Nieczysta krew - Katarzyna Trepkowska-Janas - ebook
NOWOŚĆ

Nieczysta krew ebook

Katarzyna Trepkowska-Janas

5,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Świat czarodziejów tonie w mroku chciwości i walki o władzę. Sam władca piekła nie może już patrzeć, jak niszczą swoje magiczne dziedzictwo. Niestety Diabeł już dawno utracił możliwość ingerowania w sprawy ludzi. Pozostała mu tylko jedyna nadzieja na przywrócenie porządku świata i odrodzenie prawdziwych demonicznych sił. Problem w tym, że Patrick Ecclestone - potomek ostatniego rodu Dawnej Magii - wie, że to moc, za którą płaci się życiem. Czy weźmie na siebie brzemię ocalenia magicznego świata i samego piekła?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 297

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
NSSMario

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne rozwinięcie uniwersum przedstawionego w „Pierwszym uroku”. Od pierwszych stron wciąga mrocznym i tajemniczym klimatem. Powieść jest świetnie napisana dzięki lekkiemu pióru autorki. Największą siłą tej historii są fenomenalnie wykreowani bohaterowie. To właśnie ich naturalne, pełne emocji relacje i świetnie napisane interakcje sprawiają, że przez książkę po prostu się płynie. Gorąco polecam każdemu, kto szuka angażującego fantasy.
00



RedakcjaRobert Ratajczak

KorektaMonika Ratajczak

IlustracjeKatarzyna Trepkowska-Janas

Projekt okładki, skład i łamanieNatalia Jargieło

Przygotowanie e-bookaArtur Kaczor, KompART

© Copyright by Katarzyna Trepkowska-Janas© Copyright by Wydawnictwo Vectra

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-68293-76-0

 

WydawcaWydawnictwo VectraCzerwionka-Leszczyny 2026www.arw-vectra.pl

Moim Czytelnikom – dziękuję, że otwieracie drzwi do moich historii i pozwalacie im żyć dalej, już poza mną.

MERLIN

Wstrzymaj się, czarny niewolniku nocy!

 

DIABEŁ

Zmiażdżę cię, nędzny! Śmierć tu znajdziesz swoją…

 

MERLIN

Za mało sił masz, jesteś tylko Diabłem.

Odrzuć kształt ludzki i oddal się, pełznąc.

Na brzuchu twoim cętkowanym, wężu!

Siła mych zaklęć rządzi nawet piekłem.

Ty pierwszy poznasz moc ich…

 

(Grzmot i błyskawica nad skałami. Tenibrarum princeps deviatiarum & infirorum Deus, hunc Incubum in ignis eterni abisum accipite, aut in hoc carcere tenebroso in sempeternum astringere mando. Skała pochłania go.)

 

Narodziny Merlina – akt V, scena 1

ROZDZIAŁ 1

Rok 1998, Patrick Ecclestone

„Patrick Ecclestone od dłuższego czasu interesował się Diabłem, był demonologiem, więc nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Diabeł również interesował się nim.

Zainteresowanie ze strony Diabła nie mogło umknąć uwadze tak wybitnego specjalisty, jakim był Patrick, dlatego od kilku lat żył ze świadomością, że z dużym prawdopodobieństwem przyjdzie im kiedyś stanąć oko w oko. Pocieszał się jednak, że w ostatnim czasie Diabeł nie był w najlepszej formie, a jego możliwości perswazji z całą pewnością nie były tym, czym przez wieki mógł się poszczycić…”

– Jeśli masz zdążyć na przyjęcie, powinieneś już wychodzić – rozległ się głos Baltazara.

Patrick podniósł głowę znad komputera. Praca pochłonęła go tak bardzo, że zupełnie nie słyszał, jak sługa wszedł do gabinetu. Sługa – Patrick parsknął w duchu. Z braku lepszego określenia Baltazar wciąż nazywał się sługą Twierdzy lub sługą rodziny Ecclestone. Chociaż zajmował się Patrickiem od urodzenia, wyglądał na zaledwie odrobinę starszego od swojego podopiecznego. Patrick zawsze uważał, że określenie sługa jest sporym nadużyciem. Może i Baltazar pełnił funkcję kamerdynera w Twierdzy, jednak jakimś dziwnym trafem Ecclestone’owie zawsze robili to, czego chciał. A to, że chciał jak najlepiej, było zupełnie inną kwestią.

Teraz stał na środku okrągłego gabinetu Patricka, wpatrując się w niego natarczywie. Ten nie znosił, gdy ktoś przerywał mu pisanie, a na przyjęcie miał równie wielką ochotę jak na zjedzenie żabiego skrzeku, ale wiedział, że w końcu ulegnie. Mimo że książka, nad którą właśnie pracował, mogła być najważniejsza w jego karierze. W końcu dotyczyła samego Diabła.

– Nie wiem skąd pomysł, że wybieram się na jakieś przyjęcie – odpowiedział Patrick, znów wlepiając wzrok w ekran komputera. To, że Baltazar dopnie swego, wcale nie oznaczało, że da mu wygrać tak łatwo.

– A stąd – oczy sługi niebezpiecznie błysnęły – że to czterdziestolecie firmy, którą założył twój ojciec. I choć wypierasz to ze świadomości, żyjesz tylko dzięki niej, bo tą pisaniną i pracą na uczelni nie zarobiłbyś nawet na paliwo do swoich sportowych samochodów.

Patrick westchnął. Argument przytoczony przez Baltazara był jak cios wymierzony w sam tył potylicy. Rzeczywiście, rodzinny interes niespecjalnie Ecclestone’a interesował. Oczywiście poza dniem, kiedy dzielono zyski między udziałowców. Jednak na swoją obronę Patrick miał niezbity argument: firma doskonale funkcjonowała bez niego. Czasami miał nawet wrażenie, że trzymając się od niej z daleka, wyświadczał przysługę zarówno obecnemu prezesowi, jak i wszystkim udziałowcom. W dodatku jego ojciec najwyraźniej też tak uważał, bo nigdy nie próbował wciągnąć go w rodzinny interes. Zatem po co miał dziś tam iść? Żeby zachować pozory? Szkoda czasu.

– Musisz zachować pozory. Jeżeli się nie pojawisz, wszyscy odnotują twoją nieobecność. Nawet jeśli wydaje ci się to niedorzeczne – powiedział Baltazar.

