, między nami nic właściwie nie było... To znaczy, nic niegodziwego; nic z tych rzeczy.

– Nie – powiedziała Henrietta. – Oczywiście, że nie.

Rozchmurzyła się. Przez następne pół godziny zwijała się jak w ukropie. Rozsmarowała sobie glinę na czole i posklejała nią włosy, niecierpliwie odsuwając z czoła niesforne kosmyki. W jej oczach pojawiło się ślepe zapamiętanie. Była już blisko... Udało się...

Za kilka godzin skończy się męka, trwająca od dziesięciu dni.

Nauzykaa... Była Nauzykaą, wstawała rano z Nauzykaą, jadła śniadanie z Nauzykaą i z nią wychodziła z domu. Przemierzała ulice podniecona, niespokojna, nie potrafiąc się skoncentrować na niczym, z wyjątkiem pięknej, pustej twarzy, którą widziała oczyma wyobraźni, jakby dostrzegała ją kątem oka, ale nigdy wyraźnie. Rozmawiała z modelkami, zastanawiała się nad Greczynkami, ale nie mogła zaznać spokoju.

Chciała czegoś, co pomogłoby jej zacząć. Czegoś, co tchnęłoby życie w jej własną wizję. Codziennie robiła pieszo wiele kilometrów, aż do zmęczenia, które przynosiło jej chwilową ulgę. Kierowało nią, nie dając spokoju, przemożne pragnienie ujrzenia...

Podczas tych poszukiwań na jej twarzy malowała się pustka. Wzrok miała niewidzący. Zmagała się... Usiłowała się zbliżyć do tej twarzy... Czuła się chora, nieszczęśliwa...

Nagle jej wzrok się wyostrzył i normalnymi ludzkimi oczyma ujrzała przed sobą w autobusie, do którego bezmyślnie wsiadła, nie troszcząc się, dokąd jedzie – zobaczyła... Tak, Nauzykaę! Nieduża, dziecięca twarzyczka, półotwarte usta i oczy – urocze, nieobecne, niewidzące oczy.

Dziewczyna nacisnęła dzwonek i wysiadła. Henrietta poszła za nią. Była spokojna i rzeczowa. Wreszcie znalazła to, czego pragnęła. Skończyła się męka obłędnego poszukiwania.

– Przepraszam bardzo. Z zawodu jestem rzeźbiarką. Ma pani głowę, jakiej szukam.

Była przyjacielska, ujmująca i urocza jak zawsze, kiedy czegoś chciała. Doris Saunders była niepewna, zaniepokojona, zadowolona.

– Sama nie wiem. Jeśli rzeczywiście chodzi tylko o głowę... Nigdy czegoś takiego nie robiłam.

Dla zasady wahała się jeszcze. Potem dyskretnie spytała o wynagrodzenie.

– Będę nalegała, żeby przyjęła pani wynagrodzenie zawodowej modelki.

W taki sposób Nauzykaa znalazła się na podium. Była zadowolona, że się podoba, że zostanie uwieczniona (chociaż nie podobały się jej dzieła Henrietty wystawione w pracowni). Z wielką przyjemnością opowiadała o sobie, pełnej zainteresowania i sympatii słuchaczce. Na stoliku obok modelki leżały okulary, które próżna dziewczyna nieczęsto wkładała na nos. Bez nich poruszała się prawie po omacku, ponieważ – jak wyznała Henrietcie – nawet to, co znajdowało się zaledwie metr przed nią, widziała bardzo niewyraźnie.

Henrietta ze zrozumieniem kiwała głową. Teraz rozumiała, skąd wzięło się to urocze spojrzenie.

Czas mijał. Nagle Henrietta odłożyła narzędzia i rozprostowała ramiona.

– Skończone – powiedziała. – Mam nadzieję, że nie zmęczyłam pani za bardzo?

– Ależ nie, panno Savernake. To było bardzo ciekawe. Rzeczywiście już pani skończyła? Tak szybko?

Henrietta zaśmiała się.

– Nie, jeszcze nie skończyłam. Zostało jeszcze dużo pracy, ale pani nie będzie mi już potrzebna. Mam to, co chciałam; ukształtowałam płaszczyzny.

Dziewczyna powoli zeszła z podium. Kiedy włożyła okulary, z jej twarzy zniknęła dziecięca niewinność i niezrozumiały, ufny urok. Została jej tylko tandetna, nieciekawa uroda.

