Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka - Dorota Sumińska - ebook
Opis

Wzruszająca historia psa, który „miał nosa” do ludzi.

Jak wyglądałby człowiek w oczach psa, gdyby pies mógł podzielić się swoimi refleksjami? Najprawdopodobniej tak, jak widzi to jamnik Bolek, który po dziesięciu latach wspólnego życia został wyrzucony z domu przez swoich opiekunów. Zrozpaczony pies nie wie jeszcze, że czeka na niego nowa, kochająca pani i nowy rozdział życia… W nowej książce Dorota Sumińska opowiada o miłości i śmierci, rozstaniach i powrotach, losach współczesnych bohaterów i tych, którzy żyją tylko we wspomnieniach. Ale narratorem i komentatorem ludzki losów, jest nie kto inny, jak ukochany jamnik autorki – Bolek.

Pies ma niebywały zmysł poznawczy, ponieważ interpretuje ludzkie zachowania wszystkimi zmysłami. Węch, wzrok, słuch i smak dostarczają mu dużo więcej informacji o ludziach niż można by to sobie wyobrazić. Bolek jest empatyczny i zdolny do wielkich uczuć, taka też jest jego ludzko–zwierzęca opowieść.

Dorota Sumińska – lekarz weterynarii z wieloletnią praktyką, psycholog zwierzęcy, autorka popularnych programów radiowych i telewizyjnych oraz poradników i książek o zwierzętach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dorota Sumińska

Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2010

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna

Waldemar Popek

Redakcja

Maria Rola

Korekta

Urszula Srokosz-Martiuk, Lidia Timofiejczyk, Małgorzata Wójcik

Opracowanie graficzne

Marek Pawłowski

Zdjęcie na okładce

© Michael Kloth/Corbis/FotoChannels

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2010

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: [email protected]

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04645-6

Konwersja do formatu EPUB:Legimi Sp z o.o.

Nazwali mnie Bolek

Pierwsze, co zapamiętałem, to zapach i ciepło. Ciepło miękkie i mokre. Mama. Moja mama. No i jeszcze moi bracia i siostry. Najmilszy to ten wesołek Rybka. Pachniał podobnie jak konserwa rybna, więc tak go nazwałem. Skąd wiedziałem, co to konserwa rybna? Człowiek często pachniał nią po otwarciu metalowego pudełka. Nigdy nie zapomnę zapachów dzieciństwa. Były smaczne i dobre. Nawet jak nie były dobre, to dziś wydają mi się piękne. Lubię zapach papierosów. Człowiek, u którego się urodziłem, palił ich całe mnóstwo. Mój pierwszy świat ograniczał się do śliskiej podłogi i wygodnego legowiska. Potem biegaliśmy z rodzeństwem po mniej śliskiej podłodze w innym pomieszczeniu, a jeszcze później przyszło coś, czego nie lubię wspominać.

Znałem już ludzi i lubiłem ich. Stale przychodzili, byli różni i wydawali takie śmieszne dźwięki. Dotykali nas, i nie zawsze było to przyjemne. Okropnie śmierdzieli. Nie wszyscy. Ludzie z mojej rodziny byli w porządku. Najbardziej lubiłem samca. Najstarszego. Nigdy się nie gniewał i nie śmierdział. Niewiele wtedy rozumiałem, ale już coś liznąłem z ludzkiego świata. Duży samiec otworzył drzwi i zapachniał niepokojem. Nie był wesoły jak zwykle, kiedy pochylał się nad nami. Za nim weszli zupełnie obcy ludzie – samiec i samica. Ona wyciągnęła długie ręce i chwyciła mnie w objęcia. Śmierdziała obco i okropnie. Nie puściła mnie aż do momentu, gdy znaleźliśmy się w całkiem innym domu. To, co wtedy przeżyłem, przeszło wszelkie moje wyobrażenie. Malutkie wyobrażenie, bo sam byłem malutki. Dziś już wiem, że te straszne smrody ludzie wylewają na siebie i nazywają perfumami. Przestało mi to przeszkadzać dopiero po dłuższym czasie wąchania mojej „nowej pani” – samicy człowieka, która zabrała mnie z pierwszego domu. Zanim jednak polubiłem jej zapach, było ciężko.