Patricka przeszył nieprzyjemny dreszcz. Czy to możliwe, że Baltazar czytał w jego myślach? Nie. Wyczułby to. Przynajmniej tak mu się wydawało. Z drugiej strony moce Baltazara należały do szczególnych. Wciąż nie potrafił ich zgłębić, a przecież od lat zajmował się demonami. Tylko że ten nie był demonem. Chyba. Jego pochodzenie wciąż było zagadką, chociaż Patrick podejrzewał, że sługa należał do Mieszańców, tej wyjątkowej odmiany magicznych stworzeń, po których można było spodziewać się absolutnie wszystkiego. I to w przeciwieństwie do czarodziejów, którzy nie potrafili zaskoczyć go już niczym poza swoją ignorancją.

 – Zostawiłem ci smoking w garderobie – powiedział Baltazar, mrużąc czarne oczy. – Wiem, że uważasz to wszystko za bzdury, ale… uwierz mi, tak będzie lepiej.

Dopiero kiedy Baltazar opuścił gabinet, Patrick pozwolił sobie na ciche westchnienie. Nie lubił świata, do którego należał. Chociaż „świata” to może złe określenie. Nie lubił środowiska, w którym się urodził i w którym przyszło mu żyć. Różnił się od nich. Różnił się od innych czarodziejów i zawsze trudno mu było znaleźć z nimi wspólny język. W dodatku nie tylko on sam od nich odbiegał. Wszyscy Ecclestone’owie byli „inni”. Dość specyficzni. Nie żyli tak, jak życzyła sobie tego magiczna społeczność i tylko ich fortuna sprawiała, że wciąż byli tolerowani w magicznym świecie.

Wstał od biurka, przeciągnął się i wyjrzał przez okno, spoglądając na wrzosowiska rozciągające się wokół Twierdzy. Nawet rodzinna posiadłość była wyjątkowa. Zupełnie nie wpasowywała się w obowiązujący aktualnie kanon czarodziejów. A ten zakładał, aby nie odróżniać się specjalnie od zwykłych ludzi. W nomenklaturze naukowej nazwano by to mimikrą. A przecież gdyby chcieli, wciąż mogliby osiągać tak wiele!

Tymczasem jedyne co potrafili robić, to zbijać majątki, wykorzystując jedną ze swoich nielicznych umiejętności. Czytanie w myślach. Tylko to im pozostało. To i kilka innych sztuczek, jednak nie były one specjalnie przydatne. Na szczęście on nie musiał brać w tym udziału. Znalazł swoją niszę i całkiem dobrze mu w niej szło. Oczywiście Radzie Czarodziejów na początku nie podobała się jego działalność naukowa, ale z czasem przyzwyczaili się do niej. Miał co prawda łatkę ekscentryka, ale dzięki niej mógł pogłębiać swoją wiedzę, a potem przekazywać ją dalej. Prawdziwa magia odeszła w zapomnienie tak bardzo, że gdyby nie tacy pasjonaci jak Patrick, nie pozostałoby z niej nic. I chociaż dalej uważał, że jego pojawienie się na przyjęciu nie będzie miało najmniejszego sensu, to jeżeli taka była cena za odrobinę spokoju, był gotów ją zapłacić. I to mimo złego przeczucia, które właśnie zaczęło mu towarzyszyć.

ROZDZIAŁ 2

Stojąc pod ścianą eleganckiej sali bankietowej, Patrick Ecclestone żałował, że dar niewidzialności został całkowicie zatracony przez przedstawicieli jego gatunku. O ile w ogóle kiedyś go mieli… W sumie nie był co do tego przekonany. Pewne podania wskazywały na to, że tak, ale może stosowali jakąś mniej spektakularną sztukę kamuflażu… Nie zmieniało to faktu, że teraz chętnie skorzystałby z takowej, żeby nie musieć prowadzić tych wszystkich idiotycznych rozmówek o niczym.

Irytowało go, że w ostatnim czasie wszyscy chcieli z nim debatować. Momentami tęsknił za czasami, kiedy wcale tak nie było… Odkąd jego pierwsza książka stała się sukcesem, nie tylko wśród czarodziejów, ale i zwykłych ludzi (a przy okazji magiczny świat wcale nie legł przez nią w gruzach jak niektórzy z Rady Czarodziejów wieszczyli), część osób z jego środowiska zaczęła darzyć go szacunkiem. Szczególnie młodsi czarodzieje, którym doskwierały zasady narzucane przez Radę. A zasady magicznego świata były męczące. I szkodliwe. Chociaż w to drugie wciąż mało kto mu wierzył…

– Myślałem, że nie przyjdziesz – mruknął Roderick Morton, stając tuż przy Patricku. – Baltazar cię zaszantażował? A może twoja matka?

Patrick nie odpowiedział. Rzucił Rodowi przelotne spojrzenie, a na jego twarzy pojawił się bezczelny grymas, który, odkąd Patrick pamiętał, irytował wszystkich wokół.

– Ta mała pokraka tobą rządzi – powiedział i szturchnął Ecclestone’a w ramię.

– Ciesz się, że tego nie słyszy – odpowiedział Patrick, wzruszając ramionami.

– Dobra, dobra, ja tam się go nie boję.

Na twarzy Patricka pojawił się ironiczny uśmiech, ale zniknął równie szybko.

– Jesteś jak ci tutaj – powiedział Ecclestone, wskazując po sali dłonią, w której trzymał kieliszek szampana. – Nie doceniasz mocy tych sworzeń. Gdybyś przeczytał choć jedną moją książkę…

– E tam, pieprzenie. – Rod machnął ręką i rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu kelnera roznoszącego trunki.

– Dzięki, przyjacielu – powiedział Patrick i upił łyk.

Rod wzruszył ramionami. Przez chwilę mocował się z muchą pod swoją brodą, próbując rozluźnić ją palcami, aż w końcu zdecydowanym ruchem całkiem ją zerwał i upchnął do stojącego nieopodal wazonu.

– Też mi się nie chciało tu przychodzić – westchnął. – Tylko jednak w jakimś stopniu to nasza firma…

W tym Roderick miał rację. Ściślej rzecz ujmując, rzeczywiście jedna trzecia udziałów należała teraz do Mortona. EMH zostało założone przez ojców Patricka i Rodericka oraz obecnego prezesa firmy, Kirka Hopreaka. Po śmierci Rodericka seniora udziały Mortonów przypadły w całości Rodowi. Natomiast ojciec Patricka kilka lat temu wycofał się z wszelkiej działalności zawodowej. Wtedy też postanowił część swoich udziałów oficjalnie przekazać synowi. Być może po cichu liczył na to, że pomoże to młodemu Ecclestone’owi zaangażować się w rodzinne interesy, albo po prostu nie chciał, żeby jego jedyny syn umarł z głodu. Kontrolę nad firmą zostawił w rękach Kirka, co Patricka nieszczególnie dotknęło. EMH nie obchodziło go ani wtedy, ani teraz. Podejrzewał, że jego córka prędzej niż on zainteresuje się rodzinnym dziedzictwem, jednak w głębi duszy zawsze czuł urazę, że ojciec zwyczajnie w niego nie wierzy i sądzi, że nie poradziłby sobie w rodzinnej firmie. Nie chciał jednak teraz tego roztrząsać.

