Nie tracę nadziei - kard. Grzegorz Ryś, Karol Kleczka - ebook + audiobook + książka

Nie tracę nadziei ebook

kard. Grzegorz Ryś , Karol Kleczka

0,0
55,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Najtrudniejsze pytania o dzisiejszy Kościół

Gdy tysiące Polaków odchodzą z Kościoła, mało kto pyta dlaczego. W rozmowach z kardynałem Grzegorzem Rysiem Karol Kleczka pyta o ludzi, których Kościół zgubił po drodze.

Dlaczego kobieta uciekająca przed przemocą męża ma w Kościele trudniej niż polityk z unieważnionym małżeństwem? Czemu z ambony lecą gromy na tych, którzy w kościele już się pojawili? Co bardziej oddala od Boga – grzech czy rozczarowanie?

Kardynał Ryś nie przyjmuje postawy rzecznika prasowego instytucji, ale jest towarzyszem tych, którzy mają wątpliwości. Pokazuje, że w Kościele najważniejsze są relacje – z Bogiem, a przede wszystkim z innymi ludźmi. Bo jeśli dziś nie widać Boga, to dlatego, że brakuje ludzi, którzy Go pokazują.

Każda z rozmów dotyka jednej z ran odchodzących: obojętności, niezrozumienia czyjejś sytuacji, odrzucenia ze względu na orientacją seksualną, zgorszenia instytucją czy rozczarowania samym Bogiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 157

Data ważności licencji: 9/23/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki Michał Pawłowski

Zdjęcie na okładce Jan Graczynski / East News

Redaktorka inicjująca i prowadząca Katarzyna Węglarczyk

Promocja Michał Pelczar

Adiustacja Marta Koziak-Podczerwińska

Korekta Aleksandra Kiełczykowska

Copyright © by Karol Kleczka & Grzegorz Ryś © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8469-005-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Karol Kleczka, Wstęp

Wstęp

Należę do pokolenia, które laicyzuje się w tempie ekspresowym. To wśród milenialsów najwyraźniej widać skalę odchodzenia od praktyk religijnych i choć zeświecczenie nie postępuje aż tak szybko jak wśród gene­racji Z, to jest prawdopodobnie bardziej wymowne. Przecież to właśnie my, owoce wyżu demograficznego, wychowani w wolnej Polsce, jesteśmy „pokoleniem JP2”.

Kościół był dla mnie czymś oczywistym. Wychowałem się w rodzinie religijnej, choć w domu pozbawio­nym dewocji, w którym toczyła się podjazdowa wojna zwolenników „Tygodnika Powszechnego” i Radia Maryja. To drugie medium w pewnym momencie przegrało ze względów politycznych, lecz jego wartość polegająca na częstych transmisjach modlitw była nie do przecenienia, zwłaszcza dla mojej babci. Pytanie o sens wiary i uczestnictwa w mszy właściwie nie istniało. Gdy jako nastolatek wyznałem mamie, że nie czuję obecności Boga w swoim życiu, odpowiedziała, że tak po prostu jest, niemniej trzeba chodzić do kościoła, bo On tam bywa obecny. Nie rozumiałem, czemu tata nie chodzi do komunii (zrozumiałem dopiero jako dorosły) albo dlaczego kazanie prawie zawsze musi być nudne jak flaki z olejem (do szóstego roku życia w koś­ciele głównie spałem). Nie byłem ministrantem, bo tam chodziły łobuzy, nie byłem w Dzieciach Maryi, bo tam chodziły dziewczyny. Nie byłem też w oazie, bo do oazy szli nudziarze. Nie pamiętam jednak, żebym kiedykolwiek opuścił niedzielną mszę świętą. Jestem zupełnie zwykłym katolikiem.