Ludzie to dziwne istoty. Wydają mnóstwo dźwięków i ciągle czegoś chcą. Najpierw emocjonowali się moimi siuśkami i kupą. Nigdy nie widziałem tyle biegania wkoło jednej kałuży. Najgorsze było to, że samiec wciskał mi do niej nos. Zupełnie nie rozumiałem, o co mu chodzi. Przecież rozpoznam swój zapach bez wysiłku. Teraz wiem, że ludzi wkurza, gdy zostawiamy swoje zapachy w ich rewirze. W pewnym sensie to rozumiem, ale przecież sami wprowadzają nas do siebie, a więc ich rewir staje się również naszym. Są bardzo samolubni, znaczą wszystko okropnie śmierdzącymi wydzielinami z rozlicznych butelek i spryskiwaczy, a nam zabraniają zostawiania zupełnie niewinnych, a jakże ważnych dla nas informacji. Poza tym są głupi, wszyscy używają ta kich samych zapachów, zamiast zostawiać swoje, osobiste. Może jednak nie ma to dla nich aż tak wielkiego znaczenia, bo porozumiewają się tymi śmiesznymi piskami, szeptami i okrzykami?

A więc rozpocząłem nowy etap życia. Moi gospodarze byli młodzi. Nowy dom mieścił się w wielkiej budzie z nieskończoną liczbą drzwi, a każde prowadziły do innej nory. Wszystko było nowe i straszne. Nawet jedzenie, przypominające zajęcze bobki. Nie wspomnę już o potwornych mękach, jakie przeżywałem podczas wizyt u sadysty zwanego weterynarzem, do którego zabrali mnie moi ludzie. Nie rozumiałem, dlaczego tak mnie męczą, ale z czasem przyzwyczaiłem się do tego. Do upiornych kąpieli też.

Dorastałem. Bardzo lubiłem spacery. Poznałem kilku fajnych kumpli, a suczka z nory obok zawróciła mi w głowie. Nie wiem, dlaczego nie pozwolono mi z nią flirtować. Ludzie są dziwni. Sami nie stronią od seksu, a nam zabraniają. Z czasem zacząłem lepiej poznawać swoje stado i innych ludzi, którzy odwiedzali naszą norę. Ludzie są bardzo skryci. Nie znaczą terenu tak jak my. Nie można ich wąchać pod ogonem, bo go nie mają. Tak jakby wstydzili się tego, kim są. Gromadzą w swoich norach mnóstwo zupełnie nieprzydatnych przedmiotów, a jeśli któryś z nich wziąć, to się złoszczą. W ogóle często się złoszczą. Krzyczą wtedy: „Ty głupi kundlu, coś ty zrobił!”. Gdybym umiał mówić, odpowiedziałbym: Nudziłem się i uznałem, że kanapa byłaby wygodniejsza, gdybym i ja miał tam swoją malutką norkę. Malutką, bo nie jestem dużym psem, tylko jamnikiem.

Wiele się zmieniło, gdy zacząłem rozumieć ludzki język. W gruncie rzeczy co to za język, który składa się z pisków, zgrzytów i szelestów, ale taki właśnie mają. Poza językiem umieją mówić ciałem, ale moim zdaniem robią to bezwiednie, bo często słowami mówią coś zupełnie odwrotnego. Wiem, że mój samiec nie znosi sąsiada, a zawsze gdy go spotka, mówi: „Witam szanownego pana”. Obłuda? Tak, ludzie są bardzo obłudni.

