Uśmiech gekona. Azja jakiej nie znacie - Dorota Sumińska - ebook
Opis

AZJA WEDŁUG DOROTY SUMIŃSKIEJ

Może to azjatyckie korzenie po tatarskiej prababce, a może fascynacja Dżyngis-chanem, ale Azja zawróciła mi w głowie już dawno. Wdzierała się powolutku. Najpierw musnęła ciepłym wiatrem znad Morza Czarnego, aby po latach zaciągnąć na Borneo. Już tak mam, że jeśli coś mnie zachwyci, muszę się tym podzielić. Chciałabym zarazić Azją wszystkich, którym drogie są losy naszej planety. Na pewno inne strony świata też są warte ochrony, ale Azja ginie w wielości cywilizacyjnych innowacji. Czy można ją jeszcze uratować? Na pewno, ale musimy zobaczyć ją inaczej.  Dorota Sumińska

Jej pasją są egzotyczne podróże. Odwiedza niedostępne zakątki Azji, dociera do przyrodniczych „rajów”, miejsc, w których ludzie, przyroda i zwierzęta żyją w symbiozie.

Spaceruje  wśród waranów, pływa z delfinami, bawi się z langurzymi dziećmi, a to tylko kropla w morzu azjatyckich cudowności. Dorota Sumińska, mówi, że Indochiny skradły jej serce na zawsze. Tam pokochała uśmiech Buddy i jego wyznawców. Na Borneo zobaczyła rudego człowieka lasu. Za sprawą małpich karesów poczuła, że naprawdę należy do rodziny człowiekowatych. Na Sri Lance wśród jadowitych węży zachowała zimną krew i poznała cudowne antidotum na śmiertelny jad. W Indiach kąpała młode słonie i tropiła tygrysa. Suczka, której Dorota Sumińska uratowała życie, znalazła dom i przyniosła szczęście domownikom.

Książka Uśmiech gekona. Azja, jakiej nie znacie to osobisty przewodnik po Azji według Doroty Sumińskiej, która od dwudziestu lat, przemierza ten pełen skrajności kontynent, w którym pogodni znajdują spokój, złośliwcy – gniew, malkontenci utwierdzają się, że świat jest do bani, a szczęśliwcy pozostają szczęśliwi.

Dorota Sumińska – lekarz weterynarii z wieloletnią praktyką, psycholog zwierzęcy z zamiłowania, od kilku lat prowadząca popularne radiowe i telewizyjne programy o zwierzętach. Autorka poradników i książek o zwierzętach, w tym bestsellerów Autobiografii na czterech łapach, Dalej na czterech łapach, Zwierza w łóżku, powieści Świat według psa, Zwykłe, niezwykłe życie, Historie, które napisało życie oraz książek dla najmłodszych pt. Wierzę w jeże.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 126

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Redakcja: MARIA ROLA
Korekta: ANNA DOBOSZ, DOROTA TRZCINKA, MAŁGORZATA WÓJCIK
Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI
Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z archiwum autorki.
Skład i łamanie: Infomarket
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
Zdjęcie na okładce: © Juan Facundo Mora Soria / Getty Images
© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2014
ISBN 978-83-08-05639-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

W OJCZYŹNIE ORANGUTANÓW

BORNEO

Syn mojego Tomka, Piotrek, zawołał: – Dokąd wy jedziecie?! Przecież to koniec świata i dalej już nic nie ma. Przypomnieliśmy mu, że Ziemia jest okrągła i tak czy siak trafimy do domu. Moja córka Marta nie miała obaw. Wie, że tam, gdzie rządzi bogactwo przyrody, dam sobie radę. A Borneo to niezliczona ilość gatunków zwierząt i roślin, w tym wciąż jeszcze niepoznanych.

Wyruszyliśmy w styczniu 2012. Podróż była długa i męcząca. Najpierw Pekin, potem Manila. Ze stolicy Filipin lot na Borneo, do Kota Kinabalu, i następny do Sandakanu – miasta w malezyjskiej prowincji Sabah. Najpiękniejszej części Kalimantanu, bo tak nazywają swoją część Borneo tubylcy.

Rudy człowiek lasu – orangutan

To naprawdę ogromna wyspa. Trzecia co do wielkości po Grenlandii i Nowej Gwinei. Dwie trzecie Borneo należy do Indonezji. Północne prowincje Sarawak i Sabah to borneańska Malezja. Obok tuli się maleńki, ale bardzo bogaty sułtanat Brunei. Wszystko za sprawą ropy naftowej. Na wschodzie wyspy wydobywa się nie tylko ropę, ale i gaz ziemny. Południe i zachód mają kamienie szlachetne, a środek złoto.