EMH było jednym z filarów magicznej społeczności Luminary. Pracowało tu wielu czarodziejów. Oczywiście tylko na wyższych szczeblach. Mortonowie i Hopreakowie również do nich należeli. Czarodziejska rodzina oznaczała mniej więcej tyle, że w każdym pokoleniu był co najmniej jeden czarodziej. Czyli jak u każdego, tyle że czarodziejską rodziną określało się te, gdzie magia szła po linii męskiej. W Luminary było niewielu czarodziejów, których oboje rodzice mieli magiczną moc. Ale tutaj przynajmniej się to zdarzało, w przeciwieństwie do innych Okręgów Magicznych.

– W każdym razie, przyjacielu, cieszę się niezmiernie, że przyszedłeś. – Poklepał Patricka po ramieniu, uśmiechając się przy tym szeroko. – Chciałem podzielić się z tobą nowiną osobiście. Żenię się! Tylko nikomu na razie nie mów…

Patrick uniósł brew.

– Znowu? – zapytał, nie mając nawet zamiaru ugryźć się w język. Jeszcze raz zmierzył Roda spojrzeniem. – Zaraz, zaraz… Wydawało mi się, że przed chwilą mignęła tu…

W tym momencie twarz Rodericka zrobiła się czerwona.

– Ach tu jesteś! – rozległ się damski wysoki głos. – Zastanawiałam się, gdzie mi zniknąłeś! Czy ty przypadkiem nie chcesz ode mnie uciec? A gdzie twoja mucha?

– No wiesz, skarbie – powiedział Rod do swojej przyszłej byłej żony. Nim Patrick otworzył usta, żeby się z nią przywitać, Morton objął kobietę i odwrócił o sto osiemdziesiąt stopni, po czym ponad jej ramieniem obejrzał się w stronę Patricka, przykładając palec do ust i puszczając oko.

Ecclestone przewrócił oczami, jednak Roderick nie mógł już tego zobaczyć. Całe szczęście, że się oddalił, bo był to jeden z tych momentów, kiedy miał ochotę przywalić mu w łeb…

Westchnął głośno.

– Już nie wzdychaj tak. Wszyscy wiedzą, że nie chcesz tu być – stwierdziła jego matka. – Uwierz mi, ja też nie miałam na to specjalnej ochoty…

– Mam rozumieć, że to przyzwolenie, żebym się stąd ulotnił? – uśmiechnął się i objął ją delikatnie.

– Dopiero po części oficjalnej – powiedziała cicho. – Zaraz przemówienie Kirka i będzie po wszystkim. A ja mam do ciebie prośbę. Mógłbyś chociaż poudawać, że dobrze się bawisz… Skoro twój ojciec nie mógł przyjechać…

– Nie mógł czy nie chciał? – wyrwało się Patrickowi, na co matka obrzuciła go pełnym wyrzutów spojrzeniem.

Ecclestone odwrócił od niej wzrok. Dobrze wiedział, że to nie miejsce na tego typu rozmowy. Sądził, że na czterdziestolecie własnej firmy ojciec przyleci do Londynu, przynajmniej na kilka dni. Tymczasem od czasów przeprowadzki, której okoliczności wciąż nie dawały Patrickowi spokoju, Christopher ani razu nie pojawił się w Luminary. Wszystkie jego interesy załatwiała matka.

– Ja też czuję się wśród nich jak intruz… Zawsze byłam obca. Ale nie możesz dawać im odczuć, że się ich boisz – powiedziała Regina, a jej zielone oczy zalśniły. – O, zobacz! Czy to nie jest twój znajomy?

Patrick spojrzał w kierunku wskazanym przez matkę. Rzeczywiście zmierzał do niego jego były promotor. Uśmiechnął się i wyszedł mu naprzeciw, zostawiając matkę z grupą innych gości.

– Nie wiedziałem, że tu będziesz – powiedział Patrick do starego profesora, z którym już od wielu lat mówili sobie po imieniu.

– Sam jestem zdziwiony nie mniej niż ty – odparł starszy pan.

Patrick uśmiechnął się pod nosem. Właśnie zrozumiał, że musiało to być działanie jego matki, która najwyraźniej postarała się, żeby na przyjęciu pojawiło się trochę osób, z którymi miał o czym rozmawiać.

– Jak idzie praca nad książką? – zapytał profesor.

– Szczerze mówiąc, szłaby lepiej, gdybym nie musiał tu dziś przychodzić.

Po tych słowach po raz pierwszy tego wieczora poczuł się rozluźniony. Może to dzięki towarzystwu profesora, a może opróżnionemu kieliszkowi. W każdym razie wydawało mu się teraz, że jest na siłach, by wytrzymać tu przynajmniej do końca części oficjalnej. W dodatku, gdy tylko pomyślał, że przydałoby się wymienić pusty kieliszek na pełny, jak spod ziemi wyrosła przy nim kelnerka z tacą pełną trunków. Patrick wziął dwa kieliszki szampana, jeden dla siebie, drugi dla profesora.

– Ostatnio dotarły do mnie ciekawe plotki – oznajmił starszy pan, przyjmując od Patricka kieliszek.

– Wiesz, jaki mam stosunek do plotek…

– Zapewniam, że te ci się spodobają. Rektor wspominał coś o emeryturze… A to łączy się z ruchami na uczelni…

Patrick doskonale wiedział, co za chwilę zasugeruje jego były promotor. Od pewnego czasu liczył na otrzymanie pełnego etatu, a odejście obecnego rektora Uniwersytetu Magicznego z całą pewnością byłoby dobrym krokiem w tę stronę. Profesor jednak nie do kończył zdania, bo w tym momencie na scenę po drugiej stronie sali wszedł Kirk.

– Mógłby mi pan pomóc, panie Ecclestone?

Tuż za nim starsza kelnerka, która przed chwilą podawała mu szampana, mocowała się jedną ręką z ciężkimi drzwiami, podczas gdy w drugiej trzymała tacę pełną kieliszków.

– Ależ oczywiście.

Przynajmniej w ten sposób przyczyni się Kirkowi, który zapewne nie byłby zadowolony z przerwanego brzękiem tłuczonego szkła przemówienia. Przytrzymał kelnerce drzwi. Wydała mu się znajoma. Krótkie siwe włosy i pomarszczona twarz o ciepłym uśmiechu coś mu przypominały, ale nie mógł sobie przypomnieć co.

