Nieboskie stworzenia - Dorota Sumińska, Tomasz Jaeschke, Irena A. Stanisławska - ebook
Opis

 

Dlaczego Kościół nie kocha wszystkich boskich stworzeń, choć chrześcijaństwo jest ponoć religią miłości? Dlaczego wyklucza zwierzęta? Dlaczego godzi się na rzeźnie, polowania i sprowadza czujące istoty do roli pożywnego posiłku? Czemu nie ma poszanowania dla ekologii planety w jej stworzonej przez Boga nieskalanej doskonałości? Skąd się bierze lęk kleru przed traktowaniem kobiet jako pełnoprawnych osób? Skąd taki problem z ludzkim podejściem do uchodźców, osób niepełnosprawnych, czy homoseksualnych? Czy Kościół może się jeszcze zmienić?

Z Dorotą Sumińską, najsłynniejszą polską doktor weterynarii i Animalpastorem Tomaszem Jaeschke, duszpasterzem ludzi i zwierząt, rozmawia Irena A. Stanisławska.

Nieboskie stworzenia. Jak Kościół wyklucza to inspirująca rozmowa o Kościele, zwierzętach, ekologii, kobietach i braku wspólnego języka, ale też zaproszenie do dyskusji. Czy Kościół będzie gotowy ją podjąć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I Bóg stworzył człowieka

irena a. stanisławska: Po co jesteśmy na tym świecie?

dorota sumińska: Często się nad tym zastanawiam i szczerze mówiąc, nie wiem. To znaczy wiem: człowiek pojawił się tutaj zupełnie niepotrzebnie. Chociaż wpasował się w łańcuch życia na Ziemi, odgrywa w nim najtragiczniejszą rolę. Jest jedynym gatunkiem, który gdyby przestał istnieć, nie sprawiłby Ziemi żadnego kłopotu. Wręcz przeciwnie: jeśli zniknęliby ludzie, Ziemia by rozkwitła, byłoby nie tylko pięknie, ale i czysto. Nie ma innego tak niepotrzebnego gatunku. Gdyby na przykład nagle zniknęły tak znienawidzone przez nas komary, miałoby to koszmarne konsekwencje dla całej ekostruktury tej planety. Wyginęłaby rzesza zależnych od nich gatunków. Mnóstwo zwierząt żywi się komarami, i to na każdym etapie ich życia.

is: Nie mogłyby żywić się muszkami?

ds: Zanim dostosowałyby się do nowego menu i sposobu jego zdobywania, czekałaby je śmierć. Przecież musiałyby zmienić też miejsce, w którym żyły, często przez miliony lat. Kijankom i rybom powinny wyrosnąć skrzydła, by łapać muszki, bo larwy much nie rozwijają się w wodzie jak larwy komarów. Większość gatunków jest nierozerwalnie związana ze środowiskiem, w którym żyją. To dlatego ratując dany ekosystem, ratujemy miliony żyjących w nim istot. Tylko człowiek umie zmieniać swoje otoczenie zależnie od kaprysu, który nazywa potrzebą. Podczas tych zmian niszczy je bezpowrotnie i w dodatku jest z tego dumny. Skąd więc się wziął i w jakim celu? Podchodząc do tego z innej strony, można powiedzieć, że dostał przepiękny prezent, przepięknego gotowca, którego mógłby pielęgnować i podziwiać, tymczasem robi wszystko, by go zniszczyć.

is: Bóg zatem nie do końca wszystko dobrze zaplanował.

ds: Nieważne, czy uważamy, że człowiek pojawił się na Ziemi za sprawą Boga, jakiejś innej siły czy w wyniku ewolucji, jakkolwiek patrzeć na nasz gatunek, jest pomyłką. Jakąś niszczycielską ścieżką śmierci. Świat wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby nie nasza skrajnie antropocentryczna cywilizacja.

tomasz jaeschke: Pojawienie się człowieka, jeśli rozważymy, jakie ślady odciska na Ziemi, a więc także z perspektywy doświadczenia, czasu, można faktycznie uznać za bolesną pomyłkę. Można, ale niekoniecznie trzeba. Za pojawieniem się na Ziemi człowieka, spoglądając z punktu widzenia wiary, kryje się Bóg, który pragnie dzielić się pięknem stworzenia z podobną do siebie istotą. Nie ma w tym nic złego – można powiedzieć, że to naturalna potrzeba, także ludziom nieobca.

Bóg zainteresowany istnieniem człowieka zaprasza go do dialogu, wkłada mu w dłonie klucz do czarującego, dobrego świata (bo – jak mówi Biblia – wszystko, co stworzył Bóg było dobre). Tylko teraz pytanie: jak zareaguje człowiek? Czy do tego świata (ogrodu) wjedzie na rydwanie wojennym, z mieczem w dłoni, czy pokornie przekroczy granice jedynie w sandałach, zdając sobie sprawę, że stąpa po ziemi świętej?

