Najpiękniejsza noc duszy  - Sándor Jászberényi - ebook
NOWOŚĆ

Najpiękniejsza noc duszy ebook

Sándor Jászberényi

3,0

Opis

– Co zrobiłeś?
– Nie wiem. Dlatego nie mogę spać.
– Nie w tym sensie. Gdy dowiedziałeś się, że zdradziła.
– Wróciłem do Afryki.
– Czemu jej nie zastrzeliłeś? – zapytał szczerze oburzony.
– U nas tak się nie robi.
– Jakbyś jej strzelił w łeb, to przynajmniej mógłbyś normalnie spać.
 
 
Czternaście niepokojących opowiadań kreśli ponury obraz naszego świata, ale w każdym z nich autor pozostawia czytelnikowi szansę dostrzeżenia czegoś pięknego. Jászberényi zrobił w swojej prozie kolejny krok naprzód, pokazując niedowiarkom, że Węgry są równie egzotycznym miejscem jak Bliski Wschód. Nie ma znaczenia, jaka jest sceneria – bestialstwo i bezbronność człowieka zawsze wyjdzą na światło dzienne, podobnie jak dobro i zło. Świat jest cholernie samotnym miejscem, a jednak Jászberényi podejmuje próbę niemożliwego: opowiada historie, które ani trochę nie są rozrywkowe, lecz mimo wszystko, zważywszy na okoliczności, często niosą ze sobą otuchę.
 
László Valuska, Könyves magazin

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 241

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MarukaKruka

Dobrze spędzony czas

Węgierski brutalizm na bliskowschodniej wycieczce tematycznej.
00
grik2020

Całkiem niezła

Nie wciągnęła mnie.
00



Sándor Jászberényi

Najpiękniejsza noc duszyHistoria o bezsenności i szaleństwie

Przekład Monika Jurczak

OSTROGIKraków 2026

Podziękowania

Dla Zoltána Kőrösiego, Andrása Cserny-Szabó, László Mártona, Sándora Mészárosa, Ferenca Mező, Tamása Köttera, Dániela Leventego Pála, Andrása Schreibera i wszystkich przyjaciół, którzy uwierzyli w te opowiadania.

Niech ją diabli wezmą

O tym, że umarłem, dowiedziałem się ostatni.

Już od godziny nie spałem, gdy do sali wszedł lekarz. Niski doktor z owalnie przystrzyżoną brodą powiedział, że straciłem przytomność w recepcji hotelowej i miałem szczęście, że pogotowiu udało się dotrzeć na czas, bo w ambulansie mnie resuscytowano.

– Wypadek – odparłem, a on chętnie w to uwierzył. Na Bliskim Wschodzie liczba samobójstw jest niska. Tak ich mało, że o każdym piszą w gazetach, a mężczyźni cichcem roztrząsają je w kawiarniach.

Nie okłamałem go, to naprawdę był wypadek. Po prostu nie mogłem spać.

Pierwsze czterdzieści osiem godzin bez snu człowiek znosi łatwo. Po siedemdziesiątej drugiej zaczynają się problemy. Na przykład widzi się rzeczy, których nie ma. Koło stu dwudziestej w ogóle nie można odróżnić rzeczywistości od koszmarnych wizji wyłażących z mózgu. Nerwy żarzą się i pulsują jak rozgrzana do czerwoności stal. To stan, który nie ma nic wspólnego z duszą. Stan, w którym śmierć w porównaniu z ową chwilą jest całkiem przyjemną opcją.

Alkohol nie pomaga nic a nic. Mimo odurzenia układ nerwowy funkcjonuje cały czas, nigdy nie odpoczywa. Co więcej, później trzeba spojrzeć w oczy dwóm demonom – kacowi i suchości w ustach. Wtedy siedzenie w obskurnym pokoju pełnym karaluchów podczas czterdziestostopniowego upału to żaden bal.

Doszedłem do wniosku, że potrzebuję pomocy lekarza, gdy przebiegłem w poprzek czteropasmową autostradę, drąc się i szamocząc, żeby powstrzymać żonę przed wejściem na jezdnię z naszym dzieckiem na rękach.

Błotnik jednego z samochodów rozerwał mi nogawkę dżinsów i niemal pogruchotał kostkę. Oczywiście, wtedy dzieliło ich od czteropasmówki ponad dwa tysiące kilometrów.

Po obwiązaniu spuchniętej nogi chusteczką zadzwoniłem do doktora Asima. Nie spałem od pięciu dni.

Poczciwy lekarz to kochający operę gej-ginekolog koło pięćdziesiątki. Poznałem go w barze Hurija. On chadzał tam dla młodych chłopców, ja – żeby zwilżyć gardło piwem. W przeciwieństwie do tamtejszego obera, któremu musiałem raz przyłożyć, bo mnie obmacywał, doktor był prawdziwym dżentelmenem. Zostawił mnie w spokoju, rozumiał, że nigdy nie ciągnęło mnie do mężczyzn. Tak zostaliśmy przyjaciółmi. Korzystałem z tego wielokrotnie, zwracałem się do niego w przypadku jakichkolwiek problemów ze zdrowiem. Pomagał za darmo i nie chciał nic w zamian. Na przykład, gdy w którejś z jaśniejszych chwil uświadomiłem sobie, że pieprzyłem się bez gumki z dziesięcioma sudańskimi kurwami. Doktor pobrał mi krew między upstrzonymi muszym łajnem stołami Huriji i zawiózł ją do laboratorium. Podał swoje nazwisko, żeby w razie pozytywnego wyniku testu na AIDS nie wyrzucono mnie z kraju na zbity pysk.