Podeszła do Henrietty, stanęła obok niej i spojrzała na glinianą twarz.

– Och! – powiedziała niepewnie, rozczarowana. – Nie jest do mnie podobna.

Henrietta uśmiechnęła się.

– To nie jest pani podobizna.

Trudno było dostrzec jakiekolwiek podobieństwo rzeźby do oryginału. Było ukryte w oczach, w okrągłych policzkach, które Henrietta uznała za najistotniejsze u swojej Nauzykai. To nie była gliniana Doris Saunders, ale niewidoma dziewczyna, o której można by pisać wiersze. Wargi były rozchylone jak u Doris, ale nie były ustami Doris. Te usta mówiły innym językiem i wyrażały myśli nienależące do Doris. Rysy nie zostały jeszcze ostatecznie ukształtowane. To była Nauzykaa wydobyta z pamięci, nie oglądana oczami...

– Cóż – powiedziała niepewnie panna Saunders – mam nadzieję, że kiedy pani skończy, będzie wyglądała lepiej. Na pewno nie będę już pani potrzebna?

– Nie. Dziękuję – powiedziała Henrietta. (Dzięki Bogu, że nie musimy się więcej spotykać – pomyślała). – Była pani wspaniała. Jestem pani bardzo wdzięczna.

Szybko pozbyła się Doris i wróciła do pracowni. Miała ochotę na mocną kawę. Była zmęczona; straszliwie zmęczona. Ale szczęśliwa i spokojna.

Na szczęście – westchnęła – znów będę normalnym człowiekiem.

Pomyślała o Johnie. Policzki zaczęły ją palić, serce zabiło radośnie. Wróciła jej chęć do życia.

Jutro – powiedziała sobie – pojadę do The Hollow i zobaczę się z Johnem.

Przez chwilę siedziała wygodnie rozparta na kanapie i popijała gorący czarny napój. Trzeci raz napełniła filiżankę. Siły zaczęły jej wracać.

Przyjemnie jest – myślała – znów być człowiekiem, a nie jakimś potworem. Przyjemnie nie czuć niepokoju, niezadowolenia, przymusu. Przyjemnie móc przestać włóczyć się po ulicach, szukając czegoś z irytacją i niepokojem, ponieważ właściwie nie wiadomo, czego się szuka. Teraz czeka ją tylko ciężka praca, ale komu to przeszkadza?

Odstawiła pustą filiżankę i podeszła do Nauzykai. Przyglądała się jej przez chwilę. Powoli zmarszczyła brwi. To nie... niezupełnie... Coś jest nie tak. Niewidzące oczy. Oczy piękniejsze niż wszystkie, które widzą... Niewidzące oczy chwytające za serce właśnie dlatego, że nie widzą... Czy udało się to pokazać, czy nie?

Tak, udało się, ale w tych oczach jest coś jeszcze. Coś niechcianego. Struktura jest właściwa, tak... ale skąd wzięło się w nich to coś podstępnego? Coś nasuwającego myśl, że dziewczyna ma prostacki, złośliwy umysł? Henrietta nie słuchała paplaniny, ale to, co wpadało jej w uszy, wyszło spod palców i zostało uwiecznione w glinie. Henrietta wiedziała, że nie uda się tego zatrzeć.

Odwróciła się od rzeźby. Może to tylko gra wyobraźni? Tak, z pewnością wyobraziła to sobie. Rano wszystko będzie wyglądało inaczej.

Jakiż człowiek jest wrażliwy – pomyślała z niezadowoleniem.

Marszcząc czoło, przeszła na drugi koniec pracowni i zatrzymała się przed postacią Czciciela. To jest udane. Doskonały kawałek drewna gruszy z pięknymi słojami. Długo go trzymała, zanim nadała mu obecny kształt.

Spojrzała krytycznie na rzeźbę. Tak, jest dobra. Henrietta była tego pewna. Od dawna nie zrobiła nic równie dobrego. Przeznaczyła ją dla International Group. Tak, to powinno się znaleźć na wystawie.

Udało się pokazać pokorę, silne mięśnie karku, pochylone ramiona, lekko uniesioną twarz z zatartymi rysami, ponieważ prawdziwe oddawanie komuś czci pozbawia człowieka osobowości. Tak – uległość, podziw i bezgraniczne oddanie, będące w rzeczywistości bałwochwalstwem.

Henrietta westchnęła. Szkoda tylko – pomyślała – że John się tak rozzłościł.