Tylko człowiek, jak podkreśla Biblia, został stworzony przez Pana Boga na jego obraz i podobieństwo (to znaczy: do szczególnej formy dialogu). I to on podejmuje odpowiedzialność za całą resztę. Niestety, ludzie fałszywie interpretują słowa zawarte w Piśmie Świętym: „Czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz 1,28*). Uważają, że mogą z nią i jej wszystkimi mieszkańcami postępować, jak chcą. Lecz czy Bóg, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, niszczył środowisko, w którym żył? Nie. A my to robimy.

Człowiek, jak powiedziałaś, dostał wspaniałego gotowca: został stworzony w ogrodzie Boga. Ale też przydzielono mu zadanie: miał być ogrodnikiem. Dowodzą tego już pierwsze strony Starego Testamentu – fragmenty mówiące o stworzeniu świata, w których Bóg stawia pierwszego człowieka, Adama, w środku Edenu i zawierza ludzkiej opiece całe dzieło. Na tym polega najgłębszy wymiar powołania człowieka; on się dopiero wtedy naprawdę odnajdzie, kiedy pochyli się z miłością i troską nad pięknem Bożego dzieła.

Człowiek został powołany, by żyć w dialogu. Filozof i religioznawca Martin Buber jest zdania, że dopiero w drugim „ja” potrafimy odkryć samych siebie. Człowiek powinien pozostawać w dialogu – ze sobą, z otaczającym go światem, a jeśli jest osobą religijną, to także ze swoim Bogiem. Źle jest, jeśli się na ten wszechobecny dialog zamyka, ponieważ to powoduje, że nie staje się tym człowiekiem, do bycia którym został powołany. I, co trzeba podkreślić, ten szeroko pojęty dialog nie odbywa się w jego ogrodzie, lecz w ogrodzie Pana Boga. Czyli człowiek nie może rządzić się w nim według własnego widzimisię – przerzedzać, wypalać, karczować – tylko zanim podejmie działanie, musi skontaktować się z szefem, dowiedzieć się, jakie ten ma względem ogrodu plany. Jest tylko zarządcą, a nie właścicielem. Zarządzać ogrodem powinien, wykorzystując cechy, którymi został przez Boga obdarzony. Powinien przede wszystkim wziąć za ogród odpowiedzialność. Ma pielęgnować każde znajdujące się w nim życie, niezależnie od tego, czy jest to kwiat, drzewo czy zwierzę. Ogrodnik ma tak dbać o ogród, by wszystko się w nim rozwijało. Z tego, co zrobi z ogrodem, czyli z naszą Ziemią, będzie musiał zdać relację przed Bogiem. Zrobić rachunek sumienia. Jak każdy zatrudniony, włodarz otrzymuje od pracodawcy umowę, kodeks etyczny, który zobowiązuje się przestrzegać. Ten kodeks został mu wszczepiony w momencie powołania go na obraz i podobieństwo jego stwórcy, więc odczytać, czego oczekuje od niego Bóg, wcale nie jest trudno.

is: Jeżeli Bóg powołał człowieka jako ogrodnika, opiekuna, to powinien wyposażyć go w takie cechy, żeby tę opiekę jak najlepiej sprawował. A jak widzimy, człowiek nie wywiązuje się ze swojego zadania.

tj: Człowiek został odpowiednio wyposażony. Potrafi kierować się troską i miłością, odróżnić dobro od zła. Nosi w sobie obraz Boga miłości, ma więc rodzaj świętej intuicji. Ale został też wyposażony w wolną wolę, może zatem wybierać…

ds: Skoro zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, skąd wzięła się w nas ta zła strona? Skąd w naszych decyzjach tyle „diabła”?

tj: Na to pytanie próbuje odpowiedzieć każda z religii i odpowiedzi są różne. Chrześcijaństwo wprowadziło na scenę dodatkową postać, a mianowicie szatana. Lucyfer w języku łacińskim znaczy „niosący światło”. To jedno z określeń diabła. Najpierw była piękna, świetlana postać – anioł. Upadły dopiero później, ale ciągle anioł. Przejaw ponadludzkiej inteligencji. Istota pozazmysłowa, pozbawiona tak znamiennej człowiekowi słabości. Lucyfer podejmuje własne decyzje i w odróżnieniu od człowieka, który czasem błądzi, on doskonale wie, co wybiera. Nie będzie wspierał Boga w jego projektach: „Non serviam! Nie będę służył!”. Te słowa, jak tłumaczy teologia, zadecydowały, że ów anioł musiał opuścić komnaty niebieskie.

Człowiek również podejmuje własne decyzje i czasami jego wybory również są wbrew Bogu. Stąd częste pytanie: czy nie byłoby lepiej, gdyby Bóg człowiekowi tę wolną wolę odebrał? Przyglądając się temu światu, rozumiem każdego, kto je zadaje. Najwyraźniej Bóg podjął kontrowersyjną decyzję. Nawiasem mówiąc, za prawo do wolnej woli oberwało się i Bogu. Uwięziono i torturowano, a później przybito do krzyża jego umiłowanego syna. Ale Bóg decyzji podarowania człowiekowi wolnej woli pozostał wierny do końca. Jezus nie zszedł z krzyża. Bóg nie wysłał rydwanów niebieskich, by uwolniły go z przemocy rąk ludzkich.