Słowem, uznałem, że doktor Asim będzie odpowiednią osobą do leczenia bezsenności. Przepisał mi Xanax i surowo przykazał, żebym brał maksymalnie trzy tabletki naraz. Miałem je zażyć na godzinę przed pójściem spać. Zadziałały. Po blisko tygodniu bez snu przespanie czterech czy pięciu godzin było prawdziwą odmianą. Czułem się jak w niebie.

Sypiałem normalnie prawie od miesiąca, gdy zaczęły się mi kończyć pieniądze. Armia egipska otworzyła przejście graniczne do Gazy, więc już nic nie trzymało mnie w Kairze. Obrałem kurs na przygraniczne wioski. Moi redaktorzy z iście rewolucyjnym zapałem wyczekiwali artykułów o konflikcie na linii Egipt–Palestyna.

Pojechałem taksówką zbiorową w stronę Al-Arisz, było nas kilkoro.

Dotarliśmy tam pięć godzin później.

W barze jedynego w okolicy czterogwiazdkowego hotelu za cenę złota dostałem trzy piwa, po czym zameldowałem się w motelu Synaj Star, bo tylko na taki nocleg było mnie stać. Planowałem położyć się wcześniej. Zażyłem trzy przepisane tabletki i zalałem je piwem. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, jest zamawianie pobudki.

W sali szpitalnej stało pięć łóżek. Pokryte saletrą ściany pobłyskiwały na żółto, po całym pokoju roznosił się smród zgnilizny z wentylatora. Obok mnie leżał około trzydziestoletni rozczochraniec z udem w gipsie.

– Ej, nieznajomy, masz papierosa? – zapytał chrapliwym głosem.

– Mam – rzuciłem i w odruchu sięgnąłem w stronę kieszeni. Zaaferowany personel przebrał mnie, gdy byłem nieprzytomny, więc nie miałem na sobie nic oprócz piżamy. Ruszając się, niemal wyrwałem sobie wenflon z lewej dłoni. Opuściłem głowę na poduszkę i dokładnie rozejrzałem się po pokoju. Obok drzwi stała duża, pomalowana na biało szafka. Podejrzewałem, że tam są moje rzeczy. Odkleiłem z ręki taśmę trzymającą rurkę z kroplówką i wyjąłem igłę. Odwróciłem się na bok, usiadłem. Wstanie nie było łatwe, dostałem zawrotów głowy, ale zebrałem się i chwiejnym krokiem podszedłem do szafki.

– To nie takie pilne, nieznajomy – powiedział Arab.

– Ja też chcę zakurzyć.

W środku znalazłem plecak i ubrania. Włożyłem rękę do kieszeni w spodniach, wyciągnąłem papierosy i zapalniczkę, doczłapałem się jakoś do łóżka sąsiada, poczęstowałem go i sam wziąłem papierosa do ust.

– Nie będzie problemu, że palimy w budynku?

– To Egipt. Tu pali się wszędzie. Daj ognia.

Kurzył, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.

– W życiu nie widziałem kogoś tak bladego – powiedział wreszcie i strzepnął popiół na podłogę. – Czego tu szukasz?

– Jestem dziennikarzem. Chcę się dostać do Gazy.

– Tunelem?

– Nie. Wojsko ogłosiło, że granica jest otwarta.

– Nie jest. Tylko tunelami dasz radę przejść.

– Tak mówili w Kairze.

– Kłamali. Zawsze kłamią.

– Zamilkliśmy i chwilę paliliśmy w ciszy.

– Jak ci na imię?

– Dániel Maros. Jestem Węgrem.

– Abdelsabur ibn Abdelkader ibn Abdelmoati abu Al Asal. Mów mi Abed – powiedział i cisnął niedopałkiem przez otwarte okno.

Doktor stwierdził, że muszę zostać w szpitalu jeszcze kilka dni, bo chcą zbadać, czy nie mam uszkodzeń mózgu. Szybko zaprzyjaźniłem się z beduinem. Abed pochodził z klanu Sawarka1. Był synem szejka, o pograniczu wiedział wszystko. Jak wszyscy w rodzinie żył z handlu bronią i ludźmi. Nie krył się z tym. Jego ojciec posiadał piętnaście tuneli przerzutowych w Rafah. Mimo młodego wieku Abed miał już dwóch synów. Od razu poradził mi, żebym dostał się do Gazy przez tunel, a ja z wdzięcznością mu odmówiłem. Nie chciałem ryzykować deportacją.

Opowiadał o swoim plemieniu, o tym, ilu jego braci rząd wsadził do więzienia bez procesu, i o tym, jak zaatakowali komendę policji podczas rewolucji i uwolnili swoich. O kruchym pokoju między klanami, o zasadzie wendety, o tym, że według prawa odpowiada nie tylko za siebie, ale także za każdego członka rodziny.

Nasze pogawędki przerywały tylko odwiedziny lekarza, a nie zdarzały się zbyt często. Podczas czterech dni w szpitalu doktor przebadał mnie zaledwie cztery razy. Wtedy siadał obok i musiałem śledzić wzrokiem ruch długopisu. Wynik zapisywał w białym notesie, pogwizdując z zadowoleniem.

Rozmawialiśmy o wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy, oprócz przyczyn naszego pobytu w szpitalu. Abed unikał tematu. Na szczęście na wieczór dostawałem od lekarza proszki, więc cztery godziny snu dziennie miałem zapewnione.

