Nie trzaskaj drzwiami. Rozmowy, których pragną nastolatki, ale nigdy ci o tym nie powiedzą - Monika Janiszewska, Renata Korolczuk - ebook + audiobook

Nie trzaskaj drzwiami. Rozmowy, których pragną nastolatki, ale nigdy ci o tym nie powiedzą ebook

Monika Janiszewska, Renata Korolczuk

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trzaskać drzwiami już umiemy, czas nauczyć się rozmawiać

\Pewnego dnia pod twoim dachem pojawił się nieznany ci dotąd człowiek – nastolatek. Już nie dziecko, a jeszcze nie dorosły. Ktoś, kto kiedyś słuchał cię jak zaczarowany, a dziś stroi fochy i ma własne zdanie na każdy temat. Czy da się porozumieć z tą nową osobą?

Monika Janiszewska i Renata Korolczuk o wskazówki poprosiły samych nastolatków. Tak powstał wyjątkowy przewodnik po rozmowach, które dojrzewający młodzi ludzie chcieliby przeprowadzać ze swoimi dorosłymi. Bo wzajemne pretensje jeszcze nikogo do siebie nie zbliżyły.

Przekonaj się, jak dotrzeć do swojego dorastającego dziecka, które tak jak ty ma swoje problemy, i to nie mniej ważne. Spraw, by to u ciebie szukało pomocy. Bo pod buntem kryje się potrzeba zrozumienia i akceptacji, o czym ci przecież nigdy nie powie.

Monika Janiszewska – autorka artykułów z zakresu psychologii, współautorka szeregu poradników dla rodziców, w tym wydanego w Znaku Nie spieprz tego. Jak zachować więź z dzieckiem?

Renata Korolczuk – nauczycielka, trenerka, edukatorka, tutorka, socjoterapeutka,na co dzień związana z Młodzieżowym Ośrodkiem Socjoterapii MOS nr 1 „SOS”.Tworzy i realizuje różne projekty edukacyjne, profilaktyczne i wychowawcze. Od 25 lat pracuje z dziećmi i młodzieżą oraz rodzicami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 230

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki i ilustracje wewnątrz książki

Maria Antonina Mazurek

instagram.com/mariantonina_illustration

Redaktor inicjujący

Krzysztof Chaba

Redaktorka prowadząca

Magdalena Kowalewska

Opieka promocyjna

Klaudia Kusy

Koordynatorka procesu wydawniczego

Agata Błasiak

Redaktorka językowa

Agnieszka Mąka

Adiustacja

Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta

Maria Zając

Karina Bednarska-Markot

Copyright © by Monika Janiszewska & Renata Korolczuk

Copyright © for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-582-5

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Nota od autorek

W książce przytaczamy historie, do których inspirację stanowiły autentyczne sytuacje zaczerpnięte z rozmów z młodzieżą i rodzicami. Szczegóły dotyczące opowiedzianych historii oraz osób biorących w nich udział zostały zmienione, bazują jednak na prawdziwych wydarzeniach.

Wstęp

Znasz to? Stoisz przed pokojem nastolatka. Zamkniętym rzecz jasna. Pojawia się niepewność i kłębek niewspierających myśli. „I co będzie tym razem? Czy uda nam się zamienić kilka zdań po ludzku? Czy może znów na moje pytania odburknie mi coś pod nosem? Czy znowu się nawzajem nakręcimy? Ja już chyba nie potrafię z nią rozmawiać. Jakby mi ktoś dziecko podmienił. Czy to się kiedyś zmieni? Czy jeszcze będzie miło i spokojnie?”

„No dobra. Trzy... dwa... jeden... Boże, spraw, żebym tym razem zagaiła z sensem, a ona nie ziała jadem!”

Puk, puk.

Chwilę później…

– Rany, ale tu chlew!

Kurtyna…

Jak schrzanić szansę na rozmowę czterema słowami? Proszę bardzo, oto kilka klasyków rzucanych, często bezwiednie, na przywitanie:

Jak było w szkole?

Znowu oglądasz jakieś bzdury?

Zabrałbyś się za lekcje…

Boże, jaki tu syf!

Gary zniosłeś, psa wyprowadziłeś?

