Najlepszy - T. M. Logan - ebook + audiobook
BESTSELLER

Najlepszy ebook

T. M. Logan

4,2

Opis

Kochający córkę ojciec. Jej idealny narzeczony. Któremu z nich uwierzysz?

Ed jest zachwycony, gdy po raz pierwszy spotyka narzeczonego swojej dwudziestotrzyletniej córki. Ryan wydaje się idealnym przyszłym zięciem, jest człowiekiem sukcesu, inteligentnym i przystojnym. Jednak Ed zauważa w nim coś dziwnego, w oczach Ryana czai się mrok, jakby coś ukrywał. Czy tylko on to widzi?

Przerażony, że córka może być ofiarą psychopaty, ojciec postanawia zbadać przeszłość jej narzeczonego. Nikt jednak nie wierzy Edowi, a jego śledztwo zraża do niego resztę zauroczonej rodziny, przekonanej, że Ryan jest najlepszym kandydatem na męża Abbie. Ojciec wie jednak co innego. Z własnych powodów potrafi od razu poznać niebezpieczeństwo, które grozi córce.

Nowy doskonały thriller od T. M. Logana, autora bestsellerowych „Kłamstw” i „Wakacji”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (285 ocen)
133
82
59
10
1
Sortuj według:
anitababicz123

Nie oderwiesz się od lektury

Przewidywalna, ale lekka i wciągająca. Nie nudząca
00
hanku100

Nie oderwiesz się od lektury

DOBRA LEKTURA NA WAKACYJNĄ NUDĘ, BO CZYTAJĄC JĄ Z PEWNOŚCIĄ SIĘ NIE ZNUDZISZ. ŚWIETNY SUSPPENS.
00
ankaz81

Dobrze spędzony czas

Odwieczny problem: córeczka tatusia i jej wybranek kontra tatuś. Momentami zaskakuje! Polecam!
00

Popularność




Część I

Część I

JEJ CHŁO­PAK

1

PIĄ­TEK

Sie­dzia­łem na tara­sie, słu­cha­jąc treli skow­ron­ków śpie­wa­ją­cych wysoko w jawo­rach tuż za naszym ogro­dem, a twarz ogrze­wały mi ostat­nie tego dnia pro­mie­nie słońca. Pią­tek w środku maja, wie­czorne powie­trze prze­sy­cone zapa­chem sko­szo­nej trawy i dymem z grilli sąsia­dów. Było dość cie­pło, byśmy po kola­cji mogli usiąść w ogro­dzie, popi­ja­jąc mocną ciemną kawę, pod­czas gdy na roz­le­głym traw­niku moja córka grała w bad­min­tona ze swoim nowym chło­pa­kiem.

Pozna­li­śmy go dopiero wtedy, choć Abbie widy­wała się z nim od sied­miu mie­sięcy. Był wysoki, dobrze zbu­do­wany i wyglą­dał jak model z kata­logu. Miał na sobie jasno­ró­żową lnianą koszulę i spodnie chi­nosy. Sznu­ro­wane moka­syny zdjął w progu, zanim zdą­ży­li­śmy go o to popro­sić. Nie poca­ło­wał w poli­czek Cla­ire, mojej żony, ani Joyce, jej matki – nawet nie cmok­nął powie­trza obok ich twa­rzy – a jedy­nie wycią­gnął dłoń na powi­ta­nie; wie­rzył w rów­no­upraw­nie­nie. Tak­towny, nie­wy­ka­zu­jący tupetu czy nad­mier­nej sztyw­no­ści. Uścisk dłoni miał zde­cy­do­wany i suchy, chwy­cił moją rękę pew­nie, z wyraźną, ale nie nad­mierną siłą.

Patrzy­łem, jak grają. Ryan wziął ogromny zamach, poka­zowo tra­cąc rów­no­wagę, prze­wró­cił się i wylą­do­wał na ple­cach, wciąż pró­bu­jąc tra­fić lotkę. Potem, zano­sząc się śmie­chem, leżał w jed­nym z dłu­gich wie­czor­nych cieni prze­ci­na­ją­cych traw­nik. Wysoki i czy­sty chi­chot wtó­ru­ją­cej mu Abbie niósł się echem po ogro­dzie.

Śmiech roz­legł się także przy stole obok mnie. Cla­ire i Joyce z rado­ścią patrzyły na tę scenę.

– Dobrze razem wyglą­dają – powie­działa Cla­ire, uno­sząc swe opa­lone ramiona nad głowę. – Prawda?

– Nie odmó­wi­ła­bym mu, gdy­bym była odro­binę młod­sza – zażar­to­wała Joyce i pochy­liła się do przodu na swym wózku inwa­lidz­kim. – Naprawdę do sie­bie pasują.

– Prawda, Ed? – Poczu­łem cie­pło pal­ców Cla­ire, gdy poło­żyła mi dłoń na przed­ra­mie­niu. – Dobrze, że wresz­cie znów jest szczę­śliwa.

– Chyba naprawdę go lubi – odpar­łem, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

Fak­tycz­nie tak było: już od jakie­goś czasu nie widzia­łem Abbie rów­nie rado­snej. Zabrzmi to jak banał, ale mia­łem wra­że­nie, że moja córka pro­mie­nieje. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy ich week­en­dowy zwią­zek na odle­głość coraz bar­dziej doj­rze­wał, a my sły­sze­li­śmy tylko „Ryan to” i „Ryan tamto”.

– Wygląda na uro­czego chłopca – powie­działa Joyce.

– Ma trzy­dzie­ści trzy lata – odpar­łem. – To już chyba nie­zu­peł­nie chło­piec? Jest pra­wie o dzie­sięć lat star­szy od niej.

– Prze­cież wiesz, o co mamie cho­dzi – oznaj­miła Cla­ire. – Tylko spójrz. Widać, że mię­dzy nimi naprawdę iskrzy.

– Dopiero pozna­li­śmy tego gościa.

Żona odwró­ciła się do mnie ze zdzi­wio­nym wyra­zem twa­rzy.

– Ed?

– Co?

– Abbie naprawdę, naprawdę go lubi, więc może dał­byś mu szansę? Myślę, że nie jest taki jak inni. – Lekko ści­snęła moje ramię. – Bądź miły.

– Zawsze jestem miły – odrze­kłem cicho.

– Ależ oczy­wi­ście, kocha­nie – potwier­dziła Cla­ire z led­wie zauwa­żalną nutką sar­ka­zmu. – Oczy­wi­ście, że tak.

Ponow­nie sku­pi­łem uwagę na grze. Ryan gwał­tow­nie ściął, posy­ła­jąc lotkę w siatkę.

Abbie bie­gała po tra­wie boso, ubrana w białe dżinsy, któ­rych przed­tem nie widzia­łem, i kwie­ci­stą bluzkę na wąskich ramiącz­kach. Jej deli­katne ciemne włosy falo­wały, gdy prze­my­kała z miej­sca na miej­sce. Grała w bad­min­tona od dawna, od czasu, gdy jako maleń­kie dziecko tra­fiała w lotkę raz na dzie­sięć prób. Każ­dego lata roz­wie­sza­łem nad traw­ni­kiem siatkę i bawi­li­śmy się tak bez końca. Lubi­łem to wspo­mnie­nie; wywo­ły­wało ono jed­nak także ból.

– Rewanż? – zapro­po­no­wała Ryanowi z uśmie­chem.

– A dasz mi fory? – spy­tał, wsta­jąc z ziemi i otrze­pu­jąc źdźbła trawy ze swych jasnych spodni.

– Nie ma mowy! – Z psotną miną posłała w jego stronę kolejną petardę.

Przy­glą­da­łem mu się pod­czas tej gry. Bez wąt­pie­nia był atrak­cyjny, wyglą­dał tro­chę jak fajny chło­pak z boys­bandu. Silną szczękę pokry­wał deli­katny zarost, a w pod­bródku ryso­wał się dołek. Czę­sto odsła­niał równe białe zęby w uśmie­chu, który wyglą­dał na szczery i cie­pły. Pro­ste, mocne brwi; oczy w głę­bo­kim odcie­niu brązu, tak ciemne, że nie­mal czarne. Wyczuł mój wzrok i nasze spoj­rze­nia się spo­tkały. Ale nie uśmiech­nął się. Nie odwró­cił. Tylko patrzył.

I wtedy to zro­zu­mia­łem.

Krę­go­słup tuż pod czaszką prze­szył mi prąd, po ple­cach prze­bie­gły ciarki. Coś uno­siło się w powie­trzu mię­dzy nami, wibru­jąc jak potrą­cona struna.

Było to coś pier­wot­nego, wypły­wa­ją­cego z samych trzewi. Pra­dawny instynkt, który ostrze­gał pier­wot­nego łowcę przed przy­cza­jo­nym w ciem­no­ściach, goto­wym do ataku wil­kiem. Zagro­że­nie nie miało kształtu, nie wydzie­lało zapa­chu i nie wyda­wało żad­nych dźwię­ków. Ale dało się je wyczuć, gdy wło­ski na karku sta­wały czło­wie­kowi dęba.

Zazna­łem tego, patrząc Ryanowi w oczy. W tym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że z nowym chło­pa­kiem mojej córki jest coś nie tak.

Coś kryło się w ciem­no­ściach za jego źre­ni­cami.

Coś nie­nor­mal­nego.

Coś bar­dzo, bar­dzo nie­do­brego.

2

Dzba­nek z kawą syczał w eks­pre­sie. Pod­no­sząc go, usły­sza­łem, jak serce wali mi w piersi. Wzią­łem oddech, pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie rąk. Czy mogłem się pomy­lić? Do tej pory Ryan wyda­wał się dość miły. Wciąż jed­nak czu­łem efekt jego spoj­rze­nia; adre­na­lina na­dal buzo­wała w moich żyłach.

Było z nim coś nie w porządku – na pewno. Coś ukry­wał.

Wysze­dłem z powro­tem na taras, nala­łem Cla­ire kawy, pró­bu­jąc przy­cią­gnąć jej wzrok, ale była zbyt zajęta ukła­da­niem roz­pi­na­nego swe­tra na ramio­nach matki. Abbie dołą­czyła do nas przy stole, pada­jąc na jeden z dużych foteli ogro­do­wych. Tilly, kochana kocia sta­ruszka, ocię­żale wsko­czyła jej na kolana i zaczęła ugnia­tać nogawki dżin­sów, pozo­sta­wia­jąc na bia­łej tka­ni­nie swoją szarą sierść.

– Twoja kolej, tato.

Jej głos spra­wił, że pod­nio­słem wzrok, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

– Zawsze jestem gotów, żeby zostać twoim wor­kiem tre­nin­go­wym, Abs. – Odsta­wi­łem kawę. – Pamię­taj tylko, że czasy świet­no­ści ogro­do­wego mistrza minęły, musisz więc dać mi szansę.

