Natura i umysł. Co nauka mówi o wpływie przyrody na mózg i zdrowie - Marc G Berman - ebook

Natura i umysł. Co nauka mówi o wpływie przyrody na mózg i zdrowie ebook

Marc G Berman

0,0
51,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Natura i umysł– DOWIEDZ SIĘ, JAK KORZYSTAĆ Z SIŁY NATURY

Dzięki tej przełomowej książce zrozumiecie, dlaczego przebywanie wśród zieleni pozytywnie oddziałuje na ludzkie zdrowie, zachowanie, koncentrację, pomaga obniżyć poziom stresu, a nawet zmniejszyć skłonność do agresji.

Doktor Marc Berman, neuronaukowiec zajmujący się badaniem relacji między przyrodą a człowiekiem, wyjaśnia, na czym polega kojący wpływ natury na umysł i organizm. Dzieli się praktycznymi wskazówkami, jak na co dzień korzystać z mocy przyrody niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, oraz jak w prosty sposób wprowadzić jej elementy do najbliższego otocznia. Autor przedstawia także rozwiązania architektoniczne, które mogą sprawić, że w naszych miastach, domach, miejscach pracy i szkołach będzie żyło się lepiej.

CZY WIESZ, ŻE:

  • nawet 20-minutowy spacer w otoczeniu przyrody poprawia koncentrację i pamięć;
  • mieszkanie przy ulicy, wzdłuż której rosną drzewa, zmniejsza ryzyko zapadnięcia na choroby krążeniowo-metaboliczne takie jak udar, cukrzyca i choroba wieńcowa;
  • przebywanie na łonie natury może zmniejszać objawy depresji i ADHD.

Gdy następnym razem będziesz mieć trudności ze skupieniem albo będzie ci brakowało nowych pomysłów lub ogarnie cię przygnębienie, wybierz się na 50-minutową przechadzkę w otoczeniu przyrody. Jeśli nie dysponujesz taką ilością czasu, spróbuj wygospodarować przynajmniej 20 minut. Jeżeli nie jesteś w stanie zanurzyć się w rzeczywistym świecie przyrody, wybierz najwierniejszy zamiennik, jaki masz pod ręką. Może to być widok z okna, nagranie spaceru w środowisku naturalnym albo choćby zdjęcie drzewa. Jeżeli nie masz dostępu do niczego takiego, zamknij oczy i wyobraź sobie, że idziesz przez las, w którym czujesz się całkowicie bezpiecznie. Zapisz swoje samopoczucie przed tym doświadczaniem i po nim. Obserwacje te będą na pewno subiektywne, ale jeśli będziesz powtarzać eksperyment przez dłuższy czas, twoje spostrzeżenia zaczną wskazywać, co naprawdę jest dla ciebie skuteczne. Sądzę, że gdy wrócisz do pracy po kontakcie z przyrodą, poczujesz przypływ energii i produktywności. – fragment książki

dr Marc G. Berman– czołowy neuronaukowiec środowiskowy, założyciel i dyrektor Pracowni Neuronauki Środowiskowej na Uniwersytecie Chicagowskim. Jako profesor kieruje tamtejszą katedrą psychologii, a także Chicagowskim Ośrodkiem Obliczeniowych Nauk Społecznych (C3S2). Laureat nagród dla młodych badaczy przyznawanych przez Towarzystwo Badań Psychologicznych oraz Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. Jego dokonania były omawiane przez stacje CNN i NPR oraz w wielu gazetach i czasopismach, takich jak: „New Yorker”, „New York Times”, „Wall Street Journal”, „Washington Post” i „National Geographic”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Moim Dziadkom, których biografia i doświadczenia zainspirowały mnie do naukowego badania psychiki, oraz moim Rodzicom, Dzieciom i Katie, którzy nieustannie mnie w tym wspierają. A także Steve’owi, który zachęcił mnie do zajęcia się tą tematyką.

Przedmowa

Jest to książka o powstawaniu zupełnie nowej dziedziny badań naukowych, które dotyczą związków między przyrodą a ludzką psychiką. Od czego ją zacząć? Moglibyśmy wyjść od 2012 roku, w którym jako nazwę tej nowej dziedziny zaproponowałem termin neuronauka środowiskowa (environmental neuroscience) – za chwilę będę o tym pisał. Moglibyśmy cofnąć się jeszcze dalej, do wspomnień moich pierwszych interakcji z drzewami – do tego też dojdziemy. Ilekroć jednak opowiadam tę historię, lubię ją zaczynać od pewnego badania. Przed jego wykonaniem moja droga zawodowa rysowała się mgliście. Po nim przyszłość nie mogła już być inna. Piszę tutaj „przyszłość”, nie „moja przyszłość”, ponieważ badanie to zmieniło nie tylko moje życie, ale sądzę, że zmieni także twoje.