Znowu leżysz i gnijesz?

Warto chwilowo przemilczeć to, że w kuchni brakuje już kubków, że pożyczone od nas cienie do powiek nie zawędrowały z powrotem do naszej kosmetyczki, że na łażenie po galerii energia się znalazła, ale już na rozpakowanie pralki niekoniecznie.

Nie chodzi o to, że mamy siedzieć potulnie i na nic nie zwracać nastolatkom uwagi, ale dobrze jest nie robić tego na dzień dobry lub chwilę pomyśleć, co właściwie chcemy powiedzieć i po co.

Są rzeczy ważne i ważniejsze. Bliska, ciepła, szczera rozmowa zalicza się raczej do tych ważniejszych. Szkoda spalić okazję do niej poprzez litanię pretensji. Przypomnieć o niezniesionych naczyniach czy rzuconej niedbale kurtce zawsze zdążymy. Same się wszak nie przemieszczą. Niestety.

Co więcej, istnieje spora szansa, że nasz nastolatek podejdzie z o wiele większym entuzjazmem do nielubianych i nudnych czynności, gdy wcześniej się z nami pośmieje czy podzieli trudami dnia.

Przecież my też nie chcielibyśmy, by nasz partner czy partnerka witali nas od progu tekstem:

Naprawdę, Grażyna? Żeby tak utytłać lustro w łazience...? Nie do pojęcia.

Albo: Dopiero co byłem na myjni. Celowo wjeżdżasz w te kałuże czy co?

A może: A ty znów z nosem w telefonie? Od tygodnia czekam, aż naprawisz zawias w szafce. Może w końcu to zrobisz?

No i po tym przeuroczym powitaniu my czym prędzej, z dziką rozkoszą, pędzimy polerować lustro lub naprawiać zawias. A potem spędzamy wspólnie przemiły wieczór, dzieląc się tym, co dla nas ważne. Ta…

Jeśli jednak jesteście bliżej pomstowania pod nosem na tego lub tę, z kim dobrowolnie (sic!) od lat żeglujecie przez życie, i ostatnią rzeczą, na jaką macie ochotę tego dnia, jest zacieśnianie z nim lub z nią – w jakikolwiek sposób – więzi, to bingo! Tak właśnie się czują nasze dorastające dzieciaki, gdy „na wjazd” dostają słowne bęcki.

Kiedy ostatnio przydarzyła się wam głębsza rozmowa? Taka, dzięki której dowiedzieliście się o swoim dziecku czegoś nowego. Albo ono o was. Możliwe, że dość dawno. Może myślicie teraz: „Łatwo powiedzieć…”.

No tak, to nie jest takie proste, a młodzież ze swojej strony niekoniecznie ułatwia nam sprawę.

– Co robisz?

– Nic.

– Co u ciebie?

– Okej.

Wciąż nie ten moment. Tu zaspany, tam zmęczony. Tu dopiero przyszedł, tam właśnie wychodzi.

Jak zwiększyć szansę na udaną rozmowę? Jak małymi krokami budować przestrzeń do dzielenia się tym, co ważne, osobiste, intymne? Jak przejść ze stanu niepewności i pustki w głowie do poczucia spokoju i autentycznego zaciekawienia? Zaciekawienia tym, jak nasz nastolatek czuje i rozumie świat.

Jak się zachwycić swoim dorastającym dzieckiem na nowo? A jest czym się zachwycać, bo ono każdego dnia jest nieco inne, buduje siebie kawałek po kawałku.

I nawet jeśli daje nam do zrozumienia, że to są „jego sprawy”, to tak naprawdę bardzo potrzebuje bliskości, wymiany myśli, bycia widzianym i słyszanym. Potrzebuje rozmów akceptujących, lekkich, o wszystkim i o niczym.

Wejść do pokoju i… co dalej? O tym właśnie jest ta książka.

Rozdział 1.Mamo, tato, czy my się znamy?

Co rodzice wiedzą o swoich dorastających dzieciach?

Moi myślą, że wiedzą o mnie wszystko. Ja wiem, że nie wiedzą o mnie tak naprawdę niczego. Jak to jest z wami? Macie dobry kontakt z rodzicami, jak wiele im mówicie?