– Ja odpa­dam – powie­działa, głasz­cząc za uszkiem mru­czącą i mru­żącą oczy Tilly. – Potrze­buję odpo­czynku. Możesz zagrać z Ryanem.

– Ach. Naprawdę?

Cla­ire spoj­rzała na mnie zna­cząco.

– Jasne – zgo­dzi­łem się, przej­mu­jąc podaną mi rakietę. – Czemu nie?

– Pro­szę się nie mar­twić – powie­dział Ryan, uśmie­cha­jąc się i pod­cho­dząc do nas swo­bod­nym kro­kiem. – Fatal­nie gram w kometkę.

Zrzu­ci­łem klapki i posze­dłem za Ryanem na śro­dek pro­wi­zo­rycz­nego boiska, czu­jąc łasko­ta­nie świeżo sko­szo­nej trawy. Jego woda po gole­niu pozo­sta­wiła led­wie wyczu­walny ślad: ostry cytru­sowy zapach i coś jesz­cze; sosna albo euka­lip­tus. Gdy zajął pozy­cję po dru­giej stro­nie siatki, posła­łem lotkę wyso­kim leni­wym łukiem, przy­po­mi­na­jąc sobie słowa żony: „Bądź miły”. Jed­nak Ryan, który przed­tem machał rakietą jak cepem, teraz lobo­wał i ści­nał z wprawą wytraw­nego bad­min­to­ni­sty, odbi­ja­jąc lotkę tak, bym nie mógł jej się­gnąć. Nie wywa­lał się już na trawę ku ucie­sze Abbie; był skon­cen­tro­wany i pre­cy­zyjny, prze­ska­ki­wał z miej­sca na miej­sce i prę­żył mię­śnie na przed­ra­mie­niu, dyk­tu­jąc tempo gry.

Gdy lotka powę­dro­wała wysoko, zamiast na nią spoj­rza­łem mu w twarz. Zer­k­nął na mnie i ściął tak mocno, że nawet nie zauwa­ży­łem ruchu. Poczu­łem za to ude­rze­nie w pierś, któ­remu towa­rzy­szyło gło­śne pac­nię­cie.

– Ryan! – zawo­łała Abbie ze śmie­chem. Unio­słem rękę, by poka­zać, że nic mi nie jest, choć wciąż czu­łem pie­cze­nie. Ryan też się roze­śmiał i uniósł ręce w geście prze­sad­nej skru­chy.

– Prze­pra­szam, Ed!

Ryan pro­wa­dził sie­dem do dwóch, gdy wyczu­łem, że odpusz­cza. Zaczął tra­cić punkty w sytu­acjach, w któ­rych kilka chwil wcze­śniej radził sobie z łatwo­ścią.

Mecz zakoń­czył się wyni­kiem jede­na­ście do dzie­wię­ciu dla mnie.

Sta­ną­łem, by ode­tchnąć. Koszulka polo kle­iła mi się do ple­ców od potu, mokra bawełna lepiła się do skóry.

– Dobrze się grało – powie­dział Ryan, po któ­rym prak­tycz­nie w ogóle nie było widać zmę­cze­nia. – Jesz­cze jedna rundka?

– Naj­pierw ode­tchnijmy. – Wska­za­łem na taras ze sto­łem, przy któ­rym sie­działa moja rodzina. – Muszę się napić. Na pewno nie chcesz kawy?

– Dzię­kuję, panie Col­lier, ale uni­kam kofe­iny.

Zanu­rzy­łem dłoń w dużym kuble z lodem i zwil­ży­łem sobie kark, roz­ko­szu­jąc się chło­dem wody.

– Mamy piwo i wino – zaofe­ro­wała Cla­ire – a w kuchni są też inne napoje, gdy­byś miał ochotę.

Ryan uniósł dłoń i znów nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

– Nie, dzię­kuję. Jutro muszę wcze­śnie wyje­chać do Man­che­steru, a potem, w ponie­dzia­łek rano, wra­cam tutaj, żeby się rozej­rzeć po szko­łach, więc raczej nie powi­nie­nem.

– Ryan pełni służbę ochot­ni­czą w poli­cji – wyja­śniła Abbie.

– Och, a to ci dopiero – powie­działa Joyce, popra­wia­jąc swój roz­pi­nany swe­te­rek. – Poli­cjant? To lepiej zacho­wujmy się jak należy.

– Nie jestem peł­no­praw­nym funk­cjo­na­riu­szem – wyja­śnił Ryan. – Spra­wu­jemy raczej funk­cje pomoc­ni­cze, współ­pra­cu­jemy ze spo­łecz­no­ściami lokal­nymi, orga­ni­zu­jemy pie­sze patrole, wdra­żamy ini­cja­tywy bez­pie­czeń­stwa publicz­nego i tym podobne. W ciągu ostat­nich mie­sięcy odwie­dza­łem szkoły w związku z ata­kami przy uży­ciu ostrych narzę­dzi. Wie­dzą pań­stwo, dobrze jest się odwdzię­czyć spo­łe­czeń­stwu. Czuć, że ma się jakiś wkład.

Ponow­nie napeł­ni­łem fili­żankę i przyj­rza­łem mu się z ukosa. Nie wyglą­dał na typo­wego poli­cjanta. Był zbyt wytworny. Zbyt ide­alny. Ale z dru­giej strony po raz ostatni mia­łem do czy­nie­nia z poli­cją bar­dzo dawno temu. Od tam­tej pory upły­nęły całe wieki.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście – zgo­dziła się Cla­ire. – To może colę zero? Albo wodę mine­ralną? W kuchni jest zagęsz­czony sok owo­cowy. Mamy też zwy­kły.

– Pro­szę o wodę mine­ralną, pani Col­lier.

Z wia­derka wypeł­nio­nego lodem wyjęła małą zie­loną butelkę i podała mu ją.

– Mów do mnie Cla­ire.

– Dzięki, Cla­ire.

Joyce powoli dźwi­gała się ze swo­jego wózka inwa­lidz­kiego, opie­ra­jąc drżącą dłoń na lasce.

– Sądzę, że na mnie już czas, powin­nam się na chwilkę poło­żyć.

Ryan zerwał się na równe nogi, poda­jąc Joyce ramię, by ją wes­przeć, gdy odwra­cała się do drzwi.

– Dzię­kuję, mój drogi – powie­działa Joyce z bło­gim uśmie­chem. – Jesteś bar­dzo miły.

– Nie ma za co – odparł.

– Bab­ciu? – ode­zwała się Abbie, także wsta­jąc. – Dobrze się czu­jesz?

– Nic mi nie jest, kocha­nie, ten miły młody czło­wiek się mną zajął. Muszę się tylko zdrzem­nąć przez dwa­dzie­ścia minut.

Patrzy­li­śmy, jak Ryan odpro­wa­dza ją do środka. Sie­dząca obok mnie Cla­ire wes­tchnęła i pokrę­ciła głową.

– Naj­wy­raź­niej mamie pogar­sza się z dnia na dzień – szep­nęła. – Myślisz, że te nowe leki w ogóle dzia­łają?

Chwy­ci­łem jej miękką, cie­płą dłoń i lekko ści­sną­łem.

– W ponie­dzia­łek poroz­ma­wiamy jesz­cze raz z onko­lo­giem – powie­dzia­łem. – Może zmieni jej dawkę.

Ski­nęła głową; w tej samej chwili Ryan wychy­nął z domu i usiadł przy stole. Abbie spoj­rzała swo­jemu chło­pa­kowi w oczy, bez­gło­śnie wymie­nia­jąc z nim jakąś myśl. Potem ostroż­nie posta­wiła Tilly na tara­sie i wstała, poda­jąc matce jedną z rakie­tek do bad­min­tona.

– Chodź, mamo, twoja kolej, żeby się ze mną zmie­rzyć.

– Kocha­nie, chyba musia­ła­bym się prze­brać – powie­działa Cla­ire, wska­zu­jąc swoją koper­tową sukienkę w nie­bie­skie wzorki. – A poza tym piłam wino.

– Żad­nych wymó­wek – odparła Abbie z uśmie­chem. – Ale mogę ci dać trzy punkty prze­wagi.

Cla­ire wstała nie­chęt­nie, wzięła rakietę i ruszyła za córką w stronę siatki. Znów zoba­czy­łem, jak podobne są do sie­bie: ta sama oliw­kowa kar­na­cja, ciemne włosy, szczu­pła figura – tylko że Abbie była o jakieś pięć cen­ty­me­trów wyż­sza od matki. Przez chwilę sie­dzie­li­śmy z Ryanem w mil­cze­niu, patrząc, jak lotka kre­śli leniwe łuki nad siatką w łagod­nym świe­tle wie­czoru. Ich przy­ja­zne prze­ko­ma­rza­nie spra­wiało, że czu­łem się mniej nie­swojo. Cla­ire i Abbie były całym moim świa­tem, kocha­łem je tak bar­dzo, że cza­sami ta miłość ści­skała mnie bole­śnie za serce.

Usły­sza­łem roz­pacz­liwy pisk kota i odwró­ci­łem się. Tilly poło­żyła uszy po sobie, zmru­żyła oczy i zasy­czała na Ryana. Czy on wła­śnie cofa nogę? Wycią­gnął rękę, żeby ją pogła­skać, ale kotka wzdry­gnęła się i znów syk­nęła, stro­sząc ogon ze zde­ner­wo­wa­nia. Poru­szała się dziw­nie, pod­no­sząc jedną z tyl­nych łap.

– Prze­pra­szam, Ryan – powie­dzia­łem. – Zazwy­czaj nie jest taka agre­sywna. Na ogół wszyst­kich lubi.

Wycią­gną­łem do niej dłoń, ale na mnie też wark­nęła i czmych­nęła w stronę garażu.

– Ma bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny wygląd – stwier­dził Ryan.

– Jest w poło­wie syjamką, stąd ten szpi­cza­sty pysz­czek.

Potarł wierzch dłoni.

– Podra­pała cię? – spy­ta­łem, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

– Nie. W porządku.

Przyj­rza­łem się jego twa­rzy. Odczu­walne wcze­śniej mię­dzy nami napię­cie zni­kło. A może sobie to wmó­wi­łem? Uśmiech­nął się, nie­mal spe­szony moim spoj­rze­niem, a ja zmu­si­łem się do odwza­jem­nie­nia uśmie­chu.

– Ni­gdy dotąd nie widzia­łem, żeby tak się zacho­wy­wała – powie­dzia­łem.

– Może po pro­stu musi mnie lepiej poznać.

– Może – zgo­dzi­łem się.