Cała historia ludzkości jest świadectwem wielu dramatów, które były konsekwencją wolnych wyborów człowieka. Ale nie brakuje w niej również pięknych przykładów korzystania z wolnej woli – myślę o takich wielkich ludziach, jak Janusz Korczak, Maksymilian Kolbe i wielu, wielu innych, których decyzje uczyniły świat piękniejszym, pozwoliły odkryć w nim ślady dobrego Boga.

is: Wolna wola ma związek z człowieczeństwem?

tj: Ma z nim dużo wspólnego. Bez niej tak naprawdę trudno mówić o człowieku. Jest warunkiem sine qua non wejścia w dialog i formowania tego dialogu. To właśnie przez swoje decyzje człowiek staje się tym, do czego został powołany.

ds: Ale zwierzęta też mają wolną wolę. To one decydują o swoim postępowaniu, często podejmują trudne decyzje. Nie docenialiśmy ich umiejętności i inteligencji. Na szczęście dzięki obecnej technologii wiemy o nich coraz więcej. W książce Misterium życia zwierząt Karsten Brensing przedstawia najnowsze badania dotyczące zwierzęcych zachowań. Dzięki nim wiemy, że możliwości większości kręgowców są podobne i zapanowanie akurat człowieka nad światem nie wynika bynajmniej z największych możliwości intelektualnych naszego gatunku. Zwierzęta tak samo jak my tworzą kultury. Można je zniszczyć, zabijając przewodnika, który nadaje ton życiu konkretnej społeczności. A co robił człowiek od zarania dziejów? Polował. Jego celem były zwierzęta najpiękniejsze, największe – właśnie te odpowiedzialne za tworzenie kultur i ewolucję gatunku.

Homo sapiens sapiens – czyli ja, ty, on – okrucieństwo i chęć mordu ma w genach. Ale nie od razu tak było. Nasi praprzodkowie byli zbieraczami i żywili się głównie nasionami, owocami i owadami. Czasem ukradli ptakom jajka, czasem zjedli gąsienicę. Gdy pierwszy raz znaleźli zwłoki zwierzęcia i je zjedli, zauważyli, że można się najeść, nie spędzając dużo czasu na poszukiwaniu orzeszków. Zaczęli zabijać, potem hodować i zabijać, a jeszcze później wędrować i szukać nowych terenów do zabijania. Niestety, również swoich bliźnich.

Nasza obecność na tej planecie od początku była niszcząca. Kiedy już ukształtował się homo sapiens sapiens, równocześnie żyli też neandertalczycy (głównie na terenach obecnej Europy), pokojowo nastawieni do świata prawie wegetarianie. Polowanie nie było ich najmocniejszą stroną. Cały czas funkcjonuje zniekształcony obraz neandertalczyków – przedstawia się ich jako małpoludów, tymczasem byli to rośli, wyprostowani jak i my ludzie, z pokaźnymi, często orlimi nosami. Zniknęli zaraz po naszym przybyciu. Dlaczego? Po prostu homo sapiens sapiens ich wymordował. Zanim to jednak zrobił, krzyżował się z nimi, więc wszyscy nosimy w sobie gen neandertalczyka. Może to ten dobry, dzięki któremu w niektórych przedstawicielach naszego gatunku budzi się miłosierdzie.

is: To by znaczyło, że Bóg nie do końca się pomylił. Skoro żyli też ludzie pokojowo nastawieni...

ds: Na jakichś bagnistych terenach znaleziono doskonale zakonserwowane ciała neandertalczyków, w tym dwudziestoparoletniego mężczyzny z pełnym rozszczepem kręgosłupa. Nawet w dzisiejszych czasach, aby człowiek z tym schorzeniem dożył dwudziestu lat, trzeba się nim niesłychanie odpowiedzialnie i troskliwie opiekować. Jaką opieką musiał więc być otoczony ten neandertalczyk! To świadczy o człowieczeństwie jego pobratymców.

À propos błędu Pana Boga – to nie błąd, ale niecne poczynania Lucyfera. Zatruł jabłko okrucieństwem, i tak już nam zostało.

tj: Można spekulować na wszystkie strony, trzeba jednak pamiętać, że Biblia oraz religia chętnie operują symbolami i obrazami. Symbolika jest ich właściwym językiem. No i nie na wszystkie pytania odpowiadają, a na niektóre odpowiadają fałszywie – jak choćby na to dotyczące obrazu stworzonego przez Boga świata, którym jest płaski ląd z filarami podtrzymującymi nieboskłon. Dlatego nie ma sensu definiować diabła, analizować, skąd się wziął wąż, który skusił Adama i Ewę, zastanawiać się, czy było to jabłko czy jakikolwiek inny owoc, i czy w tamtych rejonach taka sytuacja mogła się zdarzyć. To są wyłącznie symbole, z których wyciąga się pewne przesłania. Nic więcej.