Przemówienie Kirka rozkręcało się na dobre, a Patrick z jakiegoś powodu nie potrafił w żaden sposób skupić się na tym, co Hopreak ma do powiedzenia.

– I właśnie dlatego liczę na to, że nowe pokolenie zaangażuje się w dalszy rozwój EMH…

– Mam nadzieję, że wkrótce nadarzy się okazja – wyrwało się z ust Patricka.

Jak na zwolnionym filmie zobaczył, że oczy wszystkich gości powoli odwracają się w jego kierunku. Niektórzy wyglądali na rozbawionych, kilka osób z trudem maskowało wybuch śmiechu. Większość miała oczy szerokie ze zdumienia, a z twarzy Hopreaka biła teraz wściekłość, której jeszcze nie zdążył zamaskować. Sam Patrick był zaskoczony nie mniej od większości gości. Czyżby przesadził z winem? To było do niego niepodobne. Naprawdę powiedział to na głos, przerywając przemówienie? Ale z drugiej strony chyba nic takiego złego nie powiedział?

W tym momencie podszedł do niego Roderick, złapał go pod ramię i niemal turlając się ze śmiechu, wyprowadził go z sali przez drzwi, za którymi zniknęła starsza kelnerka.

– Ciebie to naprawdę powinni trzymać w zamknięciu – powiedział Rod, krztusząc się ze śmiechu. – To była zemsta za to, że musiałeś tu przyjść?

Patrick przewrócił oczami. Najgorsze co mógł zrobić, to tłumaczyć się Roderickowi, że… No właśnie… – że co? Że dostał jakiejś pomroczności jasnej?

– Wiem, że nie powinienem się odzywać…

Rod znowu zaczął się śmiać.

– Nie powinieneś się odzywać? Wiesz, co przed chwilą zasugerowałeś przed całym zarządem firmy?

Patrick wpatrywał się w Roda, wciąż nie rozumiejąc.

– Że liczysz na to, że Kirk się wkrótce przekręci i obejmiesz prezesurę. Gratuluję, Pat. – Zarechotał Roderick i poklepał Patricka po plecach.

ROZDZIAŁ 3

– Mam już po dziurki w nosie tej pieprzonej roboty – jęknęła Melissa. – Oddałabym duszę diabłu, byle tylko do niej nie wracać.

Przekręciła się na drugi bok i spojrzała wyczekująco na swoją współlokatorkę.

– Co się tak gapisz? – burknęła Arachne.

Czasami miała wrażenie, że Melissa wyobraża sobie stanowczo zbyt wiele, a na pewno pokładała w niej jakieś dziwne nadzieje. Jakby mogła zrobić więcej od niej. A tak naprawdę jechały na tym samym parszywym wózku. W tym samym parszywym mieszkaniu i tej samej parszywej robocie. Obie były Mieszańcami. Tylko że Melissa miała mniejszą niż Arachne domieszkę magicznej krwi, dzięki czemu jej wygląd nie odbiegał od normy. Zawsze jej tego zazdrościła, jednak nie wiedzieć czemu, Melissa nie doceniała tego, co dostała od losu.

– Odezwij się do niego – powiedziała, wciąż leżąc na wąskim łóżku stojącym w pokoju ich wspólnego mieszkania.

– Do diabła? – zapytała Arachne, unosząc brew. – Obawiam się, że cię rozczaruję…

– Nie do diabła! – Dziewczyna uniosła się na łokciach. – Do Ecclestone’a…

– Już bym chyba wolała do diabła – mruknęła Arachne, zalewając rozpuszczalną kawę i stawiając dwa kubki na blacie kuchennym, który służył im także za stół i biurko.

– Jak ty czasem pieprzysz. – Melissa przewróciła się znowu na plecy i nakryła kocem aż po czubek ciemnych włosów. – Jakbym miała takie znajomości, nie zastanawiałabym się nawet chwili, tylko wykorzystałabym je, żeby wyrwać się z tego koszmaru.

Arachne wzruszyła ramionami. Nie miała ochoty dyskutować na ten temat. Odkąd wygadała się przed przyjaciółką, że kilka lat temu poznała Patricka Ecclestone'a, ta zaczęła wiercić jej dziurę w brzuchu, jakby to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie. Tak bardzo żałowała, że jej powiedziała… Na szczęście nie zdradziła Melissie wszystkiego, bo wtedy współlokatorka chyba by eksplodowała… Ale wszystkiego nie mogła powiedzieć. To była sprawa tylko między nią a Patrickiem.

– Nie pieprzę, tylko zastanów się, czego oczekujesz – powiedziała Arachne, upijając łyk obrzydliwej kawy. – Co miałabym mu powiedzieć? „Hej, pamiętasz mnie? Potrzebuję kasy na…”.

– Dokładnie to powinnaś mu powiedzieć – odpowiedziała Melissa, wyciągając przy tym swoje długie nogi aż na środek pokoju. – Powinnaś mu powiedzieć to samo, co opowiedziałaś mnie. Przedstawić mu swój pomysł na biznes. Może by ci pomógł…

– Nie zamierzam prosić nikogo o pomoc… A już na pewno nie jego – burknęła.

Melissa mruknęła coś niezrozumiałego.

– Coś mówiłaś?

– Nic, nic – zapewniła Mel, nieco zbyt gorliwie i sięgnęła po jeden z kubków przyniesionych przez współlokatorkę, po czym uniosła swoje sarnie oczy w kierunku sufitu. – Tylko się rozmarzyłam… Mogłybyśmy zatrudnić inne dziewczyny takie jak my… Angel też by nam na pewno pomogła…

Angel była sprzątaczką w barze, w którym obecnie pracowały. Ta urocza starsza pani okazywała im wyjątkowo dużo serca. Arachne spotkała się z tak wieloma przejawami agresji w swoim kierunku, że kiedy ktoś był dla niej zwyczajnie miły, brała to za coś niezwykłego. Nie zmieniało to faktu, że Angel naprawdę wydawała się w porządku, i jeśli Arachne zrealizowałaby kiedyś swój plan, chciałaby, żeby takie osoby były razem z nią.

– No sama przyznaj, nie kusi cię taka wizja?

– Kusi – przyznała przyjaciółka. – A teraz musimy iść, bo jak nas wypieprzą z roboty, to tylko to nam pozostanie.

