Nauczycielka tańca - Suzanne Fortin - ebook + książka

Nauczycielka tańca ebook

Fortin Suzanne

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Paryż, rok 1942. Trwa niemiecka okupacja. Adele Basset uczy dzieci tańca, starając się podarować im odrobinę nadziei w ponurych wojennych czasach. Gdy naziści domagają się listy żydowskich uczniów, Adele już wie, jaki czeka ich los. I tylko ona może ich ocalić. W cieniu śmiertelnego zagrożenia ukrywa dzieci na strychu szkoły, lecz utrzymanie tajemnicy staje się coraz trudniejsze. Jeśli mają przeżyć wojnę, muszą opuścić Paryż.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 423

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Moim dzie­ciom: Lia­mowi, Hay­ley, Ross i Esther

oraz wnu­kom: Albiemu i Elsie

Prolog. Fleur

Pro­log

Fleur

West Sus­sex, paź­dzier­nik 2015 r.

Fleur usia­dła na fotelu babci, poło­żyła sobie na kola­nach saty­nową baletkę i oparła ręce na pod­ło­kiet­ni­kach. Zamknąw­szy oczy, prze­su­nęła deli­kat­nie kciu­kami po wypło­wia­łej tapi­cerce. Zawsze gdy myślała o swo­jej babci Lydii, oczyma wyobraźni widziała ją na tymże fotelu: sie­dzącą w wyku­szu, wyglą­da­jącą na zie­leń za oknem, wsłu­chu­jącą się w szum fal na brzegu morza tuż za rzę­dem domów, któ­rych miesz­kańcy cie­szyli się naj­lep­szym, bo niczym nie­zmą­co­nym wido­kiem wybrzeża.

Dziew­czyna wzięła głę­boki wdech i wyczuła cień aro­matu ulu­bio­nych per­fum Lydii – tych samych, które wie­lo­krot­nie kupo­wała jej na uro­dziny. Rive Gau­che od Yves Saint Lau­rent. Odkąd Fleur się­gała pamię­cią, bab­cia była wierna tej per­fumowej kla­syce lat sie­dem­dzie­sią­tych. Dopiero w ostat­nich mie­sią­cach dziew­czyna zro­zu­miała zna­cze­nie tego zapa­chu, któ­rego nazwa odno­siła się do połu­dnio­wego brzegu Sekwany. Rive Gau­che, Lewy Brzeg. Do nie­dawna Fleur nie wie­działa zbyt wiele o prze­szło­ści swo­jej babci – a już na pewno nie miała poję­cia o tym, co działo się w cza­sie wojny, gdy Lydia jako dzie­się­cio­latka miesz­kała w Paryżu pod oku­pa­cją nie­miecką i cho­dziła do szkoły usy­tu­owa­nej naprze­ciwko obec­nego Musée d’Orsay w lewo­brzeż­nej czę­ści mia­sta.

Fleur wypu­ściła powie­trze z płuc i otwo­rzyła oczy. Jej wzrok zatrzy­mał się na minia­tu­ro­wej akwa­reli, która wyszła spod pędzla Pierre’a Valois. Obraz, przed­sta­wia­jący balet­nicę przy drążku, wisiał we wnęce salonu, nad komin­kiem. Kolejny tajemny łącz­nik z prze­szło­ścią Lydii, przez tyle lat pozo­sta­jący na widoku.

Wzrok dziew­czyny prze­niósł się na baletkę i serce jej się ści­snęło tak samo, jak ści­skało się od momentu, w któ­rym poznała histo­rię bucika. Mate­riał był wytarty od nie­zli­czo­nych godzin tańca i nad­gry­ziony zębem czasu. Wstążka postrzę­piła się na brze­gach, ale poza tym wyda­wała się nie­znisz­czona. Ten bucik prze­żył wiele na par­kie­cie pary­skiego stu­dia tańca: piru­ety, obroty, pod­skoki. Uno­sze­nie się i opa­da­nie. Ten bucik niósł w sobie wie­lo­let­nią miłość i nadzieję. Sta­no­wił kolejny łącz­nik mię­dzy prze­szło­ścią a teraź­niej­szo­ścią: z Lydią i dla Lydii. Łącz­nik, który Fleur zamie­rzała zawsze hołu­bić. Który dopro­wa­dzał ją do łez, ale i wywo­ły­wał uśmiech na jej twa­rzy. Dzięki któ­remu czuła dumę.

A teraz, gdy poznała całą prawdę, jego widok za każ­dym razem na nowo łamał jej serce.

Rozdział 1. Adele

Roz­dział 1

Adele

Paryż, maj 1942 r.

Adele Bas­set pod­nio­sła głowę znad pia­nina i wydała dzie­ciom pole­ce­nie, by wyko­nały kon­kretną sekwen­cję kro­ków. Tego dnia pro­wa­dziła balet, i cho­ciaż jej uczniom w wieku od pię­ciu do dzie­się­ciu lat raczej nie była pisana kariera taneczna, to jed­nak niczym nie­skrę­po­wany entu­zjazm mło­dych adep­tów tańca wyna­gra­dzał ich brak umie­jęt­no­ści i natu­ral­nego wdzięku.

Słońce świe­ciło przez cały rząd wiel­kich okien zaj­mu­ją­cych jedną ścianę stu­dia tanecz­nego, a pro­mie­nie, odbi­ja­jąc się od wiel­kich luster, oświe­tlały dzieci niczym reflek­tory. Przy­da­łoby się zro­bić mały remont. W rogu odcho­dziła farba, dwie drew­niane deski pod­ło­gowe, wie­lo­krot­nie łatane, zde­cy­do­wa­nie wyma­gały wymiany. Jed­nak pod oku­pa­cją nie­miecką trudno było o farby i drewno.

– Et demi-plié, kolana ponad pal­cami… Do góry… Et deuxiéme. Port de bras, i skrę­camy w ślad za ręką. – Adele sta­rała się prze­krzy­czeć dźwięk pia­nina. – Wspa­niale! Danielu, par­fait1!

Prawdę powie­dziaw­szy, występ daleki był od dosko­na­ło­ści, ale Adele zawsze stała na sta­no­wi­sku, że popo­łu­dniowe lek­cje tańca nie miały na celu osią­gnię­cia per­fek­cji w tańcu, lecz w rado­ści.

Cze­góż wię­cej można było wyma­gać od dzieci w cza­sie wojny tar­ga­ją­cej Europą? Te sześć­dzie­siąt minut po lek­cjach było codzienną ucieczką zarówno dla nich, jak i dla niej, po dłu­gich godzi­nach sta­nia przy tablicy. Na tej sali, dzięki tań­cowi, ci chłopcy i te dziew­czynki mogli stać się, kim tylko zechcieli i zna­leźć, gdzie tylko mieli ochotę. Bez dwóch zdań zasłu­żyli sobie na drobne przy­jem­no­ści i chwilę odde­chu, jakie dawała im ta godzinka. Prze­cież widzieli okro­pień­stwa, jakich żadne dziecko nie powinno oglą­dać.

Adele wstała od pia­nina, gestem pole­ciła dzie­ciom kon­ty­nu­owa­nie kro­ków, tak samo jak wcze­śniej matka uczyła ją i jej sio­strę Lucille. Mama, Marianne, była prze­piękną i sza­le­nie uta­len­to­waną tan­cerką, pra­cu­jącą w Bal­let de l’Opéra natio­nal de Paris – pary­skiej ope­rze. Karierę prze­rwał jej wypa­dek auto­mo­bi­lowy i póź­niej­sza cho­roba. Myśl o matce, jak zawsze, wywo­łała w niej falę głę­bo­kiego smutku. Minęło już pra­wie dwa­na­ście lat od śmierci Marianne, co sta­no­wiło kamień milowy – od tego momentu matka była nie­obecna w życiu Adele dłu­żej, niż dane jej było w nim ist­nieć. Jed­nak pro­wa­dze­nie lek­cji, prze­ka­zy­wa­nie mło­dym poko­le­niom ducha tańca i miło­ści do tań­cze­nia w jakiś spo­sób przy­bli­żały ją do zmar­łej. Wyczu­wała wtedy jej obec­ność u swo­jego boku.

Adele uśmiech­nęła się do dzieci.

– Bravo! Allez, tendu2. Nie zapo­mi­naj­cie o rękach. Nie mogą doty­kać ciała. Duże koło. Wła­śnie tak, Mar­got. Très bien3.

Sto­jąc ple­cami do uczniów, Adele dołą­czyła do grupy, demon­stru­jąc kroki mniej pew­nym sie­bie dzie­ciom. Jej ucznio­wie nie wyka­zy­wali się jakąś szcze­gólną koor­dy­na­cją ruchów, mieli pro­blem z pra­wi­dło­wym uło­że­niem stóp, ale ener­gia panu­jąca na sali sta­no­wiła praw­dziwą inspi­ra­cję. Dziew­czyna nie miała poję­cia, skąd dzieci ją biorą, i tro­chę żało­wała, że nie może jej uszczk­nąć. Tego dnia czuła się wyczer­pana, zmę­czona nie­ustan­nym napię­ciem, stra­chem, że narazi się Niem­com. Tak łatwo było ich wypro­wa­dzić z rów­no­wagi, tak szybko przy­cho­dził odwet. Kątem oka dostrze­gła swoje odbi­cie w lustrze i poczuła szok na widok znu­że­nia malu­ją­cego się na twa­rzy i ciem­nych krę­gów pod zie­lo­nymi oczami. Jej zwy­kle poły­sku­jące czarne włosy stra­ciły cały swój blask, cia­sno upięte w kok. Zauwa­żyła wyraź­nie zary­so­wane oboj­czyki. Zmniej­sza­jące się racje żyw­no­ściowe nie sprzy­jały uro­dzie.

Drzwi do sali się otwo­rzyły, uka­zała się w nich głowa Gérarda Bas­seta – jej ojca, a jed­no­cze­śnie dyrek­tora szkoły. Męż­czy­zna popra­wił pal­cem oku­lary, omiótł spoj­rze­niem pomiesz­cze­nie i uśmiech­nął się do córki z uzna­niem.

– Wycho­dzę – powie­dział bez­gło­śnie, żeby nie prze­szka­dzać w zaję­ciach. Adele odwza­jem­niła uśmiech i ski­nęła głową, gdy jej ojciec okla­skami nagro­dził uczniów, po czym poma­chał im na poże­gna­nie i znik­nął za drzwiami.

Czter­dzie­ści pięć minut póź­niej Adele zakoń­czyła lek­cję.

– Bravo, mes enfants! Bravo!4 – Ukło­niła się nie­znacz­nie, ucznio­wie zro­bili to samo – był to sygnał, że zaję­cia dobie­gły końca.

Pod­eks­cy­to­wane dzieci oto­czyły ją wia­nusz­kiem. Pod­nio­sła klapę pia­nina i wyjęła nie­wielki płó­cienny wore­czek, po czym przy­ło­żyła palec do ust, by uci­szyć gro­madkę.

Dzie­sięć par oczu wpa­try­wało się w nią z prze­ję­ciem, gdy wło­żyła rękę do woreczka i wydo­była z niego sznur pla­ster­ków jabłka opró­szo­nych cyna­mo­nem. Roz­wią­zała sznu­rek i roz­dała przy­smaki dzie­ciom. Pochło­nęły je w mgnie­niu oka, co do okruszka, i skrzęt­nie obli­zały palce. Ostat­nio cią­gle były głodne, Adele poczu­wała się do tego, by poświę­cić część swo­ich racji i pomóc im poskro­mić ten okropny głód.