Jeśli chodzi o pojawienie się wolnej woli i zła, z punktu widzenia religijnego o złu można mówić dopiero wtedy, kiedy człowiek odwraca się plecami do Boga, kiedy przerywa z nim dialog. To jest kwintesencja zła w rozumieniu religijnym i przekaz religijny: jeśli pozostaniesz w kontakcie, w łączności z Bogiem, nie wydarzy się zło. Po prostu nie będzie miało jak się wydarzyć.

is: Co to znaczy być „w kontakcie z Bogiem”?

tj: Chodzi o ciągłe dostrajanie naszej „anteny” do sygnałów, które Bóg nam wysyła. Do tego, co do nas mówi. Trzeba szukać „częstotliwości”, na których on nadaje. Wbrew pozorom nie jest to łatwe. Boskie fale nie są jedynymi w eterze. Krąży ich mnóstwo i bezlitośnie się przecinają, powodując zakłócenia. Świat bombarduje nas tysiącem obrazów i przekazów, a nie wszystkie niosą pozytywne przesłanie. Poza tym Bóg nie „nadaje” jedynie w kościele, z ambony. Wręcz odnoszę wrażenie, że z ambony czasem najmniej. Próbuje przekazać nam informacje przez innych ludzi, stworzony przez niego świat, jego piękno i mądrość. Tylko trzeba chcieć ten dialog z Bogiem podjąć, być zainteresowanym odszukaniem jego pasma nadawania. Religia wypracowała wiele technik medytacyjnych, by nie dać się oszukać, zmanipulować czy, posługując się językiem religijnym, nie służyć obcym bogom, bożkom.

is: Temu służy też dziesięć przykazań?

tj: Dziesięć przykazań spisanych przez Mojżesza na Synaju było próbą ujęcia tego, czego Bóg oczekiwał od narodu wybranego. To rodzaj kamieni milowych, które wyznaczają wprawdzie odpowiedni kierunek, lecz nie rozwiązują wszystkich problemów. Jest to bardziej kompas niż system nawigacyjny ze wszystkimi szczegółami i aktualizacją co pięć minut. Ale i owych dziesięć przykazań nie spadło ot tak, z nieba. To był rezultat trwającego wieki procesu podejmowania dialogu z Bogiem, udanych i mniej udanych prób zrozumienia, czego on chce, a czego nie; mozolnego dostrajania się do jego pasma nadawania. Mozolnego, ponieważ życie stawia nas nieustannie wobec nowych wyzwań. Eutanazja, moralność w czasie wojny, aborcja, antykoncepcja, czy można kłamać i być w porządku – to wyzwania, na które trzeba szukać odpowiedzi. Wtedy kompas jest nieodzowny.

Oczywiście można by wszystko uprościć i ustalić, że trzeba być po prostu dobrym, tak jak dobry jest Bóg. Ale można przez to rozumieć wszystko i nic. Bo co to znaczy być dobrym? To trochę tak, jakby ustalić, że najważniejsze w życiu jest kierowanie się miłością. A każdy rozumie przez to co innego. Co znaczy „być uczciwym”, co znaczy „kochać”?

Do Jezusa przyszedł kiedyś uczony w Prawie i chcąc wystawić go na próbę, zadał mu wręcz fundamentalne pytanie: co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Mk 12,30). To jest pierwsze i największe przykazanie. Drugie jest do niego podobne: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (Mk 12,31).

Jaka była pierwsza spontaniczna reakcja uczonego? „A kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,29). Jezus odpowiedział przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,30 – 37), skandalizującą z punktu widzenia tamtego czasu, ale wcale nie mniej skandalizującą w kontekście dzisiejszych przemian społeczno-politycznych. Ewangelia jest ponadczasowa.

Tak naprawdę potrzebne są nam kompas i otwarte serce. Reszta to bagaż, który wprawdzie można ze sobą zabrać, ale nie jest konieczny. A z dostrajania się do częstotliwości nadawania Boga nikt nas nie zwolni, tym bardziej Bóg.

ds: Nie nazywam siebie katoliczką, ponieważ się nią nie czuję, ale głęboko wierzę w siłę sprawczą, najprościej mówiąc – Boga. Codziennie w pewien sposób się modlę. Zawsze, gdy wracam do domu, dziękuję Bogu, że szczęśliwie dojechałam. Zawsze, kiedy jestem w trudnej sytuacji, proszę go o radę: Panie Boże, powiedz mi, co mam zrobić. I zawsze dostaję odpowiedź (choć ktoś może powiedzieć, że to mój wewnętrzny głos). Ponieważ cały czas staram się z Bogiem rozmawiać, to nawet wtedy, gdy czasami jestem na kogoś wściekła, nigdy nie przyjdzie mi do głowy zemsta czy jakieś świństwo. Jeśli nawet zakiełkuje w mojej głowie myśl, aby zrobić coś, co nie jest najlepsze, mój wewnętrzny opór mnie przed tym powstrzymuje. Według mnie na tym polega kontakt z Bogiem. Są ludzie, którzy potrzebują modlitwy „gotowca”, a można się modlić po swojemu. Ale w obu przypadkach modlitwa pomaga.

