Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Paryż, rok 1942. Trwa niemiecka okupacja. Adele Basset uczy dzieci tańca, starając się podarować im odrobinę nadziei w ponurych wojennych czasach. Gdy naziści domagają się listy żydowskich uczniów, Adele już wie, jaki czeka ich los. I tylko ona może ich ocalić. W cieniu śmiertelnego zagrożenia ukrywa dzieci na strychu szkoły, lecz utrzymanie tajemnicy staje się coraz trudniejsze. Jeśli mają przeżyć wojnę, muszą opuścić Paryż.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Moim dzieciom: Liamowi, Hayley, Ross i Esther
oraz wnukom: Albiemu i Elsie
Prolog
Fleur
West Sussex, październik 2015 r.
Fleur usiadła na fotelu babci, położyła sobie na kolanach satynową baletkę i oparła ręce na podłokietnikach. Zamknąwszy oczy, przesunęła delikatnie kciukami po wypłowiałej tapicerce. Zawsze gdy myślała o swojej babci Lydii, oczyma wyobraźni widziała ją na tymże fotelu: siedzącą w wykuszu, wyglądającą na zieleń za oknem, wsłuchującą się w szum fal na brzegu morza tuż za rzędem domów, których mieszkańcy cieszyli się najlepszym, bo niczym niezmąconym widokiem wybrzeża.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech i wyczuła cień aromatu ulubionych perfum Lydii – tych samych, które wielokrotnie kupowała jej na urodziny. Rive Gauche od Yves Saint Laurent. Odkąd Fleur sięgała pamięcią, babcia była wierna tej perfumowej klasyce lat siedemdziesiątych. Dopiero w ostatnich miesiącach dziewczyna zrozumiała znaczenie tego zapachu, którego nazwa odnosiła się do południowego brzegu Sekwany. Rive Gauche, Lewy Brzeg. Do niedawna Fleur nie wiedziała zbyt wiele o przeszłości swojej babci – a już na pewno nie miała pojęcia o tym, co działo się w czasie wojny, gdy Lydia jako dziesięciolatka mieszkała w Paryżu pod okupacją niemiecką i chodziła do szkoły usytuowanej naprzeciwko obecnego Musée d’Orsay w lewobrzeżnej części miasta.
Fleur wypuściła powietrze z płuc i otworzyła oczy. Jej wzrok zatrzymał się na miniaturowej akwareli, która wyszła spod pędzla Pierre’a Valois. Obraz, przedstawiający baletnicę przy drążku, wisiał we wnęce salonu, nad kominkiem. Kolejny tajemny łącznik z przeszłością Lydii, przez tyle lat pozostający na widoku.
Wzrok dziewczyny przeniósł się na baletkę i serce jej się ścisnęło tak samo, jak ściskało się od momentu, w którym poznała historię bucika. Materiał był wytarty od niezliczonych godzin tańca i nadgryziony zębem czasu. Wstążka postrzępiła się na brzegach, ale poza tym wydawała się niezniszczona. Ten bucik przeżył wiele na parkiecie paryskiego studia tańca: piruety, obroty, podskoki. Unoszenie się i opadanie. Ten bucik niósł w sobie wieloletnią miłość i nadzieję. Stanowił kolejny łącznik między przeszłością a teraźniejszością: z Lydią i dla Lydii. Łącznik, który Fleur zamierzała zawsze hołubić. Który doprowadzał ją do łez, ale i wywoływał uśmiech na jej twarzy. Dzięki któremu czuła dumę.
A teraz, gdy poznała całą prawdę, jego widok za każdym razem na nowo łamał jej serce.
Rozdział 1
Adele
Paryż, maj 1942 r.
Adele Basset podniosła głowę znad pianina i wydała dzieciom polecenie, by wykonały konkretną sekwencję kroków. Tego dnia prowadziła balet, i chociaż jej uczniom w wieku od pięciu do dziesięciu lat raczej nie była pisana kariera taneczna, to jednak niczym nieskrępowany entuzjazm młodych adeptów tańca wynagradzał ich brak umiejętności i naturalnego wdzięku.
Słońce świeciło przez cały rząd wielkich okien zajmujących jedną ścianę studia tanecznego, a promienie, odbijając się od wielkich luster, oświetlały dzieci niczym reflektory. Przydałoby się zrobić mały remont. W rogu odchodziła farba, dwie drewniane deski podłogowe, wielokrotnie łatane, zdecydowanie wymagały wymiany. Jednak pod okupacją niemiecką trudno było o farby i drewno.
– Et demi-plié, kolana ponad palcami… Do góry… Et deuxiéme. Port de bras, i skręcamy w ślad za ręką. – Adele starała się przekrzyczeć dźwięk pianina. – Wspaniale! Danielu, parfait1!
Prawdę powiedziawszy, występ daleki był od doskonałości, ale Adele zawsze stała na stanowisku, że popołudniowe lekcje tańca nie miały na celu osiągnięcia perfekcji w tańcu, lecz w radości.
Czegóż więcej można było wymagać od dzieci w czasie wojny targającej Europą? Te sześćdziesiąt minut po lekcjach było codzienną ucieczką zarówno dla nich, jak i dla niej, po długich godzinach stania przy tablicy. Na tej sali, dzięki tańcowi, ci chłopcy i te dziewczynki mogli stać się, kim tylko zechcieli i znaleźć, gdzie tylko mieli ochotę. Bez dwóch zdań zasłużyli sobie na drobne przyjemności i chwilę oddechu, jakie dawała im ta godzinka. Przecież widzieli okropieństwa, jakich żadne dziecko nie powinno oglądać.
Adele wstała od pianina, gestem poleciła dzieciom kontynuowanie kroków, tak samo jak wcześniej matka uczyła ją i jej siostrę Lucille. Mama, Marianne, była przepiękną i szalenie utalentowaną tancerką, pracującą w Ballet de l’Opéra national de Paris – paryskiej operze. Karierę przerwał jej wypadek automobilowy i późniejsza choroba. Myśl o matce, jak zawsze, wywołała w niej falę głębokiego smutku. Minęło już prawie dwanaście lat od śmierci Marianne, co stanowiło kamień milowy – od tego momentu matka była nieobecna w życiu Adele dłużej, niż dane jej było w nim istnieć. Jednak prowadzenie lekcji, przekazywanie młodym pokoleniom ducha tańca i miłości do tańczenia w jakiś sposób przybliżały ją do zmarłej. Wyczuwała wtedy jej obecność u swojego boku.
Adele uśmiechnęła się do dzieci.
– Bravo! Allez, tendu2. Nie zapominajcie o rękach. Nie mogą dotykać ciała. Duże koło. Właśnie tak, Margot. Très bien3.
Stojąc plecami do uczniów, Adele dołączyła do grupy, demonstrując kroki mniej pewnym siebie dzieciom. Jej uczniowie nie wykazywali się jakąś szczególną koordynacją ruchów, mieli problem z prawidłowym ułożeniem stóp, ale energia panująca na sali stanowiła prawdziwą inspirację. Dziewczyna nie miała pojęcia, skąd dzieci ją biorą, i trochę żałowała, że nie może jej uszczknąć. Tego dnia czuła się wyczerpana, zmęczona nieustannym napięciem, strachem, że narazi się Niemcom. Tak łatwo było ich wyprowadzić z równowagi, tak szybko przychodził odwet. Kątem oka dostrzegła swoje odbicie w lustrze i poczuła szok na widok znużenia malującego się na twarzy i ciemnych kręgów pod zielonymi oczami. Jej zwykle połyskujące czarne włosy straciły cały swój blask, ciasno upięte w kok. Zauważyła wyraźnie zarysowane obojczyki. Zmniejszające się racje żywnościowe nie sprzyjały urodzie.
Drzwi do sali się otworzyły, ukazała się w nich głowa Gérarda Basseta – jej ojca, a jednocześnie dyrektora szkoły. Mężczyzna poprawił palcem okulary, omiótł spojrzeniem pomieszczenie i uśmiechnął się do córki z uznaniem.
– Wychodzę – powiedział bezgłośnie, żeby nie przeszkadzać w zajęciach. Adele odwzajemniła uśmiech i skinęła głową, gdy jej ojciec oklaskami nagrodził uczniów, po czym pomachał im na pożegnanie i zniknął za drzwiami.
Czterdzieści pięć minut później Adele zakończyła lekcję.
– Bravo, mes enfants! Bravo!4 – Ukłoniła się nieznacznie, uczniowie zrobili to samo – był to sygnał, że zajęcia dobiegły końca.
Podekscytowane dzieci otoczyły ją wianuszkiem. Podniosła klapę pianina i wyjęła niewielki płócienny woreczek, po czym przyłożyła palec do ust, by uciszyć gromadkę.
Dziesięć par oczu wpatrywało się w nią z przejęciem, gdy włożyła rękę do woreczka i wydobyła z niego sznur plasterków jabłka oprószonych cynamonem. Rozwiązała sznurek i rozdała przysmaki dzieciom. Pochłonęły je w mgnieniu oka, co do okruszka, i skrzętnie oblizały palce. Ostatnio ciągle były głodne, Adele poczuwała się do tego, by poświęcić część swoich racji i pomóc im poskromić ten okropny głód.
– A teraz szybciutko zmieńcie buty – poleciła swoim uczniom, gdy skończyli jeść. – Wasze mamy już na pewno czekają na dole. – W tym samym momencie zauważyła, że jedna z dziewczynek rozwiązuje wstążkę, wpatrując się z przygnębieniem w swoją baletkę. – Co się stało, Juliette? – Ukucnęła obok ośmiolatki.
