Nie zaczęło się od ciebie - Mark Wolynn - ebook + audiobook + książka

Nie zaczęło się od ciebie ebook i audiobook

Mark Wolynn

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wydanie zaktualizowane i uzupełnione.

Depresja. Lęk. Przewlekły ból. Fobie. Obsesyjne myśli. Istnieją mocne dowody na to, że ich źródłem może być nie tylko nasze własne doświadczenie czy nierównowaga chemiczna w mózgu, lecz także przeżycia rodziców, dziadków, a nawet pradziadków.

Najnowsze badania naukowe potwierdzają to, co od dawna przeczuwało wielu specjalistów – traumę można odziedziczyć. Nawet jeżeli osoba, która jej doświadczyła, już zmarła, a jej historia została zapomniana lub przemilczana, wspomnienia i uczucia żyją w nas i są zapisane wszędzie, od genów po język, którym mówimy.

Oto praktyczny przewodnik po autorskiej metodzie pracy z traumą, który pokazuje, jak odkryć lęki zakodowane w codziennych słowach, w sposobie zachowania i w fizycznym samopoczuciu. Podejście przedstawione w tej książce pozwala rozwiązać głęboko zakorzenione problemy, w przypadku których tradycyjna terapia, leki i inne metody okazały się nieskuteczne.

Dowiedz się, jak wielkie znaczenie dla zdrowia emocjonalnego i fizycznego ma traumatyczne dziedzictwo.

Mark Wolynn jest pionierem w pracy z odziedziczoną traumą i od ponad trzydziestu lat zajmuje się pacjentami indywidualnie i grupowo. Jest twórcą i dyrektorem Family Constellation Institute. Jako ceniony prelegent wykładał w szpitalach, klinikach, na konferencjach i uczelniach oraz w ośrodkach szkoleniowych na całym świecie. Gościł między innymi w University of Pittsburgh, JFK University, UPMC Western Psychiatric Institute, Kripalu, New York Open Center, Omega Institute, 1440 Multiversity i California Institute of Integral Studies. Artykuły Wolynna ukazały się na łamach „Psychology Today”, „Elephant Journal”, „mindbodygreen” i „Psych Central”, a jego poezja była publikowana w magazynie „The New Yorker”. Książka Nie zaczęło się od ciebie jest światowym bestsellerem przetłumaczonym na ponad 40 języków. Mark mieszka w północnej Kalifornii z żoną Anną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 326

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 46 min

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: It Didn’t Start With You: How Inhe­ri­ted Family Trauma Sha­pes Who We Are and How to End the Cycle

Copy­ri­ght © 2016, 2025 by Mark Wolynn No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work is rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790). This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Pen­guin Life, an imprint of Pen­guin Publi­shing Group, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC Copy­ri­ght © 2017, 2021, 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Maria Reimann, Piotr Cie­ślak

All rights rese­rved

Redak­cja: Jagoda Lat­kow­ska, Ida Paw­łow­ska Korekta: Marta Tyczyń­ska-Lewicka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: © Matt Vee Zdję­cie autora: © Nancy Payn­ter Adap­ta­cja okładki i pro­jekt stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie dru­gie War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-972-2

Dedykacja

Moim zmar­łym rodzi­com – Marvi­nowi i San­drze – któ­rzy nie­śli pochod­nię poprzed­nich poko­leń. Jestem wdzięczny za wszystko, co od was otrzy­ma­łem.

Cytat

Kto patrzy na zewnątrz, śni; kto patrzy do środka, prze­bu­dza się.

Carl Gustav Jung, Let­ters, vol. 1

Od autora

Od autora

Książka ta została pomy­ślana jako prze­wod­nik, który popro­wa­dzi cię przez bogaty świat samo­po­zna­nia. Możesz z niej korzy­stać samo­dziel­nie bądź w ramach współ­pracy z wykwa­li­fi­ko­wa­nym tera­peutą.

Czy­ta­jąc, zwra­caj uwagę na samo­po­czu­cie. Pewien poziom pobu­dze­nia lub nie­po­koju możesz uznać za nor­malny – zapusz­czasz się bowiem w głąb zapewne zupeł­nie nie­zna­nych ci tery­to­riów.

Jeśli jed­nak zauwa­żysz, że te inten­sywne emo­cje nie ustę­pują, albo odczu­wasz głę­boki nie­po­kój w związku z dowol­nym aspek­tem mate­riału przed­sta­wio­nego w tej książce, może to ozna­czać, że potrze­bu­jesz sil­niej­szego wspar­cia. Suge­ruję, abyś ozna­czył zakład­kami miej­sca, które pobu­dziły silne emo­cje, i zwró­cił się o pomoc do tera­peuty zna­ją­cego podej­ście soma­tyczne, a naj­le­piej takiego, który zara­zem spe­cja­li­zuje się w pracy z traumą więzi.

Dbaj o sie­bie w trak­cie lek­tury. Pozwól sobie w pełni doświad­czać wszyst­kiego, co się pojawi – te odczu­cia mogą przy­go­to­wać cię na kolejny etap uzdro­wie­nia.

Zawarte w tej książce infor­ma­cje nie zastą­pią opieki psy­cho­lo­gicz­nej ani lecze­nia, w tym psy­chia­trycz­nego. Z zało­że­nia ma ona być sku­tecz­nym narzę­dziem do niczym nie­ogra­ni­czo­nego odkry­wa­nia wła­snego wnę­trza.

Wstęp. Sekretny język lęku

Wstęp

Sekretny język lęku

W ciemny czas wzrok powraca…

The­odore Roethke, In a Dark Time, tłum. Sta­ni­sław Barań­czak

Książka ta jest owo­cem podróży, która zapro­wa­dziła mnie na koniec świata i z powro­tem do domu, do korzeni, a także dała począ­tek pracy, o jakiej nawet mi się nie śniło, kiedy wyru­sza­łem w drogę. Przez ponad trzy­dzie­ści lat pra­co­wa­łem z oso­bami cier­pią­cymi na depre­sję, stany lękowe, cho­roby prze­wle­kłe, fobie, obse­sje, PTSD i inne zabu­rze­nia. Czę­sto tra­fiały do mnie osoby pozba­wione nadziei i zawie­dzione tym, że mimo lat psy­cho­te­ra­pii, przyj­mo­wa­nia leków i innych inter­wen­cji nie udało się im odkryć źró­dła cier­pie­nia ani go ukoić.

Dzięki moim doświad­cze­niom, szko­le­niom i prak­tyce kli­nicz­nej nauczy­łem się, że odpo­wie­dzi należy szu­kać nie tylko w swo­jej wła­snej histo­rii, lecz także w histo­riach rodzi­ców, dziad­ków, a nawet pradziad­ków. Naj­now­sze bada­nia naukowe, które tra­fiają dziś na pierw­sze strony gazet, rów­nież mówią o tym, że efekty traumy mogą być prze­ka­zy­wane z poko­le­nia na poko­le­nie. Spu­ści­zna ta nazy­wana jest „dzie­dzi­czoną traumą rodzinną” i poja­wiają się coraz to nowe dowody potwier­dza­jące ist­nie­nie tego zja­wi­ska. Ból nie zawsze prze­mija lub zmniej­sza się z cza­sem. Nawet jeśli osoba, która doświad­czyła traumy, już nie żyje, a jej histo­rię skry­wają lata mil­cze­nia, w jej potom­kach mogą żyć wspo­mnie­nia i odczu­cia, które doma­gają się prze­pra­co­wa­nia i uwol­nie­nia.

Jak to się dzieje? Z tej książki dowiesz się, że wspo­mnie­nia traumy zostają utrwa­lone w plem­ni­kach i komór­kach jajo­wych naszych rodzi­ców oraz dziad­ków. Odczu­cia i dozna­nia zwią­zane z traumą – w szcze­gól­no­ści zaś reak­cja na stres i spo­sób eks­pre­sji genów – mogą zostać prze­ka­zane przed­sta­wi­cie­lom następ­nych poko­leń i mieć na nich podobny wpływ, nawet jeśli oni sami nie doświad­czyli traumy. W rezul­ta­cie możemy przyjść na świat ze zmo­dy­fi­ko­wa­nymi mózgami, które bio­lo­gicz­nie przy­go­to­wują nas do radze­nia sobie z trau­mami podob­nymi do tych, które prze­żyli rodzice i dziad­ko­wie.

Książka ta jest syn­tezą obser­wa­cji, które poczy­ni­łem jako dyrek­tor Family Con­stel­la­tion Insti­tute w San Fran­ci­sco oraz naj­now­szych odkryć neu­ro­bio­lo­gii, epi­ge­ne­tyki i badań nad języ­kiem. Jest rów­nież wyni­kiem szko­leń, jakie odby­łem u Berta Hel­lin­gera, uzna­nego nie­miec­kiego psy­cho­te­ra­peuty, który w swoim podej­ściu do pracy tera­peu­tycz­nej z rodziną poka­zy­wał psy­cho­lo­giczny i fizyczny wpływ dzie­dzi­czo­nej traumy rodzin­nej na następne poko­le­nia.

Istotą mojej pracy jest zakoń­cze­nie cyklu cier­pie­nia powta­rza­ją­cego się w kolej­nych gene­ra­cjach i o tym opo­wiada ta książka. Znaczna jej część poświę­cona została roz­po­zna­wa­niu dzie­dzi­czo­nych wzor­ców – lęków, uczuć, zacho­wań – które nie­świa­do­mie prze­ję­li­śmy od swo­ich przod­ków. Dla­czego tak się dzieje? W moim prze­ko­na­niu dla­tego, że histo­ria, która potrze­buje opo­wie­dze­nia, musi zostać opo­wie­dziana. Pozwól­cie, że podzielę się wła­sną.