To wpis pochodzący z forum serwisu Vitalia, zamieszczony przez osobę o nicku w.dole.

Mineralka123 odpisuje:

Kontakt mam średni, z tatem mało rozmawiam, z mamą częściej, ale również z Nią mam problemy, by się dogadać. Nie zwierzam się, jak mam jakiś problem, tylko próbuję rozwiązać go sama. Moi rodzice też myślą, że wszystko o mnie wiedzą. A najlepsze jest to, że nawet nie wiedzą, czym się interesuję, jakiej muzyki słucham, z kim się spotykam, nic… [zachowana oryginalna pisownia – dop. red.].

Gdyby tak się zastanowić, to właściwie każdy rodzic zderza się od czasu do czasu z faktem, że jego rozeznanie w życiu nastoletniego domownika potrzebuje solidnego apdejtu.

Taka oto scenka sytuacyjna wieczorową porą.

Rodzic: Dawno nie było u nas Oliwki.

Nastolatka: No i…?

Rodzic: Dziwię się, bo wpadała kiedyś dość często.

Nastolatka: No właśnie, mamo, KIEDYŚ! Już nie jest w mojej paczce. Ty nigdy nie nadążasz…

(Tu następuje ostentacyjne westchnięcie i przewrócenie oczami).

W innym domu…

Rodzic: Niespodzianka! Zamówiłam pizzę! Zrobimy sobie wieczór filmowy, jak kiedyś? Fajnie, co?

Nastolatka: Czy ja wiem…

Rodzic: Bierz talerz i chodź. Już włączam!

Nastolatka: Ale co to jest?

Rodzic: No, jak to co? Twój ulubiony serial. Zawsze się na nim obśmiewałyśmy jak norki.

Nastolatka: O bożeee. Tylko nie to. To jest totalny krindż i w ogóle mnie już nie śmieszy. Przypominam, że mamy rok dwa tysiące dwudziesty piąty. Heloł?! Po prostu wezmę tę pizzę do siebie i pooglądam coś na kompie. Dziena, pa!

Czasem możemy odnieść wrażenie, że zmiany „ustawień fabrycznych” zachodzą u naszej pociechy dosłownie z dnia na dzień. I tak nastolatka, która jeszcze tydzień temu w niedzielny poranek pochłaniała ze smakiem przeulubione racuchy, w kolejną niedzielę patrzy na talerz z racuchami niemalże z pogardą i rzuca: „Nie wiesz, że nie jem słodkiego? Ktoś w tym domu musi zacząć zwracać uwagę na to, co jemy”.

Albo syneczek lat jedenaście, do wtorku fan wieczornego kakao, oznajmia w środę, że kakao piją maluchy, że to żenada, że nie traktujemy go poważnie i w ogóle jesteśmy do kitu, a świat jest podły. Kurtyna.

Kto ma na stanie mniej lub bardziej zaawansowanego nastolatka, ten wie doskonale, o co chodzi. Dziś jest tak, a jutro śmak. Dziś lubię, jutro nie cierpię. Dziś mam ochotę, jutro nie tknę. Dziś delikatny koreański pop, jutro – alternatywka. Dziś pastelowe wdzianko, jutro czerń od stóp do głów.

Trudno się w tym wszystkim połapać. Można pomyśleć: „To jego/jej świat, nie muszę być z tym na bieżąco, i tak zaraz wymyśli coś nowego. Mało mam swoich spraw na głowie? Praca, kredyt, dom, schorowani rodzice, przyjaciółka w tarapatach, młodsze dzieci, którym trzeba pomóc z nauką. I tak można by długo wymieniać. A co się jeden temat uda domknąć, to kolejny się otwiera. Never-ending story”.

I jasne, kula ziemska się nie zatrzyma, jeśli umknie nam, że nasza latorośl woli obecnie Lady Gagę od Taylor Swift, chętniej zamówi pizzę diavolę niż margheritę i zerka częściej na Wiktora zamiast na Kubę. W końcu nie da się być zawsze i ze wszystkim na bieżąco, nie o wszystkim musimy wiedzieć i nie wszystko zostanie nam powiedziane.