„Wiesz, zastanawiam się teraz, jak to jest, że gdy byłem dzieckiem, to nie było opcji, żeby nie pójść do koś­cioła. A gdy teraz nie chodzę, to nic się w moim życiu nie zmieniło. I nikt się nie zapytał, gdzie się podziałem” – powiedział mój przyjaciel, gdy wspomniałem mu, nad jaką książką będę pracował. Inna przyjaciółka, dowiedziawszy się, że będę rozmawiał z kardynałem Grzegorzem Rysiem o powodach odchodzenia od Koś­cioła, poprosiła: „A zapytasz o rozczarowanie? Bo to właśnie mój powód”. Wśród moich równolatków słyszę o całej skali zjawisk: poczuciu obojętności, obcości, opuszczenia. Ale też o traumie, wyższościowej postawie księży, traktowaniu z góry. Rozumiem ich oburzenie, bo towarzyszy również mnie, gdy widzę, jak wielką wagę przykłada się na przykład do tego, by mężczyźni nie wchodzili do świątyni w krótkich spodniach, lecz gdy liturgię sprawuje osoba moralnie dwulicowa albo nawet seksualny przemocowiec – bywa to lekceważone.

Niemniej Kościół był i pozostaje dla mnie ważny, bo wierzę, że jest w nim Bóg obecny w sakramentach i w świadkach – niekoniecznie tych najbardziej widocznych, częściej skromnych i po ludzku uczciwych. Czasem widzę Go też w księżach. Każdego z nich pamiętam z imienia i zachowuję w modlitwie, nawet jeśli niektórzy z nich nie sprawują już funkcji kapłańskich. Zawsze chciałem mówić tak, by tego Boga w Kościele pokazać – w czym najczęściej przeszkadzał mi nie kto inny jak duchowni, ze specjalnym wyróżnieniem dla przedstawicieli Konferencji Episkopatu Polski. Nigdy nie zapomnę tej sytua­cji, gdy pracowałem jeszcze jako dziennikarz mediów kościelnych i moi przełożeni wzięli mnie na pouczającą pogadankę, bo skrytykowałem w artykule jednego z prominentnych wówczas biskupów, znanego jednakowoż głównie z picia wódki i niesmacznych żartów. Napisałem, że właściwie tylko w jego diecezji nie podano do wiadomości publicznej, kto jest delegatem do spraw osób wykorzystywanych seksualnie, co było prawdą; sprawdziłem wtedy strony internetowe wszystkich diecezji. Cóż, widać niektórym wolno więcej. Dlatego powtórzę: rozumiem moich rówieśników, dla których ksiądz zwyczajnie nie jest autorytetem, a jest nim tym mniej, im bardziej ważniacko-autorytatywny ton przyjmuje.

Co niedzielę modlę się za biskupa diecezji, w której właśnie przebywam, choć nieraz ta modlitwa z trudem przechodzi mi przez gardło. Zwłaszcza wtedy, gdy z ust tego biskupa słyszę nie słowo Boże, lecz ideologiczną pogadankę dzielącą ludzi na gorszych i lepszych. Pewnie dlatego przez kilka ostatnich lat z bis­kupem mojej diecezji miałem kontaktu mniej niż zero, nie szukam bowiem kontaktu z ludźmi, którzy o innych ludziach mówią per „zaraza”. Moje pojmowanie Koś­cioła i tego, czym on jest, ustawiła przed laty pewna książka, będąca dla mnie także moralnym kompasem. Przeczytałem w niej, że Bóg „w swojej hojnej miłości przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Bóg wychodzi do nas, nie pytając się, czy najpierw się nawróciliśmy”. To Skandal miłosierdzia, który pokazał mi, co jest w Kościele najważniejsze i zarazem jak trudno się na to zdobyć. Tym bardziej chciałem więc porozmawiać z autorem tej książki, nowym arcybiskupem krakowskim.

Jestem zbiorem uwag i przypisów usłyszanych przez lata z ust moich przyjaciół, dla których Kościół katolicki był ważny, ale albo o nich zapomniał, albo wykluczył ze względu na poglądy czy orientację seksualną. Nie tylko rękami księży, czasem ich własnych rodziców, dla których wizerunek rodziny w oczach proboszcza okazał się ważniejszy niż najbliższe relacje. Każdej z tych historii słuchałem z bezsilnością, a samemu próbując pisać o Kościele prawdę – o Bogu, który w nim jest i kocha, i o grzechu, który też jest i zabija serce – z każdym rokiem czułem, że jestem od tego Kościoła dalej.

Dziś przychodzę reprezentować tych, którzy w Kościele nie mieli głosu, i im w pierwszej kolejności tę książkę dedykuję. Dedykuję ją „pokoleniu JP2”.