– Mój bucik ma dziurawy czubek.
Adele przyjrzała się baletce.
– Hmmm, rzeczywiście. Twój palec zrobił dziurę. Będziesz musiała powiedzieć mamie.
– Mama nie wie. Nie stać jej na nowe buty.
Adele pogłaskała dziewczynkę po głowie i przesunęła dłoń po jej włosach zaplecionych w warkoczyki.
– Nie martw się, ma petite puce5. Naprawię je dzisiaj wieczorem. – Położyła baletki na pianinie, żeby o nich nie zapomnieć. Mama Juliette miała pod opieką jeszcze troje dzieci, a ponieważ jej mąż przebywał w obozie pracy w Niemczech, nie miał kto jej pomagać, więc renowacja bucika do tańca z pewnością nie znajdowała się na liście priorytetów kobiety.
Adele zebrała baletki od tych dzieci, które nie posiadały własnych. Ona i jej młodsza siostra, Lucille, tańczyły wcześniej, niż zaczęły chodzić, a przynajmniej tak twierdzili ich rodzice. Przez lata zgromadziły pokaźną kolekcję butów, które teraz zyskały drugie życie i umożliwiały biedniejszym dzieciom udział w zajęciach.
Gdy pomagała uczniom się przebrać, wzięła do ręki but pięcioletniego Daniela. Podeszwa na pięcie była cienka jak pergamin. Tak samo wyglądał drugi trzewik.
– Chwileczkę – powiedziała. Wyszła z sali, po chwili wróciła z dwoma kawałkami sztywnego kartonu, które niegdyś były okładką książki do ćwiczeń, a teraz zostały wycięte na kształt wkładek do butów.
– Proszę. Dzięki temu dojdziesz do domu – oznajmiła, po czym podeszła do szafki i wyjęła kosz pełen butów jazzowych. Zaczęła grzebać w środku, aż wreszcie znalazła to, czego szukała. Podała chłopcu parę butów w odpowiednim rozmiarze. – To dla ciebie. – Wsunęła po jednym bucie do kieszeni płaszczyka chłopca. – Należały do mnie, kiedy byłam w twoim wieku. Powiedz mamie, że to prezent.
Gdy wszystkie sznurówki zostały zawiązane, a klamry zapięte, dzieci stanęły w rządku przy drążku. Adele już miała wyprowadzić je z sali, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wmaszerowało dwóch niemieckich żołnierzy. Za nimi pojawił się oficer oraz francuski policjant.
– Mademoiselle Basset? – zapytał niemiecki oficer. Zdjął czapkę, upchnął ją sobie pod pachą i zerknął na trzymaną w ręku kartkę.
– Oui6 – odparła, próbując nie gapić się na bliznę, która biegła od dolnej wargi Niemca i zakręcała pod jego brodą. Stanęła tak, by zasłonić ciałem dzieci, i zerknęła na francuskiego policjanta. Ewidentnie się pocił, miała nadzieję, że ze wstydu. Gdy odwrócił wzrok pod naporem jej spojrzenia, poczuła cień satysfakcji na widok jego zmieszania. „Zdrajca”, przeszło jej przez myśl.
Oficer podniósł głowę znad dokumentów i przez chwilę milczał.
– Proszę się nie obawiać. Przyszedłem tylko zebrać pewne informacje.
Adele skinęła głową, wcale nieprzekonana, że nie ma powodu do obaw. Nagle poczuła, jak mała dziecięca rączka wsuwa się w jej dłoń, a małe ciałko przywiera jej do nogi. Daniel. Ścisnęła palce dziecka, żeby dodać mu otuchy, i spojrzała na Niemca.
– W czym mogę pomóc? – zapytała.
– Potrzebna mi lista wszystkich żydowskich dzieci w pani klasie. Nazwisko. Wiek. Adres. – Spojrzał poza Adele, na rządek przestraszonych twarzy, po czym wyrwał kartkę i podał ją dziewczynie. – Proszę to wypełnić, wrócę tu za dwadzieścia cztery godziny. Żadne nazwisko nie może zostać pominięte, zostałoby to potraktowane jako dywersja, czego nie będziemy tolerować. Czy to zrozumiałe? – Machnął kartką.
– Oui. – Adele skinęła głową i zabrała dokument. Żołądek i serce miała ściśnięte z przerażenia. Zaledwie poprzedniego dnia Manu ze znajdującego się po sąsiedzku muzeum przekazał jej pogłoski o łapankach ludności pochodzenia żydowskiego. Chyba nie miał na myśli dzieci?
– Bardzo dobrze. – Mężczyzna ponownie spojrzał na dzieci, jak gdyby próbował zapamiętać ich twarze, po czym ukłonił się nieznacznie w stronę Adele i wymaszerował z sali.
Dziewczyna poczuła, jak uginają się pod nią kolana. Chwyciła się drążka, by utrzymać równowagę, a następnie wzięła głęboki wdech i zmusiła się do uśmiechu.
– Bardzo grzecznie staliście – pochwaliła dzieci. – Poczekajcie tu jeszcze chwileczkę.
Wystawiła głowę na korytarz, by upewnić się, czy nieproszeni goście opuścili budynek szkoły. Z oddali, na schodach prowadzących w dół, dobiegał cichnący odgłos ich kroków. Podeszła do okna i obserwowała, jak niemiecki oficer, dwaj żołnierze i francuski policjant wychodzą głównym wejściem na ulicę. Czekał już na nich czarny samochód – gdy tylko wsiedli, odjechał z dużą prędkością.
Odetchnęła z ulgą, ale i tak miała poczucie profanacji. Myśl, że niemieccy żołnierze i francuski policjant weszli do szkoły, napawała ją odrazą. Zupełnie jakby sama ich obecność zanieczyszczała i bezcześciła powietrze w budynku, osiadając na meblach i sprzęcie, wciskając się w szpary w podłodze i suficie, rozprzestrzeniając się jak zarazki. Postanowiła o tym nie myśleć.
Dzieci zaczynały się robić niespokojne. Stanęła przed nimi, jeśli nie przyjmując pogodną minę, to przynajmniej robiąc wrażenie opanowanej, jakby nie było powodu do zmartwienia.
– Czy wszyscy są już gotowi do wyjścia? Rodzice na was czekają. – Zagoniła swoje stadko z sali do holu, gdzie matki powitały dzieci z wyraźną ulgą – oprócz dwóch, które wydawały się o coś sprzeczać.
– Przychodzenie tu robi się coraz bardziej niebezpieczne – powiedziała matka Juliette, po czym rzuciła spojrzenie z ukosa na mamę Daniela, pani Charon.
Ta natychmiast podniosła głowę.
– Co to ma niby znaczyć?
– Żydzi. To wy utrudniacie sprawę. Jeśli przestaniecie się tu pojawiać, Niemcy dadzą nam spokój.
– Drogie panie, proszę się opanować – przerwała im Adele. – Powinniśmy się wspierać, a nie kłócić ze sobą.
– Ja tylko stwierdzam fakt. – Matka Juliette nie dawała za wygraną.
– Bardzo proszę wszystkich o rozejście się do domów. – Adele przyjęła przyjazny, ale kategoryczny ton, starając się naśladować swojego ojca, któremu udawało się budzić szacunek bez doprowadzania do konfrontacji.
Odniosła zamierzony skutek i chwilę później – ku jej uldze – hol opustoszał. Spojrzała na trzymany w ręku formularz, który miała wypełnić listą nazwisk. Ogarnęło ją nieprzemożone pragnienie, by podrzeć kartkę na strzępy, więc – by uniknąć pokusy – rzuciła ją na biurko w recepcji. Pani Allard, szkolna sekretarka, z pewnością znajdzie ją rano i zrobi to, na co Adele nie mogła się zdobyć. Na dźwięk otwierających się nagle drzwi wejściowych aż podskoczyła. Do szkoły wszedł Manu.
– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – powiedział, zamykając drzwi i muskając przelotnie jej rękę.
– Manu. – Uśmiechnęła się. Na widok przyjaciela poczuła ulgę, miała tylko nadzieję, że nie zauważył rumieńca, który zakwitł jej na policzkach. Tego wieczoru na twarzy chłopaka malowała się wyraźna troska.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Tak. Miałem zadać ci to samo pytanie. Widziałem twoich gości. – Wbił w nią spojrzenie swoich ciemnych oczu.
– Chcieli listę naszych żydowskich uczniów – odparła. Ojciec ostrzegał ją, żeby nie wyrywała się z informacjami, jednak wiedziała, że może zaufać Manu. – Nie wiem, dlaczego obrali sobie za cel dzieci.
Manu westchnął i potarł dłonią kark.
– Może sprawdzają, czy żadnego nie brakuje. Krążą plotki, że niektóre rodziny nie wpisują swoich dzieci na listy. Jak już wspomniałem, na mieście mówi się, że szykują się łapanki na Żydów. Niektórzy z nich podjęli decyzję o ukrywaniu się albo wyjeździe z Paryża.
– Dokąd ich zabiorą?
– Podobno do obozów pracy, ale kto wie, co tak naprawdę się z nimi stanie.
– Nie mogę uwierzyć w to, co dzieje się w moim ukochanym mieście. – Adele zaczęła przemierzać hol w tę i z powrotem. – Widziałeś tego policjanta? Specjalnie go z nimi przysłali, żebyśmy myśleli, że to działania naszego rządu, a nie Niemców.
– Wiem, Adele, ale bardzo cię proszę, zachowaj spokój i rób, co ci każą.
Dziewczyna się zatrzymała.