Nie zamie­rza­łem stwo­rzyć metody, która pomoże wyjść z lęku i stra­chu. Wszystko zaczęło się dnia, gdy stra­ci­łem wzrok. Wyda­rzyło się to pod­czas mojego pierw­szego ataku migreny ocznej. Nie dozna­wa­łem fizycz­nego bólu, byłem pogrą­żony w prze­ra­ża­ją­cej czar­nej otchłani, która ode­brała mi wzrok. Mia­łem trzy­dzie­ści cztery lata i po omacku krą­ży­łem po biu­rze, szu­ka­jąc na tele­fo­nie numeru 911. Wkrótce przy­je­chała karetka.

Migrena oczna to ogól­nie nic poważ­nego. Pogor­sze­nie wzroku ustę­puje zwy­kle po godzi­nie. Nie zawsze jed­nak masz tego świa­do­mość, kiedy cię spo­tyka. W moim przy­padku migrena oczna była dopiero począt­kiem. W kolej­nych tygo­dniach zaczą­łem tra­cić wzrok w lewym oku. Twa­rze i znaki dro­gowe wkrótce zupeł­nie się roz­ma­zały.

Leka­rze poin­for­mo­wali mnie, że cier­pię na cen­tralną reti­no­pa­tię suro­wi­czą – cho­robę, któ­rej nie można wyle­czyć, a jej przy­czyna nie jest znana. Płyn zbiera się pod siat­kówką, a potem zaczyna wycie­kać, co powo­duje powsta­wa­nie blizn i roz­ma­zy­wa­nie się obrazu. Zna­la­złem się wśród pię­ciu pro­cent osób, u któ­rych cho­roba przyj­muje postać chro­niczną i które w jej wyniku stracą wzrok. Powie­dziano mi, że cho­roba dotknie obojga oczu. Było to tylko kwe­stią czasu.

Leka­rze nie potra­fili mi powie­dzieć, ani dla­czego tracę wzrok, ani jak można to zatrzy­mać. Wszystko, czego pró­bo­wa­łem na wła­sną rękę – wita­miny, diety skła­da­jące się z samych soków, masaże medy­cyny alter­na­tyw­nej – zda­wało się tylko pogar­szać sprawę. Byłem zupeł­nie zagu­biony. Mój naj­więk­szy strach wła­śnie się mate­ria­li­zo­wał, a ja nie mogłem nic z tym zro­bić. Nie­wi­domy, pozba­wiony moż­li­wo­ści zatrosz­cze­nia się o sie­bie, zupeł­nie sam, roz­padł­bym się na kawałki. Byłby to dla mnie koniec. Czu­łem, że stracę wolę życia. Zostanę uni­ce­stwiony.

Prze­ży­wa­łem ten sce­na­riusz w gło­wie, cią­gle do niego wra­ca­łem. Im wię­cej o nim myśla­łem, tym moc­niej uczu­cie bez­rad­no­ści zako­rze­niało się w moim ciele. Toną­łem w bagnie. Za każ­dym razem, kiedy pró­bo­wa­łem się z niego wydo­być, powra­cały myśli, że będę żył samotny, bez­radny, znisz­czony i uni­ce­stwiony. Nie wie­dzia­łem wtedy, że słowa „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” i „uni­ce­stwiony” są wyra­zami mojego oso­bi­stego języka lęku. Sta­no­wiły echa traum, do któ­rych doszło w mojej rodzi­nie, zanim przy­sze­dłem na świat. Nie­oswo­jone i nie­okieł­znane roz­pę­dzały się w mojej gło­wie i grze­cho­tały w ciele.

Zasta­na­wia­łem się, jak to się stało, że nada­łem myślom taką moc. Inni cier­pieli na trud­no­ści znacz­nie więk­sze niż moje, a jed­nak nie pod­da­wali się im cał­ko­wi­cie. Co takiego było we mnie, że strach zupeł­nie mnie pochło­nął? Dopiero wiele lat póź­niej udało mi się odpo­wie­dzieć na te pyta­nia.

Wtedy potra­fi­łem jedy­nie odejść. Odsze­dłem ze związku, odsze­dłem od rodziny, odsze­dłem z pracy i z mia­sta, porzu­ci­łem wszystko, co zna­łem. Poszu­ki­wa­łem odpo­wie­dzi, któ­rych nie mogłem zna­leźć w świe­cie, w któ­rym żyłem, świe­cie, gdzie wielu ludzi było zagu­bio­nych i nie­szczę­śli­wych. Mia­łem tylko pyta­nia i nie­wiele chęci, żeby dalej żyć życiem, jakie zna­łem. Prze­ka­za­łem swoją firmę (dobrze pro­spe­ru­jące przed­się­bior­stwo zaj­mu­jące się orga­ni­za­cją even­tów) komuś, kogo dopiero pozna­łem, i wyru­szy­łem na wschód – tak bar­dzo na wschód, jak tylko się dało – aż dotar­łem do Azji Połu­dniowo-Wschod­niej. Poszu­ki­wa­łem uzdro­wie­nia. Nie mia­łem poję­cia, jak będzie wyglą­dało.

Czy­ta­łem książki i uczy­łem się od nauczy­cieli, któ­rzy je napi­sali. Kiedy tylko sły­sza­łem o kimś, kto mógłby mi pomóc – o sta­rej kobie­cie w chatce lub roze­śmia­nym męż­czyź­nie w habi­cie – sze­dłem na spo­tka­nie. Dołą­cza­łem do warsz­ta­tów i śpie­wa­łem z guru. Jeden z nich powie­dział nam, że chce, by ota­czali go wyłącz­nie „ci, któ­rzy zna­leźli”. Poszu­ku­jący, powie­dział, będą zawsze tylko poszu­ki­wać.

Chcia­łem być „tym, który zna­lazł”. Codzien­nie godzi­nami medy­to­wa­łem. Odby­wa­łem kil­ku­dniowe gło­dówki. Przy­rzą­dza­łem napary z ziół i wal­czy­łem z tok­sy­nami, które – jak sobie wyobra­ża­łem – zale­gały w moich tkan­kach. Tym­cza­sem mój wzrok cały czas się pogar­szał, a depre­sja pogłę­biała.

Nie zda­wa­łem sobie wtedy sprawy, że kiedy pró­bu­jemy unik­nąć odczu­wa­nia bólu, czę­sto prze­dłu­żamy jego trwa­nie. Jest to świetna recepta na nie­koń­czące się cier­pie­nie. W samym akcie szu­ka­nia jest też coś, co odcina nas od tego, co chcie­li­by­śmy zna­leźć. Cią­głe poszu­ki­wa­nie na zewnątrz unie­moż­li­wia zorien­to­wa­nie się, że war­to­ściowy pro­ces toczy się wewnątrz nas samych, prze­ga­pimy go jed­nak, jeżeli nie skie­ru­jemy uwagi do środka.

„Czego nie chcesz zoba­czyć?” – pona­glali uzdro­wi­ciele, doma­ga­jąc się, żebym spoj­rzał głę­biej. Skąd mogłem wie­dzieć? Byłem pogrą­żony w ciem­no­ści.

Pewien guru w Indo­ne­zji tro­chę roz­ja­śnił ten mrok, gdy zapy­tał: „Za kogo się uwa­żasz, że miał­byś nie mieć pro­ble­mów z oczami?”. Cią­gnął: „Być może uszy Johana nie sły­szą tak dobrze jak uszy Ger­harda, a płuca Elizy nie są rów­nie silne jak płuca Grety. Die­trich nie cho­dzi rów­nie spraw­nie jak Seba­stian” (wszy­scy uczest­nicy tego tre­ningu byli Holen­drami albo Niem­cami i zma­gali się z róż­nymi prze­wle­kłymi cho­ro­bami). Coś do mnie dotarło. Miał rację. Kim byłem, żeby nie mieć pro­ble­mów z oczami? Nie­zgoda na rze­czy­wi­stość była z mojej strony aro­gan­cją. Czy mi się to podo­bało, czy nie, na siat­kówce mia­łem bli­zny i widzia­łem nie­ostro, ale w głębi – w „ja”, które było pod tym wszyst­kim – zaczą­łem odczu­wać spo­kój. Powoli to, jak się czu­łem, prze­stało zale­żeć cał­ko­wi­cie od tego, jak czuło się moje oko.

W celu pogłę­bie­nia nauki guru kazał nam przez sie­dem­dzie­siąt dwie godziny – trzy dni i trzy noce – z zasło­nię­tymi oczami i zatka­nymi uszami medy­to­wać na małej poduszce. Każ­dego dnia dosta­wa­li­śmy nie­wielką miskę ryżu i wodę do picia. Nie wolno nam było spać, wsta­wać, kłaść się ani komu­ni­ko­wać ze sobą. Żeby pójść do łazienki, trzeba było pod­nieść rękę i było się eskor­to­wa­nym w ciem­no­ści do dziury w ziemi.

Dzięki głę­bo­kiej obser­wa­cji umy­słu mie­li­śmy dostrzec, jak jest sza­lony. Spo­strze­głem, jak mój umysł nie­ustan­nie kpi ze mnie, pod­su­wa­jąc mi naj­gor­sze moż­liwe sce­na­riu­sze oraz złu­dze­nie, że jeżeli tylko będę się wystar­cza­jąco inten­syw­nie mar­twił, uda mi się unik­nąć tego, czego naj­bar­dziej się boję.