is: Pytanie, od którego zaczęliśmy rozmowę, brzmi: po co Bóg stworzył człowieka? Czy oprócz tego, że człowiek jest ogrodnikiem, został stworzony także po to, by się rozmnażać?

tj: Żeby się rozmnażać, zaludniać ziemię. W innym przypadku pewne narządy nie byłyby nam potrzebne. Z punktu widzenia religii im więcej będzie ludzi i będą realizowali Boży plan, pozostaną na podobieństwo Boga, tym lepiej będzie na Ziemi. Jest takie piękne powiedzenie: „Jeżeli rodzą się dzieci, to znaczy, że Bóg ciągle w nas wierzy”. Czyli posyła stworzone na jego obraz i podobieństwo istoty, żeby pomnażały dobro. Ciągle nam ufa. To może brzmieć paradoksalnie, gdyż często przestaliśmy ufać sami sobie.

is: Nie jestem przekonana, że im więcej ludzi na Ziemi, tym więcej dobra. Przeludnienie dobru nie służy. Wiem, że to dziecinne pytanie, ale dlaczego Bóg tego nie kontroluje? Może by trochę zweryfikował swoje wcześniejsze założenia?

tj: Masz rację. O tym, czy przetrwamy, będzie decydowała jakość, a nie ilość. Potrzeba nam apostołów dobra, zwiastunów Dobrej Nowiny (jak mówi Biblia). I tych już na Ziemi trochę jest. Pytanie tylko, czy naprawdę chcemy wysłuchać ich głosu.

Co do przeludnienia, teologia mówi, że każdy rodzący się, przychodzący na świat człowiek to dowód, że Bóg jeszcze w nas nie zwątpił, ciągle nam ufa, ciągle pokłada w nas nadzieję. Sam nie wiem, co o tym sądzić. Można ufać, ale w końcu kiedyś trzeba przyjrzeć się faktom. Nie moim zadaniem jest poprawiać Boga. Niech każdy wykonuje swoją robotę. Ja próbuję i myślę, że Bóg też.

Dlaczego Bóg nie może tego kontrolować? Ponieważ jest wszechmocny, wydaje się nam, że gdyby chciał, to by mógł. Odsyłam jednak do historii Jezusa z Nazaretu, umiłowanego Syna Bożego, jak mówi Pismo Święte. Bóg nie zainterweniował, nie zasłonił go przed ciosami oprawców, opluwaniem, koroną cierniową, nie ściągnął z krzyża. Bóg nie ma konstrukcji jednokomórkowego pantofelka. Jest co najmniej tak skomplikowany jak jego świat. Twoje pytanie dotyczy raczej wolnej woli człowieka. Problem ten przewija się przez całą historię ludzkości – historię zła, dobra, przeludnienia naszej planety. Człowiek podejmuje decyzję, czy rozsiewa swoje nasienie…

is: …bezrozumnie. Chociaż… może Bóg jednak czuwa? Może impotencja trzydziestoparoletnich facetów jest wynikiem jego karcącej ręki, a nie konsekwencją siedzenia przy komputerze?

ds: Obstaję przy komputerze. Co do wolnej woli, myślę że jest ona prawie dla każdej religii doskonałym wytłumaczeniem. Gdybym ja była szefem i moi ogrodnicy dokonaliby takiego zniszczenia, to bym się z nimi pożegnała. Jaki to więc szef, który zamiast pilnować porządku, pozwala niszczyć rzeczy piękne i dobre? Niby taki, który daje pełną wolność w wyborach i postępowaniu, ale wówczas przestaje być szefem czy ojcem.

tj: Moim zdaniem wolna wola nie jest żadnym wytłumaczeniem, lecz po prostu faktem. Człowiek może podejmować różne decyzje. Nie mówię o woli absolutnie wolnej, lecz takiej, która pozwala wybierać. To nie jest ani łatwy, ani nowy temat. Trwa odwieczna dyskusja pomiędzy wolną wolą a determinizmem: mamy wolną wolę i sami decydujemy, mamy ją w ograniczonym stopniu (z determinantami zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi) czy nie posiadamy jej w ogóle, a twierdzenie, że ją posiadamy, jest niczym innym jak jedną wielką iluzją. Tak to w skrócie wygląda.

Francis Crick, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, twierdził (a wraz nim do dziś wielu neurochirurgów), że smutek, wspomnienia, radość, ambicje, wybory to nic innego jak „zbiór neuronów”. By to uprościć: wszystkie wybory są sterowane chemią. Ja zdecydowanie wolę, i to z różnych względów, stanowisko Biblii: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście” (Pwt 30,15).