Zaskoczył ją ten gniew. Uświadomił jej coś, czego pewnie nie wie nawet sam John.

– Nie wolno ci tego wystawić – powiedział zdecydowanie.

– Wystawię to – odparła, równie jak on zdecydowana.

Wolnym krokiem wróciła do Nauzykai. Nie ma tu nic – przekonywała samą siebie – czego nie można naprawić. Zwilżyła glinę i owinęła rzeźbę wilgotnymi szmatami. Nauzykaa będzie musiała zaczekać do poniedziałku lub wtorku. Teraz nie trzeba się spieszyć. Naglący przymus zniknął. Najważniejsze płaszczyzny są ukształtowane. Teraz trzeba cierpliwie wykończyć całość.

Czekają ją trzy szczęśliwe dni z Lucy, Henrym, Midge i... Johnem!

Ziewnęła, przeciągnęła się jak kotka, z rozkoszą i zapamiętaniem, rozciągając wszystkie mięśnie. Nagle poczuła ogromne zmęczenie.

Wzięła gorącą kąpiel i położyła się. Leżąc w łóżku spojrzała za okno i zobaczyła pierwsze gwiazdy. Po chwili przesunęła spojrzenie na światło, które paliło się przez całą noc; była to niewielka żarówka, podświetlająca szklaną maskę, jej pierwsze dzieło. Niezbyt odkrywcze – pomyślała. – Konwencjonalne.

Całe szczęście – myślała Henrietta – że człowiek dojrzewa...

A teraz: spać! Mocna kawa nie działała na nią pobudzająco, jeśli Henrietta tego nie chciała. Dawno temu nauczyła się osiągać stan zobojętnienia na wszystko.

Trzeba wybierać myśli z miejsca, gdzie się je przechowuje, i nie przytrzymując żadnej z nich na siłę, pozwolić im przesypywać się między palcami, nie koncentrować się na żadnej. Muszą się przesuwać...

Na ulicy ktoś uruchomił samochód, gdzieś daleko słychać było krzyki i śmiech. W stanie błogiej półświadomości Henrietta słyszała to wszystko.

Samochód – pomyślała – ryczy jak tygrys... żółto-czarny... pasiasty jak niektóre liście... liście i cienie... gorąca dżungla... w dół rzeki... szerokiej, tropikalnej rzeki... do morza i okręt odpływa... słychać gorączkowe pożegnania; u jej boku stoi John... ona i John; odpływają... błękitne morze... przechodzą do jadalni, posyła mu uśmiech z drugiej strony stołu... sala przypomina Maison Dorée; biedny John się złości... chłodne nocne powietrze i samochód; zmienia biegi. Auto jest sprawne; wyjeżdżają z Londynu... jadą Shovel Down... drzewa... drzewa oddają cześć... The Hollow... Lucy... John... John... choroba Ridgewaya... kochany John...

Powoli Henrietta traciła świadomość, odpływając w szczęśliwy niebyt. Nagle poczuła niezadowolenie; nie dające się uciszyć poczucie winy. Musi coś zrobić. Coś, czego wolałaby uniknąć. Nauzykaa?

Powoli, niechętnie, Henrietta wstała z łóżka. Zapaliła światło, podeszła do stojaka i zdjęła mokre szmaty. Głośno wciągnęła powietrze. To nie jest Nauzykaa, tylko Doris Saunders!

Henrietta poczuła nagły skurcz serca. Naprawię to, naprawię... – zaklinała samą siebie.

– Nie bądź głupia – powiedziała głośno. – Dobrze wiesz, co powinnaś zrobić.

Jeśli nie zrobi tego teraz, jutro zabraknie jej odwagi. Czuła się tak, jakby miała zabić własne dziecko. To boli.

Pewnie tak czuje się kotka – pomyślała – kiedy urodzi chorego kociaka i musi go zadusić.

Zaczerpnęła powietrza, chwyciła glinę, uniosła do góry i cisnęła ciężką masę do kosza. Stała chwilę, ciężko dysząc i przyglądała się brudnym dłoniom. Nadal czuła ból. Powoli wytarła ręce.

Wróciła do łóżka. Czuła dziwną pustkę, ale była nieco spokojniejsza.

Nauzykaa – pomyślała ze smutkiem – odeszła na zawsze. Urodziła się, została zepsuta i umarła.

To dziwne – myślała dalej – że wszystko, co słyszymy, ma na nas wpływ, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi.