Ale nawet mimo tego noce były niewypowiedzianie długie.

Betonowe bryły powoli oddawały ciepło nagromadzone w ciągu dnia. Było duszno, parno, powietrze stało.

Jednej takiej nocy Abed opowiedział mi, jak złamał nogę. Leżeliśmy już, ale żaden z nas nie był w stanie zasnąć. Światło latarni wpadało przez otwarte okno, widzieliśmy się nawzajem. Abed nie mógł się usadowić, kręcił się niespokojnie.

– Wiesz, jak to się stało? Powiem, jak obiecasz, że nie będziesz drwić.

– Dobra.

– Sprawa wyglądała tak – mam chiński pistolet. Dobry, ale trzeba o niego dbać, oliwić, a nie trzymać w piasku. Wyciągnąłem magazynek, ale nie pomyślałem, że w lufie jest jeszcze jedna kula. Ani waż się śmiać!

– Masz szczęście.

– Lekarz stwierdził, że Bóg się nade mną ulitował. Przestrzeliłem nogę na wylot i nie trzeba było operować.

Milczałem. Abed zaczął na nowo.

– A ty, węgierski tatuśku?

– Nie mogę spać.

– Z tego powodu raczej nie ląduje się w szpitalu.

– Od trzech miesięcy.

– A czemu trzy miesiące temu mogłeś?

– Byłem innym człowiekiem.

– A co się stało?

– Żona mnie zostawiła i zabrała dziecko.

– Zdrada?

– Chyba. Między innymi.

– Co zrobiłeś?

– Nie wiem. Dlatego nie mogę spać.

– Nie w tym sensie. Gdy dowiedziałeś się, że zdradziła.

– Wróciłem do Afryki.

– Czemu jej nie zastrzeliłeś? – zapytał szczerze oburzony.

– U nas tak się nie robi.

– Jakbyś jej strzelił w łeb, to przynajmniej mógłbyś normalnie spać.

Abedowi było wstyd, że się postrzelił, dlatego też nie pozwalał na odwiedziny. Czwartego dnia rano powiedzieli mu, że może iść do domu, ale jeszcze kilka tygodni musi chodzić w gipsie. Koło dziesiątej, gdy zbierano reszki z późnego śniadania, do sali weszło dwóch mężczyzn z brudnymi nogami, w klapkach i podbijanych, skórzanych kurtkach – bracia Abeda. Wyszczerzeni stanęli przy jego łóżku, po czym przywitali się ze mną. Mówili narzeczem, z którego nie rozumiałem ani słowa. Pomogli mu wstać z łóżka, dali kule, na jego polecenie zaczęli wypakowywać rzeczy z szafki. Beduin założył brązową dżalabiję, po czym odwrócił się do mnie.

– Zbieraj się, ojcze Węgrów, bo jedziesz z nami! - powiedział, szczerząc się.

– Czemu? – zapytałem. „Czemu nie?” – pomyślałem. Trzy miesiące temu wymazałem ze słownika wyraz „nie”. Niczemu nie mówię nie, tylko karłom.

– Przecież nieważne, gdzie nie możesz spać.

– No, koniec końców tak.

– Dobra, pakuj się! Pojedziesz ze mną, zjemy coś dobrego i pokażę ci pustynię.

Mężczyźni uścisnęli mi dłoń i się przedstawili – nazywali się Ahmed i Mahmud. Zebrałem się, zarzuciłem plecak na ramię i poszedłem za nimi. Przed wejściem stało białe ciężarowe Mitsubishi. Jeden z chłopaków otworzył drzwi na tyłach furgonetki, wskoczył i wciągnął Abeda. Też się wspiąłem. Na siedzeniu obok leżały trzy podniszczone kałasznikowy. Przełożyłem je dalej, usiadłem na ich miejscu i przytrzymałem się siedzenia, żeby się nie wywrócić. Abed uderzył dłonią w bok samochodu. Spod tylnych kół wzbił się kurz i już byliśmy na drodze w stronę Asz-Szajch Zuwajjid.

Beduin mieszkał z rodziną w dużym, betonowym klocku. Obok stał biały namiot, który zawsze był pełen mężczyzn z klanu Sawarka. Choć ojciec Abeda mieszkał raptem kilka kilometrów dalej, przyjeżdżał każdego dnia, żeby spotkać się ze starszyzną i omówić wszystkie wzloty i upadki. Gdy się na nich patrzyło, łatwiej było pojąć, że Beduini nie potrafią zaakceptować przepisów prawa cywilnego i nie rozumieją, dlaczego sprzedawanie broni muzułmańskim braciom ze Strefy jest przestępstwem. Nie było dnia bez sporów z lokalną władzą. A na targu klany ścierały się też w walce o klientelę.

Dobrze mnie ugościli. Tamtego dnia dwóch młodych chłopaczków pokazało mi tunele w Rafah. Trajkotali dumnie, gdy jadąc po bitej drodze, mijaliśmy resztki powalonych domów. Pod nami biegły tunele. Gdy wróciliśmy z Rafahu, mężczyźni zbierali się na obiad. W namiocie wszystko przygotowano wcześniej – miało być dwadzieścia osób. Jedliśmy razem, bez sztućców, sięgając po jedzenie prawą ręką. Po posiłku obmyliśmy dłonie we wspólnej misie.

Rozmowy trwały do jedenastej. Na przykład żartowa- no, dlaczego Węgierka nadawałaby się na drugą żonę. Po północy wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów.