Ski­nął głową.

– No tak – rzu­ci­łem, chcąc zmie­nić temat. – Abbie mówiła, że byłeś w woj­sku.

– Jakiś czas temu – potwier­dził. – Słu­ży­łem pięć lat w Pułku Royal Anglian.

– Bra­kuje ci tego?

Wzru­szył ramio­nami.

– Nie­raz tęsk­nię za chło­pa­kami. Ale dwie tury w Afga­ni­sta­nie mi wystar­czyły.

– Pew­nie było ciężko.

Usiadł wygod­niej na krze­śle. Wyglą­dał, jakby pró­bo­wał sta­ran­niej dobie­rać słowa.

– Widzia­łem wiele… rze­czy. Takich, które spra­wiły, że do wszyst­kiego innego nabiera się dystansu. – Prze­rwał, sku­pia­jąc spoj­rze­nie na Abbie. – Czło­wiek na przy­kład docho­dzi do wnio­sku, że trzeba jak naj­le­piej wyko­rzy­stać każdy dzień. Carpe diem.

– Chwy­taj dzień – powie­dzia­łem. – Jasne.

Zapa­dła nie­zręczna cisza.

– Chcia­łem tylko podzię­ko­wać – oznaj­mił powoli. – Za dzi­siej­sze zapro­sze­nie.

– W porządku, nie ma sprawy.

– Cie­szę się, że mamy oka­zję poroz­ma­wiać w cztery oczy.

Odwró­ci­łem się do niego, czu­jąc ści­ska­nie w piersi.

– Okej…

– Cho­dzi o to, że muszę o coś popro­sić, Ed.

Wie­dzia­łem już, co się wyda­rzy.

– O co? – spy­ta­łem.

Ryan pochy­lił się do przodu, skła­da­jąc ręce. Gło­śno prze­łknął ślinę.

– Chciał­bym popro­sić o zgodę.

Zgiełk wie­czoru ucichł – krzyki i śmie­chy towa­rzy­szące grze w bad­min­tona, świer­got pta­ków, przy­tłu­miona muzyka dobie­ga­jąca z ogrodu sąsia­dów – wszystko zga­sło, pod­czas gdy cała moja uwaga sku­piła się na poje­dyn­czym punk­cie, na twa­rzy czło­wieka sie­dzą­cego naprze­ciw mnie.

Odchrząk­ną­łem i usły­sza­łem, jak wypo­wia­dam nastę­pu­jące słowa:

– O zgodę na co?

– Chcę popro­sić Abbie, żeby za mnie wyszła.

3

– Żeby za cie­bie wyszła? – powtó­rzy­łem.

Dźwięk tych słów był odle­gły niczym echo dobie­ga­jące z innego pokoju. Krew tęt­niła mi w skro­niach. Ale chyba nie już? Chyba jesz­cze nie teraz? To zbyt wcze­śnie. Jak długo się znali – od sied­miu mie­sięcy? Abbie nie miała jesz­cze nawet dwu­dzie­stu pię­ciu lat. To działo się zbyt szybko. Zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko. A ja nawet nie zdą­ży­łem się zasta­no­wić nad tym pierw­szym, nie­mi­łym wra­że­niem, jakie wywarł na mnie Ryan, nie mia­łem naj­mniej­szego poję­cia, kim naprawdę jest.

Nawet nie mru­gnął, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie swych ciem­nych oczu.

– Abbie to naj­mil­sza, naj­życz­liw­sza, naj­wspa­nial­sza dziew­czyna, jaką kie­dy­kol­wiek zna­łem. Myślę, że twoja córka jest nie­zwy­kłą osobą, i chcę spę­dzić z nią resztę życia.

– To prawda – powie­dzia­łem, czu­jąc dziwny chłód prze­ni­ka­jący mi do krwi mimo cie­pła wie­czoru. – Jest nie­zwy­kła.

– Nie chcia­łem odgry­wać scenki rodem z osiem­na­stego wieku – wyja­śnił Ryan z ner­wo­wym gry­ma­sem. – W dzi­siej­szych cza­sach pro­sze­nie rodzi­ców o zgodę wydaje się sta­ro­modne, ale szcze­rze mówiąc, nie­zu­peł­nie wiem, jak to się robi, więc pró­buję wszyst­kiego.

– Rety, no… to dość nagłe, prawda, Ryan?

Żar­li­wie pokrę­cił głową.

– Mnie się nie wydaje nagłe. Tak naprawdę wie­dzia­łem to od chwili, gdy pozna­łem ją na tam­tej impre­zie. Chyba można powie­dzieć, że to miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Wariac­two, co nie? Ni­gdy nie sądzi­łem, że spo­tka mnie coś takiego. – Pocią­gnął łyk wody mine­ral­nej. – Prze­pra­szam, że tak się roz­ga­da­łem. To nerwy.

Zda­łem sobie sprawę, że nie panuję nad sytu­acją. Mogłem powie­dzieć „nie”, ale jak miał­bym to uza­sad­nić? I czy Abbie robi­łoby to jaką­kol­wiek róż­nicę? Ale wola­łem też nie mówić „tak”. Co ozna­czało, że mogłem zro­bić tylko jedno: prze­cią­gnąć to i grać na zwłokę.

– A… masz już pier­ścio­nek zarę­czy­nowy?

Ryan ski­nął głową.

– Wła­ści­wie to pamiątka rodzinna. Nie byłem pewien, czy Abbie wola­łaby coś nowego, czy rzecz prze­ka­zy­waną z poko­le­nia na poko­le­nie. Ni­gdy przed­tem nie byłem w takiej sytu­acji, ale chcia­łem zro­bić to jak należy.

– Jasne. Rety – powtó­rzy­łem. – Ślub.

– Wolimy tego nie odkła­dać i dla­tego chcia­łem popro­sić o zgodę, żeby­śmy mogli sfor­ma­li­zo­wać nasz zwią­zek. Wiem, to duże zasko­cze­nie, ale oboje tego pra­gniemy.

Wciąż krę­ciło mi się w gło­wie. Jesz­cze nie tak dawno szy­ko­wa­li­śmy Abbie na jej pierw­szy dzień w pod­sta­wówce – czer­wony pulo­we­rek, lśniące lakierki, włosy zwią­zane w kitki, jej rączka mocno ści­ska­jąca moją dłoń. Zda­wało się, że minęła tylko chwila, a ja już nagle roz­ma­wia­łem o miło­ści od pierw­szego wej­rze­nia i per­spek­ty­wie ślubu mojej córki z męż­czy­zną, któ­rego led­wie zna­łem.

I to nie jakimś tam męż­czy­zną. Wła­śnie tym męż­czy­zną.

– To wielki krok, ważna decy­zja – mówi­łem powoli. – Wydaje się bar­dzo nagła; nie chce­cie tro­chę pocze­kać, aż… aż bar­dziej się do sie­bie zbli­ży­cie?

Ryan potarł zarost na pod­bródku, zer­ka­jąc w stronę Abbie i Cla­ire, które szły w naszym kie­runku.

– I o tym też musimy poroz­ma­wiać.

– Tak? Ale o co cho­dzi?

Abbie pode­szła do stołu, trzy­ma­jąc mamę pod ramię. Obie się uśmie­chały. Oczy Cla­ire lśniły z pod­eks­cy­to­wa­nia. Abbie mocno poca­ło­wała Ryana w poli­czek, a potem posłała mi sze­roki uśmiech.

– I? – spy­tała, prze­no­sząc wzrok ze mnie na swoją mamę, a potem znów na mnie. – Co ty na to?

– Zarę­czyli się! – oznaj­miła Cla­ire. – Wspa­niała wia­do­mość, prawda, Ed? Aż trudno w to uwie­rzyć!

Abbie pode­szła, by się do nas przy­tu­lić, roz­ta­cza­jąc wokół łagodny zapach per­fum.

– Tato? I co myślisz?

– To wspa­niale – stwier­dzi­łem sztywno, uświa­da­mia­jąc sobie, że prośba o zgodę ze strony Ryana była wła­ści­wie tylko pustym gestem. Już zdą­żył się oświad­czyć przed dzi­siej­szym wie­czo­rem. – Gra­tu­luję wam obojgu.

Ryan wyjął z kie­szeni małe fio­le­towe pudełko i wrę­czył je Abbie.

– Chyba możesz go znów wło­żyć – powie­dział z uśmie­chem.

Abbie wzięła puz­derko, otwo­rzyła je ostroż­nie i nasu­nęła pier­ścio­nek na ser­deczny palec lewej ręki, roz­kła­da­jąc pozo­stałe, by poka­zać nam klej­not. Bry­lant był ogromny. Nie­zbyt inte­re­so­wa­łem się biżu­te­rią, ale nawet ja wie­dzia­łem, że jest wyjąt­kowy.

– Nale­żał do mojej babci – wyja­śnił Ryan. – Zawsze powta­rzała, jak to dzia­dek Arthur posta­wił całą mie­sięczną pen­sję na wierz­chowca Well To Do w goni­twie Grand Natio­nal. Nic nie wie­dział o koniach, ale spodo­bało mu się to imię i chciał się stać „zamożny”1. Koń wygrał z kur­sem jeden do czter­na­stu, a Arthur wydał więk­szość wygra­nej wła­śnie na ten pier­ścio­nek.

Pomy­śla­łem, że to fajna histo­ria. Przy­jemna aneg­dotka. A jed­nak była w niej jakaś nuta fał­szu, brzmiała nieco zbyt gładko.

– Jesteś pewien – spy­tała Abbie z pro­mien­nym uśmie­chem – że bab­cia Hilda nie mia­łaby nic prze­ciwko?

– Byłaby zachwy­cona, Abbie. Ska­ka­łaby wokół cie­bie tak samo jak ja.

– Jest prze­cudny – powie­działa pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. Znów wycią­gnęła rękę, usta­wia­jąc ją tak, by świa­tło padło na ważący chyba co naj­mniej karat bry­lant i zaczęło migo­tać w nie­zli­czo­nych fase­tach. – Nie mogę od niego ode­rwać oczu!

Pod­sko­czyła ze szczę­ścia, a potem znów nas objęła. Cla­ire uśmiech­nęła się i poca­ło­wała córkę w poli­czek, a ja ze zdu­mie­niem dostrze­głem napły­wa­jące jej do oczu łzy.

– Musimy to uczcić! – oznaj­miła, odwra­ca­jąc się w stronę kuchni. Nie lubiła, gdy ludzie widzieli, jak pła­cze. – Zaraz wra­cam.

Abbie usia­dła Ryanowi na kola­nach, wyjęła tele­fon i zro­biła fotkę pier­ścionka na palcu, przy­pusz­czal­nie po to, by zamie­ścić ją na Insta­gra­mie.