– A teraz szyb­ciutko zmień­cie buty – pole­ciła swoim uczniom, gdy skoń­czyli jeść. – Wasze mamy już na pewno cze­kają na dole. – W tym samym momen­cie zauwa­żyła, że jedna z dziew­czy­nek roz­wią­zuje wstążkę, wpa­tru­jąc się z przy­gnę­bie­niem w swoją baletkę. – Co się stało, Juliette? – Ukuc­nęła obok ośmio­latki.

– Mój bucik ma dziu­rawy czu­bek.

Adele przyj­rzała się baletce.

– Hmmm, rze­czy­wi­ście. Twój palec zro­bił dziurę. Będziesz musiała powie­dzieć mamie.

– Mama nie wie. Nie stać jej na nowe buty.

Adele pogła­skała dziew­czynkę po gło­wie i prze­su­nęła dłoń po jej wło­sach zaple­cio­nych w war­ko­czyki.

– Nie martw się, ma petite puce5. Napra­wię je dzi­siaj wie­czo­rem. – Poło­żyła baletki na pia­ni­nie, żeby o nich nie zapo­mnieć. Mama Juliette miała pod opieką jesz­cze troje dzieci, a ponie­waż jej mąż prze­by­wał w obo­zie pracy w Niem­czech, nie miał kto jej poma­gać, więc reno­wa­cja bucika do tańca z pew­no­ścią nie znaj­do­wała się na liście prio­ry­te­tów kobiety.

Adele zebrała baletki od tych dzieci, które nie posia­dały wła­snych. Ona i jej młod­sza sio­stra, Lucille, tań­czyły wcze­śniej, niż zaczęły cho­dzić, a przy­naj­mniej tak twier­dzili ich rodzice. Przez lata zgro­ma­dziły pokaźną kolek­cję butów, które teraz zyskały dru­gie życie i umoż­li­wiały bied­niej­szym dzie­ciom udział w zaję­ciach.

Gdy poma­gała uczniom się prze­brać, wzięła do ręki but pię­cio­let­niego Daniela. Pode­szwa na pię­cie była cienka jak per­ga­min. Tak samo wyglą­dał drugi trze­wik.

– Chwi­leczkę – powie­działa. Wyszła z sali, po chwili wró­ciła z dwoma kawał­kami sztyw­nego kar­tonu, które nie­gdyś były okładką książki do ćwi­czeń, a teraz zostały wycięte na kształt wkła­dek do butów.

– Pro­szę. Dzięki temu doj­dziesz do domu – oznaj­miła, po czym pode­szła do szafki i wyjęła kosz pełen butów jaz­zo­wych. Zaczęła grze­bać w środku, aż wresz­cie zna­la­zła to, czego szu­kała. Podała chłopcu parę butów w odpo­wied­nim roz­mia­rze. – To dla cie­bie. – Wsu­nęła po jed­nym bucie do kie­szeni płasz­czyka chłopca. – Nale­żały do mnie, kiedy byłam w twoim wieku. Powiedz mamie, że to pre­zent.

Gdy wszyst­kie sznu­rówki zostały zawią­zane, a klamry zapięte, dzieci sta­nęły w rządku przy drążku. Adele już miała wypro­wa­dzić je z sali, kiedy drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie i do środka wma­sze­ro­wało dwóch nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Za nimi poja­wił się ofi­cer oraz fran­cu­ski poli­cjant.

– Made­mo­iselle Bas­set? – zapy­tał nie­miecki ofi­cer. Zdjął czapkę, upchnął ją sobie pod pachą i zer­k­nął na trzy­maną w ręku kartkę.

– Oui6 – odparła, pró­bu­jąc nie gapić się na bli­znę, która bie­gła od dol­nej wargi Niemca i zakrę­cała pod jego brodą. Sta­nęła tak, by zasło­nić cia­łem dzieci, i zer­k­nęła na fran­cu­skiego poli­cjanta. Ewi­dent­nie się pocił, miała nadzieję, że ze wstydu. Gdy odwró­cił wzrok pod napo­rem jej spoj­rze­nia, poczuła cień satys­fak­cji na widok jego zmie­sza­nia. „Zdrajca”, prze­szło jej przez myśl.

Ofi­cer pod­niósł głowę znad doku­men­tów i przez chwilę mil­czał.

– Pro­szę się nie oba­wiać. Przy­sze­dłem tylko zebrać pewne infor­ma­cje.

Adele ski­nęła głową, wcale nie­prze­ko­nana, że nie ma powodu do obaw. Nagle poczuła, jak mała dzie­cięca rączka wsuwa się w jej dłoń, a małe ciałko przy­wiera jej do nogi. Daniel. Ści­snęła palce dziecka, żeby dodać mu otu­chy, i spoj­rzała na Niemca.

– W czym mogę pomóc? – zapy­tała.

– Potrzebna mi lista wszyst­kich żydow­skich dzieci w pani kla­sie. Nazwi­sko. Wiek. Adres. – Spoj­rzał poza Adele, na rzą­dek prze­stra­szo­nych twa­rzy, po czym wyrwał kartkę i podał ją dziew­czy­nie. – Pro­szę to wypeł­nić, wrócę tu za dwa­dzie­ścia cztery godziny. Żadne nazwi­sko nie może zostać pomi­nięte, zosta­łoby to potrak­to­wane jako dywer­sja, czego nie będziemy tole­ro­wać. Czy to zro­zu­miałe? – Mach­nął kartką.

– Oui. – Adele ski­nęła głową i zabrała doku­ment. Żołą­dek i serce miała ści­śnięte z prze­ra­że­nia. Zale­d­wie poprzed­niego dnia Manu ze znaj­du­ją­cego się po sąsiedzku muzeum prze­ka­zał jej pogło­ski o łapan­kach lud­no­ści pocho­dze­nia żydow­skiego. Chyba nie miał na myśli dzieci?

– Bar­dzo dobrze. – Męż­czy­zna ponow­nie spoj­rzał na dzieci, jak gdyby pró­bo­wał zapa­mię­tać ich twa­rze, po czym ukło­nił się nie­znacz­nie w stronę Adele i wyma­sze­ro­wał z sali.

Dziew­czyna poczuła, jak ugi­nają się pod nią kolana. Chwy­ciła się drążka, by utrzy­mać rów­no­wagę, a następ­nie wzięła głę­boki wdech i zmu­siła się do uśmie­chu.

– Bar­dzo grzecz­nie sta­li­ście – pochwa­liła dzieci. – Pocze­kaj­cie tu jesz­cze chwi­leczkę.

Wysta­wiła głowę na kory­tarz, by upew­nić się, czy nie­pro­szeni goście opu­ścili budy­nek szkoły. Z oddali, na scho­dach pro­wa­dzą­cych w dół, dobie­gał cich­nący odgłos ich kro­ków. Pode­szła do okna i obser­wo­wała, jak nie­miecki ofi­cer, dwaj żoł­nie­rze i fran­cu­ski poli­cjant wycho­dzą głów­nym wej­ściem na ulicę. Cze­kał już na nich czarny samo­chód – gdy tylko wsie­dli, odje­chał z dużą pręd­ko­ścią.

Ode­tchnęła z ulgą, ale i tak miała poczu­cie pro­fa­na­cji. Myśl, że nie­mieccy żoł­nie­rze i fran­cu­ski poli­cjant weszli do szkoły, napa­wała ją odrazą. Zupeł­nie jakby sama ich obec­ność zanie­czysz­czała i bez­cze­ściła powie­trze w budynku, osia­da­jąc na meblach i sprzę­cie, wci­ska­jąc się w szpary w pod­ło­dze i sufi­cie, roz­prze­strze­nia­jąc się jak zarazki. Posta­no­wiła o tym nie myśleć.

Dzieci zaczy­nały się robić nie­spo­kojne. Sta­nęła przed nimi, jeśli nie przyj­mu­jąc pogodną minę, to przy­naj­mniej robiąc wra­że­nie opa­no­wa­nej, jakby nie było powodu do zmar­twie­nia.

– Czy wszy­scy są już gotowi do wyj­ścia? Rodzice na was cze­kają. – Zago­niła swoje stadko z sali do holu, gdzie matki powi­tały dzieci z wyraźną ulgą – oprócz dwóch, które wyda­wały się o coś sprze­czać.

– Przy­cho­dze­nie tu robi się coraz bar­dziej nie­bez­pieczne – powie­działa matka Juliette, po czym rzu­ciła spoj­rze­nie z ukosa na mamę Daniela, pani Cha­ron.

Ta natych­miast pod­nio­sła głowę.

– Co to ma niby zna­czyć?

– Żydzi. To wy utrud­nia­cie sprawę. Jeśli prze­sta­nie­cie się tu poja­wiać, Niemcy dadzą nam spo­kój.

– Dro­gie panie, pro­szę się opa­no­wać – prze­rwała im Adele. – Powin­ni­śmy się wspie­rać, a nie kłó­cić ze sobą.

– Ja tylko stwier­dzam fakt. – Matka Juliette nie dawała za wygraną.

– Bar­dzo pro­szę wszyst­kich o rozej­ście się do domów. – Adele przy­jęła przy­ja­zny, ale kate­go­ryczny ton, sta­ra­jąc się naśla­do­wać swo­jego ojca, któ­remu uda­wało się budzić sza­cu­nek bez dopro­wa­dza­nia do kon­fron­ta­cji.

Odnio­sła zamie­rzony sku­tek i chwilę póź­niej – ku jej uldze – hol opu­sto­szał. Spoj­rzała na trzy­many w ręku for­mu­larz, który miała wypeł­nić listą nazwisk. Ogar­nęło ją nie­prze­mo­żone pra­gnie­nie, by podrzeć kartkę na strzępy, więc – by unik­nąć pokusy – rzu­ciła ją na biurko w recep­cji. Pani Allard, szkolna sekre­tarka, z pew­no­ścią znaj­dzie ją rano i zrobi to, na co Adele nie mogła się zdo­być. Na dźwięk otwie­ra­ją­cych się nagle drzwi wej­ścio­wych aż pod­sko­czyła. Do szkoły wszedł Manu.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię prze­stra­szyć – powie­dział, zamy­ka­jąc drzwi i muska­jąc prze­lot­nie jej rękę.

– Manu. – Uśmiech­nęła się. Na widok przy­ja­ciela poczuła ulgę, miała tylko nadzieję, że nie zauwa­żył rumieńca, który zakwitł jej na policz­kach. Tego wie­czoru na twa­rzy chło­paka malo­wała się wyraźna tro­ska.

– Wszystko w porządku? – zapy­tała.

– Tak. Mia­łem zadać ci to samo pyta­nie. Widzia­łem two­ich gości. – Wbił w nią spoj­rze­nie swo­ich ciem­nych oczu.

– Chcieli listę naszych żydow­skich uczniów – odparła. Ojciec ostrze­gał ją, żeby nie wyry­wała się z infor­ma­cjami, jed­nak wie­działa, że może zaufać Manu. – Nie wiem, dla­czego obrali sobie za cel dzieci.

Manu wes­tchnął i potarł dło­nią kark.

– Może spraw­dzają, czy żad­nego nie bra­kuje. Krążą plotki, że nie­które rodziny nie wpi­sują swo­ich dzieci na listy. Jak już wspo­mnia­łem, na mie­ście mówi się, że szy­kują się łapanki na Żydów. Nie­któ­rzy z nich pod­jęli decy­zję o ukry­wa­niu się albo wyjeź­dzie z Paryża.

– Dokąd ich zabiorą?

– Podobno do obo­zów pracy, ale kto wie, co tak naprawdę się z nimi sta­nie.

– Nie mogę uwie­rzyć w to, co dzieje się w moim uko­cha­nym mie­ście. – Adele zaczęła prze­mie­rzać hol w tę i z powro­tem. – Widzia­łeś tego poli­cjanta? Spe­cjal­nie go z nimi przy­słali, żeby­śmy myśleli, że to dzia­ła­nia naszego rządu, a nie Niem­ców.