Warto jednak od czasu do czasu zrobić sobie przegląd rozmów, jakie w ciągu ostatnich tygodni udało nam się uskutecznić z młodzieżą kochaną. Czy nie jest aby tak, że w codziennej wymianie zdań nie ma tak właściwie pogłębionych rozmów, że już dawno nie dowiedzieliśmy się o sobie niczego nowego?

BTW, nie sądzicie, że blisko dziewięćdziesiąt procent komunikacji w rodzinie sprowadza się do pokrzykiwań z różnych pomieszczeń?

– Wstawaj!

– Obiad!

– Znieś gary!

– Co?!

– Zaraz!

– Nie słyszałem(-łam)!

Nastolatek original

Piszemy to w założeniu z przymrużeniem oka, choć chciałoby się powiedzieć: coś w tym jest.

Młodzież ze swej strony niekoniecznie ułatwia sprawę. Bo jak odpowiada stuprocentowy nastolatek, nastolatek original, a nie jakaś tam byle jaka podróbka? O ile w ogóle coś odpowiada, bo czasem wydaje wyłącznie odgłosy stanowiące miks pomruków i westchnięć: „mhm”, „ekhm”, „ech”, „ach”.

Oto kilka klasycznych „mikrodialogów”.

Matka: Co czytasz?

Córka: Książkę.

Matka: Co oglądasz?

Syn: Film.

Ojciec: Co porabiasz?

Córka: Nic…

Ojciec: Jak w szkole?

Syn: Jak zawsze.

Matka: Nic mi ostatnio nie mówisz…

Córka: No i...?

Matka: Pogadajmy…

Syn: Seeerio? Teraz?

Tak że ten. Lekko nie jest. Ale taka już rola rodzica, by się nie poddawać i każdego dnia podejmować próby nawiązania kontaktu. Wiele, bardzo wiele prób. Bo to nie jest tak, że nasze dorastające dziecko otworzy się przed nami niczym Sezam na magiczne hasło: „Pogadajmy”. Bo akurat my mamy czas na pogaduchy, my mamy na to przestrzeń. Podczas podwózki na trening, tuż po szkole czy w trakcie, gdy nasza pociecha szykuje się na spotkanie ze znajomymi – czytaj: gdy jest myślami zupełnie gdzie indziej, gdy jest podekscytowana nadchodzącym wydarzeniem albo jeszcze kompletnie nie ochłonęła po wymagającym dniu w szkole. Czy to ma szansę się udać? Mało kiedy. Czy będzie to spalona rozmowa? Z dużym prawdopodobieństwem – tak.

Ktoś może pomyśleć: „I co, mam chodzić wokół książątka na palcach i łaskawie czekać, aż udzieli mi audiencji? Niedoczekanie! A co z moim czasem? Ja mam przecież o wiele więcej obowiązków”.

Komunikacyjny off-road

Cóż, nie da się zaprzeczyć, że wykrojenie czasu na spokojną rozmowę w grafiku zabieganych rodziców nie jest proste. Jesteśmy w ciągłym biegu, niedoczasie, niezrobieniu, niedomknięciu. No właśnie, jesteśmy czy zdajemy się być? Bo na przeskrolowanie socjali jakiś kwadransik tu i tam zwykle się znajdzie.

Wracając do sedna – to zawsze my, rodzice, ponosimy odpowiedzialność za jakość relacji ze swoimi dziećmi. I nie ma znaczenia, czy są one niemowlętami, czy też niebawem będą podchodzić do matury. Próbujemy, zagajamy. Szukamy sposobu, klucza, wytrychu. Może po obiedzie, a może późnym wieczorem. W przedsionku, w kuchni, w salonie i… w pokoju naszego potencjalnego rozmówcy – choć to strefa, do której nie tak łatwo się dostać, a zarazem, jak pokazuje życiowe doświadczenie, teren pod napięciem. Łatwo tu wdepnąć na minę pod tytułem: „W sumie to chciałam miło pogadać, ale ten bajzel sprawił, że mnie szlag trafił, więc weszłam w tryb burn it all”. No więc w każdym możliwym pomieszczeniu i przy każdej możliwej okazji.