Nie słuchała... Nie zwracała uwagi... Mimo to bezwartościowa, złośliwa paplanina Doris sączyła się do jej umysłu i kierowała pracą palców. To, co było Nauzykaą... Doris... jest teraz tylko kupą gliny; surowcem, z którego wkrótce powstanie coś innego.

Może taka właśnie jest natura śmierci – zastanawiała się sennie Henrietta. – To, co nazywamy osobowością, jest przez kogoś ukształtowane; stanowi odzwierciedlenie czyjejś myśli. Czyjej? Boga? Chyba o to chodzi w Peer Gyncie. „Gdzie jestem sobą, całością, prawdziwym człowiekiem? Gdzie jestem, z bożym znakiem na czole?”.

Czy tak się czuje John? Wczoraj był zmęczony i zniechęcony. Choroba Ridgewaya... W żadnej książce nie napisali, kim był Ridgeway! Śmieszne – pomyślała – ale chciałabym wiedzieć... Choroba Ridgewaya.

ROZDZIAŁ TRZECI

John Christow siedział w swoim gabinecie. Miał przed sobą przedostatnią pacjentkę. Współczującymi oczyma wpatrywał się zachęcająco w kobietę, która opisywała, wyjaśniała, zagłębiała się w szczegóły... Co jakiś czas ze zrozumieniem kiwał głową, zadawał pytania, doradzał. Chora rozpromieniła się. Doktor Christow jest wspaniały! Zawsze zainteresowany, zatroskany. Sama rozmowa z nim przywraca człowiekowi siły.

John Christow przysunął sobie jakąś kartkę i zaczął pisać. Trzeba będzie dać jej środek przeczyszczający. Ten nowy, amerykański, ładnie opakowany w celofan; tabletki mają ciekawy i niezwykły łososiowy kolor. Lek jest bardzo drogi i trudno go dostać; nie każda apteka ma go na składzie. Pewnie trzeba będzie pojechać aż na Wardour Street. To jej dobrze zrobi. Postawi ją na nogi. Miesiąc czy dwa będzie spokój. Potem trzeba będzie wymyślić coś nowego. Doktor nic nie mógł dla niej zrobić. Słaba fizycznie. Nie ma na to ratunku. Nie to, co stara Crabtree...

Nudne przedpołudnie. Opłacalne z finansowego punktu widzenia, ale nic więcej. Boże! Czuje się strasznie zmęczony! Ma dość chorowitych kobiet i ich niedomagań. Uśmierzanie cierpienia, przynoszenie ulgi – tylko tyle. Czasem zastanawia się, czy warto to robić. Wtedy przypomina sobie szpital pod wezwaniem świętego Krzysztofa, długi rząd łóżek na oddziale Margaret Russel i panią Crabtree, uśmiechającą się do niego bezzębnymi ustami.

Rozumieli się doskonale. Ona chciała walczyć; w przeciwieństwie do bezsilnej, leniwej sąsiadki z łóżka obok. Stała po jego stronie, chciała żyć. Chociaż tylko Bóg jeden wie, dlaczego tak jej na tym zależało. Mieszkała w ubogiej dzielnicy, miała męża pijaka i gromadkę niesfornych dzieci. Zaharowywała się, szorując podłogi w niezliczonych biurach. Ciężka, niekończąca się praca i bardzo rzadko jakieś drobne przyjemności. Jednak chciała żyć! Cieszyła się życiem tak samo jak on, John Christow! Przyjemność sprawiało jej samo życie, nie jego warunki. Czerpała radość z samego faktu istnienia. Ciekawa rzecz; nie da się tego wyjaśnić. Pomyślał, że będzie musiał porozmawiać o tym z Henriettą.

Wstał, żeby odprowadzić pacjentkę do drzwi. Ciepło, przyjaźnie, zachęcająco uścisnął jej dłoń. W jego głosie słychać było zachętę, zainteresowanie i sympatię. Kobieta wyszła z gabinetu podniesiona na duchu, prawie szczęśliwa. Doktor Christow zawsze okazywał jej wiele zainteresowania.

Nie zdążyła dobrze zamknąć za sobą drzwi, a John Christow już o niej zapomniał. Nawet kiedy była w gabinecie, prawie nie zwracał na nią uwagi. Robił jednak to, co do niego należało. Działał jak automat. Mimo że rozmowie z pacjentką poświęcił bardzo niewiele uwagi, kosztowała go ona wiele wysiłku. Ilekroć doktor wyczuwał w drugim człowieku słabnącą wolę życia, udzielał mu swojej energii. Był uzdrowicielem z powołania.