– Wiem, Adele, ale bar­dzo cię pro­szę, zacho­waj spo­kój i rób, co ci każą.

Dziew­czyna się zatrzy­mała.

– Nie jestem aż tak głu­pia, żeby otwar­cie się im sprze­ci­wiać, ale są prze­cież inne spo­soby.

– W rze­czy samej. Tym­cza­sem suge­ruję, żebyś się sto­so­wała do ich pole­ceń. Jaki będzie z cie­bie poży­tek, zwłasz­cza dla dzieci, jeśli zosta­niesz aresz­to­wana?

Adele wie­działa, że Manu ma rację, jed­nak nie­na­wi­dziła poczu­cia bez­rad­no­ści.

– Matki się dzi­siaj pokłó­ciły. Nie udźwi­gnę tego stra­chu i braku zaufa­nia, który nas ota­cza.

Manu ujął jej dłoń.

– Wiem, ale nie możesz dzia­łać pochop­nie. Muszę już iść. Ja też mam listę do spo­rzą­dze­nia.

Serce zabiło jej szyb­ciej, gdy poczuła dotyk jego pal­ców, jed­nak sta­rała się zacho­wać pozory obo­jęt­no­ści.

– Ty też?

– Tak. Zażą­dali wykazu wszyst­kich eks­po­na­tów muze­al­nych.

– Zamie­rzają je prze­jąć?

Manu potwier­dził ski­nie­niem głową.

– Ukraść. Ode­brać je miesz­kań­com Paryża. Wiem, że to nie to samo co życie i los dzieci, ale i tak napawa mnie to głę­bo­kim smut­kiem. – Chło­pak pochy­lił się i poca­ło­wał Adele w oba policzki. – Dobra­noc. Zamknij dobrze za mną drzwi.

– Dobra­noc, Manu.

Przy­glą­dała się, jak odcho­dzi – jak zwy­kle roz­cza­ro­wana, że nie może zostać dłu­żej. Sta­ran­nie zary­glo­wała drzwi, a potem wyjęła klucz z szu­flady i prze­krę­ciła go w zamku. Pla­no­wała wkrótce wra­cać do domu. Jej sio­stra miała tego wie­czoru przy­go­to­wać kola­cję. Ojciec poszedł ode­brać ją z pracy – Lucille była sekre­tarką w budynku rzą­do­wym w cen­trum mia­sta, teraz oczy­wi­ście znaj­du­ją­cym się pod kon­trolą Niem­ców. Ojciec bar­dzo przej­mo­wał się tym, że jego córka pra­cuje w takim miej­scu, i uspo­ka­jało go nieco to, że mógł ją co wie­czór odpro­wa­dzić do domu. Adele nie była pewna, czy jej trzpio­to­wata sio­stra doce­niała ten gest.

Wró­ciła do stu­dia tanecz­nego, zebrała poroz­rzu­cane baletki, wło­żyła je do kosza, a ten scho­wała do szafki. Wyjęła igłę z nitką z przy­bor­nika do szy­cia i zabrała się do cero­wa­nia bucika Juliette. Wbi­jała igłę w różową satynę, prze­cią­gała nitkę w tym samym kolo­rze i cier­pli­wie łatała dziurę na baletce.

Szy­jąc, myślała o swo­jej matce, o podzie­lo­nym mie­ście, o swo­ich uczniach i ranach, które będą musiały się zagoić. Tak jak ten bucik, tak i jej mali ucznio­wie kie­dyś znów będą żyć peł­nią życia, choć bli­zny w ich duszach pozo­staną na zawsze.

Rozdział 2. Adele

Roz­dział 2

Adele

Adele skoń­czyła repe­ro­wać bucik Juliette i zamknęła szkołę na noc. Już miała prze­krę­cić klucz w zamku bramy, kiedy u jej boku sta­nęła kobieta. Roz­po­znała matkę Daniela. Cho­ciaż wie­czór był cie­pły, miała na sobie płaszcz, zapięty po szyję, prze­wią­zany w talii paskiem, a na gło­wie chustkę. Wyda­wała się pobu­dzona i zde­ner­wo­wana.

– Madame Cha­ron. Com­ment çava?7 – Adele nie posia­dała się ze zdu­mie­nia na widok kobiety. Było to coś nie­spo­ty­ka­nego.

– Ja… Chcia­łam podzię­ko­wać za buty – zaczęła pani Cha­ron. – Jest mi wstyd, że nie potra­fię zadbać o wła­sne dziecko.

– Pro­szę mi nie dzię­ko­wać – odparła Adele. – Cie­szę się, że mogłam pomóc.

Matka Daniela zaci­snęła wargi, po czym dodała:

– Jestem też wdzięczna za to, że sta­nęła pani w mojej obro­nie wtedy, w holu.

– Powtó­rzę: naprawdę nie musi mi pani dzię­ko­wać. Wszy­scy żyjemy w stra­chu, ludzie mówią rze­czy, które w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach nawet nie prze­szłyby im przez usta. – Dziew­czyna prze­krę­ciła klucz w zamku, zakła­da­jąc, że to zamyka roz­mowę, jed­nak gdy zer­k­nęła na matkę Daniela, odnio­sła wra­że­nie, że to nie koniec. – Czy wszystko w porządku, madame?

– Muszę z panią poroz­ma­wiać – odparła kobieta. – W jakimś ustron­nym miej­scu.

Naglący ton jej głosu spra­wił, że Adele otwo­rzyła z powro­tem bramę i bez zbęd­nych pytań popro­wa­dziła panią Cha­ron do budynku szkol­nego. Zamknęła za nimi drzwi i zabez­pie­czyła zasu­wami.

– Co się stało?

– Daniel prze­ka­zał, że nie­miecki ofi­cer kazał pani spo­rzą­dzić listę nazwisk. Żydow­skich. Czy to prawda? – Kobieta chwy­ciła zwi­niętą w pięść dłoń drugą dło­nią, by powstrzy­mać ich drże­nie.

– Nie­stety, bar­dzo mi przy­kro. – Adele czuła się winna, cho­ciaż prze­cież nie miała powodu. – Nie chcę tego robić, pro­szę mi wie­rzyć. Bar­dzo nie chcę.

Matka Daniela ski­nęła głową i prze­łknęła ner­wowo ślinę.

– Jestem pewna, że tak wła­śnie jest. Ale zdaje sobie pani sprawę z tego, co to ozna­cza, prawda?

– Nic nie wiemy na pewno. – Adele sta­rała się utrzy­mać cień nadziei w swoim gło­sie, żeby uspo­koić coraz bar­dziej roz­dy­go­taną kobietę.

– Co za tchó­rzo­stwo! – wark­nęła matka Daniela. – Nie chce pani przy­znać, że dosko­nale pani wie, co to ozna­cza. Umywa pani ręce i znaj­duje wymówki, żeby nic nie robić, nie poma­gać nam i nie zapo­biec nie­szczę­ściu.

– Ja… Prze­pra­szam… – Adele zaczęła się jąkać. To oskar­że­nie ją zszo­ko­wało. Miała wra­że­nie, jakby została spo­licz­ko­wana. Chciała czuć wście­kłość, ode­przeć oskar­że­nie, jed­nak w głębi duszy wie­działa, że nie powinna. Pani Cha­ron miała rację: jej ule­głość ozna­czała tchó­rzo­stwo.

– Zabiorą nas. Nie jeste­śmy fran­cu­skimi Żydami. Przy­je­cha­li­śmy tu pięt­na­ście lat temu, żeby zacząć nowe życie. Jakimi byli­śmy głup­cami! Wszystko stra­ci­li­śmy. Wszyst­kie środki do życia. Nie mamy nic, żeby się wyku­pić. W ubie­głym mie­siącu zamro­zili nam konta ban­kowe. Wkrótce zostaną mi w port­mo­netce ostat­nie monety. Wczo­raj wywie­sili listę zawo­dów, któ­rych nie wolno nam już wyko­ny­wać. Dzi­siaj żądają imion naszych dzieci. Czy pani nie widzi, co dzieje się w Paryżu?

Adele zro­biła krok do tyłu w oba­wie, że pani Cha­ron będzie pró­bo­wała wydu­sić z niej odpo­wiedź.

– Widzę. Każ­dego dnia na to patrzę. Ale co mogę zro­bić? Jest mi bar­dzo przy­kro, ale muszę im podać te dane.

– Pani ojciec to sza­no­wany czło­wiek. Dobro­duszny, całym ser­cem oddany szkole i uczniom. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że odzie­dzi­czyła pani po nim te szla­chetne cechy. Mój syn panią uwiel­bia. – Kobieta zło­żyła ręce jak do modli­twy. – Pro­szę, bła­gam, niech pani nie wpi­suje Daniela na listę.

– Muszę. Jeśli porów­nają ją ze spi­sem lud­no­ści, wszystko wyj­dzie na jaw.

– Pro­szę. Niech pani jesz­cze się zasta­nowi. Niech znaj­dzie pani w sercu siłę, by mi pomóc. By pomóc mojemu dziecku. – Oczy kobiety wypeł­niły się łzami.

Adele odru­chowo ją objęła, natych­miast zapo­mi­na­jąc o wszel­kich ani­mo­zjach. Chciała dodać otu­chy bied­nej matce, zapew­nić ją, że wszystko będzie dobrze, że ist­nieje roz­wią­za­nie tej sytu­acji. Bru­talna prawda była jed­nak taka, że nie znaj­do­wała żad­nych wia­ry­god­nych słów pocie­sze­nia.

Kobieta się odsu­nęła.

– Muszę iść. Zosta­wi­łam Daniela u sąsiadki. Prze­pra­szam, że zawra­ca­łam pani głowę, nie powin­nam była.

– Nie szko­dzi. Tyle że nie mam poję­cia, jak mogła­bym pomóc. – Otwo­rzyła zasuwę. – Madame Cha­ron, pro­szę zacho­wać ostroż­ność. I niech pani uważa, z kim pani roz­ma­wia.

Kobieta przy­sta­nęła w drzwiach.

– Jeśli cokol­wiek mi się sta­nie, pro­szę pomóc Danie­lowi.

Zanim Adele zdo­łała odpo­wie­dzieć, drobna kobieca postać w chu­stce i płasz­czu wyśli­zgnęła się na ulicę.

Gdy dziew­czyna ruszyła w stronę domu, jej myśli krą­żyły wokół obu popo­łu­dnio­wych wizyt. Wkrótce dotarła do budynku, któ­rego kre­mowo tyn­ko­wane ściany wzno­siły się na cztery pię­tra, zwień­czone sza­rymi lukar­nami na pod­da­szu. Popchnęła drew­niane drzwi i zaczęła wspi­nać się po spi­ral­nych scho­dach na samą górę. Jej ojciec, z racji wieku, wybie­rał zwy­kle windę, ale ona lubiła to codzienne wyzwa­nie w postaci pięć­dzie­się­ciu dwóch stopni. Kiedy weszła do miesz­ka­nia, ojciec i Lucille wła­śnie zasia­dali do stołu.

– Dobre wyczu­cie czasu – powie­działa jej sio­stra.

Adele przy­tak­nęła, przy­wi­tała się z tatą i Lucille, cału­jąc ich w oba policzki, po czym usia­dła naprze­ciwko.

– Wygląda ład­nie – oznaj­miła, chwy­ta­jąc za łyżkę i zanu­rza­jąc ją w tale­rzu z zupą. Na dnie pły­wały ziem­niaki i mar­chewka – praw­dziwe rary­tasy.