Melissa znów przewróciła oczami. Dopiła trzema łykami zawartość swojego kubka i pobiegła do łazienki. Rusałka. Może jednak domieszka krwi prababki odcisnęła się na jej wyglądzie? – pomyślała Arachne. Jej koleżanka była piękna, zgrabna, długonoga. Podobała się mężczyznom. Obserwowała to, kiedy razem pracowały. Zawsze uważała, że współlokatorka jest po prostu ładna. A może chodziło o coś innego? Arachne podeszła do lustra, które wisiało na przeciwległej ścianie i przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu. Ona nie była ładna. Była potworem. Tak ją nazywali. Miała żółte oczy, których źrenice potrafiły zwęzić się do cienkich szparek, zupełnie jak u jej matki sukubki. Tylko to pozostało ze wspomnień po rodzicielce, te potworne oczy, które patrzyły na nią, ilekroć spojrzała w lustro. Kilka lat temu zapuściła włosy i zaczęła farbować je na jasny blond. Wydawało jej się, że będzie wtedy bardziej atrakcyjna, ale nic to nie dało. Chyba powinna znowu zacząć golić się na łyso…

I jeszcze ten cały Ecclestone… Od dawna nie miała z Patrickiem kontaktu, ale od kilku dni ciągle siedział jej w głowie. A już prawie o nim zapomniała… Że też Melissa musiała się tak na niego nakręcić.

W zeszły piątek w ręce Arachne wpadła gazeta, w której informowano o hucznych obchodach czterdziestolecia EMH. Firmy, której założycielem był ojciec Patricka. Wtedy nieopatrznie powiedziała przyjaciółce, że go poznała. A że dzień wcześniej przyznała się jej, że marzy o założeniu swojego biznesu, Melissa połączyła obie informacje i uczepiła się ich jak rzep psiego ogona! Ot, cała historia. Że też musiała mieć taki długi jęzor. Zawsze wiedziała, że z odzywania się nigdy nie wychodzi nic dobrego. Spojrzała jeszcze raz w lustro. A niech tam! Zdecydowanym ruchem otworzyła szufladę staromodnej komody i wyciągnęła z niej elektryczną maszynkę do golenia. Chwilę potem kilkunastocentymetrowe białe kosmyki upadły na podłogę. Przejechała jeszcze raz maszynką po głowie dla pewności, że nie sterczy jakiś włos, a potem pogładziła dłonią łysą czaszkę i momentalnie pożałowała swojej decyzji.

Ze srebrnej tafli lustra spoglądała teraz na nią stara Arachne, czy też Josephine, bo tak właściwie miała na imię. Kobieta, przed którą uciekała i o której chciała zapomnieć prawie tak mocno, jak o Patricku Ecclestone. Z drugiej strony, tamta była silniejsza. Kilka lat temu rzuciła wszystko: karierę, którą robiła, i całe swoje życie, żeby przestać być popychadłem i spełniać swoje marzenia. Tymczasem utknęła w jakiejś idiotycznej pracy, która miała być tylko przystankiem i schowała swoje ambicje tak głęboko, że zapomniała o ich istnieniu. Aż do tej nieszczęsnej rozmowy z Melissą. Rozmowy, w której pojawił się ON.

– Matko kochana, coś ty zrobiła!

Z zamyślenia wyrwał ją krzyk Melissy.

– Co? – burknęła Arachne, odwracając się w kierunku przyjaciółki.

– Jak to co? Włosy! Czy ci całkiem rozum odjęło?

Arachne wzruszyła ramionami. Chyba odjęło, ale teraz nie miała zamiaru przyznawać się do tego współlokatorce.

– Mnie się podoba – powiedziała hardo i podniosła wyżej łysą głowę. – Mniej mycia.

– Wariatka – mruknęła Melissa, patrząc, jak Arachne znika za drzwiami łazienki.

ROZDZIAŁ 4

– Sprzątnij ten syf, zanim zaczniesz – odezwał się jej gburowaty szef. – I załóż coś na tę łysą pałę, bo odstraszysz klientów.

Arachne zacisnęła mocniej szczęki, ale nie pozwoliła sobie na utratę kontroli. W pierwszej chwili poczuła dumę, a zaraz potem ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie wstrętu do samej siebie. Jak mogła być aż tak uległa? Miała w sobie moc, o której ten człowiek nie mógł nawet śnić, tymczasem jeździł po niej jak po łysej kobyle. Zabawne. ŁYSEJ kobyle. To mógł być nawet dobry żart. Ale nie był. Czasami próbowała analizować, dlaczego nie potrafi wykrzesać z siebie energii, żeby się postawić. Uwolnić moc, która w niej drzemała, którą świadomie użyła tylko raz. Wtedy poczuła, że naprawdę są w niej demoniczne mocne. Mogłaby zrobić wszystko, a potem… – pstryk. Jakby ktoś wyłączył korki jej zasilania.

Jednocześnie miała skłonność do szalonych zachowań, o ile nie dotyczyły konfrontacji z ludźmi. Skok ze spadochronem? – proszę bardzo. Agresywna jazda samochodem? – nie ma problemu. Spacer po linie bez zabezpieczenia? – w każdej chwili. Zresztą tę cechę wykorzystywała kiedyś w swoim dawnym życiu. Tylko czy było to związane z jej nietypowym pochodzeniem, czy raczej ze zwichrowaną psychiką i tym, że za nic miała śmierć?

Obojętnym wzrokiem spojrzała na wysokiego zwalistego mężczyznę, który był jej szefem, i kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Dopiero gdy odszedł w kierunku metalowych drzwi, odgradzający jego gabinet od reszty baru, Arachne odważyła się spojrzeć w kierunku Melissy, która wyglądała teraz na lekko przestraszoną. Przyjaciółka również nie potrafiła o siebie zawalczyć. Tylko że u niej wszystkie konfliktowe sytuacje powodowały lęk. Arachne reagowała na nie pozorną obojętnością i wycofaniem.

– Wiedziałam, że tak będzie! Po co ścinałaś te włosy. Wiadomo było, że Barry będzie wkurzony…

Arachne wzruszyła ramionami. Jakaś iskierka buntu się w niej tliła, jednak nie potrafiła sprawić, żeby zapłonęła. Jak zawsze.

– Trzeba sprawdzić co z Angel – zmieniła temat. – Zajrzę do niej po pracy. Pójdziesz ze mną?

Melissa przytaknęła cicho, zakładając czarny fartuszek. Mimo że każdy z pracowników baru zajmował się tu wszystkim (poza Barrym, który tylko szefował i nie potrafił zrobić nawet najprostszego drinka, choć oczywiście żadnego by nie odmówił), to Melissa najczęściej obsługiwała gości przy stolikach. Szef uważał, że szkoda byłoby chować takie nogi za barem. Twierdził również, że Arachne można pokazywać gościom dopiero późnym wieczorem, kiedy większość miała już mocno w czubie.