Dobrze takim rozmowom robi jakaś dowolna aktywność w tle – wspólny spacer z psem, pieczenie babeczek, gra w kosza, przegląd w szafie. Nie zawsze pójdzie nam gładko. Nie zawsze będzie to komunikacyjna autostrada. Możemy nawet śmiało założyć, że przeważać będzie mocny off-road, a z rzadka totalna jazda bez trzymanki.

Jeśli jednak nie podejmiemy takich prób w porę, to z czasem będzie nam tylko coraz trudniej nawiązać nić porozumienia. Dorastający młody człowiek tak właściwie każdego dnia buduje się, zmienia. I nawet jeśli oficjalnie daje nam do zrozumienia, że nie życzy sobie wtrącania się w jego sprawy, to gdzieś tam podskórnie nas potrzebuje – bliskości, akceptacji, bycia widzianym i słyszanym. Sprawdza nas, testuje granice. Czy będziemy po jego stronie, nawet gdy nas odepchnie? Czy staniemy za nim murem, nawet gdy popełni błąd?

– Nie teraz!

– Chcę być sam!

– Możesz wyjść?!

Wykrzyczane w emocjach, z pretensją w tle, to nie są słowa miłe dla ucha ani łatwe do przyswojenia dla dorosłego. Dorosłego, który ma w głowie szufladkę wspomnień sprzed kilku lat, w których nasze dzieciątko (czy to możliwe, że to samo?) wręczało nam laurkę i szeptało: „Kocham cię jak stąd do księżyca”; jeszcze zanim otworzyło oczy, biegło do sypialni rodziców z okrzykiem: „Bawmy się!”, a po kilku godzinach w przedszkolu oznajmiało: „Tęskniłam. Ty też?”.

Jakbyśmy byli ich własnością

No a teraz? Walka o przestrzeń, autonomię i zbudowanie własnej tożsamości czas start! Nastolatek musi nas nieco od siebie odsunąć, strącić z piedestału przeznaczonego dla nieomylnych i idealnych nadludzi, zanegować to, co głosimy, postawić się w kontrze. To właśnie jest jego droga ku dorosłości. Gdy jednak jako rodzice wejdziemy w tę grę zbyt mocno na zasadzie: „Okej, chcesz być sam – w porządku, skoro taki niby jesteś mocny i nie potrzebujesz nas, radź sobie sam”, możemy się niebezpiecznie zapętlić w takim myśleniu i z czasem znacząco odsunąć od swojego dziecka.

Jagoda, lat 15:

To nie jest tak, że my nie chcemy mieć żadnego kontaktu z rodzicami. Ale czasem potrzebujemy pobyć sami ze sobą. Nie chcemy już dzielić się wszystkim, biec z każdym problemem do mamusi i tatusia. Dorośli czasem zachowują się tak, jakbyśmy byli ich własnością. Wchodzą do naszego pokoju bez pukania, zaczynają truć, wypytywać, co w szkole, jak oceny, dlaczego tu czwórka, a tam tylko trójka. Dlaczego bałagan, dlaczego znów w słuchawkach, dlaczego znów z telefonem. Bla, bla, bla. Porzygać się można. A nawet nie zapytają, co słychać, jaki mam dzień, czego słucham, co oglądam. No, bo w domyśle – wiadomo – same głupoty. I tu by się zdziwili. Gdyby zapytali, to by się dowiedzieli, że ogarniam już całkiem nieźle podstawy japońskiego, ćwiczę rysowanie mangi i w ogóle jara mnie kultura japońska. Albo że śledzę profile różnych kreatywnych osób, które tworzą sztukę użytkową albo ozdabiają przedmioty codziennego użytku. No, ale przecież to tylko durnowate filmiki…

lovve animalss pisze na zapytaj.onet.pl:

Moi rodzice nic o mnie nie wiedzą, a ja się wstydzę nawet prostych rzeczy im powiedzieć. Jak mam im powiedzieć, że oglądam jakiegoś youtubera i inne rzeczy, jak oni nie mają czasu dla mnie? Mam do nich podejść i powiedzieć: „Cześć, oglądam reZiego” [reZigiusz, reZi – popularny twórca internetowy, youtuber – dop. red.] lub „Hej, chcę sobie kupić koszulkę Blowa”? [Karol Gązwa, znany w sieci jako Blowek, Blow, zasłynął kanałem o nazwie MinecraftBlow. Jako siedemnastolatek zdobył pierwszy milion subskrybentów. Obecnie nagrywa filmiki o różnorodnej tematyce – dop. red.].

