Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
201 osób interesuje się tą książką
„Narodziny królowej” to mroczna, brutalna i emocjonalnie intensywna powieść o zemście, przetrwaniu i przemianie z ofiary w kobietę, która gotowa jest przejąć kontrolę nad własnym losem. To historia o tym, że kiedy świat odbiera wszystko – można dalej być owieczką, albo stać się lwicą.
Zuria Machado od dwóch lat żyje w cieniu przemocy. Po tragicznej śmierci rodziców trafia pod opiekę stryja, który zamiast ją chronić, zamienia jej życie w koszmar. Bita, głodzona i zmuszana do kradzieży, walczy o przetrwanie swoje i młodszego brata. Gdy chłopiec znika, świat Zurii przestaje istnieć. Rodzi się w niej silna chęć zemsty, dla której zamierza poświęcić życie.
Los rzuca ją wprost do świata kartelu, pod skrzydła Mauricia Chaveza – człowieka, którego imię budzi strach. Mężczyzna dostrzega w niej kogoś więcej niż tylko złodziejkę. Zabiera ją do siebie i nieświadomie staje się źródłem do celu.
Powieść przeznaczona dla osób pełnoletnich.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 221
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MARTA ZBIROWSKA
NARODZINY KRÓLOWEJ
KARTEL #1
Copyright ©
Marta Zbirowska
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved, Szczytno 2026
Kopiowanie, reprodukcja, dystrybucja lub jakiekolwiek inne wykorzystanie niniejszej publikacji w całości lub w części, bez wyraźnej zgody autora, jest surowo zabronione zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa o prawach autorskich. Niniejszy tekst stanowi wyłączną własność autora i podlega ochronie zgodnie z przepisami międzynarodowymi oraz krajowymi dotyczącymi praw autorskich.
Redakcja
Marta Zbirowska
Korekta
Anna Łakuta
Projekt okładki
Kamila Polańska
Skład i łamanie
Marta Zbirowska
Wydanie I
Numer ISBN:978-83-975690-0-3
Powieść przeznaczona dla czytelników pełnoletnich.
Kiedy los zabiera Ci wszystko, co kochasz, postaw się mu i odbierz władzę
KARTEL
NARODZINY KRÓLOWEJ
Czy mówił Ci ktoś kiedyś, że jesteś słaba? Nie? To szczęściara z Ciebie.
Zemsta najlepiej smakuje na chłodno. Czyżby? Nie jestem pewna, czy działanie w emocjach zalicza się do tej tezy. Odpowiednie przygotowanie – owszem, ale skąd wiadomo, że już czas?
Jestem gotowa. Zapłaci mi za wszystko. Odpokutuje swoje przewinienia i stanie oko w oko z Bogiem, a on go osądzi. Trafi do miejsca, gdzie jego dusza nigdy nie zazna spokoju. Tak jak moja nie zazna jej na ziemi, dopóki on po niej stąpa.
– Ty żyjesz? – prychnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Po co przylazłaś, ty mała brudna suko? Nie dość problemów mam przez ciebie?
– Wiesz, po co przyszłam. Gdzie on jest?
– Jeszcze się łudzisz, że żyje? Jesteś głupsza, niż myślałem. A teraz wypierdalaj stąd!
– Nie wyjdę, dopóki…
– Dopóki co? – przerwał mi i ruszył w moją stronę. O dziwo był trzeźwy, ale na pewno nie z własnego wyboru. Widocznie nie miał już za co pić.
Kiedy się zbliżał powolnym krokiem z tym dobrze mi znanym paskudnym uśmiechem, wyciągnęłam kuszę i wycelowałam w jego klatkę piersiową. Cudownie byłoby przebić mu serce i patrzeć, jak w jego oczach w ułamku sekundy gaśnie życie, lecz nie tego chciałam.
– Pojebało cię? Chcesz mnie zabić? Za wszystko, co dla was zrobiłem? – zapytał z udawanym żalem i strachem. Nie bał się mnie. Zawsze miał nade mną przewagę. – Nie masz w sobie odwagi. Zawsze będziesz nic niewartą dziwką. Twoi rodzice woleli zginąć, niż się z tobą użerać.
Starałam się go nie słuchać, ale w głębi duszy jego słowa mnie raniły i odbijały się echem. Trzaskały moje serce, choć wiedziałam, że to nie prawda. To przecież był wypadek. Rodzice nie mieli na niego wpływu i żadnych szans na przeżycie.
Wyszłam mu naprzeciw. Zaskoczony mężczyzna zaczął się cofać. Im bliżej podchodziłam, tym dalej odchodził, aż w końcu dotarł do ściany. Zetknął się z nią plecami i wystawił dłonie w geście obronnym. Na jego skroni dostrzegłam kropelkę potu, ale wyraz twarzy dalej miał hardy. Nie doceniał mnie i popełniał błąd.