– Nie jestem aż tak głupia, żeby otwarcie się im sprzeciwiać, ale są przecież inne sposoby.
– W rzeczy samej. Tymczasem sugeruję, żebyś się stosowała do ich poleceń. Jaki będzie z ciebie pożytek, zwłaszcza dla dzieci, jeśli zostaniesz aresztowana?
Adele wiedziała, że Manu ma rację, jednak nienawidziła poczucia bezradności.
– Matki się dzisiaj pokłóciły. Nie udźwignę tego strachu i braku zaufania, który nas otacza.
Manu ujął jej dłoń.
– Wiem, ale nie możesz działać pochopnie. Muszę już iść. Ja też mam listę do sporządzenia.
Serce zabiło jej szybciej, gdy poczuła dotyk jego palców, jednak starała się zachować pozory obojętności.
– Ty też?
– Tak. Zażądali wykazu wszystkich eksponatów muzealnych.
– Zamierzają je przejąć?
Manu potwierdził skinieniem głową.
– Ukraść. Odebrać je mieszkańcom Paryża. Wiem, że to nie to samo co życie i los dzieci, ale i tak napawa mnie to głębokim smutkiem. – Chłopak pochylił się i pocałował Adele w oba policzki. – Dobranoc. Zamknij dobrze za mną drzwi.
– Dobranoc, Manu.
Przyglądała się, jak odchodzi – jak zwykle rozczarowana, że nie może zostać dłużej. Starannie zaryglowała drzwi, a potem wyjęła klucz z szuflady i przekręciła go w zamku. Planowała wkrótce wracać do domu. Jej siostra miała tego wieczoru przygotować kolację. Ojciec poszedł odebrać ją z pracy – Lucille była sekretarką w budynku rządowym w centrum miasta, teraz oczywiście znajdującym się pod kontrolą Niemców. Ojciec bardzo przejmował się tym, że jego córka pracuje w takim miejscu, i uspokajało go nieco to, że mógł ją co wieczór odprowadzić do domu. Adele nie była pewna, czy jej trzpiotowata siostra doceniała ten gest.
Wróciła do studia tanecznego, zebrała porozrzucane baletki, włożyła je do kosza, a ten schowała do szafki. Wyjęła igłę z nitką z przybornika do szycia i zabrała się do cerowania bucika Juliette. Wbijała igłę w różową satynę, przeciągała nitkę w tym samym kolorze i cierpliwie łatała dziurę na baletce.
Szyjąc, myślała o swojej matce, o podzielonym mieście, o swoich uczniach i ranach, które będą musiały się zagoić. Tak jak ten bucik, tak i jej mali uczniowie kiedyś znów będą żyć pełnią życia, choć blizny w ich duszach pozostaną na zawsze.
Rozdział 2
Adele
Adele skończyła reperować bucik Juliette i zamknęła szkołę na noc. Już miała przekręcić klucz w zamku bramy, kiedy u jej boku stanęła kobieta. Rozpoznała matkę Daniela. Chociaż wieczór był ciepły, miała na sobie płaszcz, zapięty po szyję, przewiązany w talii paskiem, a na głowie chustkę. Wydawała się pobudzona i zdenerwowana.
– Madame Charon. Comment çava?7 – Adele nie posiadała się ze zdumienia na widok kobiety. Było to coś niespotykanego.
– Ja… Chciałam podziękować za buty – zaczęła pani Charon. – Jest mi wstyd, że nie potrafię zadbać o własne dziecko.
– Proszę mi nie dziękować – odparła Adele. – Cieszę się, że mogłam pomóc.
Matka Daniela zacisnęła wargi, po czym dodała:
– Jestem też wdzięczna za to, że stanęła pani w mojej obronie wtedy, w holu.
– Powtórzę: naprawdę nie musi mi pani dziękować. Wszyscy żyjemy w strachu, ludzie mówią rzeczy, które w normalnych okolicznościach nawet nie przeszłyby im przez usta. – Dziewczyna przekręciła klucz w zamku, zakładając, że to zamyka rozmowę, jednak gdy zerknęła na matkę Daniela, odniosła wrażenie, że to nie koniec. – Czy wszystko w porządku, madame?
– Muszę z panią porozmawiać – odparła kobieta. – W jakimś ustronnym miejscu.
Naglący ton jej głosu sprawił, że Adele otworzyła z powrotem bramę i bez zbędnych pytań poprowadziła panią Charon do budynku szkolnego. Zamknęła za nimi drzwi i zabezpieczyła zasuwami.
– Co się stało?
– Daniel przekazał, że niemiecki oficer kazał pani sporządzić listę nazwisk. Żydowskich. Czy to prawda? – Kobieta chwyciła zwiniętą w pięść dłoń drugą dłonią, by powstrzymać ich drżenie.
– Niestety, bardzo mi przykro. – Adele czuła się winna, chociaż przecież nie miała powodu. – Nie chcę tego robić, proszę mi wierzyć. Bardzo nie chcę.
Matka Daniela skinęła głową i przełknęła nerwowo ślinę.
– Jestem pewna, że tak właśnie jest. Ale zdaje sobie pani sprawę z tego, co to oznacza, prawda?
– Nic nie wiemy na pewno. – Adele starała się utrzymać cień nadziei w swoim głosie, żeby uspokoić coraz bardziej rozdygotaną kobietę.
– Co za tchórzostwo! – warknęła matka Daniela. – Nie chce pani przyznać, że doskonale pani wie, co to oznacza. Umywa pani ręce i znajduje wymówki, żeby nic nie robić, nie pomagać nam i nie zapobiec nieszczęściu.
– Ja… Przepraszam… – Adele zaczęła się jąkać. To oskarżenie ją zszokowało. Miała wrażenie, jakby została spoliczkowana. Chciała czuć wściekłość, odeprzeć oskarżenie, jednak w głębi duszy wiedziała, że nie powinna. Pani Charon miała rację: jej uległość oznaczała tchórzostwo.
– Zabiorą nas. Nie jesteśmy francuskimi Żydami. Przyjechaliśmy tu piętnaście lat temu, żeby zacząć nowe życie. Jakimi byliśmy głupcami! Wszystko straciliśmy. Wszystkie środki do życia. Nie mamy nic, żeby się wykupić. W ubiegłym miesiącu zamrozili nam konta bankowe. Wkrótce zostaną mi w portmonetce ostatnie monety. Wczoraj wywiesili listę zawodów, których nie wolno nam już wykonywać. Dzisiaj żądają imion naszych dzieci. Czy pani nie widzi, co dzieje się w Paryżu?
Adele zrobiła krok do tyłu w obawie, że pani Charon będzie próbowała wydusić z niej odpowiedź.
– Widzę. Każdego dnia na to patrzę. Ale co mogę zrobić? Jest mi bardzo przykro, ale muszę im podać te dane.
– Pani ojciec to szanowany człowiek. Dobroduszny, całym sercem oddany szkole i uczniom. Nie mam wątpliwości, że odziedziczyła pani po nim te szlachetne cechy. Mój syn panią uwielbia. – Kobieta złożyła ręce jak do modlitwy. – Proszę, błagam, niech pani nie wpisuje Daniela na listę.
– Muszę. Jeśli porównają ją ze spisem ludności, wszystko wyjdzie na jaw.
– Proszę. Niech pani jeszcze się zastanowi. Niech znajdzie pani w sercu siłę, by mi pomóc. By pomóc mojemu dziecku. – Oczy kobiety wypełniły się łzami.
Adele odruchowo ją objęła, natychmiast zapominając o wszelkich animozjach. Chciała dodać otuchy biednej matce, zapewnić ją, że wszystko będzie dobrze, że istnieje rozwiązanie tej sytuacji. Brutalna prawda była jednak taka, że nie znajdowała żadnych wiarygodnych słów pocieszenia.
Kobieta się odsunęła.
– Muszę iść. Zostawiłam Daniela u sąsiadki. Przepraszam, że zawracałam pani głowę, nie powinnam była.
– Nie szkodzi. Tyle że nie mam pojęcia, jak mogłabym pomóc. – Otworzyła zasuwę. – Madame Charon, proszę zachować ostrożność. I niech pani uważa, z kim pani rozmawia.
Kobieta przystanęła w drzwiach.
– Jeśli cokolwiek mi się stanie, proszę pomóc Danielowi.
Zanim Adele zdołała odpowiedzieć, drobna kobieca postać w chustce i płaszczu wyślizgnęła się na ulicę.
Gdy dziewczyna ruszyła w stronę domu, jej myśli krążyły wokół obu popołudniowych wizyt. Wkrótce dotarła do budynku, którego kremowo tynkowane ściany wznosiły się na cztery piętra, zwieńczone szarymi lukarnami na poddaszu. Popchnęła drewniane drzwi i zaczęła wspinać się po spiralnych schodach na samą górę. Jej ojciec, z racji wieku, wybierał zwykle windę, ale ona lubiła to codzienne wyzwanie w postaci pięćdziesięciu dwóch stopni. Kiedy weszła do mieszkania, ojciec i Lucille właśnie zasiadali do stołu.
– Dobre wyczucie czasu – powiedziała jej siostra.
Adele przytaknęła, przywitała się z tatą i Lucille, całując ich w oba policzki, po czym usiadła naprzeciwko.
– Wygląda ładnie – oznajmiła, chwytając za łyżkę i zanurzając ją w talerzu z zupą. Na dnie pływały ziemniaki i marchewka – prawdziwe rarytasy.
– Smakuje ci? – zapytała Lucille, przyglądając się siostrze badawczo.
– O tak, pyszna. Nie mogę uwierzyć, że zdobyłaś marchew. Jak tego dokonałaś?