Bo oni [czyt. rodzice – dop. red.] są ciągle w ruchu… Zazdroszczę mojej koleżance, o której mama wie dużo – co robi, co ogląda, gdzie chce jechać… Trochę się też wstydzę o wszystkim im mówić. To takie nienaturalne, że oglądam jakiegoś chłopaka, który nagrywa gry komputerowe.

Podobne odczucia ma Natalia, lat 14:

Trudno jest zacząć mówić o tym, co lubimy robić i co nam się podoba, jeśli czujemy, że rodziców to wcale nie obchodzi. „Zjadłaś w szkole obiad?”, „Wyszłaś z psem?”, „Posprzątałaś pokój?”, „Wyjęłaś pranie?”, „Nauczyłaś się na sprawdzian?”, „Ogarnęłaś zaległości?” To ich interesuje. Ten sam zestaw pytań w poniedziałek, środę i piątek. To trochę słabe, co nie? No i jak tu mam wyskoczyć nagle z opowieścią, że podoba mi się taki jeden chłopak w szkole i że przypomina mi z zachowania jednego z bohaterów czytanej książki. Mam może znienacka pokazać swoje ulubione tutoriale o koreańskich kosmetykach albo teksty piosenek, które mnie totalnie inspirują? Wyobrażam sobie minę matki. Nie wiedziałaby pewnie, co powiedzieć. A ja poczułabym się jak jakaś debilka.

Relacja nie robi się sama

Mogłoby się wydawać, że podzielenie się z rodzicami tym, co jest dla nastolatka ważne, radosne czy odkrywcze, powinno przychodzić naturalnie. Robić się samo. I czasem tak jest, ale warto wspomnieć, że za każdym takim przypadkiem stoi ogromna praca rodziców włożona w relację z dzieckiem. To budowana dzień po dniu więź sprawia, że obie strony czują się ze sobą swobodnie i że pojawia się przestrzeń do podzielenia się czymś, co ważne, osobiste, bliskie, intymne. Też nie każdego dnia, nie w każdym momencie. Bo sprzeczka w szkole. Bo trudny tydzień. Bo brak humoru. Bo świat daje w kość. Bo matka z ojcem się nie popisali. Ale gdzieś między tym wszystkim otwiera się okienko na podzielenie się swoim światem. Bez lęku, że zostanie się niezrozumianym, wyśmianym, odrzuconym. Bez obaw, że odsłonięcie się zostanie prędzej czy później wykorzystane przeciwko nastolatkowi.

Rozmowa o swoich marzeniach, troskach czy nadziejach wymaga odwagi. Dorastający człowiek musi czuć się z rodzicem komfortowo i bezpiecznie, aby się przed nim otworzyć. Musi mieć pewność, że dorosły jest po jego stronie. Że nie dba o swoją najracjowszą rację i bycie górą. Że potrafi się powstrzymać od oceny i osądu. Że chce wysłuchać i zrozumieć świat młodego człowieka, bez odnoszenia się z automatu do własnych doświadczeń.

Takiej relacji nie zbuduje się z wtorku na środę, w przelocie między wideokonferencją a zakupami. Taka relacja wymaga nieustannego inwestowania w nią czasu i energii. Niekończących się pokładów cierpliwości, łagodności i spokoju. Także trzymania nerwów na wodzy i… gęby na kłódkę. To krew, pot i łzy. No, może krew niekoniecznie, ale reszta – nie do przeskoczenia.

Nastolatek podskórnie czuje, kiedy rodzic jest go autentycznie ciekaw. Kiedy naprawdę chce poznać, kim staje się młody człowiek. Rzucane w przelocie: „Co w szkole?”, bez próby nawiązania kontaktu wzrokowego i cienia uśmiechu, to pseudociekawość, to brak zaangażowania, to bylejakość. A na bylejakość odpowiada się byle jak.