Boże! – pomyślał. – Jestem strasznie zmęczony.

Musi przyjąć jeszcze jedną pacjentkę. Potem czekają go dwa dni wolne od pracy. Myślał o nich z przyjemnością. Złote liście z plamkami czerwieni lub brązu; delikatny, wilgotny zapach jesieni; droga przez las, wyglądający tak, jakby stał w ogniu; Lucy, niepowtarzalna i urocza osoba o umyśle wiecznie błądzącym po jakichś bezdrożach. Henry i Lucy są najlepszymi gospodarzami pod słońcem, a The Hollow najbardziej gościnnym domem w całej Anglii. W niedzielę pójdzie z Henriettą do lasu. Wejdą na szczyt wzniesienia i będą spacerowali wśród drzew. W towarzystwie Henrietty zapomni, że na świecie są chorzy ludzie. Na szczęście – pomyślał – Henrietta zawsze jest zdrowa.

Nawet gdyby zachorowała – pomyślał, odzyskując nagle dobry humor – nic by mi o tym nie powiedziała.

Jeszcze jedna pacjentka czeka za drzwiami. Powinien nacisnąć dzwonek, ale – nie wiedzieć dlaczego – odsuwał ten moment, mimo że był już spóźniony. Obiad pewnie podano. Gerda i dzieci czekają. Trzeba się pospieszyć.

Mimo to nadal siedział bez ruchu. Był zmęczony; bardzo zmęczony. To dziwne uczucie narastało już od dłuższego czasu. Było źródłem nieustannej irytacji, z czego zdawał sobie sprawę, chociaż nie potrafił temu zaradzić. Biedna Gerda – pomyślał – musi wiele znosić. Gdyby nie była tak uległa, gotowa wziąć na siebie wszelką winę, mimo że zwykle to on był winowajcą! Czasem irytowało go wszystko, co Gerda mówiła i robiła; najbardziej – pomyślał ze smutkiem – denerwujące są jej zalety. Jej cierpliwość, altruizm i uleganie jego zachciankom działały mu na nerwy. Gerda nigdy nie miała żalu o gwałtowne wybuchy gniewu, nigdy nie przedkładała swoich upodobań nad jego, nie próbowała nic zrobić po swojemu.

(Przecież właśnie dlatego ożeniłem się z nią – myślał John. – Na co się teraz skarżę? Po tamtych wakacjach na San Miguel...)

Ciekawe, że to, co irytowało go w Gerdzie, chciałby znaleźć w Henrietcie. W Henrietcie irytowało go... Nie, to niewłaściwe słowo; budziło w nim gniew, nie irytację... Gniewała go jej nieodmienna prostolinijność w kontaktach z nim, stojąca w sprzeczności z jej postawą wobec reszty świata. Kiedyś powiedział:

– Zdaje mi się, że nigdy nie znałem większej kłamczuchy od ciebie.

– Może masz rację.

– Jesteś gotowa mówić ludziom wszystko, co chcieliby usłyszeć.

– Mam wrażenie, że to ważne.

– Ważniejsze od prawdy?

– Znacznie ważniejsze.

– W takim razie, dlaczego mnie nie okłamiesz od czasu do czasu?

– Chciałbyś, żebym to robiła?

– Tak.

– Przykro mi, John, ale nie mogę.

– Założę się, że wiesz, co chciałbym od ciebie czasem usłyszeć.

Nie wolno mu teraz myśleć o Henrietcie. Zobaczy się z nią po południu. Teraz musi zrobić to, co do niego należy. Trzeba nacisnąć dzwonek i przyjąć ostatnią pacjentkę. Jeszcze jedna chorowita kobieta! Dziesięć procent rzeczywistej choroby i dziewięćdziesiąt procent hipochondrii. Cóż, skoro jest gotowa słono zapłacić za swoją chorobę, niech się nią cieszy. Będzie jakąś przeciwwagą dla pani Crabtree i jej podobnych.

Nadal siedział bez ruchu.

Był zmęczony; bardzo zmęczony. Miał wrażenie, że zmęczenie towarzyszy mu od dawna. Jest coś, czego pragnie całym sercem... Nagle w jego głowie pojawiła się myśl: „Chcę do domu”.