Samiec i samica dość często kłócili się. Z ich wrzasków dowiedziałem się, czyj tak naprawdę jestem. Ona wykrzykiwała: „To twój pies i zajmij się nim. Ja nie chciałam psa, to ty się uparłeś”. Kłamliwa suka. To ona tuliła mnie, gdy byłem malutki, a teraz przeszkadza jej moja obecność. Było mi bardzo źle, bo wydawało mi się, że będę jej ulubieńcem, i wszystkie uczucia, które miałem w sercu, przelałem na nią. Nie było warto. Szkoda, że wcześniej nie zauważyłem, iż samiec jest więcej wart niż ludzka suka. A czy wiecie, że ludzie obrażają się za słowo „suka”? Ciekawe, czy gdyby psy używały mówionego języka, obrażałyby się za słowo „kobieta”? No właśnie, ludzka suka to kobieta. Dla uściślenia moich intencji co do słów uważanych za obraźliwe – psia kobieta to suka. Ludzka kobieta, gdy czegoś chciała, to czuliła się do samca zwanego przez ludzi mężczyzną, i nawet mnie pogłaskała. A chciała zazwyczaj tego, co ludzie zwą pieniędzmi. Szaleją za tym. Na pierwszy rzut oka pieniądze to nic nie warte papierki i metalowe krążki. Ani to zjeść, ani się na tym wyspać. Jednak po wnikliwszej analizie stwierdziłem, że jak się taki mi papierami sypnie w sklepie, to dają nawet kiełbasę. (Dla tych, co nie mają pieniędzy – kiełbasa mieszka w lodówce).

Mijały lata i nasze życie upływało na liczeniu dni od awantury do awantury. Czułem, że nie jest dobrze, a na wet jest coraz gorzej. Mężczyzna wychodził z domu rano i wracał wieczorem. Owszem, szedł ze mną na spacer, ale to wszystko. Cały dzień spędzałem z nią. Nie to, żeby mnie biła czy głodziła. Po prostu nie zwracała na mnie uwagi. Nawet kiedy wychodziliśmy na podwórko, nie odzywała się do mnie. Głupio mi było wobec kumpli, bo ich paniusie trajkotały cały czas: „Mój śliczny, mój skarbie”, a ona nic, tylko: „Chodź już do domu”. A w domu nuda. Dla samca też nie była najmilsza. Szybko zorientowałem się dlaczego. Jego miejsce zajął inny samiec. Podstępny typ. Zachodził, gdy pan domu był w pracy. A ten w pracy spędzał coraz więcej czasu. Był kierowcą takiej ogromnej maszyny jeżdżącej, zwanej tirem. Nowy odrazu wzbudził moją niechęć. Miał zawsze błyszczące buty z dużym szpicem. Tak jakby nic innego nie robił, tylko je czyścił. Moim zdaniem tak zachowują się ci, którzy mają coś na sumieniu. Nie chcą, aby ktokolwiek wiedział, gdzie chodzili. A poza tym ten szpic. Ohyda i zagrożenie dla oka. Psiego oka, oczywiście. Ludzie myślą, że jak wypucują sobie buty i wyperfumują się tak, że cuchną na kilometr, to wolno im wszystko. To prawda, że buty świadczą o człowieku, ale zupełnie odwrotnie. Znam tysiące butów. Umiem z nich czytać jak z książki. Są buty z historią. Tak jak ludzie i psy. I są buty bezimienne, tak samo jak ich właściciele. Nowy byłby bezimienny, gdyby ona nie mówiła do niego „Pysiu”. Głupio, prawda? Tym bardziej że nie miał pysia, ale wstrętną gębę. Zwracał się do mnie protekcjonalnym tonem: „No i co mały? Bozia nóżek nie dała?”. Potem śmiał się głupkowato, i zamykali mnie w przedpokoju. I tak wiem, co robili za drzwiami. Samotne siedzenie w przedpokoju daje do myślenia. Myślałem, myślałem, a to nie powinno być sensem psiego życia. Trochę marzyłem, trochę łkałem i z tej rozpaczy popadłem w stan rezygnacji.

Pewnego wieczoru drzwi zaskrzypiały znajomo. To pan domu wrócił z pracy. Nowego na szczęście nie było, bo pewnie by się pozagryzali. Samiec nie wyglądał dobrze. Pachniał smarem i smutkiem. Chyba wiedział, co się święci, ale nie miał odwagi wywąchać problemu. Nie wiem, co zrobiłbym na jego miejscu. Jestem nie za wielki, tak jak on, a nowy to kawał „psa na kobiety”. Chciałem go jakoś pocieszyć. Szczeknąłem radośnie, ale on tylko musnął ręką moją głowę i padł na kanapę. Teraz mogłem siedzieć obok. Nikt nie wyrzucał mnie do przedpokoju. Ona krzątała się w kuchni. Czułem napięcie, ale nie bałem się. On nie pozwoli, aby wyładowała złość na mnie. Wyszła z kuchni i zasyczała:

– Jestem w ciąży.