Masz możliwość wyboru! Wybieraj! I twój wybór nie jest bez znaczenia.

is: Mówi się, że człowiek rodzi się dobry. Jednak często wybiera zło.

tj: Z punktu widzenia metafizyki człowiek nie może chcieć zła, bo wszystko, co stworzył Bóg, było i jest dobre. Dlatego człowiek zawsze szuka mniej czy bardziej subiektywnie zdefiniowanego dobra.

Mam na co dzień do czynienia ze złem. Pracuję w berlińskim ośrodku kryzysowym dla dzieci i młodzieży. Są w nim zagubieni młodzi ludzie: Niemcy, Polacy, Koreańczycy. A obok nich uchodźcy po dramatycznych przeżyciach – z Syrii, Pakistanu, Afganistanu. I każdy z tych ludzi na swój sposób, wręcz rozpaczliwie, szuka dobra. Ich wybory są często szkodliwe i kompletnie destrukcyjne, ale każdy szuka, jak umie. Nawet wtedy, gdy któryś z nich sięga po narkotyki, handluje nimi, to na swój sposób rozpaczliwie szuka dobra. Bo nie chce być sam; chce, by ktoś z nim był. Jeśli ktoś w nocy tnie się żyletką, ostrzem nożyka do golenia czy kawałkiem rozbitej szyby, też chce dobra. Żyje często jakby obok siebie, jakby poza sobą, więc choć na chwilę chce siebie poczuć. Branie narkotyków, upijanie się czy samookaleczenia mają często wspólny mianownik: by gdzieś tam, głęboko, w środku, mniej bolało. Są więc często rozpaczliwym poszukiwaniem pewnego rodzaju „dobra”, choćby ulotnego i jedynie na chwilę, z bolesnymi konsekwencjami później. Nawet ktoś, kto zadaje ból innym, rani ich, też szuka czegoś, czego mu brak lub przed czym ucieka.

Wiem, że to śliski temat. Nie twierdzę, że trzeba takie zachowania zrozumieć i akceptować. Nie trzeba, a często akceptować nawet nie wolno. Lecz nie boję się tematu patologii, bo patologia, jak podpowiada etymologia tego słowa, to również cierpienie (gr. pathos – cierpienie). Dlatego jestem wdzięczny teologii moralnej, że nauczyła mnie rozróżniać pomiędzy człowiekiem a jego czynem, między słabością a osobą, która się za nią ukrywa, między złem a człowiekiem, który się go dopuszcza. W złu jest więcej cierpienia, niż zdajemy sobie sprawę.

Jeszcze kilka zdań o inercji Boga. Faktycznie często ma się wrażenie, że popadł w bezruch. Tak my to w każdym razie odbieramy. Ale to jeszcze nie znaczy, że tak jest. Po prostu nie interweniuje tak, jak byśmy tego oczekiwali. Czy jest zbyt leniwy? Obojętny? Nie bardzo to pasuje do obrazu Boga miłości, prawda? A może on wcale nie jest taki wszechmocny, jak byśmy tego chcieli? Ale czy Bóg zawsze wszystko musi? Czy nie wystarczy, że jest miłością? Pytanie o tyle na miejscu, że miłość, ta prawdziwa, ponoć nie stawia warunków. Czy kochalibyśmy go dalej, wiedząc, że wcale wszechmocny nie jest? To też pytanie o jakość naszej miłości do niego. Poza tym tak naprawdę Bóg wcale za zło karać nie musi. Świat niejako sam siebie karze. Sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. W tym miejscu nie zgadzam się z katechizmem Kościoła katolickiego i uważam, że Bóg wymierzaniem kary wcale nie jest zainteresowany.

is: Może Bóg jest obserwatorem i stoikiem?

tj: Istnieje teoria, że Bóg puścił wszystko w ruch i obserwuje, co się dzieje. Ale chrześcijaństwo jej nie przyjęło, i słusznie. Obraz stoickiego, obserwującego z bezpiecznej odległości Boga zupełnie nie byłby spójny z obrazem Boga, jaki roztacza przed nami ewangelia. Bóg Nowego Testamentu, Bóg ewangeliczny, jest Bogiem na wskroś empatycznym.

ds: Jakoś nie umiem tego zaakceptować, bo dla mnie dobroć rodzi chęć pomocy każdemu, kto tego potrzebuje. Absolutnie nie zgodzę się też z tezą, że człowiek rodzi się dobry w założeniu. W każdym ludzkim mózgu są ośrodki odpowiedzialne za „zło”.

tj: Zło jest kategorią moralną, wynikiem dokonanych wyborów, nie należy jednak stricte do wartości porządku ontologicznego. Człowiek jako dzieło Boga rodzi się dobry. Na obraz Boga przecież został stworzony. „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31).