Już od dobrych kilku tygodni ich codzienne menu opierało się wyłącznie na ziemniakach. Kryzys żywieniowy pogłębiał się z każdym dniem, Niemcy zabierali co najmniej jedną trzecią produktów żywnościowych, często przekraczając tę ilość, i zostawiali niewiele dla całej reszty narodu. Głód był głównym tematem rozmów na ulicach, zwłaszcza w ostatnim czasie, kiedy ustawiały się długie kolejki osób po ubogie racje, które im się należały. Nierzadko nawet i tego brakowało.
Lucille uśmiechnęła się z podekscytowaniem, a w jej niebieskich oczach zamigotały iskierki.
– Od zaprzyjaźnionej osoby – odparła.
– Zaprzyjaźnionej? – powtórzyła Adele, która widziała, jak bardzo Lucille pragnie podzielić się wiadomością. – Kto to taki?
– Ktoś z pracy.
– Jak ma na imię ta twoja przyjaciółka? – Adele była rozbawiona, że jej dwudziestoletnia siostra potrafi zachowywać się jak małe dziecko.
– To nie jest ona. – Na twarz Lucille wpełznął rumieniec. – To on.
Adele uśmiechnęła się szeroko.
– Oooo. Mów.
Zerknęła z ukosa na ojca, jednak na nim nie zrobiło to wrażenia. Być może nie podobała mu się myśl, że jego mała córeczka może mieć chłopaka.
– Ma na imię Peter. Peter Müller.
– Müller? Czy to nie jest niemieckie nazwisko?
– Owszem. – Lucille spojrzała na nią buntowniczo.
– Opowiedz jej resztę – polecił ojciec.
– Resztę? – Adele przeniosła wzrok z taty na siostrę.
– Jest oficerem Wehrmachtu. – Lucille mieszała zupę łyżką. – Ale zanim cokolwiek powiesz, nie należy do SS, Gestapo ani niczego podobnego. Jest zwyczajnym oficerem w wojsku i wykonuje swoją pracę tak samo jak każdy inny oficer w każdej innej armii w każdym innym kraju.
– Ale Lucille, to nie ma znaczenia! Związując się z Niemcem, będziesz uznana za kolaborantkę! – Adele była w szoku i nie potrafiła tego ukryć, ani w głosie, ani na twarzy. Co ta jej siostra sobie myślała? – Papo, chyba tego nie aprobujesz? – zwróciła się do Gérarda Basseta. – Każ jej natychmiast zakończyć ten związek.
– Adele, przestań się bawić w starszą siostrę. Nie będziesz mi mówić, co mam robić. Jestem dorosłą kobietą i sama o sobie decyduję.
– Papo… – prosiła Adele. – Proszę, powiedz jej coś.
Mężczyzna westchnął ciężko, odłożył łyżkę na stół i splótł palce.
– Przekazałem Lucille swoje zdanie na ten temat. Dałem jej wyraźnie do zrozumienia, że nie akceptuję tej relacji, ale, jak twoja siostra słusznie zauważyła, jest już dorosła i sama podejmuje decyzje.
– To idiotyzm! – Adele nie była w stanie się powstrzymać. Nie po tym, co ją wcześniej spotkało. W swoim ojcu uwielbiała jego liberalne i postępowe poglądy, ale tym razem posunął się zbyt daleko. – Ten twój oficer, Lucille, jest niemieckim żołnierzem. Wrogiem. Jakim cudem tego nie widzisz? Nie martwisz się tym, co ludzie powiedzą? Że jesteś materacem dla les boches8!
– Adele, dość tego! – ostrzegł ją ojciec.
– Przykro mi, ale taka jest prawda.
– Nie interesuje mnie, co inni mają do powiedzenia – zripostowała Lucille. – Zwłaszcza te wszystkie stare, zgorzkniałe baby, przez które przemawia zazdrość, które nie mogą ścierpieć, gdy młodzi cieszą się życiem.
– To nie tak – odparła Adele. – Chodzi o coś więcej.
– Wiesz, Adele, zawsze byłaś dla mnie autorytetem. Starszą siostrą. Może masz tylko cztery lata więcej, ale opiekowałaś się mną jak matka. Papa zawsze wpajał nam, żebyśmy tolerowali innych i nie osądzali ich pochopnie. Muszę przyznać, że jestem zawiedziona tym, że odwracasz się od naszych zasad i wartości.
– Jak możesz mówić coś takiego? Przecież to właśnie Niemcy są pozbawieni jakichkolwiek zasad moralnych – warknęła Adele.
– Gdybyś go poznała, na pewno by ci się spodobał. Wcale nie chciał iść wojska, po prostu został wcielony. Nie wybrał takiej ścieżki, z zawodu jest inżynierem – wyjaśniła jej siostra. – Myślałam, że ucieszysz się z mojego szczęścia. Kocham Petera, a on kocha mnie.
Lucille miała rację. Kiedy zmarła ich mama, Adele przejęła rolę opiekunki. Świadomość, że musi się o kogoś troszczyć, pomogła jej przetrwać ten trudny czas. A teraz Lucille jej to wszystko wygarnęła. Być może jej młodsza siostra była już dorosłą kobietą, ale przemawiała przez nią naiwność.
– Kochacie się? – Adele nie potrafiła ukryć ironii w głosie.
– Tak, i to bardzo.
– A od jak dawna się spotykacie?
– Od sześciu tygodni. – Lucille nie pozbyła się swojego buntowniczego tonu.
– Papo, wiedziałeś o tym?
Gérard pokręcił przecząco głową.
– Nie. Dopiero dzisiaj się dowiedziałem.
– I jak sobie wyobrażasz dalszy ciąg tego romansu? – Adele zwróciła się do siostry.
– Po zakończeniu wojny weźmiemy ślub. – W ustach Lucille brzmiało to jak najzwyczajniejsza rzecz w świecie.
– Ile on ma lat? – Adele nie potrafiła się zdobyć na to, by wymówić imię Niemca.
– Trzydzieści jeden. I zanim zaczniesz komentować, chcę nadmienić, że mam w nosie różnicę wieku. Dla żadnego z nas nie ma to znaczenia.
– Trzydzieści jeden? Jestem zaskoczona, że w tym wieku się jeszcze nie ożenił. – Adele upiła łyk wody.
Zapadła cisza. Tym razem Lucille nie odpowiedziała.
Adele odstawiła szklankę.
– Ma żonę, prawda? – To było jedynie przypuszczenie, jednak skrzyżowane ręce siostry i to, że nie chciała spojrzeć jej w oczy, potwierdziły jej podejrzenia. – Lucille, on jest żonaty, tak? – powtórzyła.
Jej siostra uniosła gwałtownie głowę, na jej twarzy malował się gniew.
– A jeśli tak, to co? Jest nieszczęśliwy w tym małżeństwie. Nie kochają się i kiedy wojna się skończy, weźmie z nią rozwód, a wtedy będzie mógł ożenić się ze mną.
Adele w rozpaczy chwyciła się za głowę. W pokoju zapadło milczenie, które ostatecznie przerwał Gérard Basset:
– Muszę przyznać, że nie jestem zadowolony z takiego przebiegu wydarzeń, ale zdaję sobie sprawę, że tak po prostu bywa. Oczywiście widziałbym dla ciebie inną przyszłość… Chwileczkę, Lucille, wysłuchaj mnie do końca… ale jednocześnie szanuję twoje decyzje. Proszę tylko o jedno, żebyś przemyślała sobie to wszystko, zanim na dobre się zaangażujesz. To nie są normalne czasy. Ludzie reagują z wielką niechęcią na wojsko niemieckie, które rośnie w siłę i pozwala sobie na coraz więcej. To także musisz wziąć pod uwagę – dodał i zamilkł na chwilę. – Plus, powinnaś pamiętać o mnie i o Adele.
– Właśnie, papa ma rację. – Adele podniosła głowę. – Nie możesz narażać nas na niebezpieczeństwo tylko dlatego, że jesteś ślepo zakochana.
– I kto to mówi o ślepym zakochaniu – warknęła Lucille. – Przynajmniej ja nie kryję się z moimi uczuciami, czego nie można powiedzieć o tobie.
– Co to niby ma znaczyć? – zapytała Adele z oburzeniem.
Jej siostra prychnęła.
– Manu. Kochasz się w nim od lat i czekasz z nadzieją, że w końcu zamiast siostrzyczki zobaczy w tobie kobietę. Marnujesz życie na tym czekaniu. Ja nie zamierzam popełnić tego samego błędu. – Lucille wyprostowała się i uniosła brodę, jak to robiła zawsze, gdy uważała, że ma rację.
Słowa siostry zakłuły Adele bardziej, niż gotowa byłaby przyznać.
– Przestań. Gadasz głupoty.
– To nie są głupoty – zaśmiała się Lucille. – Myślisz, że nie zauważyłam, jak szeroko się uśmiechasz, gdy tylko o nim mówisz? Rumienisz się jak dojrzały pomidor, gdy wita cię całusem, a kiedy odchodzi, wyglądasz jak porzucony szczeniak. A gdy w zeszłym miesiącu pojawił się ze swoją nową dziewczyną, Edith, szlochałaś do poduszki w swoim pokoju. Słyszałam twój płacz przez ścianę.
– Przestań – syknęła Adele, zaskoczona, ale i zawstydzona okrutnymi, choć pełnymi prawdy słowami siostry.
– Lucille, dość tego – zaoponował ojciec.
– Poza tym, nie rozumiem, w jaki niby sposób miałabym narażać was na niebezpieczeństwo – ciągnęła dziewczyna. – Przecież nie robicie nic złego, nie aresztują was za przestrzeganie prawa.
