Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Wydanie zaktualizowane i uzupełnione.
Depresja. Lęk. Przewlekły ból. Fobie. Obsesyjne myśli. Istnieją mocne dowody na to, że ich źródłem może być nie tylko nasze własne doświadczenie czy nierównowaga chemiczna w mózgu, lecz także przeżycia rodziców, dziadków, a nawet pradziadków.
Najnowsze badania naukowe potwierdzają to, co od dawna przeczuwało wielu specjalistów – traumę można odziedziczyć. Nawet jeżeli osoba, która jej doświadczyła, już zmarła, a jej historia została zapomniana lub przemilczana, wspomnienia i uczucia żyją w nas i są zapisane wszędzie, od genów po język, którym mówimy.
Oto praktyczny przewodnik po autorskiej metodzie pracy z traumą, który pokazuje, jak odkryć lęki zakodowane w codziennych słowach, w sposobie zachowania i w fizycznym samopoczuciu. Podejście przedstawione w tej książce pozwala rozwiązać głęboko zakorzenione problemy, w przypadku których tradycyjna terapia, leki i inne metody okazały się nieskuteczne.
Dowiedz się, jak wielkie znaczenie dla zdrowia emocjonalnego i fizycznego ma traumatyczne dziedzictwo.
Mark Wolynn jest pionierem w pracy z odziedziczoną traumą i od ponad trzydziestu lat zajmuje się pacjentami indywidualnie i grupowo. Jest twórcą i dyrektorem Family Constellation Institute. Jako ceniony prelegent wykładał w szpitalach, klinikach, na konferencjach i uczelniach oraz w ośrodkach szkoleniowych na całym świecie. Gościł między innymi w University of Pittsburgh, JFK University, UPMC Western Psychiatric Institute, Kripalu, New York Open Center, Omega Institute, 1440 Multiversity i California Institute of Integral Studies. Artykuły Wolynna ukazały się na łamach „Psychology Today”, „Elephant Journal”, „mindbodygreen” i „Psych Central”, a jego poezja była publikowana w magazynie „The New Yorker”. Książka Nie zaczęło się od ciebie jest światowym bestsellerem przetłumaczonym na ponad 40 języków. Mark mieszka w północnej Kalifornii z żoną Anną.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 326
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 8 godz. 46 min
Lektor: Mikołaj Krawczyk
Tytuł oryginału: It Didn’t Start With You: How Inherited Family Trauma Shapes Who We Are and How to End the Cycle
Copyright © 2016, 2025 by Mark Wolynn No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Penguin Life, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC Copyright © 2017, 2021, 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Maria Reimann, Piotr Cieślak
All rights reserved
Redakcja: Jagoda Latkowska, Ida Pawłowska Korekta: Marta Tyczyńska-Lewicka, Beata Wójcik Projekt okładki: © Matt Vee Zdjęcie autora: © Nancy Paynter Adaptacja okładki i projekt stron tytułowych: Magdalena Zawadzka Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie drugie Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-972-2
Moim zmarłym rodzicom – Marvinowi i Sandrze – którzy nieśli pochodnię poprzednich pokoleń. Jestem wdzięczny za wszystko, co od was otrzymałem.
Kto patrzy na zewnątrz, śni; kto patrzy do środka, przebudza się.
Carl Gustav Jung, Letters, vol. 1
Od autora
Książka ta została pomyślana jako przewodnik, który poprowadzi cię przez bogaty świat samopoznania. Możesz z niej korzystać samodzielnie bądź w ramach współpracy z wykwalifikowanym terapeutą.
Czytając, zwracaj uwagę na samopoczucie. Pewien poziom pobudzenia lub niepokoju możesz uznać za normalny – zapuszczasz się bowiem w głąb zapewne zupełnie nieznanych ci terytoriów.
Jeśli jednak zauważysz, że te intensywne emocje nie ustępują, albo odczuwasz głęboki niepokój w związku z dowolnym aspektem materiału przedstawionego w tej książce, może to oznaczać, że potrzebujesz silniejszego wsparcia. Sugeruję, abyś oznaczył zakładkami miejsca, które pobudziły silne emocje, i zwrócił się o pomoc do terapeuty znającego podejście somatyczne, a najlepiej takiego, który zarazem specjalizuje się w pracy z traumą więzi.
Dbaj o siebie w trakcie lektury. Pozwól sobie w pełni doświadczać wszystkiego, co się pojawi – te odczucia mogą przygotować cię na kolejny etap uzdrowienia.
Zawarte w tej książce informacje nie zastąpią opieki psychologicznej ani leczenia, w tym psychiatrycznego. Z założenia ma ona być skutecznym narzędziem do niczym nieograniczonego odkrywania własnego wnętrza.
Wstęp
Sekretny język lęku
W ciemny czas wzrok powraca…
Theodore Roethke, In a Dark Time, tłum. Stanisław Barańczak
Książka ta jest owocem podróży, która zaprowadziła mnie na koniec świata i z powrotem do domu, do korzeni, a także dała początek pracy, o jakiej nawet mi się nie śniło, kiedy wyruszałem w drogę. Przez ponad trzydzieści lat pracowałem z osobami cierpiącymi na depresję, stany lękowe, choroby przewlekłe, fobie, obsesje, PTSD i inne zaburzenia. Często trafiały do mnie osoby pozbawione nadziei i zawiedzione tym, że mimo lat psychoterapii, przyjmowania leków i innych interwencji nie udało się im odkryć źródła cierpienia ani go ukoić.
Dzięki moim doświadczeniom, szkoleniom i praktyce klinicznej nauczyłem się, że odpowiedzi należy szukać nie tylko w swojej własnej historii, lecz także w historiach rodziców, dziadków, a nawet pradziadków. Najnowsze badania naukowe, które trafiają dziś na pierwsze strony gazet, również mówią o tym, że efekty traumy mogą być przekazywane z pokolenia na pokolenie. Spuścizna ta nazywana jest „dziedziczoną traumą rodzinną” i pojawiają się coraz to nowe dowody potwierdzające istnienie tego zjawiska. Ból nie zawsze przemija lub zmniejsza się z czasem. Nawet jeśli osoba, która doświadczyła traumy, już nie żyje, a jej historię skrywają lata milczenia, w jej potomkach mogą żyć wspomnienia i odczucia, które domagają się przepracowania i uwolnienia.
Jak to się dzieje? Z tej książki dowiesz się, że wspomnienia traumy zostają utrwalone w plemnikach i komórkach jajowych naszych rodziców oraz dziadków. Odczucia i doznania związane z traumą – w szczególności zaś reakcja na stres i sposób ekspresji genów – mogą zostać przekazane przedstawicielom następnych pokoleń i mieć na nich podobny wpływ, nawet jeśli oni sami nie doświadczyli traumy. W rezultacie możemy przyjść na świat ze zmodyfikowanymi mózgami, które biologicznie przygotowują nas do radzenia sobie z traumami podobnymi do tych, które przeżyli rodzice i dziadkowie.
Książka ta jest syntezą obserwacji, które poczyniłem jako dyrektor Family Constellation Institute w San Francisco oraz najnowszych odkryć neurobiologii, epigenetyki i badań nad językiem. Jest również wynikiem szkoleń, jakie odbyłem u Berta Hellingera, uznanego niemieckiego psychoterapeuty, który w swoim podejściu do pracy terapeutycznej z rodziną pokazywał psychologiczny i fizyczny wpływ dziedziczonej traumy rodzinnej na następne pokolenia.