ds: Zło jest kategorią moralną, ale agresja prawie zawsze prowadzi do zła. Oczywiście bywa potrzebna, choćby po to, by obronić się przed „złem”, jednak wyzwala w nas chęć zemsty, zadawania bólu czy tortur. Każdy mózg jest potencjalnie „agresywny”. Wszystko zależy od tego, w jakich okolicznościach dorasta. Jeśli od początku doświadcza agresji, widzi przemoc i uznaje ją za jeden ze sposobów na zaspokajanie swoich potrzeb, będzie agresywny w przyszłości. I nie ma znaczenia, czy chodzi o człowieka, słonia czy psa. W każdym stworzeniu drzemie naprawdę duży potencjał zła, ale i zachowań nazywanych dobrymi – mam na myśli empatię, łagodność, wyrozumiałość. Wszystko zależy od doświadczeń, jakie nabywamy podczas dorastania. Nie można też zapominać o genach – spuściźnie przodków. To dlatego w jednych bardzo łatwo obudzić „diabła”, a w innych „anioła”. Tak czy inaczej, nosimy w sobie jednego i drugiego.

is: W filozofii Wschodu mówi się, że każdy z nas jest dwoisty: ma jasną stronę i cień.

tj: Tradycja chrześcijańska zna powiedzenie: w każdym z nas istnieje coś z mordercy, złoczyńcy, ale i świętego. Podoba mi się metafora jasnej strony i cienia. Lecz pomiędzy światłem a cieniem istnieje cała gama odcieni, więc nigdy nie jesteśmy całkiem dobrzy ani całkiem źli. Świadomość tego uczy pokory i chroni przed wytykaniem innych palcami. Nie akceptuję podziału na dobrych i złych, sprawiedliwych i niesprawiedliwych; zresztą one w życiu tak naprawdę bardzo rzadko się sprawdzają. Pamiętam moje oburzenie z czasu studiów, kiedy na wykładach teologii usłyszeliśmy, że z jej punktu widzenia nie da się z pewnością stwierdzić, że Hitler poszedł do piekła. Nam, biorąc pod uwagę ogrom zła, jakie sprowokował, wydawało się to tak oczywiste, że nawet niepodlegające dyskusji. A jednak miało jej podlegać. Miało podlegać, bo nie wolno sprowadzić do jednego mianownika czynu i człowieka, który jest tego czynu bezpośrednim autorem.

is: No właśnie, w chrześcijaństwie rodzimy się, umieramy i idziemy do piekła lub do nieba. Czy mógłbyś przystępnie wyjaśnić, czym jest niebo?

tj: Cytat z Biblii: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9). To najpierw może tyle zamiast rozległych teologicznych dywagacji. Oczywiście człowiek próbuje sobie te rzeczy wyobrazić, więc mówi o „niebie”, czyli czymś ponad ziemskim padołem i wszystkim, czego na nim doświadczamy. Czymś nieskończenie poza nami, dla nas nieosiągalnym, dlatego znajdującym się w górze. To już wszystko, co wiemy na temat nieba. Później chyba tylko rodzaj jakiejś świętej intuicji może się na coś przydać. Jeśli zbiorę wszystko, co wiem o Bogu – co latami studiowałem przy biurku i na kolanach; to, jak go doświadczałem – myślę, że w niebie będę małym dzieckiem z dużymi, pięknymi oczyma. Z dziecięcym ciekawskim, ale i głębokim spojrzeniem. I zobaczę tam świat wokół mnie, Boga, siebie, ludzi, których kochałem, i tych, których kochałem nie bardzo, zwierzaki i rośliny. A wszystko to jakby po raz pierwszy. Inaczej. Jak nigdy dotąd. I będzie mi z tym tak cholernie dobrze, że nigdy nie będę chciał dorosnąć. A Boga poproszę, by się ze mną chociaż raz pobawił w chowanego, tym razem jednak już nie z nadzieją, lecz absolutną pewnością, że odnajdę go w każdym z jego stworzeń.

To taka moja, bardzo osobista, wizja nieba. I ja naprawdę jak głupi (albo jak dziecko) na nią się cieszę. Już teraz.

ds: Przypomniał mi się dowcip. Małżeństwo emerytów, którzy przez całe życie zdrowo się odżywiali, gimnastykowali, uprawiali sport, wykupiło pobyt w rajskim zakątku świata – pływanie na desce. Pewnego dnia zdarzył się wypadek. Zginęli oboje. Stoją przed bramą do nieba, otwiera im święty Piotr: „Wchodźcie kochani! Zapraszam!”. Prowadzi ich do luksusowego domu: „Będziecie tu mieszkać”. Otwiera lodówkę, a w niej aromatyczne, najbardziej niezdrowe potrawy: „Jedzcie, ile chcecie!”. Otwiera barek, w którym stoją przeróżne alkohole: „Pijcie, ile chcecie!”. Otwiera garaż, a w nim superszybki samochód. „Możecie nim jeździć, dokąd chcecie! To wszystko dla was. Teraz możecie robić, co chcecie!” Na co mąż zwraca się do żony: „Ty głupia babo, gdyby nie te twoje płatki owsiane, bylibyśmy tutaj dużo wcześniej!”.