– Wiem, że to wydaje się dość nagłe, tato – powie­działa, kli­ka­jąc w komórkę. – Ale nie dla nas. Jest wła­śnie tak, jak ma być. Ide­al­nie.

– Rzecz w tym, Abbie, że to wszystko… no, to naprawdę wielka sprawa. A ja się dowia­duję tak nagle.

– Prze­pra­szam, tato – odparła, pod­no­sząc wzrok. Jej czoło zmarsz­czyło się w wyra­zie zatro­ska­nia. – Szkoda, że nie pozna­łeś Ryana wcze­śniej, ale ma taką pracę, mnó­stwo innych spraw i ten pro­jekt w Nowym Jorku, więc wła­ści­wie nie było kiedy. A potem się oświad­czył… i tak wyszło.

– I tak wyszło – powtó­rzy­łem.

W dzi­siej­szych cza­sach okres zarę­czyn może trwać całe lata, a ludzie czę­sto roz­stają się, zamiast brać ślub. Mocno uchwy­ci­łem się tej myśli. Przy­lgną­łem do niej jak tonący czło­wiek do boi ratow­ni­czej.

– Wygląda na to, że mamy dzień ogło­szeń – powie­działa. Palce mojej córki i Ryana splo­tły się ze sobą. Abbie posłała mu deli­katny uśmiech, który on natych­miast odwza­jem­nił. – Czy mój narze­czony prze­ka­zał ci już drugą wia­do­mość?

– Jest też druga?

– Prze­pro­wa­dzam się do niego – oznaj­miła Abbie.

– Co takiego? – spy­ta­łem, pró­bu­jąc narzu­cić swoim myślom jakiś porzą­dek.

– Kupił dom w Beeston. Mam stam­tąd o wiele bli­żej do szkoły, więc latem będę mogła sobie cho­dzić spa­cer­kiem. Ryanowi też bar­dziej pasuje, bo dużo jeź­dzi, a dom stoi nie­da­leko wjazdu na auto­stradę. – Wyjęła z kie­szeni bre­lo­czek i unio­sła go: mały srebrny kot na łań­cuszku z poje­dyn­czym klu­czem. – To naprawdę ładny domek w miłej oko­licy.

– Beeston – powie­dzia­łem. – Rozu­miem.

– Tylko kilka mil stąd, tato. Nie wyjeż­dżam z Not­tin­gham. Wcale nie jest daleko do cen­trum. Pomo­żesz mi prze­wieźć rze­czy?

Poczu­łem w piersi pustkę.

– Jasne – rzu­ci­łem. – Ale możesz tu zostać, jak długo chcesz, Abs. Nie musisz się spie­szyć.

– Dzięki, tato. Jesteś super.

Co kilka sekund dzwo­nek jej tele­fonu brzę­czał, zawia­da­mia­jąc, że ktoś na Insta­gra­mie albo Face­bo­oku zare­ago­wał na zdję­cie pier­ścionka zarę­czy­no­wego. Każda kolejna wia­do­mość wywo­ły­wała na jej twa­rzy uśmiech. Abbie odpo­wia­dała na wszyst­kie komen­ta­rze i poka­zy­wała je Ryanowi.

Cla­ire wyszła z kuchni z butelką szam­pana w jed­nej ręce i z czte­rema kie­lisz­kami w dru­giej. Każde z nas wzięło jeden z nich. Kiedy roz­le­wała szam­pana, pano­wało mil­cze­nie. Żona wciąż na mnie nie patrzyła, a ja przez chwilę pomy­śla­łem, że może też ma wąt­pli­wo­ści co do Ryana i ukrywa je tylko przez grzecz­ność.

– Cudowna wia­do­mość – stwier­dziła.

Ryan wyszcze­rzył zęby.

– Wznie­śmy toast! Za co wypi­jemy?

Abbie unio­sła kie­li­szek. Na powierzchni szam­pana bul­go­tały bąbelki.

– Za nowy począ­tek?

Cla­ire i Ryan także unie­śli kie­liszki.

Powoli zro­bi­łem to samo.

– Za nowy począ­tek – powtó­rzyła Cla­ire.

Stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­kami i wzię­li­śmy po łyku. Ryan odsta­wił swój kie­li­szek na drew­niany stół, lekko go odsu­wa­jąc, jakby nie zamie­rzał już wię­cej pić.

– Chcia­łem wam podzię­ko­wać – powie­dział. – Za to, że oboje tak dobrze mnie przy­ję­li­ście.

– Nie ma za co – odrze­kła Cla­ire. – Wspa­niale, że naszym naj­bliż­szym się układa, prawda, Ed?

– Tak. – Sztywno kiw­ną­łem głową. – Oczy­wi­ście.

Dostrze­gła moją minę i łagod­nie chwy­ciła mnie za dłoń, co było jej spo­so­bem na powie­dze­nie: „Wiem, rozu­miem. Póź­niej o tym poga­damy”.

– Prawdę mówiąc – ode­zwał się Ryan – cze­ka­łem na wła­ściwą osobę. A kiedy pozna­łem Abbie, nie chcia­łem tra­cić wię­cej czasu. Kiedy czło­wiek wie, to po pro­stu wie, prawda?

Wście­kło mnie to „cze­ka­łem na wła­ściwą osobę”, jakby cho­dziło o umowę na nowy samo­chód. Wyra­ża­nie tego wszyst­kiego wyłącz­nie w pierw­szej oso­bie też mi nie odpo­wia­dało. Abbie to nie jakaś tam osoba, była ważna i cudowna sama w sobie – a on na nią nie zasłu­gi­wał.

– No więc! – zawo­łała Cla­ire, któ­rej szam­pan zaru­mie­nił policzki. – Myśle­li­ście już o dacie?

– Cóż, my…

– Pew­nie tro­chę na to za wcze­śnie – cią­gnęła Cla­ire – ale chcia­łam po pro­stu wie­dzieć, co pla­nu­je­cie.

– Wła­ści­wie – powie­działa Abbie, krę­cąc pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym wokół palca – mamy już datę.

To wybiło Cla­ire z rytmu. Przez chwilę sie­działa z lekko otwar­tymi ustami.

– Naprawdę?

– Tak.

– Macie już datę?

– Chcemy się pobrać na początku lata, mamo. Pod koniec czerwca.

– Czerwca? Rety. – Cla­ire wes­tchnęła. Teraz uśmiech przy­cho­dził jej z tru­dem. Patrzy­łem, jak bie­rze oddech. – W czerwcu mamy trasę, sfi­na­li­zo­wa­li­śmy to w zeszłym tygo­dniu. Niech spraw­dzę. – Wstała i weszła do domu, uni­ka­jąc mojego spoj­rze­nia.

W panu­ją­cej ciszy Abbie pochy­liła się i szep­nęła coś Ryanowi do ucha. Uśmiech­nął się i ski­nął głową, patrząc jej w oczy. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem się ode­zwać, ale nie potra­fi­łem wykrztu­sić ani słowa. Zamiast tego gło­śno prze­łkną­łem szam­pana. Mia­łem nieco ponad rok na roz­gry­zie­nie tego gościa: dość czasu, by spraw­dzić, czy coś ukrywa, upew­nić się, czy moje prze­czu­cia są słuszne.

Cla­ire wró­ciła na taras, nio­sąc swój ter­mi­narz w okładce z nie­bie­skiej skóry. Była to nasza rodzinna Biblia zawie­ra­jąca daty wszyst­kich jej wyjaz­dów z teatrem, odwie­dzin zna­jo­mych, urlo­pów, uro­dzin i innych usta­leń, które skru­pu­lat­nie zapi­sy­wała i koor­dy­no­wała. Abbie pró­bo­wała ją nakło­nić, by prze­rzu­ciła to wszystko do tele­fonu i stwo­rzyła kalen­darz, który mogli­by­śmy syn­chro­ni­zo­wać w naszych komór­kach, ale ona się na to nie zgo­dziła. Odparła, że mając swój ter­mi­narz, wie, na czym stoi. Czu­łem jed­nak, że cho­dzi o coś wię­cej. Two­rze­nie pla­nów i ich wła­sno­ręczne zapi­sy­wa­nie było jej mecha­ni­zmem radze­nia sobie z życiem.

– No dobrze – powie­działa, otwie­ra­jąc tylną okładkę notat­nika. – Czyli… koniec czerwca. Trzeba będzie wysłać zapro­sze­nia dużo wcze­śniej, może już we wrze­śniu albo w paź­dzier­niku, żeby udało się nam wszyst­kich zła­pać, zanim sobie zabu­kują przy­szło­roczne waka­cje. Jaką datę macie?

– Dwu­dzie­sty dzie­wiąty.

Cla­ire prze­bie­gła pal­cem po stro­nie.

– Okej. Trasa Cza­row­nic z Salem powinna się skoń­czyć dwu­dzie­stego trze­ciego, to dobrze, a dwu­dzie­sty dzie­wiąty to… wto­rek. – Unio­sła wzrok, marsz­cząc czoło. – Na pewno cho­dzi wam o dwu­dzie­sty dzie­wiąty, a nie dwu­dzie­sty szó­sty? To będzie ostat­nia sobota czerwca.

Abbie się zawa­hała, a kąciki ust wygiął jej ner­wowy uśmie­szek.

– Cho­dzi o to, mamo, tato… – Bawiła się rąb­kiem swej bluzki. – To nie jest wto­rek.

– Nie? – Cla­ire wbiła wzrok w swój kalen­darz. – Ale tak tu jest napi­sane.

– To ponie­dzia­łek, mamo.

Prze­nio­słem wzrok z córki na jej narze­czo­nego, ale jego nie­ska­zi­telna twarz pozo­stała bez wyrazu.

– Jak to, Abs? – spy­ta­łem cicho. – Co chcesz przez to powie­dzieć?

– Ślub nie jest w przy­szłym roku – wyja­śniła, gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę. – Jest w przy­szłym mie­siącu.

Well-to-do (ang.) – zamożny [wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza]. [wróć]

4

Bar­dzo ostroż­nie odsta­wi­łem kie­li­szek na stół i chwy­ci­łem opar­cie fotela ogro­do­wego, by się na nim wes­przeć. Czu­łem, jak drew­niana kra­wędź wrzyna mi się w dłoń.

Twarz Cla­ire zamarła, podob­nie jak dłu­go­pis w jej dłoni, zawie­szony nad otwar­tym ter­mi­na­rzem.

– Powtórz to – powie­działa wresz­cie.

– Koniec przy­szłego mie­siąca, mamo. – Głos Abbie był cichy, brzmiał nie­pew­nie. – Dwu­dzie­sty dzie­wiąty czerwca.