Adele od razu pomyślała o małym Danielu i jego matce. Nic nie robiła złego – jeszcze nie.
– Nie wszystko kręci się wokół ciebie – oznajmiła. Zaczynała tracić cierpliwość. Jak jej siostra mogła być ślepa na to, co się działo we Francji? Co przytrafiało się mieszkańcom i miastom?
– Wokół ciebie też nie – odparła Lucille. – Jest mnóstwo korzyści. Nie zauważyłam, żebyś protestowała, gdy jadłaś marchew. A dostaliśmy ją od Petera. Masz podwójne standardy.
– Gdybym wiedziała, nie tknęłabym tych warzyw – dla samej zasady! Gdybym mogła zmusić się do wymiotów tak, żeby zwrócić wyłącznie marchew, zrobiłabym to.
– I to ty niby jesteś ta dojrzała. – Lucille przewróciła oczami i wstała, by odnieść talerz do zlewu. – Musisz przyzwyczaić się do sytuacji, ponieważ zaprosiłam Petera na kolację na piątek – dodała i wymaszerowała z kuchni.
– W takim wypadku nie przyjdę na kolację! – krzyknęła Adele.
Gérard Basset położył rękę na ramieniu córki w uspokajającym geście.
– To nie byłoby rozsądne, tylko zwróciłabyś na siebie uwagę, a to mogłoby pogorszyć sprawę.
Adele prychnęła z frustracji, czując, jak wzbiera w niej gniew. Ostatnie, na co miała ochotę, to zasiąść do wspólnego stołu z oficerem niemieckim, jednak istotnie wolała nie narażać się na niepotrzebne zainteresowanie ze strony wrogów.
Rozmyślania przerwały jej krzyki dobiegające z ulicy. Podeszła w ślad za ojcem do okna i wyjrzała, by sprawdzić, co to za zamieszanie.
Niemiecki patrol zatrzymał się pod ich budynkiem, żołnierze wypytywali o coś kobietę i nastolatka, który zapewne był jej synem. Kobieta stała przyparta do muru, zakupy z jej koszyka wysypały się prosto na ziemię. Jeden z żołnierzy mierzył do niej z broni, drugi krzyczał na chłopaka, który nie mógł mieć więcej niż czternaście–piętnaście lat. Dzieciak wydawał się przerażony i nie rozumiał chyba, co się dzieje. Żołnierz bez ostrzeżenia uderzył go kolbą karabinu w twarz. Kobieta zaczęła krzyczeć, gdy jej syn upadł na ziemię. Adele aż się zapowietrzyła na ten widok i chwyciła ojca za rękę.
– Papo! Co oni robią? Przecież to jeszcze dziecko.
– Nie patrz na to – poprosił ojciec.
Jednak dziewczyna pokręciła przecząco głową. Nie zamierzała pozwolić sobie na luksus odwrócenia głowy i ignorowania agresji. Ta biedna matka nie mogła tego zrobić, więc dlaczego ona miałaby mieć taki przywilej?
Kobieta, nadal krzycząc, rzuciła się do syna, jednak pierwszy żołnierz zatarasował jej drogę i trzymanym poziomo karabinem, przyparł ją z powrotem do ściany.
Jego towarzysz wrzeszczał na chłopca, który leżał zwinięty na ziemi. Ten próbował wstać, ale żołnierz powalił go kopniakiem w brzuch. A potem splunął na niego, zawołał na swojego kolegę, po czym obaj wsiedli do samochodu i odjechali.
Adele bez wahania popędziła do kuchni, chwyciła czystą szmatkę i garnek z niedawno zagotowaną wodą, a następnie zbiegła po schodach na dół, na ulicę. Kobieta pomagała swojemu synowi usiąść.
– Co z nim? – zapytała Adele, stawiając garnek na chodniku, obok chłopca.
Kobieta spojrzała na nią z wahaniem.
– Widziała pani?
– Z okna. Tak mi przykro.
Nieznajoma przez chwilę się w nią wpatrywała, po czym skinęła głową.
– Stracił dwa zęby. – Przełknęła ciężko ślinę i wyjęła garnek z rąk dziewczyny. – Dziękuję.
Adele zaczęła zbierać rozsypane wiktuały. Gérard Basset wyszedł z domu, w ręku niósł pasy białek tkaniny, zapewne kawałki prześcieradła, które podarł na bandaże.
Oboje oczyścili rany chłopca tak, jak potrafili, mężczyzna zabandażował mu głowę, żeby zatamować krwawienie.
– Czy mogę odprowadzić was do domu? – zapytał.
– Nie, już i tak okazaliście nam wiele serca. – To powiedziawszy, kobieta pomogła synowi wstać, podtrzymując go jedną ręką, w drugiej dzierżąc koszyk. Kuśtykając, ruszyli w swoją stronę.
– Czym oni sobie zasłużyli na coś takiego? – zapytała Adele, gdy wracali do domu.
– Kto to wie? – westchnął jej ojciec. – Oni robią to dla zabawy.
– Nie wiem, jak mogą spojrzeć na siebie w lustrze.
Do końca wieczoru nie była w stanie pozbyć się z głowy obrazu pobitego chłopaka. Jego bezbronności i bezradności matki, która musiała na to patrzeć. Powiedzieć, że odczuwała gniew, to jakby nic nie powiedzieć o emocjach, które nią owładnęły. O wiele lepszym słowem wydawała się wściekłość. Adele brzydziła się wszystkim, co wiązało się z okupacją, lecz najbardziej gardziła sposobem, w jaki traktowano jej rodaków, mężczyzn, kobiety i dzieci.
Gdy rozczesywała włosy przed pójściem spać, poprzysięgła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by przeciwstawić się złu.
Rozdział 3
Fleur
West Sussex, lipiec 2015
Fleur podjechała pod dom babci, Jasmine Cottage, znajdujący się na osiedlu Beach Estate w Felpham – cichej nadmorskiej wiosce w hrabstwie West Sussex. Odkąd dziewczyna sięgała pamięcią, jej babka mieszkała w skromnym budynku tuż nad brzegiem morza. Zresztą Fleur wychowywała się tutaj od śmierci swojej mamy. Dziadek zmarł, zanim się urodziła, Lydia została wdową w młodym wieku, więc kiedy odeszła jej córka, a matka Fleur, babcia i wnuczka stały się dla siebie wszystkim. Jakimś cudem trzymały się nawzajem na powierzchni, nawigując przez wzburzony ocean rozpaczy i żałoby.
Domek wyglądem przypominał górskie chaty szwajcarskie, miał dach o wąskim szczycie i nieduży drewniany balkon na piętrze od strony ulicy. Wyłożony białymi deskami, z przeszklonym tarasem ciągnącym się na całą szerokość ściany, był jednym z najbardziej staroświeckich budynków na osiedlu, jednak Fleur uwielbiała go za to niedoceniane piękno. I chociaż dwa lata wcześniej wyprowadziła się do własnego mieszkania, to nadal miała klucz do drzwi wejściowych. Babcia kazała go jej zatrzymać, twierdząc, że Jasmine Cottage na zawsze pozostanie jej domem. Teraz dziewczyna otworzyła sobie drzwi, weszła do środka i zawołała:
– Babciu! To ja!
Zajrzała do salonu, spodziewając się zastać babcię w jej ulubionym miejscu z widokiem na ogród, jednak fotel był pusty. Na stoliku obok leżała para baletek. Fleur rozpoznała w nich pointy należące do Lydii. Nie widziała ich już od dłuższego czasu.
Podniosła jeden but. Materiał był wypłowiały, cienki, wytarty na palcach od wielu godzin tańca. Przez usztywnienie przodu baletka wydawała się wielka i aż trudno było sobie wyobrazić drobną stopę Lydii w środku. Odłożyła pointę, a wtedy zwróciła uwagę na leżące na stoliku zdjęcie. Przedstawiało babcię w późnym wieku nastoletnim. Stała przy drążku z jedną nogą uniesioną w bok, stopy miała wyprostowane, jedną rękę wyginała nad głową w łuk. Fleur nie znała tej fotografii, ale, co musiała przyznać, w ogóle nie widywała zbyt wielu fotek babci z młodości.
– Babciu! – zawołała głośniej, przechodząc do kuchni.
– Jestem na górze! – usłyszała Lydię. Mimo że od początku lat pięćdziesiątych kobieta mieszkała w Anglii, dokąd przyjechała jako młoda, ciężarna mężatka, w jej głosie nadal słychać było francuski akcent. Jak się okazało, babcia siedziała przy komputerze w pokoju gościnnym.
– Cześć, babciu. – Fleur przywitała ją całusem w oba policzki. – Wszystko w porządku?
– Bonjour9, moja kochana. Çava, bien10. – Lydia lubiła wplatać francuskie słowa w swoje wypowiedzi. – Et toi? A ty?
– Okej – odparła dziewczyna, wyglądając przez okno na tereny zielone znajdujące się w samym środku osiedla. Dom Lydii stał przy jednej z czterech ulic, które je otaczały, jedna z nich prowadziła bezpośrednio do plaży. Fleur usiadła na fotelu i wzięła do ręki leżącą na podłokietniku książkę. – Dobra?
– Pas trop mal. Nienajgorsza, ale chyba już wiem, kto zabił.
– Nie wątpię w to, mademoiselle Marple – zakpiła Fleur.
Lydia się uśmiechnęła, jednak uśmiech zniknął z jej ust niemal tak samo szybko, jak się na nich pojawił.