tj: Myślę, że zamieniłbym zdrowe płatki owsiane na dobry koniak, choć nie wiem, czy wyszłoby mi to na zdrowie. A poważnie, nasuwa mi się pytanie, na jakich obrotach powinniśmy żyć. Odpowiedzi mogą być różne: żyć na full, nawet za cenę tego, że krótko, czy umiarkowanie i rozsądnie, więc może dłużej. Osobiście, tak na co dzień, spontanicznie, wolę na full, i mam na to swoje argumenty, ale wracając do tematu nieba… Mógłbym powiedzieć, jak katolicyzm czy, szerzej, chrześcijaństwo widzi niebo, ale myślę, że to niewiele wyjaśni, ponieważ znowu będzie to obraz symboliczny. Może lepiej powiem, jak ja je postrzegam. Dla mnie niebo to przestrzeń, w której po raz pierwszy w życiu może będę się czuł bezpieczny i naprawdę świadomy. Nawiążę prawdziwą, głęboką więź z całym – nie wyłączając zwierzęcego – światem, jak jeszcze nigdy dotąd (bo dzisiaj nasze kontakty z ludźmi są bardzo powierzchowne). I zasiądę z Bogiem przy jednym stole. Mam do niego jeszcze niejedno pytanie.

is: Buddyści nazywają to oświeceniem. Myślę, że na palcach jednej ręki znalazłabym katolików, którzy dążyliby do tego stanu umysłu. Bo do oświecenia możemy dojść tylko świadomą pracą.

ds: Ciężką pracą. To mój jedyny zarzut do buddyzmu. Uważam buddyzm za filozofię niesłychanie egoistyczną. Zauważcie, że aby dojść do oświecenia, trzeba cały czas się kontrolować, być uważnym, ale uwagę skupiać nie na otoczeniu, lecz wyłącznie na sobie. Ale kocham buddyzm za coś innego. Cenię Buddę jako człowieka, darzę go wielką sympatią i jestem przychylna większości odłamów buddyzmu za szanowanie każdego życia, nie wyłączając zwierząt.

tj: Zwłaszcza że zwierzęta pozostają w zdecydowanie lepszym kontakcie z Bogiem niż ludzie. Wygnanie z raju dotyczyło człowieka, nie zwierząt, które tylko potulnie poszły za nim. One tę najgłębszą, ciągłą łączność z ich stwórcą zachowały. Według teologii tylko zwierzęta nie są skażone grzechem pierworodnym, który spowodował, że każdy człowiek rodzi się ze zniekształconym kontaktem z Bogiem, co, jak już powiedzieliśmy, implikuje całe zło.

ds: Nie zgodzę się, że zwierzęta poszły z dobrej woli. Człowiek nawet ich nie prosił, lecz zniewolił, zmusił i odebrał im godność należną każdemu życiu. Nasza „wolna wola” wywiodła nas na manowce, a nawet zwróciła przeciw Bogu. Odrzuciliśmy jego polecenia, nie posłuchaliśmy, ale konsekwencje tego dotknęły nie tylko człowieka. Trwają do dziś i największą cenę za „grzech pierworodny” płacą zwierzęta. Czymże więc jest „wolna wola”? Darem czy raczej karą dla całego świata? Pojawia się tu pewna niespójność. Wolna wola znaczy, że człowiek decyduje o swoim postępowaniu. Chociaż Bóg powiedział mu: „Nie wolno ci zjeść owocu z drzewa wiedzy złego i dobrego”, człowiek to zrobił, bo taką miał wolę. To człowiek podjął więc decyzję o swojej wolnej woli, a nie Bóg mu ją dał. Uważam to za trochę bez sensu, ale... Czy gdyby Adam i Ewa nie zjedli jabłka, to byśmy tej wolnej woli nie mieli?

tj: Ale gdyby człowiek nie otrzymał wolnej woli w wyposażeniu, Adam i Ewa nie zjedliby owocu z zakazanego drzewa.

ds: Tak, jednak bez skosztowania zakazanej wiedzy pozostalibyśmy niewinni. Poza tym skoro to Bóg dał nam wolną wolę, dlaczego wymierzył karę za skorzystanie z daru? Jeśli komuś coś dajesz, to już należy do niego i może z tym zrobić, co chce. Poza tym skąd pierwszy człowiek miał wiedzieć, że sprzeciwienie się nakazowi Boga jest złe? Dowiedział się dopiero wtedy, gdy ten owoc zjadł. Choć chyba nie do końca się dowiedział, bo krzywdzi i nie czuje się winny.

tj: Wiedział, że spożywania z tego drzewa Bóg nie pochwala; że to się może źle skończyć. Wiedział też, że nadużywa zaufania kochającego Boga, a tym samym kombinuje za jego plecami.