Zdziwiło go to. Skąd wzięły się te słowa? Co znaczą? Dom? Nigdy nie miał domu. Jego rodzice byli Anglikami, ale urodzili się w Indiach. Johna Christowa wychowali krewni. Przekazywali go sobie z rąk do rąk jak sprzęt. Każde święta spędzał w innym domu. Pierwszym domem, który mógł nazwać własnym, był obecny, na Harley Street.

Czy gdy myślał o domu, chodziło mu o ten budynek? Pokręcił głową. Wiedział, że nie. Obudziła się w nim ciekawość lekarza. Co mogło znaczyć zdanie, które niespodziewanie pojawiło się w jego umyśle? „Chcę do domu”. Musi być coś... jakiś obraz...

Przymknął oczy. Z pewnością coś się za tym musi kryć. Przed oczyma jego wyobraźni stanęło błękitne Morze Śródziemne, palmy, kaktusy i ananasy; poczuł zapach rozgrzanego piasku i chłód wody na rozpalonej skórze. San Miguel!

Był zaskoczony i lekko zaniepokojony. Od lat nie myślał o San Miguel. Nie chciał tam wracać. Ten etap życia należał do przeszłości.

To było dwanaście... czternaście... piętnaście lat temu. Postąpił słusznie! Miał absolutną rację! Był w Veronice śmiertelnie zakochany, ale nie mieli szans na szczęśliwą, wspólną przyszłość. Veronica pochłonęłaby go. Była skończoną egoistką i nawet się z tym nie kryła. Dostała w życiu prawie wszystko, czego pragnęła, ale nie jego! Uciekł od niej. Można powiedzieć, że źle się z nią obszedł. Mówiąc wprost, porzucił ją. John chciał żyć po swojemu, a Veronica nigdy by mu na to nie pozwoliła. Ona chciała używać życia, mając Johna u boku jako miły dodatek.

Była zdumiona, że nie zgodził się na wyjazd do Hollywood.

– Jeśli koniecznie chcesz być lekarzem, możesz tam zrobić specjalizację. Uważam jednak, że to zbędne. Masz dość na zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb; do tego ja będę zarabiała furę pieniędzy – powiedziała niezadowolona.

– Lubię swój zawód. Będę współpracował z Radleyem – odparł wzburzony, z entuzjazmem typowym dla młodego zapaleńca. Nazwisko Radleya wymówił z głębokim podziwem.

– Z tym staruszkiem, wiecznie zażywającym tabakę? – prychnęła Veronica.

– Ten zażywający tabakę staruszek – odparł ze złością John – prowadził nadzwyczaj ważne badania nad chorobą Pratta...

– Kogo obchodzi choroba Pratta? – przerwała mu Veronica. – Kalifornia ma wspaniały klimat. Zwiedzanie świata jest bardzo przyjemne. Nie chciałabym jechać bez ciebie. Pragnę cię, John... Jesteś mi potrzebny.

Wówczas przedstawił Veronice propozycję, którą ona uznała za zdumiewającą: żeby zrezygnowała z wyjazdu do Hollywood, wyszła za niego za mąż i osiadła w Londynie.

Rozśmieszyło ją to. Bez wahania odparła, że pojedzie do Hollywood, że kocha Johna i że John musi z nią pojechać jako jej mąż. Była pewna swojej urody i władzy nad nim.

Zrozumiał, że może zrobić tylko jedno, i zrobił to. Napisał w liście, że zrywa zaręczyny.

Bardzo cierpiał, był jednak pewien, że postąpił mądrze. Wrócił do Londynu i podjął pracę u boku Radleya. Rok później poślubił Gerdę, pod każdym względem różną do Veroniki.

Drzwi otworzyły się i weszła Beryl Collins, sekretarka Johna.

– Pani Forrester czeka.

– Wiem – oparł krótko.

– Sądziłam, że może pan zapomniał.

Przeszła przez pokój do drugich drzwi. Christow milcząc śledził ją wzrokiem. Całkiem przeciętna dziewczyna, ale bardzo staranna pracownica. Zatrudniał ją już szósty rok. Nigdy nie popełniła błędu, niczym się nie ekscytowała, nie martwiła i nigdy się nie spieszyła. Miała czarne włosy, ziemistą cerę i zdecydowaną brodę. Zza grubych szkieł jej oczy przyglądały się pracodawcy i reszcie świata z obojętną uwagą.