– Mam nadzieję, że nic jej nie jest – dodała Melissa.

– Ja też – odpowiedziała Arachne, której od kilku dni nie opuszczało złe przeczucie związane ze starszą panią. – Ale na razie muszę się tym zająć.

Wzięła do ręki mopa i zaczęła robić to, co zwykle do tej pory robiła Angel – sprzątać bar. Melissa przez chwilę przyglądała się przyjaciółce, jednak nie zaproponowała jej pomocy. Arachne doskonale wiedziała dlaczego. Gdyby Barry to zobaczył, zaraz znowu zacząłby drzeć mordę. A Melissa nigdy nie zrobiłaby niczego, żeby wejść mu w drogę.

– Pożyczę ci moją czapkę – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko do Arachne. – Całe szczęście, że jej nie wyciągnęłam z torby. – A o Angel się nie martw. To twarda babka.

– Taka jak ty i ja? – zapytała Arachne z lekkim przekąsem.

– Tak. – Uśmiechnęła się, uwydatniając urocze dołeczki w policzkach. – Mimo wszystko, tak.

Popołudnie w pracy upływało bez większych niespodzianek. Na szczęście, bo Arachne nie miała siły na użeranie się z kłopotliwymi klientami. Złe przeczucie, które towarzyszyło jej od trzech dni, nie ustępowało. Tłumaczyła sobie, że to na pewno nic takiego. Czasami tak jest, że czuje się niepokój, a potem nic z tego nie wynika… Jednak to, że Angel nie przyszła do pracy, sprawiło, że nie mogła o tym nie myśleć. Angel była już stara. Arachne nie wiedziała, ile ma lat, ale jej wygląd wskazywał na to, że jest w wieku emerytalnym. Wciąż pracowała fizycznie, więc była sprawna i wydawała się w pełni sił, ale przecież ludziechorują w każdym wieku. A Angel była zwykłym człowiekiem. I mieszkała sama. Może leży teraz z rozbitą głową w swoim mieszkaniu i nikt nie udzielił jej pomocy?

Minuty wlokły się niemiłosiernie. Arachne raz po raz spoglądała na zegarek rozczarowana, że czas płynie wolno jak woda w ich zepsutym kiblu. Na szczęście Barry nie wychylał nosa ze swojej dziupli, bo za takie spoglądanie na zegarek zapewne dostałaby od niego niezłą burę.

Kiedy w końcu mogły z Melissą wyjść z pracy, było już po północy.

– Może nie powinnyśmy iść do niej tak późno? – zapytała przyjaciółka. – A jak się wystraszy? Myślałam, że to dobry pomysł, ale…

– Ale co? – ofuknęła ją Arachne. – Idziemy. Mogła nas uprzedzić, że jej nie będzie w robocie. Jeżeli okaże się, że nic jej nie jest, to dopiero jej pokażę!

Oczywiście teraz była mocna w gębie. Tylko jakoś Barry’emu nie potrafiła odpyskować! Szły ulicą szybkim krokiem, nie rozglądając się na boki. Miejsce nie było zbyt bezpieczne, ale chyba miejscowi żule traktowali je już jak „swoich”. Mimo to Arachne zawsze starała się pokonać kilometr dzielący bar od ich wynajmowanego mieszkania jak najszybciej i nie ściągać wzrokiem meneli czających się w bramach. Była pewna, że Melissa również, choć nigdy o tym nie rozmawiały. W sumie było to dziwne. Czemu o tym nie rozmawiały? Przecież to była ich codzienność. A może żadna nie chciała przyznać się tej drugiej, że się boi?

Im bardziej oddalały się od baru, tym bardziej dało się wyczuć odór moczu unoszący się na ulicy. Moczu wymieszanego z zapachem przypominającym wypalonego papierosa. Jakby ktoś nasikał do pełnej popielniczki i podstawił jej pod nos. Nie potrafiła przywyknąć do tego smrodu. Kiedy go czuła, zastanawiała się, co też ją podkusiło, żeby zamieszkać w Londynie. Parszywe miasto! Przynajmniej dzielnice, w których się zakotwiczyły, były parszywe. Ale tu przynajmniej się nie wyróżniała. Chciałaby mieszkać gdzieś na wsi, blisko natury, tyle że na prowincji by ją zaszczuli. Tutaj każde dziwadło jakoś uchodziło. Nawet takie jak ona.

– Zimno dziś. – Melissa chuchnęła w dłonie i roztarła je, nie zwalniając kroku.

– Mhm – mruknęła Arachne. – Oddać ci czapkę?

Zupełnie o niej zapomniała. Powinna od razu to zaproponować. Zrobiło jej się głupio, że na to nie wpadła po wyjściu z baru.

– No wiesz co! Nie ma mowy. Nie dlatego to powiedziałam!

– To dlaczego?

– Nie wiem. Bo nic nie mówisz. Tylko tak przesz do przodu naburmuszona… Ja też się martwię!

Arachne nic nie powiedziała. Na szczęście już prawie dotarły na miejsce.

Angel mieszkała w tym samym budynku co one. Dwa piętra nad nimi. Arachne zawsze była pod wrażeniem, że starsza pani bez zadyszki wchodzi na piąte piętro. Teraz sama wbiegała po schodach, przeskakując po dwa stopnie na raz. Podniosła dłoń i zapukała do drzwi sąsiadki.

– Angel, to ja Arachne! – zawołała, nie zważając na późną porę. – Angel!

Była pewna, że zaraz zleci się reszta sąsiadów i zacznie się awantura, ale miała to głęboko w nosie. Jeszcze raz zapukała do drzwi, a po chwili załomotała w nie z całej siły pięścią.

– Już, już… – Po kilku minutach dobiegł do nich słaby głos.

Angel żyła. Otworzyła na oścież drzwi, ale jej widok wcale nie uspokoił Arachne. Wręcz przeciwnie. Jej obawy okazały się słuszne.

ROZDZIAŁ 5

Patrick siedział na biurku w niedużej salce wykładowej. Jego zajęcia były bardzo kameralne. Zwykle zapisywało się na nie od pięciu do siedmiu osób, co uważał za olbrzymi sukces. Szczególnie że grupę stanowili młodzi czarodzieje.