– Sma­kuje ci? – zapy­tała Lucille, przy­glą­da­jąc się sio­strze badaw­czo.

– O tak, pyszna. Nie mogę uwie­rzyć, że zdo­by­łaś mar­chew. Jak tego doko­na­łaś?

Już od dobrych kilku tygo­dni ich codzienne menu opie­rało się wyłącz­nie na ziem­nia­kach. Kry­zys żywie­niowy pogłę­biał się z każ­dym dniem, Niemcy zabie­rali co naj­mniej jedną trze­cią pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych, czę­sto prze­kra­cza­jąc tę ilość, i zosta­wiali nie­wiele dla całej reszty narodu. Głód był głów­nym tema­tem roz­mów na uli­cach, zwłasz­cza w ostat­nim cza­sie, kiedy usta­wiały się dłu­gie kolejki osób po ubo­gie racje, które im się nale­żały. Nie­rzadko nawet i tego bra­ko­wało.

Lucille uśmiech­nęła się z pod­eks­cy­to­wa­niem, a w jej nie­bie­skich oczach zami­go­tały iskierki.

– Od zaprzy­jaź­nio­nej osoby – odparła.

– Zaprzy­jaź­nio­nej? – powtó­rzyła Adele, która widziała, jak bar­dzo Lucille pra­gnie podzie­lić się wia­do­mo­ścią. – Kto to taki?

– Ktoś z pracy.

– Jak ma na imię ta twoja przy­ja­ciółka? – Adele była roz­ba­wiona, że jej dwu­dzie­sto­let­nia sio­stra potrafi zacho­wy­wać się jak małe dziecko.

– To nie jest ona. – Na twarz Lucille wpeł­znął rumie­niec. – To on.

Adele uśmiech­nęła się sze­roko.

– Oooo. Mów.

Zer­k­nęła z ukosa na ojca, jed­nak na nim nie zro­biło to wra­że­nia. Być może nie podo­bała mu się myśl, że jego mała córeczka może mieć chło­paka.

– Ma na imię Peter. Peter Müller.

– Müller? Czy to nie jest nie­miec­kie nazwi­sko?

– Ow­szem. – Lucille spoj­rzała na nią bun­tow­ni­czo.

– Opo­wiedz jej resztę – pole­cił ojciec.

– Resztę? – Adele prze­nio­sła wzrok z taty na sio­strę.

– Jest ofi­ce­rem Wehr­machtu. – Lucille mie­szała zupę łyżką. – Ale zanim cokol­wiek powiesz, nie należy do SS, Gestapo ani niczego podob­nego. Jest zwy­czaj­nym ofi­ce­rem w woj­sku i wyko­nuje swoją pracę tak samo jak każdy inny ofi­cer w każ­dej innej armii w każ­dym innym kraju.

– Ale Lucille, to nie ma zna­cze­nia! Zwią­zu­jąc się z Niem­cem, będziesz uznana za kola­bo­rantkę! – Adele była w szoku i nie potra­fiła tego ukryć, ani w gło­sie, ani na twa­rzy. Co ta jej sio­stra sobie myślała? – Papo, chyba tego nie apro­bu­jesz? – zwró­ciła się do Gérarda Bas­seta. – Każ jej natych­miast zakoń­czyć ten zwią­zek.

– Adele, prze­stań się bawić w star­szą sio­strę. Nie będziesz mi mówić, co mam robić. Jestem doro­słą kobietą i sama o sobie decy­duję.

– Papo… – pro­siła Adele. – Pro­szę, powiedz jej coś.

Męż­czy­zna wes­tchnął ciężko, odło­żył łyżkę na stół i splótł palce.

– Prze­ka­za­łem Lucille swoje zda­nie na ten temat. Dałem jej wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie akcep­tuję tej rela­cji, ale, jak twoja sio­stra słusz­nie zauwa­żyła, jest już doro­sła i sama podej­muje decy­zje.

– To idio­tyzm! – Adele nie była w sta­nie się powstrzy­mać. Nie po tym, co ją wcze­śniej spo­tkało. W swoim ojcu uwiel­biała jego libe­ralne i postę­powe poglądy, ale tym razem posu­nął się zbyt daleko. – Ten twój ofi­cer, Lucille, jest nie­miec­kim żoł­nie­rzem. Wro­giem. Jakim cudem tego nie widzisz? Nie mar­twisz się tym, co ludzie powie­dzą? Że jesteś mate­ra­cem dla les boches8!

– Adele, dość tego! – ostrzegł ją ojciec.

– Przy­kro mi, ale taka jest prawda.

– Nie inte­re­suje mnie, co inni mają do powie­dze­nia – zri­po­sto­wała Lucille. – Zwłasz­cza te wszyst­kie stare, zgorzk­niałe baby, przez które prze­ma­wia zazdrość, które nie mogą ścier­pieć, gdy mło­dzi cie­szą się życiem.

– To nie tak – odparła Adele. – Cho­dzi o coś wię­cej.

– Wiesz, Adele, zawsze byłaś dla mnie auto­ry­te­tem. Star­szą sio­strą. Może masz tylko cztery lata wię­cej, ale opie­ko­wa­łaś się mną jak matka. Papa zawsze wpa­jał nam, żeby­śmy tole­ro­wali innych i nie osą­dzali ich pochop­nie. Muszę przy­znać, że jestem zawie­dziona tym, że odwra­casz się od naszych zasad i war­to­ści.

– Jak możesz mówić coś takiego? Prze­cież to wła­śnie Niemcy są pozba­wieni jakich­kol­wiek zasad moral­nych – wark­nęła Adele.

– Gdy­byś go poznała, na pewno by ci się spodo­bał. Wcale nie chciał iść woj­ska, po pro­stu został wcie­lony. Nie wybrał takiej ścieżki, z zawodu jest inży­nie­rem – wyja­śniła jej sio­stra. – Myśla­łam, że ucie­szysz się z mojego szczę­ścia. Kocham Petera, a on kocha mnie.

Lucille miała rację. Kiedy zmarła ich mama, Adele prze­jęła rolę opie­kunki. Świa­do­mość, że musi się o kogoś trosz­czyć, pomo­gła jej prze­trwać ten trudny czas. A teraz Lucille jej to wszystko wygar­nęła. Być może jej młod­sza sio­stra była już doro­słą kobietą, ale prze­ma­wiała przez nią naiw­ność.

– Kocha­cie się? – Adele nie potra­fiła ukryć iro­nii w gło­sie.

– Tak, i to bar­dzo.

– A od jak dawna się spo­ty­ka­cie?

– Od sze­ściu tygo­dni. – Lucille nie pozbyła się swo­jego bun­tow­ni­czego tonu.

– Papo, wie­dzia­łeś o tym?

Gérard pokrę­cił prze­cząco głową.

– Nie. Dopiero dzi­siaj się dowie­dzia­łem.

– I jak sobie wyobra­żasz dal­szy ciąg tego romansu? – Adele zwró­ciła się do sio­stry.

– Po zakoń­cze­niu wojny weź­miemy ślub. – W ustach Lucille brzmiało to jak naj­zwy­czaj­niej­sza rzecz w świe­cie.

– Ile on ma lat? – Adele nie potra­fiła się zdo­być na to, by wymó­wić imię Niemca.

– Trzy­dzie­ści jeden. I zanim zaczniesz komen­to­wać, chcę nad­mie­nić, że mam w nosie róż­nicę wieku. Dla żad­nego z nas nie ma to zna­cze­nia.

– Trzy­dzie­ści jeden? Jestem zasko­czona, że w tym wieku się jesz­cze nie oże­nił. – Adele upiła łyk wody.

Zapa­dła cisza. Tym razem Lucille nie odpo­wie­działa.

Adele odsta­wiła szklankę.

– Ma żonę, prawda? – To było jedy­nie przy­pusz­cze­nie, jed­nak skrzy­żo­wane ręce sio­stry i to, że nie chciała spoj­rzeć jej w oczy, potwier­dziły jej podej­rze­nia. – Lucille, on jest żonaty, tak? – powtó­rzyła.

Jej sio­stra unio­sła gwał­tow­nie głowę, na jej twa­rzy malo­wał się gniew.

– A jeśli tak, to co? Jest nie­szczę­śliwy w tym mał­żeń­stwie. Nie kochają się i kiedy wojna się skoń­czy, weź­mie z nią roz­wód, a wtedy będzie mógł oże­nić się ze mną.

Adele w roz­pa­czy chwy­ciła się za głowę. W pokoju zapa­dło mil­cze­nie, które osta­tecz­nie prze­rwał Gérard Bas­set:

– Muszę przy­znać, że nie jestem zado­wo­lony z takiego prze­biegu wyda­rzeń, ale zdaję sobie sprawę, że tak po pro­stu bywa. Oczy­wi­ście widział­bym dla cie­bie inną przy­szłość… Chwi­leczkę, Lucille, wysłu­chaj mnie do końca… ale jed­no­cze­śnie sza­nuję twoje decy­zje. Pro­szę tylko o jedno, żebyś prze­my­ślała sobie to wszystko, zanim na dobre się zaan­ga­żu­jesz. To nie są nor­malne czasy. Ludzie reagują z wielką nie­chę­cią na woj­sko nie­miec­kie, które rośnie w siłę i pozwala sobie na coraz wię­cej. To także musisz wziąć pod uwagę – dodał i zamilkł na chwilę. – Plus, powin­naś pamię­tać o mnie i o Adele.

– Wła­śnie, papa ma rację. – Adele pod­nio­sła głowę. – Nie możesz nara­żać nas na nie­bez­pie­czeń­stwo tylko dla­tego, że jesteś ślepo zako­chana.

– I kto to mówi o śle­pym zako­cha­niu – wark­nęła Lucille. – Przy­naj­mniej ja nie kryję się z moimi uczu­ciami, czego nie można powie­dzieć o tobie.

– Co to niby ma zna­czyć? – zapy­tała Adele z obu­rze­niem.

Jej sio­stra prych­nęła.

– Manu. Kochasz się w nim od lat i cze­kasz z nadzieją, że w końcu zamiast sio­strzyczki zoba­czy w tobie kobietę. Mar­nu­jesz życie na tym cze­ka­niu. Ja nie zamie­rzam popeł­nić tego samego błędu. – Lucille wypro­sto­wała się i unio­sła brodę, jak to robiła zawsze, gdy uwa­żała, że ma rację.

Słowa sio­stry zakłuły Adele bar­dziej, niż gotowa byłaby przy­znać.

– Prze­stań. Gadasz głu­poty.

– To nie są głu­poty – zaśmiała się Lucille. – Myślisz, że nie zauwa­ży­łam, jak sze­roko się uśmie­chasz, gdy tylko o nim mówisz? Rumie­nisz się jak doj­rzały pomi­dor, gdy wita cię cału­sem, a kiedy odcho­dzi, wyglą­dasz jak porzu­cony szcze­niak. A gdy w zeszłym mie­siącu poja­wił się ze swoją nową dziew­czyną, Edith, szlo­cha­łaś do poduszki w swoim pokoju. Sły­sza­łam twój płacz przez ścianę.

– Prze­stań – syk­nęła Adele, zasko­czona, ale i zawsty­dzona okrut­nymi, choć peł­nymi prawdy sło­wami sio­stry.

– Lucille, dość tego – zaopo­no­wał ojciec.

– Poza tym, nie rozu­miem, w jaki niby spo­sób mia­ła­bym nara­żać was na nie­bez­pie­czeń­stwo – cią­gnęła dziew­czyna. – Prze­cież nie robi­cie nic złego, nie aresz­tują was za prze­strze­ga­nie prawa.

Adele od razu pomy­ślała o małym Danielu i jego matce. Nic nie robiła złego – jesz­cze nie.