Po tym i podob­nych doświad­cze­niach zaczą­łem w środku widzieć tro­chę jaśniej. Jed­nak stan mojego oka wcale się nie popra­wił, wycie­ka­nie płynu i bli­zno­wa­ce­nie nie ustały. Kło­poty ze wzro­kiem są wspa­niałą meta­forą na wielu pozio­mach. W końcu zro­zu­mia­łem, że nie cho­dzi o to, co widzę, a czego nie widzę, tylko raczej o spo­sób, w jaki widzia­łem rze­czy. Ale to nie wtedy wszystko się zmie­niło.

Dopiero w trze­cim roku „poszu­ki­wa­nia wizji” dosta­łem wresz­cie to, czego szu­ka­łem. Dużo wów­czas medy­to­wa­łem. Depre­sja pra­wie się skoń­czyła. Spę­dza­łem nie­zli­czone godziny na byciu ze swoim odde­chem i dozna­niami pły­ną­cymi z ciała. To było łatwe.

Któ­re­goś dnia cze­ka­łem w kolejce na sat­sang – spo­tka­nie z mistrzem ducho­wym. Cze­ka­łem już kilka godzin, ubrany w białą szatę, którą nosili wszy­scy w świą­tyni. Wresz­cie nade­szła moja kolej. Ocze­ki­wa­łem, że mistrz dostrzeże moje zaan­ga­żo­wa­nie. Zamiast tego spoj­rzał głę­boko we mnie i zoba­czył to, czego sam nie widzia­łem. „Wra­caj do domu”, powie­dział. „Wra­caj do domu i zadzwoń do matki i ojca”.

Co? Byłem wście­kły. Aż zadrża­łem ze zło­ści. Naj­wy­raź­niej zupeł­nie mnie nie zro­zu­miał. Nie potrze­bo­wa­łem już prze­cież rodzi­ców. Prze­ro­słem ich. Zosta­wi­łem ich za sobą już dawno, zamie­ni­łem na lep­szych, boskich, ducho­wych rodzi­ców – nauczy­cieli, guru, mądrych męż­czyzn i kobiety, któ­rzy pro­wa­dzili mnie na dro­dze do oświe­ce­nia. W dodatku byłem prze­ko­nany, że dzięki kil­ku­let­niej tera­pii i podar­ciu kar­to­no­wych figu­rek przed­sta­wia­ją­cych moich rodzi­ców udało mi się „ule­czyć” moją rela­cję z nimi. Posta­no­wi­łem zigno­ro­wać więc radę mistrza.

A jed­nak coś we mnie utkwiło. Nie mogłem zapo­mnieć o tym, co powie­dział. Zaczą­łem wresz­cie rozu­mieć, że żadne doświad­cze­nie nie idzie na marne. Wszystko, co się nam przy­da­rza, ma war­tość, nawet jeśli nie potra­fimy jej od razu doce­nić. Wszystko, co nas spo­tyka, w końcu dokądś nas pro­wa­dzi.

Chcia­łem jed­nak na­dal trwać w ilu­zji doty­czą­cej poczu­cia, kim jestem. Byłem osobą zaawan­so­waną w prak­tyce medy­ta­cji i mocno się tego trzy­ma­łem. Posta­no­wi­łem zatem spo­tkać się z innym mistrzem ducho­wym, takim, który – jak sądzi­łem – będzie potra­fił wszystko napra­wić. Inspi­ro­wał setki ludzi dzien­nie swoją nie­ziem­ską miło­ścią. Byłem pewien, że zoba­czy we mnie głę­boko udu­cho­wioną osobę, za jaką się uwa­ża­łem. Znowu cze­ka­łem cały dzień, żeby wresz­cie zna­leźć się na początku kolejki. A potem stało się to samo. Znów. Raz jesz­cze usły­sza­łem dokład­nie te same słowa: „Zadzwoń do rodzi­ców. Wróć do domu i pogódź się z nimi”.

Tym razem usły­sza­łem, co zostało powie­dziane.

Wielcy nauczy­ciele wie­dzą. Wiel­kich nauczy­cieli nie obcho­dzi, czy wie­rzysz w ich naukę, czy nie. Mówią o praw­dzie, a potem zosta­wiają cię samego, żebyś odkrył wła­sną prawdę. Adam Gop­nik w książce Thro­ugh the Chil­dren’s Gate pisze o róż­nicy mię­dzy guru a nauczy­cie­lami: „Guru ofia­ro­wuje nam sie­bie i swój sys­tem, nauczy­ciel daje nam lek­cję i oddaje sobie samym”.

Wielcy nauczy­ciele rozu­mieją, że to, skąd przy­cho­dzimy, wpływa na to, dokąd idziemy, i że nie­roz­wią­zane sprawy z prze­szło­ści wpły­wają na naszą przy­szłość. Wie­dzą, że rodzice są ważni, nie­za­leż­nie od tego, jakimi byli dla nas rodzi­cami. Nie da się tego obejść: histo­ria rodziny to nasza histo­ria. Czy nam się to podoba, czy nie, nosimy ją w sobie.

Nie­za­leż­nie od histo­rii, jaką sobie o nich opo­wia­damy, nie możemy rodzi­ców wyma­zać ani wyrzu­cić z sie­bie. Są w nas, a my jeste­śmy ich czę­ścią – nawet jeżeli ni­gdy ich nie pozna­li­śmy. Odrzu­ce­nie rodzi­ców oddala nas tylko od samych sie­bie i zwięk­sza cier­pie­nie. Tych dwóch nauczy­cieli potra­fiło to zoba­czyć. Ja nie. Moja śle­pota była jed­no­cze­śnie fak­tyczna i meta­fo­ryczna. Zaczą­łem się budzić i uświa­da­miać sobie, jak wielki bała­gan zosta­wi­łem w domu.

Przez wiele lat byłem bar­dzo surowy w oce­nie moich rodzi­ców. Uwa­ża­łem, że jestem dużo bar­dziej ludzki i wraż­liwy od nich. Wini­łem ich za wszystko, co nie podo­bało mi się w moim życiu. Teraz musia­łem do nich wró­cić, żeby odzy­skać to, czego mi bra­ko­wało – wraż­li­wość. Zaczą­łem rozu­mieć, że moja zdol­ność przyj­mo­wa­nia miło­ści od innych ludzi jest powią­zana z moją zdol­no­ścią przyj­mo­wa­nia miło­ści od mojej matki.

Przy­ję­cie jej miło­ści nie było jed­nak łatwe. Nasza rela­cja była bar­dzo trudna, a gdy matka pró­bo­wała mnie objąć, czu­łem, jakby zaci­skała mnie pułapka na zwie­rzę. Moje ciało zwie­rało się, pró­bu­jąc stwo­rzyć pan­cerz, któ­rego matka nie będzie w sta­nie prze­nik­nąć. Ten ból wpły­wał na każdy aspekt mojego życia, przede wszyst­kim na moją zdol­ność bycia otwar­tym w związku.

Matka i ja potra­fi­li­śmy mie­sią­cami nie roz­ma­wiać ze sobą. Kiedy już roz­ma­wia­li­śmy, zawsze uda­wało mi się sło­wami albo przez język ciała odrzu­cić cie­płe uczu­cia, które pró­bo­wała mi oka­zać. Byłem chłodny i zdy­stan­so­wany. Oskar­ża­łem ją o nie­zdol­ność widze­nia i słu­cha­nia mnie. Tkwi­li­śmy w emo­cjo­nal­nym śle­pym zaułku.

Posta­no­wiw­szy napra­wić naszą rela­cję, zare­zer­wo­wa­łem lot do domu, do Pit­ts­bur­gha. Nie widzia­łem matki od kilku mie­sięcy. Kiedy zbli­ża­łem się do celu, poczu­łem ucisk w klatce pier­sio­wej. Nie byłem pewien, czy naszą rela­cję da się napra­wić, wypeł­niały mnie różne uczu­cia. Byłem przy­go­to­wany na naj­gor­sze i odgry­wa­łem w myślach czarny sce­na­riusz: matka mnie przy­tuli, a ja, cho­ciaż pra­gną­łem poczuć się miękki w jej ramio­nach, zro­bię coś zupeł­nie odwrot­nego i zmie­nię się w kamień.

I tak się mniej wię­cej stało. Matka uści­snęła mnie, co znio­słem z tru­dem, ledwo mogłem oddy­chać. Popro­si­łem jed­nak, żeby nie prze­sta­wała mnie obej­mo­wać. Chcia­łem poznać od środka reak­cję swo­jego ciała, poczuć, gdzie zaczy­nały się opór i napię­cie, odczuć, co się ze mną dzieje, zoba­czyć, jak się zamy­kam. Były to nowe infor­ma­cje. Widzia­łem, jak to samo działo się w moich związ­kach. Ale tym razem posta­no­wi­łem nie odcho­dzić. Zamie­rza­łem ule­czyć tę ranę w miej­scu, gdzie się otwo­rzyła.

Im dłu­żej mnie obej­mo­wała, tym bar­dziej czu­łem, że eks­plo­duję. Odczu­wa­łem fizyczny ból. Po chwili zamie­nił się w odrę­twie­nie, które prze­szło z powro­tem w ból. A potem, po paru minu­tach, coś odpu­ściło. W klatce pier­sio­wej i brzu­chu poczu­łem drże­nie. Zaczą­łem mięk­nąć i w kolej­nych tygo­dniach mię­kłem coraz bar­dziej.