Karol Kleczka

Kraków, sierpień 2026

Rozmowa 1

Osobno i razem

Szeroka klatka schodowa, potem poczekalnia, a w niej zaaferowany telefonami ksiądz sekretarz. Na ścianach olbrzymie portrety, wyższe niż strop w moim mieszkaniu. Otwierają się drzwi; długa amfilada, na jej końcu lekko zgarbiony człowiek w sutannie i okularach. Patrzy na mnie nieco podejrzliwie, a ja też nieśmiało się garbię, bo w kurii nie bywam w ogóle. Powiedzmy sobie szczerze: przez ostatnich kilka lat ze świecą szukać miejsca w Kościele, które byłoby mi bardziej obce. Siadamy przy wielkim stole, na obszernych krzesłach. Jestem zdumiony tym, jak zwyczajnie wygląda kardynał Ryś, jaki jest nieduży w tych olbrzymich pomieszczeniach.

*

Karol Kleczka:Wie ksiądz kardynał, co mnie uderzyło, gdy pierwszy raz tu przyszedłem? Te strasznie wysokie sufity. Nie czuje się ksiądz w kurii wyobcowany?

kard. Grzegorz Ryś: Nie. To są tylko ściany. Albo aż ściany.

Chciałbym rozpocząć nasze rozmowy właśnie od tematu obcości. To takie poczucie, które – jak mi się wydaje – często poprzedza wszelką refleksję człowieka zmagającego się ze swoją wiarą i z Kościołem. Człowiek odchodzi, a jeszcze nie wie, że ten proces zaczął się już wcześniej, wraz z wrażeniem dystansu. Żyję w krakowskiej archidiecezji od kilkunastu lat, ożeniłem się tutaj, tu ochrzciłem moje dziecko, a adres Franciszkańska 3 rodzi we mnie skojarzenia z miejscem zamkniętym, nieprzystępnym – nie moim.

Ja nie czuję się tu obco, bo wiem, kto tu żył przede mną. W tym miejscu mieszkał choćby – zaczynając od najważniejszego lokatora – kardynał Wojtyła, a po nim wszyscy arcybiskupi krakowscy. Pewnie mieszkali i przed nim, ale takiej pamięci już nie mam. Ci ludzie są mi bliscy przede wszystkim jako moi pasterze; żadnego z nich nie odważyłbym się nazwać inaczej.

Od strony czysto ludzkiej, o jakiej pan mówi, nie jest to wymarzone mieszkanie – trudno się mieszka w muzeum. Jest za duże i rzeczywiście w pewnym sensie puste. Ale skąd mieliby się tu brać ludzie?

Może w tym leży problem: że brakuje księdzu współlokatorów na takim metrażu?

Razem ze mną mieszka w tej chwili czterech księży i siedem sióstr zakonnych, więc dom nie stoi kompletnie pusty. Spotykamy się przy stole, na modlitwie, na Eucharystii. Zacząłem od tych ścian, ale dom to nie ściany, lecz ludzie; staram się więc, żeby był otwarty, jak to tylko możliwe – ktokolwiek chce, ten przychodzi.

Trudno byłoby zamienić ten budynek na przytulne gniazdko. Biskup nie przenosi się tu dlatego, że jest sympatycznie albo że szczególnie sobie to miejsce upodobał. Ale też nie jest tak, że biskupstwo krakowskie zaczyna się od Grzegorza Rysia – na szczęście dla tej diecezji – i też na szczęście się na nim nie skończy. Będąc biskupem, wchodzi się w pewien łańcuch, a może lepiej powiedzieć: w strumień jakiejś tradycji, i ja chcę się w tej tradycji dobrze czuć. Myślę, że zawsze się w niej dobrze czułem. To nie znaczy, że postrzegam ją wyłącznie w kategoriach zalet – ma ona różne wymiary, również te trudne – niemniej to jest moja tradycja, to są moje korzenie. W tym sensie jestem u siebie.