Istotą mojej pracy jest zakończenie cyklu cierpienia powtarzającego się w kolejnych generacjach i o tym opowiada ta książka. Znaczna jej część poświęcona została rozpoznawaniu dziedziczonych wzorców – lęków, uczuć, zachowań – które nieświadomie przejęliśmy od swoich przodków. Dlaczego tak się dzieje? W moim przekonaniu dlatego, że historia, która potrzebuje opowiedzenia, musi zostać opowiedziana. Pozwólcie, że podzielę się własną.
Nie zamierzałem stworzyć metody, która pomoże wyjść z lęku i strachu. Wszystko zaczęło się dnia, gdy straciłem wzrok. Wydarzyło się to podczas mojego pierwszego ataku migreny ocznej. Nie doznawałem fizycznego bólu, byłem pogrążony w przerażającej czarnej otchłani, która odebrała mi wzrok. Miałem trzydzieści cztery lata i po omacku krążyłem po biurze, szukając na telefonie numeru 911. Wkrótce przyjechała karetka.
Migrena oczna to ogólnie nic poważnego. Pogorszenie wzroku ustępuje zwykle po godzinie. Nie zawsze jednak masz tego świadomość, kiedy cię spotyka. W moim przypadku migrena oczna była dopiero początkiem. W kolejnych tygodniach zacząłem tracić wzrok w lewym oku. Twarze i znaki drogowe wkrótce zupełnie się rozmazały.
Lekarze poinformowali mnie, że cierpię na centralną retinopatię surowiczą – chorobę, której nie można wyleczyć, a jej przyczyna nie jest znana. Płyn zbiera się pod siatkówką, a potem zaczyna wyciekać, co powoduje powstawanie blizn i rozmazywanie się obrazu. Znalazłem się wśród pięciu procent osób, u których choroba przyjmuje postać chroniczną i które w jej wyniku stracą wzrok. Powiedziano mi, że choroba dotknie obojga oczu. Było to tylko kwestią czasu.
Lekarze nie potrafili mi powiedzieć, ani dlaczego tracę wzrok, ani jak można to zatrzymać. Wszystko, czego próbowałem na własną rękę – witaminy, diety składające się z samych soków, masaże medycyny alternatywnej – zdawało się tylko pogarszać sprawę. Byłem zupełnie zagubiony. Mój największy strach właśnie się materializował, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Niewidomy, pozbawiony możliwości zatroszczenia się o siebie, zupełnie sam, rozpadłbym się na kawałki. Byłby to dla mnie koniec. Czułem, że stracę wolę życia. Zostanę unicestwiony.
Przeżywałem ten scenariusz w głowie, ciągle do niego wracałem. Im więcej o nim myślałem, tym mocniej uczucie bezradności zakorzeniało się w moim ciele. Tonąłem w bagnie. Za każdym razem, kiedy próbowałem się z niego wydobyć, powracały myśli, że będę żył samotny, bezradny, zniszczony i unicestwiony. Nie wiedziałem wtedy, że słowa „samotny”, „bezradny”, „zniszczony” i „unicestwiony” są wyrazami mojego osobistego języka lęku. Stanowiły echa traum, do których doszło w mojej rodzinie, zanim przyszedłem na świat. Nieoswojone i nieokiełznane rozpędzały się w mojej głowie i grzechotały w ciele.
Zastanawiałem się, jak to się stało, że nadałem myślom taką moc. Inni cierpieli na trudności znacznie większe niż moje, a jednak nie poddawali się im całkowicie. Co takiego było we mnie, że strach zupełnie mnie pochłonął? Dopiero wiele lat później udało mi się odpowiedzieć na te pytania.
Wtedy potrafiłem jedynie odejść. Odszedłem ze związku, odszedłem od rodziny, odszedłem z pracy i z miasta, porzuciłem wszystko, co znałem. Poszukiwałem odpowiedzi, których nie mogłem znaleźć w świecie, w którym żyłem, świecie, gdzie wielu ludzi było zagubionych i nieszczęśliwych. Miałem tylko pytania i niewiele chęci, żeby dalej żyć życiem, jakie znałem. Przekazałem swoją firmę (dobrze prosperujące przedsiębiorstwo zajmujące się organizacją eventów) komuś, kogo dopiero poznałem, i wyruszyłem na wschód – tak bardzo na wschód, jak tylko się dało – aż dotarłem do Azji Południowo-Wschodniej. Poszukiwałem uzdrowienia. Nie miałem pojęcia, jak będzie wyglądało.
Czytałem książki i uczyłem się od nauczycieli, którzy je napisali. Kiedy tylko słyszałem o kimś, kto mógłby mi pomóc – o starej kobiecie w chatce lub roześmianym mężczyźnie w habicie – szedłem na spotkanie. Dołączałem do warsztatów i śpiewałem z guru. Jeden z nich powiedział nam, że chce, by otaczali go wyłącznie „ci, którzy znaleźli”. Poszukujący, powiedział, będą zawsze tylko poszukiwać.
Chciałem być „tym, który znalazł”. Codziennie godzinami medytowałem. Odbywałem kilkudniowe głodówki. Przyrządzałem napary z ziół i walczyłem z toksynami, które – jak sobie wyobrażałem – zalegały w moich tkankach. Tymczasem mój wzrok cały czas się pogarszał, a depresja pogłębiała.
Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że kiedy próbujemy uniknąć odczuwania bólu, często przedłużamy jego trwanie. Jest to świetna recepta na niekończące się cierpienie. W samym akcie szukania jest też coś, co odcina nas od tego, co chcielibyśmy znaleźć. Ciągłe poszukiwanie na zewnątrz uniemożliwia zorientowanie się, że wartościowy proces toczy się wewnątrz nas samych, przegapimy go jednak, jeżeli nie skierujemy uwagi do środka.
„Czego nie chcesz zobaczyć?” – ponaglali uzdrowiciele, domagając się, żebym spojrzał głębiej. Skąd mogłem wiedzieć? Byłem pogrążony w ciemności.
Pewien guru w Indonezji trochę rozjaśnił ten mrok, gdy zapytał: „Za kogo się uważasz, że miałbyś nie mieć problemów z oczami?”. Ciągnął: „Być może uszy Johana nie słyszą tak dobrze jak uszy Gerharda, a płuca Elizy nie są równie silne jak płuca Grety. Dietrich nie chodzi równie sprawnie jak Sebastian” (wszyscy uczestnicy tego treningu byli Holendrami albo Niemcami i zmagali się z różnymi przewlekłymi chorobami). Coś do mnie dotarło. Miał rację. Kim byłem, żeby nie mieć problemów z oczami? Niezgoda na rzeczywistość była z mojej strony arogancją. Czy mi się to podobało, czy nie, na siatkówce miałem blizny i widziałem nieostro, ale w głębi – w „ja”, które było pod tym wszystkim – zacząłem odczuwać spokój. Powoli to, jak się czułem, przestało zależeć całkowicie od tego, jak czuło się moje oko.
W celu pogłębienia nauki guru kazał nam przez siedemdziesiąt dwie godziny – trzy dni i trzy noce – z zasłoniętymi oczami i zatkanymi uszami medytować na małej poduszce. Każdego dnia dostawaliśmy niewielką miskę ryżu i wodę do picia. Nie wolno nam było spać, wstawać, kłaść się ani komunikować ze sobą. Żeby pójść do łazienki, trzeba było podnieść rękę i było się eskortowanym w ciemności do dziury w ziemi.
Dzięki głębokiej obserwacji umysłu mieliśmy dostrzec, jak jest szalony. Spostrzegłem, jak mój umysł nieustannie kpi ze mnie, podsuwając mi najgorsze możliwe scenariusze oraz złudzenie, że jeżeli tylko będę się wystarczająco intensywnie martwił, uda mi się uniknąć tego, czego najbardziej się boję.
Po tym i podobnych doświadczeniach zacząłem w środku widzieć trochę jaśniej. Jednak stan mojego oka wcale się nie poprawił, wyciekanie płynu i bliznowacenie nie ustały. Kłopoty ze wzrokiem są wspaniałą metaforą na wielu poziomach. W końcu zrozumiałem, że nie chodzi o to, co widzę, a czego nie widzę, tylko raczej o sposób, w jaki widziałem rzeczy. Ale to nie wtedy wszystko się zmieniło.
Dopiero w trzecim roku „poszukiwania wizji” dostałem wreszcie to, czego szukałem. Dużo wówczas medytowałem. Depresja prawie się skończyła. Spędzałem niezliczone godziny na byciu ze swoim oddechem i doznaniami płynącymi z ciała. To było łatwe.
Któregoś dnia czekałem w kolejce na satsang – spotkanie z mistrzem duchowym. Czekałem już kilka godzin, ubrany w białą szatę, którą nosili wszyscy w świątyni. Wreszcie nadeszła moja kolej. Oczekiwałem, że mistrz dostrzeże moje zaangażowanie. Zamiast tego spojrzał głęboko we mnie i zobaczył to, czego sam nie widziałem. „Wracaj do domu”, powiedział. „Wracaj do domu i zadzwoń do matki i ojca”.
Co? Byłem wściekły. Aż zadrżałem ze złości. Najwyraźniej zupełnie mnie nie zrozumiał. Nie potrzebowałem już przecież rodziców. Przerosłem ich. Zostawiłem ich za sobą już dawno, zamieniłem na lepszych, boskich, duchowych rodziców – nauczycieli, guru, mądrych mężczyzn i kobiety, którzy prowadzili mnie na drodze do oświecenia. W dodatku byłem przekonany, że dzięki kilkuletniej terapii i podarciu kartonowych figurek przedstawiających moich rodziców udało mi się „uleczyć” moją relację z nimi. Postanowiłem zignorować więc radę mistrza.
A jednak coś we mnie utkwiło. Nie mogłem zapomnieć o tym, co powiedział. Zacząłem wreszcie rozumieć, że żadne doświadczenie nie idzie na marne. Wszystko, co się nam przydarza, ma wartość, nawet jeśli nie potrafimy jej od razu docenić. Wszystko, co nas spotyka, w końcu dokądś nas prowadzi.
Chciałem jednak nadal trwać w iluzji dotyczącej poczucia, kim jestem. Byłem osobą zaawansowaną w praktyce medytacji i mocno się tego trzymałem. Postanowiłem zatem spotkać się z innym mistrzem duchowym, takim, który – jak sądziłem – będzie potrafił wszystko naprawić. Inspirował setki ludzi dziennie swoją nieziemską miłością. Byłem pewien, że zobaczy we mnie głęboko uduchowioną osobę, za jaką się uważałem. Znowu czekałem cały dzień, żeby wreszcie znaleźć się na początku kolejki. A potem stało się to samo. Znów. Raz jeszcze usłyszałem dokładnie te same słowa: „Zadzwoń do rodziców. Wróć do domu i pogódź się z nimi”.
Tym razem usłyszałem, co zostało powiedziane.
Wielcy nauczyciele wiedzą. Wielkich nauczycieli nie obchodzi, czy wierzysz w ich naukę, czy nie. Mówią o prawdzie, a potem zostawiają cię samego, żebyś odkrył własną prawdę. Adam Gopnik w książce Through the Children’s Gate pisze o różnicy między guru a nauczycielami: „Guru ofiarowuje nam siebie i swój system, nauczyciel daje nam lekcję i oddaje sobie samym”.
Wielcy nauczyciele rozumieją, że to, skąd przychodzimy, wpływa na to, dokąd idziemy, i że nierozwiązane sprawy z przeszłości wpływają na naszą przyszłość. Wiedzą, że rodzice są ważni, niezależnie od tego, jakimi byli dla nas rodzicami. Nie da się tego obejść: historia rodziny to nasza historia. Czy nam się to podoba, czy nie, nosimy ją w sobie.
Niezależnie od historii, jaką sobie o nich opowiadamy, nie możemy rodziców wymazać ani wyrzucić z siebie. Są w nas, a my jesteśmy ich częścią – nawet jeżeli nigdy ich nie poznaliśmy. Odrzucenie rodziców oddala nas tylko od samych siebie i zwiększa cierpienie. Tych dwóch nauczycieli potrafiło to zobaczyć. Ja nie. Moja ślepota była jednocześnie faktyczna i metaforyczna. Zacząłem się budzić i uświadamiać sobie, jak wielki bałagan zostawiłem w domu.
Przez wiele lat byłem bardzo surowy w ocenie moich rodziców. Uważałem, że jestem dużo bardziej ludzki i wrażliwy od nich. Winiłem ich za wszystko, co nie podobało mi się w moim życiu. Teraz musiałem do nich wrócić, żeby odzyskać to, czego mi brakowało – wrażliwość. Zacząłem rozumieć, że moja zdolność przyjmowania miłości od innych ludzi jest powiązana z moją zdolnością przyjmowania miłości od mojej matki.
Przyjęcie jej miłości nie było jednak łatwe. Nasza relacja była bardzo trudna, a gdy matka próbowała mnie objąć, czułem, jakby zaciskała mnie pułapka na zwierzę. Moje ciało zwierało się, próbując stworzyć pancerz, którego matka nie będzie w stanie przeniknąć. Ten ból wpływał na każdy aspekt mojego życia, przede wszystkim na moją zdolność bycia otwartym w związku.
Matka i ja potrafiliśmy miesiącami nie rozmawiać ze sobą. Kiedy już rozmawialiśmy, zawsze udawało mi się słowami albo przez język ciała odrzucić ciepłe uczucia, które próbowała mi okazać. Byłem chłodny i zdystansowany. Oskarżałem ją o niezdolność widzenia i słuchania mnie. Tkwiliśmy w emocjonalnym ślepym zaułku.
Postanowiwszy naprawić naszą relację, zarezerwowałem lot do domu, do Pittsburgha. Nie widziałem matki od kilku miesięcy. Kiedy zbliżałem się do celu, poczułem ucisk w klatce piersiowej. Nie byłem pewien, czy naszą relację da się naprawić, wypełniały mnie różne uczucia. Byłem przygotowany na najgorsze i odgrywałem w myślach czarny scenariusz: matka mnie przytuli, a ja, chociaż pragnąłem poczuć się miękki w jej ramionach, zrobię coś zupełnie odwrotnego i zmienię się w kamień.
I tak się mniej więcej stało. Matka uścisnęła mnie, co zniosłem z trudem, ledwo mogłem oddychać. Poprosiłem jednak, żeby nie przestawała mnie obejmować. Chciałem poznać od środka reakcję swojego ciała, poczuć, gdzie zaczynały się opór i napięcie, odczuć, co się ze mną dzieje, zobaczyć, jak się zamykam. Były to nowe informacje. Widziałem, jak to samo działo się w moich związkach. Ale tym razem postanowiłem nie odchodzić. Zamierzałem uleczyć tę ranę w miejscu, gdzie się otworzyła.
Im dłużej mnie obejmowała, tym bardziej czułem, że eksploduję. Odczuwałem fizyczny ból. Po chwili zamienił się w odrętwienie, które przeszło z powrotem w ból. A potem, po paru minutach, coś odpuściło. W klatce piersiowej i brzuchu poczułem drżenie. Zacząłem mięknąć i w kolejnych tygodniach miękłem coraz bardziej.
Podczas jednej z wielu rozmów, które w tamtym czasie odbyliśmy, matka opowiedziała mi o wydarzeniu, do którego doszło, gdy miałem niecałe dwa lata. Z powodu operacji pęcherza mama musiała iść do szpitala na trzy tygodnie. Ta wiadomość pozwoliła mi ułożyć w całość fragmenty układanki. Gdy matka i ja zostaliśmy rozdzieleni, w moim ciele zrodziło się napięcie, którego nie byłem świadomy. Kiedy wróciła do domu, nie ufałem już jej trosce. Zamknąłem się na nią. Odepchnąłem ją wtedy i odpychałem przez kolejnych trzydzieści lat. Lęk przed samotnością w końcu zaczął nabierać sensu.
Jeszcze jedno wydarzenie z wczesnego dzieciństwa mogło obudzić strach, że moje życie może nagle zostać zrujnowane – strach, który stale mi towarzyszył. Matka opowiedziała mi, że mój poród był bardzo trudny i lekarz musiał użyć kleszczy. W rezultacie porodu kleszczowego skóra mojej głowy była posiniaczona, a czaszka lekko odkształcona, co przy tego typu porodach zdarza się często. Matka opowiedziała mi ze skruchą, że przez to, jak wyglądałem, z początku trudno jej było mnie przytulić. Ta historia wywołała we mnie głęboki oddźwięk i pomogła mi zrozumieć uczucie rozpaczy, które tak głęboko we mnie tkwiło. Traumatyczne wspomnienia z porodu, które zapisały się w moim ciele, wychodziły na powierzchnię szczególnie wtedy, gdy sam musiałem „urodzić” jakiś nowy projekt lub wystąpić przed publicznością.
A potem zdarzyło się coś, co wstrząsnęło mną do głębi. Z jednej z ostatnich rozmów z matką przed jej śmiercią dowiedziałem się, że przez całą ciążę celowo staczała się ze schodów na brzuchu, licząc na samoistne poronienie. Oniemiałem i nie byłem w stanie odpowiedzieć. Powietrze w moich płucach nie chciało uformować się w słowa. Teraz zrozumiałem, skąd wzięło się słowo „unicestwiony”. Właśnie to działo się ze mną w łonie matki.
Samo zapoznanie się z tymi zdarzeniami przepełniło mnie spokojem, a ponadto w zaskakujący sposób zbliżyło z moją matką.
Zbliżyłem się też do ojca, a stało się to tak: od rozwodu rodziców, kiedy miałem trzynaście lat, ojciec mieszkał samotnie w małym, zrujnowanym mieszkaniu, którego nigdy nie chciało mu się wyremontować, chociaż był emerytowanym sierżantem marynarki i pracownikiem budowlanym. Stare narzędzia, śruby, gwoździe, zwoje taśm elektrycznych i klejących walały się jak zawsze po pokojach i korytarzach. Kiedy staliśmy obok siebie pośrodku oceanu zardzewiałego metalu, powiedziałem mu, jak bardzo za nim tęskniłem. Słowa rozpłynęły się w przestrzeni. Ojciec nie miał pojęcia, co z nimi zrobić.
Zawsze pragnąłem bliskiej relacji z ojcem, ale żaden z nas nie potrafił jej stworzyć. Jednak tym razem kontynuowaliśmy rozmowę. Powiedziałem mu, że go kocham i że jest dobrym ojcem. Opowiedziałem mu o rzeczach, które dla mnie robił, gdy byłem mały. Czułem, że mnie słucha, chociaż mogłoby się wydawać, że jest inaczej, ponieważ wzruszał ramionami i próbował zmienić temat. Przez kilka tygodni mówiłem do niego i dzieliłem się wspomnieniami. Aż wreszcie któregoś dnia podczas lunchu spojrzał mi prosto w oczy i powiedział: „Nigdy nie sądziłem, że mnie kochasz”. Z trudem złapałem oddech. Jasne było, że w nas obu pojawił się wielki ból. I nagle otworzyły się nam serca. Czasami serce musi pęknąć, żeby mogło się otworzyć. W końcu zaczęliśmy okazywać sobie miłość. Zobaczyłem skutki zaufania nauczycielom i powrotu do domu, gdzie pojednałem się z rodzicami.
Po raz pierwszy, odkąd sięgałem pamięcią, pozwalałem sobie na przyjmowanie od rodziców miłości i troski – nie takich, jakie wyobrażałem sobie, że powinny być, tylko takich, jakie potrafili dawać. Byli tymi samymi rodzicami co zawsze. Różnica była we mnie. Zacząłem ich kochać.
Wczesne zdarzenia związane z moją matką i mną, w połączeniu z podobnymi traumami, które odziedziczyłem wraz z historią rodzinną – troje z moich dziadków wcześnie straciło matki, zaś babcia w niemowlęctwie straciła ojca (a wraz z nim uważność i troskę pogrążonej w żałobie matki) – przyczyniły się do powstania mojego języka lęku. Słowa „samotny”, „bezradny”, „zniszczony” czy „unicestwiony” i towarzyszące im uczucia powoli traciły nade mną moc. Dostałem nowe życie, którego istotną częścią była odmieniona relacja z rodzicami.
Moja matka odeszła jakiś czas po ukazaniu się pierwszego wydania tej książki. Niemniej przez kilka ostatnich dekad jej życia udało się nam odbudować ciepłą relację. Jej miłość, którą odbierałem kiedyś jako inwazyjną i niewolącą, teraz przynosiła mi spokój i pokrzepienie.
Miałem również szczęście doświadczyć szesnastu lat bliskości z ojcem, zanim zmarł. To od mojego ojca, który przez ostatnie cztery lata życia cierpiał na demencję, nauczyłem się najwięcej o kruchości i miłości. Udało nam się spotkać w tym miejscu, poza myślami, poza umysłem, gdzie istnieje już tylko najgłębsza miłość.
Podczas podróży spotkałem wielu wybitnych nauczycieli. Jednak kiedy patrzę w przeszłość, to moje oko – moje zmęczone, przepełniające mnie przerażeniem oko – kazało mi odbyć podróż na drugi koniec świata, wrócić stamtąd do rodziców i przez gąszcz rodzinnych traum dotrzeć do własnego serca. To moje oko okazało się, ostatecznie, najlepszym ze wszystkich nauczycieli.
Gdzieś po drodze przestałem się w ogóle zajmować okiem i tym, czy jest z nim lepiej, czy gorzej. Nie oczekiwałem już, że będę znowu wyraźnie widział. Z jakiegoś powodu straciło to znaczenie. Niedługo później wzrok powrócił. Nie oczekiwałem tego. Nawet nie było to mi już potrzebne. Potrafiłem czuć się dobrze niezależnie od stanu mojego oka.
Dzisiaj mój wzrok dostaje 20 punktów w dwudziestopunktowej skali, chociaż mój okulista zaklina się, że przy tej liczbie blizn na siatkówce nie powinienem wcale widzieć. Kręci głową i twierdzi, że jakimś sposobem światło musi iść rykoszetem i obchodzić dołek środkowy, centralne miejsce siatkówki. Jak w wielu opowieściach o wyleczeniu i przemianie, to, co początkowo wydawało się wrogiem, okazało się ostatecznie największym sprzymierzeńcem. Chociaż szukałem odpowiedzi na najdalszych krańcach ziemi, okazało się, że to, co miało mnie uzdrowić, nosiłem w sobie.
Zdrowienie to praca wewnętrzna. Na szczęście moi nauczyciele zaprowadzili mnie z powrotem do rodziców i do siebie samego, do domu. Po drodze odkryłem historie rodzinne, które przyniosły mi ukojenie. Wdzięczność i uczucie bycia wolnym spowodowały, że postanowiłem uczynić swoją misją pomaganie innym w odkrywaniu dla siebie tej wolności.
Do świata psychologii trafiłem przez język. Testy, teorie i modele zachowań nie interesowały mnie ani na studiach, ani w pracy klinicznej. Zamiast tego słyszałem język. Wypracowałem sposoby słuchania i nauczyłem się słyszeć, co ludzie tak naprawdę mówią, kiedy narzekają i opowiadają te same historie. Nauczyłem się pomagać im zidentyfikować słowa, które prowadziły do źródła cierpienia. I chociaż niektórzy teoretycy twierdzą, że język zanika w czasie traumy, wielokrotnie widziałem, że nie jest stracony. Błąka się w podświadomości, czekając, aż zostanie z powrotem odkryty.
Nieprzypadkowo uważam język za potężne narzędzie w leczeniu. Odkąd sięgam pamięcią, język był moim nauczycielem, sposobem organizowania i rozumienia świata. Zacząłem pisać wiersze, gdy byłem nastolatkiem, i jestem skłonny rzucić wszystko (no, prawie wszystko), kiedy poczuję, że jakiś nowy język potrzebuje się narodzić. Wiem, że dzięki mojemu oddaniu językowi doświadczyłem rzeczy, których inaczej nie mógłbym doznać. Dla mojego własnego procesu zidentyfikowanie słów „samotny”, „bezradny”, „zniszczony” i „unicestwiony” było kluczowe.
Wychodzenie z traumy pod wieloma względami przypomina pisanie wiersza. Obie czynności wymagają właściwego momentu, odpowiednich słów i obrazów. Gdy spełniają się wszystkie warunki, pojawia się coś pełnego znaczenia, co można odczuć w ciele. Do zdrowienia konieczne jest odpowiednie tempo. Jeżeli zbyt szybko dojdziemy do obrazu, możemy nie być gotowi go przyjąć. Jeżeli za wcześnie usłyszymy słowa, które mają nas ukoić, możemy nie być gotowi, aby je usłyszeć. Jeżeli słowa nie są precyzyjne, możemy je zlekceważyć albo po prostu nas nie poruszą.
W praktyce nauczyciela i prowadzącego warsztaty łączę metody i narzędzia, które poznałem w czasie szkoleń dotyczących dziedziczenia traumy z wiedzą na temat kluczowej roli języka. Nazywam to pracą z wewnętrznym językiem (ang. core language approach). Za pomocą konkretnych pytań pomagam ludziom odkryć głęboką przyczynę gnębiących ich objawów fizycznych i emocjonalnych. Odnalezienie właściwego języka nie tylko wydobywa traumę, lecz także daje narzędzia i obrazy potrzebne do zdrowienia. Widziałem, jak dzięki tej metodzie głęboko zakorzenione wzory depresji, lęku i pustki zmieniały się w chwili wglądu.
W podróży prowadzi nas język – ukryty język naszych zmartwień i lęków. Ten język może być z nami przez całe życie. Może pochodzić od naszych rodziców lub jeszcze wcześniej, od pokoleń naszych pradziadków. Nasz wewnętrzny język (ang. core language) domaga się wysłuchania. Kiedy pójdziemy tam, dokąd prowadzi, i wysłuchamy jego opowieści, ujawni się jego moc rozpraszania naszych najgłębszych lęków.
Prawdopodobnie spotkamy po drodze znanych i nieznanych członków rodziny. Niektórzy nie żyją od lat. Z innymi nie jesteśmy nawet spokrewnieni, ale ich cierpienie bądź okrucieństwo mogło zmienić losy naszej rodziny. Być może odkryjemy dawno zapomnianą tajemnicę, albo i dwie. Jednak niezależnie od tego, dokąd to nas zaprowadzi, z mojego doświadczenia wynika, że dotrzemy do nowego miejsca w życiu z większym poczuciem wolności w ciele i bardziej pogodzeni ze sobą.
W książce opieram się na historiach osób, z którymi pracowałem na warsztatach, treningach i sesjach indywidualnych. Przypadki, które opisuję, są prawdziwe, ale żeby chronić prywatność opisywanych osób, zmieniłem ich imiona i inne szczegóły, które pozwoliłyby je zidentyfikować. Jestem im głęboko wdzięczny za umożliwienie mi podzielenia się sekretnymi językami ich lęków, za udzielone mi zaufanie i zgodę na to, bym usłyszał to, co kryje się pod ich słowami.
Część pierwsza
W sieci traum rodzinnych
Rozdział 1
Trauma zgubiona i odnaleziona
Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością.
William Faulkner, Requiem dla zakonnicy, tłum. Wacław Niepokólczycki
Niezdolność nazwania tego, co się nam przytrafiło, jest dobrze opisaną i rozpoznaną cechą traumy. Nie tylko nie możemy znaleźć właściwych słów, coś dzieje się również z pamięcią. Podczas traumatyzującego wydarzenia może dojść do rozproszenia i dezorganizacji myśli, a to sprawia, że nie daje się później połączyć wspomnień z tym, co naprawdę się stało. Fragmenty wspomnień zapisane w obrazach, odczuciach ciała i słowach zostają przeniesione do podświadomości i uaktywniają się pod wpływem czegokolwiek, co w jakiś sposób przypomina traumatyzujące wydarzenie. Wtedy, tak jakby ktoś nacisnął klawisz „przewiń do tyłu”, traumatyczne doświadczenie powraca w codziennym życiu. Podświadomie reagujemy na pewne osoby, zdarzenia czy sytuacje w stary, znany sposób, który jest echem przeszłości.
Zygmunt Freud opisał ten mechanizm ponad sto lat temu. Odtwarzanie traumy lub „przymus powtarzania”, jak nazywał je Freud, to czyniona przez podświadomość próba ponownego przeżycia tego, co nie zostało rozwiązane, tak żeby wreszcie to „naprawić”. Ta podświadoma potrzeba skutkuje powtarzaniem nieprzepracowanych traum w kolejnych pokoleniach rodziny.
Carl Jung, żyjący w tym samym czasie co Freud, również uważał, że to, co zepchnięte do podświadomości, nie znika, lecz powraca w naszym życiu jako przeznaczenie lub los. Innymi słowy: istnieje duże prawdopodobieństwo, że będziemy powtarzać nieuświadomione wzorce tak długo, aż wyjdą na powierzchnię świadomości. Zarówno Freud, jak i Jung byli przekonani, że to, co jest zbyt trudne do przyjęcia, nie rozpływa się, ale przeciwnie, zostaje zapisane w nieświadomości. Obserwowali, jak fragmenty zablokowanych i wypartych doświadczeń powracają w słowach, gestach i zachowaniu pacjentów. Przez kolejne dekady terapeuci poszukiwali w przejęzyczeniach, powracających zachowaniach i snach swoich pacjentów wskazówek dotyczących tego, co dzieje się w tych obszarach ich życia, o których tak trudno mówić i myśleć.
Ostatnie odkrycia diagnostyki obrazowej pozwoliły badaczom zobaczyć reakcje mózgu i ciała na szokujące wydarzenia. Bessel van der Kolk jest holenderskim naukowcem znanym ze swoich badań nad stresem posttraumatycznym. Wyjaśnia, że podczas traumatycznego epizodu ośrodek mowy zostaje wyłączony, podobnie jak fragment kory przedczołowej odpowiedzialny za doświadczanie chwili obecnej. Opisuje horror utraty mowy jako doświadczenie braku słów, które zdarza się często, gdy części mózgu odpowiedzialne za pamięć zostają upośledzone w momencie zagrożenia i niebezpieczeństwa. „Kiedy ludzie ponownie przeżywają traumatyczne doświadczenie”, twierdzi, „płat czołowy przestaje prawidłowo działać, skutkiem czego trudno im myśleć i mówić. Tracą umiejętność precyzyjnego wyjaśnienia sobie lub innym, co dokładnie się dzieje”1.
Cisza nie jest jednak zupełna: słowa, obrazy i impulsy, które rozpadają się pod wpływem traumatycznego doświadczenia, przeobrażają się w sekretny język cierpienia, który nosimy w sobie. Nic nie jest na zawsze stracone. Zmieniło się tylko położenie elementów.
We współczesnej psychoterapii coraz częściej wychodzi się poza indywidualną traumę i w celu lepszego zrozumienia pacjenta poszukuje się traumatycznych wydarzeń w historii rodziny lub całego społeczeństwa. Tragedie o różnym charakterze i intensywności – takie jak porzucenie, samobójstwo, wojna, wczesna śmierć dziecka, rodzica czy rodzeństwa – mogą wywoływać fale szoku i niepokoju przenoszące się z pokolenia na pokolenie. Najnowsze odkrycia biologii komórkowej, neuronauki, epigenetyki i psychologii rozwojowej dowodzą potrzeby sięgania co najmniej trzy pokolenia wstecz, żeby zrozumieć mechanizmy rządzące powtarzającymi się traumami i cierpieniem.
Chciałbym teraz zabrać cię ze sobą w przeszłość odległą o mniej więcej trzy dekady, do czasów, gdy pracowałem z wieloma osobami uciekającymi się do samookaleczeń. Jeden taki przypadek odmienił moje życie na zawsze. To on nauczył mnie słuchać języka odziedziczonej traumy.
Dwudziestoczteroletnia Sarah okaleczała się od piętnastego roku życia. W odróżnieniu od wielu innych osób, z którymi pracowałem, raniła się w sposób, który można nazwać skrajnym – kaleczyła żyletką ramiona, nogi i brzuch tak głęboko, że często przecinała żyłę i niemalże wykrwawiała się na śmierć. Rodzice, przerażeni ryzykiem jej utraty, pędzili z nią po takich epizodach do szpitala, gdzie trafiała na oddział psychiatryczny i pozostawała na nim przez trzy lub cztery tygodnie.
Zastanawiałem się, dlaczego Sarah to robi. Pracowałem z wieloma innymi osobami, które się okaleczały, lecz zadawane przez nich rany były zasadniczo powierzchowne. Dlaczego raniła się tak mocno? Co chciała w ten sposób przekazać?
Któregoś dnia, po wyjściu Sarah ze szpitala, poprosiłem ją, żeby pokazała mi, w jaki sposób się tnie. Dałem jej długopis i zasugerowałem, aby sobie wyobraziła, że trzyma żyletkę. Kiedy przeciągnęła nim po bicepsie, jej oczy lekko się zaszkliły. Dostrzegłem objawy dysocjacji.
– O czym teraz myślisz, Sarah? Co to za uczucie?
– Ja… ja nie zasługuję na to, żeby żyć.
Na mgnienie oka osłupiałem. Patrzyłem na młodą kobietę, która dopiero wchodziła w życie, lecz twierdziła, że powinna już umrzeć.
– Co zrobiłaś, Sarah? Odebrałaś komuś życie? Spowodowałaś wypadek? Zerwałaś z kimś, kto potem popełnił samobójstwo?
Pokręciła głową i wbiła wzrok w kolana.
– Nie. Nic z tych rzeczy.
Byłem zdezorientowany. Pracowałem z Sarah już od kilku tygodni. Znałem pełną historię jej choroby, a przynajmniej wszystko, co uznawałem wówczas za godne uwagi. Nie dostrzegałem niczego szczególnego. Niczego, co w moim odczuciu mogłoby skutkować takimi objawami.
Miała ciepłe relacje z obojgiem rodziców. Czuła się przez nich wspierana, otoczona opieką, kochana i akceptowana. Mogła udać się do nich obojga; poprosić którekolwiek z nich, by ją przytuliło albo pocieszyło. Jej więź z matką była mocna. Bezpieczna i trwała. Rzadko trafiał do mnie ktoś, kto wychowywałby się w tak opiekuńczym, kochającym domu.
Nagle, jakby mnie coś tknęło, zapytałem:
– Opowiedz mi o swoich dziadkach. Działo się u nich coś złego? – Nie byłem pewien, dlaczego o to pytam, lecz intuicja podpowiadała mi, że może mnie to naprowadzić na właściwy trop.
Sarah znieruchomiała. Jej oczy się rozszerzyły. A potem zdetonowała bombę.
– Babcia… Matka mojego ojca. Była alkoholiczką. Prowadziła po pijanemu i uderzyła w słup telefoniczny. Dziadek siedział na miejscu pasażera. Wyrzuciło go przez przednią szybę. Poharatał się o odłamki szkła i wykrwawił, zanim przyjechała karetka.
Poszarpany. Pocięty. Śmiertelnie wykrwawiony. Zasługiwać na śmierć… Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca.
– Jak sądzisz, kto czuł, że zasłużył na śmierć?
– Babcia… To ona miała takie odczucia. – W oddech Sarah wkradł się niepokój. Miała nieobecny wzrok.
– Właśnie. Chodziło o nią. Nie o ciebie. Twoja babcia czuła, że to ona nie zasługuje, by żyć. Co się z nią potem stało? – zapytałem. – I ile lat miał wtedy twój ojciec?
– Po tamtym wypadku piła bez przerwy. Ojciec miał dwanaście lat. To było dla niego straszne. Stracił tatę i właściwie także matkę. Znienawidził ją. Zmarła, gdy miał dwadzieścia lat. Nigdy jej nie wybaczył.
W końcu wszystko nabrało sensu. Kiedy Sarah czuła, że nie zasługuje na to, by żyć, na nowo doświadczała uczuć swojej babci, zasługującej na śmierć za odebranie życia komuś innemu – w tym przypadku ukochanemu partnerowi.
A kiedy Sarah kaleczyła się do żywego, na nowo doświadczała tego, co musiał przeżywać jej dziadek, poharatany szkłem i wykrwawiający się na śmierć przed nadejściem pomocy. Potworność traumy – makabryczna śmierć dziadka, poczucie winy babci, odrzucenie matki przez ojca – wszystkie te ostre odłamki przeszłości pasowały do ponurego obrazu sytuacji.
Zarówno Sarah, jak i ja zyskaliśmy tego dnia wiele cennych spostrzeżeń.
Poznałem istotną prawdę o uzdrawianiu. Prawdę, która zmieniła mnie na zawsze i stanowi filar tej książki. Cierpienie nie zawsze umiera wraz z nami. Może wypatrywać wrażliwych ofiar niczym myśliwy; może przenosić się na następne pokolenia.
W swojej rodzinie to Sarah była tą wrażliwą. Za jej sprawą historia ojca, który nie mógł pogodzić się z losem, w końcu znalazła swoje dopełnienie.
Historia Sarah nie różni się znacznie od wielu innych, jakie nosimy w sobie. Ból przeszłości – cierpienie innych ludzi, ich przerażenie, ich rozpacz – wyrażają się poprzez ciała osób żyjących w teraźniejszości.
Sarah musiała się przekonać, że poczucie niezasługiwania na życie nie jest jej własnym i może coś z nim zrobić. W jednym z następnych rozdziałów opowiem, jakie kroki poczyniła, by odnaleźć spokój.
Jeśli zaś chodzi o czytelników tej książki, zachęcam was do powrotu myślami do zasłyszanych w dzieciństwie rodzinnych historii. Później przekonacie się, że mogą one stanowić cenną wiedzę, ułatwiającą uwolnienie się od traumy, która nie zaczęła się od was.
Naukowcy szukający wyjaśnienia dla przypadków takich jak Sarah potrafią dziś przedstawić dowody na przekazywanie traumy z pokolenia na pokolenie. Rachel Yehuda, profesorka psychiatrii i neurobiologii w Mount Sinai Medical School w Nowym Jorku, jest jedną z najważniejszych badaczek zajmujących się zespołem stresu pourazowego (PTSD) i prawdziwą pionierką w tej dziedzinie. W wielu swoich pracach Yehuda zajmowała się badaniem neurobiologii PTSD u ocalałych z Holokaustu i ich dzieci. Jej badania nad kortyzolem (hormonem stresu, który pomaga ciału powrócić do normalnego funkcjonowania po traumie) i jego wpływem na funkcjonowanie mózgu zrewolucjonizowały sposób myślenia i leczenia PTSD na całym świecie. (Osoby dotknięte zespołem stresu pourazowego przeżywają uczucia i doznania związane z traumą, chociaż wydarzyła się ona w przeszłości. Wśród symptomów znajdują się: depresja, lęk, nadmierna czujność, otępienie, bezsenność, koszmary, przerażające myśli, nerwowość, oszołomienie).
Yehuda i jej zespół odkryli, że dzieci osób ocalałych z Holokaustu, cierpiących na zespół stresu pourazowego, rodziły się z podobnym jak u rodziców, obniżonym poziomem kortyzolu, co predysponowało je do przeżywania objawów PTSD poprzedniego pokolenia. Odkrycie, że osoby, które doświadczyły ciężkiej traumy, mają obniżony poziom kortyzolu, wzbudziło kontrowersje, ponieważ było sprzeczne z dotychczasową wiedzą łączącą stres z podwyższonym poziomem kortyzolu. Szczególnie w przypadkach chronicznego PTSD mogą wystąpić problemy z produkcją kortyzolu skutkujące jego niskim poziomem u ocalonych z Zagłady i ich potomstwa.
Yehuda odkryła obniżony poziom kortyzolu również u weteranów wojennych, a także u kobiet, które będąc w ciąży, doświadczyły PTSD w wyniku ataków na World Trade Center, i u ich narodzonych później dzieci. Yehuda odkryła nie tylko, że uczestnicy jej badania produkują mniej kortyzolu i że cechę tę mogą dziedziczyć ich dzieci, lecz również, że niektóre problemy psychiczne, takie jak PTSD, przewlekły ból, zespół chronicznego zmęczenia, są związane z obniżonym poziomem kortyzolu we krwi2. Co ciekawe, od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu procent osób dotkniętych PTSD spełnia także kryteria diagnostyczne ciężkiej depresji lub innego zaburzenia nastroju3.
Z badań Yehudy wynika, że jeżeli jedno z naszych rodziców miało PTSD, jesteśmy trzy razy bardziej niż reszta populacji zagrożeni wystąpieniem jego symptomów, a co za tym idzie – jesteśmy narażeni na depresję i stany lękowe4. Badaczka uważa, że ten rodzaj międzypokoleniowego PTSD jest wynikiem dziedziczenia, a nie bycia zanurzonym w opowieściach rodziców5. Yehuda jako jedna z pierwszych w świecie nauki pokazała, w jaki sposób potomkowie osób, które przeszły traumę, doświadczają fizycznych i psychicznych symptomów traum, których sami nie przeżyli.
Tak było w przypadku Cory’ego, szesnastolatka z rzadkim schorzeniem neurologicznym. W wieku dziesięciu lat zaczęło mu dokuczać intensywne pieczenie skóry. Zdawało mu się, że „płonie”. Lekarze nie potrafili określić, dlaczego tak się dzieje. Nie doszukali się żadnej pierwotnej przyczyny i uznali jego przypadłość za idiopatyczną postać neuropatii.
Pacjenci z tak osobliwymi objawami często trafiają do mnie, skierowani przez lekarzy próbujących się dowiedzieć, czy stwierdzone zaburzenia mogą wynikać z traumy pokoleniowej.
Zapytałem rodziców Cory’ego o rodzinną historię. W szczególności ciekawiły mnie dziesięcioletnie dzieci i wszelkie traumy związane z ogniem lub oparzeniem.
Wysłuchałem zdumiewającej opowieści. Ojciec Cory’ego, Bill, miał dziesięć lat, gdy jego młodszy brat zginął w pożarze domu. Bill bawił się zapałkami w swoim pokoju i podpalił zasłony, które w mgnieniu oka zajęły się ogniem. Spanikowany wybiegł z domu. Chwilę później, uświadomiwszy sobie, że wewnątrz są jego matka i brat, pobiegł z powrotem, żeby ich ostrzec. Matce udało się wydostać, lecz młodszy brat zginął w gęstym dymie i szalejących już wtedy płomieniach. Bill nigdy sobie tego nie wybaczył i dotąd nie opowiadał nikomu, co się stało. Matka Cory’ego dowiedziała się o traumatycznym zdarzeniu od matki Billa.
Prawie czterdzieści lat później syn Billa, Cory, odczuwał pieczenie skóry. Zadziwiające, że pojawiły się one w tym samym wieku, w jakim Bill – dziesięciolatek – wzniecił pożar, w którym zginął jego brat.
Z moich spostrzeżeń po wielokroć wynika, że objawy często imitują lub odtwarzają jakiś aspekt traumy, którą my, nasi rodzice lub dziadkowie uważamy albo uważaliśmy za nie do zniesienia. Do tego stopnia, że o przedmiotowej sprawie właściwie się nie mówi. W rezultacie ten wymiar traumy może powtarzać się w rodzinie, kładąc się cieniem na potomstwie. Aby przerwać ów cykl cierpienia i złagodzić wpływ dawnych traum na nasze dzieci, powinniśmy być gotowi nad tymi traumami się pochylić. W przypadku Billa oznaczało to gotowość do spojrzenia na swoje bolesne uczucia – nienawiść do samego siebie, gniew, poczucie winy i żal – które uniemożliwiały mu rozmowę o bracie.
Cory zdawał się na nowo przeżywać jeden z aspektów traumy Billa, do której doszło jeszcze przed jego urodzeniem. Objawy ustąpiły dopiero wtedy, gdy Bill opowiedział mu o zapałkach i pożarze domu; o bracie, poczuciu winy i o tym, jak bardzo za nim tęsknił. W najgłębszym znaczeniu symptomy Cory’ego były motorem napędowym zdrowienia Billa. Ból syna stanowił wskazówkę, która doprowadziła ojca z powrotem do brata i pomogła przywrócić spokój na łonie ich rodziny.
Historia Gretchen stanowi kolejny przykład tego, jak wydarzenia z przeszłości mogą rzutować na bieg życia w teraźniejszości. Choć przez lata zażywała leki antydepresyjne, uczestniczyła w sesjach psychoterapii indywidualnej i grupowej, próbowała leczyć skutki stresu w kilku podejściach poznawczych, jej depresja i lęki pozostały niezmienne.
Gretchen powiedziała mi, że nie chce się jej już żyć. Odkąd sięgała pamięcią, zmagała się z emocjami tak silnymi, że nie dawało się ich pomieścić w ciele. Kilka razy leczyła się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie zdiagnozowano u niej chorobę dwubiegunową i silne stany lękowe. Przyjmowanie leków przyniosło jej pewną ulgę, nigdy jednak nie wygasiło do końca intensywnych myśli samobójczych. Jako nastolatka okaleczała się, przypalając papierosami. Teraz Gretchen skończyła trzydzieści dziewięć lat i miała dość. Depresja i lęki powstrzymały ją przed wyjściem za mąż i posiadaniem dzieci. Zaskakująco pewnym tonem powiedziała mi, że zamierza odebrać sobie życie przed swoimi następnymi urodzinami.
Kiedy słuchałem Gretchen, miałem wrażenie, że w historii jej rodziny musiało dojść do silnej traumy. W takich przypadkach koncentruję się na słowach używanych przez pacjenta i szukam w nich wskazówek, które doprowadzą mnie do ukrytego traumatycznego doświadczenia.
Zapytałem Gretchen, jak chce się zabić, na co odpowiedziała, że zamierza „wyparować”. Choć dla większości z nas może to brzmieć niezrozumiale, dokładnie taki był jej plan: chciała dostać się do kadzi z roztopionym żelazem w fabryce, w której pracował jej brat. „Moje ciało spłonie w kilka sekund”, powiedziała, patrząc mi w oczy, „zanim zdąży dosięgnąć dna”.
Uderzył mnie kompletny brak emocji w jej głosie. Uczucie, którego doznawała, było ukryte głęboko wewnątrz. Jednocześnie słowa „wyparować” i „spłonąć” rozbrzmiewały we mnie. Pracując z dziećmi i wnukami ocalałych z Zagłady, nauczyłem się podążać za ich słowami. Chciałem, żeby Gretchen opowiedziała mi więcej.
Zapytałem, czy w jej rodzinie byli Żydzi lub osoby dotknięte przez Holokaust. Gretchen powiedziała, że nie, ale później przypomniała sobie historię babci. Babcia urodziła się w rodzinie polskich Żydów, jednak w 1946 roku, kiedy emigrowała do Stanów Zjednoczonych i wzięła ślub z dziadkiem Gretchen, przeszła na katolicyzm. Dwa lata wcześniej cała rodzina babci Gretchen spłonęła w krematoriach Auschwitz. Zostali zagazowani i spaleni. Nikt w rodzinie Gretchen nie rozmawiał z babcią o wojnie ani o tym, co spotkało jej rodziców i rodzeństwo. Był to temat całkowicie przemilczany, co zdarza się często w przypadkach tak potwornych traum.
Gretchen nigdy nie połączyła tych faktów z własną depresją i lękami. Było dla mnie oczywiste, że słowa, których użyła, i uczucia, które opisuje, nie mają początku w niej samej, lecz w jej babci i innych członkach rodziny zamordowanych w czasie wojny.
Kiedy jej to tłumaczyłem, słuchała bardzo uważnie. Jej oczy stawały się coraz większe, a policzki zaróżowiły się. Widziałem, że to do niej trafia. Po raz pierwszy w życiu Gretchen usłyszała wytłumaczenie swojego stanu, które miało dla niej sens.
Żeby pomóc jej pogłębić to doświadczenie, zaproponowałem, aby weszła w buty babci, które reprezentowały ślady stóp z gumy piankowej położone na dywanie pośrodku mojego gabinetu. Poprosiłem, żeby wyobraziła sobie, że czuje to, co mogła czuć jej babcia, kiedy straciła wszystkich najbliższych. Poszedłem jeszcze krok dalej i zapytałem, czy może stanąć na śladach stóp jako swoja babcia i poczuć uczucia babci we własnym ciele. Gretchen doznała obezwładniającego poczucia straty i żalu, poczuła się samotna i odizolowana. Doświadczyła też głębokiego poczucia winy, które dotyka wielu ocalałych – cierpiących, że przetrwali, choć ich bliscy zginęli.
Pacjentom pracującym z traumą często pomaga bezpośrednie doświadczenie uczuć i odczuć, które zapisały się w ich ciałach. Kiedy Gretchen udało się do nich dotrzeć, zdała sobie sprawę, że jej życzenie samounicestwienia było głęboko powiązane z zamordowanymi członkami rodziny. Zrozumiała też, że przejęła jakąś część pragnienia śmierci, które czuła jej babcia. Gdy przyjęła ten wgląd i zobaczyła historię swojej rodziny w nowym świetle, jej ciało zaczęło mięknąć, a coś w środku, co do tej pory pozostawało zaciśnięte, zaczęło odpuszczać.
Podobnie jak w przypadku Cory’ego i Sarah, uświadomienie sobie, że cierpienie jest związane z przemilczaną historią rodziny, było dla Gretchen zaledwie pierwszym krokiem na drodze do wyzdrowienia. Intelektualne zrozumienie zazwyczaj nie wystarcza, by dokonała się trwała zmiana. Bardzo często wiedzy towarzyszyć musi silne przeżycie. W dalszej części książki zajmiemy się sposobami na to, żeby zdrowienie było naprawdę pełne, a rany przeszłych pokoleń mogły zagoić się całkowicie.
Tak jak chłopiec może mieć długie nogi po dziadku, a dziewczynka nos swojej matki, Sarah odziedziczyła wspomnienie babci o potwornym wypadku, Cory miał somatyczne objawy traumy ojca, a Gretchen w swojej depresji niosła rodzinną historię Holokaustu. W każdym z nich uśpione były traumy zbyt wielkie, żeby można było sobie z nimi poradzić w jednym pokoleniu.
Członkowie naszej rodziny mogli doznać potwornej traumy, poczucia winy lub rozpaczy, z którymi nie byli w stanie się uporać. Unikanie bólu zbyt trudnego do zniesienia jest częścią ludzkiej natury, jednak blokowanie uczuć hamuje również procesy gojenia się ran i doznawanie ulgi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mary S. Wylie, The Limits of Talk: Bessel Van Kolk Wants to Transform the Treatment of Trauma, „Psychotherapy Networker”, 16.07.2015, www.psychotherapynetworker.org/magazine/article/818/the-limits-of-talk. [Wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autora.] [wróć]
Rachel Yehuda, Jonathan Seckl, Minireview: Stress-Related Psychiatric Disorders with Low Cortisol Levels: A Metabolic Hypothesis, „Endocrinology”, 4.10.2011, http://press.endocrine.org/doi/full/10.1210/en.2011-1218. [wróć]
Ronald C. Kessler i inni, Posttraumatic Stress Disorder in the National Comorbidity Survey, „Archives of General Psychiatry”, 52(12) (1995): 1048–60, doi:10.1001/arch.psych.1995.03950240066012. [wróć]
Judith Shulevitz, The Science of Suffering, „The New Republic”, 16.11.2014, newrepublic.com/article/120144/trauma-genetic-scientists-say-parents-are-passing-ptsd-kids. [wróć]
Josie Glausiusz, Searching Chromosomes for the Legacy of Trauma, „Nature”, 11.06.2014, doi:10.1038/nature.2014.15369, www.nature.com/news/searchingchromosomes-for-the-legacy-of-trauma-1.15369. [wróć]