– Twoja mama uwielbiała kryminały. Agatha Christie była jej ulubioną autorką.
Fleur skinęła głową.
– Wiem. Zawsze czytała jednocześnie co najmniej dwie książki. Pamiętam, że jedną nosiła w torebce.
Lydia wzięła powieść, położyła ją sobie na kolanach i oparła dłonie na okładce.
– Gdy czytam należące do niej książki, niemal czuję jej obecność. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale dzięki temu mam wrażenie, że jest blisko. – Kobieta zaczęła kartkować powieść. – Świadomość, że ręce twojej mamy, mojej córki, dotykały tych stron, to dla mnie tak, jakbym mogła ją dotknąć.
Fleur nie była w stanie spojrzeć na babcię. Miała wyrzuty sumienia, że nie podziela jej odczuć. Gdyby tylko mama nie postanowiła tamtego dnia pojechać do miasta, do tej cholernej biblioteki, tylko dlatego, że potrzebowała nowych lektur do czytania. Gdyby nie wyjechała z domu, nie znalazłaby się na drodze tamtej ciężarówki, której kierowca stracił przytomność i przejechał na czerwonym świetle. Nie byłoby wypadku, nie zginęłaby na miejscu. Wszystko z powodu książek.
Jak to i wcześniej bywało, ból wywołany utratą matki został przyćmiony poczuciem niesprawiedliwości i złością na okrutny los. Fleur wolałaby czuć cokolwiek innego od gniewu, który tłumił jej żałobę, ale jednocześnie wiedziała, że jeśli złość zniknie, stanie przed koniecznością uporania się z rozpaczą – wypłynięcia na nieznane wody, których nie miała najmniejszej ochoty poznawać.
– Nie bój się swoich emocji. – Lydia przerwała jej rozważania. – Przestań myśleć o tym wszystkim w kategoriach poczucia winy. To był wypadek.
Dziewczyna nadal wbijała wzrok w podłogę. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że to był wypadek, jednak wiedziała, że gdy zaakceptuje fakt, że nie dało się go uniknąć, będzie zmuszona pożegnać się z gniewem. Tymczasem to złość i strach skutecznie chroniły ją przed rozpaczą. Nie po raz pierwszy pojawiał się ten temat, jednakże Fleur zauważyła, że w ostatnich miesiącach jej babcia coraz częściej do niego wracała.
– Tylko na własnych zasadach jestem w stanie się z tym uporać, babciu – oświadczyła przepraszającym tonem.
– Wiem, ale to niezdrowe. Martwię się.
– Naprawdę, jest okej. – Dziewczyna w końcu spojrzała Lydii w oczy. Zmusiła się nawet do uśmiechu, a potem wskazała ręką na komputer.
– Czym się zajmujesz?
– Przeglądam paryskie hotele, staram się znaleźć najlepszą ofertę.
Kiedy tylko Fleur wspominała swoim znajomym, że jej babcia jest za pan brat z nowoczesną technologią, codziennie ćwiczy balet, trzy razy w tygodniu pływa w morzu, posiada samochód, ale woli poruszać się rowerem, każdy z nich wyobrażał sobie energiczną i całkiem młodą babcię. I nikt nie mógł uwierzyć, gdy Fleur z dumą oznajmiała, że Lydia jest już po osiemdziesiątce.
– Ach, twoja coroczna wyprawa do Paryża – domyśliła się Fleur. – Nie zatrzymasz się w tym samym hotelu co zawsze?
– Mam nadzieję, że tak. – Lydia zdjęła okulary do czytania. – Jest coś, o co chciałabym cię zapytać.
Na zwykle opanowanej twarzy Lydii pojawił się cień niepokoju. Jej brwi spięły się w nieświadomym grymasie, a czoło pocięły delikatne zmarszczki. Przez krótką chwilę szlachetność wyrazu, którą odziedziczyła po babce, ustąpiła miejsca czemuś, co Fleur rzadko miała okazję dostrzec – smutkowi. Czy to było właściwe słowo? Wydawało się zbyt dramatyczne, jednak – chociaż Lydię cechowały elegancja i wdzięk – niekiedy można było dostrzec blady cień brzemienia, jakie niosła na swoich ramionach.
– Pytaj śmiało. – Fleur próbowała nadać swojemu głosowi beztroskie brzmienie.
Babcia przez moment w milczeniu skubała mankiet, po czym przygładziła siwe z racji wieku włosy, uczesane w typowy dla niej francuski kok. Następnie oparła obie dłonie na czarnej spódnicy.
– Jak wiesz, co roku jeżdżę sama do Paryża.
– Tak – odparła dziewczyna niepotrzebnie. Lydia rzeczywiście co roku w sierpniu latała do Francji, by uczcić pamięć bliskich, których straciła w czasie wojny.
– Choć niechętnie to przyznaję, to jestem coraz starsza, nie zostało mi już wiele czasu.
– Nie mów tak, babciu,
Lydia uniosła rękę.
– Czy nam się to podoba, czy nie, taka jest prawda. Ale nie o tym chciałam mówić. Myślałam o tym, że kiedy mnie tu już nie będzie, co nastąpi wkrótce, ta część mojego życia, czas spędzony w Paryżu, zniknie bezpowrotnie. Nie zostanie nikt, kto będzie pamiętał. – Lydia poprawiła się na fotelu. – Ostatnio nie daje mi to spokoju. Zbyt wiele się tam wydarzyło. Zbyt wiele osób straciło życie, by o tym zapomnieć.
– Babciu, czy nie powtarzasz zawsze, że kto żyje w sercu innych, ten nie umiera tak naprawdę?
Lydia zdobyła się na uśmiech.
– Tak, tak powtarzam. I to właśnie sobie wmawiam, gdy myślę o twojej mamie.
Niekiedy Fleur zapominała, że przecież nie tylko ona straciła bliską osobę. Lydia straciła córkę.
– To piękne słowa – oznajmiła, świadoma, że jej wypowiedzi brakuje przekonania.
– Tak, a ja w nie wierzę. Ale wiesz, dlaczego są takie piękne? Ponieważ możemy o tym rozmawiać, ponieważ mnóstwo ludzi ma równie cudowne wspomnienia związane z twoją mamą, a my mamy do nich dostęp w każdej chwili. Zdaję sobie sprawę, że na razie jeszcze ci z tym nie po drodze, jednak te wspomnienia czekają, aż będziesz ich potrzebować, i jestem pewna, że któregoś dnia to nastąpi.
Fleur nie podzielała tej pewności, jednak nie protestowała. To babci potrzebne było teraz wsparcie, nie jej.
– U ciebie tak nie jest? – zapytała.
– Nie z tym, co wydarzyło się w czasie wojny. Nie mam z kim porozmawiać o mojej rodzinie, ponieważ nie żyje nikt, kto by ją pamiętał. – Lydia wyjęła chusteczkę z rękawa i otarła oczy.
– Babciu, proszę, nie zamartwiaj się. – Fleur przeraził widok łez babci.
Starsza pani potrzebowała chwili, żeby się opanować.
– Wszystko w porządku. Próbuję ci powiedzieć, że kiedy ja odejdę, nikt już nie będzie rozmawiał o mojej rodzinie ani nawet o niej myślał, i to mnie ogromnie martwi. Zawsze mi się wydawało, że lepiej jest nie rozmawiać o przeszłości, teraz uważam, że się myliłam. – Lydia wzięła głęboki wdech. – Chciałabym, żebyś poznała moją historię. I nie dlatego, żebyś mogła rozmawiać o mnie – nie jestem aż tak próżna – ale po to, by to, co się im przytrafiło, i ci wszyscy, których straciłam, nie odeszli wraz ze mną na zawsze. – Lydia pogładziła wnuczkę po ręce. – Tobie też może to pomóc.
– Mnie?
– Tak. Może ci pomóc się otworzyć na rozmowę o twojej mamie. – Fleur zamierzała zaoponować, jednak babcia pokręciła głową. – Nie chcę, żebyś dożyła mojego wieku i żałowała, że nie poruszyłaś nigdy tematu przeszłości, choćby było to szalenie bolesne. Jeśli ja mogę spojrzeć wstecz i otwarcie przywołać wspomnienia, może i tobie się uda.
W pierwszej chwili dziewczyna miała ochotę powiedzieć babci, że nie potrzebuje, by ktokolwiek próbował ją naprawiać, i cieszy się, iż nie musi wracać myślami do najtragiczniejszego momentu swojego życia. Że jej zdaniem przejście przez wszystkie etapy żałoby niczego nie zmieni. Bo prawda pozostanie taka sama: mama zginęła, kiedy Fleur była dzieckiem, ale to już było przeszłością.
Ona zostawiła ją za sobą. Miała babcię i to jej wystarczało. Ale jednocześnie, jak na ironię, pragnęła poznać najmniejsze szczegóły z przeszłości Lydii, żeby móc się czego trzymać w przyszłości. Dzieciństwo babci, zanim jeszcze poznała swojego męża, dziadka Fleur, stanowiło wielką tajemnicę.
– Babciu, nie rób tego dla mnie. Opowiedz mi wszystko tylko, jeśli ty tego chcesz. Oczywiście, jestem zainteresowana. Zawsze chciałam dowiedzieć się więcej, ale szanowałam twoją prywatność. – Ujęła babci dłonie. – Nie chcę jednak, żeby cię to stresowało.
– To nie jest coś, co można opowiedzieć w kilka minut – odparła babcia po chwili milczenia. – Trudno byłoby to zrobić za jednym posiedzeniem. I dlatego chciałabym cię prosić, żebyś pojechała ze mną do Paryża. Zrobiłabyś to dla mnie?