Pod­czas jed­nej z wielu roz­mów, które w tam­tym cza­sie odby­li­śmy, matka opo­wie­działa mi o wyda­rze­niu, do któ­rego doszło, gdy mia­łem nie­całe dwa lata. Z powodu ope­ra­cji pęche­rza mama musiała iść do szpi­tala na trzy tygo­dnie. Ta wia­do­mość pozwo­liła mi uło­żyć w całość frag­menty ukła­danki. Gdy matka i ja zosta­li­śmy roz­dzie­leni, w moim ciele zro­dziło się napię­cie, któ­rego nie byłem świa­domy. Kiedy wró­ciła do domu, nie ufa­łem już jej tro­sce. Zamkną­łem się na nią. Ode­pchną­łem ją wtedy i odpy­cha­łem przez kolej­nych trzy­dzie­ści lat. Lęk przed samot­no­ścią w końcu zaczął nabie­rać sensu.

Jesz­cze jedno wyda­rze­nie z wcze­snego dzie­ciń­stwa mogło obu­dzić strach, że moje życie może nagle zostać zruj­no­wane – strach, który stale mi towa­rzy­szył. Matka opo­wie­działa mi, że mój poród był bar­dzo trudny i lekarz musiał użyć klesz­czy. W rezul­ta­cie porodu klesz­czo­wego skóra mojej głowy była posi­nia­czona, a czaszka lekko odkształ­cona, co przy tego typu poro­dach zda­rza się czę­sto. Matka opo­wie­działa mi ze skru­chą, że przez to, jak wyglą­da­łem, z początku trudno jej było mnie przy­tu­lić. Ta histo­ria wywo­łała we mnie głę­boki oddźwięk i pomo­gła mi zro­zu­mieć uczu­cie roz­pa­czy, które tak głę­boko we mnie tkwiło. Trau­ma­tyczne wspo­mnie­nia z porodu, które zapi­sały się w moim ciele, wycho­dziły na powierzch­nię szcze­gól­nie wtedy, gdy sam musia­łem „uro­dzić” jakiś nowy pro­jekt lub wystą­pić przed publicz­no­ścią.

A potem zda­rzyło się coś, co wstrzą­snęło mną do głębi. Z jed­nej z ostat­nich roz­mów z matką przed jej śmier­cią dowie­dzia­łem się, że przez całą ciążę celowo sta­czała się ze scho­dów na brzu­chu, licząc na samo­istne poro­nie­nie. Onie­mia­łem i nie byłem w sta­nie odpo­wie­dzieć. Powie­trze w moich płu­cach nie chciało ufor­mo­wać się w słowa. Teraz zro­zu­mia­łem, skąd wzięło się słowo „uni­ce­stwiony”. Wła­śnie to działo się ze mną w łonie matki.

Samo zapo­zna­nie się z tymi zda­rze­niami prze­peł­niło mnie spo­ko­jem, a ponadto w zaska­ku­jący spo­sób zbli­żyło z moją matką.

Zbli­ży­łem się też do ojca, a stało się to tak: od roz­wodu rodzi­ców, kiedy mia­łem trzy­na­ście lat, ojciec miesz­kał samot­nie w małym, zruj­no­wa­nym miesz­ka­niu, któ­rego ni­gdy nie chciało mu się wyre­mon­to­wać, cho­ciaż był eme­ry­to­wa­nym sier­żan­tem mary­narki i pra­cow­ni­kiem budow­la­nym. Stare narzę­dzia, śruby, gwoź­dzie, zwoje taśm elek­trycz­nych i kle­ją­cych walały się jak zawsze po poko­jach i kory­ta­rzach. Kiedy sta­li­śmy obok sie­bie pośrodku oce­anu zardze­wia­łego metalu, powie­dzia­łem mu, jak bar­dzo za nim tęsk­ni­łem. Słowa roz­pły­nęły się w prze­strzeni. Ojciec nie miał poję­cia, co z nimi zro­bić.

Zawsze pra­gną­łem bli­skiej rela­cji z ojcem, ale żaden z nas nie potra­fił jej stwo­rzyć. Jed­nak tym razem kon­ty­nu­owa­li­śmy roz­mowę. Powie­dzia­łem mu, że go kocham i że jest dobrym ojcem. Opo­wie­dzia­łem mu o rze­czach, które dla mnie robił, gdy byłem mały. Czu­łem, że mnie słu­cha, cho­ciaż mogłoby się wyda­wać, że jest ina­czej, ponie­waż wzru­szał ramio­nami i pró­bo­wał zmie­nić temat. Przez kilka tygo­dni mówi­łem do niego i dzie­li­łem się wspo­mnie­niami. Aż wresz­cie któ­re­goś dnia pod­czas lun­chu spoj­rzał mi pro­sto w oczy i powie­dział: „Ni­gdy nie sądzi­łem, że mnie kochasz”. Z tru­dem zła­pa­łem oddech. Jasne było, że w nas obu poja­wił się wielki ból. I nagle otwo­rzyły się nam serca. Cza­sami serce musi pęk­nąć, żeby mogło się otwo­rzyć. W końcu zaczę­li­śmy oka­zy­wać sobie miłość. Zoba­czy­łem skutki zaufa­nia nauczy­cie­lom i powrotu do domu, gdzie pojed­na­łem się z rodzi­cami.

Po raz pierw­szy, odkąd się­ga­łem pamię­cią, pozwa­la­łem sobie na przyj­mo­wa­nie od rodzi­ców miło­ści i tro­ski – nie takich, jakie wyobra­ża­łem sobie, że powinny być, tylko takich, jakie potra­fili dawać. Byli tymi samymi rodzi­cami co zawsze. Róż­nica była we mnie. Zaczą­łem ich kochać.

Wcze­sne zda­rze­nia zwią­zane z moją matką i mną, w połą­cze­niu z podob­nymi trau­mami, które odzie­dzi­czy­łem wraz z histo­rią rodzinną – troje z moich dziad­ków wcze­śnie stra­ciło matki, zaś bab­cia w nie­mow­lęc­twie stra­ciła ojca (a wraz z nim uważ­ność i tro­skę pogrą­żo­nej w żało­bie matki) – przy­czy­niły się do powsta­nia mojego języka lęku. Słowa „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” czy „uni­ce­stwiony” i towa­rzy­szące im uczu­cia powoli tra­ciły nade mną moc. Dosta­łem nowe życie, któ­rego istotną czę­ścią była odmie­niona rela­cja z rodzi­cami.

Moja matka ode­szła jakiś czas po uka­za­niu się pierw­szego wyda­nia tej książki. Nie­mniej przez kilka ostat­nich dekad jej życia udało się nam odbu­do­wać cie­płą rela­cję. Jej miłość, którą odbie­ra­łem kie­dyś jako inwa­zyjną i nie­wo­lącą, teraz przy­no­siła mi spo­kój i pokrze­pie­nie.

Mia­łem rów­nież szczę­ście doświad­czyć szes­na­stu lat bli­sko­ści z ojcem, zanim zmarł. To od mojego ojca, który przez ostat­nie cztery lata życia cier­piał na demen­cję, nauczy­łem się naj­wię­cej o kru­cho­ści i miło­ści. Udało nam się spo­tkać w tym miej­scu, poza myślami, poza umy­słem, gdzie ist­nieje już tylko naj­głęb­sza miłość.

Pod­czas podróży spo­tka­łem wielu wybit­nych nauczy­cieli. Jed­nak kiedy patrzę w prze­szłość, to moje oko – moje zmę­czone, prze­peł­nia­jące mnie prze­ra­że­niem oko – kazało mi odbyć podróż na drugi koniec świata, wró­cić stam­tąd do rodzi­ców i przez gąszcz rodzin­nych traum dotrzeć do wła­snego serca. To moje oko oka­zało się, osta­tecz­nie, naj­lep­szym ze wszyst­kich nauczy­cieli.

Gdzieś po dro­dze prze­sta­łem się w ogóle zaj­mo­wać okiem i tym, czy jest z nim lepiej, czy gorzej. Nie ocze­ki­wa­łem już, że będę znowu wyraź­nie widział. Z jakie­goś powodu stra­ciło to zna­cze­nie. Nie­długo póź­niej wzrok powró­cił. Nie ocze­ki­wa­łem tego. Nawet nie było to mi już potrzebne. Potra­fi­łem czuć się dobrze nie­za­leż­nie od stanu mojego oka.

Dzi­siaj mój wzrok dostaje 20 punk­tów w dwu­dzie­sto­punk­to­wej skali, cho­ciaż mój oku­li­sta zaklina się, że przy tej licz­bie blizn na siat­kówce nie powi­nie­nem wcale widzieć. Kręci głową i twier­dzi, że jakimś spo­so­bem świa­tło musi iść ryko­sze­tem i obcho­dzić dołek środ­kowy, cen­tralne miej­sce siat­kówki. Jak w wielu opo­wie­ściach o wyle­cze­niu i prze­mia­nie, to, co począt­kowo wyda­wało się wro­giem, oka­zało się osta­tecz­nie naj­więk­szym sprzy­mie­rzeń­cem. Cho­ciaż szu­ka­łem odpo­wie­dzi na naj­dal­szych krań­cach ziemi, oka­zało się, że to, co miało mnie uzdro­wić, nosi­łem w sobie.

Zdro­wie­nie to praca wewnętrzna. Na szczę­ście moi nauczy­ciele zapro­wa­dzili mnie z powro­tem do rodzi­ców i do sie­bie samego, do domu. Po dro­dze odkry­łem histo­rie rodzinne, które przy­nio­sły mi uko­je­nie. Wdzięcz­ność i uczu­cie bycia wol­nym spo­wo­do­wały, że posta­no­wi­łem uczy­nić swoją misją poma­ga­nie innym w odkry­wa­niu dla sie­bie tej wol­no­ści.