Cieszę się, że ksiądz kardynał nawiązał do poczucia związku z tradycją i z duszpasterzami, bo przyznam szczerze, że ja jako świecki tego powiązania w ogóle nie odczuwam. Wspominam biskupa miejsca na każdej mszy, ale czasem człowiek wolałby zamilknąć albo po prostu jest już tak zbulwersowany po kazaniu, że modli się „na automacie”. Ja wiem, że na mszę nie chodzi się dla księdza, lecz dla sakramentu, bo wierzymy, że jest w nim Chrystus, jednak zapytam: po co mam chodzić do kościoła, jeśli czuję się w nim obco?

Gdybym chciał odpowiedzieć bardzo przewrotnie, powiedziałbym: po to, żeby zmienić go w dom. Dlaczego tylko ja mam być za to odpowiedzialny?

Wie ksiądz kardynał, jak wielu by chciało jakoś go umeblować…

W tym pana pytaniu zawierało się kilka wątków, chciałbym więc jeszcze cofnąć się do kwestii biskupa miejsca. Przez wieki wydarzyło się wiele rzeczy, które nie „pracują” dziś na to, żeby nasze relacje były bezpośrednie i bliskie – poczynając od tego, że diecezje są naprawdę ogromne. Nie wiem, czy łatwo odnaleźć się w rodzinie, która liczy milion osiemset tysięcy ludzi.

Były i lepsze momenty. Kiedy podjęto reformę struktury kościelnej w Polsce, kiedy powstawały nowe diecezje, towarzyszyła temu idea, żeby biskup stał się bliższy ludziom – diecezje miały być na tyle mniejsze, by te relacje mogły być konkretne. Trzeba jednak realistycznie powiedzieć, że nie udało się tego osiągnąć; one ciąg­le są za duże. Pytanie, jak dalece można je dzielić. We Włoszech papież dziś z powrotem łączy diecezje, nie likwidując ich, ale na przykład poddając dwie jednemu biskupowi. Teologicznie to jest bardzo trudne do uzasadnienia, chodzi więc pewnie o coś pragmatycznego, jak choćby kwestia utrzymania. Diecezja oznacza pewne struktury – niekoniecznie potrzebuje seminarium, ale musi mieć na przykład sąd. Trzeba ważyć różne racje.

Mówi ksiądz kardynał o kartografii, a mnie chodzi o spotkanie. Bo kiedy się biskupa spotyka? Podczas bierzmowania, sakramentu, który – jak głosi frazes – cementuje stan bycia w Kościele jakby z rozpędu albo nawet jest uroczystym z nim rozstaniem.

Szukam odpowiedzi, która byłaby adekwatna do jakości pytania, chciałbym więc powiedzieć dwie rzeczy. Niezależnie od tego, jaki jest Kościół w Polsce, a jaki w innych miejscach świata, na synodzie o synodalności* – wciąż trwającym, bo jesteśmy na etapie jego implementacji – wszyscy mówiliśmy, że Kościół potrzebuje przeżyć coś, co nazwano nawróceniem relacyjnym. To znaczy, że to chyba nie jest temat tylko polskiego Kościoła, ale Kościoła powszechnego: czy relacje nie zostały jakoś zaniedbane i czy nie potrzebujemy się na nie nawrócić? A jeśli tak, to znaczy, że jest tu gdzieś i nasza wina. Mnie to bardzo przekonuje. W jaki sposób to nawrócenie mogłoby się dokonywać? Chyba tylko w taki, że robimy wszystko, by w Kościele powstawały – jak mówił ksiądz Franciszek Blachnicki – braterskie wspólnoty wiernych.

Tu chciałbym, żebyśmy się na moment zatrzymali. W braterskiej wspólnocie relacje rzeczywiście są prawdziwe, bliskie i właściwie niemal rodzinne. Blachnicki kładł na to wielki nacisk; mówił, że tam, gdzie nie ma takich wspólnot, Kościół się nie urzeczywistnia – i myś­lę, że miał rację. Współczesny dramat Kościoła w Polsce polega na tym, że nasze prezbiteria – dziś w większości składające się z księży, którzy przeżyli oazy (ze mną włącznie) – niekoniecznie uwierzyły Blachnickiemu na słowo. Ciągle tworzymy Kościół, w którym braterskie wspólnoty są opcjonalne. Jak są, to dobrze, jak ich nie ma – też dobrze. A to ma się nijak do tego, co kardynał Wojtyła mówił tu, w Krakowie, do księży: podkreślał on, że wakacyjne oazy są takim samym obowiązkiem księdza jak głoszenie kazań, prowadzenie kancelarii czy siedzenie w konfesjonale – że to nie jest coś dodatkowego, na co porywają się najgorliwsi.