Chciał takiej sekretarki: całkiem zwyczajnej i rzeczowej. Chociaż to nielogiczne, jednak czasem żałował swojego wyboru. W powieści Beryl byłaby oddana swojemu doktorowi sercem i duszą. Christow wiedział jednak, że lody między nimi nigdy nie zostaną przełamane. Dziewczyna nie była skłonna do poświęcenia czy oddania. Widziała w Christowie ułomnego człowieka. Jego osobowość nie robiła na niej żadnego wrażenia; pozostawała głucha na jego wdzięk. Czasem John miał nawet wątpliwości, czy Beryl go lubi.

Kiedyś słyszał, jak mówiła o nim przez telefon do swojej koleżanki:

– Nie, nie zauważyłam, żeby nagle zrobił się bardziej samolubny niż zwykle. Jest tylko bardziej niewrażliwy i niedelikatny.

Wiedział, że mówiła o nim. Przez cały dzień nie dawało mu to spokoju.

Denerwował go niezmienny entuzjazm Gerdy, ale i rzeczowa opinia Beryl wytrąciła go z równowagi. Mam wrażenie – pomyślał – że ostatnio wszystko mnie denerwuje.

Coś jest nie w porządku. Przemęczenie? Być może. Nie! To tylko wymówka. Stale rosnące zniecierpliwienie, zmęczenie i nerwowość muszą mieć głębszą przyczynę. Dłużej nie wytrzymam – pomyślał. – Coś musi się zmienić. Co się ze mną dzieje? Chciałbym uciec...

Ledwo pomyślał o ucieczce, znów pojawiła się ta sama, niezrozumiała tęsknota.

Chcę do domu...

Do diabła, jego dom jest tutaj, na Harley Street 404! W poczekalni siedzi pani Forrester. Męcząca kobieta. Ma dużo pieniędzy i dużo wolnego czasu, dzięki czemu może poświęcać swoim chorobom zbyt wiele uwagi.

Ktoś kiedyś powiedział: „Ci zamożni pacjenci, wyszukujący u siebie najróżniejsze choroby, muszą być bardzo męczący. Pewnie przyjemniej jest zajmować się biedakami, którzy idą do lekarza tylko wówczas, gdy rzeczywiście coś im dolega”. Uśmiechnął się pod nosem. To śmieszne, jak niektórzy idealizują Biedaków przez wielkie B. Chętnie pokazałby im starą panią Pearstock, leczącą się w pięciu szpitalach jednocześnie, co tydzień wynoszącą od lekarzy po kilka butelek lekarstw: płyn na kręgosłup, syrop na kaszel, środki przeczyszczające, lekarstwa na poprawienie trawienia. „Czternaście lat brałam to brązowe lekarstwo, doktorze, i pomagało mi. Ale w zeszłym tygodniu ten młody doktor przepisał mi białe lekarstwo. Jest do niczego! Mam rację, prawda, doktorze? Mówiłam, że biorę to brązowe lekarstwo od czternastu lat i muszę mieć parafinę w płynie i te brązowe tabletki...”

Miał wrażenie, że słyszy jękliwy głos staruszki. Jest w doskonałej formie, zdrowa jak rydz, nawet lekarstwa przyjmowane latami w niczym jej nie zaszkodziły.

Pani Pearstock z Tottenham i pani Forrester z Park Lane Court niczym się od siebie nie różnią. Wystarczy słuchać, pisząc coś na drogim papierze albo na szpitalnej karcie (w przypadku pani Pearstock)...

Boże! Jakie to wszystko męczące...

Błękitne morze, delikatny zapach mimozy, gorący piasek...

Piętnaście lat temu. To już skończona sprawa. Tak; dzięki Bogu, skończył z tym. Miał dość odwagi, żeby zerwać.

Odwagi? – spytał złośliwie jakiś wewnętrzny głos. – Nazywasz to odwagą?

Zrobił to, co było konieczne. Nie było mu łatwo. Do diabła, cierpiał jak potępieniec. Ale zrobił to, uwolnił się, wrócił do domu i poślubił Gerdę.

Ma całkiem zwyczajną sekretarkę i ożenił się ze zwyczajną kobietą. Przecież tego właśnie chciał. Miał dość piękności. Widział, co osoba taka jak Veronica potrafi zrobić ze swoją urodą; widział, jaki miała wpływ na każdego mężczyznę, z którym się zetknęła. Po Veronice pragnął czegoś bezpiecznego. Szukał bezpieczeństwa, spokoju, oddania – wartości trwałych. Szukał Gerdy! Chciał kobiety, która będzie patrzyła na świat jego oczami, z pokorą przyjmie jego decyzje i nigdy nie będzie myślała samodzielnie...