Nie każdy Okrąg Magiczny mógł poszczycić się posiadaniem Uniwersytetu Magicznego. Chociaż nie miał stuprocentowej pewności, na całym świecie prawdopodobnie istniały tylko cztery, z czego dwa funkcjonowały w Azji, a jeden w Ameryce Południowej. Brak dokładnej wiedzy na ten temat wynikał z faktu, że takie placówki pracowały pod szyldami zwykłych, niemagicznych szkół. A Rady Czarodziejów z poszczególnych Okręgów niespecjalnie dzieliły się informacjami między sobą. Patrick wiedział, że Szkoły Magii niższych szczebli znajdują się w każdym rejonie świata. Zwykle przypadała jedna na Okrąg Magiczny i od jej nazwy pochodziła nazwa całej społeczności. Ich Okrąg nazywał się Luminary, a Luminary Academy była Szkołą Magiczną wszystkich poziomów.

Najbliżej Luminary znajdowała się Wierzyca. Okrąg jeszcze bardziej zamknięty, do którego Patrick Ecclestone miał, z pewnych osobistych względów, ogromny sentyment i słabość. Niestety bez wzajemności.

– Wciąż nie bardzo rozumiem tej zależności, panie doktorze – powiedział Jerry. Zajęcia już dobiegały końca, więc był to idealny moment, żeby okazało się, że grupa nie rozumie nic z tego, co wyjaśniał im przez ostatnie niespełna półtorej godziny.

Patrick tylko się uśmiechnął. Mimo wszystko uwielbiał pracować z młodzieżą i młodymi dorosłymi. Ci tutaj byli zaledwie kilka lat starsi od jego córki. Miał nadzieję, że Lexa jest bardziej pilna niż oni.

– A może ktoś z grupy odpowie Jerry’emu? – zapytał, mając nadzieję, że przez ostatnie osiemdziesiąt minut nie strzępił języka na marne. – Może Elaine?

Ciemnowłosa dziewczyna przełknęła ślinę. Wyglądała nieco niepewnie, jednak Patrick miał nadzieję, że to tylko chwilowe zaskoczenie.

– No więc… to taki dylemat z gatunku co było pierwsze: jajko czy kura – powiedziała i wlepiła ciemne oczy w wykładowcę, który delikatnie kiwnął głową i uśmiechnął się zachęcająco do studentki.

Zauważył, że od razu poczuła się pewniej. Wyprostowała się na swoim krześle i przeniosła wzrok na Jerry’ego, a potem powiodła oczami po reszcie kolegów i koleżanek.

– Właśnie o to chodzi, że zależność między osłabnięciem Dawnej Magii a życiem obecnych czarodziejów nie jest znana. Każdy Okrąg Magiczny ma swoją teorię i trochę inny sposób radzenia sobie z sytuacją.

– Czyli jak jest? – zapytał chłopak, ignorując Elaine i patrząc na Patricka.

Patrick westchnął.

– Dziękuję, Elaine. – Kiwnął głową do dziewczyny, zeskoczył z biurka i zaczął przechodzić się tam i z powrotem po sali. – Oficjalne stanowisko Rady Czarodziejów jest takie, że zanik Dawnej Magii to wpływ rozwoju cywilizacji i umocnienia pozycji zwykłych ludzi. Chcąc zachować swoją pozycję, narzuciły czarodziejom pewien sposób funkcjonowania, który miał być gwarancją naszego bezpieczeństwa. Okręgi Magiczne podchodzą do tych zasad bardziej lub mniej restrykcyjnie. W Luminary jesteśmy zachęcani do łączenia się w pary ze zwykłymi ludźmi i poświęcania się zajęciom pożytecznym społecznie.

– Raczej jest nam to narzucane…

– Tak – przyznał. – Jednak tutaj nie linczują za złamanie zasad. Natomiast są Okręgi, gdzie odstępstwa są absolutnie niedopuszczalne. Na przykład w najbliższej nam geograficznie Wierzycy poza koniecznością robienia kariery zawodowej w strategicznych obszarach społecznych, takich jak medycyna czy bankowość, jest również polityka prokreacyjna narzucająca posiadanie tylko jednego potomka, w dodatku z osobą pozbawioną mocy magicznych, co ma na celu utrzymanie stałego poziomu magicznej populacji w Okręgu.

– Chore – skwitowała Elaine, a Jerry i reszta grupy poparli ją cichym pomrukiem.

– Chore, to prawda – potwierdził Patrick.

– Czyli dlatego, że zanikła Dawna Magia, mamy wychodzić ze skóry, żeby zbliżać się do zwykłych ludzi? – George wydawał się oburzony tą myślą.

Patricka to lekko rozbawiło. Zawsze się cieszył, kiedy poruszane na zajęciach tematy wzbudzały emocje wśród studentów.

– I tu zaczyna się najciekawsze. Według większości Rad Czarodziejów tak właśnie jest. Jednak ja jestem nieco innego zdania. W bardziej liberalnych Okręgach, takich jak nasz, magiczne moce rozwijają się lepiej niż w tych bardziej restrykcyjnych…

– Lepiej? – wszedł mu w słowo George. – Przecież my już praktycznie nic nie umiemy! To jest wręcz żenujące, że wciąż nazywamy się czarodziejami. Kilka głupich sztuczek, żeby zabawić niemagiczną dziewczynę…

Wykładowca w duchu przyznał mu rację, jednak nie chciał mówić tego głośno. Rada Czarodziejów często zarzucała mu, że za dużo mówi studentom.

– Większość z was zapewne potrafi unosić przedmioty. Na przykład czarodzieje z Wierzycy ograniczają się do prostej telekinezy i czytania w myślach…

– Masakra – stwierdził Jerry, który chyba w końcu zaczął rozumieć.

– Tak więc pozwala to wysnuć wniosek, że to usilne zbliżanie się do niemagicznych istot sprawiło, że Dawna Magia jest w odwrocie. Jednak muszę zaznaczyć, że jest to tylko hipoteza. Równie dobrze moc czarodziejów może być związana z artefaktami Dawnej Magii. Ale o tym porozmawiamy następnym razem.

Patrick obserwował, jak grupa zbiera się i opuszcza salę, zostawiając go samego. To były udane zajęcia. Przynajmniej jedno co mu wychodziło to nauczanie, bo po tym, co wydarzyło się na przyjęciu, miał wrażenie, że ojciec najchętniej wypisałby go z rodziny.

– Cześć, Patrick. Mogę?

Ecclestone zwrócił się w stronę drzwi i napotkawszy wzrokiem swojego dawnego promotora, uśmiechnął się szeroko.

– Oczywiście, wchodź. A może pójdziemy na lunch? – zaproponował w nadziei, że pozwoli mu to zapomnieć o wydarzeniach sprzed kilku dni.