* * *

Do świata psy­cho­lo­gii tra­fi­łem przez język. Testy, teo­rie i modele zacho­wań nie inte­re­so­wały mnie ani na stu­diach, ani w pracy kli­nicz­nej. Zamiast tego sły­sza­łem język. Wypra­co­wa­łem spo­soby słu­cha­nia i nauczy­łem się sły­szeć, co ludzie tak naprawdę mówią, kiedy narze­kają i opo­wia­dają te same histo­rie. Nauczy­łem się poma­gać im ziden­ty­fi­ko­wać słowa, które pro­wa­dziły do źró­dła cier­pie­nia. I cho­ciaż nie­któ­rzy teo­re­tycy twier­dzą, że język zanika w cza­sie traumy, wie­lo­krot­nie widzia­łem, że nie jest stra­cony. Błąka się w pod­świa­do­mo­ści, cze­ka­jąc, aż zosta­nie z powro­tem odkryty.

Nie­przy­pad­kowo uwa­żam język za potężne narzę­dzie w lecze­niu. Odkąd się­gam pamię­cią, język był moim nauczy­cie­lem, spo­so­bem orga­ni­zo­wa­nia i rozu­mie­nia świata. Zaczą­łem pisać wier­sze, gdy byłem nasto­lat­kiem, i jestem skłonny rzu­cić wszystko (no, pra­wie wszystko), kiedy poczuję, że jakiś nowy język potrze­buje się naro­dzić. Wiem, że dzięki mojemu odda­niu języ­kowi doświad­czy­łem rze­czy, któ­rych ina­czej nie mógł­bym doznać. Dla mojego wła­snego pro­cesu ziden­ty­fi­ko­wa­nie słów „samotny”, „bez­radny”, „znisz­czony” i „uni­ce­stwiony” było klu­czowe.

Wycho­dze­nie z traumy pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mina pisa­nie wier­sza. Obie czyn­no­ści wyma­gają wła­ści­wego momentu, odpo­wied­nich słów i obra­zów. Gdy speł­niają się wszyst­kie warunki, poja­wia się coś peł­nego zna­cze­nia, co można odczuć w ciele. Do zdro­wie­nia konieczne jest odpo­wied­nie tempo. Jeżeli zbyt szybko doj­dziemy do obrazu, możemy nie być gotowi go przy­jąć. Jeżeli za wcze­śnie usły­szymy słowa, które mają nas ukoić, możemy nie być gotowi, aby je usły­szeć. Jeżeli słowa nie są pre­cy­zyjne, możemy je zlek­ce­wa­żyć albo po pro­stu nas nie poru­szą.

W prak­tyce nauczy­ciela i pro­wa­dzą­cego warsz­taty łączę metody i narzę­dzia, które pozna­łem w cza­sie szko­leń doty­czą­cych dzie­dzi­cze­nia traumy z wie­dzą na temat klu­czo­wej roli języka. Nazy­wam to pracą z wewnętrz­nym języ­kiem (ang. core lan­gu­age appro­ach). Za pomocą kon­kret­nych pytań poma­gam ludziom odkryć głę­boką przy­czynę gnę­bią­cych ich obja­wów fizycz­nych i emo­cjo­nal­nych. Odna­le­zie­nie wła­ści­wego języka nie tylko wydo­bywa traumę, lecz także daje narzę­dzia i obrazy potrzebne do zdro­wie­nia. Widzia­łem, jak dzięki tej meto­dzie głę­boko zako­rze­nione wzory depre­sji, lęku i pustki zmie­niały się w chwili wglądu.

W podróży pro­wa­dzi nas język – ukryty język naszych zmar­twień i lęków. Ten język może być z nami przez całe życie. Może pocho­dzić od naszych rodzi­ców lub jesz­cze wcze­śniej, od poko­leń naszych pra­dziad­ków. Nasz wewnętrzny język (ang. core lan­gu­age) domaga się wysłu­cha­nia. Kiedy pój­dziemy tam, dokąd pro­wa­dzi, i wysłu­chamy jego opo­wie­ści, ujawni się jego moc roz­pra­sza­nia naszych naj­głęb­szych lęków.

Praw­do­po­dob­nie spo­tkamy po dro­dze zna­nych i niezna­nych człon­ków rodziny. Nie­któ­rzy nie żyją od lat. Z innymi nie jeste­śmy nawet spo­krew­nieni, ale ich cier­pie­nie bądź okru­cień­stwo mogło zmie­nić losy naszej rodziny. Być może odkry­jemy dawno zapo­mnianą tajem­nicę, albo i dwie. Jed­nak nie­za­leż­nie od tego, dokąd to nas zapro­wa­dzi, z mojego doświad­cze­nia wynika, że dotrzemy do nowego miej­sca w życiu z więk­szym poczu­ciem wol­no­ści w ciele i bar­dziej pogo­dzeni ze sobą.

W książce opie­ram się na histo­riach osób, z któ­rymi pra­co­wa­łem na warsz­ta­tach, tre­nin­gach i sesjach indy­wi­du­al­nych. Przy­padki, które opi­suję, są praw­dziwe, ale żeby chro­nić pry­wat­ność opi­sy­wa­nych osób, zmie­ni­łem ich imiona i inne szcze­góły, które pozwo­li­łyby je ziden­ty­fi­ko­wać. Jestem im głę­boko wdzięczny za umoż­li­wie­nie mi podzie­le­nia się sekret­nymi języ­kami ich lęków, za udzie­lone mi zaufa­nie i zgodę na to, bym usły­szał to, co kryje się pod ich sło­wami.

Część pierwsza. W sieci traum rodzinnych

Część pierw­sza

W sieci traum rodzin­nych

Rozdział 1. Trauma zgubiona i odnaleziona

Roz­dział 1

Trauma zgu­biona i odna­le­ziona

Prze­szłość ni­gdy nie umiera. Nie jest nawet prze­szło­ścią.

Wil­liam Faulk­ner, Requ­iem dla zakon­nicy, tłum. Wacław Nie­po­kól­czycki

Nie­zdol­ność nazwa­nia tego, co się nam przy­tra­fiło, jest dobrze opi­saną i roz­po­znaną cechą traumy. Nie tylko nie możemy zna­leźć wła­ści­wych słów, coś dzieje się rów­nież z pamię­cią. Pod­czas trau­ma­ty­zu­ją­cego wyda­rze­nia może dojść do roz­pro­sze­nia i dez­or­ga­ni­za­cji myśli, a to spra­wia, że nie daje się póź­niej połą­czyć wspo­mnień z tym, co naprawdę się stało. Frag­menty wspo­mnień zapi­sane w obra­zach, odczu­ciach ciała i sło­wach zostają prze­nie­sione do pod­świa­do­mo­ści i uak­tyw­niają się pod wpły­wem cze­go­kol­wiek, co w jakiś spo­sób przy­po­mina trau­ma­ty­zu­jące wyda­rze­nie. Wtedy, tak jakby ktoś naci­snął kla­wisz „prze­wiń do tyłu”, trau­ma­tyczne doświad­cze­nie powraca w codzien­nym życiu. Pod­świa­do­mie reagu­jemy na pewne osoby, zda­rze­nia czy sytu­acje w stary, znany spo­sób, który jest echem prze­szło­ści.

Zyg­munt Freud opi­sał ten mecha­nizm ponad sto lat temu. Odtwa­rza­nie traumy lub „przy­mus powta­rza­nia”, jak nazy­wał je Freud, to czy­niona przez pod­świa­do­mość próba ponow­nego prze­ży­cia tego, co nie zostało roz­wią­zane, tak żeby wresz­cie to „napra­wić”. Ta pod­świa­doma potrzeba skut­kuje powta­rza­niem nie­prze­pra­co­wa­nych traum w kolej­nych poko­le­niach rodziny.

Carl Jung, żyjący w tym samym cza­sie co Freud, rów­nież uwa­żał, że to, co zepchnięte do pod­świa­do­mo­ści, nie znika, lecz powraca w naszym życiu jako prze­zna­cze­nie lub los. Innymi słowy: ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że będziemy powta­rzać nie­uświa­do­mione wzorce tak długo, aż wyjdą na powierzch­nię świa­do­mo­ści. Zarówno Freud, jak i Jung byli prze­ko­nani, że to, co jest zbyt trudne do przy­ję­cia, nie roz­pływa się, ale prze­ciw­nie, zostaje zapi­sane w nieświa­do­mo­ści. Obser­wo­wali, jak frag­menty zablo­ko­wa­nych i wypar­tych doświad­czeń powra­cają w sło­wach, gestach i zacho­wa­niu pacjen­tów. Przez kolejne dekady tera­peuci poszu­ki­wali w prze­ję­zy­cze­niach, powra­cających zacho­wa­niach i snach swo­ich pacjen­tów wska­zó­wek doty­czą­cych tego, co dzieje się w tych obsza­rach ich życia, o któ­rych tak trudno mówić i myśleć.