O Panie!, pomyślałem, jeszcze ludzkie szczenię. Nie wiem, jak to zniosę. Znałem już kilka takich istot. Ludzkie szczenięta to upiory z najczarniejszych snów. Przy najmniej te, które dane mi było poznać. To fakt, pozna wałem je zazwyczaj w czasie, gdy ich rodzice raczyli się tym, co poza pieniędzmi ludzie lubią najbardziej. Sub stancją pobudzająco-usypiającą, czyli alkoholem. Ten dziwny płyn o nieprzyjemnym zapachu jest przez ludzi ceniony niezwykle wysoko. Nie powiem, kosztowałem kiedyś słodkiego likieru. Ktoś wylał zawartość kieliszka na podłogę. Całkiem smaczny, ale inne trunki – ohyda. Ludzie śmierdzą po nich jeszcze bardziej, choć podobnie jak po perfumach. Poza tym robią się nieprzewidywalni. Jedni całują mnie prosto w nos, inni wołają „do budy”, a przecież wszyscy siedzimy w jednej budzie. Najgorsze jest to, że kompletnie przestają zwracać uwagę na swoje szczenięta. A szczenięta jak szczenięta. Energia je rozsadza. Kiedyś zawinęły mnie w koc i zamknęły w kanapie. Mało się nie udusiłem. Nikt nie reagował na moje rozpaczliwe piski. W końcu udało mi się oswobodzić z koca i znalazłem w kanapie przytulną kryjówkę.

Możecie zrozumieć moje zdenerwowanie, gdy usłyszałem słowo „ciąża”. Już wiecie, co ono wróży? Szczeniaka. W tym przypadku najgorszego, bo ludzkiego. Nie wiem, czy mój pan przestraszył się tak samo jak ja, ale zaniemówił na dłuższą chwilę. Potem zaczęła się istna masakra słowna. Prawie nic nie mogłem zrozumieć, bo wylewali z siebie potoki dźwięków. Ona płakała. On wyjął z szafki butelkę, co też nie wróżyło dobrze. Dziwne, prawda? Samiec powinien cieszyć się z ojcostwa, ale mój samiec musiał mieć słuszne wątpliwości co do niego. W tym momencie zrozumiałem, że on wie o swoim konkurencie. Dla psów nie ma to takiego znaczenia jak dla ludzi. Pewnie, że walczymy zajadle o względy suczki. Jednak później nie kaprysimy. Szczenię to szczenię. Nieważne, kto jest jego biologicznym ojcem. Ważne, aby je wychować.

Niestety, nie dane mi było poznać prawdziwego szczeniaka. Wyobrażałem sobie tylko, że musi być śliczny i pachnący. Nie taki jak ludzki. Po dziewięciu miesiącach doszedłem do wniosku, że ludzki noworodek też jest całkiem ładny. Moi ludzie dogadali się i samiec nie tylko nie zagryzł samicy, ale czule zajął się malutkim człowiekiem. Byłem z niego dumny. Nowy nie pojawił się już więcej w naszym domu. Samica chyba o nim zapomniała. Samiec na pewno nie, ale udawał, że też nie pamięta. Przywieźli noworodka zawiniętego w szmatki pachnące chemią. Mały kwilił podobnie do kota. Nie od razu dali mi go do obwąchania, abym miał pewność, że to nie kot. Dopiero po paru dniach samiec posadził mnie na kanapie obok zawiniątka, a samica krzyknęła:

– Co ty robisz?!

– Nic, pokazuję małego Bolkowi – odpowiedział.

No tak, nie powiedziałem jeszcze, że nazwali mnie imieniem Bolek. Naprawdę nazywam się inaczej, ale oni nie mogli tego wiedzieć. Moja mama nazwała mnie „dwa machnięcia ogonem” i wcale nie musiała tego mówić słowami. Mówiła ogonem i oczyma. Od razu poczułem obcy zapach. Szczeniak nie był synem mojego samca. Dzięki Bogu, ludzie nie czują zapachów tak jak my. A ja nigdy mu o tym nie powiedziałem i nie powiem. I tak by nie zrozumiał. Na dodatek wyczułem także zapach choroby. Dziecko nie było zdrowe. Nie znam się na chorobach, ale pachniało źle. Dziwne, że rodzice zauważyli to dopiero po kilku miesiącach. Wtedy gdy ja miałem już sto pro cent pewności, że z małym jest coś nie tak. Wtedy właśnie zaczął się najtrudniejszy okres w moim życiu.