– Opuść to, dzieciaku, bo zrobisz sobie krzywdę – zadrwił.
Po moich plecach spłynęła strużka potu, ale ręce nie zadrżały mi ani razu. Nie było już odwrotu. Tak długo czekałam na tę chwilę, a kiedy nadeszła, nie chciałam, żeby się skończyła. Pragnęłam się nią delektować, żeby zapamiętać jej smak na długo.
– Zabiję cię – wyszeptałam, nie spuszczając z niego celu.
– Ty? Jesteś za słaba. Jesteś mięczakiem tak jak Luis. Kiedy go zabierali, wydzierał się i beczał tak, że nie mogłem tego znieść. Z przyjemnością się go pozbyłem.
Poczułam pieczenie pod powiekami, ale nie pozwoliłam wyprowadzić się z równowagi. Zamrugałam kilkukrotnie, aby powstrzymać napływające łzy. Moja ofiara chciała wykorzystać ten moment, jednak byłam szybsza. Wystrzeliłam dwa bełty, które przebiły dłonie sukinsyna na wylot, przyszpilając je do ściany.
Krzyk wydobywający się z zapijaczonego gardła stanowił muzykę dla moich uszu. Odpowiednia głośność, melodyjne charczenie…
– Ty suko! – wypluł ze złością pomieszaną z bólem.
Popatrzyłam na niego z triumfem. Zadałam mu rany, ale to dopiero początek.
Wyszłam przed dom i z auta wyciągnęłam kanister benzyny. Okazał się ciężki, lecz dałam radę go nieść. Siły dodawała mi adrenalina. Buzowała we mnie jak szalona – piękne uczucie. Na zewnątrz krzyki były stłumione, jednak i tak dało się je usłyszeć. Sąsiedzi w popłochu zamykali okiennice. Przechodnie przyspieszali kroku, aby znaleźć się jak najdalej od źródła przeraźliwej rozpaczy. Nikt nie zamierzał wzywać policji, bo ona jeszcze nigdy nikomu się nie przysłużyła, a poza tym moja ofiara nie cieszyła się dobrymi stosunkami z okolicznymi mieszkańcami. Wątpiłam w to, że ktoś za nią zapłacze.
Weszłam z powrotem do domu i odstawiłam na chwilę pojemnik z łatwopalną cieczą. Cieszył mnie widok, który zastałam. Szarpnięcia mężczyzny spowodowały powiększenie ran. Krew spływała po jego przegubach, tworząc piękne nieregularne linie. Uśmiechnęłam się krzywo i chwyciłam kanister.
– No to zaczynamy zabawę, Alejandro!
Zuria
Codziennie słyszałam, że jestem nikim i nic nie znaczę. Byłam złem koniecznym, kolejną gębą do wykarmienia. Stryj Alejandro zaopiekował się mną i moim bratem po śmierci naszych rodziców, gdy miałam szesnaście lat, a brat sześć. O ile Luisa przyjął z otwartymi ramionami, o tyle mnie uważał za zbyteczny nadbagaż. Dom, w którym mieszkaliśmy z rodzicami, bardzo szybko sprzedał, a środki, mające wystarczyć na nasze utrzymanie, roztrwonił w okamgnieniu. Musiałam szybko dorosnąć, aby chronić siebie i brata.
Gdy kolejny raz nie udało mi się niczego wyżebrać, zostałam pobita przez Alejandro i zyskałam masę nowych siniaków. Krzyczał, że same ze mną problemy i dłużej nie będzie mnie utrzymywał. Luis przyglądał się temu w bezruchu, nie mógł nic zrobić, zareagować w żaden sposób, był jeszcze dzieckiem. Kiedyś próbował stanąć w mojej obronie, ale sam oberwał. Jego siniaki bolały mnie bardziej niż moje własne. Po tamtym incydencie prosiłam go, żeby nigdy więcej nie próbował się za mną wstawiać. Tłumaczyłam, że nie czuję bólu – kłamałam dla jego dobra.
– To twoja ostatnia szansa! – krzyczał stryj, wyciągając mnie za włosy z małego obskurnego pokoiku. – Jesteś już dorosła i nie muszę dłużej cię karmić! Nie wracaj, dopóki nie przyniesiesz gotówki! Mam to gdzieś, jak to zrobisz! – Praktycznie wypchnął mnie za drzwi i uderzył starym zdezelowanym plecakiem.