Tyle bogactwa, a ludziom wciąż mało. Wydzierają wyspie to co najcenniejsze – lasy. Niezmierzone bogactwo egzotycznego drewna warte całego złota świata ląduje na tarasach. Wycinka drzew niszczy domy milionom gatunków zwierząt, których dużej części nawet nie znamy. Co zostaje na grobie lasu? Pustynia obsadzona palmami olejowymi. Tysiące kilometrów palm, których tłuste owoce zawładnęły duszami Borneańczyków. Tak jakby nie zdawali sobie sprawy, że tani olej nie jest wart jednego centymetra wyciętego lasu. Niszczą to, co dla nich i wyspy najbardziej wartościowe. Bogactwo fauny i flory porównywalne z Amazonią. Niektórzy twierdzą, że Borneo przewyższa pod tym względem amazońską dżunglę.

Turyści nie przylatują na wyspę, aby podziwiać palmy olejowe. Chcą zobaczyć rudego człowieka lasu – orangutana, nosacza, langura i słonia pigmejskiego. Za chwilę już ich tam nie będzie.

Ja oddałabym kilka lat życia za uratowanie domu orangutanów. Zawsze marzyłam o spotkaniu z dużym kuzynem. Podziwiałam osiągnięcia amerykańskiej badaczki goryli Dian Fossey. Dużo o niej słyszałam, bo mój dziadek korespondował z tą niezwykłą kobietą. Oddała życie za goryle i doskonale ją rozumiem. Zginęła w Rwandzie z rąk kłusowników, tak samo jak wielu z jej podopiecznych. Spoczywa pośród nich, na szczycie góry, gdzie sama założyła kiedyś cmentarzyk. Nim to się stało, zachwyciły ją goryle rodziny. Troska o dzieci i poświęcenie, to, że małpia matka prędzej zginie, niż odda swoje maleństwo. W dniu gdy pewna gorylica tak mocno jej zaufała, że podała jej malutkiego synka, poczuła, że trzyma w dłoniach los wszystkich goryli.

Potem inne badaczki, jak Jane Goodall, poświęcały się obronie naczelnych. Pewnie gdybym urodziła się w wolnym świecie, też ruszyłabym z odsieczą. Teraz, gdy wybierałam się na Borneo, mogłam na własne oczy zobaczyć, co udało się innym. W pewnym sensie zaczęło się jeszcze w Polsce. To był czas, gdy znana na całym świecie fundacja rozpoczęła akcję pomocy dla borneańskich orangutanów. W telewizji pokazywano ich piękne twarze i wiele mówiło się o wycince lasów deszczowych. Jakiś tydzień przed wylotem zadzwonił telefon. Sympatyczny damski głos zapytał, czy nie dołączyłabym do fundacji, aby zachęcić Polaków do pomocy rudym braciom z lasu. Odpowiedziałam, że bardzo chętnie, ale po powrocie z wyprawy, bo tak wspaniale się składa, że będę mogła sprawdzić osobiście skuteczność takich akcji.

W Sandakanie wylądowaliśmy wieczorem. Wiedzieliśmy, że mamy jechać do Sepiloku, gdzie czeka zarezerwowany pokój. Kilkaset metrów od Sepilok Orang Utan Rehabilitation Centre. Na lotnisku miał czekać samochód, ale trudno było go rozpoznać. Jak wszędzie tłum chętnych przewoźników. Powtórka z Kochi. Przystanęliśmy z boku, aby zapalić papierosa. Jak spod ziemi wyrósł uśmiechnięty Malezyjczyk – nasz kierowca. „Dorota from Poland?” – usłyszałam i jakże się ucieszyłam. Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy do ośrodka ratującego orangutany. Udało się spotkać szefową, panią Sue Sheward, i głównego lekarza weterynarii, doktora Nigela Hicksa.

Moje pierwsze pytanie: – Czy dostajecie pomoc od fundacji X? – Sue, drobna blondyna w średnim wieku, spojrzała mi głęboko w oczy: – Nie dostaliśmy nawet centa – odpowiedziała i zaraz dodała: – Jedyną ich zaletą jest to, że pokazują światu tragiczną sytuację orangutanów. Doktor Nigel w ogóle się nie wypowiedział, ale usta otworzyły mu się, gdy zapytałam o podopiecznych.