Tworzenie małych, braterskich wspólnot wynika z samej definicji Kościoła. Blachnicki odwoływał się do definicji soborowej: „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”**. A sakrament to widzialny znak niewidzialnej łaski; niewidzialna łaska zaś to owo zjednoczenie z Bogiem i jedność rodzaju ludzkiego. Co więc jest jej znakiem widzialnym, potrzebnym do tego, by Kościół rzeczywiście był sakramentem? Znakiem tym jest braterska wspólnota. Jeśli jej nie ma, Kościół się – z definicji – nie realizuje.

Co jest znakiem widzialnym, potrzebnym do tego, by Kościół rzeczywiście był sakramentem? Znakiem tym jest braterska wspólnota. Jeśli jej nie ma, Kościół się – z definicji – nie realizuje.

Wydaje się to teologicznie świetnie uzasadnione, ale w praktyce sprowadza się do kwestii działania parafii. Podejrzewam, że dla większości ochrzczonych jest to miejsce raczej niewidzialne.

To przejście od refleksji na temat wspólnotowości do funkcjonowania parafii nie jest wcale proste. Łatwo użyć wytrychu „parafia to wspólnota”, żeby zwolnić się ze wszelkiej odpowiedzialności. Mam w pamięci spot­kanie polskich biskupów z papieżem Franciszkiem na Wawelu, pierwszego dnia jego wizyty podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku. Papież dostał wtedy cztery pytania (znał je wcześniej, więc mógł przygotować odpowiedzi) i jedno z nich brzmiało: „Parafia czy wspólnoty?”. Franciszek powiedział prosto: „Parafia”. A potem dodał: „… która jednak nie jest biurem”. Nie powiedział: „Parafia, która jest wspólnotą”, ale: „która nie jest biurem” – pokazywał takie minimum minimorum, żeby opisać właściwe relacje w parafii.

Jeśli myślimy o tej podstawowej wspólnocie w Kościele, to gromadzi się ona wokół ołtarza – i to jest ten widzialny znak. Ale zastanowiło mnie to, co ksiądz kardynał mówił o czynieniu z parafii biura, ponieważ dość powszechne wydaje się podejście, w którym i sama msza staje się elementem działalności tego biura. Proboszcz zakłada, że wszystko gra, bo nadal ktoś na tę mszę przychodzi – i koniec pracy. Można wtedy odnieść wrażenie, że nie traktuje poważnie wiernych, jest biurokratą.

Parafia nie może być przestrzenią, gdzie działa ksiądz-urzędnik z anonimowym podejściem do każdego. Myślę, że papież Franciszek trafiał w sedno. Niemniej mówił też, że bardzo łatwo pójść po linii: „Parafia się nie sprawdza, kazania słabe, ksiądz się nie zmienia – to zbudujmy sobie małą wspólnotę”, i wtedy zostawić to miejsce, które przecież jest ciągle dla ludzi pierwszym miejscem doświadczenia Kościoła, poczynając od chrztu.

Parafia nie może być przestrzenią, gdzie działa ksiądz-urzędnik z anonimowym podejściem do każdego.

Mówię o tym, bo wypowiadając jakieś narzekania na Kościół, nieraz słyszałem: „Droga wolna – zrób to lepiej”. Tylko że gdy myślę o swojej parafii – z kompetentnym i bliskim ludziom proboszczem, z licznymi wspólnotami – to chociaż mieszkam na jej terenie od kilku lat, w kościele nadal czuję się bardziej przechodniem niż członkiem rodziny.