– Nie wszystko kręci się wokół cie­bie – oznaj­miła. Zaczy­nała tra­cić cier­pli­wość. Jak jej sio­stra mogła być ślepa na to, co się działo we Fran­cji? Co przy­tra­fiało się miesz­kań­com i mia­stom?

– Wokół cie­bie też nie – odparła Lucille. – Jest mnó­stwo korzy­ści. Nie zauwa­ży­łam, żebyś pro­te­sto­wała, gdy jadłaś mar­chew. A dosta­li­śmy ją od Petera. Masz podwójne stan­dardy.

– Gdy­bym wie­działa, nie tknę­ła­bym tych warzyw – dla samej zasady! Gdy­bym mogła zmu­sić się do wymio­tów tak, żeby zwró­cić wyłącz­nie mar­chew, zro­bi­ła­bym to.

– I to ty niby jesteś ta doj­rzała. – Lucille prze­wró­ciła oczami i wstała, by odnieść talerz do zlewu. – Musisz przy­zwy­czaić się do sytu­acji, ponie­waż zapro­si­łam Petera na kola­cję na pią­tek – dodała i wyma­sze­ro­wała z kuchni.

– W takim wypadku nie przyjdę na kola­cję! – krzyk­nęła Adele.

Gérard Bas­set poło­żył rękę na ramie­niu córki w uspo­ka­ja­ją­cym geście.

– To nie byłoby roz­sądne, tylko zwró­ci­ła­byś na sie­bie uwagę, a to mogłoby pogor­szyć sprawę.

Adele prych­nęła z fru­stra­cji, czu­jąc, jak wzbiera w niej gniew. Ostat­nie, na co miała ochotę, to zasiąść do wspól­nego stołu z ofi­ce­rem nie­miec­kim, jed­nak istot­nie wolała nie nara­żać się na nie­po­trzebne zain­te­re­so­wa­nie ze strony wro­gów.

Roz­my­śla­nia prze­rwały jej krzyki dobie­ga­jące z ulicy. Pode­szła w ślad za ojcem do okna i wyj­rzała, by spraw­dzić, co to za zamie­sza­nie.

Nie­miecki patrol zatrzy­mał się pod ich budyn­kiem, żoł­nie­rze wypy­ty­wali o coś kobietę i nasto­latka, który zapewne był jej synem. Kobieta stała przy­parta do muru, zakupy z jej koszyka wysy­pały się pro­sto na zie­mię. Jeden z żoł­nie­rzy mie­rzył do niej z broni, drugi krzy­czał na chło­paka, który nie mógł mieć wię­cej niż czter­na­ście–pięt­na­ście lat. Dzie­ciak wyda­wał się prze­ra­żony i nie rozu­miał chyba, co się dzieje. Żoł­nierz bez ostrze­że­nia ude­rzył go kolbą kara­binu w twarz. Kobieta zaczęła krzy­czeć, gdy jej syn upadł na zie­mię. Adele aż się zapo­wie­trzyła na ten widok i chwy­ciła ojca za rękę.

– Papo! Co oni robią? Prze­cież to jesz­cze dziecko.

– Nie patrz na to – popro­sił ojciec.

Jed­nak dziew­czyna pokrę­ciła prze­cząco głową. Nie zamie­rzała pozwo­lić sobie na luk­sus odwró­ce­nia głowy i igno­ro­wa­nia agre­sji. Ta biedna matka nie mogła tego zro­bić, więc dla­czego ona mia­łaby mieć taki przy­wi­lej?

Kobieta, na­dal krzy­cząc, rzu­ciła się do syna, jed­nak pierw­szy żoł­nierz zata­ra­so­wał jej drogę i trzy­ma­nym poziomo kara­bi­nem, przy­parł ją z powro­tem do ściany.

Jego towa­rzysz wrzesz­czał na chłopca, który leżał zwi­nięty na ziemi. Ten pró­bo­wał wstać, ale żoł­nierz powa­lił go kop­nia­kiem w brzuch. A potem splu­nął na niego, zawo­łał na swo­jego kolegę, po czym obaj wsie­dli do samo­chodu i odje­chali.

Adele bez waha­nia popę­dziła do kuchni, chwy­ciła czy­stą szmatkę i gar­nek z nie­dawno zago­to­waną wodą, a następ­nie zbie­gła po scho­dach na dół, na ulicę. Kobieta poma­gała swo­jemu synowi usiąść.

– Co z nim? – zapy­tała Adele, sta­wia­jąc gar­nek na chod­niku, obok chłopca.

Kobieta spoj­rzała na nią z waha­niem.

– Widziała pani?

– Z okna. Tak mi przy­kro.

Nie­zna­joma przez chwilę się w nią wpa­try­wała, po czym ski­nęła głową.

– Stra­cił dwa zęby. – Prze­łknęła ciężko ślinę i wyjęła gar­nek z rąk dziew­czyny. – Dzię­kuję.

Adele zaczęła zbie­rać roz­sy­pane wik­tu­ały. Gérard Bas­set wyszedł z domu, w ręku niósł pasy bia­łek tka­niny, zapewne kawałki prze­ście­ra­dła, które podarł na ban­daże.

Oboje oczy­ścili rany chłopca tak, jak potra­fili, męż­czy­zna zaban­da­żo­wał mu głowę, żeby zata­mo­wać krwa­wie­nie.

– Czy mogę odpro­wa­dzić was do domu? – zapy­tał.

– Nie, już i tak oka­za­li­ście nam wiele serca. – To powie­dziaw­szy, kobieta pomo­gła synowi wstać, pod­trzy­mu­jąc go jedną ręką, w dru­giej dzier­żąc koszyk. Kuś­ty­ka­jąc, ruszyli w swoją stronę.

– Czym oni sobie zasłu­żyli na coś takiego? – zapy­tała Adele, gdy wra­cali do domu.

– Kto to wie? – wes­tchnął jej ojciec. – Oni robią to dla zabawy.

– Nie wiem, jak mogą spoj­rzeć na sie­bie w lustrze.

Do końca wie­czoru nie była w sta­nie pozbyć się z głowy obrazu pobi­tego chło­paka. Jego bez­bron­no­ści i bez­rad­no­ści matki, która musiała na to patrzeć. Powie­dzieć, że odczu­wała gniew, to jakby nic nie powie­dzieć o emo­cjach, które nią owład­nęły. O wiele lep­szym sło­wem wyda­wała się wście­kłość. Adele brzy­dziła się wszyst­kim, co wią­zało się z oku­pa­cją, lecz naj­bar­dziej gar­dziła spo­so­bem, w jaki trak­to­wano jej roda­ków, męż­czyzn, kobiety i dzieci.

Gdy roz­cze­sy­wała włosy przed pój­ściem spać, poprzy­się­gła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by prze­ciw­sta­wić się złu.

Rozdział 3. Fleur

Roz­dział 3

Fleur

West Sus­sex, lipiec 2015

Fleur pod­je­chała pod dom babci, Jasmine Cot­tage, znaj­du­jący się na osie­dlu Beach Estate w Fel­pham – cichej nad­mor­skiej wio­sce w hrab­stwie West Sus­sex. Odkąd dziew­czyna się­gała pamię­cią, jej babka miesz­kała w skrom­nym budynku tuż nad brze­giem morza. Zresztą Fleur wycho­wy­wała się tutaj od śmierci swo­jej mamy. Dzia­dek zmarł, zanim się uro­dziła, Lydia została wdową w mło­dym wieku, więc kiedy ode­szła jej córka, a matka Fleur, bab­cia i wnuczka stały się dla sie­bie wszyst­kim. Jakimś cudem trzy­mały się nawza­jem na powierzchni, nawi­gu­jąc przez wzbu­rzony ocean roz­pa­czy i żałoby.

Domek wyglą­dem przy­po­mi­nał gór­skie chaty szwaj­car­skie, miał dach o wąskim szczy­cie i nie­duży drew­niany bal­kon na pię­trze od strony ulicy. Wyło­żony bia­łymi deskami, z prze­szklo­nym tara­sem cią­gną­cym się na całą sze­ro­kość ściany, był jed­nym z naj­bar­dziej sta­ro­świec­kich budyn­ków na osie­dlu, jed­nak Fleur uwiel­biała go za to nie­do­ce­niane piękno. I cho­ciaż dwa lata wcze­śniej wypro­wa­dziła się do wła­snego miesz­ka­nia, to na­dal miała klucz do drzwi wej­ścio­wych. Bab­cia kazała go jej zatrzy­mać, twier­dząc, że Jasmine Cot­tage na zawsze pozo­sta­nie jej domem. Teraz dziew­czyna otwo­rzyła sobie drzwi, weszła do środka i zawo­łała:

– Bab­ciu! To ja!

Zaj­rzała do salonu, spo­dzie­wa­jąc się zastać bab­cię w jej ulu­bio­nym miej­scu z wido­kiem na ogród, jed­nak fotel był pusty. Na sto­liku obok leżała para bale­tek. Fleur roz­po­znała w nich pointy nale­żące do Lydii. Nie widziała ich już od dłuż­szego czasu.

Pod­nio­sła jeden but. Mate­riał był wypło­wiały, cienki, wytarty na pal­cach od wielu godzin tańca. Przez usztyw­nie­nie przodu baletka wyda­wała się wielka i aż trudno było sobie wyobra­zić drobną stopę Lydii w środku. Odło­żyła pointę, a wtedy zwró­ciła uwagę na leżące na sto­liku zdję­cie. Przed­sta­wiało bab­cię w póź­nym wieku nasto­let­nim. Stała przy drążku z jedną nogą unie­sioną w bok, stopy miała wypro­sto­wane, jedną rękę wygi­nała nad głową w łuk. Fleur nie znała tej foto­gra­fii, ale, co musiała przy­znać, w ogóle nie widy­wała zbyt wielu fotek babci z mło­do­ści.

– Bab­ciu! – zawo­łała gło­śniej, prze­cho­dząc do kuchni.

– Jestem na górze! – usły­szała Lydię. Mimo że od początku lat pięć­dzie­sią­tych kobieta miesz­kała w Anglii, dokąd przy­je­chała jako młoda, cię­żarna mężatka, w jej gło­sie na­dal sły­chać było fran­cu­ski akcent. Jak się oka­zało, bab­cia sie­działa przy kom­pu­te­rze w pokoju gościn­nym.

– Cześć, bab­ciu. – Fleur przy­wi­tała ją cału­sem w oba policzki. – Wszystko w porządku?

– Bon­jour9, moja kochana. Çava, bien10. – Lydia lubiła wpla­tać fran­cu­skie słowa w swoje wypo­wie­dzi. – Et toi? A ty?

– Okej – odparła dziew­czyna, wyglą­da­jąc przez okno na tereny zie­lone znaj­du­jące się w samym środku osie­dla. Dom Lydii stał przy jed­nej z czte­rech ulic, które je ota­czały, jedna z nich pro­wa­dziła bez­po­śred­nio do plaży. Fleur usia­dła na fotelu i wzięła do ręki leżącą na pod­ło­kiet­niku książkę. – Dobra?

– Pas trop mal. Nie­naj­gor­sza, ale chyba już wiem, kto zabił.

– Nie wąt­pię w to, made­mo­iselle Mar­ple – zakpiła Fleur.

Lydia się uśmiech­nęła, jed­nak uśmiech znik­nął z jej ust nie­mal tak samo szybko, jak się na nich poja­wił.

– Twoja mama uwiel­biała kry­mi­nały. Aga­tha Chri­stie była jej ulu­bioną autorką.

Fleur ski­nęła głową.

– Wiem. Zawsze czy­tała jed­no­cze­śnie co naj­mniej dwie książki. Pamię­tam, że jedną nosiła w torebce.