Fleur nie posiadała się ze zdumienia. Czy na pewno słuch jej nie mylił? Babcia chciała ją zabrać ze sobą? Do Paryża? Do tej pory odmawiała wszystkim, którzy chcieli z nią jechać. Argumentowała to tym, że była to podróż, którą musiała odbyć w pojedynkę, by uczcić pamięć swoich krewnych. Że były to przeżycia zbyt osobiste, by dzielić je z innymi. A teraz proponowała jej towarzystwo?
– Oczywiście, babciu! Z przyjemnością – odparła. – To dla mnie zaszczyt – dodała i zarzuciła babci ręce na szyję. – Dziękuję. Dziękuję za zaproszenie.
– To ja ci dziękuję. Za to, że się zgodziłaś – wyszeptała kobieta w jej włosy. – Merci, ma petite puc – dodała po francusku i nieco się odsunęła. – Czy mogę cię prosić o jeszcze jedną przysługę?
Fleur uśmiechnęła się do babci. Wycieczka do Paryża nie była przecież żadną przysługą.
– Pewnie.
– Pojedziesz ze mną na cmentarz? Ale nie mam na myśli, że mnie podrzucisz i zaczekasz w samochodzie. Czy wejdziesz tam ze mną?
Fleur chciała z przyzwyczajenia odpowiedzieć „nie”, ale z jakiegoś powodu słowo to utknęło jej w gardle. Nie kryła się z tym, że nie lubiła odwiedzać grobu matki. Babcia wiedziała, że to dla niej zbyt bolesne, a jednak w tym momencie Fleur nie wiedzieć czemu zawahała się i ostatecznie zgodziła się na prośbę.
Cmentarz znajdował się w odległości kilku minut drogi od wioski. Fleur zaparkowała na tyłach Kościoła Świętej Marii Panny. Babcia chwyciła ją pod rękę i razem przeszły przez furtkę ogrodzenia zabezpieczającego cmentarz przed zwierzętami, a potem pokonały trawnik i zatrzymały się przed miedzianą tablicą, za którą spoczywały prochy matki Fleur. Lydia uklęknęła na trawie i usunęła zabłąkany liść, który spadł na tabliczkę. Podniosła wazon, wyjęła z niego bukiet z poprzedniego tygodnia, odłożyła na bok i zastąpiła świeżym, z kwiatów zerwanych w ogrodzie przed wyjściem
Fleur trzymała się z tyłu, przyglądając się, jak babcia składa dłonie i odmawia cichą modlitwę. W takiej sytuacji czuła się jak intruz. To był czas, który Lydia spędzała ze swoją córką, i chociaż tą samą osobą była matka Fleur, to każda z nich przeżywała żałobę na swój własny sposób. Inaczej opłakiwały tę samą osobę.
Od śmierci matki Fleur minęło dwadzieścia lat, ośmioletnia dziewczynka nie miała zbyt wielu wspomnień, do których mogłaby później wracać. Co więcej, z każdym kolejnym rokiem stawały się one coraz bledsze.
Fleur podniosła głowę i popatrzyła na iglicę kościoła, zastanawiając się, jaki bóg pozbawiłby małego dziecka matki, a matce odebrał możliwość przyglądania się, jak jej córka dorasta.
W krzakach zaświergotał rudzik, wyrywając ją z zamyślenia. Ptak zeskoczył na niższą gałąź, a potem na trawnik tuż za grobem i przechylił łebek, jakby im sie przyglądał.
– To dobry znak. Świadczy o tym, że odwiedził nas ktoś bliski. – Starsza pani spojrzała na ptaszka i podniosła się z kolan. – Dziękuję, że tu dzisiaj ze mną przyszłaś.
– Nie ma sprawy.
– Wiem, jak to cię stresuje. – Kobieta ponownie ujęła Fleur pod rękę.
– Nie jestem zestresowana – odparła dziewczyna zgodnie z prawdą, gdy ruszyły w stronę samochodu. Nie stresowała się, bo nie chciała. Gniew był łatwiejszy. Nie sprawiał tyle bólu.
Rozdział 4
Adele
Paryż, maj 1942 r.
Kiedy Adele obudziła się następnego dnia rano, sen wcale nie pomógł jej odzyskać dobrego nastroju po kłótni z siostrą. Kolejnego poranka ledwo zamieniły ze sobą słowo. Adele wyszła wcześnie otworzyć szkołę, żeby uniknąć konfrontacji z Lucille. Bez względu na to, jak usilnie próbowała, nie była w stanie pogodzić w swoim sumieniu lojalności wobec ojczyzny ze świadomością, że jej młodsza siostra związała się z mężczyzną, który nie dość, że ma żonę, to jeszcze jest oficerem niemieckim. W jej oczach siostra dokonała osobistej zdrady. Adele przygotowała salę lekcyjną oraz materiał na lekcję, ale jej frustracja i oburzenie wcale nie straciły na sile.
Ponieważ do pojawienia się pierwszych uczniów zostało jej jeszcze czterdzieści pięć minut, przeszła do studia tanecznego. Z szafki wyjęła koszyk, w którym przechowywała swoje pointy, jazzówki i stepówki.
Włożyła buty do stepowania, zawiązała sznurowadła i stukając podeszwami, podeszła do gramofonu. Przeglądała płyty winylowe tak długo, aż znalazła tę, której szukała – The Entertainer.
Mimo wczesnej pory nie przejmowała się głośnością dźwięku. Zresztą, jak miałaby stepować, nie słysząc dobrze muzyki? Rozległy się znajome takty, przyjęła pozycję na parkiecie, czekając, aż minie wstęp i będzie mogła rozpocząć taniec. Utwór, energiczny ragtime, miał szybkie tempo i bardzo adekwatny tytuł11. Stopy dziewczyny pracowały bez wytchnienia, pamięć mięśniowa zastąpiła świadomy układ kroków i ruchów. Shuffle, shuffle, shuffle-hop-step12. Adele pomyślała o swojej matce i o tym, jak tańczyła z nią i z Lucille, cierpliwie ucząc je kroków i technik tanecznych. Początkowo pomału, krok po kroku, ćwicząc i nabierając tempa tak, aż były w stanie tańczyć do rytmu. A kiedy udało im się opanować sekwencję, występowały przed ojcem. Adele zamknęła oczy i zatopiła się we wspomnieniach. Oczami wyobraźni widziała tatę stojącego na przedzie sali, dumę i rozbawienie malujące się na jego twarzy, gdy jego – jak je nazywał – „trzy cudy tego świata” tańczyły, ile sił w nogach.
Jeszcze dwukrotnie odtworzyła i odtańczyła ten sam utwór, aż wreszcie poczuła, że jej nastrój się poprawia. Z rękoma opartymi o biodra przeszła przez salę, próbując złapać oddech. Gdy mijała jedno z wychodzących na ulicę okien, zauważyła długą kolejkę przed boulangerie13 – kobiety Paryża łudziły się, że uda im się kupić chleb. W tej samej chwili przed budynkiem zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego niemiecki oficer.
Z drugiego piętra trudno było dojrzeć jego twarz, ale Adele mogłaby przysiąc, że to ten sam człowiek, który poprzedniego dnia domagał się od niej listy żydowskich uczniów. Przystanął i podniósł wzrok, a wtedy dziewczyna instynktownie się schowała, przyciskając plecy do ściany. Odczekała kilka sekund, po czym prześlizgnęła się wzdłuż muru do kolejnego okna i ukradkiem wyjrzała na ulicę.
Z samochodu wysiadł kolejny pasażer, tym razem nie miała wątpliwości, kogo widzi. Manu. Żołądek jej się ścisnął na widok tych dwóch mężczyzn, zatopionych we wspólnej rozmowie, co więcej – śmiejących się razem z jakiegoś żartu. Manu wyciągnął rękę w stronę Niemca, pozwalając mu iść przodem do muzeum, a sam spojrzał do góry, na okna szkoły, jakby spodziewał się zobaczyć tam Adele. Tym razem się nie schowała.
Niepokoiło ją, że Manu tak swobodnie czuje się w towarzystwie Niemców. Zdawała sobie sprawę, że musi z nimi pracować, ponieważ katalogował zbiory muzealne i tworzył listy, których domagali się naziści, ale czy musiał ich lubić? Ta myśl nie dawała jej spokoju i jednocześnie przypominała, że i ona będzie musiała zachowywać się podobnie wieczorem, kiedy kochanek siostry pojawi się u nich na kolacji. Była pewna, że jedzenie stanie jej w gardle, już na samo wyobrażenie wieczoru robiło jej się niedobrze.
Zeszła na parter i przygotowała klasę do lekcji. Mdliło ją z poczucia winy na myśl o liście nazwisk, którą poleciła sporządzić pani Allard, a gdy dzieci zaczęły się schodzić, wyrzuty sumienia uderzyły z taką siłą, że miała ochotę płakać ze wstydu.
W czasie przerwy obiadowej, zgodnie z zaleceniem ojca, Adele trzymała się na uboczu, i gdy francuski policjant przyszedł po listę dzieci, znajdowała się w studiu tanecznym. Choć było to jej ulubione miejsce, czuła się tu jak zdrajczyni. Szkolna sekretarka odnalazła ją w tej kryjówce.
– Ja tego nie zniosę – zaszlochała. – Czuję się odpowiedzialna. I winna.
Adele objęła kobietę.
– To nie pani wina – zapewniła, sama targana tymi samymi emocjami. Przypomniała jej się matka Daniela, błagająca ją o pomoc. Przekazanie listy nazistom było aktem czystego wiarołomstwa i Adele z całego serca się za to nienawidziła.