Kto powiedział, że największą tragedią w życiu jest dostać to, czego się chciało?

Ze złością nacisnął dzwonek. Trzeba się zająć panią Forrester.

Zajęło mu to piętnaście minut. Kolejne pieniądze zarobione bez wysiłku. Znów słuchał, zadawał pytania, podnosił na duchu, współczuł i udzielał swojej siły. Znów wypisał receptę na drogie lekarstwo.

Kobieta, która wchodząc do gabinetu sprawiała wrażenie chorowitej i nerwowej, wyszła pewniejszym krokiem, z zaróżowionymi policzkami i uczuciem, że życie może jednak jest coś warte.

John Christow rozsiadł się wygodnie w fotelu. Teraz jest wolny. Może pójść na górę, do Gerdy i dzieci. Przez dwa dni nie będzie musiał myśleć o chorobach i cierpieniach.

Mimo to nie chciało mu się ruszyć. Znów ogarnęło go to dziwne zmęczenie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

W jadalni, w mieszkaniu położonym nad gabinetem, siedziała Gerda Christow, wpatrzona w jagnięcy udziec. Czy powinna odesłać pieczeń do kuchni, żeby nie wystygła, czy też raczej nie?

Jeśli John zabawi w gabinecie dłużej, mięso wystygnie, a z sosu zrobi się galareta. To będzie okropne.

Jednak ostatni pacjent już wyszedł i John powinien zaraz przyjść. Jeśli odeśle mięso, trzeba będzie chwilę zaczekać, zanim je znów przyniosą, a John jest ostatnio taki niecierpliwy. „Powinnaś wiedzieć, że zaraz przyjdę...”. W jego głosie pojawi się nuta ukrywanego znużenia, którą Gerda tak dobrze zna i której tak bardzo się obawia. Mięso, zbyt długo trzymane w piekarniku, wyschnie, a John nie znosi twardego mięsa.

Z drugiej jednak strony nie lubi też zimnego jedzenia.

Teraz mięso jest gorące i apetyczne. Jej myśli biegały tam i z powrotem. Była coraz bardziej nieszczęśliwa i zaniepokojona. Cały świat skurczył się do rozmiarów jednego jagnięcego udźca, stygnącego na półmisku.

Siedzący po drugiej stronie stołu dwunastoletni Terence powiedział:

– Sole boru palą się zielonym płomieniem, a sole sodu – żółtym.

Gerda spojrzała nad stołem niewidzącym wzrokiem na kwadratową, piegowatą twarzyczkę. Nie miała pojęcia, o czym mówi syn.

– Wiedziałaś o tym, mamo?

– O czym, kochanie?

– O solach.

Gerda spojrzała na stół. Tak, sól i pieprz stoją na swoim miejscu. Całe szczęście. W zeszłym tygodniu Lewis zapomniała o soli i to bardzo zirytowało Johna. Zawsze było coś...

– To jeden z testów chemicznych – powiedział Terence rozmarzonym głosem. – To bardzo interesujące.

Dziesięcioletnia Zena o ślicznej, bezmyślnej twarzyczce, jęknęła:

– Chce mi się jeść. Nie możemy zacząć?

– Za minutkę, kochanie. Musimy zaczekać na tatę.

– Moglibyśmy już zacząć – powiedział Terence. – Tacie to nie będzie przeszkadzało. Wiesz, że on je bardzo szybko.

Gerda pokręciła głową. Pokroić pieczeń? Nigdy nie pamiętała, od której strony należy wbić nóż. Prawdopodobnie Lewis położyła go tam, gdzie należałoby zacząć, ale czasem się zapominała, a Johna złościło, kiedy mięso było ukrojone z niewłaściwej strony. Ilekroć – myślała z rozpaczą Gerda – robię to sama, zawsze zaczynam od złej strony. Ach, sos już całkiem wystygł. Na wierzchu zrobiła się błonka, a John zaraz pewnie przyjdzie.

Jej umysł pracował gorączkowo, myśli biegały w kółko jak zwierzęta w potrzasku.

Tymczasem John Christow siedział w fotelu w gabinecie, dłonią uderzał w stół i myślał o tym, że obiad pewnie już na niego czeka. Mimo to nie miał siły się podnieść.

San Miguel... błękitne morze... zapach mimozy... gorące słońce... piasek... rozpaczliwa miłość i cierpienie...

Boże, tylko nie to! – myślał. – Nigdy więcej! Skończyłem z tym...