Ludzie dość dziwnie reagują na choroby bliskich. Tak jakby nie umieli się pogodzić z prawem natury. Choroba to coś, co musi dopaść każdego. Każdego, tyle że w różnym wieku. Dobrze, gdy młody jest zdrowy, ale nie za wsze tak jest. Ludzie wtedy się kłócą. Krzyczą na siebie: „To twoja wina, to ty nie umiesz temu zaradzić”. Tak też było w moim domu. Mały nie rozwijał się prawidłowo. Wyglądało, jakby nie zauważał otoczenia. Nie nauczył się chodzić ani nawet raczkować. Z jednej strony ja byłem bezpieczny, z drugiej stałem się niepotrzebny. Samica była tak zajęta, że nawet zapominała o spacerach ze mną. Biła mnie, gdy nasikałem na podłogę, a ja naprawdę nie mogłem wytrzymać. Wybaczałem jej to, bo czułem, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Tym bardziej że samiec coraz rzadziej bywał w domu. Czasem zabierał mnie na spacer, woził samochodem (uwielbiam to), ale już przeczuwałem, że ma ochotę odejść. Kiedyś pojechaliśmy w całkowicie obcy mi rejon. Stanęliśmy pod jakimś domem i zatrąbiliśmy. Z domu wybiegła zgrabna ludzka samica. Była młoda, poruszała się bardzo szykownie. Poza tym pachniała młodością. Zaczęli się całować.

Dlaczego ludzie uważają, że psy to głupki? Że nic nie rozumieją i zależy im tylko na misce? Powierzają psom najskrytsze tajemnice i wymagają, by je utrzymać w sekrecie. Potem ona zapytała:

– To piesek czy suczka?

Dlaczego ludzkie suki muszą być albo wredne, albo głupie?

Nie lubiłem kobiet. Nie miałem okazji ich polubić, bo to przez nie miałem same kłopoty. I co teraz? Co mam zrobić? Patrzeć na ich amory i udawać, że jestem debilem machającym ogonem na widok kawałka hot doga, którym poczęstowała mnie młoda? Nic z tego. Skuliłem się na tylnym siedzeniu i ziewnąłem na znak irytacji. Nawet samiec mnie nie docenił. „Jest zmęczony”, powiedział. Zmęczony to byłem zachowaniem ludzi. No tak, co teraz ze mną będzie – w głowie kłębiły mi się różne czarne myśli. Pojechaliśmy nad jakąś sadzawkę. Przywiązali mnie do drzewa, a sami kąpali się, rozpryskując wodę. Słońce mocno przygrzewało, a mnie chciało się pić. Na koniec pozwolili mi się napić wody z bajora. Była nawet dobra.

Odwieźliśmy samiczkę i wróciliśmy do domu. A tu niespodzianka. Mały zaczął pełzać po podłodze. Jego matka twierdziła, że to na skutek jakichś wizyt u profesora. Ja myślałem, że to z nudów. Ile można leżeć bez czynnie w klatce zwanej kojcem? Ucieszyłem się bynajmniej nie raczkującym szczenięciem, ale radością jego rodziców. Niestety, moja radość nie trwała długo. Po kil ku dniach samica oznajmiła:

– Musisz oddać komuś psa. Brudzi w domu, a dziecko za chwilę zacznie wszędzie zaglądać. – Samiec spojrzał na nią ze zdziwieniem:

– Przecież zamykasz go w przedpokoju.

Ale ona była nieugięta: – Nie będę sprzątała jego sików ani wychodziła na spacery. Nie mam czasu dla głupiego kundla. Mam dziecko.

– Taaak. Masz dziecko? A ja mam psa – powiedział pan, dziwnie przeciągając słowa. Podniosła na niego oczy pełne niepokoju i zapytała:

– Ja mam dziecko, a ty nie? – Nie odpowiedział. Jak by nigdy nic zawołał:

– Bolek, spacer. – Wziął smycz i wyszliśmy.