Nadaliśmy temu eksperymentowi niepozorny tytuł A Walk in the Park (Spacer w parku), ale zaprojektowanie go, a nawet sformułowanie pytań, które do niego wiodły, wcale nie było proste. Opierało się na dokonaniach wielu pokoleń teoretyków, rozważających kwestię natury człowieka oraz zjawisko, które psycholodzy środowiskowi – ze mną włącznie – nazywają łącznością człowiek–przyroda.

Choć badanie to nie było łatwe, na pierwszy rzut oka przedstawiało się banalnie. Prosiliśmy grupę ochotników o wykonanie zadań poznawczych, które wymagały zaangażowania pamięci i uwagi, a następnie wyprawialiśmy ich na spacer. Uczestnicy słyszeli na przykład czytane na głos cyfry, powiedzmy: cztery... dziewięć... siedem... pięć... jeden, po czym mieli powtórzyć je w odwrotnej kolejności: jeden... pięć... siedem... dziewięć... cztery. Jest to tak zwane zadanie backwards digit span task, stawiające wielkie wyzwania przed pamięcią i pojemnością uwagi. W trakcie naszego badania stopniowo zwiększaliśmy liczbę elementów aż do dziewięciu. Bardzo trudno odtworzyć je wtedy w odwrotnej kolejności.

Następnie połowa uczestników udawała się na spacer na łonie natury – opuszczała teren Uniwersytetu Michigan i szła do Arboretum Ann Arbor, gdzie krętą alejką schodziła aż do rzeki Huron, mijając po drodze zimozielone nasadzenia. Druga połowa grupy przemierzała taki sam dystans trasą prowadzącą przez ruchliwą miejską część Ann Arbor, idąc wzdłuż czteropasmowej drogi szybkiego ruchu, którą śmigały samochody. Dalej ochotnicy przedostawali się labiryntem skrzyżowań do głównej ulicy handlowej z wielkimi witrynami sklepowymi i typową wielkomiejską atmosferą.

Gdy uczestnicy eksperymentu wracali do naszej pracowni, ponownie dawaliśmy im do wykonania test pamięci i uwagi, w tym trudne zadanie z powtarzaniem usłyszanych cyfr w odwrotnej kolejności.

Aby mieć lepszą kontrolę nad eksperymentem oraz uniknąć zaburzającej wyniki nierówności grup, w następnym tygodniu powtarzaliśmy całą procedurę, zmieniając trasę, jaką przebywały poszczególne osoby. Uczestnik, który poprzednio poruszał się po ruchliwym terenie miejskim, tym razem wybierał się na przechadzkę w otoczeniu przyrody i na odwrót.

Uzyskane przez nas wyniki okazały się jednoznaczne i fascynujące. Mierzona testami efektywność pamięci i uwagi u badanych znacznie wzrastała po spacerze w środowisku naturalnym, nie poprawiała się natomiast po spacerze w obszarze miejskim.

W różnych innych badaniach naukowcy zbierali informacje o samopoczuciu osób po spędzeniu przez nie pewnego czasu na łonie natury, ale nigdy nie określali wpływu przyrody na zdolności poznawcze przy użyciu obiektywnych metod pomiarowych. Gdy opublikowaliśmy swoje ustalenia w prestiżowym piśmie psychologicznym, nasz artykuł stał się jednym z najczęściej cytowanych w historii tego periodyku. Wkrótce zaczęli się do mnie dobijać dziennikarze z całego świata. Dobrze wyczuli, że byliśmy na tropie czegoś ważnego. W tamtym czasie nie umiałbym sobie wyobrazić, co stanie się dalej, ale obecnie widzę, że całe moje wcześniejsze doświadczenie i wszystko, co analizowałem do chwili przeprowadzenia owego eksperymentu, w pewnym sensie przygotowywało mnie do tego – do stworzenia neuronauki środowiskowej.

Książka ta stanowi szczegółowy przegląd tej nowej dziedziny wiedzy i jej rewolucyjnych ustaleń, z których wynika, że zmysłowe doświadczanie przez nas świata przyrody poprawia naszą kondycję poznawczą, fizyczną, społeczną i emocjonalną. Tekst ukazuje również historię rozwoju tych badań oraz kierunki, w których – jak mam nadzieję – będą prowadzone dalej.