Zastanówmy się, co nas samych „aktywuje” do zwierzeń, podzielenia się refleksją, jakąś ulotną chwilą. Gdyby się temu przyjrzeć, to pewnie okazałoby się, że tak naprawdę niewielu osobom dane jest poznać nas bliżej. Bo komu opowiemy o tym, że obejrzany niedawno film wzruszył nas do tego stopnia, że szlochaliśmy w chusteczkę długo po jego zakończeniu? Komu przyznamy się, że kręcą nas horoskopy urodzeniowe i astrologia? Z kim podzielimy się myślą, że oglądamy swój ulubiony serial już szósty raz i nadal nas cieszy, mimo że sporą część wypowiedzi bohaterów znamy na pamięć?

Z mężem/żoną? Partnerem/partnerką? Najbliższą przyjaciółką/przyjacielem? Z matką? Może z dwiema albo tylko jedną z wymienionych tu osób? A przecież – patrząc obiektywnie – nie są to jakieś nad wyraz intymne wynurzenia. Ot, malutki wycinek prawdy o nas, który nie stanowi o całokształcie naszej osoby. A jednak trudno nam go odsłonić.

Ugryźć się w język

Nastolatkom jeszcze trudniej jest się otworzyć. Dopiero przecież zaczynają budować swoją tożsamość, odrębność. Odkrywać, co jest dla nich ważne, a co kompletnie bez znaczenia. Na to wszystko nakłada się presja otoczenia, oczekiwania, te szkolne i te domowe. Czy jestem okej? Czy jestem wystarczająca/wystarczający? Czy to, co mówię, nie zostanie ocenione jako głupie? Czy to, co lubię, spotka się z uznaniem, czy zostanie odebrane jako dziwne, niepotrzebne, bez sensu, nieodpowiednie?

Nam, dorosłym, często zdarza się palnąć jakiś komentarz bez większego namysłu. Typu: „A co ty tam oglądasz? Rytuały pielęgnacyjne? W twoim wieku niczego nie trzeba jeszcze pielęgnować”, „Co to za muzyka? Trudno zrozumieć, co oni śpiewają. Wokalista ma chyba ostrą wadę wymowy”, „Co tam czytasz? Sądząc po okładce, jakieś młodzieżowe romansidło”.

No i auć! Właśnie zarysowaliśmy boleśnie poczucie wartości młodego człowieka. Wszak nasze słowa nie dotarły do influencerki, zespołu czy autora książki. Trafiły za to do uszu naszego dziecka, które z tych czy innych powodów ceni sobie twórczość wymienionych, identyfikuje się z ich przekazem, czerpie z ich wytworów energię i radość, przefiltrowuje samego siebie przez bohaterów nakreślonych w książce czy tekstach piosenek. Odbiór jest zatem taki: skoro rodzic uważa, że moja ulubiona muzyka jest słaba, a książka żenująca, to i ja najwyraźniej jestem dla niego słaby i żenujący.

Jest to wniosek bolesny i raczej mocno nie po drodze z rodzicielskimi intencjami. Dlatego warto solidnie ugryźć się w język, gdy już-już mają z nas wyfrunąć tego typu kwiatki. A swoją drogą dobrze jest sobie przypomnieć, czego się słuchało i co się czytało, będąc w ich wieku. Czy aby czasem nie rzeczone romanse (dodajmy, że adresowane do dorosłego czytelnika, a nie młodzieży, bo takowej odnogi właściwie na polskim rynku nie było)? A może horrory Stephena Kinga? A kultowych tekstów Liroya się nie pamięta? Ileż tam było mięsistych fraz…

Starajmy się dawać szansę i nie palić mostów. Bo jeśli nie będzie w naszym dziecku gotowości do podzielenia się z nami tym, czego lubi słuchać czy co oglądać, to tym bardziej nie pojawi się gotowość do odsłonięcia się w kwestiach grubszego kalibru – takich jak pierwsze miłości, zawiedzione nadzieje, złamane serce, przyjaźń wystawiona na próbę, odrzucenie w grupie, doświadczanie hejtu czy też rówieśniczej przemocy.