Wtem otworzyły się drzwi i do sali tanecznej wszedł Gérard Basset.
– Już dobrze – powiedział, gdy sekretarka wypuściła Adele z objęć. – Dzieci nie mogą widzieć twoich łez.
Pani Allard wyjęła z kieszeni chusteczkę i otarła sobie oczy, a później wydmuchała nos.
– Przepraszam – powiedziała. – To takie okropne.
– Wiem – odparł ojciec Adele. – Ale nie mamy wyboru.
Adele westchnęła w duchu na te słowa. Owszem, na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że stojąc twarzą w twarz z Niemcami, nie mieli żadnego wyboru. Ale chyba w ukryciu, potajemnie, mogli podejmować inne decyzje? Żałowała, że nie wie, co i jak robić, żeby móc wpłynąć na całą tę sytuację.
– I koniecznie coś zjedz – dodał mężczyzna, przepuszczając w drzwiach panią Allard. Następnie stanął obok swojej córki. – Wiem, że sprawia ci to ból – odezwał się cicho. – Mnie także, ale proszę, nie rób nic pochopnego. Pamiętaj, że dzisiaj wieczorem Lucille przyprowadza na kolację swojego towarzysza. Musimy uważać na to, co mówimy, dla własnego dobra.
Adele skinęła głową.
– Wiem, i to też mnie boli – odparła, po czym uśmiechnęła się blado do ojca, wyminęła go i wyszła z sali. – Dzisiaj spędzimy dzień na placu zabaw – oznajmiła jeszcze. – Potrzebuję świeżego powietrza.
Popołudnie było ciepłe jak na koniec maja, Adele już nie mogła się doczekać letnich upałów, zwłaszcza że zima tego roku trafiła się wyjątkowo nieprzyjemna. Miasto pokryła gruba warstwa śniegu, odnotowano rekordowo niskie temperatury i aż do końca marca było chłodniej niż zwykle. Niemcy wielokrotnie odłączali prąd w ramach oszczędności. Cały Paryż drżał z zimna. Wielu zwykłych obywateli, zmagając się dodatkowo z brakiem żywności, ledwo przeżyło ten trudny okres. Dzieci przychodziły do szkoły głodne i zmarznięte. Serce pękało, ale bardzo trudno było temu zaradzić. Nie licząc niewielkich racji żywnościowych wydawanych w szkole w porze obiadowej, nic innego nie mogli zrobić. Niejednokrotnie Adele głodowała, rozdając swoje własne jedzenie pomiędzy najmłodszych i najsłabszych uczniów.
Widok dzieci biegających na powietrzu i napawających się ładną pogodą dodał jej teraz otuchy. Głód narastał, ale przynajmniej nie musieli już zmagać się z przeraźliwym zimnem.
Eva i Blanche Rashal przybiegły do niej w podskokach, więc chwyciła je za ręce i dołączyła do śpiewanej przez nie piosenki: „Alouette, gentille alouette, Alouette, je te plumerai…14”.
Wkrótce podbiegły do nich pozostałe dzieci, wszystkie chwyciły się za ręce, utworzyły węża i w ten sposób tańczyły na podwórzu. Obrazek był słodki, niewinny, Adele najchętniej zabrałaby go ze sobą na zawsze.
Przy kolejnym okrążeniu zauważyła, że dwóch niemieckich żołnierzy zatrzymało się na ulicy i przyglądało się im zza bramy. Poczuła się skrępowana, ale nie chciała pokazać tego po sobie ze względu na dzieci, więc tańczyła dalej, tyle że z większą rozwagą. Podczas następnego okrążenia jeden z żołnierzy coś do niej zawołał. Nie zrozumiała, kiepsko mówił po francusku, chwilę później powtórzył to po niemiecku i jego kompan wybuchnął głośnym śmiechem. Adele była pewna, że nie chciałaby tego usłyszeć.
– Przynajmniej spróbuj się uśmiechnąć – powiedziała Lucille do siostry, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. – Wiem, że nie jesteś zadowolona, ale mogłabyś przynajmniej cieszyć się moim szczęściem. A jeśli to niemożliwe, to chociaż udawaj.
Adele patrzyła, jak jej młodsza siostra wygładza na biodrach długą suknię. Czarno-biały materiał idealnie opływał jej sylwetkę. Sukienka miała dekolt w serek i białą kokardę z przodu, a także odkryte plecy, ukazujące znacznie więcej ciała, niż ojciec zapewne by sobie życzył. Suknia należała niegdyś do ich matki, a Lucille wyglądała w niej wspaniale.
– Nie obawiaj się, zachowam się wzorowo – odparła Adele, uśmiechając się do siostry.
Lucille uniosła brwi.
– Zmieniłaś śpiewkę. Jeszcze wczoraj gotowa byłaś iść na noże na wieść, że Peter przychodzi na kolację.
Adele wzruszyła lekceważąco ramionami.
– Nie chcę się kłócić z tego powodu. Poza tym papa wymusił na mnie obietnicę, że nie będę się awanturować.
Lucille wróciła do oglądania swojego odbicia.
– Czyli nie zmieniłaś zdania, tylko robisz, co ci każą. – W jej tonie słychać było pogardliwą nutę, jednak Adele postanowiła to zignorować. Uznała, że podejdzie do sprawy w inny sposób. Doskonale zdawała sobie sprawę, że im bardziej ktoś wymuszał coś na Lucille, tym bardziej dziewczyna się zapierała. Tutaj potrzebna była delikatna perswazja, wypłynięcie na siostrę tak, by zmieniła zdanie, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest manipulowana. Adele aż wzdrygała się na sam dźwięk słowa „manipulacja”, ale nie miała wyjścia – to była jedyna sensowna taktyka. Teraz wstała i podeszła do Lucille.
– W porównaniu z tobą jestem niezbyt elegancko ubrana – zauważyła. Wybrała rozpinaną kwiecistą suknię z białym kołnierzykiem i krótkimi rękawkami wykończonymi białą lamówką. Zdecydowanie skromniejszy strój niż kreacja siostry.
– Bzdura, wyglądasz ślicznie – odparła Lucille. – Poza tym Peter zabiera mnie później do teatru, więc musiałam się stosownie ubrać. Idziemy do Théâtre Pigalle. Ale nie pytaj, na co.
– Nie wiedziałam, że interesujesz się teatrem.
– Niezbyt, ale Peter owszem. Bo wiesz, on jest bardzo wykształcony i kulturalny.
Adele nie była w stanie powstrzymać cisnącego się do gardła jęku protestu.
– Kulturalny? Nie jestem pewna, czy to właściwe słowo do opisywania nazistów.
– On nie jest nazistą! – Kiedy spojrzały sobie w oczy, w spojrzeniu Lucille pojawiła się wściekłość. – Owszem, jest oficerem niemieckim, ale to nie czyni z niego nazisty. Nie należy do SS.
– A wyznaje ideologię aryjską?
– Skąd mam wiedzieć? Nie rozmawiamy o polityce. – Lucille uniosła wysoko brodę i odwróciła się tyłem do siostry. – Po prostu wykonuje swoją pracę.
Adele musiała napomnieć sama siebie, że przecież zamierzała przekonać Lucille do swoich racji łagodną perswazją, a nie ostrą konfrontacją.
– Oczywiście. – Zmusiła się, by to powiedzieć, i do tego przyjaznym tonem. – Nie powinnam zapominać, że to nie to samo. Peter na pewno nie jest taki jak jego niektórzy towarzysze, przecież nie dałabyś się tak omamić.
Lucille zastygła na chwilę, po czym odwróciła się do siostry.
– Oczywiście, że nie. Traktuje mnie wyłącznie z szacunkiem i miłością. Wiem, że on jest dobrym człowiekiem. – Podeszła do Adele i ujęła jej dłonie. – I bardzo chciałabym, żebyś go polubiła. Wiem, że uważasz mnie za lekkomyślną egoistkę, i może taka jestem, ale bardzo go kocham. Chciałabym, żeby ci się spodobał. Daj mu szansę.
Serce Adele ścisnęło się na widok błagalnego spojrzenia siostry. Lucille nie była naiwna, jednak miała w sobie pewną wrażliwość, czuły punkt, a mianowicie potrzebę bycia kochaną. Adele doskonale wiedziała, że ta potrzeba zyskała na sile w momencie, w którym zmarła ich matka. Ich świat się zawalił, Lucille boleśnie odczuła odejście mamy, straciła pewność siebie, została z przemożną potrzebą akceptacji i miłości. Teraz Adele przytuliła siostrę. Nie zdobyła się na to, by zapewnić, że da Peterowi szasnę, ale też nie zamierzała się już więcej sprzeczać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. (franc.) Idealnie. [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki]. [wróć]
2. (franc.) Brawo, do dzieła. [wróć]
3. (franc.) Bardzo dobrze. [wróć]
4. (franc.) Brawo, moje dzieci! Brawo! [wróć]
5. (franc.) Kochanie. [wróć]
6. (franc.) Tak. [wróć]
7. (franc.) Co się dzieje? [wróć]
8. (franc.) Szkopy, Szwabi. [wróć]
9. (franc.) Dzień dobry. [wróć]
10. (franc.) Wszystko w porządku. [wróć]
11.Entertainer – utwór Scotta Joplina z 1902 r. Dosłowne tłumaczenie tytułu: Artysta. [wróć]
12. Nazwy kroków w stepowaniu. [wróć]
13. (franc.) Piekarnia. [wróć]
14. (franc.) dosł. Skowronku, delikatny skowronku, wyrwę cię…[wróć]