Podniosłam go z ziemi i popędziłam przed siebie, nie odwracając się nawet na chwilę. Chciałam uciec i zapomnieć o tym miejscu, ale nie mogłam tego zrobić Luisowi. Miał dopiero osiem lat i poza mną nie było nikogo, kto by się nim zaopiekował. Przez ostatnie dwa lata marzyłam o znalezieniu pracy i wyprowadzce od stryja. Gdybym zarabiała pieniądze, mogłabym przejąć prawnie opiekę nad Luisem, ale żyliśmy w miejscu, w którym byliśmy bez szans. Nie miałam do kogo się zwrócić o pomoc, żadnej rodziny, znajomych, dosłownie nikogo, a sąsiedzi wydawali się ślepi i głusi. Nikt nie reagował na naszą krzywdę, dla świata pozostawaliśmy niewidzialni.
Zaciągnęłam kaptur na głowę i pokierowałam się pod kościół. Wieczorna msza właśnie się skończyła. Postanowiłam spróbować kolejny raz i liczyłam na to, że ktoś się zlituje i wrzuci choć parę peso. Nie mogłam wrócić do domu z niczym, bo to by się równało z nowymi siniakami na mojej i tak już granatowej skórze. Wyjęłam z plecaka kubek i stanęłam blisko schodów. Przez moje ubranie i kaptur na głowie ludzie myśleli, że jestem młodym chłopakiem, któremu nie chce się pracować. Odsyłali mnie na pola uprawne albo na kutry rybackie.
W Culiacán, żeby zarobić na chleb, pracowało się na polu albo na wodzie. Majątek zbijało się na prostytucji, narkotykach i handlu żywym towarem. Przez chwilę zastanawiałam się nad dwiema pierwszymi opcjami, ale to nie wchodziło w grę. Nie miałam ani wyglądu, ani dojść do prochów. Byłam nikim.
Udało mi się zebrać dwa peso. To zdecydowanie za mało, żebym wróciła do stryja. Zrezygnowana szwendałam się po ciemnych uliczkach, godziny mijały, a ja nie miałam prawie nic. Alejandro zabiłby mnie, gdybym stanęła w progu domu, więc krążyłam dalej, aż wreszcie opadłam z sił i usiadłam na schodach jednego ze sklepów.
Dochodziła dwudziesta druga, więc był zamknięty i mogłam w spokoju odsapnąć. Siedząc na betonie, czułam łzy napływające do moich zmęczonych oczu i słyszałam burczenie żołądka. Już miałam zamknąć powieki, żeby zdrzemnąć się choć przez chwilę jak bezdomny na ulicy, kiedy moją uwagę przykuł wychodzący z baru naprzeciwko pijaczyna.
Zataczał się w moją stronę, robiąc krok w przód i dwa w tył. Trwało to wieczność, zanim mnie minął. Dostrzegłam w tylnej kieszeni jego spodni portfel. Nie włożył go wystarczająco głęboko, żeby go ukryć, i nie dość płytko, żeby sam mu wypadł. Pomyślałam, że to moja jedyna i ostatnia szansa. Bardzo nie chciałam tego robić, ale ciągłe burczenie w brzuchu przypominało mi, dlaczego nie mogę odpuścić.
Odprowadziłam go wzrokiem za róg ulicy, a kiedy zniknął z mojego pola widzenia, ruszyłam za nim. Mężczyzna był tak napruty, że nawet mnie nie zauważył. Podeszłam do niego w momencie, kiedy opierał się jedną ręką o drzewo, a drugą próbował rozpiąć rozporek. Musiałam działać szybko, zanim zorientowałby się, co jest grane.
Z szaleńczo bijącym sercem wyciągnęłam portfel z jego kieszeni. Nie zawahałam się i bez zbędnej zwłoki oddaliłam się szybkim krokiem. Facet nie zorientował się, że ktoś go obrabował, a kiedy wytrzeźwieje, pomyśli, że zgubił kasę po pijaku.
Gdy znalazłam się dość daleko od miejsca mojej pierwszej kradzieży, mogłam trochę zwolnić i zajrzeć do środka zdobyczy. Było tam sporo peso i kilka dolarów amerykańskich. To szczęście początkującego albo cud. Nieważne. Liczyło się to, że w końcu się udało.
Wracając do domu, układałam sobie plan na następne skoki. Nie okazało się to takie trudne, jak myślałam, tylko należało znaleźć odpowiednie ofiary. Euforia zalewała moje obolałe ciało, ale ignorowałam dyskomfort i jak na skrzydłach pędziłam w stronę domu.
Kiedy wróciłam i zastałam stryja popijającego tequilę prosto z butelki, moja ekscytacja zaczęła opadać.
– Stryju, udało się – powiedziałam szybko, żeby uprzedzić go, zanim zacznie wyżywać się na mnie, co z pewnością było jego ulubionym zajęciem. Czasem myślałam, że w ten sposób się relaksuje. Co do jednego miałam pewność: uwielbiał mnie poniżać.
Podeszłam bliżej i położyłam portfel na małym stoliku, na którym trzymał nogi w butach. Spojrzał najpierw na zdobycz, potem na mnie i zdjął kopyta z blatu.