– Bardzo chętnie. Chciałbym z tobą porozmawiać…

– Byle nie o przyjęciu, bo mówiąc szczerze, mam już trochę dosyć…

– Nie, spokojnie. – Profesor machnął uspokajająco ręką. – Po prostu szukając pewnych informacji na własne zajęcia, wpadłem na coś, co może cię zaciekawić…

– Czyżby o demonach? – zapytał Patrick.

– Lepiej, mój drogi… O Diable.

ROZDZIAŁ 6

– Będę wdzięczny, jeśli nie powiesz o tym nikomu – powiedział profesor, otwierając teczkę i wyjmując z niej opasły grymuar. – Zabrałem go z czytelni trochę nielegalnie. Żebym ja, stary profesor musiał występować o pozwolenie na wypożyczenie książki! Jeszcze kilka lat i Rada każe nam robić licencje na czytanie magicznych ksiąg…

Patrick skrzywił się lekko. Słowa profesora można byłoby uznać za żart, ale rzeczywiście od jakiegoś czasu kierunek, w którym zmierzało Luminary, był nieco niepokojący. Nie chciał jednak wdawać się teraz w dyskusję na ten temat. Szczególnie w lokalu, który znajdował się tak blisko Akademii. Zresztą pewnie profesor też wcale tego nie chciał. Po prostu musiał wyrzucić z siebie emocje, a wiedział, że jeśli o to chodzi, Patrickowi mógł ufać. Ecclestone nie należał w końcu do faworytów Rady.

– Spokojnie, nie podkabluję cię – zapewnił profesora.

– Przeglądałem tę księgę i znalazłem w niej pewien fragment… pomyślałem, że może przyda się do twojej nowej książki…

Patrick wyciągnął ręce i ostrożnie przesunął księgę do siebie. Pożółkłe kartki nadgryzione znakiem czasu (albo mysimi zębami) miały postrzępione brzegi. Ecclestone żałował, że nie miał przy sobie rękawiczek do przeglądania woluminów. Może jednak zasada o niewynoszeniu magicznych ksiąg z biblioteki nie miała na celu ograniczania dostępu do wiedzy, a zwyczajnie chodziło o względy bezpieczeństwa? Szczególnie że grymuary były niezwykle cenne i rzadkie. Większość z nich poszła z dymem w czasach inkwizycji. Co prawda czarodzieje przynajmniej częściowo zabezpieczyli swą wiedzę przed całkowitym zatraceniem, korzystając z pomocy Strażników Magii, ale jednak księga to księga.

Ecclestone spojrzał uważnie na okładkę woluminu.

– Muszę cię zmartwić – powiedział do profesora. – Niepotrzebnie się narażałeś. Mam ten grymuar w swojej prywatnej bibliotece. W dodatku w lepszym stanie niż ten…

Profesor prychnął.

– Przeklęci Ecclestone’owie! – burknął, jednak na jego pomarszczonej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Mogłem się tego domyślić. Niemniej, skoro już to przytachałem, zerknij tu. Zakładam, że nie znasz tych ksiąg na pamięć. – Pokazał prowizoryczną zakładkę zrobioną z kolokwium jakiegoś studenta.

Patrick otworzył księgę we wskazanym miejscu.

Przez chwilę nie był pewny, na co patrzy. Miał wrażenie, że strony są puste, ale się mylił. Po prostu na rozłożonych stronach nie było tekstu, a rysunek.

Patrick przełknął ślinę.

Podniósł wzrok znad kartki i spojrzał na profesora.

– Mapa – szepnął. – Ale to niemożliwe…

– Tak, tak – profesor pokiwał głową. – Mapa. Nie wiem, w jakim stopniu można jej ufać, ale myślę, że to może rzucić nowe światło na twoją teorię. Powiedz, jeśli się mylę…

Patrick znów przeniósł wzrok na księgę. Chociaż linie narysowane na pergaminie były ledwo widoczne, teraz gdy już wiedział czego szukać, udało mu się to dostrzec. Przed nim, na kawiarnianym stoliku leżała mapa. W dodatku jeden z zaznaczonych na niej punktów znał lepiej niż cokolwiek innego…

– Jest ich więcej – szepnął bardziej do siebie niż do profesora.

– A no właśnie. Jest ich więcej. Wejścia do piekła! – powiedział wesoło starszy pan i zabrał się do jedzenia sałatki, którą właśnie przyniósł mu do stolika kelner.

Patrick poczuł, że cierpnie mu skóra.

ROZDZIAŁ 7

– Wyglądasz dziś jak chmura gradowa – rzuciła Melissa w stronę Arachne.

Nie rozmawiały ze sobą prawie cały dzień. Kiedy w nocy wyszły od Angel, Melissa próbowała zagadywać przyjaciółkę, jednak Arachne tylko coś odburkiwała. Rano sytuacja nie poprawiła się ani trochę, więc na jakiś czas odpuściła, ale teraz – kiedy były razem w pracy, a Arachne wciąż milczała jak zaklęta – dziewczyna nie wytrzymała.

– Jak się nie ogarniesz, to Barry oduczy cię fochów – szepnęła z wyraźną złością.

Arachne spojrzała w jej stronę. W żółtych oczach czaiły się niebezpieczne błyski. Zresztą sama czuła, że coś dziwnego się w niej obudziło… To było takie… pokrzepiające. A może tylko jej się zdawało, bo niby dlaczego miała zajść w niej teraz jakaś zmiana? Chyba że zmiana fryzury obudziła w niej dawną siebie. Oczywiście symbolicznie. Psychika w końcu potrafiła zdziałać cuda.

– Powinnaś się cieszyć – powiedziała Melissa, odstawiając krzesła na podłogę. – Tak się bałaś o Angel, a nic jej nie jest…

Arachne się obruszyła. Zmarszczyła brwi i rzuciła gniewne spojrzenie. Jak to nic jej nie jest! Przecież były u niej we dwie! Melissa doskonale widziała w jak strasznym stanie zastały sąsiadkę! Wyglądała jakby w kilka dni schudła z dziesięć kilo! Jej twarz miała kolor tak blady, że aż popielaty i ledwo doszła do drzwi. Arachne nie widziała jeszcze choroby, która w taki sposób rozłożyłaby człowieka na łopatki. Już otwierała usta, żeby wyjaśnić przyjaciółce, co o tym sądzi, kiedy za jej plecami rozległ się tubalny głos Barry’ego.

– Możesz powiedzieć temu staremu rupieciowi, że może się tu już nie pokazywać…

Arachne poczuła wzbierającą złość. Odwróciła się gwałtownie do swojego szefa. Ich wzrok spotkał się na ułamek sekundy. Wydawało się, że dostrzegła cień przerażenia na jego twarzy. Ten jednak zaraz odzyskał swoją pewność siebie.