Wprowadzenie

Fundamenty neuronauki środowiskowej

Nigdy nie nasycimy się Naturą. Musimy odświeżać się widokiem niewyczerpanej żywotności, ogromnych, przepastnych przestrzeni, wybrzeża morskiego usianego wrakami, puszczy pełnej żywych i próchniejących drzew, chmury burzowej i deszczu, który lejąc przez trzy tygodnie, pluszcze w wezbranych potokach. Pragniemy zobaczyć, jak przekraczamy swoje własne granice i jak tam, gdzie nigdy nie docieramy, wypasa się swobodnie jakieś życie1.

Henry David Thoreau, przyrodnik, eseista, poeta i filozof

Książka ta mówi o tym, dlaczego przyroda ma dla nas, ludzi, tak wielkie znaczenie oraz w jaki sposób interakcje z nią mogą nam dużo powiedzieć o naszej psychice, a nawet o funkcjonowaniu mózgu.

Choć całą swoją pracę zawodową w dziedzinie neuronauk środowiskowych poświęciłem wykonywaniu eksperymentów w celu lepszego zrozumienia łączności człowieka z naturą, nie zawsze żywiłem przekonanie, że przyroda jest tak ważna. W dzieciństwie byłem zestresowanym małolatem z miasta. Latem rodzice wysyłali mnie z naszego domu w Detroit na położoną w lasach Michigan farmę babci. Tam często chowałem się w konarach starego srebrnego świerku. Lubiłem dotykać jego chropowatej kory i miękkich igiełek oraz patrzeć, jak po pniu chodzą zaaferowane owady o nieznanych mi nazwach. Ze swojej idealnej kryjówki słyszałem, że kuzynka głośno odlicza: „dziesięć... dziewięć... osiem...”, po czym zaczynała mnie szukać. Dobiegały mnie głosy ptaków, stłumione śmiechy kuzynki i skrzypnięcia moskitiery, gdy babcia Ruth wychodziła z domu, by popatrzeć, jak bawimy się wśród drzew, zasadzonych przez nią wiele lat wcześniej.

Wspomnę o tym, jak dziadkowie znaleźli to wyjątkowe miejsce i posadzili na nim szczególne drzewa, ponieważ była to decyzja, która zmieniła ich życie, a także życie moich rodziców i moje, oraz doprowadziła mnie do spostrzeżeń, którymi będę się dzielił w tej książce. W pomyśle mojej babci, by zasadzić srebrne świerki, odzwierciedla się bowiem żywa, złożona, bogata i cudowna relacja ludzi z przyrodą.

Moja babka ze strony mamy, Ruth Eleanor Nelson, była twardą kobietą z Półwyspu Górnego. Miała lodowatobłękitne oczy, a nos z tajemniczych powodów pozbawiony przegrody. Nie lubiła węży, ale jeśli na jakiegoś trafiała, nie krzyczała, tylko przecinała go na pół ostrym brzegiem szpadla. Nigdy nie nosiła spódnic ani sukienek, nawet na oficjalne przyjęcia. Moi kuzyni uważali, że jest surowa, momentami może nawet trochę wredna, ale ja zawsze miałem wrażenie, że jest kochana. Kiedy tylko przyjeżdżałem z dalekiego miasta, wołała na powitanie: „O, jest mój Bajkowy Chłopiec!”.

Moja mama Sharon poznała mojego tatę Sidneya na studiach na Uniwersytecie Michigan. Pochodzili z bardzo różnych środowisk. Mama wychowała się jako luteranka w wiejskim otoczeniu, a tata był Żydem z metropolitalnego osiedla. Dzielili jednak pasję do wiedzy oraz silne przekonania o tym, co dobre i złe.

Imiona dostałem po dziadku ze strony mamy, Merlu Glennie Swannie. Rodzice nie chcieli jednak, żebym miał na imię Merl, zmienili je więc na Marc, ale drugie imię – Glenn – zostało w oryginalnej wersji. Niestety dziadek zmarł młodo, wiele lat przed moimi narodzinami. Mimo że go nie znałem, żył w mojej wyobraźni. Miał ksywkę „Jeleń”, bo niezwykle szybko i zwinnie poruszał się po boisku futbolowym, gdy był gwiazdorskim zawodnikiem Grand Rapids South (tej samej szkoły i drużyny, w której kilka lat wcześniej grał prezydent Gerald Ford). Pamiętam, jak w szkolnej księdze pamiątkowej, a także na wycinkach prasowych z relacjami o jego sukcesach sportowych, oglądałem zdjęcia dziadka w stroju piłkarza. Był niski – mierzył tylko 170 centymetrów, ważył mniej więcej 60 kilogramów – i mówił, że właśnie dlatego musiał tak szybko biegać. Przypominam sobie opowieści o tym, jak stracił dwa przednie zęby, gdy spróbował zablokować wykop piłki, co pokazuje, jak brutalna była gra, zwłaszcza w tamtych czasach, kiedy używano bardzo skąpych ochraniaczy i nie było masek. Nosił koszulkę z numerem 21, który stał się ulubioną liczbą mojej mamy, a potem moją (zresztą z numerem tym grał też mój idol: znakomity drobny futbolista z Michigan Desmond Howard). Ponadto dziadek świetnie grał w baseball, a także był przewodniczącym klasy. Wygląda na to, że dobrze radził sobie ze wszystkim, czego się tknął.

Pamiętam także jego zdjęcia w mundurze wojskowym oraz anegdoty o tym, jak oblał pierwszy test ze sprawności fizycznej przed przyjęciem do armii, bo poprzedniego wieczoru popił z kolegami. Jego matka odetchnęła z ulgą, ale kilka dni później dziadek ponownie zgłosił się na komisję poborową i przeszedł sprawdziany śpiewająco. Jego młodszy brat Don nie chciał być gorszy i w wieku 16 lat wstąpił do marynarki wojennej. Przypominam sobie rodzinne opowieści o tym, jak dziadek podziwiał generała Douglasa MacArthura, który pamiętał imię każdego, z kim się zetknął. Merl wrócił z drugiej wojny światowej odznaczony Brązową Gwiazdą, ale nie znamy żadnych szczegółów. On sam nie chciał o tym mówić, a cała dokumentacja spłonęła w pożarze archiwum wojskowego w Kansas City.

Wiedziałem tyle, że dziadek był bohaterem, i czasami fantazjowałem, że wysłano go do wyzwalania obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Gross-Rosen i Buchenwaldzie, w których więziono mojego dziadka ze strony ojca, oraz fabryki amunicji, do której zostały skierowane do pracy przymusowej jego żona i jej siostra, robiące co w ich mocy, żeby montowane przez nie bomby nie wybuchały. Uderzała mnie symetria takiego scenariusza: dziadek z jednej strony ratujący życie obojga dziadków z drugiej, co daje możliwość przyjścia na świat moich rodziców, a z czasem mnie samego. Rodowód opieki wywiedziony z wojennej zawieruchy.

Oczywiście była to tylko dziecięca fantazja. W czasie gdy dziadkowie ze strony ojca cierpieli koszmar wojny w Europie, dziadek Merl walczył na Pacyfiku. Niemniej była to miła fantazja, na której wspomnienie wciąż robi mi się ciepło na sercu.

Kilka lat po powrocie z wojny dziadek Merl kupił z babcią Ruth działkę rolną. Zamierzali prowadzić niewielkie gospodarstwo – nie z ambicjami komercyjnymi, ale z myślą o zbliżeniu się do ziemi. Mieli stodołę, konia, krowę. Uprawiali pomidory, groszek, kapustę, rabarbar, kukurydzę, kalafiory, arbuzy, dynie. Z dzieciństwa pamiętam między innymi żucie rabarbaru.

Na końcu dróżki odchodzącej od długiej gruntowej drogi postawili dom, a wzdłuż podjazdu zasadzili rzędem pięć srebrnych świerków. Babcia uważała, że srebrne świerki są wykwintnymi drzewami i stanowią swoistą inwestycję w krajobraz. Kupiła je jako sadzonki, ale nie zupełnie maleńkie. W chwili wkopywania do ziemi były już dość spore, rozwinięte i szybko się ukorzeniły.

Mama wyprowadziła się, by wychowywać mnie i moją siostrę w Detroit, gdzie tata dostał pracę i gdzie żyła też cała jego rodzina: moje ciotki, wujowie i dziadkowie z jego strony. Niedaleko mieszkało też rodzeństwo mamy, toteż siódemka kuzynostwa bawiła się pod świerkami babci Ruth. Uwielbiałem wyjazdy do niej i pobyt w gospodarstwie, choć byłem tam obcy. W odróżnieniu od kuzynów nie znałem nazw zwierząt ani wydawanych przez nie głosów. Bałem się gęstej ciemności, która z nadejściem wieczora spowijała wszystko wokół; ciemności tak nieprzeniknionej, że wydawało się, jakby nie miała końca. Kiedy się nudziłem, wolałem oglądać kreskówki, niż wychodzić na powietrze.

Poza tym z jeszcze jednego powodu czułem się trochę inny od kolegów w mieście, a nawet od kuzynów. Nie rzucało się to bardzo w oczy, ale miałem nieco ciemniejszą karnację w porównaniu z większością mieszkających po sąsiedzku bladoskórych blondynów, których rodziny były często pochodzenia holenderskiego, podobnie jak część moich kuzynów. Wiedziałem, że mój ojciec, siostra i ja byliśmy jedynymi Żydami w najbliższej okolicy. Jednocześnie to, że różnię się od pozostałych członków rodziny, było bez znaczenia. Czułem takie samo przywiązanie do kawałka ziemi dziadków.

Gdy pierwszy raz zobaczyłem srebrne świerki, były już wysokie i rozłożyste, ich najniższe gałęzie tworzyły dogodne schronienia w miejscach, gdzie płaski grunt przechodził w stok łagodnego wzniesienia. Podczas zabawy w chowanego wczołgiwałem się pod nie, obdrapując sobie kolana i łokcie, i sadowiłem się w środku – przy szorstkiej korze, z ptakami nad głową i krzyżującymi się wokół mnie iglastymi gałązkami – nasłuchując odliczania, po którym zostanę w końcu znaleziony.

Kiedy babcia rozstawała się pewnego dnia z farmą, drzewa wyrosły już tak wielkie, że niemalże przesłaniały front domu. Mama zdawała sobie sprawę, że babcia chciałaby zachować jakiś skrawek tego miejsca. Nie mogła wziąć ze sobą dorosłych świerków – były zdecydowanie za duże – ale przez lata, od kiedy babcia tu zamieszkała, mama pomagała w sadzeniu wokół domu nowych drzewek. Podczas ostatniej wizyty rozejrzała się w poszukiwaniu odpowiedniej sadzonki – dostatecznie rozwiniętej, żeby zniosła przenosiny, a jednocześnie dość młodej, by dało się ją wykopać z korzeniami. Gdy znalazła taką, sięgnęła po łopatę, a następnie wydobyła drzewko z ziemi i wstawiła do plastikowego wiadra.

Pamiętam, jak pomyślałem, że sadzonka wygląda w nim żałośnie, jak rachityczna choinka z kreskówki Charlie Brown. Zastanawiałem się, czy mama na pewno wie, co robi. Drzewko pojechało z nami aż do Detroit, wciśnięte z tyłu samochodu między nogami moimi i siostry.

Po przyjeździe mama nie traciła czasu. Wykopała dołek w rogu ogródka i włożyła sadzonkę do ziemi. Byłem przekonany, że się nie przyjmie, ale ona widziała, jak pierwszych pięć świerków rozrosło się w olbrzymy. Miała wizję, miała wiarę. Była przekonana, że drzewo sobie poradzi. A gdzieś w głębi duszy wiedziała może także to, że pomoże ono rosnąć w siłę nam wszystkim. Z biegiem lat z tej sadzonki powstał kolejny olbrzym.

W czasie, gdy chowałem się w kryjówce pod gałęziami świerka i przyglądałem się powtarzalnym wzorom jego igiełek, zahipnotyzowany stopniowaniem ich barw, były to dla mnie po prostu drzewa. Nie zastanawiałem się specjalnie nad nimi ani nie miałem pojęcia o tym, jak mogły oddziaływać na mój mózg.

Przez tysiące lat filozofowie i różni inni myśliciele zastanawiali się nad przyrodą, poetycko rozwodząc się nad jej mocami regeneracyjnymi, i przez długi czas wydawało się to wystarczające. Paradoksalnie im bardziej życie ludzi koncentrowało się w miastach, tym powszechniejsze stawało się przekonanie, że dostęp do przyrody w oczywisty sposób nam „służy”. Jedź za miasto na rekonwalescencję – radzono. Wybierz się na wakacje nad morze. „Jest coś nieskończenie uzdrawiającego w powtarzalnych refrenach natury” – wyznawała XX-wieczna biolożka Rachel Carson. „Serce me opromienia blask kwiatu wiśni – pisał XV-wieczny japoński poeta Matsuo Bashō, gdy na gruźlicę umierał jego bratanek – kiedy więc pomyślałem, że to już ostatnia jego wiosna, zabrałem go, aby zobaczył wiśnie, i się rozradował”. W wielu religiach niebo jest przedstawiane jako ogród Edenu, a w takich książkach jak Tajemniczy ogród Frances Hodgson Burnett oddziaływanie przyrody ukazane jest jako sposób uzdrawiania ludzi.

Pomimo tych ogólnie akceptowanych prawd przed założeniem przeze mnie Pracowni Neuronauki Środowiskowej na Uniwersytecie Chicagowskim niewielu naukowców zajmowało się analizowaniem wpływu przyrody na nasz mózg. Było tak dlatego, że większość specjalistów neuronauk skupia się na wnętrzu człowieka, dążąc do ustalenia, co się dzieje w mózgu, w jaki sposób wywołuje on nasze zachowania i jak realizuje funkcje poznawcze. Z kolei większość specjalistów nauk o środowisku koncentruje się na świecie zewnętrznym, na tym, co dzieje się wokół nas. Łącząc te dwie sfery, uświadomiłem sobie, jak fundamentalnie jesteśmy kształtowani przez otoczenie, i zacząłem się zastanawiać, czy przyroda może stanowić antidotum na wiele dzisiejszych bolączek. Czując, że muszę coś z tym zrobić, powołałem do istnienia nową, hybrydową dziedzinę badań: neuronaukę środowiskową. W odróżnieniu od moich kuzynów, mieszkających na wiejskich terenach Michigan, ja z reguły przyglądam się drzewom i innym elementom świata natury w swojej pracowni w Chicago, w której obserwuję ludzki mózg i analizuję zachowania w reakcji na przyrodę.

Skupiam się na nawykach i zdolnościach, które ujawniają się u ludzi, kiedy dotykają oni miękkich liści szałwii, słyszą śpiew szczygła lub szum fal oceanu, wąchają wilgotną ziemię czy kwitnące róże albo oglądają cukierkowe barwy zachodu słońca nad Wielkim Kanionem. Razem z moim zespołem analizuję skany wykonane metodą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI) przez aparaty MRI, które mierzą poziom natlenowania krwi i mogą dzięki temu wskazać najbardziej aktywne obszary mózgu u ludzi wykonujących określone zadania, doznających różnych bodźców czy myślących na różne tematy. Wprowadzamy uczestników eksperymentów w realne i wirtualne środowiska przyrodnicze i sprawdzamy, czy uzyskują oni lepsze wyniki w testach uwagi i pamięci (takich jak powtarzanie zapamiętanych cyfr w odwrotnej kolejności) po interakcji z otoczeniem naturalnym niż po kontakcie z otoczeniem wielkomiejskim. Używamy detektora ruchu gałek ocznych (co ujawnia, którym fragmentom obrazu człowiek dokładniej się przygląda), by ustalić, czy ludzie inaczej poruszają oczami, kiedy patrzą na zdjęcia scenerii przyrodniczej, niż gdy przyglądają się scenom z życia miasta. Korzystamy z monitoringu lokalizacji telefonów komórkowych, by oceniać, jak często mieszkańcy różnych dzielnic odwiedzają parki, i sprawdzamy potem, czy w dzielnicach, w których ludzie częściej spacerują w parkach, notuje się mniejszą przestępczość. A to wszystko zaledwie początek.

Uprawiając neuronaukę środowiskową, analizuję zewnętrzne otoczenie w połączeniu z wewnętrznymi procesami biologicznymi i psychicznymi człowieka, by udzielić odpowiedzi na ważne pytania, na przykład: Jak oddziałuje na nas świat przyrody pod względem psychicznym? W jaki sposób destrukcja środowiska naturalnego wpływa na nasz mózg? Jak moglibyśmy modyfikować swoje otoczenie z pożytkiem dla własnego samopoczucia? Czy można skorzystać z odkryć na temat interakcji między przyrodą a biologią człowieka do projektowania lepszych środowisk?

Odpowiedzi na te pytania ukazują, że związek ludzi z otoczeniem jest znacznie bardziej wieloaspektowy i złożony, niż naukowcy uznawali do tej pory. Zwykły spacer na łonie przyrody prowadzi do zadziwiającego wzmocnienia pamięci i koncentracji. Z niektórych badań wynika, że można uzyskać podobne – choć słabsze – efekty tylko dzięki oglądaniu obrazów przyrody (na przykład fotografii wielkich drzew iglastych lub wideonagrań wodospadu) albo słuchaniu śpiewu ptaków. Na wieść o tych ustaleniach wielbiciele przyrody będą intuicyjnie przytakiwali, ale odkryliśmy, że przyroda nie musi się nawet podobać, aby przynosić ludziom korzyści poznawcze. Oddziałuje ona na nas tak jak warzywa, które jak wiadomo, służą naszemu zdrowiu niezależnie od tego, czy nam smakują, czy nie.

Nie jestem pierwszym autorem, który wychwala zalety kontaktu z naturą, lecz to nie jest też po prostu kolejna książka o przyrodzie. Piszę w niej o nieznanych do tej pory zasadniczych aspektach biologii i psychologii człowieka oraz o wpływie wywieranym na nie przez przyrodę. Okazuje się, że interakcje natury z mózgiem i całym organizmem poprawiają nasze zdolności poznawcze, pomagają w czasie żałoby, ułatwiają łagodzenie depresji i lęku, a co bodaj najistotniejsze, mogą też wspomóc miliony ludzi, którzy w dzisiejszym zagonionym świecie zmagają się z roztargnieniem i niedoborem uwagi, przyroda ma bowiem wyjątkową moc regenerowania naszej zdolności koncentracji. Zdolność ta odgrywa kardynalną rolę w życiu – nie tylko dla naszej efektywności, ale także sprawowania samokontroli. Nie musimy w tym celu rezygnować z telefonów komórkowych, pozbywać się domów w mieście i przenosić do lasu. Głęboki wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie może mieć krótki spacer, ustawiona w odpowiednim miejscu roślina doniczkowa albo słuchanie przez kilka minut śpiewu ptaków. I powtarzam: nie trzeba nawet lubić przyrody – wystarczy zaprosić ją do swojego życia.

Z myślą o osobach, które czują się czasami wyczerpane, rozkojarzone, wyalienowane czy skłonne do depresji, przedstawiam w tej książce „recepty przyrodnicze”, które mogą nas natchnąć radością i nadzieją, odświeżyć w nas energię i uwagę oraz pobudzić ducha wspólnoty i łączność z innymi. Uzyskane przez nas wyniki badawcze mają zastosowanie zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, pod dachem i na zewnątrz, w czasie spędzanym samemu albo ze współpracownikami, z przyjaciółmi czy rodziną i nie wymagają wyprowadzania się z miasta ani wyrzekania się innych atrybutów nowoczesności.

Będziemy omawiać te wszystkie sprawy, ale żeby dać przedsmak skali naszych ustaleń, powiem już teraz, że samo mieszkanie przy ulicy, na której rośnie więcej drzew, koreluje z lepszym stanem zdrowia. Odkryliśmy w naszych badaniach, że 11 drzew więcej na odcinku jednej przecznicy wiąże się ze zmniejszeniem o jeden punkt procentowy częstości takich schorzeń sercowo-metabolicznych jak udar, cukrzyca i choroba wieńcowa2. Na pierwszy rzut oka może się to nie wydawać spektakularną różnicą, ale do uzyskania równoważnej poprawy dzięki nakładom finansowym trzeba by rozdać wszystkim na danym obszarze po 20 tysięcy dolarów albo magicznie cofnąć ich wiek prawie o półtora roku. Co być może jeszcze bardziej zaskakujące, wykazaliśmy, że korzyści zdrowotne przynosi obecność wokół nas nawet sztucznych roślin – wprowadziłem je więc do swojego gabinetu w domku za miastem, w którym nie mogę regularnie podlewać żywych roślin. Prowadząc dalsze badania, odkryliśmy, że sam widok drzewa za oknem czy świergot ptaków mogą mieć wpływ na najróżniejsze aspekty życia – od wyników w nauce szkolnej do rozmiarów przestępczości na osiedlu i tempa rekonwalescencji po operacji chirurgicznej.

Sprowadza się to do wniosku, że przyroda nie jest zaledwie miłym dodatkiem, lecz okazuje się dla nas niezbędna.

W całej książce będę przytaczał opowieści z mojego życia i z prowadzonych badań. Praca zawodowa zawiodła mnie do wielu miast. Z domu rodzinnego na osiedlu w Detroit wyjechałem na studia pierwszego i drugiego stopnia oraz doktoranckie na Uniwersytet Michigan w Ann Arbor. Następnie spędziłem kilka lat na stażu podoktorskim w Toronto, a potem wykładałem jako profesor na Uniwersytecie Karoliny Południowej. Obecnie jestem profesorem na Uniwersytecie Chicagowskim, ale nadal dzielę swój czas między Wietrzne Miasto a kanadyjskie Toronto. Ponieważ środowisko odgrywa kluczową rolę w tej książce, przywołuję każde z tych miejsc jako tło opisywanych faktów.

Bez względu jednak na to, w jakim mieście czy miejscu się znajduję, traktuję swoje życie zawodowe i rodzinne jako swoiste pole eksperymentowania z łącznością z przyrodą. Dzisiaj inaczej pracuję, planuję i podejmuję zasadnicze decyzje. Przearanżowałem wyposażenie domu i gabinetu. Gdzie indziej wypoczywam i się modlę oraz co innego oglądam i czego innego słucham dla relaksu. Wybieram inne dekoracje do przyozdabiania ścian, okien i drzwi. Moja pracownia uniwersytecka znajduje się w tętniącym życiem mieście, a codzienność nie szczędzi niekiedy stresów, ale korzystając z przyrody, wiem teraz, dokąd się udawać, aby doładować akumulatory, zredukować zmęczenie psychiczne, odzyskać skupienie, wzmóc kreatywność, pogłębić relacje interpersonalne, otrząsnąć się z przygnębienia czy zastanowić nad przyszłością. Dużo zawdzięcza temu także moje małżeństwo – razem z żoną wykorzystujemy wiele naszych odkryć w wychowywaniu czworga dzieci.

Neuronauka środowiskowa zainspirowała mnie do stworzenia śmiałej wizji ratowania ludzkości dzięki światowej rewolucji przyrodniczej, ale jak każda wielka przemiana również ta może się rozpocząć od małych kroków – od indywidualnych działań każdego z nas. Po prostu dodaj do swojego życia odrobinę więcej zieleni i zaznaj płynących z tego korzyści w praktyce. Gorąco zachęcam czytelników, aby w trakcie lektury tej książki zmieniali swoje życie w laboratorium rewolucji przyrodniczej.

Jedna z pierwszych spraw, którymi się zajmiemy, być może wcale nie kojarzy się z naturą – myślę o współczesnym kryzysie uwagi. Tak jak przyroda jest ściślej powiązana z ludzką psychiką, niż dawniej dostrzegała to nauka, tak też uwaga stanowi nieoczywisty system korzeniowy wszystkiego, czym zajmuje się umysł – jest to uniwersalne dobro, z którego czerpią nasze zdolności poznawcze oraz zdrowie fizyczne, społeczne i emocjonalne.

.

Nie mieć drzew oznaczałoby – w najdosłowniejszym sensie – nie mieć korzeni.

Richard Mabey, dziennikarz, autor książek o przyrodzie

Część pierwsza

Dlaczego

U KORZENI

naszych badań leży

KRYZYS UWAGI

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 1

Natura ludzka

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 2

Kryzys uwagi

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 3

Spacer w parku

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 4

Rozkładanie przyrody na elementy

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Część druga

Recepty

przyrodnicze

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 5

Recepta przyrodniczadla zdrowia psychicznegoi zdolności poznawczych

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 6

Recepta przyrodnicza dla zdrowia fizycznego

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 7

Recepta przyrodniczadla zdrowia społecznego

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 8

Recepta przyrodnicza na czas żałoby

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Część trzecia

Rewolucja

przyrodnicza

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 9

Naturyzacja przestrzeni wokół nas

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 10

Przyroda i urbanistyka

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 11

Przyroda i dzieci

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Rozdział 12

Przyszłość neuronauki środowiskowej

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Podziękowania

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Źródła ilustracji

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Bibliografia

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Przypisy bibliograficzne

WSTĘP

1 Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie, przeł. H. Cieplińska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1999, s. 235. ↩

2 Omid Kardan i in., Neighborhood Greenspace and Health in a Large Urban Center, „Scientific Reports” 5 (2015), s. 11610. ↩

.

Tytuł oryginałuNATURE AND THE MIND: THE SCIENCE OF HOW NATURE IMPROVES COGNITIVE, PHYSICAL, AND SOCIAL WELL-BEING

Przygotowanie okładki do drukuKarolina Żelazińska-Sobiech

Projekt okładkiJenny Carrow

Ilustracja na okładceAdobe Stock

Redaktor prowadzącyDominik Leszczyński

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaTeresa Zielińska, Małgorzata Koniarska

Copyright © 2025 by Dr. Marc G. Berman All rights reserved, including the right to reproduce this bookor portions thereof in any form whatsoever. Copyright © for the Polish translation by Dariusz Rossowski, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-352-0

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.