Żeby nie było, dobre relacje i pogłębione rozmowy nie zagwarantują nam, że nastolatek będzie dla nas niczym otwarta księga i podzieli się każdą istotną dlań sprawą. Bo to tak po prostu nie działa. Może więc się okazać, że mimo że wiemy o sobie naprawdę sporo, to nie zostanie nam wyjawione, że córka dostała pierwszej miesiączki, że syn od jakiegoś czasu goli swój drobny zarost, że córka ma za sobą kilka randek i myśli coraz odważniej o dorosłym pocałunku ze swoim chłopakiem, że syn zaczął intensywnie grać w kosza, bo na boisku przesiaduje Gosia (ta Gosia), że córka spróbowała e-papierosa, a syn wypił z piątką kumpli browara na spółkę, że córkę obgaduje kilka dziewczyn z klasy, a syn miał ostatniej zimy konkretnego doła.

Czasem podzielą się nawet tymi informacjami, ale po dłuższym czasie. Kiedy dana sprawa będzie już przeszłością, nie tak bolesną i świeżą, zaopiekowaną, rozkminioną we własnej głowie.

Piętnastoletnia Karolina podsumowuje to w ten sposób:

Nie jesteśmy już malutkimi dziećmi, które natychmiast pędzą do mamy, by zdradzić wszystkie sekrety. Potrzebujemy mieć własne sprawy. Takie, do których nie ma dostępu nikt z dorosłych. I w ogóle nikt, oprócz nas samych. Dobrze jest się zmierzyć samemu z jakąś trudną sytuacją. One by one. To daje takie fajne poczucie mocy: kurczę, dałam radę! Bez tego całego gadania rodziców, narzucania się z pomocą, wszystkich tych rad. I z czasem pojawia się ochota do podzielenia się taką czy inną historią, a czasem nie. I to, moim zdaniem, też jest okej.

Tak więc gwarancji nie ma nigdy, ale szanse mogą być większe, mniejsze lub bliskie zera.

Focus na dobre chwile

Ile o sobie wiemy? Tyle, o ile zapytamy. Tyle, na ile jesteśmy ciekawi i otwarci na inne/nowe. Tyle, na ile mamy w sobie zachwytu drugim człowiekiem. No właśnie, zachwytu. Czy my go jeszcze w sobie mamy, jeśli nie na co dzień, to choć od czasu do czasu?

„Zachwyt naburmuszonym i odpowiadającym monosylabami nastolatkiem, dobre sobie” – pomyśli ten i ów. „A czym tu się zachwycać? W pokoju ma syf, garów nie znosi, śpi do południa, ma na wszystko wywalone. Zachwycić się? To jakiś kiepski żart”.

A może jednak warto sfokusować się na tych dobrych chwilach? Bo z pewnością są takie momenty, kiedy jesteśmy dumni z dorastającego syna czy dorastającej córki. Bo tak sensownie skomentuje otaczającą go rzeczywistość, bo dotrzyma danego nam słowa, bo przykucnie przed młodszym rodzeństwem i cierpliwie ukoi jego smutki, bo będzie siedział przy chorym psie przez pół nocy, bo napisze swój pierwszy wiersz, bo taki rozpromieniony i starannie uczesany wyjdzie na randkę. To niby tylko drobiazgi i codzienność, ale można się nimi zachwycić.

Podobnie jak wiele lat temu zachwycaliśmy się zapachem główki swojego bobasa. Jego rozkoszną minką, gdy zasypiał. Tym, jak śmiesznie marszczył nosek, kiedy ziewał. Pierwszym gaworzeniem. Machaniem rączką na pożegnanie. Pierwszymi niewprawnymi krokami, pierwszymi słowami, pierwszą laurką na Dzień Matki czy Dzień Ojca.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Nota od autorek

Wstęp

Rozdział 1. Mamo, tato, czy my się znamy?

CO RODZICE WIEDZĄ O SWOICH DORASTAJĄCYCH DZIECIACH?

Nastolatek original

Komunikacyjny off-road

Jakbyśmy byli ich własnością

Relacja nie robi się sama

Ugryźć się w język

Focus na dobre chwile

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji