41,50 zł
Nie bądź naiwny to praktyczna rozprawa nad tematem codziennej naiwności, z którą mamy do czynienia przez pryzmat otaczającej nas nowoczesnej technologii. Ukazuje, jak łatwo jest nam się złapać na sztuczki, w tych czasach czyhające właściwie wszędzie. Sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo i związane z nimi nowe zagrożenia, a także syntetyczne media, deepfake czy wszechobecny scam internetowy sprawiają, że warto, a nawet powinno się być świadomym, jak radzić sobie w świecie, w którym technologia zaszła aż tak daleko. Autor opisuje powyższe zagrożenia i omawia ich przyczyny oraz skutki w zrozumiały sposób, przywołując sytuacje i anegdoty z własnych doświadczeń czasu edukacji i pracy w korporacji. Podaje również proste przykłady powyższych pułapek i radzi, jak nie dać się oszukać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 426
Rok wydania: 2025
Data ważności licencji: 10/15/2030
Nie bądź naiwny
Copyright © 2025 by Aleksander Poniewierski
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Copyright © 2025 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Projekt graficzny okładki: Mariusz BanachowiczZdjęcie autora: © Marek Wołynko
Redakcja: Mikołaj Skorupski i Grzegorz Sowula
Korekta: Iwona Wyrwisz, Izabela Sieranc, Joanna Rodkiewicz
ISBN: 978-83-8230-993-5
Poglądy wyrażone w niniejszej książce są osobistymi opiniami autora, a nie poglądami organizacji, z którymi autor może być powiązany. Czytelnicy powinni mieć świadomość, że cytowane w książce strony internetowe mogły ulec zmianie lub zniknąć od chwili, gdy zostały zacytowane.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.postfactum.com.pl
www.facebook.com/PostFactumSoniaDraga
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2025
Witajcie w świecie baniek. Tak, baniek. Bańka to zjawisko społeczne. Jej pierwotne znaczenie ma swoje źródło w naukach ekonomicznych. Tam zaobserwowano, że ceny rozmaitych dóbr mogą osiągać nienaturalne poziomy w wyniku przesadnego popytu, aż w pewnym momencie pojawia się przesyt, bańka pęka i ceny gwałtownie spadają. Ktoś na tym zyskuje, ale większość na tym traci. I to nie tylko pieniądze, ale niekiedy zdrowie, rodzinę, a nawet życie.
Określenie to zaczęto stosować do opisywania narracji wokół ogólnoświatowych zjawisk. Jednym z nich mogą być wspólnoty zainteresowań skupione w formie grup dyskusyjnych zarówno w świecie rzeczywistym, jak i w Internecie. Przybierają postać zbiorowości ludzi o podobnych poglądach, którzy poprzez swoje konta na wiodących portalach społecznościowych wymieniają się informacjami, opiniami i odczuciami, pozostając w swoistym zamknięciu na spostrzeżenia tych, którzy mają inne zdanie. Doskonale można było to zaobserwować w czasie pandemii COVID-19, kiedy to zupełnie spontanicznie tworzyły się całe frakcje zwolenników teorii spiskowych, a także przeciwników i promotorów powszechnego szczepienia przeciwko tej groźnej chorobie.
Tak właśnie powstają bańki skupiające się na wybranych zagadnieniach. Napędzają je zbiorowe emocje, zbliżone oczekiwania, a także chęć promocji określonych tematów za pośrednictwem środków masowego przekazu. Czynniki psychologiczne odgrywają w nich bardzo ważną rolę. Polaryzują ludzi poprzez wzbudzanie strachu, złudnej nadziei, chciwości czy fascynacji. Skupiają wielotysięczne grupy, a te legitymizują wspólne poglądy.
Bańki społeczne, tak jak ekonomiczne, mogą wywoływać daleko idące skutki. Przede wszystkim upowszechniają opinie, które nie zawsze są pożyteczne i prawdziwe. Niekiedy popularyzują kompletne bzdury, które, ku zdziwieniu ludzi opierających swoje przekonania na faktach, powtarzane są przez setki osób. Co więcej, ich powstawanie bywa nierzadko sterowane przez grupy wpływów, stawiające sobie za cel zarobienie pieniędzy lub uzyskanie władzy kosztem zbiorowości, która na tym straci.
Nie jest łatwo wyodrębnić poszczególne bańki. Jest ich całe mnóstwo, dotyczą najrozmaitszych tematów, ale mają jedną wspólną cechę – wiernych, najczęściej nieświadomych swej roli sympatyków, wielbicieli czy wyznawców. A wszystkich ich cechuje mniejsza lub większa naiwność. Tkwią niejako zamknięci wewnątrz różnokolorowych baloników o półprzezroczystych ściankach, przez które widać świat. Częściowo taki jaki jest, a częściowo zniekształcony.
Niektóre z nich pompujemy sami, inne napompowali drudzy, ale wciągnęli nas do środka, jeszcze inne to te, do których nie chcemy się zbliżać, bo są nam obce światopoglądowo, językowo czy kulturowo. Są wśród nich bańki zupełnie nieszkodliwe – jak choćby te, które gromadzą dzieci wierzące w Świętego Mikołaja czy Wróżkę Zębuszkę. Obserwowanie ich wzrusza nas, wzbudza pozytywne emocje, przywołuje ciepłe wspomnienia dzieciństwa. Są też bańki romantyczne, które utrzymują w nas nadzieję. Jak choćby nadzieję na znalezienie wielkiej miłości. Są też takie, dzięki którym chce nam się żyć i dzięki którym dostrzegamy sens rozmaitych działań. Należą do nich grupy wspierające walkę z chorobami czy dążące do poprawy warunków życia ludzi i zwierząt. Wchodzimy do nich, ponieważ potrzebujemy wiary w szczęśliwy koniec. Nadzieja, nawet ta najbardziej naiwna, niekiedy nadaje sens naszym staraniom, innym razem wręcz potrafi utrzymać nas przy życiu.
Najwięcej jednak jest w naszym otoczeniu baniek nacechowanych negatywnie. Trafiamy do nich z własnej woli lub przez przypadek albo też w wyniku zastawionych na nas pułapek. Może to być zakup niechcianej polisolokaty, kryptowaluty czy łańcuszka z tombaku. Wykorzystano naszą naiwność, ktoś nadmuchał dla nas bańkę, aby nie powiedzieć „zrobił nas w balona”, i nacisnęliśmy klawisz „Enter”, który przeniósł nas w sidła intrygi skutkującej utratą pieniędzy. Niby wiedzieliśmy, że tak nie powinno się robić, ale jakaś nieznana siła, bazująca na naszej ciekawości czy chciwości, kazała nam tak postąpić.
Naiwność potrafi nas zaślepić. Mając władzę, będąc ważną osobą w swojej firmie, wierzymy, że ludzie otaczający nas uwielbiają się z nami spotykać, słuchać nas. Wystarczy, że podniesiemy słuchawkę i zadzwonimy do kogoś z prośbą o załatwienie jakiejś sprawy, a natychmiast uruchamia się cały łańcuch życzliwych ludzi spieszących z pomocą. Naiwnie czujemy pełnię mocy sprawczej. Ale gdy tracimy pracę lub pozycję, nagle zainteresowanie naszą osobą spada. Pęka bańka naiwności w naszą wszechmoc. Okazuje się, że każdy ma swoje życie i nie ma już bezpośredniego interesu, aby spędzać z nami czas. Niekiedy ktoś zadzwoni, aby zapytać, co u nas słychać, bo wydaje się, że tak wypada. Taka jest rzeczywistość i nie można naiwnie oczekiwać, że będzie inaczej.
Są też bańki wieloosobowe. W środku uwięzieni są ludzie, których łączy ślepa wiara. Przez to, że nie są sami i mają podobne wartości, stają się jej zakładnikami. Nie widzą świata poza nimi, nie słuchają racjonalnych argumentów. Te „stalowe” bańki, które można wręcz nazwać sektami, przetrzymują naiwnych. Gdy jednak bańka pęka pod naporem walczących z nią ludzi, okazuje się, że dla wielu w niej uwięzionych świat się rozpada. Przeżywają osobistą, a często rodzinną tragedię. Powierzyli oszczędności życia jakiejś piramidzie finansowej, podpisali zobowiązania lub skłócili się z rodziną i przyjaciółmi. Po otrzeźwieniu jedni domagają się sprawiedliwości dla twórcy bańki, inni – ze wstydu, że byli naiwni – nawet nie chcą się przyznać do swojego błędu. Czasami dochodzi do dramatów, kiedy ludzie zmagają się z problemami natury psychicznej, a trauma doprowadza ich do śmierci.
Musimy jednak być świadomi, że te bańki ktoś tworzy. Jeżeli tworzymy je sami, efektem pęknięcia będzie tylko zwyczajny zawód. Naiwnie wierzyłem, że zdam egzamin, mimo że kompletnie się nie przygotowałem. Gdy przychodzi moment weryfikacji, mówię: trudno, nie udało się. Czasem, gdy bańkę przebija ktoś nam bliski lub przyjaciel, otrzymujemy lekcję, zimny prysznic. W pierwszej chwili, pod wpływem szoku, potrafimy nawet go obwinić, że odbiera nam nadzieję, szansę na nagrodę. Ale gdy dochodzi do nas, że uratował nas od dużo większej straty, jesteśmy mu wdzięczni. Najgorsze są naiwności systemowe. Kiedy to „wszyscy” uwierzyli, a okazało się, że mamy do czynienia z manipulacją. Nie wiadomo, do kogo mieć pretensje. Jesteśmy bezsilni.
Istnieją też utarte stereotypy, naiwne przekonania powtarzane przez nasze otoczenie lub nawet tezy, o których uczymy się w szkole. Przekonanie, że najlepszą pracą jest ta, która opiera się na hobby, to chyba doskonały przykład tego typu błędu. Kocham podróże, uwielbiam gotować, robić zdjęcia, więc rzucam swoją pracę w korporacji i zakładam biuro podróży, małą restaurację lub studio fotograficzne. Po kilku miesiącach okazuje się, że to, co uwielbiałem robić dla przyjemności, traktowałem jako odskocznię od codziennego życia, staje się koszmarem, gdy ma być głównym źródłem utrzymania. Po roku nie mam ani pracy, ani hobby.
Przez całe życie wskakujemy w kolejne bańki naiwności. Niektórzy są nimi otoczeni niczym pianą w kąpieli. Nie da się przejść przez życie i nie być naiwnym. Chcemy i powinniśmy spełniać swoje marzenia, ale nie powinniśmy dać się oszukać przede wszystkim samym sobie. Zakochujemy się do szaleństwa, bo tego potrzebujemy. Naiwnie wierzymy w nierealne biznesy, bo chcemy szybko zrealizować swoje potrzeby. Ufamy, że stanie się cud, bo potrzebujemy nadziei. Wreszcie jesteśmy przekonani o swojej wielkości i wszechmocy, stając się aroganckimi ignorantami.
Każda epoka przynosi inne zagrożenia. Postęp zmienia ludzi, sposób życia oraz wartości, jakie wyznajemy. Wraz z tymi zmianami nasza naiwność również się zmienia. Oczywiście natura ludzka jest wciąż taka sama, ale pojawiają się zupełnie nowe formy naiwności. Religia, która była bardzo ważna dla ludzi przez ostatnie dziesięć tysięcy lub więcej lat, dawała nadzieję na lepsze życie po śmierci. Ludzie porzucali własne domy i szli na wyprawy krzyżowe z przekonaniem, że uzyskają zbawienie. Narody naiwnie wierzyły w dobre intencje kolonizatorów, a gdy przekonywały się o rzeczywistych ich zamiarach, było już za późno. Naiwna wiara w postęp technologiczny, bez odpowiedniego przygotowania się na negatywne konsekwencje, zmusza do refleksji nad tym, co będzie z naszą planetą jutro, jak poradzić sobie z odpadami, zmianami klimatycznymi czy wyczerpywaniem się zasobów surowców naturalnych. Wszechobecny konsumpcjonizm i naiwność ludzi kuszonych niską ceną stają się dziś problemem globalnym.
Każda epoka ma też swoją specyfikę. W czasie rewolucji przemysłowych pustoszały farmy, bo ludzie przenosili się do miast. Dziś pustoszeją biura, bo ludzie pracują zdalnie ze swoich domów. Masowe ruchy ludności wywoływały choroby cywilizacyjne. Spotykamy się choćby z chorobami psychicznymi będącymi konsekwencją separacji fizycznej i braku kontaktów międzyludzkich. Większość ludzi nie jest w stanie odróżnić, co jest dla nich dobre, a co złe. Dopóki sami nie przekonają się na własnej skórze o tym, jaka jest prawda, naiwnie wierzą, że problem ich nie dotyczy. Z tego powodu przywódcy i liderzy wymuszają zmiany, nieraz wbrew woli większości społeczeństwa. Często zapominają, że to, co działało kilka lat temu, dziś nie ma już zastosowania. Minął termin przydatności wielu rozwiązań.
Gdy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wymuszono na producentach napojów gazowanych rezygnację z otwierania puszek za pomocą wyciąganej zawleczki na rzecz przytwierdzonego na stałe wyzwalacza, świat nawet nie zająknął się na ten temat. Co więcej, nowa zawleczka miała miejsce na słomkę, co było nowością. Gdy w Unii Europejskiej wprowadzono regulację przytwierdzenia zakrętki do butelki, przez miesiąc stanowiło to temat drwin i krytyki. Zła komunikacja lub jej brak, a nade wszystko niewłaściwe wykorzystanie aktualnych kanałów informacyjnych sprawiły, że dobra i słuszna intencja regulatora stała się memem.
Bańki naiwności dotyczą więc nie tylko pojedynczych ludzi, ale i całych państw i wspólnot. Kościół przeżywa kryzys wiary, wpadając w pułapkę naiwnych przekonań, że przetrwa bez zmiany postaw swoich liderów. Korporacje są zaskoczone trendem „silent resignation”, walcząc o młode talenty wszystkim, tylko nie wynagrodzeniem. Wysoko rozwinięte państwa nie radzą sobie z problemem migracji, licząc na tanią siłę roboczą i ratunek przed demograficzną zapaścią, co jest naiwną powtórką błędów popełnionych w XX wieku. Systemy ekonomiczne coraz częściej zderzają się z kryzysem finansowym, a ministrowie naiwnie wierzą, że krach nie nadejdzie zbyt szybko lub sytuacja zostanie opanowana. Giganci technologiczni zrozumieli już, że niebawem mogą stać się potężniejsi od większości państw, i zaczynają się obawiać, że podzielą los Kompanii Wschodnioindyjskiej1.
Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Zatem, Czytelniku – witaj w świecie baniek. Baniek naiwności. Czy chcesz, czy nie, utkwiłeś w jednej lub nawet kilku z nich. Codziennie doświadczasz skutków tego stanu. Są wśród nich rezultaty zarówno niekorzystne, jak i pozytywne. Dlatego tak trudno jest zdać sobie sprawę, że wpadamy w pułapki przekonań, emocji, niewiedzy. Niniejszą książkę oddaję Ci do rąk, aby wskazać obszary, w których naiwność przynosi szkody. Wielu z nich doświadczyłeś sam, ale z wielu innych nie zdajesz sobie jeszcze sprawy. Masz pełne prawo do marzeń o lepszym życiu w lepszym świecie. Pozwól jednak, że spróbuję pokazać, jak je spełnić, unikając pułapek naiwności.
Była wiosna 1811 roku. Na uniwersytecie w Magdeburgu, jednym z ważniejszych miast północnych Niemiec, które w wyniku wojen napoleońskich i przegranej Prus zostało włączone do Królestwa Westfalii, panował spokój, mimo że znajdowało się w sercu trapionej fermentami Europy. Profesor prawa, Friedrich Carl von Savigny, prowadził zajęcia ze studentami. Fascynował się kulturą ludową oraz podaniami i legendami, a u źródeł jego pasji leżała miłość do literatury i troska o jej przetrwanie. W czasie wojen napoleońskich Europa stała się areną prawdziwej rzezi zarówno wojsk, jak i ludności cywilnej. Szacuje się, że w bezpośrednich walkach życie straciło w tamtym czasie około sześciu milionów ludzi2. Biorąc pod uwagę, że populacja całego kontynentu wynosiła wówczas sto osiemdziesiąt milionów, był to odsetek znaczący i największy w historii świata do czasów pierwszej wojny światowej (Wielkiej Wojny). W tym okresie głośno mówiono o planowanej przez Napoleona inwazji na Rosję, co wiązało się z kolejnymi masowymi i przymusowymi rekrutacjami ludności z terytoriów okupowanych.
Wśród studentów profesora, zainteresowanych badaniem legend i przekazów ludowych, znajdowali się dwaj bracia, Jacob i Wilhelm, znani dziś jako bracia Grimm. Od kilku lat dokumentowali oni przekazy ludowe, zebrali całkiem pokaźny zbiór podań i postanowili je spisać oraz opublikować. Koniec XVIII i początek XIX wieku był okresem wprowadzania reform edukacyjnych na terenie Europy3. Pomimo znacznego odsetka analfabetów, szacowanego na blisko pięćdziesiąt procent, szczególnie wśród ludności wiejskiej i kobiet, wydawano w tym okresie około sześciuset nowych publikacji rocznie, co jest ilością znaczną. Na fali wydawnictw, które zgodnie z przeznaczeniem miały trafiać do gospodarstw domowych (stąd powiedzenie „trafiać pod strzechy”), bracia Grimm przygotowali zbiór zatytułowany Kinder- und Hausmärchen (Baśnie dla dzieci i gospodarstw domowych) zawierający, uporządkowane w formie bajek, przekazy ludowe. Tutaj pojawił się pomysł, aby nadać wydawnictwu misję społeczną. Profesor von Savigny namówił braci, aby dokonali pewnych modyfikacji przekazów i sprawili, żeby nie tylko bawiły one czytelników, ale również uczyły. Bracia wprowadzili znaczące zmiany do opowieści, dostosowując je do czasów wojennych. Po pierwsze, wprowadzili wątek moralizatorski, czyli jednoznaczny, łatwy do odczytania morał opowieści oraz pozytywne zakończenie (ang. happy end). Ten zabieg miał na celu z jednej strony ostrzegać ludność przed złem, a z drugiej dawać nadzieję na pomyślną przyszłość. Dziś moglibyśmy nazwać te działania propagandowymi, ale ponieważ spodziewano się dotarcia do dużej grupy odbiorców, było to działanie misyjne. Bajki takie jak Jaś i Małgosia, Królewna Śnieżka, Śpiąca królewna, Kopciuszek miały wyraźny przekaz dostosowany do zagrożeń i marzeń. Jedną z najważniejszych bajek w pierwszym tomie, wydanym w 1812 roku, była bajka o Czerwonym Kapturku, którą zapewne wszyscy znamy, a można ją skrócić do następującej opowieści, którą wygenerował dla nas ChatGPT ver. 4o:
W krainie, gdzie lasy szumiały tajemnicami, a polany mieniły się kolorami dzikich kwiatów, mieszkała dziewczynka o imieniu Czerwony Kapturek. Dostała swój przydomek od ulubionego płaszcza z kapturem, który nosiła każdego dnia – prezentu od kochającej babci. Pewnego dnia, gdy słońce wstawało leniwie nad horyzontem, matka Czerwonego Kapturka powierzyła jej ważną misję. „Twoja babcia czuje się dzisiaj osłabiona”, powiedziała, wręczając jej koszyk pełen pyszności. „Zanieś jej te smakołyki, ale pamiętaj, aby trzymać się ścieżki i nie rozmawiać z obcymi”.
Czerwony Kapturek, pełna entuzjazmu, aby pomóc babci, przyjęła koszyk i wyruszyła w drogę. Las przywitał ją chłodnym cieniem i melodią ptasich śpiewów. Dziewczynka kroczyła pewnie, ale wkrótce jej uwagę przykuły piękne kwiaty rosnące wśród drzew. „Jak bardzo ucieszyłaby się babcia, gdybym zebrała dla niej bukiet”, pomyślała, zapominając o ostrzeżeniach matki.
Gdy Czerwony Kapturek pochylała się, by zerwać kwiaty, nie zauważyła cienia, który pojawił się tuż za nią. Był to wilk, wielki i sprytny mieszkaniec lasu, który od dawna śledził dziewczynkę, czekając na odpowiedni moment.
„Co tu robisz, mała dziewczynko?”, spytał wilk, uśmiechając się chytrze.
Czerwony Kapturek, choć początkowo zaskoczona, opowiedziała wilkowi o swojej misji. Wilk, podstępnie myśląc o smacznym posiłku, zaproponował, by zebrała jeszcze więcej kwiatów, a tymczasem on podąży za nią, aby „pomóc” [jej] dotrzeć do domu babci. Gdy Czerwony Kapturek zajęta była zbieraniem kwiatów, wilk pospieszył do domu babci. Przebiegły wilk zmylił staruszkę i pochłonął ją w jednym kęsie, a następnie przebrał się za nią i czekał na przybycie dziewczynki.
Gdy Czerwony Kapturek dotarła do domu babci, coś wydało jej się nie tak.
„Babciu, dlaczego masz takie wielkie oczy?”, zapytała zdziwiona.
„Aby lepiej cię widzieć, moje dziecko”, odparł wilk, udając babcię.
„A dlaczego masz takie wielkie uszy?”
„Aby lepiej cię słyszeć”, kontynuował wilk.
„A dlaczego masz takie wielkie zęby?”
„Aby cię lepiej zjeść!”, wykrzyknął wilk, wyskakując z łóżka.
Ale zanim zdążył rzucić się na Czerwonego Kapturka, drzwi gwałtownie się otworzyły. Stanął w nich odważny myśliwy, który przechodząc obok, usłyszał hałas i postanowił sprawdzić, co się dzieje. Bez wahania rzucił się na wilka, pokonując go, uratował życie Czerwonego Kapturka, a dzięki sprytowi wydobył babcię z brzucha chciwego wilka – całą i zdrową.
Ta bajka znalazła się nieprzypadkowo w tomiku braci Grimm. Co więcej, nie była to germańska legenda. Charles Perrault, francuski pisarz, był pierwszym, który spisał i opublikował wersję Czerwonego Kapturka w swojej książce Bajki Babci Gąski (Histoires ou contes du temps passé) w 1697 roku.
Morał tej bajki jest oczywisty: „nie bądź naiwna”. Kobiety pozostawione przez mężów i ojców były skazane na różnego rodzaju zagrożenia i musiały radzić sobie same, podobnie zresztą jak do czasu kolejnej kampanii napoleońskiej, rozpoczętej w roku wydania tomiku Grimmów. Naiwność była równoznaczna ze słabością i, z braku narzędzi obrony, stanowiła poza głodem największy problem ludności cywilnej. Można było zostać okradzionym z żywności, skrzywdzonym przez złych ludzi i ponieść śmierć tylko dlatego, że się było łatwowiernym.
W kwietniu 1814 roku Napoleon abdykował i zgodnie z traktatem z Fontainebleau został zesłany na małą wyspę Elba na Morzu Śródziemnym, która stała się jego suwerennym księstwem. W marcu 1815 roku uciekł z wyspy i wróciwszy do Francji, rozpoczął okres władzy znany jako „sto dni”. W tym samym roku bracia Grimm wydali drugi tom baśni, dodając i zmieniając po raz kolejny opowieści. Ta koincydencja nie była przypadkowa. Obawiano się powrotu tyranii. Bitwa pod Waterloo, 18 czerwca 1815, zakończyła erę Napoleona, ale bajki braci Grimm były modyfikowane przez autorów jeszcze przez ponad trzydzieści lat.
Bajka o Czerwonym Kapturku, ze względu na swój uniwersalny charakter i niezwykle mocny przekaz, jest używana do dziś jako szkielet wielu opowiadań. Filmy na jej motywach często czerpią inspirację z klasycznej baśni, przekształcając ją i dostosowując do różnych gatunków – od familijnych po horror. Dziewczyna w czerwonej pelerynie, obraz reżyserowany przez Catherine Hardwicke, jest mroczną, romantyczną wersją baśni z cechami thrillera: młoda kobieta o imieniu Valerie (grana przez Amandę Seyfried) znajduje się w centrum miłosnego trójkąta, jednocześnie próbuje odkryć tożsamość wilkołaka, który terroryzuje jej wioskę. Spojrzenie mordercy, w reżyserii Matthew Brighta, to z kolei czarny kryminał, w którym Reese Witherspoon gra Vanessę, nastoletnią wersję Czerwonego Kapturka, na autostradzie spotykającą psychopatę (Kiefer Sutherland). Film przenosi motywy baśni do współczesnej Ameryki, łącząc je z elementami thrillera i satyry społecznej. Reżyserowane przez Neila Jordana Towarzystwo wilków to znów surrealistyczna, psychologiczna interpretacja Czerwonego Kapturka z mieszanką horroru i fantastyki, opowiadająca o dziewczynce, która śni o symbolicznych, mrocznych opowieściach, będących ostrzeżeniem przed mężczyznami-wilkami4.
Temat młodzieńczej naiwności, dobrych rad udzielonych przez doświadczoną mamę, tragedii, do której doprowadziło nieposłuszeństwo, a w końcu happy endu znajdziemy nie tylko w książkach czy filmach, ale w otaczającym nas życiu. I to znajdziemy tysiące takich relacji. Dziewięć na dziesięć przemówień motywacyjnych jest opartych na tej kanwie. Wystąpienia w parlamentach większości demokratycznych krajów przybierają na ogół tę retorykę. Prawdziwą i aktualną od tysiącleci. Nasza planeta jest pełna czerwonych kapturków, wilków, babć i myśliwych. A my ciągle dajemy się nabrać. Ostrzegają nas, zjadają i wyzwalają. I tak w kółko, jak w bajce.
W świecie mediów społecznościowych, big data, sztucznej inteligencji szukamy sposobu na edukację społeczeństwa i przekazanie mu tego ważnego przesłania: nie bądź naiwny. Chcemy dotrzeć do młodych ludzi i ostrzec ich przed wilkiem, który dziś używa fake newsów, manipulacji, prowadzącej wprost w sidła kłamstwa, a w rezultacie – do złych decyzji, strat lub uzależnień.
Skoro więc wszyscy nieustannie trafiamy do jakichś baniek, z własnej winy czy woli albo wmanewrowani przez innych, nie mogło to rzecz jasna ominąć także mnie. I tak jak w każdym innym przypadku, wpakowała mnie do nich naiwność, czyli innymi słowy łatwowierność, bezkrytycyzm czy prostoduszność. Bo tak definiują ją encyklopedie i słowniki. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej terminologii. Świetnie bowiem oddaje ona istotę sprawy. Człowiek naiwny to ten, kto bywa nadmiernie szczery, bezwarunkowo wierzy innym i postępuje w sposób prosty, przewidywalny. Czy zatem naiwność oznacza głupotę? Niekoniecznie. Często ludzie bywają mniej doświadczeni, zmanipulowani lub po prostu głęboko wierzą w zwykłą ludzką dobroć i mają nadzieję, że to, co widzą i słyszą, odzwierciedla rzeczywistość. Czasami też potrafimy być wytrawnymi znawcami zagadnień, w których się świetnie orientujemy, choćby dzięki zawodowemu doświadczeniu czy edukacji, ale równocześnie wykazujemy infantylny wręcz brak obiektywizmu w tym, co na innych polach słyszymy od znajomych, liderów czy autorytetów, a są wśród nich ludzie, którym absolutnie ufać nie powinniśmy.
W swoim życiu miałem szczęście lub nieszczęście urodzić się i dorastać w kraju, który borykał się z problemami gospodarczymi, politycznymi i społecznymi, a także zapewne wieloma innymi; decydowały one o tym, że większość jego mieszkańców doświadczyła biedy, strachu i braku perspektyw5. Po drugiej wojnie światowej, w której Polska ucierpiała najbardziej ze wszystkich krajów europejskich, nastąpił podział kontynentu na bogatszy i demokratyczny Zachód, znajdujący się pod wpływami USA, oraz biedniejszy i autorytarny Wschód, rządzony przez ZSRR. Polska znalazła się w tej drugiej grupie, za tzw. żelazną kurtyną, podniesioną dopiero w 1989 roku. Oficjalnie nie była częścią ZSRR (republiką), miała swoją autonomię, ale nie otrzymała statusu kraju samodzielnie o sobie stanowiącego, a o jej polityce decydowali ludzie namaszczeni przez Moskwę. Generalnie można powiedzieć, że była socjalistycznym państwem buforowym. Niby miała swój rząd, ale był on w pełni kontrolowany przez ZSRR.
Taka polityka, podporządkowana obcym interesom, a także zaciekła wiara rządzących w idee socjalizmu, rujnowała mój kraj. Pokolenie dorosłych Polaków, którzy pamiętali reżim i okropności wojny, wymieszało się z ludźmi zindoktrynowanymi przez autorytarną władzę. W latach siedemdziesiątych XX wieku, w których się urodziłem, nastąpiło chwilowe odmrożenie bezwzględnego nacisku ze strony hegemona, jakim był ZSRR. Jednak nie trwało to długo. Na początku lat osiemdziesiątych, co już pamiętam całkiem dobrze, codziennością były kolejki do sklepów po najbardziej podstawowe produkty, reglamentacja towarów i generalny marazm. Brak nadziei na lepsze jutro i nieustanne pogarszanie sytuacji przez władzę prowokowały społeczne protesty. Gdy przybrały ostrzejszą formę, rządzący, chcąc położyć kres wszelkim formom sprzeciwu, wprowadzili w 1981 roku na dwa lata stan wojenny.
Pamiętam ten okres bardzo dobrze, bo był to naprawdę ciężki czas. Godziny policyjne, brak towarów w sklepach, konieczność zaopatrywania się w żywność poprzez pokątne, bezpośrednie zakupy od rolników– tak wyglądała codzienność. Na wieść o tak złej, wręcz głodowej sytuacji w Polsce świat zachodni przysyłał dary, które dystrybuował Kościół. Pomarańczowy ser (tak, tak, nie żółty, lecz pomarańczowy) zapamiętam do końca życia. Lata osiemdziesiąte, pomimo zniesienia stanu wojennego, upłynęły pod znakiem ogólnego zniechęcenia, rozczarowania i niedostatku.
Na szczęście stałe naciski „Solidarności”, istniejącej od 1980 roku, doprowadziły pod koniec tej dekady do przemian, które zaowocowały pierwszymi częściowo wolnymi wyborami do parlamentu w 1989 roku. A zmieniać się zaczął też cały świat. Przypadło to na okres, kiedy chodziłem do liceum. Kraj stał się wolny i demokratyczny. Niemal z dnia na dzień. Było to doświadczenie wprowadzające optymizm i nadzieję. Ludzie mogli odebrać i trzymać w domu paszporty, co wcześniej nie było możliwe, ponieważ prawo nakazywało zwracanie ich milicji. Mogli wreszcie wykazywać się inicjatywą i rozwijać produkcję oraz handel. Pojawiły się towary z krajów Europy Zachodniej. Na ulicach miast jak grzyby po deszczu wyrastały małe stragany, a nowi biznesmeni handlowali czym się dało. Od produktów jeszcze kilka lat temu niedostępnych, jak papier toaletowy, coca-cola czy guma do żucia, aż po pirackie kasety magnetofonowe, sprzęt AGD (szczególnym marzeniem każdego był odtwarzacz VHS) i ubrania. Ludzie odzyskali nadzieję, że będą wolni od represji i niedostatku.
Kiedy rozpoczynałem studia w 1992 roku, poza wielkimi prywatyzacjami, reformami podatkowymi i gospodarczymi wyłaniał się nowy społeczny format. Na moich oczach rodziła się klasa średnia. Wielkie koncerny, takie jak Unilever, Henkel, Sony, VW i inne tworzyły swoje oddziały w Polsce. Rynek był tak pojemny, że w zasadzie niepotrzebne były działy marketingu czy analiz strategicznych. Wystarczyło zatrudnić ludzi z prawem jazdy, dać im samochód i kazać jeździć z towarem do wszystkich sklepów w okolicy. Podaż nie nadążała za popytem. Wszystko znikało z półek. W telewizji pojawiały się pierwsze reklamy oparte na marketingu kopiowanym, czyli wykorzystywaniu reklam z rynków zachodnich, pod które podkładano głos polskiego lektora lub aktora. W ślad za nimi konsumenci pochłaniali nowości. Rynek szybko rósł, ludzie się bogacili lub przynajmniej obrastali w dobra. I, jak zwykliśmy wówczas mawiać, tak to się kręciło.
W czasie gdy studiowałem, z tej klasy sprzedawców wyłoniła się szczególna warstwa zawodowa. Ci, którzy byli bardziej efektywni, znali jakikolwiek obcy język (nawet na poziomie B1) oraz wykazywali cechy przywódcze, stawali się menedżerami i dyrektorami generalnymi polskich przedstawicielstw zagranicznych koncernów. Tak rodziła się grupa liderów. Po pewnym czasie opuszczali oni koncerny i zakładali własne firmy. Stawali się znani i popularni. Korzystali z okazji kształtowania własnych imponujących karier. Wielu z nich znam i spotykam się z nimi na co dzień. Ale w tamtych latach wzbudzali moją wielką zazdrość. Poza bardzo dobrymi zarobkami (oczywiście na warunki polskie, otrzymywali dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści procent podobnego wynagrodzenia za taką rolę na Zachodzie) cieszyli się uznaniem. Samochód służbowy, telefon komórkowy i wakacje w egzotycznych krajach (często w przeciętnych kurortach jako bonus za sprzedaż) – och, jakże chciałem być takim sprzedawcą lub „key account managerem”. Na wyższym poziomie w hierarchii sukcesu znaleźli się natomiast duzi przedsiębiorcy. Niemal magnaci. Pewna ich część miała dryg do handlu i niezłomny upór dojścia do celu. Mieli wiedzę, doświadczenie oraz kontakty. Byli też przedsiębiorcy starej ekipy z koneksjami z PRL, którzy wykorzystali falę prywatyzacji i uwolnienia gospodarczego do stworzenia imperiów. Na marginesie, we wszystkich krajach bloku wschodniego tego typu grupa przedsiębiorców tworzyła klasę bogaczy. Z perspektywy świata zachodniego byli to oczywiście biedni, lokalni biznesmeni mający układy w dziwnym i ryzykownym kraju. Ale dla nas byli to ludzie ze świecznika, z pierwszych stron gazet, decydenci, showmani z rankingu „100 najbogatszych Polaków” tygodnika „Wprost” (odpowiednik „Forbes 100”). Do dziś niewielu ich przetrwało.
W tym czasie istniały jeszcze dwie grupy społeczne. Pierwsza z nich to przestępcy. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku wywodzili się oni z rynku pod kontrolą mafii, z którym poradzono sobie w kraju dość szybko. Wraz z wejściem w XXI wiek moja ojczyzna stała się „cywilizowana”, a sprawna walka ze zorganizowaną przestępczością spowodowała, że zachodni inwestorzy mogli poczuć się tu bezpiecznie. Druga grupa to zwykli ludzie. Pracownicy szkół, szpitali, urzędów, robotnicy z fabryk, górnicy, no i oczywiście rolnicy. Ta grupa stanowiła osiemdziesiąt, a nawet dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa. Poczciwi ludzie, którzy nie mieli szczęścia lub umiejętności zmiany swojego statusu społecznego. Ale mieli nadzieję. Ta nadzieja sprawiała, że podejmowali starania, aby ich dzieci miały lepiej. Aby poszły na studia, poszerzały horyzonty, uczyły się języków obcych. Mówiąc krótko, aby stały się „kimś”.
Przypomina mi się w tym miejscu biografia Lee Kuan Yewa, pierwszego premiera, założyciela i wieloletniego przywódcy Singapuru, który odegrał kluczową rolę w przekształceniu tego małego miasta-państwa z ubogiej kolonii w jedno z najbardziej rozwiniętych i prosperujących państw świata6. Jego strategia obejmowała skupienie się na edukacji, czystości, ścisłej kontroli społecznej, a także rozwijaniu silnej gospodarki rynkowej z mocnym akcentem położonym na przyciąganie zagranicznych inwestycji i talentów. Lee Kuan Yew wprowadził również reformy prawne i administracyjne, które zapewniły stabilność polityczną i ekonomiczną, tworząc fundament dla późniejszego wzrostu i sukcesu Singapuru. Jego wizja i polityka miały ogromny wpływ na przekształcenie Singapuru z kraju Trzeciego Świata w państwo „pierwszoligowe”. Przekonał ubogi naród, że warto ponosić wyrzeczenia w zamian za obietnicę dobrobytu młodszych pokoleń w niedalekiej przyszłości. W Singapurze udało się to lepiej niż w Polsce, choć i u nas nie jest źle.
Przez te pierwsze dwadzieścia pięć lat mojego życia, kiedy kształciłem się i byłem kształtowany przez konsumpcyjną część rodzącego się wolnego rynku, ja i moje otoczenie wykazywaliśmy się wielką naiwnością. Wiele razy w tym okresie byłem, podobnie jak moi rodzice i znajomi, na tyle naiwny, aby wierzyć w cuda. Świetnym przykładem jest moja historia z biznesem kopertowym. Gdy byłem w liceum, w prasie codziennej pojawiały się setki ogłoszeń o pracę i ogłoszeń zapraszających do wejścia w biznes. Biznes bezinwestycyjny lub z minimalnym wkładem własnym, co chcę podkreślić. Schemat był zawsze ten sam, chociaż jego wariacje przybierały różne kształty. Bazował oczywiście na naiwności (całkowitym braku wiedzy, pełnym zaufaniu i chęci szybkiego zarobienia) takich ludzi jak ja.
Przeczytałem w gazecie ogłoszenie: można szybko i dużo zarobić na adresowaniu kopert. Kwoty dziennych zarobków, jakie obiecywano, oczywiście w zamian za przyłożenie się i pracę po kilka godzin dziennie – nie ma nic za darmo na rodzącym się wolnym rynku – były na poziomie miesięcznych zarobków mojej Mamy, która pracowała jako dyrektorka szkoły. Czyli trzydziestokrotna przebitka. No, jak nie wejść w taki biznes, szczególnie jak się ma szesnaście lat. Procedura była prosta. Na adres dającego ogłoszenie należało wysłać w kopercie (nie było powszechnych kont bankowych) sto tysięcy złotych (czyli mniej więcej dwadzieścia procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia), w zamian za to ogłoszeniodawca obiecywał przesłanie instrukcji robienia tego kopertowego biznesu. Dla mnie w tym czasie sto tysięcy złotych to była spora suma. Ale cóż, raz się zostaje bogaczem. Wysłałem. Czekałem codziennie na listonosza z tym obiecanym podręcznikiem, jak stać się milionerem. Jako że wchodziłem w ten biznes latem, w czasie wakacji, całe dni czekałem na poczciarza i widziałem już siebie kupującego skórzaną kurtkę, dżinsy – stać mnie przecież na wszystko.
Po dwóch lub trzech tygodniach nadszedł ten dzień. Otrzymałem całkiem sporą przesyłkę. Wierzcie mi, nogi mi się ugięły, jak wnosiłem ją na pierwsze piętro do swojego pokoju w domu rodziców. Otwieram. List przewodni, pisany odręcznie, paczka dwudziestu pięciu kopert, dziesięć długopisów BiC (do dziś pozostała mi taka uraza, że nigdy ich już więcej nie kupowałem i nie używałem). Odłożyłem koperty i długopisy na stół i zacząłem wczytywać się w jednostronicowy list od mojego „partnera biznesowego”:
Szanowny Olku,
dziękuję Ci za zaufanie i chęć przystąpienia do naszej firmy Kopertex7.
Mamy już setki wyśmienicie zarabiających współpracowników. Stale się rozwijamy.
Jedynie dzięki swojej determinacji możesz osiągnąć sukces, a pamiętaj, wszystko jest możliwe i nigdy nie daj sobie wmówić, że tak nie jest.
A teraz do rzeczy. Nasz biznes jest całkowicie legalny, nikt nikogo do niczego nie zmusza. W dowolnym momencie możesz z niego wyjść. Nie podpisujemy żadnej umowy, gdyż nie jest to konieczne.
Co musisz zrobić i ile to kosztuje? A co najważniejsze: ile możesz zarobić?
Wyślij ogłoszenie na 5 kolejnych dni w środowej gazecie, możesz skopiować nasze ogłoszenie – koszt 5000 złotych.
Po tym, jak ktoś Ci prześle 100 000 złotych, kup 25 kopert i 10 długopisów – koszt 5000 złotych.
Odeślij paczkę na adres swojego partnera biznesowego, dokładnie adresując kopertę i pisząc odręcznie list z instrukcją (możesz skopiować ten list) – koszt 1000 złotych.
Pamiętaj, że zaufanie jest najważniejsze. Musisz odesłać przesyłkę. Nie możesz nikogo oszukać.
Życzę Ci udanego biznesu.
Pozdrawiamy
Zespół Kopertex
Nie pamiętam, czy płakałem, czy przeklinałem, czy czułem się oszukany, a może zwyczajnie wstyd mi było się przyznać, że jestem taki naiwny. Oczywiście nie nadałem ogłoszenia. A jeszcze lata później o tej historii przypominały mi długopisy BiC, których sam nie używałem, ale były w każdym biurku i pudełku na korespondencję.
Ale nie tylko ja okazałem się naiwny. Mniej więcej w tym samym czasie mój Tata, który pracował w firmie, odpowiadając tam za handel zagraniczny, przyszedł pewnego dnia do domu wyraźnie podekscytowany. Długo rozmawiali z moją Mamą. W końcu postanowili podzielić się pewnym pomysłem ze mną i moją siostrą. Zawołali nas do dużego pokoju i oznajmili, że już nie będziemy wyjeżdżali na wakacje do babci, wujka czy cioci, a nawet nie będziemy spędzali całych wakacji w naszym domu w górach (co jak sobie wyobrażacie, było świetne za pierwszym razem, ale nie co weekend przez dziesięć lat…). Tata został zaproszony do elitarnego, podkreślam elitarnego (a wydawałoby się, że ten model biznesowy wymyślił Steve Jobs) klubu właścicieli nieruchomości na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich.
Jak to usłyszeliśmy, to nie było sensu słuchać dalej. Już widziałem siebie pływającego w ciepłym morzu, moja starsza siostra wybierała w myślach kolor kostiumu kąpielowego. Rodzice byli szczęśliwi. No bo po pierwsze, elitarny klub (oczywiście nazwa typu STARHOLIDAY-X) to już jest coś, a po drugie, nie trzeba wcale kupować nieruchomości, wystarczy zapisać się i wpłacać co miesiąc równowartość pięćdziesięciu dolarów (co było niebagatelną sumą), aby już po roku, na następne wakacje, wylosować, kiedy (w jakim okresie) ten współudział jest do naszej i tylko naszej dyspozycji. Tata opowiadał, iż znajomy mu powiedział, że inny znajomy już jest w tym klubie i że co rok są w innym miejscu. Superwarunki, no i inwestycja, bo te udziały się składają, nie przepadają, czyli że za jakieś dwadzieścia lat, poza tym, że mamy wakacje, to jeszcze będzie pełny wkład i jeden apartament będzie na zawsze nasz. Trochę wirtualny, ale będzie można wynajmować innym.
No tak – nie muszę wam mówić, jak się to skończyło. Po kilku miesiącach wpłat przyszła propozycja, że możemy pojechać do tego swojego apartamentu, ale że był to styczeń, to z kąpieli nici, a jeszcze trzeba zapłacić za samolot, zakwaterowanie i kilka innych usług. Więc dalej jeździliśmy do naszego domu w górach i do cioci, babci i wujka. Całe szczęście, że wchodziliśmy już w dorosłe życie i można było jeździć na obozy. Naiwność? Zapewne tak. Ale jak rodzice chcieli sobie dopiec, kłócąc się czasami, to był to żelazny argument wyciągany zawsze i przy każdej okazji.
W moim życiu dorosłym (kolejne trzydzieści lat), czyli do dziś, miałem wiele sytuacji, gdy okazałem się naiwny. Naiwny w biznesie, życiu prywatnym, w inwestycjach. Jest w tej naiwności coś romantycznego, bo po czasie człowiek wspomina te historie, lekko się uśmiechając. Ta naiwność młodzieńcza jest inna niż ta zawodowa. Więcej się ma do stracenia i inne są jej konsekwencje.
Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat pracowałem zawodowo w wielu miejscach na świecie. Pracowałem zarówno z największymi firmami, jak i z rządami państw czy firmami rodzinnymi. Uczyłem studentów i wychowywałem z żoną nasze dzieci. Obserwowałem trendy technologiczne i przyglądałem się, jak w tej materii łatwo wpada się w sidła naiwności. Współtworzyłem pion technologiczny w jednej z największych firm doradczych na świecie, zarządzając bezpośrednio i pośrednio tysiącami ludzi. Kształtowałem biznes i zbierałem cięgi za jego niepowodzenia.
Podobno ludzie dzielą się na naiwnych oraz tych, którzy się do tego nie przyznają. Chcę w tej książce pokazać, jakie są mechanizmy rządzące biznesem, polityką, technologią, ale również zjawiskami w codziennym życiu. Nie będzie to wywód naukowy, psychoanaliza czy podręcznik do manipulacji. Raczej wskazówka, w których sytuacjach warto zachować szczególną czujność i uwagę. Dla kogo ją piszę? Zarówno dla sceptyków, którzy dostrzegają, że w naszych czasach nie wszystko jest tym, czym się wydaje, i chcieliby skonfrontować swoje obserwacje, jak i dla idealistów chcących wierzyć w równość i sprawiedliwość, którym na zakrętach życiowych przyda się żółte lub czerwone światło. Mamy wiele podobnych doświadczeń, łączy nas wspólnota refleksji i prawdopodobnie chcemy tego samego: aby nasze decyzje przynosiły wyłącznie pozytywne skutki.
Chciałbym, aby dla jednych była źródłem refleksji, a czasem miejscem, gdzie odnajdą podobieństwa do własnych historii, innym zaś wskazywała na zachowania, które są naiwne. Czy dzięki niej będziecie mogli się ustrzec bycia naiwnym? Oczywiście, że nie, ale może przypomnicie sobie w odpowiednim momencie którąś z historii i to was uchroni przed stratą lub rozczarowaniem. Zapraszam więc w podróż przez świat baniek, dzięki której uda nam się w przyszłości uniknąć wielu rozczarowań i doświadczyć mnóstwa satysfakcji.
Prehistoryczni ludzie wierzyli w boga słońce. W wiekach średnich w uzdrowicielską moc relikwii. Dziś wierzymy w magiczną moc lewoskrętnej witaminy C. Natura człowieka się nie zmienia, zmieniają się jedynie sposoby manipulacji i perswazji oraz ich konsekwencje.
„Sto lat!” – najważniejsze życzenie, ale czy na pewno tylko sto lat?
Każdy z nas otrzymał już zapewne kilkadziesiąt razy życzenia urodzinowe. Nasi bliscy, przyjaciele, koledzy z pracy lub znajomi z Facebooka składają nam życzenia. W większości przypadków kurtuazyjne „sto lat”, ale zdarzają się bardziej wyrafinowane w formie i treści powinszowania. Ci, którzy nas nie znają, życzą ogólnie, jeśli ktoś zna szczegóły z naszego życia – bardziej specyficznie. Niemniej jednak owe życzenia obejmują podstawowe grupy marzeń, celów, które uznajemy za pozytywne. Nikt nie życzy nam negatywnych rzeczy (przynajmniej nie bezpośrednio i nie na urodziny). Nawet współczesne automaty wysyłające maile z życzeniami wskazują te same potrzeby: spełnienia marzeń i osiągnięcia sukcesu.
Cele życiowe. Być pięknym, zdrowym, bogatym. Odnaleźć swą miłość i osiągnąć sukces jak Bill Gates, Lady Gaga lub co najmniej jak wujek Tomek. Abyśmy zawsze byli otoczeni pozytywnymi osobami, przyjaciółmi i współpracownikami. Aby zdać maturę lub egzamin na prawo jazdy. Aby Paulinka dostała się na studia, a Janek znalazł dobrze płatną pracę. Abyście się kochali. Aby twoja operacja biodra przeszła pomyślnie. Aby wyjazd na wakacje był udany. Aby, aby, aby…
I zapewne jeszcze wiele innych życzeń słyszeliście w swoim życiu. Uznajemy je za cel. Pożądamy ich. Chcemy, aby właśnie tak było. Życzymy innym tego, czego sami pragniemy. Czasami słyszymy: „Nie życzę ci pieniędzy, bo już je masz, ale i tak ci życzę, abyś zarobił więcej. Najważniejsze jest zdrowie, bo każdy wie, że zawsze przychodzi taki moment, kiedy szwankuje. I aby u ciebie jak najpóźniej”.
I my tych życzeń wysłuchujemy i dziękujemy. Potwierdzamy tym samym, że właśnie tego pragniemy. Nieświadomie i niezobowiązująco. Z nadzieją, że właśnie tak się stanie. Z naiwnością, że się spełnią.
Ale muszę zgłosić w tym miejscu bardzo istotne zastrzeżenie. Wszystkie marzenia są jak najbardziej w porządku. Jeśli tego pragniesz i to jest twoim celem, wszystko jest na swoim miejscu. Ważne, aby nie dać się oszukać, zmanipulować, pragnąc to marzenie zrealizować. Aby samemu nie stworzyć bolącej bańki naiwności. Aby żyć marzeniami i być przez nie motywowanym, aby mieć cel, ale przy okazji nie zawieść się boleśnie. Aby nie dać się włożyć do wykreowanej bańki naiwności, balona, który wcześniej czy później pęknie z hukiem. Aby nauczyć się rozpoznawać „ściemę”, jak to mówi młodzież, świadomie zdecydować (to ważne), czy się w niej chce być, czy nie. I wreszcie – aby realnie oceniać sytuację i umieć zebrać się w sobie, jak już wyjdziemy z niej poturbowani.
Samych sukcesów. Zdrowia, szczęścia, pomyślności. Sukcesu na miarę Elona Muska. Aby otaczali Cię przyjaciele i lojalni współpracownicy. Zdania matury i dobrej pracy. Miłości, radości i wszelkiej pomyślności. Aby nikt Cię przez Internet nie oszukał i pieniędzy nie wyłudził. Sto lat.
Każdy z nas inaczej postrzega otaczający go świat. Różnimy się w odbiorze i interpretacji tych samych zjawisk. Mamy na nie inny pogląd, bo też informacje, jakie o nich posiadamy, nie są identyczne. Co więcej, nawet jeśli w odniesieniu do pewnych przedmiotów czy wydarzeń mamy podobną wiedzę jak inne osoby, np. na płaszczyźnie faktów naukowych, to wobec kolejnych osób nasze oceny mogą się diametralnie różnić, na co wpływ ma posiadana przez nie kompletność wiedzy w połączeniu z doświadczeniem. Dzieje się tak dlatego, że nasze zasoby informacyjne gromadzone są w procesie wychowania, kształcenia, socjalizacji czy też zaspokajania zainteresowań. Toteż jeśli na jednym polu udało nam się zdobyć ekspercką wiedzę, to wcale nie oznacza, że na innym będziemy równie dobrze poinformowani.
Aby zobrazować to przykładem: możemy posiadać wiedzę o fizyce zdobytą na wyższej uczelni, lecz nasza teoretyczna wiedza z zakresu mechaniki może być bezużyteczna w konfrontacji z dobrym mechanikiem samochodowym. Możemy posiadać tytuł profesora biochemii, kardiologii czy farmacji, natomiast nie potrafimy kupić waluty w kantorze online czy spekulować na giełdzie. Pewien ogólny poziom wiedzy i doświadczenia posiada prawie każdy z nas, lecz na polu bardziej szczegółowych operacji często jesteśmy laikami. Musimy być świadomi, że wiedza, nawet ta ogólna, często ulega przeterminowaniu. Dotyczyć to może nauk matematycznych i przyrodniczych, ale również wiedzy historycznej czy zagadnień socjologicznych i psychologicznych. Leczenie lobotomią schorzeń psychiatrycznych było popularne jeszcze w latach trzydziestych minionego stulecia. Preparaty z rtęci były używane do lat sześćdziesiątych XX wieku, nie mówiąc już o leczeniu amfetaminą czy LSD. Postęp w nauce wymaga stałego dokształcania. Niestety nawet specjaliści nie nadążają za szybkimi zmianami.
Dla zagadnienia naiwności istotne jest jednak pewne bardzo specyficzne zjawisko zwane w ekonomii asymetrią informacji. Ma ono kolosalne znaczenie dla sposobu, w jaki rozwija się nasz świat. Zwłaszcza obecnie, w dobie cyfrowej. Zanim opowiem o nim w szczegółach, przytoczę pewną anegdotę.
Jakiś czas temu byłem z żoną w Kolumbii. Piękny kraj. Ale zapewne słyszeliście, że jest on niebezpiecznym miejscem na wyprawy turystyczne, szczególnie w rejonach granicy z Wenezuelą. Jak to zwykle bywa, najlepsze rzeczy do obejrzenia są właśnie w takich miejscach. Postanowiliśmy wypożyczyć samochód i wyjechać na kilkudniową wyprawę w tamte właśnie rejony. Mamy dobrą polisę na życie i zdrowie, ale wypożyczając auto, wykupiliśmy cały pakiet ochronny, aby czuć się w pełni bezpiecznie. Nie było wiele możliwości wyboru, więc wzięliśmy „najdroższy”, zakładając, że taki właśnie zabezpieczy nas kompletnie. Łamanym hiszpańskim upewniliśmy się w wypożyczalni, że na pewno ubezpieczone jest wszystko. Pani pokazała formularz, na którym czarno na białym było napisane ALL RISK, poza tablicami rejestracyjnymi i oponami wyraźnie dopisanymi w nawiasie jako wykluczenie. Na pytanie, czy możemy dopłacić, aby było „wszystko – wszystko”, pani poinformowała nas, że niestety tych dwóch elementów nie ubezpieczają. Mieliśmy nawet ubezpieczenie od gradu spadającego na samochód podczas burzy czy „wylania akumulatora”. Ale opony i tablice rejestracyjne nie. Skazani na taką umowę, ale i przekonani, że są to abstrakcyjne wyłączenia – potwierdzało to nasze bogate doświadczenie turystów – podpisaliśmy umowę i ruszyliśmy w drogę. Nie opiszę tu piękna krajobrazów i naszego zachwytu jakże wspaniałą kolumbijską przyrodą. Wspomnę za to wielkie zdziwienie, gdy obserwowaliśmy, jak miejscowi „górale” odkręcają na parkingu w dżungli tablice rejestracyjne ze swoich samochodów. Po zasięgnięciu języka okazało się, że przemytnicy z Wenezueli po prostu kradną je. Odczepiliśmy więc nasze i zabraliśmy do pokoju. Na myśl mi przyszło odkręcanie kół i zdeponowanie ich w hotelu, ale nikt tego nie robił.
Gdy wracaliśmy z wyprawy do Cartageny, dwukrotnie na trasie pięciuset kilometrów spotkała nas nieprzyjemna sytuacja: barykada i grupa miejscowych zbirów żądających podatku za przejazd. Pierwszą przeszkodę przejechaliśmy w wielkim strachu, opłacając „myto”, natomiast za drugim razem (całe szczęście blisko naszego celu podróży) postanowiliśmy nie otwierać okien i nie płacić. Oburzeni oprawcy w rewanżu przebili nam przednią i tylną oponę przygotowanym w tym celu ostro zakończonym łomem. Z tak uszkodzonym pojazdem nie mogliśmy daleko pojechać. Ale ku naszej radości na drodze jak grzyby po deszczu wyrastały zakłady wulkanizacyjne, na które nie zwracaliśmy uprzednio uwagi. Nie jeden czy dwa – było ich dużo więcej. Zachęcając do skorzystania z usługi, młodzi chłopcy pokazywali już z odległości kilkuset metrów, że mamy „flaka”. Starszy pan, właściciel zakładu, w którym się zatrzymaliśmy, bez pytania wymienił dwie opony na opony z drugiej lub trzeciej ręki. Zaoferował też utylizację naszych za dodatkową opłatą. Jak się domyślacie, koszt był spory. Ale jakie było nasze zdziwienie, gdy po przybyciu do wypożyczalni samochodów ponownie obciążono nas za opony, bo te, które zamieniliśmy, nie były nowe i od innego producenta. Pani, która informowała nas o braku szczęścia, w przedstawionej nam gotowej polisie miała zakreślony żółtym markerem paragraf wskazujący konkrety, których polisa nie obejmowała… Po początkowej irytacji śmieliśmy się tego wieczoru ze swojej naiwności, sącząc rum w lokalnej knajpie.
Zapytacie: no a gdzie tu jest asymetria informacji? Właśnie w fakcie braku ubezpieczania zdarzeń, których prawdopodobieństwo jest bardzo wysokie lub wręcz pewne. Zakład ubezpieczeń nie może więc ubezpieczyć tego ryzyka, bo byłby na starcie stratny, podsuwa za to zdarzenia zgoła nieprawdopodobne, których lista, mimo że imponująco długa, jest prawie bez znaczenia. Ubezpieczyli nas od zdarzeń mało prawdopodobnych, które nam wydawały się jednak dość rzeczywiste i dlatego kupiliśmy polisę. Asymetria informacji pomiędzy klientem a zakładem ubezpieczeniowym jest sednem tego biznesu. Klient wie mniej, ale ma przekonanie, że warto, zakład ubezpieczeń wie więcej i wchodzi w ryzyko dobrze skalkulowane.
Pomimo że koncepcja ubezpieczeń jest już znana od starożytności, gdzie kilku kupców wspólnie zrzeszało się, aby pokryć ryzyko utraty czy zepsucia towarów, to dopiero Joseph E. Stiglitz, laureat Nagrody Nobla z 2001 roku, wskazał, że firma ubezpieczeniowa komponując ryzyko od odpowiednio dużej grupy klientów danego portfela i ustawiając odpowiedni model ekonomiczny (wielkość składki, suma ubezpieczenia), ma nad nami – klientami – przewagę. Ta właśnie przewaga wynika z asymetrii informacji. Z asymetrii budowanej na danych historycznych i przetwarzanych narzędziami statystycznymi, nie zaś jedynie na doświadczeniu i intuicji, jakie posiada klient.
Zatem asymetria informacji to sytuacja, w której pewne osoby lub podmioty mają więcej wiadomości o wydarzeniach czy zdarzeniach niż inne. Jest to zjawisko zupełnie naturalne i powszechne zarówno w sensie społecznym, jak i rynkowym. Pojęcie asymetrii informacji, mimo że istnieje od zawsze, jak mówiłem wcześniej, zdefiniowane zostało w artykule George’a Arthura Akerlofa The Market for ‘Lemons’: Quality Uncertainty and the Market Mechanism z 1970 roku8. Autor opisał w nim przykład rynku używanych samochodów. Zauważył, że gdy jedna ze stron transakcji posiada nieproporcjonalnie więcej informacji od drugiej, ta druga, wyposażona w mniejsze zasoby wiedzy, będzie podchodzić do transakcji nieufnie lub będzie na niej tracić. W końcu ten, kto wie więcej, może wprowadzać drugą stronę w błąd, by lepiej na tym wyjść. Rynek mogą wówczas zdominować produkty niskiej jakości – „cytryny” – i wypchnąć z niego towary wysokiej jakości – „wisienki”.
Akerlof pokazuje, że w takim środowisku, gdzie kupujący nie mogą odróżnić dobrych produktów od złych, są skłonni płacić jedynie średnią lub niską cenę za podobne towary lub usługi, co eliminuje z rynku na dłuższą metę sprzedawców wysokiej jakości produktów. To zjawisko nazywane jest selekcją negatywną (adverse selection) i może doprowadzić do załamania się rynku lub wykształcenia sił manipulacji. Obserwujemy to w przypadku, kiedy w ogłoszeniach oferujących sprzedaż używanych samochodów figurują w większości samochody naprawiane, bo te klienci kupują ze względu na cenę, wierząc, że są w pełni wartościowe. Dobre, ale droższe się po prostu nie sprzedają. Mechanizm ten doprowadza w konsekwencji do obecności na rynku jedynie „remontowanych” okazji. Podobne zjawisko występuje w przypadku importowanych egzotycznych owoców. Ananas, mango czy arbuz kupowane za „akceptowalną cenę” w krajowym supermarkecie, który dostosowuje się do rynku i sprowadza akceptowalną jakość towaru, wykorzystując asymetrię informacji – w tym przypadku niewiedzę o tym, jak powinny one smakować. A smakują o wiele gorzej niż w kraju ich pochodzenia, gdzie cena jest przystępna i jakość dużo lepsza. Gdy jedziemy na wakacje, jesteśmy zachwyceni wspaniałym smakiem owoców, który de facto jest tym rzeczywistym, ale niedostępnym na naszym rynku za sprawą wykreowanej negatywnej selekcji.
Pomimo że klasyczna asymetria informacji ma negatywny wpływ na kształtowanie społeczeństw poprzez dysproporcję w dostępie do niej, co staje się źródłem niewiedzy, nieporozumień i konfliktów, nabiera ona ogromnego znaczenia, szczególnie dziś, w dobie rozpędzającej się czwartej rewolucji przemysłowej. Jej główną zaletą w świecie cyfrowym jest pełnienie funkcji swoistej broni w rynkowej bitwie słabszych finansowo, ale bardzo kreatywnych innowatorów, przeciwko potężnym korporacjom o dominującej pozycji. Siłą mniejszych graczy na tym polu jest wykorzystanie refleksu, zwinności i rzecz jasna nowych technologii, w szczególności komunikacji. Przykładem niech będą wielcy importerzy sprzętu elektronicznego w konfrontacji z małymi graczami oferującymi te same artykuły w sklepach internetowych. Dokładnie ten sam towar można kupić taniej lub otrzymać dodatkowe akcesoria w cenie. Mali gracze, dostarczając informacje o niższej cenie nabycia, stają się konkurencyjni w stosunku do wielkich i bogatych sieci handlowych. Jak każda broń, ta również może być używana jako narzędzie zdobycia przewagi w sposób etyczny bądź daleki od tego. Ważne jest, aby mieć pełną świadomość, że jej użycie w złych intencjach może wyrządzić potężną krzywdę albo narazić na straty. Po zdobyciu zaufania klientów i zmianie nawyków zakupowych na portalach zakupów online z czasem pojawiają się próby manipulacji lub wręcz oszustw. Sprawa może być nieistotna, gdy mowa o kupieniu kosmetyków, odzieży czy galanterii skórzanej; gorzej, gdy dotyczy suplementów diety czy artykułów medycznych. Niestety w chwili obecnej coraz częściej mamy do czynienia z takimi właśnie przypadkami, o czym będę mówił więcej w dalszej części książki.
W czwartej rewolucji przemysłowej asymetria informacji ma postać tymczasową, chwilową. Dlatego nazywamy ją asymetrią dynamiczną. Umożliwia za sprawą danych i systemów komputerowych skorzystanie z przewagi informacyjnej i generowanie naprawdę dużych przychodów. Równocześnie w krótkim czasie przestaje być przewagą, ponieważ ci, którzy początkowo nie mieli wystarczającej wiedzy (zazwyczaj klienci), sprawnie ją uzupełniają, korzystając z tych samych środków i narzędzi. Co ciekawe, dzięki nowym technologiom, a w szczególności IoT (Internet of Things), AI (Artificial Intelligence) czy sieciom społecznościowym, rynek likwiduje negatywną asymetrię informacji, dając użytkownikom dokładnie taką samą ilość wiadomości, jaką dysponują producent czy podmiot świadczący usługę.
Zapewne korzystasz z ocen (gwiazdek), jakie wystawiają kupujący na portalach sprzedażowych, lub opinii wystawianych dla hoteli czy restauracji. W taki sposób w cyfrowym świecie przyjęło się wyrównywać asymetrie pomiędzy sprzedającym i kupującym. W tym przypadku używamy rozproszonej (obiektywnej statystycznie) strony trzeciej wystawiającej rekomendację, czyli byłych klientów. Ładnie wyglądający na zdjęciach hotel mający setki negatywnych komentarzy i niską średnią ocen będzie wybierany zapewne rzadziej niż ten z dobrymi rekomendacjami. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego ludzie i tak wybierają nisko oceniane hotele. Co się takiego dzieje, że pomimo setek negatywnych komentarzy są one dalej odwiedzane? Czy przestrogi innych użytkowników nie odstraszyły kolejnych klientów? Zapewne naiwnie sądzili, że jednak w ich przypadku coś się poprawi – brzmi znajomo?
Wracając jeszcze na chwilę do rynku samochodów, jako przykład przełomowej walki z asymetrią informacji można przywołać firmę Tesla, która gromadzi wszystkie dane o użytkowaniu konkretnego egzemplarza samochodu. W procesie sprzedaży takiego pojazdu niweluje to asymetrię pomiędzy sprzedającym i kupującym. Sprzedający i nabywcy wiedzą to samo o pojeździe, więc asymetria opisana przez Akerlofa nie istnieje albo jest prawie całkowicie wyeliminowana za sprawą ufności w platformę. Model ten szeroko został zaadaptowany w krajowych ewidencjach pojazdów. Dziś możesz sprawdzić historie wypadków czy przeglądów technicznych niemal wszystkich pojazdów na świecie.
Ciekawostką jest, że dynamiczna asymetria znajduje też odzwierciedlenie w pracach Alberta Einsteina na długo przed erą nowoczesnych technologii komputerowych. Einstein i jego współpracownicy próbowali wyjaśnić, jak zachowuje się wszechświat – zarówno ten nieskończonych rozmiarów, jak i mikroświat. Nazwa teorii ujawnia pytanie czy też może cechę wartą uwagi. To koncepcja względności. W latach trzydziestych minionego wieku, równocześnie z trwającymi pracami nad tym zagadnieniem, pojawili się myśliciele starający się wykazać paradoksy tej koncepcji. Najbardziej znany jest paradoks kota Schrödingera, który jednocześnie jest żywy i martwy albo – posługując się naukowym stwierdzeniem – znajduje się w superpozycji, czyli w każdym z możliwych stanów równocześnie. Nie przekonamy się o wyniku dopóty, dopóki nie dokonamy obserwacji. Bo wszystko jest względne i zależy od obserwatora.
Aby jeszcze bardziej przybliżyć zjawisko asymetrii informacji, zachęcam do spędzenia kilku godzin na targu w jakimś arabskim kraju. Sprzedawcy dokładnie wiedzą, jaka jest minimalna cena, za którą chcą sprzedać nam figurkę, buty lub torebkę. Często przy dużej ilości towaru naklejają kolorowe znaczki lub zapisują kwotę w sobie znanym kodzie. Turyści wyposażeni w rady pozyskane od znajomych wiedzą, że oferta będzie znacząco przesadzona cenowo (zasada działania podobna do ocen i rekomendacji na portalach z hotelami). Jeśli dojdzie do tego wiedza o strategiach i zasadach negocjacji – „musisz zbić cenę o co najmniej pięćdziesiąt procent”, jak mówili wujek Marian i ciocia Halina będący weteranami wypraw w te rejony – stajemy się naiwnym Czerwonym Kapturkiem i równocześnie ofiarą wilka sprzedawcy. Otrzymując towar z większym niż pięćdziesięcioprocentowy upustem, uważamy, że zrobiliśmy dobry interes. W rzeczywistości sprzedawca, pomimo lamentów i płaczu, nigdy nie zechce nam sprzedać towaru, jeżeli nie będzie to dla niego opłacalne. I tak było od zawsze. Obie strony transakcji muszą mieć poczucie wygranej. Sprzedawca je ma, bo wynika to z kalkulacji danych, kupujący otrzymuje je w związku z osiągnięciem satysfakcjonującego poziomu zadowolenia. W biznesie nazywa się to strategią „wygrana–wygrana” (win-win). Kupujący utrzymuje ten stan do momentu weryfikacji, za ile podobny towar kupił ktoś znajomy lub czy jest on dostępny na rodzimym rynku. Jeżeli za więcej, to poziom zadowolenia wzrasta, za mniej – gwałtownie spada.
W świecie realnym wilki często wykorzystują inne wilki (oczywiście nie mam zamiaru nikogo urazić), znajdując w ich osobowości słabość do szybkiego zysku lub robienia kariery. Wówczas już tak bardzo nie żałujemy ofiar. Często nawet jesteśmy zadowoleni z ich losu, szydząc z nich z radosnym sloganem na ustach „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Świetnym tego przykładem jest historia inwestora giełdowego i twórcy największej piramidy finansowej w historii świata, Bernarda L. Madoffa. Madoff przyciągał inwestorów obietnicą stabilnych i atrakcyjnych zysków, wykorzystując do tego swoją reputację i pozycję w świecie finansów. Ofiarą padły nie tylko indywidualne osoby, ale również fundacje charytatywne, banki, fundusze emerytalne i inne instytucje. Inwestorzy byli przekonani, że ich pieniądze są lokowane w skomplikowane strategie inwestycyjne, podczas gdy w rzeczywistości nowe środki były używane do wypłacania rzekomych zysków wcześniejszym inwestorom.
Przez lata Madoff utrzymywał iluzję rentowności, aż wreszcie kryzys finansowy w 2008 roku spowodował, że zbyt wielu inwestorów zażądało jednocześnie wypłaty swoich środków, co doprowadziło do upadku całej piramidy. Jak wiele podobnych przykładów znamy z naszego codziennego życia… Chciwość i brak wiedzy (informacji), jak również zaufanie do autorytetu lub instytucji popychają nas, aby wejść do bańki naiwności.
Państwo, wiedząc o tej zasadzie oraz ryzyku, na jakie narażony jest obywatel, stara się stworzyć systemowe mechanizmy ochrony przed asymetrią informacji, a w konsekwencji chronić obywatela przed jego naiwnością w relacjach z profesjonalnymi podmiotami, jak banki czy firmy ubezpieczeniowe. Te organy kontroli i regulacji rynku, bo tak się je nazywa, mają za zadanie przeglądać produkty i sposób działania instytucji. Niestety ich skuteczność pozostawia wiele do życzenia. Co więcej, daje pozorne poczucie bezpieczeństwa (o tym dalej w opisie zjawiska STO). No bo skoro firma ma licencję na prowadzenie działalności, to musi działać fair. Niestety nie musi. I w tym problem.
Wróćmy do