Orangutan jest z natury spokojny

Orangutan to w lokalnym języku „człowiek lasu”. Słowo „człowiek” nie bardzo doń pasuje, bo nie ma naszych obrzydliwych cech. Z natury spokojny, nie szuka zwady. Zanim ludzie wtargnęli na jego terytoria, żył zgodnie z rytmem dnia. Co wieczór szykował sobie wygodne łoże w koronach drzew. Rano zjadał kilka fig lub innych owoców i ruszał w obchód po swoich włościach. Panowie mogli po drodze spotkać atrakcyjne damy, a dzietne panie pochwalić się rodzinie pociechą. Spotkania były sporadyczne, bo orangutany żyją samotnie. Potrzebują dużych terytoriów, aby się wyżywić. Nie znaczy to wcale, że stronią od znajomych. Matki witają się z córkami i podziwiają wnuki, a młodzież męska lubi wspólnie pobaraszkować. Powstają więzi i choć są dość luźne, to jednak trwałe. Tak przynajmniej było do czasu, gdy ludzie zaczęli wycinać lasy. Ojcowie nie brali udziału w wychowywaniu dzieci. Dorosłe samce w ogóle nie interesowały się maluchami. Gdyby było inaczej, mogłoby nie wystarczyć pożywienia dla całej rodziny. Za to orangutanie matki są wzorem dla ludzkich. Nigdy nie tracą cierpliwości. Nie rozstają się z dzieckiem przez siedem pierwszych lat. Uczą wszystkiego, a przede wszystkim czułości. Potem ich córki przekażą to swoim dzieciom.

Nie mogłam oderwać oczu od rudych mam tulących swoje maleństwa. Było w tym coś ludzkiego w najlepszym wydaniu. Błogi spokój w oczach matki całującej wydęty brzuszek. Każdy ruch wyważony, nic z nerwowości i pośpiechu. Bo czyż można się spieszyć, celebrując macierzyństwo? Nie można, choć nie wszystkie ludzkie rodzicielki o tym pamiętają. Za to te z Sepiloku, przybrane, ludzkie, są jak prawdziwe. To nic, że często są mężczyznami, to nic, że ludźmi, to nic, bo umieją kochać jak orangutany. Do centrum rehabilitacji trafiają osierocone orangutaniątka. Do dziś morduje się ich matki, aby odebrać im dziecko i sprzedać na targu. Za ten haniebny proceder trudno winić tylko kłusowników. Najczęściej są bardzo biedni i nie wiedzą, co czynią. Prawdziwe bestie to ci, którzy kupują porwane maleństwa.

Z całkowitą pewnością można powiedzieć, że emocjonalna wrażliwość orangutana przerasta ludzką. Dziecko, które przeżyło śmierć matki, jest okaleczone na bardzo długo. W jego normach emocjonalnych nie mieści się strach i ból najbliższej mu osoby. Wymaga specjalnej troski i zrozumienia. W Sepiloku osierocone orangutaniątko trafia w ramiona matki zastępczej. Płeć nie gra roli. Potrzebna jest miłość i wiedza.

Byliśmy świadkami niezwykłej sceny. Młody samiec wyszedł z lasu i zauważył swoją ludzką „mamę” – młodego Malezyjczyka. Padli sobie w ramiona i stali przytuleni przez dobre dziesięć minut. O Boże, jak im zazdrościłam. Taki międzygatunkowy wyraz miłości jest jak podróż do raju. I przez chwilę można tam zostać.

Gdy maluchy dorastają, idą „na swoje”. Oczywiście nikt ich nie wyrzuca, ale mają otwartą drogę do lasu – swojego prawdziwego domu. Aby ułatwić im przeżycie w kurczącym się środowisku, codziennie wykłada się jedzenie. Jeśli sobie nie poradzą, zawsze mogą wrócić „do domu na obiad”. Tuż obok centrum zamontowano na drzewach specjalne platformy, gdzie dwa razy dziennie pracownicy przynoszą kosze owoców i warzyw. Kto chce, ten korzysta. Najczęściej przychodzi młodzież, która niedawno opuściła ORC. Najbardziej wzruszające jest to, że wszystkie młode mamy wracają, aby przedstawić swoje dziecko „babci”. Robią to samo, co zrobiłyby w stosunku do rodzonej matki.

Sue i Nigel zauważyli zupełnie nowe zachowanie orangutanów. Jak już wspomniałam, ojcowie nigdy nie byli zainteresowani latoroślą. Fakt, że wychowywali się w towarzystwie innych sierot, wyzwolił w nich silne więzi społeczne. Zaczęli towarzyszyć przyjaciółkom z dzieciństwa, a te z dumą pokazują im maleństwa. Są wyraźnie zainteresowani potomkiem. Taka zmiana niesie ze sobą smutne dla gatunku konsekwencje. Bez ludzkiej pomocy orangutany nie zdobędą wystarczającej ilości pożywienia. Zresztą w tej chwili i tak nie mają szans. Lasy zmniejszają swoją powierzchnię z dnia na dzień. W Malezji wycięto już prawie wszystko. Zostało kilka plamek na mapie plantacji palmy olejowej. Za to Indonezja tnie dalej na potęgę i za chwilę też nic nie zostanie. To „nic” to właśnie dom współczesnego orangutana. I nie tylko, bo Borneo jest ojczyzną wielu gatunków małp i innych zwierząt. Wszystkie są zagrożone. Na plantacjach nie mają czego szukać, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby zabraknąć nosaczy. Żyją tylko na Borneo. Dziś dzięki telewizji prawie każdy wie, jak wygląda małpa z wielkim wiszącym nosem. Jeśli nie uratujemy ich ojczyzny, zostanie tylko obraz z ekranu.

My mieliśmy szczęście spotkać nosacze w Proboscis Monkey Sanctuary – miejscu stworzonym bardziej dla turystów niż nosaczy. Te poradziłyby sobie bez dokarmiania, i to nie zawsze zgodnego z ich zapotrzebowaniem. Jedyna korzyść to kontrola nad liczebnością grupy i stanem jej zdrowia. Godzina jazdy samochodem z Sepiloku. Z jednej strony zatoka Labuk, z drugiej las deszczowy i plantacje palmy olejowej. Zadaszone tarasy i platformy „jadalne” dla nosaczy. Zastawiane są dwa razy dziennie, a małpy przychodzą lub nie.

Nosacze żyją tylko na Borneo

Nosacze żyją w dużych grupach rodzinnych. Najważniejszy jest lider z ogromnym nosem – atrybutem władzy i męskości. Harem kilkunastu małżonek z dziećmi i dorastającymi pannami, no i oczywiście banda młodzieniaszków. Nawet największy nos nie daje gwarancji wierności żon, które dość często dają się zauroczyć nosowi innego lidera. Ten z zatoki Labuk był tak skupiony na pilnowaniu pań, że nawet nie miał okazji porządnie się najeść. Nazwałam go papą. Może dlatego, że miał w sobie dużo godności. Nie wdawał się w pyskówki z innymi panami. Rozglądał się nerwowo, czy aby wszystkie połowice są na miejscu. Nie było to łatwe, bo panie kłóciły się o dary ze stołu i miejsce ich spożywania. Młodzieńcy trzymali się z daleka. Tworzyli dość zwartą grupę. Dużo śmielszą niż ta wkoło papy. Podchodzili bardzo blisko, a nawet wchodzili na obserwacyjne podesty. Dzięki temu mogłam dokładnie lustrować ich urodę.

Natura ubrała nosacze z wielką starannością. Mają nawet białe rękawiczki. Nosy dzieci i pań są niewielkie i kokieteryjnie zadarte. U panów powiększają się wraz z wiekiem. Zwisają jak dorodny bakłażan i gdy sięgną brody, można ubiegać się o pozycję lidera i ojca. Nosacze mają nie tylko wielkie nosy. Ich brzuchy wyglądają jak przed rozwiązaniem. To konsekwencja diety. Jedzą bardzo dużo liści i ich żołądki są wielokomorowe jak u przeżuwaczy. Jest jeszcze coś, o czym nie piszą znane mi przewodniki po borneańskiej przyrodzie. Kolorowe męskie genitalia. Nie są duże, więc nie od razu rzucają się w oczy, ale z bliska zadziwiają. Lśniąca purpura na tle równie lśniącej czerni.

Jednak to nie nosacze dostarczyły nam najbardziej niezwykłych przeżyć. Podczas naszej pierwszej wizyty w sanktuarium nie zastaliśmy ich. Przybyła za to spora grupa srebrnych langurów. To subtelne i niepłochliwe małpy wielkości rezusów. Czeszą się na irokeza i mają bardzo mimiczne, ciemne twarze. Było wyjątkowo gorąco, więc szukały cienia. Zajęły ławki i stoliki, a dzieci rozpoczęły szalone gonitwy. I jak to dzieci, narobiły bałaganu. Nikomu to nie przeszkadzało, wręcz odwrotnie. Moją uwagę zwróciła śliczna blondyneczka o imieniu Sei Czi. Langury rodzą się w rudoblond pilotkach, które z czasem nabierają srebrnej barwy. Jej główka była jeszcze „przed czasem” i lśniła złotem.

Powiedziałam: – Chodź do mnie, dziewczynko – i... przyszła, a za nią korowód innych dzieci. Mamy natychmiast postawiły swoją czujność w stan pogotowia. Patrzyły, czy aby duża małpa nie zrobi nic złego dzieciakom. A one? Bawiły się mną przez dobre półtorej godziny. Skakały po głowie, wspinały po nogach i ramionach, a z szortów Tomka zrobiły namiot. Fotografował całe zajście i nawet nie zauważył, jak dwójka szkrabów postanowiła schować się w nogawkach.

Szef sanktuarium, który przybiegł z aparatem fotograficznym, powiedział, że nic takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Tajemnica tkwiła w dłoniach. Już wcześniej ostrzegałam, aby trzymać je przy sobie. Tylko dzięki temu, że ani razu nie użyłam ich zgodnie z przeznaczeniem, langury nabrały do mnie zaufania. Owszem, korciło mnie. Wiedziałam jednak, że jeden gest może zakłócić sielankę. Langury to nie makaki, choć należą do tej samej rodziny. Z natury są bardzo przyjacielskie, ale przestraszona matka może po prostu zabrać dziecko. Z pewnością nie ugryzłaby, jednak nie pozwoliłaby na zabawę z dziećmi. Mama Sei Czi nie tylko się nie bała, ale na koniec zrobiła mi równie słodki jak karesy jej córki prezent. Podeszła od tyłu i objęła mnie najczulej, jak umie matka. Myślę, że potraktowała mnie jak duże dziecko, skoro dałam się sobą bawić.

Aby doświadczyć podobnych przeżyć, trzeba mieć dużo szczęścia. Langury przychodzą do sanktuarium bardzo rzadko. Ale najpierw trzeba dotrzeć na Borneo.

Langury rodzą się w rudoblond pilotkach, które z czasem nabierają srebrnej barwy

PSIA WYSPA

PALAWAN, FILIPINY

Mam słabość do wysp. Filipiny składają się wyłącznie z wysp, więc nie mogłam się oprzeć, by tu nie wylądować. I nie zawiodłam się. Co prawda stolica kraju, Manila, do tej pory wraca do mnie jak w koszmarnym śnie, ale cała reszta to piękna bajka. Trafiliśmy na całkiem dużą wyspę Palawan. Zanim to się stało, trzeba było dolecieć do jej stolicy, miasta Puerto Princesa, a to wiązało się z przelotem liniami Cebu Pacific. Zresztą nalataliśmy się nimi do syta. Cztery razy braliśmy udział w podniebnej ruletce. Linie są uważane za jedne z najgorszych na świecie. Nie są wypadkowe. Stan techniczny samolotów pozostawia jednak tak wiele do życzenia, że żadne europejskie lotnisko nie przyjęłoby takiej maszyny.

Lot liniami Cebu Pacific jest pełen wrażeń

Z pozoru samolot wygląda normalnie. Wszystko zaczyna się, gdy zamkną się drzwi za ostatnim pasażerem. Miły głos kapitana informuje, że lądujemy za dwie godziny. Startujemy. Zaraz potem rozpoczyna się konkurs śpiewaczy. Każdy, kto chce, może dać upust talentom wokalnym. Repertuar dowolny. Stewardesy dysponują mikrofonem godnym estrady. Przez większą część lotu samolot rozbrzmiewa zawodzeniem domorosłych artystów. Wszystko po to, by zagłuszyć gasnące co pewien czas silniki. Podejrzewaliśmy, że to swoista oszczędność paliwa. Potem zwycięzca dostaje nagrodę. Płaszcz przeciwdeszczowy albo równie praktyczną torbę. Lądujemy. O dziwo, po czterdziestu minutach. Podczas lotu nie ma co liczyć na bezpłatny poczęstunek. Raz skusiliśmy się na kanapkę. Była zielonkawa od pleśni. Mimo to lot wydał nam się przygodą z innego wymiaru i co dziwne, nie baliśmy się. Po powrocie do Polski Tomek sprawdził opinie o Cebu Pacific i nie znalazł żadnej informacji o wypadkach.

Jak już wspomniałam, termin przylotu miał się nijak do tego, co ogłosił kapitan. To znamienne dla Filipin. Tu czas płynie swobodnie w obie strony. Na początku trudno się przyzwyczaić. Szczególnie na lotnisku, gdy na bilecie widnieje jak wół, że odlatujemy o dziewiątej rano. Stawiamy się punktualnie, ale startujemy po dziesiątej, a na dodatek docieramy do celu półtorej godziny wcześniej, niż przewidywał plan lotu. Tak było za każdym razem, gdy lecieliśmy samolotem, więc to nie przypadek. To samo dotyczy podróży na lądzie.

Na lotnisku w Puerto Princesa wynajęliśmy samochód z kierowcą do miejscowości Port Barton. Przynajmniej połowa trasy prowadzi przez skalne półki i błotniste niby-drogi, konieczny jest więc napęd na cztery koła. Zapytałam kierowcę, kiedy będziemy w Port Barton. Spojrzał w niebo, potem na zegarek i oznajmił, że za dwie godziny. Po dwóch godzinach nieśmiało powtórzyłam pytanie. Znów zlustrował niebo i cyferblat i wspomniał o godzinie. Ostatecznie rozciągnęła się trochę, bo trwała trzy razy dłużej, ale na miejsce dotarliśmy bezpiecznie. Nie wiem tylko, do czego służył zegarek. Może filipińskie wskazówki poruszają się wolniej?

Port Barton to bajkowe miasteczko. Choć nie ma tu nawet centymetra chodnika ani asfaltowej drogi, są prawa miejskie. Ulice mają nazwy i stoi kilka domów w kolonialnym stylu. To właśnie za panowania Anglików Port Barton przeżywał czasy świetności. Był miejscem wypoczynku elit i bazą dla morskich wycieczek. Wcale się temu nie dziwę, bo tak pięknych widoków jak tu nie ma na świecie zbyt wielu. A do tego ludzie. Uśmiechnięci, życzliwi i jacyś tacy „czyści”. Otwarci i chętni do rozmowy. Nieskażeni lękami nas – ludzi z Zachodu.

Najlepszym przykładem ich życzliwości była nasza wizyta w kościele. Prawie wszyscy Filipińczycy to chrześcijanie. Inne religie to zaledwie jeden procent społeczeństwa. Głównym wyznaniem jest katolicyzm. Jakże inny niż nasz.

W niedzielę postanowiliśmy pójść na mszę. Rozpoczynała się o dwunastej. Drewniany skromny kościół, bardziej przypominający wiatę niż miejsce kultu. To od wiatru. Zamknięte pomieszczenie przy temperaturze czterdziestu stopni mogłoby zabić. Weszliśmy nieśmiało. Ksiądz zszedł z prowizorycznej ambony, aby nas przywitać. Każdemu uścisnął dłoń i powiedział: – Witajcie, bracia z dalekiego kraju. Jesteśmy zaszczyceni waszą wizytą.

Wszystkie oczy wysyłały przyjazne błyski, a kazanie głoszone było po angielsku. Ksiądz zrobił to tylko dla nas, choć jak twierdził, nie jest mistrzem w tym języku. Mówił o tym, że każdy człowiek ma na ziemi zadanie do wykonania. Musi tylko wyrzec się chciwości i posłuchać serca. Potem były wspólne śpiewy i trzymanie się za ręce unoszone w rytm pieśni. Na gitarach przygrywała młodzież z miasteczka. Większość wiernych przyszła z psami. Spały przy nogach swoich opiekunów. A i kury skryły się tu przed słońcem. Przycupnęły pod ołtarzem i trochę narzekały, gdy ludzie klękali, aby przyjąć komunię świętą. Nikomu nie przyszło do głowy, aby je przepędzić. Przecież też stworzył je Pan. Żałowałam, gdy msza się skończyła. Chciałam jeszcze trochę posiedzieć blisko tego Boga.

Tropikalny las, Filipiny

Zamieszkaliśmy w resorcie Green View. Ostatnim przed rybacką wioską przyklejoną do miasteczka. Nie był tani jak na filipińskie warunki, ale „komfortowy”. Pięćdziesiąt złotych za domek to fortuna w kraju, gdzie paczka tutejszych papierosów kosztuje dziewięćdziesiąt groszy, a butelka rumu dwa złote. Resort należy do Anglika ożenionego z Filipinką i jest prowadzony przez jej rodzinę. Śliczne, czyściutkie domki z łazienkami i dumnym wiatrakiem. Niestety, można było go włączyć dopiero między osiemnastą a północą. Tylko wtedy Port Barton dysponuje energią elektryczną. Dla nas nie miało to znaczenia, bo każdego dnia odkrywaliśmy inną tajemnicę Palawanu i okolic, a do resortu wracaliśmy wieczorem.

Port Barton jest oknem na morze pośród zupełnie dziewiczej dżungli. Wyboiste drogi pną się po górskich stromiznach porośniętych tropikalnym lasem. Mimo upału warto zrobić sobie pieszą wycieczkę. Nie ma powodu do obaw. Poza waranami i krokodylami na Filipinach nie ma dużych drapieżników. Jedynie liczne gatunki jadowitych węży powinny powstrzymać od chęci wejścia w zarośla. Zresztą te są tak gęste, że trudno byłoby się przedrzeć. Roślinność jest więcej niż bogata. Pobocza porastają ogromne dzbaneczniki – drapieżne rośliny, a nad nimi panują rozłożyste paprocie. Kolorowe pnącza otulają grube pnie egzotycznych drzew. Strzeliste palmy górują nad drzewami niczym anteny odbierające terkot cykad.

Pobocza porastają ogromne dzbaneczniki – drapieżne rośliny

Dotąd nie wspomniałam o czymś, co jest charakterystyczne dla wszystkich tropikalnych lasów. Mam na myśli hałas porównywalny z odgłosem piły elektrycznej. To cykady. Wtórują im ptasie i małpie okrzyki. Nagle w ułamku sekundy zapada cisza, aby po równie krótkim czasie dżungla rozkrzyczała się ze zdwojoną siłą. Kiedy stoję pośród tej pradawnej pieśni, czuję się jej częścią. To naprawdę wspaniałe uczucie.

Polecam też odwiedzenie miejskiego cmentarza. W niczym nie przypomina naszych nekropolii. Trzeba iść brzegiem morza, mając je po lewej stronie, i zaraz za resortem Green View skręcić w prawo. Droga wspina się po zboczu i prowadzi do lasu. Po stu metrach, na małym wzniesieniu, też po lewej, las daje miejsce ostatniego spoczynku mieszkańcom Port Barton i okolic. Wąskie, skalne ścieżki między drzewami, a przy nich betonowe sarkofagi. Stawia się je, bo nie można zakopać trumny w skalistym podłożu. Nad każdym baldachim, a to z blachy falistej, a to z plastiku. To znak czasów, bo kiedyś budowano je z palmowych liści. Groby też się zmieniły – przed laty usypywano je z kamieni, dziś wylewa się betonowe bloki. W skale nie da się wykopać grobu. Miejsca niedawnego pochówku zdobią duże plakaty z wizerunkiem zmarłego, sławiące jego ziemskie uczynki. Obok butelki z wodą lub innymi napojami. Te po mocniejszych trunkach stoją równiutko ustawione. Resztki zakąski znikają natychmiast w żołądkach mieszkańców dżungli. Tylko jednorazowe talerzyki mówią, że ktoś tu ucztował. Żywi przychodzą na cmentarz, aby „porozmawiać” ze zmarłymi. Spotykają się tu z rodziną, jedzą, piją i przekazują zmarłemu wszelkie nowinki. Razem z nimi przychodzą psy. Drzemią na sarkofagach niby sfinksy. Zachowują się godnie, jak na to miejsce przystało.

Kury są wszędzie. Drepczą po plaży, grzebią w piachu na głównej ulicy

Tak naprawdę to Palawan jest psią wyspą. Psy duże, małe, białe, czarne i łaciate. Są wszędzie i nikomu nie przeszkadzają. Przyjazne, rozmerdane i leniwe za dnia. Dopiero wieczorem wkraczają do akcji. Łapią kraby, zażywają kąpieli, a przede wszystkim strzegą obejść przed waranami, które pełnią tu funkcję naszych lisów. Bardzo chętnie okradają kurniki. Kury też są wszędzie. Drepczą po plaży, grzebią w piachu głównej ulicy albo siedzą na progach sklepików.

Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Nikt się nie spieszy, nikt nie krzyczy, biegają tylko dzieci. Jest jednak taka godzina, gdy główna ulica ożywa i przy jedynej stacji benzynowej robi się gwarno. Przyjazd i odjazd dżipneja z Puerto Princesa. To lokalny autobus. Przerobiony z wojskowego dżipa, pomalowany na czerwono, lśni alufelgami. Dżipa przecięto na pół, w środek wstawiono kawałek busa i zespawano. Filipińczycy to drobny naród. Siedzenia też są malutkie, więc pasażerów mieści się ponad dwudziestu. Nie mają łatwej podróży, bo na większych wzniesieniach muszą wysiadać albo wypychać pojazd z błota. Dają radę, bo to jedyny tani sposób na wydostanie się lądem z miasteczka. Można też skorzystać z drogi wodnej, ale wyspa jest duża i dotarcie w głąb wodą nie jest możliwe.

Razem z całą rodziną na cmentarze przychodzą psy

Prawie każdy mieszkaniec Palawanu ma łódź, a raczej katamaran lub trimaran. To bardzo bezpieczny sposób żeglugi, niewywrotny, a fale bywają tu ogromne. Doświadczyliśmy ich grozy podczas wycieczki do mangrowej rzeki. Trimaranik był malutki. Ot, na szerokość średniej pupy. Wypłynęliśmy o dziewiątej rano. Nasz kapitan liczył ze dwadzieścia lat. Włączył silniczek i siadł na rufie przy sterze. Tomek na dziobie, a ja pośrodku. Gdyby nie terkot silnika, słyszelibyśmy mowę ryb, bo morze było spokojne jak tafla lodu. Po godzinie wpłynęliśmy w mangrowe zarośla przy ujściu rzeki. Bardzo polecam taką wyprawę, gdzie mangrowce, wiecznie zielone drzewa i krzewy, tworzą coś na kształt lasu rzeźb. Rozkoszowaliśmy się widokami, robiliśmy zdjęcia i w końcu nadszedł czas powrotu. Znów trzeba było wypłynąć na morze. A tu niespodzianka. W połowie drogi tafla lodu zmieniła się w rozszalałe bałwany. Rzucały cienką jak nitka łódeczką, ale nie wywróciły. Wszystko dzięki płozom po bokach.

Na dłuższe wyprawy wypływaliśmy już większymi trimaranami, ale i tak bywało różnie. Czasem spokojnie, innym razem galopem, niczym na spłoszonym rumaku. Nie baliśmy się jednak, wierzyliśmy, że Filipińczycy jak wszyscy wyspiarze są wytrawnymi żeglarzami.

Prawie każdy mieszkaniec Palawanu ma łódź, a raczej katamaran

Gdy jest się na Palawanie, nie można sobie odmówić zobaczenia podziemnej rzeki o tej samej nazwie co stolica wyspy – Puerto Princesa. Tym bardziej że wygrała z polskimi Mazurami w konkursie o miano światowego cudu. Płynie przez skalne groty i korytarze, ukazując naszym oczom nieziemskie widoki. Oczywiście panują tam całkowite ciemności i by cokolwiek zobaczyć, trzeba posłużyć się latarką. W jej świetle widać przelatujące setki nietoperzy. Zewsząd słychać ich klikania. Są u siebie. To ich dom i ścisły rezerwat. Dlatego można oglądać bieg rzeki na długości tylko dwu kilometrów. Wystarczy, aby nacieszyć oczy kolorami skał i podziwiać wyrzeźbione przez wodę posągi. Nie myślę o stalaktytach i stalagmitach. Nacieki jaskiniowe są wszędzie. Oprócz nich ogromne skalne twory przypominają ludzkie i zwierzęce postaci.

Mangrowce, wiecznie zielone drzewa i krzewy, tworzą coś na kształt lasu rzeźb

Wycieczka z Port Barton to prawie trzy godziny drogi morzem, po czym trzeba się przesiąść do małej łódki z przewodnikiem i wpływamy pod ziemię. Każdy turysta dostaje kask i kapok, a osoba siedząca z przodu także halogen, którym oświetla drogę zgodnie z poleceniami przewodnika. Mnie przypadł zaszczyt oświetlania widoków i wszyscy uczestnicy wyprawy zgodnie orzekli, że się sprawdziłam.

Dodatkową atrakcją wycieczki są mieszkające w okolicy warany. Przychodzą do małego barku od tyłu i czekają, gdy ten wypuści ścieki; warują przy smrodliwej rurze. Wzbudzają ciekawość wszystkich wycieczkowiczów, którzy tłoczą się z aparatami i kamerami. Warany nic sobie z tego nie robią i spacerują wręcz pod nogami, zupełnie nimi nie zainteresowane. Czasem pokłócą się o jakiś „aromatyczny” kąsek, ale raczej konsumują swoje przysmaki w spokoju.

Wioska na Palawanie

Co jeść na Filipinach? Namawiam do popróbowania wszystkiego, a szczególnie owoców. Nie mają nic wspólnego z tymi, które kupujemy w supermarketach. No, może tylko kształt. Papaje, mango, banany, ananasy i dziesiątki nienazwanych po polsku. Można spróbować owoców durianu, ale moim zdaniem wcale nie jest smaczny. A może tylko zapach zepsutego mięsa nie pozwala docenić smaku? Poza tym owoce morza w setkach odsłon. Mimo to jedzenie, które tu nam serwowano, nie umywało się do tego na Koh Chang. W Bai Lan Bay gotuje świetny kucharz, ale trzeba się spieszyć z zamawianiem, bo po siedemnastej jest już tak pijany, że może pomylić rybę z bananem. Za każdym razem gdy odwiedzamy wyspę, zastanawiamy się, czy go jeszcze zastaniemy, czy już zapił się na śmierć.

Zanim opuścimy Palawan, warto zatrzymać się na dzień lub dwa w Puerto Princesa. Nie tylko dlatego, że to perłowe zagłębie. Na Filipinach hoduje się perłopławy i perły są dość tanie. Miasto nie jest mekką turystów, można więc spokojnie przyjrzeć się codziennemu życiu Filipińczyków. Mało tu komercji, a targ jest wprost bajeczny. Oferuje tysiące kolorów i kształtów zamkniętych w owocowo-warzywnym szale. To samo dotyczy ryb i wszystkiego, co żyje w morzu. Po pełnej wrażeń wizycie w stolicy Palawanu czekają nas również pełen wrażeń lot liniami Cebu Pacific i Manila.

Namawiam do próbowania wszystkiego, a szczególnie owoców