Pró­bo­wa­łem jakoś pojąć to, co powie­działa, prze­li­cza­jąc w gło­wie daty.

– Abbie, to… to mniej niż za sześć tygo­dni – wydu­ka­łem. – Jak to w ogóle moż­liwe?

– Zawia­do­mie­nie o ślu­bie trzeba zło­żyć co naj­mniej dwa­dzie­ścia osiem dni przed cere­mo­nią. To wszystko.

– Ale to już tak nie­długo, tak szybko – mówi­łem, sta­ra­jąc się nadać gło­sowi spo­kojny ton. – Skąd ten pośpiech? Musimy się pouma­wiać, poza­pra­szać ludzi, jest do zro­bie­nia pew­nie z milion rze­czy, wiele osób nie zdoła przy­je­chać, jeśli dostaną zapro­sze­nia tak krótko przed ślu­bem.

– Wiem, że to bar­dzo mało czasu, tato. – Zło­żyła ręce na kola­nach. – Ale zawsze powta­rza­łam, że chcę, aby była przy tym cała naj­bliż­sza rodzina.

– No jasne, Abs, ale…

– Cała. – Odwró­ciła wzrok. – Każdy, kto jest dla mnie naj­waż­niej­szy na świe­cie. A jeśli pocze­kamy do następ­nego roku albo dłu­żej…

Nie dokoń­czyła zda­nia i zaczęła pocie­rać oczy.

– Och, Abbie. Kocha­nie – powie­działa Cla­ire łagod­nym tonem.

Ostat­nie pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca zni­kły za jawo­rami. W zapa­da­ją­cym zmierz­chu zro­biło się o kilka stopni chłod­niej. Zady­go­ta­łem.

Abbie wstała z zało­żo­nymi rękami. Jej głos był teraz nie­mal tak cichy jak szept.

– Nie potra­fię sobie wyobra­zić, że babci Joyce mogłoby nie być na moim ślu­bie – oznaj­miła.

Cla­ire wstała, pode­szła do naszej córki i mocno ją objęła.

– Och, Abbie – powtó­rzyła. – Mama nie chcia­łaby, żebyś usta­lała datę spe­cjal­nie ze względu na nią. Chcia­łaby, żebyś zro­biła to, co jest naj­lep­sze dla cie­bie.

– Ale to wła­śnie jest naj­lep­sze dla mnie. A poza tym nie chcę cze­kać. – Uwol­niła się z uści­sku Cla­ire, pró­bu­jąc zdo­być się na uśmiech. – Nie chcemy cze­kać. Dosta­łam pół­tora dnia urlopu ze względu na… oko­licz­no­ści. Ten krótki ter­min.

– A twoja rodzina, Ryan? – spy­ta­łem. – Co oni na to?

Abbie sta­nęła przy krze­śle narze­czo­nego, kła­dąc rękę na jego ramie­niu.

– To był pomysł Ryana – oznaj­miła. – Kiedy powie­dzia­łam mu o babci, o jej dia­gno­zie, stwier­dził, że musimy zro­bić wszystko, by mogła wziąć udział w naszym wiel­kim dniu. Potem dowie­dział się, jak to wygląda od strony praw­nej i prak­tycz­nej, poga­dał z urzęd­ni­kiem i zna­lazł datę.

Ryan powoli poki­wał głową, uśmie­cha­jąc się do nas ostroż­nie.

– To będzie ślub cywilny w Bridg­ford Hall – wyja­śnił. – Tylko naj­bliżsi przy­ja­ciele i rodzina. Miej­sce jest nie­zbyt duże, ale pięk­nie poło­żone, tuż przy parku. A w przy­szłym roku, w lecie, urzą­dzimy wiel­kie wesele dla wszyst­kich gości.

– Nazy­wają to wese­lem żyją­cych długo i szczę­śli­wie – dodała Abbie.

Skrzy­wi­łem się, sły­sząc to okre­śle­nie.

– No tak – odrze­kła Cla­ire, pocie­ra­jąc twarz dłońmi. – Okej. Wygląda na to, że wszystko już zapla­no­wa­li­ście.

– Nie­zu­peł­nie, mamo. Trzeba jesz­cze zor­ga­ni­zo­wać mnó­stwo spraw. Myśla­łam, że może jutro zaczniemy nad tym pra­co­wać. We trójkę?

– Jasne – powie­działa Cla­ire z wymu­szo­nym uśmie­chem. – Ale naj­pierw sprawdź, czy bab­cia już się obu­dziła, żebyś mogła prze­ka­zać jej wia­do­mość.

5

– Opo­wiedz nam, jak się oświad­czył – popro­siła Cla­ire.

Ryan już wyszedł; ponow­nie wymie­nił ze mną uścisk ręki na ganku i odje­chał swoim kabrio­le­tem audi. A teraz sie­dzie­li­śmy we czwórkę w salo­nie. Abbie zaj­mo­wała miej­sce na kana­pie pomię­dzy Cla­ire i Joyce. Pod­ku­liła nogi pod sie­bie i uśmiech­nęła się nie­mal wsty­dli­wie.

– W zeszły week­end zabrał mnie na nie­sa­mo­wity pik­nik w ogro­dach pałacu Chat­sworth House. Pili­śmy szam­pana, a on dał mi ten śliczny album z mnó­stwem naszych wspól­nych zdjęć. – Unio­sła go, łagod­nie prze­su­wa­jąc dło­nią po lśnią­cej bia­łej okładce. – Na ostat­niej stro­nie była foto­gra­fia atła­so­wego pudełka z pier­ścion­kiem. Kiedy pod­nio­słam znad niej wzrok, on miał to pudełko w ręku, przy­kląkł na jedno kolano, chwy­cił mnie za dłoń i popro­sił, żebym została jego żoną. Gdy zoba­czy­łam pier­ścio­nek, byłam tak zasko­czona, że wybuch­nę­łam śmie­chem.

– Biedny Ryan – powie­działa Joyce opa­tu­lona w koc w szkocką kratę. – Pew­nie poczuł się strasz­nie zaże­no­wany.

– Pew­nie, bab­ciu! Nie mam poję­cia, czemu się roze­śmia­łam. Chyba przez szok. Zdo­ło­wa­łam go tym, ale popro­sił mnie jesz­cze raz, a ja na to: „Tak! Tak! No pew­nie!”. – Wypro­sto­wała palec, by ponow­nie spoj­rzeć na pier­ścio­nek z ogrom­nym bry­lan­tem, jakby spraw­dzała, czy wciąż jest na miej­scu. – A potem zaczę­łam pła­kać, a on powie­dział, że chce was popro­sić o zgodę na dzi­siej­szym spo­tka­niu.

Cla­ire prze­krzy­wiła głowę. Zamiast szkieł kon­tak­to­wych miała teraz oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach, a na sto­pach stare bam­bo­sze z futer­kiem. Do tej pory nie zdą­ży­li­śmy poga­dać tylko we dwoje; nie byłem pewien, co o tym wszyst­kim myśli. Jeśli mar­twiła się rów­nie mocno jak ja, świet­nie to ukry­wała.

– Ten album to wspa­niały pomysł – oznaj­miła. – Prawda, Ed?

Zakrę­ci­łem kie­lisz­kiem brandy i pocią­gną­łem łyk, czu­jąc, jak napój pie­cze i dra­pie, spły­wa­jąc w dół gar­dła.

– Bar­dzo prze­my­ślany – potwier­dzi­łem.

Joyce ujęła dłoń Abbie obiema rękami.

– Cóż, sądzę, że mie­li­śmy wspa­niały wie­czór – powie­działa. – Chcesz wie­dzieć, co jesz­cze myślę?

– Oczy­wi­ście, bab­ciu.

– Myślę, że tra­fiła ci się świetna par­tia. Przy­po­mina mi two­jego dziadka, kiedy go pozna­łam.

– Dziadka Jima? – W gło­sie Abbie usły­sza­łem radość. – W jakim sen­sie, bab­ciu?

– Jest porządny, to po pro­stu widać. Jim był praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem. I twój Ryan też. Nie w sta­ro­mod­nym zna­cze­niu, tylko… jest opie­kuń­czy i dobry.

– Ooo, dzięki. Tak się cie­szę, że go polu­bi­li­ście. – Abbie ostroż­nie przy­tu­liła bab­cię. – Naprawdę mi ulżyło, bo nie wie­dzia­łam, co o nim pomy­śli­cie.

– To na pewno naj­lep­sza par­tia – oznaj­miła Joyce. – Mam rację?

– Wydaje się naprawdę uro­czy – powie­działa Cla­ire, patrząc na mnie.

– Tak, w rze­czy samej – cią­gnęła Joyce. – To naj­lep­szy chło­pak z moż­li­wych.

* * *

Opar­łem się o blat kuchenny, cze­ka­jąc, aż w czaj­niku zago­tuje się woda na her­batę rumian­kową dla Cla­ire. Prze­wi­ja­łem wia­do­mo­ści na Insta­gra­mie do chwili, aż zna­la­złem foto­gra­fię wysłaną wcze­śniej tego wie­czoru przez Abbie: pozo­wała z ręką wycią­gniętą do apa­ratu, by pochwa­lić się pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym z wiel­kim bry­lan­tem. Wpis pocho­dził sprzed zale­d­wie kilku godzin, ale już zebrał ponad trzy­sta laj­ków i sie­dem­dzie­siąt dwa komen­ta­rze od zna­jo­mych gra­tu­lu­ją­cych Abbie – try­ska­jące entu­zja­zmem wia­do­mo­ści pełne cału­sków i emo­ti­ko­nów z pier­ścion­kami, butel­kami szam­pana i ser­dusz­kami.

Uśmiech Abbie był tak sze­roki i szczery, że jej radość powinna tra­fić wprost do mojego serca. A jed­nak nie mogłem prze­stać patrzeć na Ryana, na jego wystu­dio­wany gry­mas, znacz­nie bled­szy niż jej. Oczy czarne jak węgiel. Jak u rekina. Czaj­nik się wyłą­czył, a ja nala­łem wody do kubka. Cla­ire weszła do kuchni, poca­ło­wała mnie prze­lot­nie w kącik ust i oparła się o bar śnia­da­niowy naprze­ciwko.

– I? – powie­działa. Patrzy­łem na nią, cze­ka­jąc, aż zdra­dzi swoje praw­dziwe uczu­cia, ale na jej twa­rzy widzia­łem tylko słaby uśmiech.

– I? – powtó­rzy­łem z waha­niem.

– Ależ to był wie­czór.

Powoli kiw­ną­łem głową.

– Tak… fak­tycz­nie. – Z roz­tar­gnie­niem mie­sza­łem her­batę pach­nącą jabł­kiem i mio­dem. – To był wie­czór.