Ciągle mam wiarę i nadzieję w relacyjne nawrócenie oraz w to, że może ono dosięgnąć parafii. Są takie miejsca, gdzie wydaje się to dość oczywiste. W Krakowie mamy na przykład parafie liczące po dwadzieścia tysięcy ludzi. Są też takie, gdzie wiernych jest ośmiuset, z czego do kościoła chodzi trzystu – i po kilku miesiącach nowy proboszcz ma prawo znać wszystkich po imieniu. A jeśli zostanie tam dwadzieścia pięć lat, to najpierw ochrzci dzieci obecnych rodziców, potem doprowadzi je – daj Boże – do pierwszej komunii, do bierzmowania, później jeszcze pobłogosławi ich małżeństwa, a w końcu będzie chrzcił ich dzieci. Wierzę, że tu pojawia się wielka szansa na rzeczywiste relacje. Możliwe, że faktycznie łatwiejsze to jest w małych, wiejskich parafiach niż w tych wielkomiejskich. Taka mała parafia ma potencjał, by być w całości wspólnotą bardzo bliskich sobie ludzi.

Łatwo tu wpaść w pewną mitologizację. Wychowałem się na wsi i zapewne tak jest, że w mniej licznej parafii to życie jest łatwiej obserwowalne, ale i lepiej widać różne patologie, jak na przykład żerowanie na lokalnych animozjach przez rady parafialne. Żyjąc od kilkunastu lat w mieście, dostrzegam jednak, że życie parafialne wiąże się tu z pewną przypadko­wością: raz jestem w kościele tu, potem tam. I zastanawia mnie, co tę wspólnotowość powinno animować.

W tym kryje się już jakiś wybór, działanie. Zacząłbym od liturgii, bo wyrażona przez pana poniekąd teza, że msza pokazuje jakość parafii, jest absolutnie słuszna. Uderzyło mnie przez te lata synodu, ile w towarzyszących mu materiałach poświęcono miejsca liturgii. Niby rozmawiamy o synodalności, a tak naprawdę mówimy o liturgii – dlaczego? Bo liturgia ostatecznie pokazuje jakość wspólnoty. Oczywiście nie sama liturgia – trzeba by jeszcze powiedzieć o całej przestrzeni dzieł miło­sierdzia w parafii – ale tu najlepiej widać poziom zaangażowania.

Jest takie zdanie z soborowej konstytucji o liturgii: każdy wierny ma w niej prawo robić tylko to i wszystko to, do czego jest upoważniony***. Tylko to – i wszystko to. Mówiąc najprościej: ksiądz nie powinien robić w litur­gii tego, co może robić świecki; prezbiter – tego, co robi diakon; diakon – tego, co robi lektor, i tak dalej. Ale żeby tę zasadę zachować, trzeba mieć tych wszystkich ludzi. A żeby ich mieć, potrzeba wyjścia z obu stron: czy jest ktoś, kto tego chce, bo odnajduje w sobie takie pragnienie, i czy jest ktoś, kto jako głowa wspólnoty tę przestrzeń do zaangażowania otwiera? Znam w diecezji krakowskiej parafie, gdzie przy ołtarzu służy dwustu ministrantów, i takie, gdzie nie ma ani jednego.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Chodzi o XVI Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów poświęcone tematowi: „Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo, misja”. Proces obejmował konsultacje w parafiach i diecezjach na całym świecie (od 2021) oraz dwie sesje w Rzymie (2023 i 2024). Podsumowaniem jego ustaleń jest Dokument końcowy, w którego wstępie papież Franciszek napisał: „Dokument (…) zbiera owoce drogi wyznaczonej przez słuchanie Ludu Bożego oraz rozeznawanie pasterzy. (…) Teraz droga ta trwa dalej w Kościołach lokalnych oraz w grupach Kościołów (…)”; cyt. za stroną: www.synod.va (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

** Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, 1; cyt. za stroną: www.vatican.va.

*** Kardynał przytacza z pamięci; w polskim tłumaczeniu fragment ten brzmi dokładnie: „W odprawianiu liturgii każdy spełniający swą funkcję, czy to duchowny, czy świecki, powinien czynić tylko to i wszystko to, co należy do niego z natury rzeczy i na mocy przepisów liturgicznych”. Konstytucja o liturgii świętej Sacrosanctum concilium, 28, cyt. za stroną: sip.lex.pl.

Rozmowa 2

Dla wszystkich starczy miejsca?

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa 3

Mówią o mnie, ale nie do mnie

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa 4

Trudne życie w wolności

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa 5

Gdzie jest Bóg, gdy cierpię?

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa 6

Wspólnota dla wszystkich czy dla wybranych?

Dostępne w wersji pełnej