– Pokażę ci pokój – powiedział Abed, gdy zostaliśmy we dwóch. – Dobry z ciebie człowiek, Abu Magari. Cieszę się, że tu jesteś. Zostań, ile będziesz chciał, i wiedz, że zawsze serdecznie cię ugoszczę.

– Dziękuję.

Beduin zaprowadził mnie na piętro. Całym wyposażeniem pokoju było jedno łóżko, na którym żona Abeda rozłożyła czyste prześcieradło.

– Jutro jedziemy postrzelać – powiedział, po czym powlókł się o kuli w stronę drzwi.

Dwie godziny próbowałem usnąć. Leżałem z zamknię- tymi oczami i czekałem na sen. Nie przyszedł.

O trzeciej nad ranem zwlokłem się z łóżka. Wyrzu- ciłem zawartość plecaka na podłogę. Szukałem Xanaxu, ale na próżno – wszystko zabrali mi w szpitalu. Wtedy zauważyłem pod łóżkiem starą książkę. Niemiecką, wyda- ną w 1938, autorstwa Alexandra Winklera. Miała tytuł Opętania i egzorcyzmy w Północnym Egipcie. Na stronie tytułowej widniała odręczna dedykacja: „Für Abed el-Radi mit Liebe. Hans Alexander, Cairo, 1938”.

Mimo piekła bezsenności zacząłem czytać. W książce opisywano historię Abda el-Radiego, „pośrednika dusz”. Nazwano go tak, ponieważ duchy zmarłych mogły poprzez niego porozumieć się z żyjącymi. Szeroko rozwodzono się nad opętaniem go przez Bakhita, który mógł rzucać i zdejmować klątwy oraz przywoływać mściwe demony ognia z popiołu i krwi.

Skończyłem o szóstej rano. Mój układ nerwowy płonął.

„Niech mnie diabli wezmą”, pomyślałem. I nie wyglądało to na zły pomysł.

W ręce zadudnił mi karabin maszynowy. Piasek rozbryzgnął się w oddali, w sporej odległości od pustych butelek ustawionych jako cele.

– Spróbuj jeszcze raz – odezwał się Abed. – Oprzyj go lepiej na barku.

– Zrobiłem, jak powiedział, i znów strzeliłem. Chmura pyłu pojawiła się już bliżej butelek.

Znajdowaliśmy się niedaleko góry Helal, gdzieś na środku pustyni. Słońce prażyło, od braku snu kręciło mi się w głowie.

– Nie możesz się skupić.

Zdjąłem broń z ramienia. Czechosłowacki klon Kała- sznikowa, drewniana kolba błyszczała w słońcu.

– No, nie – rzuciłem i otarłem czoło. Mrużąc oczy, patrzyłem, jak Beduin z trudem ustawia się do strzału.

Długo celował, wreszcie nacisnął spust. Ale też nie trafił. Zaklął głośno, po czym zabezpieczył broń.

– Jak widać ja też nie – skwitował i wyszczerzył się. – Dobra, chodź, Abu Magari, pojedziemy coś zjeść do miasta.

Podeszliśmy do terenówki. Abed prowadził z zagipsowaną nogą, musiał tylko odpowiednio odsunąć siedzenie. Jechał na pełnym gazie obok beduińskich wiosek, zwolnił jedynie, gdy przejeżdżaliśmy koło ruin izraelskiego lotniska, a w polu widzenia pojawił się otoczony palmami i siatką, poorany bruzdami kształt bazy Międzynarodowych Sił Obserwacyjnych.

– Wczoraj w nocy znalazłem tę książkę. – Wyciągnąłem ją z kieszeni i położyłem na stole. Siedzieliśmy w knajpie w Al-Arisz i jedliśmy pieczonego kurczaka. – Z dedykacją. – Podałem mu.

– Tak. Abd el-Radi był młodszym bratem dziadka.

– Gdzie to znalazłeś?

– Pod łóżkiem.

– Pewnie mój ojciec zostawił ją, gdy u nas spał.

– Zna niemiecki?

– Nie.

– To czemu u niego była?

– Z powodu zdjęć. Lubi je oglądać. Nie zostało ich zbyt wiele ani po dziadku, ani po Abd Radirze.

Milczałem, dziobiąc ryż widelcem.

– Chciałbym pójść do pośrednika dusz.

– Czemu? Z powodu żony?

Kiwnąłem głową.

– Trzeba było jej strzelić w łeb i kropka.

– Ale nie strzeliłem.

– Klasyczny błąd.

Znów zamilkliśmy. Abed dłubał kością w zębach, po czym wskazał na książkę.

– Było, minęło. Czasy się zmieniły. Nie spotkasz już takich ludzi. Jeździmy samochodami, oglądamy telewizję, czasem nawet się zdarza, że mamy Internet. A poza tym nie jesteś Beduinem.

– To był tylko pomysł.

– Durny pomysł.

Na tym skończyliśmy. Wróciliśmy do domu. Po połu- dniu Abed musiał coś załatwić, ja napisałem artykuł o granicy egipsko-izraelskiej, o tunelach biegnących pod Rafah i o Beduinach, którzy się nimi zajmują.

Abed wrócił o zachodzie słońca. Zjedliśmy kolację, potem poznałem jego synów. Jeden miał dwa lata, drugi pięć. Przedstawił mnie jako Abb Magari. Dzieciaki zaraz się do mnie przylepiły i nie mogły przestać gadać o moich włosach. Dziwiły się, że jestem blondynem.

W miarę jak nadchodził czas snu, robiłem się coraz bardziej spięty. Dzięki towarzystwu potrafiłem znieść porządek dnia, choć przerywały go skutki chronicznej bezsenności. Jednak piekło zaczynało się, gdy nocą człowiek zostawał sam.

Do rana oczy miałem przekrwione. Abed znalazł mnie siedzącego na ziemi, wpatrującego się w wychodzące zza gór pustynne słońce.

– Dobrze – powiedział, kręcąc głową. – Zabiorę cię do pośrednika dusz.

Pustynia była oślepiająco biała, ultramarynowe niebo roztapiało się w horyzont. Wyruszyliśmy w południe.

Jechaliśmy już godzinę, gdy Abed się odezwał.

– Wiesz, że po wszystkim będziesz musiał zapłacić?

– Wiem. Znasz faceta?

– Nie. Kuzyn poradził, żebym raczej poszukał. Nazywa się Ahmed Ustazi. To czego byś chciał?

– Niech ją diabli wezmą.

– A konkretniej?

– Nie wiem.

– Zobaczymy, co poradzi.

Na tym skończyliśmy. Kilka minut później w oddali pojawił się rząd palmowych chatek. Gdy dojechaliśmy, wszystkie okoliczne dzieci stały na ulicy i wpatrywały się w samochód. Abed zahamował.

– Niech pokój będzie z wami. Gdzie znajdziemy namiot Ahmeda Ustaziego?

Na dźwięk jego imienia dzieciaki wnet się rozpierzchły. Ruszyliśmy do centrum wioski.

– To na pewno tutaj? – spytałem Abeda.

– Tak.

Minęliśmy już pierwsze domy, gdy zauważyliśmy siedzącą przed chatką staruszkę. Pokazywała w dal. Prawie kilometr od wioski stał duży, brązowy namiot.

Gdy podeszliśmy, uderzył mnie odór rozkładającego się truchła. Abed wszedł pierwszy, ja za nim. Przez chwilę nic nie było widać, jednak gdy oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, mogłem zobaczyć wyposażenie namiotu. Na nylonowych linkach wisiały zdechłe pustułki o rozpostartych skrzydłach, wokół nich krążyły muchy. Pod ptakami stało rozpadające się biurko, na którym leżało pełno naczyń i śmieci. Przed nim na plecionym fotelu siedział około czterdziestoletni mężczyzna w dżalabiji. Miał brudną twarz, brakowało mu jednego oka.

– Niech pokój będzie z wami – powiedział.

Tylko tyle zrozumiałem z dialektu Beduina. Podeszliśmy bliżej biurka, Abed opisał sytuację, gestykulując żywo.

Mężczyzna odwrócił się do mnie i powiedział coś, czego nie zrozumiałem.

– Mówi, że nie zna takich klątw, by ją diabli wzięli – przetłumaczył Abed, po czym dodał – ale takie, żeby nigdy nie zaznała spokoju, nie była szczęśliwa, nie potrafiła kochać nikogo, nawet samej siebie.

– Dobra.

Poczułem, jak namiot wiruje razem ze mną, zachwiałem się. Wmusiłem w siebie kilka łyków letniej wody mineralnej z butelki.

Abed patrzył na mnie zmartwiony. Pośrednik dusz znów coś powiedział.

– Mówi, że to najsilniejszy rodzaj więzi.

– Rozumiem.

– Będzie potrzebował czegoś, co łączy cię z żoną. Masz coś, co was wiąże?

– Syna – odpowiedziałem i oparłem się o biurko.

Przetłumaczył.

Pośrednik dusz podniósł z blatu zardzewiały skalpel. Zanim się zorientowałem, wyciął mi na lewej dłoni pięciocentymetrową ranę. Była głęboka, od razu zaczęła krwawić. Wyczarował spośród śmieci niebieski, plastikowy talerz, ustawił moją rękę tak, żeby krew skapywała do naczynia. Wrzucił do tego ptasie pióro, piasek i zaczął coś intonować.

Namiot znów zaczął się kręcić. Wlepiłem oczy w przewodnika, mruczał coś, pochylając się nad dłonią. Patrzyłem, jak krew kapie na plastikowy talerz.

Telefon zadzwonił tylko raz. Namiot wypełnił się najpierw cichym, po czym coraz głośniejszym dźwiękiem klasycznego dzwonka Nokii. Pośrednik wyprostował się, sięgnął do kieszeni dżalabiji, wyciągnął telefon i odebrał. Mówił o samochodzie. Chciał go sprzedać i właśnie dzwonił klient.

Spojrzeliśmy z Abedem po sobie. Pośrednikowi to nie przeszkadzało. Z rozmachem odmalowywał kupującemu zalety samochodu, doskonały stan opon i felg, wychwalał wymieniony parę tygodni temu akumulator. Kiedy skończył rozmawiać, nabożnie włożył telefon z powrotem do kieszeni. Spojrzał mi w oczy, po czym na krwawiącą rękę.

– No i jest.

Abed przetłumaczył, ale nie było takiej potrzeby. Zrozumiałem. Następne zdanie też:

– Będzie sto dolarów.

Sięgnąłem do kieszeni w skórzanej kurtce, wyciągnąłem ostatnią stówę i wcisnąłem mężczyźnie w dłoń.

Ruszyłem do wyjścia z namiotu, Abed za mną.

Ściągnąłem z szyi chustę i obwiązałem rękę. Wsiedliśmy do samochodu.

Abed znów jechał szybko, wnet zostawiliśmy wioskę za sobą. Patrzyliśmy na przesuwający się pustynny krajobraz i wyłaniające się zza niego góry.

– Wiesz, zawsze możesz ją jeszcze zastrzelić – powiedział Beduin po długim milczeniu.

Zima w Ziemi Obiecanej

W Jerozolimie była zima, koniec grudnia. Cienka warstwa śniegu przykryła wzgórze Golgoty, na starym mieście pokazały się zimowe płaszcze. W sklepach buczały grzejniki, a w hotelach włączono klimatyzację, żeby spod pięciogwiazdkowych sklepień i fontann dmuchnęło ciepłe powietrze.

W arabskiej dzielnicy wszędzie czuło się zapach cedrowego dymu. W punktach kontrolnych było widać oddechy pełniących służbę chłopaków i dziewczyn. Dalej, nad pustynią Synaj lał deszcz. Przez to osuwała się ziemia i drogi stawały się nieprzejezdne, zmywało z mapy całe beduińskie wioski, ale w wielkiej sali Waldorf Astoria Hilton obok secesyjnego zegara człowiek nie zdawał sobie sprawy, że niewiele dalej otworzyły się niebieskie upusty.

Długie tygodnie za mną. Dwudziestego trzeciego grudnia przekroczyłem granicę Strefy Gazy w Erezie, po czym izraelskie siły obronne ogłosiły w mediach, że sytuacja wciąż się pogarsza i należy spodziewać się kolejnych ruchów wojsk. Po przebijaniu się przez tłum i blokadę granicy na terenie kontrolowanym przez dżihadystów Waldorf Astoria był jak niebo na ziemi z windami obijanymi aksamitem i miękkimi, puszystymi łóżkami. Ległem bez życia na swoim i przespałem cały dzień.

Po obudzeniu się przesiedziałem kilka godzin w dwuosobowej wannie. Moczyłem się, nakładałem kremy pielęgnacyjne i ochronne, żeby nie być starym, pomarszczonym i zmarnowanym.

Wiedziałem, że nie mogę tu długo zostać. Jeżeli chcę napisać o nadchodzących manewrach, muszę się przeprowadzić do tańszego hotelu w Tel-Awiwie. Wojsko trzyma termin ofensywy w tajemnicy, nikt nie wie, kiedy ruszą czołgi, wystartują samoloty. Wszyscy są pewni, że atak będzie miał miejsce, ponieważ Palestyńczycy ciągle wystrzeliwują z Gazy składane w domach rakiety. Wcześniej izraelska rakieta za trzydzieści tysięcy dolarów zestrzeliwała neandertalski palestyński pocisk za pięć stów.Hamas jednak na nich nie szczędził – w tej sytuacji Izrael nie mógł się wybronić. Z powodu zabójstw na Zachodnim Brzegu Jordanii i ostrzału opinia publiczna była żądna krwi. Rozmieścili żołnierzy w bazach. Wszyscy czekali na rozkaz. Mogło to trwać dni, a nawet tygodnie, musiałem więc oszczędzać, jeśli nie chciałem zostać wyrzucony poza ten tumult.

Kiedy skończyłem się kąpać, opatuliłem się hotelowym szlafrokiem, włożyłem haftowane kapcie. Zadzwoniłem na recepcję, żeby przynieśli mi jakieś dobre fajki. Miałem jeszcze ze dwie paczki egipskich Cleopatr, ale pomyślałem, że skoro na święta jestem w Waldorf Astorii, to będę tu palił dobre papierosy. Wesołych świąt i dla mnie.

Zadzwonili w ciągu dziesięciu minut. Boy przyniósł na małej srebrnej tacy czerwone Malboro w miękkim opakowaniu oraz zapałki z logiem hotelu, położył je na stoliku i wyszedł. Usiadłem na krześle, zapaliłem i włączyłem wiszącą nad łóżkiem plazmę. Reklamy leciały po hebrajsku, nie rozumiałem ani słowa. Mały chłopiec siedział naprzeciwko psa-robota, długo do niego mówił, pies odszczekiwał mechanicznym dźwiękiem, a gdy dziecko rzuciło piłkę, robopies pobiegł i ją przyniósł. I jeszcze miał ogon, którym mógł merdać. Pokazali to w ostatnim zbliżeniu, po czym dziecko już po angielsku wykrzyknęło: „Robodog”.

Podszedłem do barku. Wyciągnąłem małą, szklaną Chivas Regal, nalałem do jednego z pucharków, po czym wychyliłem. „Wesołych świąt” – pomyślałem i zobaczyłem oczami wyobraźni, jak w tej chwili moją ścianę na Facebooku zalewają kiczowate obrazki z życzeniami od choinki do Jezuska w żłóbku leżącego, wyłowione z Internetu mądre zdania o pogodzie ducha, miłości bliźniego i wielkich świątecznych promocjach. Przeszło mi przez myśl, że jestem dość blisko mieściny, gdzie o podobnej porze dwa tysiące ileś tam lat wcześniej kobieta, która porodziła w stajence Zbawiciela Świata, była właśnie w samym środku porodu.

Chyba.

Osobiście nigdy nie widziałem wpływu zbawienia na świat, dlatego spośród wszystkich świąt Boże Narodzenie zawsze irytowało mnie najbardziej. Na próżno uciekłem przed nim na Bliski Wschód. Wlewające się do gardła pokój wyprzedaży i miłość bliźniego last minute poszły za mną. Choć ani Arabowie, ani Żydzi nie obchodzą Narodzenia Pańskiego, to nic nie powstrzyma sieci supermarketów przed ogłoszeniem promocji na najświętszy obrzęd – zakupy.

Zabrzęczał telefon. Ustawiłem alarm na wpół do czwartej, żeby zdążyć pozbierać się, zanim Aviad przyjedzie do hotelu.

Był moim najlepszym izraelskim źródłem informacji i oczywiście przyjacielem. Znaliśmy się jeszcze z Budapesztu. Tuż po skończeniu obowiązkowej służby wojskowej zakochał się w Évie, węgierskiej Żydówce, która wybrała się na wakacje do Tel-Awiwu. To była wielka miłość, natychmiast porzucił mundur, pojechał za Évą, a ona kelnerowała w knajpie, gdzie bywałem niemażle codziennie. On też ciągle tam przesiadywał, byleby tylko z nią być, więc gadaliśmy o wszystkim i o niczym, i tak zostaliśmy przyjaciółmi. Urodziło im się dwóch synów. Kiedy wreszcie Éva zgodziła się na przeprowadzkę do Izraela, wrócił do wojska. Choć nie widzieliśmy się kilka lat i utrzymywaliśmy kontakt tylko przez Facebooka, to przyjaźń przetrwała. Dzięki jego pomocy dotarłem do Izraela bez przechodzenia przez niekończące się, uciążliwe przesłuchania z powodu ogromnej liczby arabskich pieczątek w paszporcie, nie mówiąc o robionych w trakcie pracy zdjęciach z dżihadystami. Jednak za pośrednictwem Aviada wpuszczono mnie do kraju bez żadnego „ale”, a rządowe biuro prasowe ot tak dało mi akredytację. Dostałem zezwolenie na wjazd do Gazy, ale Aviad poradził mi, żebym mimo wszystko został, bo idzie wojna. Dlatego musieliśmy się spotkać – obiecał, że pożyczy mi kamizelkę kuloodporną typu IV, która może zatrzymać przeciwpancerny pocisk kalibru 7,62 mm. Napisał, że przyniesie ją do hotelu na czwartą.

Wyłączyłem przypomnienie, ubrałem się i zszedłem do hotelowego baru. Ściany pokrywała mahoniowa boazeria, pośrodku stał otoczony ladą bar, okrągłe, ustawione w rzędy stoły nakryto obrusami z czerwonego adamaszku. Źródłem światła był wielki kryształowy żyrandol, w całej sali panował przyjemny półmrok. Usiadłem przy stole, wyciągnąłem papierosy, zapaliłem. Chwilę później pojawił się kelner koło trzydziestki, z przylizanymi do tyłu czarnymi włosami, w białej koszuli, krawacie i czarnej kamizelce.

– Wesołych świąt!

– Wesołych świąt.

– Co mam panu przynieść?

– Proszę Budweisera.

Skinął głową, odszedł, po czym przyniósł piwo wraz z kryształową szklanką, postawił przede mną, nalał.

– Czy przeszkadzałoby panu, gdybym włączył telewizor? – zapytał i pokazał w stronę mahoniowej ściany, w którą wbudowano plazmę.

– Nie, ale cicho.

Kelner wrócił za bar i uruchomił sprzęt. Znów poleciała reklama z robopsem. Szczekał, przynosił rzuconą piłkę, merdał ogonem. Tym razem była po arabsku, na końcu też krzyknęli po angielsku: „Robodog”. Upiłem łyk piwa i zgasiłem papierosa. Oglądałem telewizję. Gdy skończył się blok reklamowy, pokazano Ramallah, Betlejem oraz miasta Autonomii Palestyńskiej, masowe demonstracje, po czym oddział czołgów prowadzony w pobliże Strefy Gazy.

Otworzyły się drzwi. Wszedł Aviad. Kiedy mnie zoba- czył, podszedł, uśmiechając się szeroko. Był w jasnobrązowych żołnierskich spodniach i krótkiej kurtce tego samego koloru. Przypakował, miał w mięśniach chyba z dziesięć kilo więcej, niż gdy widzieliśmy się ostatnio.

– No i co tam, arabska dupodajko?

– Wszystko dobrze, faszystowski żydku.

Wstałem. Podaliśmy sobie ręce, poklepaliśmy się po plecach.

– Dobrze cię widzieć, kutasie – powiedział. – Tylko nie rozumiem, czego i po jakiego grzyba szukasz między Arabami.

– Pracuję. Usadź dupę.

– Się nie da, mam dwa dni przepustki, muszę jechać do domu, do dzieciaków. Święta są.

– Jesteście Żydami.

– Wytłumacz to małym i węgierskiej dziewczynie przyzwyczajonej do choinki. Wiele rzeczy jestem w staniezrobić, ale nie powiedzieć dwóm dzieciakom, że od dzisiaj nie ma świąt i prezentów.

– A Chanuka?

– Wtedy też coś dostaną. Tak już jest.

– Przynajmniej wypij ze mną piwo. Przyniosłeś kamizelkę?

– Tak. Ale nie wykręcisz się tym. Zbieraj graty, idziesz ze mną. Éva czeka.

– Nie chcę przeszkadzać. I tak powinienem załatwić kilka spraw.

– Nie przeszkadzasz.

– Kiedy chcesz iść?

– Już.

– Muszę się wymeldować.

– Poczekam tu.

Mieszkali w Sderocie, ledwie parę kilometrów od Strefy Gazy. Stamtąd pochodziła cała rodzina Aviada. On sam jeździł czarnym wyklepanym Fordem Focusem. Gdy wychodziłem z hotelu na parking, silnik już był odpalony.

- Wrzuć rzeczy do tyłu.

Otworzyłem drzwi. Na siedzeniu leżała piaskowożółta kamizelka kuloodporna bez jakichkolwiek oznaczeń, kevlarowy hełm i wojskowy plecak. Karabin TAR-21 stał oparty o fotelik dziecięcy, ładownica leżała na podłodze. Rzuciłem plecak i torbę z laptopem na kamizelkę, po czym usiadłem obok Aviada.

– Nie ma kurzenia w samochodzie – powiedział, uśmiechając się.

Ruszyliśmy. Prószył śnieg. Przez korki posuwaliśmy się powoli w stronę granicy miasta. Gdy jechaliśmy, długo gapiłem się na ogromny bilbord – na nim Robodog. Polecali wszystkim dzieciom na Chanukę. Aviad włączył radio. Wiadomości nadawano po hebrajsku.

– Co mówią? – spytałem.

– Cały dzień strzelali rakietami. Cały cholerny dzień.

– Ktoś zginął?

– Nie, te gady nie potrafią celować. A my tu mamy Żelazną Kopułę.

– Éva i dzieci dają radę?

– Dają. Często ćwiczyła z nimi zejście do schronu.

– Na cały dzień?

– Nie, tylko gdy wyły syreny. Żelazna Kopuła jest naprawdę dobra. Zestrzeli wszystko, co miałoby spaść na miasto.

Przyszło mi do głowy zdjęcie, które zrobiłem w fabryce rakiet w Chan Junus. Aviad miał rację, rakiety rzeczywiście nie miały sterowania. Po prostu trzeba je odpalić i skierować w odpowiednią stronę. Lecą, póki mają napęd, po czym spadają. Od sztucznych ognii różnią się tylko użytym w nich materiałem wybuchowym. Przy eksplozji potrafią powalić ściany domu, rozwalić samochód. Nie były w stanie dotrzeć do Tel-Awiwu i Jerozolimy, ale wystarczały, by terroryzować przygraniczne miasta. „Możesz pojechać do fabryki rakiet”, powiedział prowokująco Ahmed w Hotelu Palestine. Był bezrobotnym z dyplomem jak większość ludzi w Strefie. Zapłaciłem, żeby załatwił sprawy za mnie. Dla pewności zawiązali mi oczy, żebym nie wiedział, gdzie dokładnie jestem. Możliwe, że chcieli tylko za kilka dolarów więcej podkręcić wyjątkowość wyprawy, możliwe, że naprawdę bali się, że podam z pamięci wszystkie współrzędne i ich wydam. W każdym razie byłem dość zdenerwowany, zanim po półgodzinnej jeździe samochodem nie zdjęli mi chusty z oczu. Brudny garaż – to cała fabryka rakiet, z dzieciakami bawiącymi się na ziemi, kilkoma maszynami tokarskimi. „Abu Khassam” – przedstawiono właściciela fabryki, ojca rakiet Kassam. Ciągle się uśmiechał, był stary, bezzębny. Poczęstował mnie herbatą, po czym dumnie oprowadził dookoła i pokazał różne rakiety o fantazyjnych nazwach.

Sderot leżał półtorej godziny z Jerozolimy. Gdy dojechaliśmy, prawie nie było ruchu, jedynie padał śnieg. Rodzina Aviada żyła w wielkim bloku na obrzeżach mia- sta – Éva upierała się, żeby nie mieszkać z rodzicami, choć tak chciał Aviad, i dostali lokum pracownicze. Znajdowało się na najwyższym piętrze. Nieźle obładowani pojechaliśmy windą. Aviad zadzwonił do drzwi, Éva otworzyła. Natychmiast wybiegła dwójka dzieci, które rozpoznały głos ojca.

– Cześć, Dani – powiedziała kobieta po węgiersku, uśmiechnęła się i przywitała, dając dwa całusy. – Ile to już czasu…

– Tak, czas mija, ale twoja uroda nie.

Nie kłamałem, Éva należała do tego typu żydowskich kobiet, za których kręcone brązowe włosy, śnieżnobiałą skórę i czerwone usta mężczyźni zabijają. Nie było widać ani śladu po ciążach.

– Kochany jesteś. Dzieci, chodźcie przywitać się z Danim.

– Dzień dobry! – odpowiedziały chórem i znów odwróciły się w stronę ojca.

– Chodź, pokażę ci pokój. Tak się cieszę, że mogłeś przyjechać – rzekła.

Wszedłem. Mieszkali w przytulnie urządzonym małym mieszkaniu, było w nim ciepło i jasno. Z salonu można było przejść do pokoju gościnnego. Przed wielką półką z książkami ustawiono ubraną, sztuczną choinkę.

– Rozpakuj się, wypocznij i chodź zaraz na kolację – powiedziała Éva.

W pokoju gościnnym było dwuosobowe łóżko, obok szafka, na niej stała miedziana menora. Wypakowałem rzeczy, przyniosłem do pokoju hełm i kamizelkę, które dał mi Aviad. W trakcie uświadomiłem sobie, że nie przywiozłem dzieciom żadnego prezentu. Czułem się niezręcznie. Wszedłem do salonu, gdzie Éva i Aviad rozmawiali. Siedziała w jego ramionach. Widać było, jak bardzo ta dwójka się kocha, choć są siedem lat po ślubie.

– Przepraszam – powiedziałem, gdy tylko ich dostrzegłem.

– No chodź.

– Nie przyniosłem dzieciom żadnego prezentu. Aviad dopiero dziś mi powiedział, że mam przyjechać.

– Typowe – odrzekła Éva i poklepała go po głowie.

– Nie ma co panikować – powiedział Aviad – ja mam.