– Dobrze się czu­jesz, Ed? Jesteś bar­dzo cichy.

– Po pro­stu pró­buję to wszystko ogar­nąć.

– To tak jak ja. – Ski­nęła głową. – Co myślisz o naszym przy­szłym zię­ciu?

Wrząca woda chlu­snęła za brzeg kubka. Upu­ści­łem łyżeczkę i potrzą­sną­łem ręką.

– Oj – powie­działa Cla­ire. – Opa­rzy­łeś się?

– Nic mi nie jest – odpar­łem, wkła­da­jąc dłoń pod kran. Lodo­wata woda znie­czu­lała skórę ponad kciu­kiem, która nabie­rała wście­kle różo­wego koloru. – Nie wiem, a jak tobie się on podoba?

– Uwa­żam, że jest prze­uro­czy. Są w sobie ewi­dent­nie zadu­rzeni.

Zdją­łem ręcz­nik z kalo­ry­fera i prze­wią­za­łem sobie nim rękę, czu­jąc pul­so­wa­nie i rwa­nie opa­rzo­nej skóry, a potem pokrę­ci­łem głową.

– Szkoda tylko, że nie mamy wię­cej czasu, by się z tym oswoić i… wię­cej się o nim dowie­dzieć.

– Mamie nie zostało wiele czasu. – Skrzy­żo­wała ramiona na piersi. – A Abbie i Ryan robią wszystko, żeby wzięła udział w ich wiel­kim dniu. Są naprawdę tro­skliwi.

– Jasne. Ale chciał­bym wie­dzieć wię­cej o tym, co się dzieje, znać wszyst­kie fakty, mieć pełen obraz…

– Ona nie jest.

– Nie jest jaka?

– Abbie nie jest w ciąży.

Gło­śno prze­łkną­łem ślinę z poczu­ciem ulgi, cie­sząc się, że ten dzień oszczę­dził mi choć jed­nego zasko­cze­nia.

– W porządku. Nie­zu­peł­nie o to mi cho­dziło, ale okej.

– Zapy­ta­łam ją o to, zanim poszła spać. Powie­dzia­łam, że nie zamie­rzamy jej oce­niać, że nie będziemy mieli żad­nych pre­ten­sji, po pro­stu chcemy wie­dzieć.

– I powie­działa ci?

– Oczy­wi­ście. Wszystko mi mówi.

Abbie zawsze chęt­niej zwie­rzała się mamie. Uwa­ża­łem to za natu­ralne. A Cla­ire za każ­dym razem słu­chała, nie komen­tu­jąc, i przed­sta­wiała mi ogólny zarys sytu­acji jakiś czas póź­niej, gdy Abbie nie było w pobliżu.

– Teraz twój ruch, Ed.

– Mój ruch?

– Powiedz coś – popro­siła, prze­krzy­wia­jąc głowę. – Co myślisz? Byłeś dzi­siaj bar­dzo poważny.

Naci­sną­łem pedał kubła i wyrzu­ci­łem saszetkę po her­ba­cie.

– Kiedy mnie pozna­łaś, podo­bało ci się, że jestem poważny.

– I dalej mi się podoba.

– Więc taki jestem.

Cla­ire unio­sła brwi. Zawa­ha­łem się. To, co naprawdę leżało mi na sercu – Mam naprawdę złe prze­czu­cia co do narze­czo­nego naszej córki – brzmia­łoby jak objaw para­noi. Musia­łem wymy­ślić jakieś mniej bez­po­śred­nie podej­ście.

Poda­łem jej kubek uchem do przodu.

– Wszystko dzieje się tak szybko, znie­nacka – powie­dzia­łem. – Abbie weszła w ten zwią­zek na odle­głość z jakimś gościem, który lata po całym świe­cie, potem wraca do Anglii, prze­pro­wa­dza się do Not­tin­gham i łup, w końcu go pozna­jemy, a oni się pobie­rają. Szcze­rze mówiąc, jesz­cze nie prze­stało mi się krę­cić w gło­wie.

Wła­śnie zda­łem sobie sprawę, jak bar­dzo będzie mi bra­ko­wać obec­no­ści mojej córki, jej głosu roz­brzmie­wa­ją­cego w domu, nawy­ków i żar­tów, które ze sobą wymie­nia­li­śmy. Tego, że co roku pusz­czała kolędy zaraz po dniu Guya Faw­kesa; za każ­dym razem na to uty­ski­wa­łem, choć tak naprawdę cie­szyło mnie jej uwiel­bie­nie dla świąt Bożego Naro­dze­nia, bo świad­czyło o tym, że Cla­ire i ja, mimo paru wpa­dek, dobrze wywią­za­li­śmy się z roli rodzi­ców. Oczy­wi­ście prę­dzej czy póź­niej musiała się wypro­wa­dzić – Abbie miesz­kała z nami, oszczę­dza­jąc na wkład do wła­snego miesz­ka­nia – lecz nie spo­dzie­wa­łem się, że nastąpi to tak nagle.

– Fak­tycz­nie, to jest szok – powie­działa Cla­ire. – Dla nas obojga. Trudno mi się pogo­dzić z tym, jak szybko to nastą­piło, ale trzeba odło­żyć takie myśli na bok i po pro­stu iść dalej.

Powiedz to – pomy­śla­łem. – Powiedz coś.

– Coś jesz­cze mi nie gra – oznaj­mi­łem w końcu. – Ale nie bar­dzo wiem co.

– W tym, że ich zwią­zek bły­ska­wicz­nie się roz­wija?

– Nie cho­dzi o ich zwią­zek. Cho­dzi o niego.

Cla­ire wes­tchnęła. Zda­łem sobie sprawę, że Ryan w ogóle jej nie nie­po­koił. Uni­kała mojego wzroku z jakie­goś innego powodu.

– O Ryana? W jakim sen­sie?

– Ma w sobie coś… Nie potra­fię tego okre­ślić.

– Już to prze­ra­bia­li­śmy, Ed, prawda?

– To coś innego.

– Okej – wes­tchnęła. – Co ci się nie podoba w Ryanie?

– Cóż… – Znów się zawa­ha­łem. Moje zastrze­że­nia brzmia­łyby tak obłą­kań­czo, tak bez­pod­staw­nie. Jego oczy skry­wają pustkę, coś w nich się czai, coś złego. Czuję to. – Nie wydał ci się tro­chę dziwny? Mam wra­że­nie, że coś ukrywa.

– Co ci zro­bił, że tak o nim mówisz?

– Dzi­siaj, kiedy zosta­li­śmy we dwóch na tara­sie – powie­dzia­łem, czu­jąc się tro­chę głu­pio – kop­nął Tilly.

– Co?

– Chyba ją kop­nął. Co za czło­wiek zro­biłby coś takiego?

Cla­ire pokrę­ciła głową.

– O czym ty mówisz?

– Kiedy gra­łaś z Abbie w bad­min­tona, odwró­ci­łem wzrok, aż tu nagle Tilly odsko­czyła z miau­kiem, a Ryan miał…

– Ed, nie kop­nął jej. Zro­biła się tro­chę zrzę­dliwa na stare lata, a on pew­nie nie chciał, żeby mu wła­ziła na kolana, i to wszystko.

– Odnio­słem inne wra­że­nie.

– A widzia­łeś, że ją kopie?

– Nie­zu­peł­nie. Patrzy­łem, jak gra­cie, ale…

– No tak. Wygląda na to, że na siłę szu­kasz powo­dów, żeby go nie lubić. – Zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała na trzy­many w rękach kubek. Zna­łem już to spoj­rze­nie i poczu­łem ból. Była mną roz­cza­ro­wana.

– Muszę się poło­żyć. Jest późno. Rano poroz­ma­wiamy.

Ski­ną­łem głową.

– Idziesz na górę?

– Tylko poza­my­kam drzwi i dam kotu jeść.

– Dobrze – powie­działa. Potem sta­nęła i spoj­rzała na mnie. – Ed, pro­szę, daj Ryanowi szansę. Spró­buj go poznać.

Odwró­ciła się i prze­szła kory­ta­rzem do scho­dów. Sły­sza­łem, jak zmie­rza w stronę pierw­szego pię­tra; zna­jomo zaskrzy­piał trzeci sto­pień, potem dzie­siąty.

Cicho zagwiz­da­łem na Tilly. Jej pysz­czek z siwymi wąsami wychy­nął z otwar­tych drzwi do piw­nicy. Nało­ży­łem jedze­nie do miski i patrzy­łem, jak ostroż­nie pod­cho­dzi, a potem zaczyna jeść. Idąc, wyraź­nie oszczę­dzała jedną z tyl­nych łap. Szybko pogła­ska­łem ją za uszkiem, gdy wci­nała kola­cję.

Cla­ire chciała, żebym poznał nowego narze­czo­nego naszej córki. Wła­śnie to zamie­rza­łem zro­bić. Posta­no­wi­łem, że odkryję prawdę o tym obcym czło­wieku, który zwa­lił Abbie z nóg.

Zanim będzie za późno.

6

Cla­ire

SOBOTATrzy­dzie­ści sie­dem dni do ślubu

Cla­ire obu­dził zapach sma­żą­cego się na dole bekonu. Gdy tylko dotarł do jej noz­drzy, wie­działa, że już nie zaśnie. Przez chwilę leżała opa­tu­lona w cie­płą koł­drę, myśląc o zeszłej nocy. To dobra wia­do­mość, czyż nie? Abbie zaznała szczę­ścia, na które zasłu­żyła. Myśli Cla­ire na chwilę powę­dro­wały ku pracy, ale zapa­no­wała nad nimi – była sobota, a Abbie potrze­bo­wała swo­jej matki, zwłasz­cza jeśli Ed miał zamiar zacho­wy­wać się tak jak zeszłego wie­czoru. Teatr mógł pocze­kać dzień albo dwa.

Ener­gicz­nie wstała z łóżka, zarzu­ciła na sie­bie postrzę­piony ciemny szla­frok frotte, wło­żyła kap­cie i poszła do pokoju gościn­nego. Przy­ło­żyła ucho do drzwi i cicho je otwo­rzyła. Matka wciąż spała. Skóra na jej policz­kach była blada w łagod­nym świe­tle poranka, sto­lik nocny zaj­mo­wały rzędy bute­le­czek z lekar­stwami. Cla­ire przez chwilę stała w wej­ściu, obser­wu­jąc nie­mal nie­zau­wa­żalny ruch pościeli świad­czący o tym, że Joyce oddy­cha, a potem zamknęła drzwi. Pode­szła do scho­dów pro­wa­dzą­cych do sypialni Abbie na dru­gim pię­trze. Cisza. Córka mogła sobie jesz­cze pospać, prze­cież dopiero wybiła ósma. Cla­ire bez­sze­lest­nie zeszła na dół.