Lydia wzięła powieść, poło­żyła ją sobie na kola­nach i oparła dło­nie na okładce.

– Gdy czy­tam nale­żące do niej książki, nie­mal czuję jej obec­ność. Wiem, że to brzmi dziw­nie, ale dzięki temu mam wra­że­nie, że jest bli­sko. – Kobieta zaczęła kart­ko­wać powieść. – Świa­do­mość, że ręce two­jej mamy, mojej córki, doty­kały tych stron, to dla mnie tak, jak­bym mogła ją dotknąć.

Fleur nie była w sta­nie spoj­rzeć na bab­cię. Miała wyrzuty sumie­nia, że nie podziela jej odczuć. Gdyby tylko mama nie posta­no­wiła tam­tego dnia poje­chać do mia­sta, do tej cho­ler­nej biblio­teki, tylko dla­tego, że potrze­bo­wała nowych lek­tur do czy­ta­nia. Gdyby nie wyje­chała z domu, nie zna­la­złaby się na dro­dze tam­tej cię­ża­rówki, któ­rej kie­rowca stra­cił przy­tom­ność i prze­je­chał na czer­wo­nym świe­tle. Nie byłoby wypadku, nie zgi­nę­łaby na miej­scu. Wszystko z powodu ksią­żek.

Jak to i wcze­śniej bywało, ból wywo­łany utratą matki został przy­ćmiony poczu­ciem nie­spra­wie­dli­wo­ści i zło­ścią na okrutny los. Fleur wola­łaby czuć cokol­wiek innego od gniewu, który tłu­mił jej żałobę, ale jed­no­cze­śnie wie­działa, że jeśli złość znik­nie, sta­nie przed koniecz­no­ścią upo­ra­nia się z roz­pa­czą – wypły­nię­cia na nie­znane wody, któ­rych nie miała naj­mniej­szej ochoty pozna­wać.

– Nie bój się swo­ich emo­cji. – Lydia prze­rwała jej roz­wa­ża­nia. – Prze­stań myśleć o tym wszyst­kim w kate­go­riach poczu­cia winy. To był wypa­dek.

Dziew­czyna na­dal wbi­jała wzrok w pod­łogę. Oczy­wi­ście, zda­wała sobie sprawę, że to był wypa­dek, jed­nak wie­działa, że gdy zaak­cep­tuje fakt, że nie dało się go unik­nąć, będzie zmu­szona poże­gnać się z gnie­wem. Tym­cza­sem to złość i strach sku­tecz­nie chro­niły ją przed roz­pa­czą. Nie po raz pierw­szy poja­wiał się ten temat, jed­nakże Fleur zauwa­żyła, że w ostat­nich mie­sią­cach jej bab­cia coraz czę­ściej do niego wra­cała.

– Tylko na wła­snych zasa­dach jestem w sta­nie się z tym upo­rać, bab­ciu – oświad­czyła prze­pra­sza­ją­cym tonem.

– Wiem, ale to nie­zdrowe. Mar­twię się.

– Naprawdę, jest okej. – Dziew­czyna w końcu spoj­rzała Lydii w oczy. Zmu­siła się nawet do uśmie­chu, a potem wska­zała ręką na kom­pu­ter.

– Czym się zaj­mu­jesz?

– Prze­glą­dam pary­skie hotele, sta­ram się zna­leźć naj­lep­szą ofertę.

Kiedy tylko Fleur wspo­mi­nała swoim zna­jo­mym, że jej bab­cia jest za pan brat z nowo­cze­sną tech­no­lo­gią, codzien­nie ćwi­czy balet, trzy razy w tygo­dniu pływa w morzu, posiada samo­chód, ale woli poru­szać się rowe­rem, każdy z nich wyobra­żał sobie ener­giczną i cał­kiem młodą bab­cię. I nikt nie mógł uwie­rzyć, gdy Fleur z dumą oznaj­miała, że Lydia jest już po osiem­dzie­siątce.

– Ach, twoja coroczna wyprawa do Paryża – domy­śliła się Fleur. – Nie zatrzy­masz się w tym samym hotelu co zawsze?

– Mam nadzieję, że tak. – Lydia zdjęła oku­lary do czy­ta­nia. – Jest coś, o co chcia­ła­bym cię zapy­tać.

Na zwy­kle opa­no­wa­nej twa­rzy Lydii poja­wił się cień nie­po­koju. Jej brwi spięły się w nie­świa­do­mym gry­ma­sie, a czoło pocięły deli­katne zmarszczki. Przez krótką chwilę szla­chet­ność wyrazu, którą odzie­dzi­czyła po babce, ustą­piła miej­sca cze­muś, co Fleur rzadko miała oka­zję dostrzec – smut­kowi. Czy to było wła­ściwe słowo? Wyda­wało się zbyt dra­ma­tyczne, jed­nak – cho­ciaż Lydię cecho­wały ele­gan­cja i wdzięk – nie­kiedy można było dostrzec blady cień brze­mie­nia, jakie nio­sła na swo­ich ramio­nach.

– Pytaj śmiało. – Fleur pró­bo­wała nadać swo­jemu gło­sowi bez­tro­skie brzmie­nie.

Bab­cia przez moment w mil­cze­niu sku­bała man­kiet, po czym przy­gła­dziła siwe z racji wieku włosy, ucze­sane w typowy dla niej fran­cu­ski kok. Następ­nie oparła obie dło­nie na czar­nej spód­nicy.

– Jak wiesz, co roku jeż­dżę sama do Paryża.

– Tak – odparła dziew­czyna nie­po­trzeb­nie. Lydia rze­czy­wi­ście co roku w sierp­niu latała do Fran­cji, by uczcić pamięć bli­skich, któ­rych stra­ciła w cza­sie wojny.

– Choć nie­chęt­nie to przy­znaję, to jestem coraz star­sza, nie zostało mi już wiele czasu.

– Nie mów tak, bab­ciu,

Lydia unio­sła rękę.

– Czy nam się to podoba, czy nie, taka jest prawda. Ale nie o tym chcia­łam mówić. Myśla­łam o tym, że kiedy mnie tu już nie będzie, co nastąpi wkrótce, ta część mojego życia, czas spę­dzony w Paryżu, znik­nie bez­pow­rot­nie. Nie zosta­nie nikt, kto będzie pamię­tał. – Lydia popra­wiła się na fotelu. – Ostat­nio nie daje mi to spo­koju. Zbyt wiele się tam wyda­rzyło. Zbyt wiele osób stra­ciło życie, by o tym zapo­mnieć.

– Bab­ciu, czy nie powta­rzasz zawsze, że kto żyje w sercu innych, ten nie umiera tak naprawdę?

Lydia zdo­była się na uśmiech.

– Tak, tak powta­rzam. I to wła­śnie sobie wma­wiam, gdy myślę o two­jej mamie.

Nie­kiedy Fleur zapo­mi­nała, że prze­cież nie tylko ona stra­ciła bli­ską osobę. Lydia stra­ciła córkę.

– To piękne słowa – oznaj­miła, świa­doma, że jej wypo­wie­dzi bra­kuje prze­ko­na­nia.

– Tak, a ja w nie wie­rzę. Ale wiesz, dla­czego są takie piękne? Ponie­waż możemy o tym roz­ma­wiać, ponie­waż mnó­stwo ludzi ma rów­nie cudowne wspo­mnie­nia zwią­zane z twoją mamą, a my mamy do nich dostęp w każ­dej chwili. Zdaję sobie sprawę, że na razie jesz­cze ci z tym nie po dro­dze, jed­nak te wspo­mnie­nia cze­kają, aż będziesz ich potrze­bo­wać, i jestem pewna, że któ­re­goś dnia to nastąpi.

Fleur nie podzie­lała tej pew­no­ści, jed­nak nie pro­te­sto­wała. To babci potrzebne było teraz wspar­cie, nie jej.

– U cie­bie tak nie jest? – zapy­tała.

– Nie z tym, co wyda­rzyło się w cza­sie wojny. Nie mam z kim poroz­ma­wiać o mojej rodzi­nie, ponie­waż nie żyje nikt, kto by ją pamię­tał. – Lydia wyjęła chu­s­teczkę z rękawa i otarła oczy.

– Bab­ciu, pro­szę, nie zamar­twiaj się. – Fleur prze­ra­ził widok łez babci.

Star­sza pani potrze­bo­wała chwili, żeby się opa­no­wać.

– Wszystko w porządku. Pró­buję ci powie­dzieć, że kiedy ja odejdę, nikt już nie będzie roz­ma­wiał o mojej rodzi­nie ani nawet o niej myślał, i to mnie ogrom­nie mar­twi. Zawsze mi się wyda­wało, że lepiej jest nie roz­ma­wiać o prze­szło­ści, teraz uwa­żam, że się myli­łam. – Lydia wzięła głę­boki wdech. – Chcia­ła­bym, żebyś poznała moją histo­rię. I nie dla­tego, żebyś mogła roz­ma­wiać o mnie – nie jestem aż tak próżna – ale po to, by to, co się im przy­tra­fiło, i ci wszy­scy, któ­rych stra­ci­łam, nie ode­szli wraz ze mną na zawsze. – Lydia pogła­dziła wnuczkę po ręce. – Tobie też może to pomóc.

– Mnie?

– Tak. Może ci pomóc się otwo­rzyć na roz­mowę o two­jej mamie. – Fleur zamie­rzała zaopo­no­wać, jed­nak bab­cia pokrę­ciła głową. – Nie chcę, żebyś dożyła mojego wieku i żało­wała, że nie poru­szy­łaś ni­gdy tematu prze­szło­ści, choćby było to sza­le­nie bole­sne. Jeśli ja mogę spoj­rzeć wstecz i otwar­cie przy­wo­łać wspo­mnie­nia, może i tobie się uda.

W pierw­szej chwili dziew­czyna miała ochotę powie­dzieć babci, że nie potrze­buje, by kto­kol­wiek pró­bo­wał ją napra­wiać, i cie­szy się, iż nie musi wra­cać myślami do naj­tra­gicz­niej­szego momentu swo­jego życia. Że jej zda­niem przej­ście przez wszyst­kie etapy żałoby niczego nie zmieni. Bo prawda pozo­sta­nie taka sama: mama zgi­nęła, kiedy Fleur była dziec­kiem, ale to już było prze­szło­ścią.

Ona zosta­wiła ją za sobą. Miała bab­cię i to jej wystar­czało. Ale jed­no­cze­śnie, jak na iro­nię, pra­gnęła poznać naj­mniej­sze szcze­góły z prze­szło­ści Lydii, żeby móc się czego trzy­mać w przy­szło­ści. Dzie­ciń­stwo babci, zanim jesz­cze poznała swo­jego męża, dziadka Fleur, sta­no­wiło wielką tajem­nicę.

– Bab­ciu, nie rób tego dla mnie. Opo­wiedz mi wszystko tylko, jeśli ty tego chcesz. Oczy­wi­ście, jestem zain­te­re­so­wana. Zawsze chcia­łam dowie­dzieć się wię­cej, ale sza­no­wa­łam twoją pry­wat­ność. – Ujęła babci dło­nie. – Nie chcę jed­nak, żeby cię to stre­so­wało.

– To nie jest coś, co można opo­wie­dzieć w kilka minut – odparła bab­cia po chwili mil­cze­nia. – Trudno byłoby to zro­bić za jed­nym posie­dze­niem. I dla­tego chcia­ła­bym cię pro­sić, żebyś poje­chała ze mną do Paryża. Zro­bi­ła­byś to dla mnie?

Fleur nie posia­dała się ze zdu­mie­nia. Czy na pewno słuch jej nie mylił? Bab­cia chciała ją zabrać ze sobą? Do Paryża? Do tej pory odma­wiała wszyst­kim, któ­rzy chcieli z nią jechać. Argu­men­to­wała to tym, że była to podróż, którą musiała odbyć w poje­dynkę, by uczcić pamięć swo­ich krew­nych. Że były to prze­ży­cia zbyt oso­bi­ste, by dzie­lić je z innymi. A teraz pro­po­no­wała jej towa­rzy­stwo?

– Oczy­wi­ście, bab­ciu! Z przy­jem­no­ścią – odparła. – To dla mnie zaszczyt – dodała i zarzu­ciła babci ręce na szyję. – Dzię­kuję. Dzię­kuję za zapro­sze­nie.

– To ja ci dzię­kuję. Za to, że się zgo­dzi­łaś – wyszep­tała kobieta w jej włosy. – Merci, ma petite puc – dodała po fran­cu­sku i nieco się odsu­nęła. – Czy mogę cię pro­sić o jesz­cze jedną przy­sługę?

Fleur uśmiech­nęła się do babci. Wycieczka do Paryża nie była prze­cież żadną przy­sługą.

– Pew­nie.

– Poje­dziesz ze mną na cmen­tarz? Ale nie mam na myśli, że mnie pod­rzu­cisz i zacze­kasz w samo­cho­dzie. Czy wej­dziesz tam ze mną?

Fleur chciała z przy­zwy­cza­je­nia odpo­wie­dzieć „nie”, ale z jakie­goś powodu słowo to utknęło jej w gar­dle. Nie kryła się z tym, że nie lubiła odwie­dzać grobu matki. Bab­cia wie­działa, że to dla niej zbyt bole­sne, a jed­nak w tym momen­cie Fleur nie wie­dzieć czemu zawa­hała się i osta­tecz­nie zgo­dziła się na prośbę.

Cmen­tarz znaj­do­wał się w odle­gło­ści kilku minut drogi od wio­ski. Fleur zapar­ko­wała na tyłach Kościoła Świę­tej Marii Panny. Bab­cia chwy­ciła ją pod rękę i razem prze­szły przez furtkę ogro­dze­nia zabez­pie­cza­ją­cego cmen­tarz przed zwie­rzę­tami, a potem poko­nały traw­nik i zatrzy­mały się przed mie­dzianą tablicą, za którą spo­czy­wały pro­chy matki Fleur. Lydia uklęk­nęła na tra­wie i usu­nęła zabłą­kany liść, który spadł na tabliczkę. Pod­nio­sła wazon, wyjęła z niego bukiet z poprzed­niego tygo­dnia, odło­żyła na bok i zastą­piła świe­żym, z kwia­tów zerwa­nych w ogro­dzie przed wyj­ściem

Fleur trzy­mała się z tyłu, przy­glą­da­jąc się, jak bab­cia składa dło­nie i odma­wia cichą modli­twę. W takiej sytu­acji czuła się jak intruz. To był czas, który Lydia spę­dzała ze swoją córką, i cho­ciaż tą samą osobą była matka Fleur, to każda z nich prze­ży­wała żałobę na swój wła­sny spo­sób. Ina­czej opła­ki­wały tę samą osobę.

Od śmierci matki Fleur minęło dwa­dzie­ścia lat, ośmio­let­nia dziew­czynka nie miała zbyt wielu wspo­mnień, do któ­rych mogłaby póź­niej wra­cać. Co wię­cej, z każ­dym kolej­nym rokiem sta­wały się one coraz bled­sze.

Fleur pod­nio­sła głowę i popa­trzyła na iglicę kościoła, zasta­na­wia­jąc się, jaki bóg pozba­wiłby małego dziecka matki, a matce ode­brał moż­li­wość przy­glą­da­nia się, jak jej córka dora­sta.

W krza­kach zaświer­go­tał rudzik, wyry­wa­jąc ją z zamy­śle­nia. Ptak zesko­czył na niż­szą gałąź, a potem na traw­nik tuż za gro­bem i prze­chy­lił łebek, jakby im sie przy­glą­dał.

– To dobry znak. Świad­czy o tym, że odwie­dził nas ktoś bli­ski. – Star­sza pani spoj­rzała na ptaszka i pod­nio­sła się z kolan. – Dzię­kuję, że tu dzi­siaj ze mną przy­szłaś.

– Nie ma sprawy.

– Wiem, jak to cię stre­suje. – Kobieta ponow­nie ujęła Fleur pod rękę.

– Nie jestem zestre­so­wana – odparła dziew­czyna zgod­nie z prawdą, gdy ruszyły w stronę samo­chodu. Nie stre­so­wała się, bo nie chciała. Gniew był łatwiej­szy. Nie spra­wiał tyle bólu.

Rozdział 4. Adele

Roz­dział 4

Adele

Paryż, maj 1942 r.

Kiedy Adele obu­dziła się następ­nego dnia rano, sen wcale nie pomógł jej odzy­skać dobrego nastroju po kłótni z sio­strą. Kolej­nego poranka ledwo zamie­niły ze sobą słowo. Adele wyszła wcze­śnie otwo­rzyć szkołę, żeby unik­nąć kon­fron­ta­cji z Lucille. Bez względu na to, jak usil­nie pró­bo­wała, nie była w sta­nie pogo­dzić w swoim sumie­niu lojal­no­ści wobec ojczy­zny ze świa­do­mo­ścią, że jej młod­sza sio­stra zwią­zała się z męż­czy­zną, który nie dość, że ma żonę, to jesz­cze jest ofi­ce­rem nie­miec­kim. W jej oczach sio­stra doko­nała oso­bi­stej zdrady. Adele przy­go­to­wała salę lek­cyjną oraz mate­riał na lek­cję, ale jej fru­stra­cja i obu­rze­nie wcale nie stra­ciły na sile.

Ponie­waż do poja­wie­nia się pierw­szych uczniów zostało jej jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut, prze­szła do stu­dia tanecz­nego. Z szafki wyjęła koszyk, w któ­rym prze­cho­wy­wała swoje pointy, jaz­zówki i ste­pówki.

Wło­żyła buty do ste­po­wa­nia, zawią­zała sznu­ro­wa­dła i stu­ka­jąc pode­szwami, pode­szła do gra­mo­fonu. Prze­glą­dała płyty winy­lowe tak długo, aż zna­la­zła tę, któ­rej szu­kała – The Enter­ta­iner.

Mimo wcze­snej pory nie przej­mo­wała się gło­śno­ścią dźwięku. Zresztą, jak mia­łaby ste­po­wać, nie sły­sząc dobrze muzyki? Roz­le­gły się zna­jome takty, przy­jęła pozy­cję na par­kie­cie, cze­ka­jąc, aż minie wstęp i będzie mogła roz­po­cząć taniec. Utwór, ener­giczny rag­time, miał szyb­kie tempo i bar­dzo ade­kwatny tytuł11. Stopy dziew­czyny pra­co­wały bez wytchnie­nia, pamięć mię­śniowa zastą­piła świa­domy układ kro­ków i ruchów. Shuf­fle, shuf­fle, shuf­fle-hop-step12. Adele pomy­ślała o swo­jej matce i o tym, jak tań­czyła z nią i z Lucille, cier­pli­wie ucząc je kro­ków i tech­nik tanecz­nych. Począt­kowo pomału, krok po kroku, ćwi­cząc i nabie­ra­jąc tempa tak, aż były w sta­nie tań­czyć do rytmu. A kiedy udało im się opa­no­wać sekwen­cję, wystę­po­wały przed ojcem. Adele zamknęła oczy i zato­piła się we wspo­mnie­niach. Oczami wyobraźni widziała tatę sto­ją­cego na prze­dzie sali, dumę i roz­ba­wie­nie malu­jące się na jego twa­rzy, gdy jego – jak je nazy­wał – „trzy cudy tego świata” tań­czyły, ile sił w nogach.

Jesz­cze dwu­krot­nie odtwo­rzyła i odtań­czyła ten sam utwór, aż wresz­cie poczuła, że jej nastrój się popra­wia. Z rękoma opar­tymi o bio­dra prze­szła przez salę, pró­bu­jąc zła­pać oddech. Gdy mijała jedno z wycho­dzą­cych na ulicę okien, zauwa­żyła długą kolejkę przed boulan­ge­rie13 – kobiety Paryża łudziły się, że uda im się kupić chleb. W tej samej chwili przed budyn­kiem zatrzy­mał się samo­chód. Wysiadł z niego nie­miecki ofi­cer.

Z dru­giego pię­tra trudno było doj­rzeć jego twarz, ale Adele mogłaby przy­siąc, że to ten sam czło­wiek, który poprzed­niego dnia doma­gał się od niej listy żydow­skich uczniów. Przy­sta­nął i pod­niósł wzrok, a wtedy dziew­czyna instynk­tow­nie się scho­wała, przy­ci­ska­jąc plecy do ściany. Odcze­kała kilka sekund, po czym prze­śli­zgnęła się wzdłuż muru do kolej­nego okna i ukrad­kiem wyj­rzała na ulicę.

Z samo­chodu wysiadł kolejny pasa­żer, tym razem nie miała wąt­pli­wo­ści, kogo widzi. Manu. Żołą­dek jej się ści­snął na widok tych dwóch męż­czyzn, zato­pio­nych we wspól­nej roz­mo­wie, co wię­cej – śmie­ją­cych się razem z jakie­goś żartu. Manu wycią­gnął rękę w stronę Niemca, pozwa­la­jąc mu iść przo­dem do muzeum, a sam spoj­rzał do góry, na okna szkoły, jakby spo­dzie­wał się zoba­czyć tam Adele. Tym razem się nie scho­wała.

Nie­po­ko­iło ją, że Manu tak swo­bod­nie czuje się w towa­rzy­stwie Niem­ców. Zda­wała sobie sprawę, że musi z nimi pra­co­wać, ponie­waż kata­lo­go­wał zbiory muze­alne i two­rzył listy, któ­rych doma­gali się nazi­ści, ale czy musiał ich lubić? Ta myśl nie dawała jej spo­koju i jed­no­cze­śnie przy­po­mi­nała, że i ona będzie musiała zacho­wy­wać się podob­nie wie­czo­rem, kiedy kocha­nek sio­stry pojawi się u nich na kola­cji. Była pewna, że jedze­nie sta­nie jej w gar­dle, już na samo wyobra­że­nie wie­czoru robiło jej się nie­do­brze.

Zeszła na par­ter i przy­go­to­wała klasę do lek­cji. Mdliło ją z poczu­cia winy na myśl o liście nazwisk, którą pole­ciła spo­rzą­dzić pani Allard, a gdy dzieci zaczęły się scho­dzić, wyrzuty sumie­nia ude­rzyły z taką siłą, że miała ochotę pła­kać ze wstydu.

W cza­sie prze­rwy obia­do­wej, zgod­nie z zale­ce­niem ojca, Adele trzy­mała się na ubo­czu, i gdy fran­cu­ski poli­cjant przy­szedł po listę dzieci, znaj­do­wała się w stu­diu tanecz­nym. Choć było to jej ulu­bione miej­sce, czuła się tu jak zdraj­czyni. Szkolna sekre­tarka odna­la­zła ją w tej kry­jówce.

– Ja tego nie zniosę – zaszlo­chała. – Czuję się odpo­wie­dzialna. I winna.

Adele objęła kobietę.

– To nie pani wina – zapew­niła, sama tar­gana tymi samymi emo­cjami. Przy­po­mniała jej się matka Daniela, bła­ga­jąca ją o pomoc. Prze­ka­za­nie listy nazi­stom było aktem czy­stego wia­ro­łom­stwa i Adele z całego serca się za to nie­na­wi­dziła.

Wtem otwo­rzyły się drzwi i do sali tanecz­nej wszedł Gérard Bas­set.

– Już dobrze – powie­dział, gdy sekre­tarka wypu­ściła Adele z objęć. – Dzieci nie mogą widzieć two­ich łez.

Pani Allard wyjęła z kie­szeni chu­s­teczkę i otarła sobie oczy, a póź­niej wydmu­chała nos.

– Prze­pra­szam – powie­działa. – To takie okropne.

– Wiem – odparł ojciec Adele. – Ale nie mamy wyboru.

Adele wes­tchnęła w duchu na te słowa. Ow­szem, na pierw­szy rzut oka mogło się wyda­wać, że sto­jąc twa­rzą w twarz z Niem­cami, nie mieli żad­nego wyboru. Ale chyba w ukry­ciu, pota­jem­nie, mogli podej­mo­wać inne decy­zje? Żało­wała, że nie wie, co i jak robić, żeby móc wpły­nąć na całą tę sytu­ację.

– I koniecz­nie coś zjedz – dodał męż­czy­zna, prze­pusz­cza­jąc w drzwiach panią Allard. Następ­nie sta­nął obok swo­jej córki. – Wiem, że spra­wia ci to ból – ode­zwał się cicho. – Mnie także, ale pro­szę, nie rób nic pochop­nego. Pamię­taj, że dzi­siaj wie­czo­rem Lucille przy­pro­wa­dza na kola­cję swo­jego towa­rzy­sza. Musimy uwa­żać na to, co mówimy, dla wła­snego dobra.

Adele ski­nęła głową.

– Wiem, i to też mnie boli – odparła, po czym uśmiech­nęła się blado do ojca, wymi­nęła go i wyszła z sali. – Dzi­siaj spę­dzimy dzień na placu zabaw – oznaj­miła jesz­cze. – Potrze­buję świe­żego powie­trza.

Popo­łu­dnie było cie­płe jak na koniec maja, Adele już nie mogła się docze­kać let­nich upa­łów, zwłasz­cza że zima tego roku tra­fiła się wyjąt­kowo nie­przy­jemna. Mia­sto pokryła gruba war­stwa śniegu, odno­to­wano rekor­dowo niskie tem­pe­ra­tury i aż do końca marca było chłod­niej niż zwy­kle. Niemcy wie­lo­krot­nie odłą­czali prąd w ramach oszczęd­no­ści. Cały Paryż drżał z zimna. Wielu zwy­kłych oby­wa­teli, zma­ga­jąc się dodat­kowo z bra­kiem żyw­no­ści, ledwo prze­żyło ten trudny okres. Dzieci przy­cho­dziły do szkoły głodne i zmar­z­nięte. Serce pękało, ale bar­dzo trudno było temu zara­dzić. Nie licząc nie­wiel­kich racji żyw­no­ściowych wyda­wa­nych w szkole w porze obia­do­wej, nic innego nie mogli zro­bić. Nie­jed­no­krot­nie Adele gło­do­wała, roz­da­jąc swoje wła­sne jedze­nie pomię­dzy naj­młod­szych i naj­słab­szych uczniów.

Widok dzieci bie­ga­ją­cych na powie­trzu i napa­wa­ją­cych się ładną pogodą dodał jej teraz otu­chy. Głód nara­stał, ale przy­naj­mniej nie musieli już zma­gać się z prze­raź­li­wym zim­nem.

Eva i Blan­che Rashal przy­bie­gły do niej w pod­sko­kach, więc chwy­ciła je za ręce i dołą­czyła do śpie­wa­nej przez nie pio­senki: „Alo­uette, gen­tille alo­uette, Alo­uette, je te plu­me­rai…14”.

Wkrótce pod­bie­gły do nich pozo­stałe dzieci, wszyst­kie chwy­ciły się za ręce, utwo­rzyły węża i w ten spo­sób tań­czyły na podwó­rzu. Obra­zek był słodki, nie­winny, Adele naj­chęt­niej zabra­łaby go ze sobą na zawsze.

Przy kolej­nym okrą­że­niu zauwa­żyła, że dwóch nie­miec­kich żoł­nie­rzy zatrzy­mało się na ulicy i przy­glą­dało się im zza bramy. Poczuła się skrę­po­wana, ale nie chciała poka­zać tego po sobie ze względu na dzieci, więc tań­czyła dalej, tyle że z więk­szą roz­wagą. Pod­czas następ­nego okrą­że­nia jeden z żoł­nie­rzy coś do niej zawo­łał. Nie zro­zu­miała, kiep­sko mówił po fran­cu­sku, chwilę póź­niej powtó­rzył to po nie­miecku i jego kom­pan wybuch­nął gło­śnym śmie­chem. Adele była pewna, że nie chcia­łaby tego usły­szeć.

* * *

– Przy­naj­mniej spró­buj się uśmiech­nąć – powie­działa Lucille do sio­stry, przy­glą­da­jąc się swo­jemu odbi­ciu w lustrze. – Wiem, że nie jesteś zado­wo­lona, ale mogła­byś przy­naj­mniej cie­szyć się moim szczę­ściem. A jeśli to nie­moż­liwe, to cho­ciaż uda­waj.

Adele patrzyła, jak jej młod­sza sio­stra wygła­dza na bio­drach długą suk­nię. Czarno-biały mate­riał ide­al­nie opły­wał jej syl­wetkę. Sukienka miała dekolt w serek i białą kokardę z przodu, a także odkryte plecy, uka­zu­jące znacz­nie wię­cej ciała, niż ojciec zapewne by sobie życzył. Suk­nia nale­żała nie­gdyś do ich matki, a Lucille wyglą­dała w niej wspa­niale.

– Nie oba­wiaj się, zacho­wam się wzo­rowo – odparła Adele, uśmie­cha­jąc się do sio­stry.

Lucille unio­sła brwi.

– Zmie­ni­łaś śpiewkę. Jesz­cze wczo­raj gotowa byłaś iść na noże na wieść, że Peter przy­cho­dzi na kola­cję.

Adele wzru­szyła lek­ce­wa­żąco ramio­nami.

– Nie chcę się kłó­cić z tego powodu. Poza tym papa wymu­sił na mnie obiet­nicę, że nie będę się awan­tu­ro­wać.

Lucille wró­ciła do oglą­da­nia swo­jego odbi­cia.

– Czyli nie zmie­ni­łaś zda­nia, tylko robisz, co ci każą. – W jej tonie sły­chać było pogar­dliwą nutę, jed­nak Adele posta­no­wiła to zigno­ro­wać. Uznała, że podej­dzie do sprawy w inny spo­sób. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że im bar­dziej ktoś wymu­szał coś na Lucille, tym bar­dziej dziew­czyna się zapie­rała. Tutaj potrzebna była deli­katna per­swa­zja, wypły­nię­cie na sio­strę tak, by zmie­niła zda­nie, nie zda­jąc sobie sprawy z tego, że jest mani­pu­lo­wana. Adele aż wzdry­gała się na sam dźwięk słowa „mani­pu­la­cja”, ale nie miała wyj­ścia – to była jedyna sen­sowna tak­tyka. Teraz wstała i pode­szła do Lucille.

– W porów­na­niu z tobą jestem nie­zbyt ele­gancko ubrana – zauwa­żyła. Wybrała roz­pi­naną kwie­ci­stą suk­nię z bia­łym koł­nie­rzy­kiem i krót­kimi rękaw­kami wykoń­czo­nymi białą lamówką. Zde­cy­do­wa­nie skrom­niej­szy strój niż kre­acja sio­stry.

– Bzdura, wyglą­dasz ślicz­nie – odparła Lucille. – Poza tym Peter zabiera mnie póź­niej do teatru, więc musia­łam się sto­sow­nie ubrać. Idziemy do Théâtre Pigalle. Ale nie pytaj, na co.

– Nie wie­dzia­łam, że inte­re­su­jesz się teatrem.

– Nie­zbyt, ale Peter ow­szem. Bo wiesz, on jest bar­dzo wykształ­cony i kul­tu­ralny.

Adele nie była w sta­nie powstrzy­mać cisną­cego się do gar­dła jęku pro­te­stu.

– Kul­tu­ralny? Nie jestem pewna, czy to wła­ściwe słowo do opi­sy­wa­nia nazi­stów.

– On nie jest nazi­stą! – Kiedy spoj­rzały sobie w oczy, w spoj­rze­niu Lucille poja­wiła się wście­kłość. – Ow­szem, jest ofi­ce­rem nie­miec­kim, ale to nie czyni z niego nazi­sty. Nie należy do SS.

– A wyznaje ide­olo­gię aryj­ską?

– Skąd mam wie­dzieć? Nie roz­ma­wiamy o poli­tyce. – Lucille unio­sła wysoko brodę i odwró­ciła się tyłem do sio­stry. – Po pro­stu wyko­nuje swoją pracę.

Adele musiała napo­mnieć sama sie­bie, że prze­cież zamie­rzała prze­ko­nać Lucille do swo­ich racji łagodną per­swa­zją, a nie ostrą kon­fron­ta­cją.

– Oczy­wi­ście. – Zmu­siła się, by to powie­dzieć, i do tego przy­ja­znym tonem. – Nie powin­nam zapo­mi­nać, że to nie to samo. Peter na pewno nie jest taki jak jego nie­któ­rzy towa­rzy­sze, prze­cież nie dała­byś się tak oma­mić.

Lucille zasty­gła na chwilę, po czym odwró­ciła się do sio­stry.

– Oczy­wi­ście, że nie. Trak­tuje mnie wyłącz­nie z sza­cun­kiem i miło­ścią. Wiem, że on jest dobrym czło­wie­kiem. – Pode­szła do Adele i ujęła jej dło­nie. – I bar­dzo chcia­ła­bym, żebyś go polu­biła. Wiem, że uwa­żasz mnie za lek­ko­myślną ego­istkę, i może taka jestem, ale bar­dzo go kocham. Chcia­ła­bym, żeby ci się spodo­bał. Daj mu szansę.

Serce Adele ści­snęło się na widok bła­gal­nego spoj­rze­nia sio­stry. Lucille nie była naiwna, jed­nak miała w sobie pewną wraż­li­wość, czuły punkt, a mia­no­wi­cie potrzebę bycia kochaną. Adele dosko­nale wie­działa, że ta potrzeba zyskała na sile w momen­cie, w któ­rym zmarła ich matka. Ich świat się zawa­lił, Lucille bole­śnie odczuła odej­ście mamy, stra­ciła pew­ność sie­bie, została z prze­możną potrzebą akcep­ta­cji i miło­ści. Teraz Adele przy­tu­liła sio­strę. Nie zdo­była się na to, by zapew­nić, że da Pete­rowi sza­snę, ale też nie zamie­rzała się już wię­cej sprze­czać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. (franc.) Ide­al­nie. [Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki]. [wróć]

2. (franc.) Brawo, do dzieła. [wróć]

3. (franc.) Bar­dzo dobrze. [wróć]

4. (franc.) Brawo, moje dzieci! Brawo! [wróć]

5. (franc.) Kocha­nie. [wróć]

6. (franc.) Tak. [wróć]

7. (franc.) Co się dzieje? [wróć]

8. (franc.) Szkopy, Szwabi. [wróć]

9. (franc.) Dzień dobry. [wróć]

10. (franc.) Wszystko w porządku. [wróć]

11.Enter­ta­iner – utwór Scotta Joplina z 1902 r. Dosłowne tłu­ma­cze­nie tytułu: Arty­sta. [wróć]

12. Nazwy kro­ków w ste­po­wa­niu. [wróć]

13. (franc.) Pie­kar­nia. [wróć]

14. (franc.) dosł. Skow­ronku, deli­katny skow­ronku, wyrwę cię…[wróć]