Ostat­nie odkry­cia dia­gno­styki obra­zo­wej pozwo­liły bada­czom zoba­czyć reak­cje mózgu i ciała na szo­ku­jące wyda­rze­nia. Bes­sel van der Kolk jest holen­der­skim naukow­cem zna­nym ze swo­ich badań nad stre­sem post­trau­ma­tycz­nym. Wyja­śnia, że pod­czas trau­ma­tycz­nego epi­zodu ośro­dek mowy zostaje wyłą­czony, podob­nie jak frag­ment kory przed­czo­ło­wej odpo­wie­dzialny za doświad­cza­nie chwili obec­nej. Opi­suje hor­ror utraty mowy jako doświad­cze­nie braku słów, które zda­rza się czę­sto, gdy czę­ści mózgu odpo­wie­dzialne za pamięć zostają upo­śle­dzone w momen­cie zagro­że­nia i nie­bez­pie­czeń­stwa. „Kiedy ludzie ponow­nie prze­ży­wają trau­ma­tyczne doświad­cze­nie”, twier­dzi, „płat czo­łowy prze­staje pra­wi­dłowo dzia­łać, skut­kiem czego trudno im myśleć i mówić. Tracą umie­jęt­ność pre­cy­zyj­nego wyja­śnie­nia sobie lub innym, co dokład­nie się dzieje”1.

Cisza nie jest jed­nak zupełna: słowa, obrazy i impulsy, które roz­pa­dają się pod wpły­wem trau­ma­tycz­nego doświad­cze­nia, prze­obra­żają się w sekretny język cier­pie­nia, który nosimy w sobie. Nic nie jest na zawsze stra­cone. Zmie­niło się tylko poło­że­nie ele­men­tów.

We współ­cze­snej psy­cho­te­ra­pii coraz czę­ściej wycho­dzi się poza indy­wi­du­alną traumę i w celu lep­szego zro­zu­mie­nia pacjenta poszu­kuje się trau­ma­tycz­nych wyda­rzeń w histo­rii rodziny lub całego spo­łe­czeń­stwa. Tra­ge­die o róż­nym cha­rak­te­rze i inten­syw­no­ści – takie jak porzu­ce­nie, samo­bój­stwo, wojna, wcze­sna śmierć dziecka, rodzica czy rodzeń­stwa – mogą wywo­ły­wać fale szoku i nie­po­koju prze­no­szące się z poko­le­nia na poko­le­nie. Naj­now­sze odkry­cia bio­lo­gii komór­ko­wej, neu­ro­nauki, epi­ge­ne­tyki i psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej dowo­dzą potrzeby się­ga­nia co naj­mniej trzy poko­le­nia wstecz, żeby zro­zu­mieć mecha­ni­zmy rzą­dzące powta­rza­ją­cymi się trau­mami i cier­pie­niem.

Chciał­bym teraz zabrać cię ze sobą w prze­szłość odle­głą o mniej wię­cej trzy dekady, do cza­sów, gdy pra­co­wa­łem z wie­loma oso­bami ucie­ka­ją­cymi się do samo­oka­le­czeń. Jeden taki przy­pa­dek odmie­nił moje życie na zawsze. To on nauczył mnie słu­chać języka odzie­dzi­czo­nej traumy.

Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia Sarah oka­le­czała się od pięt­na­stego roku życia. W odróż­nie­niu od wielu innych osób, z któ­rymi pra­co­wa­łem, raniła się w spo­sób, który można nazwać skraj­nym – kale­czyła żyletką ramiona, nogi i brzuch tak głę­boko, że czę­sto prze­ci­nała żyłę i nie­malże wykrwa­wiała się na śmierć. Rodzice, prze­ra­żeni ryzy­kiem jej utraty, pędzili z nią po takich epi­zo­dach do szpi­tala, gdzie tra­fiała na oddział psy­chia­tryczny i pozo­sta­wała na nim przez trzy lub cztery tygo­dnie.

Zasta­na­wia­łem się, dla­czego Sarah to robi. Pra­co­wa­łem z wie­loma innymi oso­bami, które się oka­le­czały, lecz zada­wane przez nich rany były zasad­ni­czo powierz­chowne. Dla­czego raniła się tak mocno? Co chciała w ten spo­sób prze­ka­zać?

Któ­re­goś dnia, po wyj­ściu Sarah ze szpi­tala, popro­si­łem ją, żeby poka­zała mi, w jaki spo­sób się tnie. Dałem jej dłu­go­pis i zasu­ge­ro­wa­łem, aby sobie wyobra­ziła, że trzyma żyletkę. Kiedy prze­cią­gnęła nim po bicep­sie, jej oczy lekko się zaszkliły. Dostrze­głem objawy dyso­cja­cji.

– O czym teraz myślisz, Sarah? Co to za uczu­cie?

– Ja… ja nie zasłu­guję na to, żeby żyć.

Na mgnie­nie oka osłu­pia­łem. Patrzy­łem na młodą kobietę, która dopiero wcho­dziła w życie, lecz twier­dziła, że powinna już umrzeć.

– Co zro­bi­łaś, Sarah? Ode­bra­łaś komuś życie? Spo­wo­do­wa­łaś wypa­dek? Zerwa­łaś z kimś, kto potem popeł­nił samo­bój­stwo?

Pokrę­ciła głową i wbiła wzrok w kolana.

– Nie. Nic z tych rze­czy.

Byłem zdez­o­rien­to­wany. Pra­co­wa­łem z Sarah już od kilku tygo­dni. Zna­łem pełną histo­rię jej cho­roby, a przy­naj­mniej wszystko, co uzna­wa­łem wów­czas za godne uwagi. Nie dostrze­ga­łem niczego szcze­gól­nego. Niczego, co w moim odczu­ciu mogłoby skut­ko­wać takimi obja­wami.

Miała cie­płe rela­cje z oboj­giem rodzi­ców. Czuła się przez nich wspie­rana, oto­czona opieką, kochana i akcep­to­wana. Mogła udać się do nich obojga; popro­sić któ­re­kol­wiek z nich, by ją przy­tu­liło albo pocie­szyło. Jej więź z matką była mocna. Bez­pieczna i trwała. Rzadko tra­fiał do mnie ktoś, kto wycho­wy­wałby się w tak opie­kuń­czym, kocha­ją­cym domu.

Nagle, jakby mnie coś tknęło, zapy­ta­łem:

– Opo­wiedz mi o swo­ich dziad­kach. Działo się u nich coś złego? – Nie byłem pewien, dla­czego o to pytam, lecz intu­icja pod­po­wia­dała mi, że może mnie to napro­wa­dzić na wła­ściwy trop.

Sarah znie­ru­cho­miała. Jej oczy się roz­sze­rzyły. A potem zde­to­no­wała bombę.

– Bab­cia… Matka mojego ojca. Była alko­ho­liczką. Pro­wa­dziła po pija­nemu i ude­rzyła w słup tele­fo­niczny. Dzia­dek sie­dział na miej­scu pasa­żera. Wyrzu­ciło go przez przed­nią szybę. Poha­ra­tał się o odłamki szkła i wykrwa­wił, zanim przy­je­chała karetka.

Poszar­pany. Pocięty. Śmier­tel­nie wykrwa­wiony. Zasłu­gi­wać na śmierć… Ele­menty ukła­danki zaczęły wska­ki­wać na swoje miej­sca.

– Jak sądzisz, kto czuł, że zasłu­żył na śmierć?

– Bab­cia… To ona miała takie odczu­cia. – W oddech Sarah wkradł się nie­po­kój. Miała nie­obecny wzrok.

– Wła­śnie. Cho­dziło o nią. Nie o cie­bie. Twoja bab­cia czuła, że to ona nie zasłu­guje, by żyć. Co się z nią potem stało? – zapy­ta­łem. – I ile lat miał wtedy twój ojciec?

– Po tam­tym wypadku piła bez prze­rwy. Ojciec miał dwa­na­ście lat. To było dla niego straszne. Stra­cił tatę i wła­ści­wie także matkę. Znie­na­wi­dził ją. Zmarła, gdy miał dwa­dzie­ścia lat. Ni­gdy jej nie wyba­czył.

W końcu wszystko nabrało sensu. Kiedy Sarah czuła, że nie zasłu­guje na to, by żyć, na nowo doświad­czała uczuć swo­jej babci, zasłu­gu­ją­cej na śmierć za ode­bra­nie życia komuś innemu – w tym przy­padku uko­cha­nemu part­ne­rowi.

A kiedy Sarah kale­czyła się do żywego, na nowo doświad­czała tego, co musiał prze­ży­wać jej dzia­dek, poha­ra­tany szkłem i wykrwa­wia­jący się na śmierć przed nadej­ściem pomocy. Potwor­ność traumy – maka­bryczna śmierć dziadka, poczu­cie winy babci, odrzu­ce­nie matki przez ojca – wszyst­kie te ostre odłamki prze­szło­ści paso­wały do ponu­rego obrazu sytu­acji.

Zarówno Sarah, jak i ja zyska­li­śmy tego dnia wiele cen­nych spo­strze­żeń.

Pozna­łem istotną prawdę o uzdra­wia­niu. Prawdę, która zmie­niła mnie na zawsze i sta­nowi filar tej książki. Cier­pie­nie nie zawsze umiera wraz z nami. Może wypa­try­wać wraż­li­wych ofiar niczym myśliwy; może prze­no­sić się na następne poko­le­nia.

W swo­jej rodzi­nie to Sarah była tą wraż­liwą. Za jej sprawą histo­ria ojca, który nie mógł pogo­dzić się z losem, w końcu zna­la­zła swoje dopeł­nie­nie.

Histo­ria Sarah nie różni się znacz­nie od wielu innych, jakie nosimy w sobie. Ból prze­szło­ści – cier­pie­nie innych ludzi, ich prze­ra­że­nie, ich roz­pacz – wyra­żają się poprzez ciała osób żyją­cych w teraź­niej­szo­ści.

Sarah musiała się prze­ko­nać, że poczu­cie nie­za­słu­gi­wa­nia na życie nie jest jej wła­snym i może coś z nim zro­bić. W jed­nym z następ­nych roz­dzia­łów opo­wiem, jakie kroki poczy­niła, by odna­leźć spo­kój.

Jeśli zaś cho­dzi o czy­tel­ni­ków tej książki, zachę­cam was do powrotu myślami do zasły­sza­nych w dzie­ciń­stwie rodzin­nych histo­rii. Póź­niej prze­ko­na­cie się, że mogą one sta­no­wić cenną wie­dzę, uła­twia­jącą uwol­nie­nie się od traumy, która nie zaczęła się od was.

Naukowcy szu­ka­jący wyja­śnie­nia dla przy­pad­ków takich jak Sarah potra­fią dziś przed­sta­wić dowody na prze­ka­zy­wa­nie traumy z poko­le­nia na poko­le­nie. Rachel Yehuda, pro­fe­sorka psy­chia­trii i neu­ro­bio­lo­gii w Mount Sinai Medi­cal School w Nowym Jorku, jest jedną z naj­waż­niej­szych bada­czek zaj­mu­ją­cych się zespo­łem stresu poura­zo­wego (PTSD) i praw­dziwą pio­nierką w tej dzie­dzi­nie. W wielu swo­ich pra­cach Yehuda zaj­mo­wała się bada­niem neu­ro­bio­lo­gii PTSD u oca­la­łych z Holo­kau­stu i ich dzieci. Jej bada­nia nad kor­ty­zo­lem (hor­mo­nem stresu, który pomaga ciału powró­cić do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia po trau­mie) i jego wpły­wem na funk­cjo­no­wa­nie mózgu zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały spo­sób myśle­nia i lecze­nia PTSD na całym świe­cie. (Osoby dotknięte zespo­łem stresu poura­zo­wego prze­ży­wają uczu­cia i dozna­nia zwią­zane z traumą, cho­ciaż wyda­rzyła się ona w prze­szło­ści. Wśród symp­to­mów znaj­dują się: depre­sja, lęk, nad­mierna czuj­ność, otę­pie­nie, bez­sen­ność, kosz­mary, prze­ra­ża­jące myśli, ner­wo­wość, oszo­ło­mie­nie).

Yehuda i jej zespół odkryli, że dzieci osób oca­la­łych z Holo­kau­stu, cier­pią­cych na zespół stresu poura­zo­wego, rodziły się z podob­nym jak u rodzi­ców, obni­żo­nym pozio­mem kor­ty­zolu, co pre­dys­po­no­wało je do prze­ży­wa­nia obja­wów PTSD poprzed­niego poko­le­nia. Odkry­cie, że osoby, które doświad­czyły cięż­kiej traumy, mają obni­żony poziom kor­ty­zolu, wzbu­dziło kon­tro­wer­sje, ponie­waż było sprzeczne z dotych­cza­sową wie­dzą łączącą stres z pod­wyż­szo­nym pozio­mem kor­ty­zolu. Szcze­gól­nie w przy­pad­kach chro­nicz­nego PTSD mogą wystą­pić pro­blemy z pro­duk­cją kor­ty­zolu skut­ku­jące jego niskim pozio­mem u oca­lo­nych z Zagłady i ich potom­stwa.

Yehuda odkryła obni­żony poziom kor­ty­zolu rów­nież u wete­ra­nów wojen­nych, a także u kobiet, które będąc w ciąży, doświad­czyły PTSD w wyniku ata­ków na World Trade Cen­ter, i u ich naro­dzo­nych póź­niej dzieci. Yehuda odkryła nie tylko, że uczest­nicy jej bada­nia pro­du­kują mniej kor­ty­zolu i że cechę tę mogą dzie­dzi­czyć ich dzieci, lecz rów­nież, że nie­które pro­blemy psy­chiczne, takie jak PTSD, prze­wle­kły ból, zespół chro­nicz­nego zmę­cze­nia, są zwią­zane z obni­żonym pozio­mem kor­ty­zolu we krwi2. Co cie­kawe, od pięć­dzie­się­ciu do sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent osób dotknię­tych PTSD speł­nia także kry­te­ria dia­gno­styczne cięż­kiej depre­sji lub innego zabu­rze­nia nastroju3.

Z badań Yehudy wynika, że jeżeli jedno z naszych rodzi­ców miało PTSD, jeste­śmy trzy razy bar­dziej niż reszta popu­la­cji zagro­żeni wystą­pie­niem jego symp­to­mów, a co za tym idzie – jeste­śmy nara­żeni na depre­sję i stany lękowe4. Badaczka uważa, że ten rodzaj mię­dzy­po­ko­le­nio­wego PTSD jest wyni­kiem dzie­dzi­cze­nia, a nie bycia zanu­rzo­nym w opo­wie­ściach rodzi­ców5. Yehuda jako jedna z pierw­szych w świe­cie nauki poka­zała, w jaki spo­sób potom­ko­wie osób, które prze­szły traumę, doświad­czają fizycz­nych i psy­chicz­nych symp­to­mów traum, któ­rych sami nie prze­żyli.

Tak było w przy­padku Cory’ego, szes­na­sto­latka z rzad­kim scho­rze­niem neu­ro­lo­gicz­nym. W wieku dzie­się­ciu lat zaczęło mu doku­czać inten­sywne pie­cze­nie skóry. Zda­wało mu się, że „pło­nie”. Leka­rze nie potra­fili okre­ślić, dla­czego tak się dzieje. Nie doszu­kali się żad­nej pier­wot­nej przy­czyny i uznali jego przy­pa­dłość za idio­pa­tyczną postać neu­ro­pa­tii.

Pacjenci z tak oso­bli­wymi obja­wami czę­sto tra­fiają do mnie, skie­ro­wani przez leka­rzy pró­bu­ją­cych się dowie­dzieć, czy stwier­dzone zabu­rze­nia mogą wyni­kać z traumy poko­le­nio­wej.

Zapy­ta­łem rodzi­ców Cory’ego o rodzinną histo­rię. W szcze­gól­no­ści cie­ka­wiły mnie dzie­się­cio­let­nie dzieci i wszel­kie traumy zwią­zane z ogniem lub opa­rze­niem.

Wysłu­cha­łem zdu­mie­wa­ją­cej opo­wie­ści. Ojciec Cory’ego, Bill, miał dzie­sięć lat, gdy jego młod­szy brat zgi­nął w poża­rze domu. Bill bawił się zapał­kami w swoim pokoju i pod­pa­lił zasłony, które w mgnie­niu oka zajęły się ogniem. Spa­ni­ko­wany wybiegł z domu. Chwilę póź­niej, uświa­do­miw­szy sobie, że wewnątrz są jego matka i brat, pobiegł z powro­tem, żeby ich ostrzec. Matce udało się wydo­stać, lecz młod­szy brat zgi­nął w gęstym dymie i sza­le­ją­cych już wtedy pło­mie­niach. Bill ni­gdy sobie tego nie wyba­czył i dotąd nie opo­wia­dał nikomu, co się stało. Matka Cory’ego dowie­działa się o trau­ma­tycz­nym zda­rze­niu od matki Billa.

Pra­wie czter­dzie­ści lat póź­niej syn Billa, Cory, odczu­wał pie­cze­nie skóry. Zadzi­wia­jące, że poja­wiły się one w tym samym wieku, w jakim Bill – dzie­się­cio­la­tek – wznie­cił pożar, w któ­rym zgi­nął jego brat.

Z moich spo­strze­żeń po wie­lo­kroć wynika, że objawy czę­sto imi­tują lub odtwa­rzają jakiś aspekt traumy, którą my, nasi rodzice lub dziad­ko­wie uwa­żamy albo uwa­ża­li­śmy za nie do znie­sie­nia. Do tego stop­nia, że o przed­mio­to­wej spra­wie wła­ści­wie się nie mówi. W rezul­ta­cie ten wymiar traumy może powta­rzać się w rodzi­nie, kła­dąc się cie­niem na potom­stwie. Aby prze­rwać ów cykl cier­pie­nia i zła­go­dzić wpływ daw­nych traum na nasze dzieci, powin­ni­śmy być gotowi nad tymi trau­mami się pochy­lić. W przy­padku Billa ozna­czało to goto­wość do spoj­rze­nia na swoje bole­sne uczu­cia – nie­na­wiść do samego sie­bie, gniew, poczu­cie winy i żal – które unie­moż­li­wiały mu roz­mowę o bra­cie.

Cory zda­wał się na nowo prze­ży­wać jeden z aspek­tów traumy Billa, do któ­rej doszło jesz­cze przed jego uro­dze­niem. Objawy ustą­piły dopiero wtedy, gdy Bill opo­wie­dział mu o zapał­kach i poża­rze domu; o bra­cie, poczu­ciu winy i o tym, jak bar­dzo za nim tęsk­nił. W naj­głęb­szym zna­cze­niu symp­tomy Cory’ego były moto­rem napę­do­wym zdro­wie­nia Billa. Ból syna sta­no­wił wska­zówkę, która dopro­wa­dziła ojca z powro­tem do brata i pomo­gła przy­wró­cić spo­kój na łonie ich rodziny.

Histo­ria Gret­chen sta­nowi kolejny przy­kład tego, jak wyda­rze­nia z prze­szło­ści mogą rzu­to­wać na bieg życia w teraź­niej­szo­ści. Choć przez lata zaży­wała leki anty­de­pre­syjne, uczest­ni­czyła w sesjach psy­cho­te­ra­pii indy­wi­du­al­nej i gru­po­wej, pró­bo­wała leczyć skutki stresu w kilku podej­ściach poznaw­czych, jej depre­sja i lęki pozo­stały nie­zmienne.

Gret­chen powie­działa mi, że nie chce się jej już żyć. Odkąd się­gała pamię­cią, zma­gała się z emo­cjami tak sil­nymi, że nie dawało się ich pomie­ścić w ciele. Kilka razy leczyła się w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, gdzie zdia­gno­zo­wano u niej cho­robę dwu­bie­gu­nową i silne stany lękowe. Przyj­mo­wa­nie leków przy­nio­sło jej pewną ulgę, ni­gdy jed­nak nie wyga­siło do końca inten­syw­nych myśli samo­bój­czych. Jako nasto­latka oka­le­czała się, przy­pa­la­jąc papie­ro­sami. Teraz Gret­chen skoń­czyła trzy­dzie­ści dzie­więć lat i miała dość. Depre­sja i lęki powstrzy­mały ją przed wyj­ściem za mąż i posia­da­niem dzieci. Zaska­ku­jąco pew­nym tonem powie­działa mi, że zamie­rza ode­brać sobie życie przed swo­imi następ­nymi uro­dzi­nami.

Kiedy słu­cha­łem Gret­chen, mia­łem wra­że­nie, że w histo­rii jej rodziny musiało dojść do sil­nej traumy. W takich przy­pad­kach kon­cen­truję się na sło­wach uży­wa­nych przez pacjenta i szu­kam w nich wska­zó­wek, które dopro­wa­dzą mnie do ukry­tego trau­ma­tycz­nego doświad­cze­nia.

Zapy­ta­łem Gret­chen, jak chce się zabić, na co odpo­wie­działa, że zamie­rza „wypa­ro­wać”. Choć dla więk­szo­ści z nas może to brzmieć nie­zro­zu­miale, dokład­nie taki był jej plan: chciała dostać się do kadzi z roz­to­pio­nym żela­zem w fabryce, w któ­rej pra­co­wał jej brat. „Moje ciało spło­nie w kilka sekund”, powie­działa, patrząc mi w oczy, „zanim zdąży dosię­gnąć dna”.

Ude­rzył mnie kom­pletny brak emo­cji w jej gło­sie. Uczu­cie, któ­rego dozna­wała, było ukryte głę­boko wewnątrz. Jed­no­cze­śnie słowa „wypa­ro­wać” i „spło­nąć” roz­brzmie­wały we mnie. Pra­cu­jąc z dziećmi i wnu­kami oca­la­łych z Zagłady, nauczy­łem się podą­żać za ich sło­wami. Chcia­łem, żeby Gret­chen opo­wie­działa mi wię­cej.

Zapy­ta­łem, czy w jej rodzi­nie byli Żydzi lub osoby dotknięte przez Holo­kaust. Gret­chen powie­działa, że nie, ale póź­niej przy­po­mniała sobie histo­rię babci. Bab­cia uro­dziła się w rodzi­nie pol­skich Żydów, jed­nak w 1946 roku, kiedy emi­gro­wała do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i wzięła ślub z dziad­kiem Gret­chen, prze­szła na kato­li­cyzm. Dwa lata wcze­śniej cała rodzina babci Gret­chen spło­nęła w kre­ma­to­riach Auschwitz. Zostali zaga­zo­wani i spa­leni. Nikt w rodzi­nie Gret­chen nie roz­ma­wiał z bab­cią o woj­nie ani o tym, co spo­tkało jej rodzi­ców i rodzeń­stwo. Był to temat cał­ko­wi­cie prze­mil­czany, co zda­rza się czę­sto w przy­pad­kach tak potwor­nych traum.

Gret­chen ni­gdy nie połą­czyła tych fak­tów z wła­sną depre­sją i lękami. Było dla mnie oczy­wi­ste, że słowa, któ­rych użyła, i uczu­cia, które opi­suje, nie mają początku w niej samej, lecz w jej babci i innych człon­kach rodziny zamor­do­wa­nych w cza­sie wojny.

Kiedy jej to tłu­ma­czy­łem, słu­chała bar­dzo uważ­nie. Jej oczy sta­wały się coraz więk­sze, a policzki zaró­żo­wiły się. Widzia­łem, że to do niej tra­fia. Po raz pierw­szy w życiu Gret­chen usły­szała wytłu­ma­cze­nie swo­jego stanu, które miało dla niej sens.

Żeby pomóc jej pogłę­bić to doświad­cze­nie, zapro­po­no­wa­łem, aby weszła w buty babci, które repre­zen­to­wały ślady stóp z gumy pian­ko­wej poło­żone na dywa­nie pośrodku mojego gabi­netu. Popro­si­łem, żeby wyobra­ziła sobie, że czuje to, co mogła czuć jej bab­cia, kiedy stra­ciła wszyst­kich naj­bliż­szych. Posze­dłem jesz­cze krok dalej i zapy­ta­łem, czy może sta­nąć na śla­dach stóp jako swoja bab­cia i poczuć uczu­cia babci we wła­snym ciele. Gret­chen doznała obez­wład­nia­ją­cego poczu­cia straty i żalu, poczuła się samotna i odizo­lo­wana. Doświad­czyła też głę­bo­kiego poczu­cia winy, które dotyka wielu oca­la­łych – cier­pią­cych, że prze­trwali, choć ich bli­scy zgi­nęli.

Pacjen­tom pra­cu­ją­cym z traumą czę­sto pomaga bez­po­śred­nie doświad­cze­nie uczuć i odczuć, które zapi­sały się w ich cia­łach. Kiedy Gret­chen udało się do nich dotrzeć, zdała sobie sprawę, że jej życze­nie samo­uni­ce­stwie­nia było głę­boko powią­zane z zamor­do­wa­nymi człon­kami rodziny. Zro­zu­miała też, że prze­jęła jakąś część pra­gnie­nia śmierci, które czuła jej bab­cia. Gdy przy­jęła ten wgląd i zoba­czyła histo­rię swo­jej rodziny w nowym świe­tle, jej ciało zaczęło mięk­nąć, a coś w środku, co do tej pory pozo­sta­wało zaci­śnięte, zaczęło odpusz­czać.

Podob­nie jak w przy­padku Cory’ego i Sarah, uświa­do­mie­nie sobie, że cier­pie­nie jest zwią­zane z prze­mil­czaną histo­rią rodziny, było dla Gret­chen zale­d­wie pierw­szym kro­kiem na dro­dze do wyzdro­wie­nia. Inte­lek­tu­alne zro­zu­mie­nie zazwy­czaj nie wystar­cza, by doko­nała się trwała zmiana. Bar­dzo czę­sto wie­dzy towa­rzy­szyć musi silne prze­ży­cie. W dal­szej czę­ści książki zaj­miemy się spo­so­bami na to, żeby zdro­wie­nie było naprawdę pełne, a rany prze­szłych poko­leń mogły zagoić się cał­ko­wi­cie.

Nieoczekiwany spadek

Tak jak chło­piec może mieć dłu­gie nogi po dziadku, a dziew­czynka nos swo­jej matki, Sarah odzie­dzi­czyła wspo­mnie­nie babci o potwor­nym wypadku, Cory miał soma­tyczne objawy traumy ojca, a Gret­chen w swo­jej depre­sji nio­sła rodzinną histo­rię Holo­kau­stu. W każ­dym z nich uśpione były traumy zbyt wiel­kie, żeby można było sobie z nimi pora­dzić w jed­nym poko­le­niu.

Człon­ko­wie naszej rodziny mogli doznać potwor­nej traumy, poczu­cia winy lub roz­pa­czy, z któ­rymi nie byli w sta­nie się upo­rać. Uni­ka­nie bólu zbyt trud­nego do znie­sie­nia jest czę­ścią ludz­kiej natury, jed­nak blo­ko­wa­nie uczuć hamuje rów­nież pro­cesy goje­nia się ran i dozna­wa­nie ulgi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mary S. Wylie, The Limits of Talk: Bes­sel Van Kolk Wants to Trans­form the Tre­at­ment of Trauma, „Psy­cho­the­rapy Networ­ker”, 16.07.2015, www.psy­cho­the­ra­py­ne­twor­ker.org/maga­zine/article/818/the-limits-of-talk. [Wszyst­kie przy­pisy, o ile nie zazna­czono ina­czej, pocho­dzą od autora.] [wróć]

Rachel Yehuda, Jona­than Seckl, Mini­re­view: Stress-Rela­ted Psy­chia­tric Disor­ders with Low Cor­ti­sol Levels: A Meta­bo­lic Hypo­the­sis, „Endo­cri­no­logy”, 4.10.2011, http://press.endo­crine.org/doi/full/10.1210/en.2011-1218. [wróć]

Ronald C. Kes­sler i inni, Post­trau­ma­tic Stress Disor­der in the Natio­nal Comor­bi­dity Survey, „Archi­ves of Gene­ral Psy­chia­try”, 52(12) (1995): 1048–60, doi:10.1001/arch.psych.1995.03950240066012. [wróć]

Judith Shu­le­vitz, The Science of Suf­fe­ring, „The New Repu­blic”, 16.11.2014, new­re­pu­blic.com/article/120144/trauma-gene­tic-scien­ti­sts-say-parents-are-pas­sing-ptsd-kids. [wróć]

Josie Glau­siusz, Sear­ching Chro­mo­so­mes for the Legacy of Trauma, „Nature”, 11.06.2014, doi:10.1038/nature.2014.15369, www.nature.com/news/sear­ching­chro­mo­so­mes-for-the-legacy-of-trauma-1.15369. [wróć]