Radio w kuchni grało cicho – Bruce Spring­steen śpie­wał coś o Atlan­tic City. Ed nie usły­szał, jak wcho­dziła. Stał odwró­cony do niej ple­cami. Na patelni skwier­czał bekon, na pły­cie grzały się kotlety bez­mię­sne dla Abbie i pie­czona fasola, a w pie­kar­niku wie­przowe i wegań­skie kieł­ba­ski oraz ziem­niaki z cebulą. Kie­dyś robił to każ­dego sobot­niego ranka – do czasu, aż ich życiem wstrzą­snęła kata­strofa – ale potem prze­stał. Była pewna, że przy­go­to­wu­jąc duże rodzinne śnia­da­nie, odre­ago­wuje wczo­raj­szą wia­do­mość od Abbie.

Objęła męża, opie­ra­jąc poli­czek o bar­czy­ste plecy. Poczuła pod dłońmi cie­pło jego piersi.

– Dzień dobry – powie­działa cicho.

Napiął mię­śnie, ale zaraz się roz­luź­nił.

– Dobry – odrzekł, kła­dąc dłoń na jej ręce. – Chcia­łem ci przy­nieść śnia­da­nie do łóżka.

– Nie ma sprawy – odparła. – Dobrze będzie wcze­śnie zacząć, mamy dzi­siaj dużo roboty.

– Ano.

Przy­ci­snęła się do niego, wdy­cha­jąc ostrą i świeżą woń żelu pod prysz­nic oraz płynu po gole­niu, która prze­biła się przez śnia­da­niowe zapa­chy z kuchen­nej płyty.

– Prze­pra­szam, że wczo­raj byłam dla cie­bie taka szorstka.

– Nic się nie stało. – Głos roz­brzmiał mu w piersi. – Po pro­stu zrzę­dzi­łem, to wszystko.

– Ed? – spy­tała. – Coś ci jest?

– Wszystko gra.

– Co ci się śniło tej nocy? Pamię­tasz?

Znów się spiął, odło­żył łopatkę i odwró­cił się w jej stronę. Miał na sobie czarny far­tuch z napi­sem Made in 1971 narzu­cony na dżinsy i koszulkę z moty­wem z filmu Łowca andro­idów. Jego ciemne włosy wciąż były mokre po prysz­nicu.

Powoli ski­nął głową.

– Tak, czę­ściowo pamię­tam.

Cla­ire spoj­rzała w oto­czone ciem­nymi obwód­kami oczy męża.

– Krzy­cza­łeś przez sen – powie­działa łagod­nie. – Dawno ci się to nie zda­rzało.

– Prze­pra­szam – odparł, cału­jąc ją w czoło – za to, że cię obu­dzi­łem.

Cla­ire zawa­hała się, chwy­ta­jąc jego dło­nie.

– Wspo­mi­na­łeś Joshuę – oznaj­miła spo­koj­nym tonem. – Czy to był ten sam kosz­mar?

Pokrę­cił głową, opusz­cza­jąc wzrok.

– Tym razem to coś innego – wyce­dził. – Nie chcesz o tym słu­chać.

– Chcę.

– Był strasz­nie rze­czy­wi­sty.

– Opo­wiedz mi.

Po chwili waha­nia obej­rzał się przez ramię z udrę­czo­nym wyra­zem twa­rzy.

– Sta­łem na plaży, tuż nad wodą.

– Tak. I co się stało?

– Nie wiem, gdzie się podziała plaża, ale za mną nie było niczego, a przede mną tylko morze. Zauwa­ży­łem tam Abbie, w małej łódeczce zno­szo­nej coraz dalej od brzegu. Ale nie zda­wała sobie sprawy, co się dzieje, tylko patrzyła na fale. Sta­łem na plaży i krzy­cza­łem, żeby wra­cała. Nie sły­szała mnie, więc wsze­dłem do wody, chcąc dotrzeć do łódki. Tylko że nie mogłem, bo ona odpły­wała coraz dalej i dalej, a ja wcho­dzi­łem coraz głę­biej i głę­biej. Nie potra­fi­łem jej dosię­gnąć i coraz bar­dziej się zanu­rza­łem, sze­dłem coraz wol­niej, aż wresz­cie woda zalała mi usta, a potem mnie zakryła.

– Och, Ed – powie­działa Cla­ire, ści­ska­jąc jego ręce. – To straszne.

– I wtedy zoba­czy­łem Joshuę – wyznał led­wie sły­szal­nym gło­sem. – Pod wodą. Chcia­łem się do niego dostać, wycią­ga­łem ręce i chyba wtedy się obu­dzi­łem. Ale ten sen był taki rze­czy­wi­sty. Mia­łem wra­że­nie, że… oni oboje ode­szli, a ja znów zawio­dłem.

Zamilkł. Stali przez chwilę zato­pieni we wspo­mnie­niach wspól­nie prze­ży­tej straty, rany tak głę­bo­kiej i tak bru­tal­nie zada­nej, że oka­zała się nie­mal śmier­telna. Rany, mimo któ­rej oboje jakimś cudem prze­żyli.

Cla­ire pogła­dziła poli­czek męża opusz­kami pal­ców.

– Chcesz o nim poroz­ma­wiać?

Spoj­rze­nie Eda objęło kolek­cję rodzin­nych zdjęć na ścia­nie. Pośrodku wisiały dwie star­sze foto­gra­fie, bar­dziej wybla­kłe od pozo­sta­łych – upły­wa­jące lata wybie­liły je, przy­ćmie­wa­jąc kolory. Na te zdję­cia nie patrzył, o ile nie musiał, licząc, że pew­nego dnia poczuje się lepiej, choć wie­dział, że to nie­moż­liwe. Joshua wciąż im towa­rzy­szył, mimo że już go nie było. I to od dawna.

Ed unik­nął pyta­nia, co jej nie zasko­czyło. Cza­sami tak roz­pacz­li­wie chciała poroz­ma­wiać o Joshui, że gło­śno wypo­wia­dała to imię pod prysz­ni­cem, by tylko usły­szeć jego dźwięk i przy­po­mnieć sobie o jego ist­nie­niu, znów poczuć tę miłość, któ­rej nie­od­parta siła spra­wiała, że gdy odszedł, życie wyda­wało się nie­moż­liwe.

– Żeby śnia­da­nie nam się nie spa­liło – powie­dział, odwra­ca­jąc się w stronę gorą­cej płyty i ponow­nie chwy­ta­jąc łopatkę. – Chcesz jajka sma­żone czy w koszul­kach?

Cla­ire wes­tchnęła i odsu­nęła się.

– W koszul­kach, pro­szę. – Napeł­niła czaj­nik i przy­nio­sła kubki z kre­densu. – Myśla­łeś jesz­cze o tym, co powie­działa Abbie? Ona tak bar­dzo chcia­łaby, żebyś… no wiesz.

Ed wbił jajka do garnka, pozwa­la­jąc, by pyta­nie na chwilę zawi­sło w powie­trzu, po czym rzu­cił:

– Żebym co?

Cla­ire zanu­rzyła torebki her­baty w czte­rech kub­kach.

– Chce, żebyś się prze­ko­nał.

– Żebym się prze­ko­nał do jej mał­żeń­stwa?

– Do niego. Do Ryana.

Pokrę­cił głową.

– Mam się do niego prze­ko­nać? Prze­cież dopiero go pozna­łem.

– Ja też. Ale mógł­byś przy­naj­mniej mówić to, co wypada w takiej sytu­acji. Wiele by to dla niej zna­czyło.

– Prak­tycz­nie nic nie wiem o tym gościu.

– Więc spy­taj. Zain­te­re­suj się. Ale tak, żeby to nie wyglą­dało na prze­słu­cha­nie.

– Ale ja się inte­re­suję. Prze­cież wiesz.

– I nie musisz war­czeć, kiedy z nim roz­ma­wiasz.

– Kto war­czał? – spy­tał, uno­sząc ręce w geście kapi­tu­la­cji. – Ja nie war­czałem.

– Głos spada ci o oktawę. Jak­byś uda­wał Liama Neesona w Upro­wa­dzo­nej.

– A! – powie­dział, celu­jąc w nią łopatką. – To był dobry film.

– Nawet nie jesteś świa­domy, że to robisz, prawda?

Ed wzru­szył ramio­nami.

– Mój głos tak po pro­stu brzmi. Nic na to nie pora­dzę.

– Po dwu­dzie­stu sied­miu latach mał­żeń­stwa mam cał­kiem nie­złe poję­cie o tym, co się dzieje w two­jej gło­wie, Ed. Marsz­czysz się, o tak, nawet jak o tym teraz roz­ma­wiasz! – Stuk­nęła się w czoło pal­cem wska­zu­ją­cym. – Wczo­raj za każ­dym razem, kiedy mówi­łeś coś do Ryana, mia­łeś te dwie zmarszczki mię­dzy brwiami.

– Wcale się nie marsz­czy­łem.

– Znów to robisz.

Uśmiech­nął się sztucz­nie i uniósł brwi.

– Widzisz? Sama radość. – Skie­ro­wał oba kciuki do góry. – Rado­sny, przy­ja­zny, szczę­śliwy mężuś do usług jaśnie pani.

Pokrę­ciła głową, ale mimo­wol­nie też się uśmiech­nęła.

– Głup­tas. – Łagod­nie ude­rzyła go w ramię. – Po pro­stu dajmy Ryanowi szansę, okej? Nie­długo będzie nale­żał do rodziny.

– Zde­cy­do­wa­nie każdy powi­nien otrzy­mać szansę – powie­dział. – Nie­za­leż­nie od tego, czy na nią zasłu­guje, czy nie.

– Ed!

– Żar­tuję. To tylko głupi żar­cik, naj­droż­sza żono.

Wska­zała wiszący na ścien­nej tablicy nóż w pochwie, z drew­nianą ręko­je­ścią, na któ­rej wyryto napis „Naj­lep­szy tata”.

– Chyba powin­nam ci to zabrać.

– Nie ma sprawy – odparł. – I tak mia­łem zamiar użyć sie­kiery. Robi dużo więk­sze wra­że­nie.

Wciąż się uśmie­chał.

A ona była pra­wie pewna, że wciąż żar­tuje.