– W końcu – odpowiedział, chwytając portfel i zajrzał do środka, a na jego pijackiej gębie pojawił się obrzydliwy uśmiech. – No, poszczęściło ci się. – Liczył kasę i kilkukrotnie zacmokał z aprobatą. Pierwszy raz był ze mnie zadowolony i nie miał argumentów, żeby sprać mi skórę.
Chciało mi się płakać ze szczęścia. Czułam się znacznie lepiej i bezpieczniej. Ocaliłam siebie przed gniewem stryja.
– Jestem głodna. Mogę coś zjeść? – zapytałam z nadzieją i burczeniem w żołądku.
W tym domu nie jadło się bez pozwolenia. Otrzymywałam posiłek tylko wtedy, kiedy zasłużyłam albo gdy stryj miał dobry humor. Czasem też zwinęłam coś, gdy nie było go w domu, ale kilka razy się zorientował. Poniosłam surowe konsekwencje za zjedzenie kawałka suchego chleba. Maleńka blizna na prawej dłoni ciągle mi o tym przypomina. Na szczęście nie został zbyt duży ślad po wbitym widelcu, ale wystarczający, abym trzymała się ustalonych reguł.
– Weź, co chcesz – mruczał pod nosem i kolejny raz liczył pieniądze z błyskiem w oczach.
Z zadowoleniem podeszłam do lodówki, w której nie było dużego wyboru, i wyciągnęłam z niej puszkę fasoli w sosie pomidorowym. Podgrzałam posiłek w małym rondelku i zjadłam w szybkim tempie. Czułam się zmęczona, pragnęłam jak najszybciej odpocząć.
Posprzątałam po sobie w kuchni, a potem poszłam do pokoju, gdzie spał mój młodszy brat. Nie zdejmując ubrań, położyłam się obok niego na materacu i przytuliłam go mocno, tak jak kiedyś robiła to nasza mama.
Niedawno minęły dwa lata od śmierci rodziców. Dwa lata okropnego życia pod dachem człowieka, który zamiast nas chronić, wykorzystywał i gnębił. Pewnie niedługo będzie chciał, żeby Luis też kradł, ale ja się postaram, żeby do tego niedoszło. Nie pozwolę, by zniszczył życie również jemu. Zamierzałam uwolnić nas od tego przekleństwa. Tylko jeszcze nie wiedziałam jak, ale po udanym skoku miałam większą nadzieję niż kiedykolwiek wcześniej.
***
– Zuria! Zuria! – krzyczał Luis, wbiegając do pokoju.
Spałam tak twardo, że nie zauważyłam, kiedy wstał.
– Co się stało? Czemu tak krzyczysz? – Z trudem otworzyłam wciąż ciężkie powieki. Dostrzegłam jego radosną minę, a moje serce zabiło szybciej. Uwielbiałam ten beztroski uśmiech, który gościł na dziecięcej twarzy niestety coraz rzadziej.
– Wstawaj na śniadanie. Jest tyle dobrego jedzenia! – piszczał dalej z wielkimi emocjami w głosie. Zbliżył się do mnie, pochylił i złapał moją dłoń. – No wstań – prosił zniecierpliwiony.
– Dobrze, już dobrze – odpowiedziałam, a wtedy puścił moją rękę, żebym mogła podnieść się z materaca.
Jak tylko stanęłam na nogach, Luis ponownie splótł nasze palce i pociągnął mnie w stronę kuchni. Przy stole siedział Alejandro i zajadał się burrito, jakby z tydzień nie jadł, a przecież sobie nigdy nie żałował.
– Jedzcie, póki ciepłe – odezwał się z pełnymi ustami. Miał dobry humor, co było rzadkością, więc mogliśmy zjeść porządny posiłek. W końcu.
Zasiedliśmy do stołu, brat przyciągnął w swoją stronę dwa burrito, ja wzięłam swój przydział, którym szybko wypełniłam żołądek. Przyzwyczaiłam się do małej ilości pokarmu, dlatego najadłam się do syta, co wystarczało na bardzo długi czas. Często nie miałam nic w ustach przez kilka dni a od zwiększonej dawki jedzenia mogłam się pochorować. Zazwyczaj pilnowałam, żeby brat nie chodził głodny, więc oddawałam mu to, co czasem rzucał nam opiekun. Były to zbyt małe racje żywnościowe nawet dla ośmiolatka. Musiałam okłamywać Luisa, że już jadłam, bo inaczej nie wziąłby mojej porcji, a dzięki małemu kłamstewku zjadał wszystko bez oporów.
Dzień zaczynał się dobrze, mogliśmy w spokoju pooglądać telewizję, bo stryj zniknął zaraz po śniadaniu. Na pewno poszedł grać i nawet nie byłam na to zła. Cieszyłam się, że sobie poszedł. Czas bez niego to moment wytchnienia. Miałam tylko nadzieję, że nie przepuści wszystkiego, co mu przyniosłam.
– Jeszcze jedno burrito? – zapytałam Luisa, gdy kończył kolejną porcję na kanapie.
– Chyba zaraz zwymiotuję – odpowiedział, przewracając oczami.
Przysunęłam się do niego i mocno go przytuliłam. Od dwóch lat próbowałam zastąpić mu matkę, ale kiepsko mi szło. Nie umiałam być tak zaradna i opiekuńcza jak nasza mama.
Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że rodzice wypadli z drogi i spadli ze skarpy. Tata był dobrym kierowcą i codziennie jeździł na targ tą samą drogą. Znał każdą dziurę, każdy kamień, a jednak ostatnim razem coś poszło nie tak. Do końca życia będę się zastanawiać, dlaczego ta tragedia dotknęła akurat naszą rodzinę. Strasznie mi ich brakowało.
Wkrótce Luisa zmorzył sen. Głaszcząc jego ciemne włosy, modliłam się o lepszy los przynajmniej dla niego. Kiedy on drzemał, ja posprzątałam całe mieszkanie. Ale ile bym go nie pucowała, to i tak wyglądało obskurnie. Nie to co nasz dom rodzinny, o który dbałyśmy razem z mamą. Panował w nim porządek, a lodówka zawsze była wypełniona różnymi smakołykami. Gdy wracałam ze szkoły, obiad czekał już na stole. Potem odrabiałam lekcje, a po kolacji tata opowiadał nam ciekawe historie. Mama śpiewała Luisowi kołysanki do snu, a ja również słuchałam ich z przyjemnością, mimo że byłam już duża. Czasem snuliśmy plany o moim wyjeździe na studia, a moje marzenia współgrały z wizją rodziców. Niestety to wszystko zostało nam brutalnie odebrane.
Gdy brat się obudził, zabrałam go na długi spacer. Omijaliśmy okolice naszego dawnego domu, aby nie cierpieć z żalu jeszcze bardziej. Zaszliśmy też na boisko, żeby Luis mógł przez chwilę pograć z innymi dziećmi. Uśmiech na jego beztroskiej twarzy rozpalał moje serce. To nieliczne chwile, gdy mogliśmy poczuć namiastkę normalności. Chciałam być silna dla nas obojga i musiałam znaleźć jakieś rozwiązanie, żeby uciec od stryja.
Kiedy wróciliśmy do domu, zorientowałam się, że Alejandro jeszcze nie przyszedł. Ogarnął mnie niepokój. To znaczyło tylko jedno. Dłonie spociły mi się na samą myśl. I nie myliłam się, gdyż stryj pojawił się chwilę po naszym powrocie.
– Koniec leżenia! Zuria do roboty! – wrzeszczał, jak tylko przekroczył próg.
Miałam nadzieję, że to, co mu przyniosłam, wystarczy na jakiś czas, ale on przebimbał wszystko. Dlaczego łudziłam się, że tego nie zrobi? Skąd pomysł, że mogło być inaczej? Przecież to alkoholik i hazardzista. Dbał wyłącznie o siebie.
– Luis, idź już spać. Załatwię to szybko i niedługo wrócę – powiedziałam i pocałowałam go w czubek głowy.
Malec przytaknął ze zrozumieniem i ruszył do naszego pokoju, ale odwrócił się, podbiegł do mnie i mocno uściskał. Potargałam jego ciemne włosy i ponownie kazałam mu iść spać. Był grzecznym chłopcem, posłuchał bez oporów.
Mężczyzna rozsiadł się na kanapie, złapał pilot i skakał po kanałach, głośno przeklinając. Zagryzłam zęby i przysięgłam sobie, że kiedyś go zabiję.
– Jeszcze tu jesteś? Do roboty! – bełkotał po pijaku.
Nie miałam wyjścia. Wyszłam z domu, naciągnęłam kaptur na głowę, po czym udałam się w okolicę baru. Było dość wcześnie, zatem musiałam poczekać, aż się porządnie ściemni i ruch na ulicy zmaleje. Dokładnie obserwowałam okolicę i w końcu zauważyłam potencjalną ofiarę. To dość dobrze ubrany gość, na pewno z wypchanym portfelem. Jego chwiejny chód wskazywał na to, że wypił sporo alkoholu. Uniosłam kąciki ust i przystąpiłam do działania.
Ponownie mi się poszczęściło. Okradłam kolejnego pijanego mężczyznę bez mrugnięcia okiem. Tym razem z jego portfela wyjęłam kilka peso i schowałam do kieszeni. Zamierzałam odłożyć trochę pieniędzy na wszelki wypadek, gdyby mi się nie udało nikogo obrabować, a stryj żądałby kasy. Takie małe zabezpieczenie. Może uzbierałabym nawet na naszą ucieczkę. Tak, to dobry plan. Zbiorę pieniądze i wyjadę z Luisem gdzieś daleko. Zaczniemy wszystko od nowa.
W sercu rozpaliła się iskierka nadziei. Uniosłam głowę i spojrzałam w gwieździste niebo.
– Jeszcze będzie normalnie – wyszeptałam, jakbym składała przysięgę sobie, bratu i rodzicom.
Zuria
Wieczorne rabunki stały się moją codziennością. Po jakimś czasie byłam już mistrzynią w tym fachu. Okradałam nie tylko pijanych mężczyzn, lecz także babcie wychodzące z kościoła, przechodniów na ulicy czy kobiety na targu, ale i tak najwięcej kasy zdobywałam w okolicy baru. Jego klienci zawsze mieli przy sobie mnóstwo forsy, a że dużo pili, okazywali się łatwymi celami.
Kiedy zrobiło się trochę gorąco, miałam dość odłożonych pieniędzy, żeby zadowolić stryja i zapewnić sobie krótki urlop, ale zbyt mało, żeby uciec. Musiałam uzbroić się w cierpliwość. Wychodziłam z domu jak co wieczór, jednak tylko spacerowałam po mieście i obserwowałam ludzi, których planowałam okraść, gdy wrócę do gry. Czy czułam wyrzuty sumienia? Nie, nigdy. Ktoś taki jak ja ich nie ma. Skrzywdzona przez los i pozbawiona rodziców, za wszelką cenę starałam się zapewnić bratu bezpieczeństwo, a pieniądze zdobyte w niezbyt szlachetny sposób pomagały mi w tym. Fundowałam nam obojgu spokojny sen. Dopóki ja kradłam, Luis nie musiał wychodzić na ulicę. Już dawno przysięgłam sobie, że do tego nie dopuszczę. Starałam się, jak mogłam, żeby to się nie zmieniło.
Po kilku tygodniach odłożona kasa się skończyła, a ja byłam zmuszona znowu kraść. Gdy nie udało mi się nic przynieść do domu, Alejandro uderzył mnie kilka razy w twarz, rozcinając mi usta i zostawiając siniaki. Skuliłam się w kącie i osłaniałam przed razami, ale stryj ani myślał przestać. Kopał, gdzie popadnie, a ból stawał się sygnałem, że jeszcze żyję. Nie mogłam mu oddać, nie miałam tyle sił i odwagi, mimo że marzyłam, aby go zabić. Byłam słaba.
Nawet nie pozwolił mi obmyć krwi, ściekającej po moim podbródku, tylko wystawił mnie za drzwi i zabronił wracać z pustymi rękoma. Rękawem wytarłam posokę i jak zwykle narzuciłam kaptur na głowę. Z każdym oddechem czułam ból w klatce piersiowej, ale to nic, tak musiało być. Nie wiedziałam, dokąd iść, w starych miejscach ludzie stali się bardziej wyczuleni i na popijawy zabierali mniej gotówki. Krążyłam długo po mieście, lecz nie natrafiła się żadna okazja. Nie mogłam wrócić do domu bez niczego. Desperacko szukałam ofiary, ale jakby coś się zmieniło. Być może straciłam czujność albo opuściło mnie szczęście początkującego. Desperacja zaglądała mi przez ramię.
Gdy już świtało, postanowiłam zaryzykować i wytłumaczyć stryjowi, że muszę znaleźć inny sposób na zdobycie pieniędzy. Wróciłam, lecz w domu panowała wielka cisza. Niemożliwe, żeby Luis jeszcze spał. Zawsze wstawał pierwszy i mimo moich próśb, robił trochę hałasu. Nic wielkiego, zaszurał krzesłem albo włączał telewizor. Pomyślałam, że się rozchorował, więc zaniepokojona ruszyłam do naszego pokoju. Weszłam do środka i zamarłam z przerażenia. Nigdzie go nie dostrzegłam, a wokół materaca, na którym sypialiśmy było pełno krwi. Zaczęłam krzyczeć i niemal natychmiast przybiegł Alejandro.
– Gdzie jest Luis?! – zawyłam przeraźliwie. – Gdzie, do cholery, jest mój brat?! – podniosłam na niego głos pierwszy raz w życiu. Nie zważałam na konsekwencje, miałam je gdzieś.
– Przestań się drzeć! – Stryj złapał mnie za ramiona i potrząsał jak jakąś kukłą.
Szumiało mi w głowie, a obraz rozmazywał się przez napływające łzy.
– Gdzie on jest? – spytałam, połykając słone krople napływające do moich ust.
– Jego już nie ma i nie będzie! – wydarł się.
Nie rozumiałam, co to znaczy. Podniosłam głowę i dopiero zauważyłam, że twarz stryja jest cała poobijana. Miałam nadzieję, że to on pobrudził krwią materac, a Luis się gdzieś schował.
– Co się stało? – zapytałam cicho, jakbym tak naprawdę nie chciała znać odpowiedzi.
– Nie przyniosłaś kasy, a ja miałem długi, więc przyszli i go zabrali – wypluł z siebie pogardliwie, obwiniając mnie.
– Kto?
– Handlarze organami – wydukał, a z jego ust wydobył się odór alkoholu.
– To niemożliwe! Kłamiesz! – Szarpałam się z nim. Nawet drasnęłam go paznokciami po twarzy, rozdrapując i tak świeże rany.
W pierwszej chwili syknął, a potem uderzył mnie w brzuch. Skuliłam się i z trudem łapałam oddech. Pociemniało mi w oczach, a do gardła podeszły soki żołądkowe, paląc cały przełyk.
– Luis! – zawyłam w głos.
Mój malutki braciszek, nie obroniłam go i to moja wina.
Nie! To wina stryja! Wyprostowałam się i spojrzałam Alejandrowi prosto w twarz z pogardą i nienawiścią, jakich nigdy jeszcze nie czułam. On dostrzegł to w moich oczach i wiedział, że kiedyś mi za to zapłaci.
***
Szukałam Luisa dniami i nocami, a kiedy chciałam zgłosić jego porwanie, policja nie wzięła mnie na poważnie. Funkcjonariusze kazali mi wrócić z opiekunem dziecka, a ja nim nie byłam. Błagałam stryja, żeby się tym zajął, ale tylko dorobił mi kilka krwiaków. Modliłam się do Matki Boskiej z Guadalupe i błagałam o pomoc, lecz ona nie nadchodziła. Nie poddawałam się i nie traciłam nadziei, choć minęło już kilka tygodni.
Dalej kradłam, jednak już nie dla stryja. Oczywiście oddawałam mu niewielką część, czasem nic, mimo że udało mi się kogoś obrabować. Miałam jeden cel – zgromadzić środki, zabić swojego oprawcę i uciec, żeby odnaleźć brata.
Sądnego wieczoru – nie wiem, jak to się stało – Alejandro odnalazł moje oszczędności. Był wściekły i już lekko wstawiony. Brak dostatecznej ilości alkoholu najwidoczniej stanowił zapalnik jego wybuchu.
– Myślałaś, głupia suko, że się nie zorientuję?! – Chwycił moje włosy i szarpnięciem podniósł z krzesła.
– To boli! – Próbowałam się wyrwać, ale każdy mój mniej uważny ruch wywoływał ból całego ciała.
Zaciągnął mnie do mojego pokoju i rzucił na materac. Wylądowałam na brzuchu, a on usiadł na moich plecach i skrępował mi ręce.
– Brudna szmato, zaraz ci pokarzę, gdzie twoje miejsce! – Ponownie chwycił za włosy i docisnął moją twarz tak mocno, że aż nie mogłam złapać tchu.
Na kręgosłupie poczułam jego wzwód. Podniecała go przemoc. Zemdliło mnie tak bardzo, że aż zwymiotowałam pianą, gdyż mój żołądek był pusty. On nawet tego nie zauważył. Albo zauważył, tylko miał to w dupie. Siedział i napawał się swoją brutalnością.
– Gdybyś nie była bachorem mojego brata… – Nie dokończył. Zsunął się na podłogę i uderzył mnie w tył głowy.
Zapanowała ciemność.
Kiedy się obudziłam z bólem głowy, byłam upaćkana wymiocinami. Straszne uczucie, ale bardziej przerażające było to, co stryj chciał mi zrobić. Na szczęście się opamiętał. Przez wzgląd na brata? Nie sądzę. Gdyby tak było, nie dopuściłby się tych wszystkich okropieństw.
Z trudem podniosłam się z posłania i upewniłam się, że zostałam sama, a dopiero potem poszłam do łazienki. Stanęłam przed spękanym lustrem i nie potrafiłam się rozpoznać. Byłam cała opuchnięta i granatowa. To efekty poprzednich razów. Gdy tylko siniaki bledły, Alejandro obdarzał mnie nowymi. Nie przypominałam siebie. Tylko oczy wydawały się wciąż moje. Niegdyś niewinne emanowały szczęściem, które zostało mi brutalnie odebrane. Później już tliła się w nich tylko nienawiść tak wielka, że kiedy eksploduje, zmiecie Alejandra z powierzchni ziemi. Obróci jego nędzne ciało w proch. Za Luisa. Nigdy nie pogodzę się ze stratą brata.
Obmyłam twarz i włosy zimną wodą, bo tylko taką mieliśmy, i wróciłam do pokoju. Przebrałam się w męskie ubrania, spakowałam kilka rzeczy do plecaka i poszłam do kuchni, skąd zabrałam trochę jedzenia. Nie miałam żadnego planu, ale wiedziałam, że nie mogę dłużej zostać pod jednym dachem z potworem.
Wyszłam na zewnątrz. Delikatny podmuch wiatru przynosił ukojenie, a jednocześnie podrażniał moją poranioną skórę. Wkładając na siebie bluzę, zacisnęłam szczęki. To nic. To tylko kolejna oznaka, że jeszcze żyję. Gdybym nic nie czuła, pewnie byłabym martwa. Musi boleć, żebym nigdy nie zeszła z obranej ścieżki. Od tamtej pory szłyśmy razem. Ja, nienawiść i… zemsta.
Mauricio
Udałem się w dzielnicę, którą rzadko odwiedzałem osobiście, ale musiałem się przekonać, kim jest chłopak, który od miesięcy okrada moich ludzi. To ich wina, że wystawiali się rabusiowi, i mają u mnie dług, lecz młody złodziejaszek okazał się na tyle intrygujący, że sam postanowiłem go dorwać. Skoro miał odwagę wyciągać łapę po cudze i robił to bezkarnie, to będzie też musiał stawić czoła mnie. Zapewne dla kogoś pracował, jednak żaden interes nie powinien kwitnąć bez mojej wiedzy. Nigdy nie zajmowałem się drobnymi rabusiami, dopóki nie kradli mojej forsy za koks.
Zastawiliśmy zasadzkę i czekaliśmy. Przez dłuższy czas nie działo się nic nadzwyczajnego, ale w końcu pojawił się zakapturzony dzieciak. Chudy, średniego wzrostu i w za dużych, zniszczonych ubraniach. Sądząc po sylwetce, mógł mieć z piętnaście lat. Obserwowałem, jak szedł za moim człowiekiem. Był jak cień, którego nikt nie dostrzegał. Bezszelestnie skracał dystans, dążąc do celu. Mój człowiek, udając pijanego, pozwolił się okraść. Kiedy chłopak się oddalił, spokojnie ruszyliśmy za nim. Mieliśmy go cały czas na widoku. Starał się nie wzbudzać żadnych podejrzeń, szedł, udając niewiniątko. Gdy był już dostatecznie daleko od miejsca rabunku, zatrzymał się, aby obejrzeć zawartość portfela. Liczyłem, że zanim do niego zajrzy, doprowadzi nas do szefa, ale tak się nie stało.
Dałem znak Juanowi, a ten natychmiast dopadł dzieciaka. Chwilę się szarpali, ale mały cherlawy chłopaczek rozbroił kopniakiem w jaja dużego faceta. Miałem dość tej zabawy w kotka i myszkę, więc sam ruszyłem biegiem za nim. Nie ze mną takie numery. Złapałem go bez trudu, chwilę się szarpał, wymachując łapami jak baba, lecz powaliłem go na ziemię i splątałem ręce. Jorge podszedł do nas i spiął mu nadgarstki paskiem zaciskowym. Dość mocno, ale zatrzymany nie wydobył z siebie ani jednego dźwięku świadczącego o bólu. Twardziel – pomyślałem z uznaniem.
– A teraz zobaczymy, kim jesteś – powiedziałem, schodząc z niego.
Jorge podniósł zatrzymanego z ziemi, a ja ściągnąłem mu nakrycie z głowy. Spod kaptura wylała się burza ciemnych włosów. Zaskoczenie wszystkich było tak wielkie jak moje ego.
– Jesteś dziewczyną – stwierdziłem coś, co na samym początku nie było takie oczywiste. Poobijana twarz, siniaki i rozcięcia skrzętnie ukrywały wygląd małej, chudej, ale jakże sprytnej dziewuchy. – Dla kogo pracujesz? – Nachyliłem się do niej.
Nie odpowiedziała, tylko patrzyła mi prosto w twarz, tak jak nie powinna. W jej spojrzeniu dostrzegłem coś niespotykanego, coś na wzór mieszanki dumy i szaleństwa.
– Zuria Machado – odezwał się Jorge i podał mi jej dokumenty.
Machado – już gdzieś słyszałem to nazwisko. W tamtej chwili nie mogłem sobie skojarzyć.
– Co ma w plecaku?
– Kilka peso, ubrania i trochę jedzenia.
– Żyjesz na ulicy czy uciekasz? – zapytałem, ale dalej nic. – Obstawiam, że to miał być twój ostatni skok i ucieczka. Powiedz, dokąd chciałaś zwiać? – drążyłem, na które też nie odpowiedziała. – Mamy adres, sprawdzimy, dla kogo pracujesz – oznajmiłem i zaciągnąłem dziewczynę do samochodu.
Nie szarpała się już i w ogóle nie pokazywała strachu. Była jak z kamienia.