7

Usta­wi­łem ekran lap­topa tak, żeby Abbie i Cla­ire nie widziały go ze swo­jego miej­sca na kana­pie. Cały dzień spę­dzi­li­śmy poza domem. Poszli­śmy do trzech skle­pów z suk­niami ślub­nymi – gdzie odkry­li­śmy, że żaden z nich nie jest w sta­nie uszyć sukienki w pięć tygo­dni – i spę­dzi­li­śmy dwie godziny nad cza­so­pi­smami ślub­nymi w kawiarni w cen­trum mia­sta. Uda­wa­nie pod­eks­cy­to­wa­nia ślu­bem Abbie było wyczer­pu­jące, a przy tym mia­łem okropne prze­czu­cie, że ona coś podej­rzewa. Gdy już odwieź­li­śmy Joyce do jej miesz­ka­nia i wró­ci­li­śmy do domu, przez cały czas ściem­nia­łem, że nad­ra­biam zale­gło­ści w pracy, pod­czas gdy dziew­czyny oglą­dały tele­tur­niej.

Upew­niw­szy się, że na mnie nie patrzą, zmi­ni­ma­li­zo­wa­łem pocztę i otwo­rzy­łem nowe okno w prze­glą­darce, wpi­su­jąc do niej dwa słowa: Ryan Wil­son. Ponad trzy­sta sześć­dzie­siąt milio­nów wyni­ków. Chry­ste. Nie mógłby mieć jakie­goś mniej popu­lar­nego nazwi­ska? Więk­szość lin­ków z pierw­szych stron doty­czyła kapi­tana dru­żyny rugby Glas­gow War­riors. Prze­glą­da­łem kolejne strony pełne infor­ma­cji naj­wy­raź­niej nie­ma­ją­cych nic wspól­nego z tym Ryanem Wil­so­nem, który odwie­dził nas zeszłego wie­czoru. Prze­wi­ną­łem pierw­szych dzie­sięć stron, licząc, że może jed­nak coś znajdę, a potem, gnę­biony czymś na kształt wyrzu­tów sumie­nia, prze­sze­dłem do gra­fiki. Wyda­wało się to ryzy­kowne, ale moja potrzeba pozna­nia prawdy była sil­niej­sza niż jakieś nie­okre­ślone poczu­cie winy. Scho­dzi­łem coraz niżej i niżej, aż wyniki zaczęły spra­wiać wra­że­nie zupeł­nie przy­pad­ko­wych.

Nie wyglą­dało to dobrze. Musia­łem zawę­zić poszu­ki­wa­nia. Co jesz­cze wie­dzia­łem o Ryanie? Nie­wiele. Wypró­bo­wa­łem kilka innych fraz, by każ­do­ra­zowo prze­cze­sy­wać uzy­skane wyniki: po Ryan Wil­son Man­che­ster wpi­sa­łem Ryan Wil­son Not­tin­gham, póź­niej Ryan Wil­son Royal Anglians i w końcu Ryan Wil­son doradz­two per­so­nalne. To ostat­nie dało sporo rezul­ta­tów: stronę inter­ne­tową firmy oraz konta na Twit­te­rze i Face­bo­oku.

Naresz­cie coś zna­la­złem.

Znów spoj­rza­łem na Abbie. Wyczuła to i odwró­ciła się z uśmie­chem. Poka­za­łem jej unie­siony kciuk, a potem zmarsz­czy­łem czoło, uda­jąc, że zasta­na­wiam się nad czymś, co czy­tam. Prze­wró­ciła oczami i kon­ty­nu­owała oglą­da­nie tele­wi­zji.

Klik­ną­łem link firmy Eden Gil­le­spie Inter­na­tio­nal i natych­miast roz­po­zna­łem przy­szłego zię­cia. Całą stronę zajęła bio­gra­fia z gustow­nym por­tre­tem, na któ­rym ubrany w kla­syczny gar­ni­tur z ciem­nym kra­wa­tem Ryan patrzy pew­nie w obiek­tyw.

Ryan Wil­son jest part­ne­rem z sze­ro­kim doświad­cze­niem w poszu­ki­wa­niu kan­dy­da­tów mię­dzy innymi na sta­no­wi­ska dyrek­to­rów zarzą­dza­ją­cych i człon­ków zarządu oraz kie­row­ni­ków w branży tech­nicz­nej i tele­in­for­ma­tycz­nej, a także w prze­my­śle lot­ni­czym i obron­nym. Obec­nie kie­ruje Oddzia­łem Midlands Eden Gil­le­spie (UK). Ryan uzy­skał sto­pień Licen­cjata Psy­cho­lo­gii z naj­wyż­szą oceną na Uni­wer­sy­te­cie Man­che­ster­skim; przed wstą­pie­niem do Eden Gil­le­spie słu­żył w stop­niu porucz­nika w pułku Armii Bry­tyj­skiej Royal Anglian.

Ofi­cer sił zbroj­nych. Stu­dia ukoń­czone z naj­wyż­szą oceną. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat był już part­ne­rem spółki. Ochot­ni­czo słu­żył w poli­cji. Przy­stojny jak model.

Powró­ciło do mnie echo peł­nych eks­cy­ta­cji słów Joyce. „Naj­lep­szy chło­pak z moż­li­wych”.

Z pew­no­ścią miał na kon­cie sporo punk­tów. Wiele prze­ma­wiało na jego korzyść.

A mimo to…

A mimo to wspo­mnie­nie mojego pierw­szego wra­że­nia wciąż mnie gry­zło.

Klik­ną­łem zdję­cie, powięk­sza­jąc je na ekra­nie. Porządna foto­gra­fia biz­ne­sowa, pro­fe­sjo­nal­nie ujęta, odpo­wied­nio oświe­tlona. Pozo­wał bez uśmie­chu, ale też bez nad­mier­nej powagi. Twarz czło­wieka, z któ­rym można poga­dać, nawią­zu­ją­cego dobre rela­cje z ludźmi, god­nego zaufa­nia. Czło­wieka, któ­rego z rado­ścią wita­łoby się we wła­snym domu.

Tylko te oczy. Wypeł­nione ciemną, nie­za­chwianą pew­no­ścią sie­bie.

Nie było to jak spo­tka­nie twa­rzą w twarz – odle­głość zmniej­szała efekt – ale znów prze­szył mnie ten sam dreszcz co zeszłego wie­czoru. Poczu­cie, że dostrze­gam prawdę. Że wiem, co widzę. Wpa­try­wa­łem się w ekran z wra­że­niem, że gdy­bym przy­glą­dał się dosta­tecz­nie długo, zdo­łał­bym odgad­nąć jego tajem­nice. Każdy szcze­gół skryty za tymi dosko­na­łymi kośćmi policz­ko­wymi i silną szczęką, za tym pew­nym sie­bie uśmie­chem.

Kim jesteś? Co zro­bi­łeś?

– Tato?

Gwał­tow­nie pod­nio­słem wzrok, trzy­ma­jąc jedną rękę nad klapą lap­topa, na wypa­dek gdy­bym musiał go nagle zamknąć. Kotka, która spała z brodą opartą o moje kolana, pode­rwała się ze snu.

– Co? – ode­zwa­łem się, odka­słu­jąc. – O co cho­dzi?

Abbie spoj­rzała na mnie wycze­ku­jąco.

– Jak brzmi odpo­wiedź? I bez wujka Google’a!

Prze­czy­ta­łem pyta­nie wyświe­tlone na ekra­nie tele­wi­zora. Jakiemu słowu odpo­wiada litera A w akro­ni­mie bry­tyj­skiej jed­nostki woj­sko­wej SAS? Do wyboru podano odpo­wie­dzi: Army, Agency, Air i Action.

– Air – odrze­kłem.

– Na sto pro­cent?

– Na sto pro­cent, Spe­cial Air Service. – Uśmiech­ną­łem się, czu­jąc nagłe ukłu­cie żalu i tęsk­noty prze­szy­wa­jące moją pierś nie­mal fizycz­nym bólem. Będzie mi tego bra­ko­wać. Cała nasza rodzina w kom­ple­cie, Abbie prosi, żebym podzie­lił się z nią swoją wie­dzą, kiedy oglą­damy sobie tele­tur­niej w sobotni wie­czór.

Na ekra­nie jeden z uczest­ni­ków – łysie­jący orni­to­log ama­tor z hrab­stwa Dur­ham – także wybrał odpo­wiedź Air i został nagro­dzony zie­lo­nym pod­świe­tle­niem paska zawie­ra­ją­cego pra­wi­dłową odpo­wiedź.

– Tak! – krzyk­nęła Abbie, zaci­ska­jąc pieść. – Tato, skąd ty to wszystko wiesz?

– Jak to skąd? Po pro­stu jestem skarb­nicą bez­u­ży­tecz­nych infor­ma­cji – odrze­kłem, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– I wła­śnie dla­tego zawsze będzie­cie moimi przy­ja­ciółmi w kole ratun­ko­wym. Ty i mama. Tata zna się na histo­rii, spo­rcie, książ­kach i mili­ta­riach, a mama będzie od nauk ści­słych, jedze­nia, geo­gra­fii, kul­tury i sztuki, fil­mów, tenisa i hokeja na lodzie.

Cla­ire spy­tała:

– A co z Ryanem? Nie będzie cze­kał na twój tele­fon do przy­ja­ciela?

– On będzie mi kibi­co­wał na widowni.

Znów obją­łem spoj­rze­niem ekran lap­topa, doda­łem stronę Eden Gil­le­spie do zakła­dek i przez chwilę prze­glą­da­łem witrynę tej firmy. Bry­tyj­skie biura firmy mie­ściły się w Lon­dy­nie, Not­tin­gham, Man­che­ste­rze i Glas­gow, a prócz tego miała też zagra­niczne cen­tra w Paryżu, Frank­fur­cie, Tury­nie, Gene­wie i Nowym Jorku. Wszy­scy kon­sul­tanci i kie­row­nicy pro­jek­tów dzie­lili ten sam nie­ska­zi­telny, ema­nu­jący opty­mi­zmem zawo­dowy image, a inte­resy naj­wy­raź­niej szły świet­nie.

Na poprzed­niej stro­nie wyni­ków Google’a wybra­łem pierw­szy link Face­bo­oka, ale Ryanów Wil­so­nów było z milion. Wsze­dłem więc na konto Abbie i prze­wi­ja­łem listę jej zna­jo­mych, aż wresz­cie zna­la­złem Ryana. Na tym zdję­ciu uśmie­chał się do apa­ratu na tle błę­kit­nego nieba, ubrany w białą koszulę bez kra­wata – może sie­dział w łodzi albo na plaży. Jego pro­fil był otwarty: trzy­stu dzie­więć­dzie­się­ciu sze­ściu zna­jo­mych. Mieszka w: Not­tin­gham, Wielka Bry­ta­nia. Z: Man­che­ster, Wielka Bry­ta­nia. Praca: Eden Gil­le­spie Inter­na­tio­nal. W związku. Brak daty uro­dzin – nawet roku – nie widzia­łem też niczego na temat ukoń­czo­nej szkoły ani uczelni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki