Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
17 osób interesuje się tą książką
Tom 1 cyklu „Drugie Konto”.
Dwudziestoletni Kuba Sroka musi spłacić lichwiarzowi weksel, który nieświadomie poręczył ojcu. Wyprzedaż całego wirtualnego dobytku z gry Ostoja to wciąż za mało, by ochronić matkę i siostrę przed utratą mieszkania na radomskim Ustroniu.
Zdesperowany chłopak przyjmuje ofertę pracy jako tajny pilot Valdisa – legendarnej postaci, której wcześniejszy gracz dostał osobisty ban. Z dnia na dzień Kuba otrzymuje potężne statystyki i władzę nad bogatym zamkiem, a zdobyte łupy przelicza na złotówki potrzebne do spłaty kolejnych rat.
Prowadzenie cudzego konta wymaga naśladowania zachowania dawnego mistrza, a przez ustawowy limit czasu w kapsule każdą sesję trzeba planować jak zmianę w fabryce. Gildia patrzy dowódcy na ręce, rywale czekają na błąd, a zdemaskowanie oznacza karę stu tysięcy złotych.
Polska powieść z gatunku LitRPG.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 550
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mateusz Karwan
Najemca
Mateusz Karwan
Copyright © 2026 Mateusz Karwan
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 9788384330951
Wydawca: Tempest & Tale
Wydanie pierwsze, 2026
Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Mokre deski pomostu przed gospodą U Przewoźnika chłodziły stopy. Była czwarta rano, z rzeki Leszy ciągnęła szara mgła, a Sroka, mój Łowca Brodów na czterdziestym pierwszym poziomie, stał w samej lnianej koszuli startowej.
Gracz o nicku Bobrzyk obracał w rękach wysokie buty brodowe. To była ostatnia rzecz, jaka została mi w ekwipunku. Buty miały premię do ruchu w płytkiej wodzie, wykułem w nich dodatkowe gniazdo na runę i spędziłem w nich dziesiątki godzin, biegając po bagnach. Bobrzyk odpowiedział na moje ogłoszenie z giełdy, ale uparł się, żeby obejrzeć sprzęt na miejscu, w grze. Teraz stał przy barierce, przesuwał palcem po cholewce i kręcił głową.
– Tu jest przetarcie – powiedział, wskazując ciemniejszą plamę na wirtualnej skórze. – To obniża wytrzymałość o dwa punkty przy każdej naprawie. Osiem tysięcy sześćset, więcej nie dam.
Mogłem się kłócić. Przetarcie wynikało z normalnego zużycia, a premia do ruchu była warta co najmniej dziewięć tysięcy. Ale o wpół do ósmej rano musiałem mieć w kopercie piętnaście tysięcy złotych, a dotąd uzbierałem tylko niewielką część tej kwoty.
– Osiem tysięcy sześćset czterdzieści – powiedziałem. – I bierz.
Bobrzyk wzruszył ramionami. Otworzył okno wymiany, wrzucił odliczoną sumę i zatwierdził. Przeniosłem buty do jego okna. Brzęknęło złoto.
Od razu podzieliłem tę kwotę w głowie przez trzydzieści osiem, bo taki był dzisiejszy kurs w Kantorze Ostoi, i odjąłem dwanaście procent prowizji. Wyszło około dwustu złotych. Tyle, ile Ola wydawała przez miesiąc na obiady w szkolnej stołówce. Bobrzyk założył buty, tupnął dwa razy w deski pomostu, żeby sprawdzić, jak wyglądają w ruchu, i bez słowa odwrócił się w stronę gospody.
Zostałem boso nad rzeką. Otworzyłem pustą torbę. Przez ostatnie sześć godzin nocnej wyprzedaży poszło wszystko: włócznia z bonusem do zasięgu, kaftan z kolczugą, który składałem przez dwa miesiące, dwa pierścienie regeneracji i ciężka sieć. Za każdym razem schodziłem z ceny, żeby tylko kupiec zatwierdził transakcję od ręki. Zaśmiałem się cicho, patrząc na własną postać. Łowca Brodów bez butów, bez włóczni i bez szans na wyjście poza bezpieczną strefę gospody.
Wywołałem interfejs Kantoru. Wpisałem w pole wymiany całe zebrane złoto: dziewięćdziesiąt tysięcy siedemset sztuk. System przeliczył to z lekkim opóźnieniem.
[Transakcja wymiany zakończona. Przelano 2100,42 PLN na rachunek powiązany.]
Zamknąłem komunikat. Dwa tysiące sto złotych. Brakowało dwunastu tysięcy dziewięciuset, a czas miałem do siódmej trzydzieści.
Otworzyłem tablicę ogłoszeń giełdy. Ludzie szukali tu najemników do rajdów, tanków na bossy i zwiadowców do obstawy karawan. Wpisałem nowy post: „Łowca Brodów, 41. poziom, 20 lat. Przyjmę każdą płatną robotę od zaraz. Eskorty, sparingi, pomoc przy rajdach. Rozliczenie co tydzień”. Dołączyłem statystyki z Areny. Dwanaście wygranych na czternaście walk z postaciami o dziesięć do siedemnastu poziomów wyższymi. To był mój jedyny argument. Grałem na starym sprzęcie, nie miałem pieniędzy na dopalacze z item shopu, więc musiałem czytać ruchy przeciwników lepiej niż oni. Na koniec podpiąłem potwierdzenia sprzedaży z całej nocy. Ktoś, kto to przeczyta, zobaczy, że oddałem sprzęt po uczciwych, zaniżonych cenach, zostałem z niczym i wezmę każdą pracę, żeby się odkuć.
Wysłałem ogłoszenie. Spojrzałem na żółte światło latarni odbijające się w wodzie przy brodzie. Wybrałem opcję wylogowania.
Pokrywa kapsuły uniosła się z cichym sykiem pneumatyki. Uszczelka na krawędzi odkleiła się razem z nią na długość dłoni, zwisając smętnie nad moją głową. Docisnąłem ją kciukiem do plastiku, sięgnąłem po rolkę srebrnej taśmy leżącą na obudowie i nakleiłem nowy pasek. To był trzeci raz w tym tygodniu. Pato pożyczył mi tę kapsułę ze swojego punktu na Struga, zastrzegając, że urządzenie ma swoje lata i wymaga delikatności.
Wyszedłem z kapsuły. Zesztywniałe mięśnie rwały przy każdym ruchu, a w ustach miałem sucho jak po zjedzeniu trocin. Kapsuła zajmowała prawie całą podłogę mojego pokoju w bloku na radomskim Ustroniu. Łóżko stało wciśnięte pod okno, a złożone biurko opierało się bokiem o szafę, blokując jedne drzwi. Żeby wyjść na korytarz, musiałem przecisnąć się między nagrzanym plastikiem obudowy a ścianą.
W przedpokoju było ciemno. Na wieszaku przy drzwiach od listopada wisiała robocza kurtka ojca z wytartą naszywką warsztatu. Wciąż odwracaliśmy od niej wzrok. Pchnąłem lekko drzwi do pokoju Oli. Siostra spała na boku. Pod policzkiem miała czerwoną kredkę, a na kołdrze leżał otwarty szkicownik z niedokończonym rysunkiem jakiegoś potwora. Wyjąłem jej kredkę spod twarzy, odłożyłem szkicownik na biurko i podciągnąłem kołdrę pod szyję. Zamruczała coś przez sen i odwróciła się do ściany.
W kuchni nalałem sobie wody prosto z kranu i wypiłem duszkiem. Na lodówce, pod magnesem z pizzerii, wisiał grafik dyżurów matki. Noc z niedzieli na poniedziałek, interna, koniec o siódmej. Autobusem z pracy wracała zazwyczaj za kwadrans ósma. Jeśli Kafar przyjdzie punktualnie o wpół do ósmej, zdążę załatwić sprawę na klatce, zanim Ewa otworzy drzwi na dole.
Usiadłem przy kuchennym stole. Włączyłem aplikację banku na telefonie. Jasny ekran pokazał wpływ z Kantoru Ostoi i saldo: 2137,42 zł. Zablokowałem ekran. Zostały ponad dwie godziny czekania na świt.
Za dziesięć siódma powietrze przed pawilonem na rogu osiedla było ostre i pachniało wilgotnym betonem. Wsunąłem kartę do bankomatu. Maszyna mieliła przez chwilę, po czym wysunęła dziesięć dwusetek i jedną setkę. Złożyłem banknoty na pół, włożyłem je do starej koperty po rachunku za prąd, którą wziąłem z szuflady w przedpokoju, i schowałem do wewnętrznej kieszeni bluzy.
Wróciłem do bloku. Wjechałem windą na trzecie piętro i wszedłem schodami na półpiętro przed własnym mieszkaniem. Usiadłem na zimnym, lastrykowym stopniu pod oknem, z dala od drzwi, za którymi wciąż spała Ola. Wyjąłem kopertę i przeliczyłem banknoty: dwa tysiące sto. Za drugim razem wyszło tyle samo. Schowałem kopertę z powrotem.
Punktualnie o wpół do ósmej usłyszałem ciężkie kroki na dole. Kafar wszedł na półpiętro w rozpiętym, granatowym płaszczu. Miał pięćdziesiąt dwa lata, krótko obcięte siwe włosy i spokojną twarz urzędnika. W ręku trzymał zeszyt w twardej oprawie. Dwóch jego ludzi, których imion nigdy nie poznałem, zatrzymało się stopień niżej. Byli młodsi, więksi i patrzyli w ścianę.
Wstałem.
– Dzień dobry, Kubo – powiedział Kafar. Głos miał równy, pozbawiony cienia groźby. – Przede wszystkim moje najszczersze kondolencje z powodu ojca. To był porządny fachowiec. Jak trzyma się mama?
– Radzi sobie.
– To dobrze. Przekaż jej ode mnie wyrazy współczucia, jeśli uznasz to za stosowne.
Wyciągnąłem kopertę i podałem mu ją. Wziął ją dwoma palcami, podszedł do parapetu okna i wysypał pieniądze na blachę. Przeliczał banknoty powoli, układając je jeden na drugim. Jego ludzie nie drgnęli.
– Dwa tysiące sto złotych – powiedział Kafar, patrząc na mnie. Otworzył zeszyt, wyjął długopis zza klapy płaszcza i zaczął pisać. – Data dzisiejsza. Pierwsza wpłata. Zostaje dwanaście tysięcy dziewięćset do zamknięcia pierwszej raty.
Z góry dobiegł dźwięk otwieranych drzwi. Po chwili na schodach pojawiła się pani Bożena z piątego piętra. Szła powoli, trzymając na napiętej smyczy starego, grubego jamnika. Kafar i jego ludzie natychmiast odsunęli się pod ścianę, robiąc jej miejsce.
– Dzień dobry pani – powiedział Kafar z uprzejmym uśmiechem. Schylił się i pogłaskał jamnika po łbie. – Jaki piękny pies.
Pani Bożena kiwnęła mu głową, ale schodząc, przyglądała się nam. Jej wzrok przesuwał się od mojej pogniecionej bluzy, przez dwóch milczących karków, aż do rozłożonych na parapecie pieniędzy. Odwróciła głowę dopiero na niższym piętrze.
Gdy stukanie pazurów jamnika ucichło na dole, Kafar zamknął zeszyt i odwrócił się do mnie.
– Przypomnijmy warunki, Kubo. Żebyśmy mieli jasność – powiedział, wyciągając z wewnętrznej kieszeni płaszcza złożoną na cztery foliową koszulkę. W środku była kserokopia dokumentu. – Weksel na sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Twój podpis widnieje na poręczeniu. Dwanaście rat po piętnaście tysięcy, płatnych co dwa tygodnie. Dzisiaj wypadła pierwsza.
Zobaczyłem swój krzywy podpis w prawym dolnym rogu. Przypomniał mi się marzec sprzed dwóch lat w warsztacie. Ojciec stał w zatłuszczonym kombinezonie roboczym, trzymał tę samą kartkę i długopis. Wycierałem ręce w szmatę. Powiedział, że to do leasingu podnośnika, że to tylko formalność, a on nie ma okularów. Podpisałem na chropowatej pokrywie czerwonej skrzynki z narzędziami. Ojciec klepnął mnie w ramię i wrócił do opla wiszącego na podnośniku.
Kafar schował kserokopię i podał mi zadrukowaną kartkę.
– Twój harmonogram spłat. Powieś sobie na lodówce.
Wziąłem kartkę z tabelą dat i kwot.
– Będę prosił o twój telefon w zastaw do czasu uregulowania niedopłaty – dodał Kafar, wyciągając rękę.
Zastygłem.
– Mam na nim aplikację banku. I kontakt do ludzi od zleceń.
– Rozumiem. Ale potrzebuję zabezpieczenia, Kubo. Telefon.
Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem aparat. Przez ułamek sekundy trzymałem go w dłoni, uświadamiając sobie, że nie znam na pamięć nawet numeru Pato. Położyłem telefon na otwartej dłoni Kafara. Wyjął z kieszeni strunową torebkę, wsunął do niej mój telefon i zamknął suwak. Wrócił do zeszytu.
– Smartfon, czarna obudowa – podyktował sam sobie, zapisując. – I jeszcze jedno, Kubo. Tydzień zwłoki kosztuje tysiąc pięćset złotych odsetek. Przyjdę za tydzień po resztę raty i te odsetki.
Zebrał pieniądze z parapetu i wsunął je do koperty. Schował ją do płaszcza razem z zeszytem i torebką z telefonem. Dwaj mężczyźni odsunęli się od ściany i zeszli pierwsi. Kafar skinął mi głową i ruszył za nimi.
Stałem z wydrukowanym harmonogramem w ręce. Piętro niżej usłyszałem, jak Kafar mówi komuś dzień dobry i składa wyrazy współczucia. Odpowiedział mu cichy, zmęczony głos Ewy.
Złożyłem kartkę na pół, potem jeszcze raz, i wsunąłem ją głęboko do kieszeni bluzy. Kilka sekund później na schodach pojawiła się matka. Szła wolno, opierając się o poręcz. Miała na sobie zimową kurtkę narzuconą na niebieską bluzę z logo szpitala. W ręku trzymała wypchaną materiałową torbę. Zatrzymała się na moim stopniu i zmrużyła oczy.
– Co ty robisz na klatce o tej porze? – zapytała. Jej głos był suchy i chropowaty po dwunastu godzinach na oddziale. – I kim był ten elegancki pan? Poznał mnie. Złożył mi kondolencje.
Wciągnąłem powietrze.
– To ludzie od rozliczeń warsztatu – powiedziałem zbyt szybko. – W sprawie narzędzi. Tych, które zajął komornik.
Ewa postawiła torbę na posadzce.
– Jakich narzędzi? Przecież komornik spisał i zabrał wszystko jeszcze przed świętami. Co oni tu robili?
Szukałem w głowie jakiegokolwiek sensownego wytłumaczenia: zestawienia inwentaryzacyjnego albo błędu w papierach. Miało brzmieć jak biurokracja, a nie jak lichwa.
Zanim zdążyłem otworzyć usta, zamek w naszych drzwiach szczęknął. Skrzydło odchyliło się do wewnątrz. W progu stanęła Ola. Miała na sobie flanelową piżamę w kratę, w jednej ręce trzymała czerwoną szczoteczkę do zębów, a drugą opierała o framugę.
– Słyszałam wszystko przez drzwi – powiedziała, patrząc na mnie, a potem na matkę. – Ten pan powiedział, że Kuba jest winien sto osiemdziesiąt tysięcy.
Szum wody w starych rurach wypełniał mieszkanie. Ewa odesłała Olę pod prysznic natychmiast po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi wejściowe. Sama nie zdjęła nawet zimowej kurtki. Usiadła przy kuchennym stole i położyła przed sobą wydrukowaną kartkę. Harmonogram Kafara. Ten sam, który jeszcze kilka minut temu kazała mi wyjąć z kieszeni bluzy na klatce schodowej.
Nastawiłem czajnik. Robiłem to odruchowo po każdym jej nocnym dyżurze, odkąd pamiętałem. Woda zaczęła cicho szumieć, a ja stałem tyłem do matki, opierając dłonie o krawędź blatu. Zwykle o tej porze opowiadała o trudnych pacjentach, o brakach w magazynie leków albo o tym, że znowu zaciął się zamek w szafce oddziałowej. Teraz milczała.
Odwróciłem głowę. Ewa czytała kartkę linijka po linijce. Wyciągnęła z kieszeni uniformu niebieski długopis z reklamą jakiegoś syropu na kaszel. Przejechała wzrokiem po nagłówku, gdzie wielkimi literami stało „Gotówka od Ręki”, a potem zaczęła przesuwać końcówką długopisu po kwotach w tabeli. Terminy spłat sięgały sierpnia. Ewa zaczęła sumować kwoty na marginesie, zapisując drobne, równe cyfry na białym pasku papieru. Piętnaście, trzydzieści, czterdzieści pięć. Kiedy doszła do dwunastej pozycji, zatrzymała długopis. Wyszło sto osiemdziesiąt tysięcy.
Podniosła na mnie wzrok. Miała podkrążone oczy i zaczerwienione spojówki po dwunastu godzinach na internie.
– Co to jest, Kubo? – zapytała cicho.
Nie wiedziałem, jak jej wyjaśnić te liczby.
Czajnik pstryknął głośno, wyłączając się. Sięgnąłem po dwa kubki z suszarki.
– W marcu dwa lata temu ojciec pożyczył od Kafara pieniądze na warsztat – powiedziałem, patrząc na wrzątek zalewający torebkę herbaty. – Siedemdziesiąt tysięcy.
Ewa patrzyła na liczby na marginesie.
– Jak z siedemdziesięciu tysięcy robi się sto osiemdziesiąt?
Postawiłem kubek przed nią. Para unosiła się nad ciemniejącym płynem.
– Ojciec podpisał weksel na sto osiemdziesiąt – odpowiedziałem, siadając naprzeciwko. – Zgodził się na takie warunki. I tyle Kafar teraz liczy. Z odsetkami, z jakimiś kosztami obsługi, nie wiem. Wpisali sto osiemdziesiąt i na tyle jest dokument.
Ewa wzięła długopis i stuknęła nim w blat.
– To jest lichwa. To w ogóle jest zgodne z prawem? Przecież to ponad dwa razy więcej, niż wziął. Można tak po prostu domagać się spłaty czegoś takiego?
– Kafar ma wszystko na papierze. – Przełknąłem ślinę. – I ma podpisy. To legalna firma, mamo. Oni wiedzą, jak pisać takie rzeczy, żeby w sądzie przeszło.
Spojrzała na mnie, a potem znowu na wydruk. Zmarszczyła brwi, przesuwając wzrok na samą górę dokumentu, tam, gdzie widniały dane dłużnika.
– Dlaczego tu jest twoje nazwisko? – zapytała. Jej głos nagle stwardniał. – Sroka Jakub. Dlaczego Kafar przyszedł do ciebie?
Wcisnąłem dłonie między uda. Kuchenny zegar nad lodówką tykał miarowo.
– W tym samym marcu, kiedy wziął te pieniądze, skończyłem osiemnaście lat – zacząłem, dobierając słowa tak, żeby brzmiały jak fakty, a nie jak tłumaczenie. – Byłem u niego w warsztacie. Pomagałem przy jakimś zawieszeniu. Podsunął mi papier. Powiedział, że to do leasingu podnośnika, że bank wymaga poręczenia kogoś z rodziny, a on musi to wysłać jeszcze dzisiaj. Podpisałem. To było poręczenie weksla.
Ewa przestała stukać długopisem. Wpatrywała się we mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz od dawna.
– Podpisałeś ojcu weksel na sto osiemdziesiąt tysięcy złotych i nic mi nie powiedziałeś?
– Nie wiedziałem, że to weksel. Byłem w smarze, on się spieszył, ufałem mu. Powiedział „leasing podnośnika”, to podpisałem leasing podnośnika.
– Ale ten pan dzisiaj na klatce. On nie przyszedł po podnośnik.
– Nie.
– Od kiedy wiedziałeś? – zapytała.
Złapałem za ucho swojego kubka. Był gorący.
– Od grudnia. Tydzień po pogrzebie.
W kuchni zapadła cisza, przerywana tylko stłumionym dźwiękiem wody z łazienki. Pamiętałem ten grudniowy dzień z przerażającą dokładnością. Śnieg topniał na podjeździe przed warsztatem, tworząc brudne, szare kałuże. Wynosiłem z hali ojca jego najlepsze klucze i mierniki, próbując uratować cokolwiek przed zapowiedzianą wizytą komornika. Miałem ręce zgrabiałe z zimna. Kafar po prostu wyłonił się zza rogu budynku. Miał na sobie ten sam granatowy płaszcz. Spokojnie pokazał mi kserokopię z moim krzywym podpisem. Składałem go, opierając papier na chropowatej obudowie skrzynki narzędziowej.
Ewa oparła łokcie na stole i ukryła twarz w dłoniach. Kiedy znów na mnie spojrzała, jej oczy były zupełnie suche.
– Grudzień – powiedziała powoli, wyliczając na głos. – Wigilia. Sylwester. Ferie Oli. Luty. Przez cały ten czas wiedziałeś. Patrzyłeś, jak próbuję spiąć domowy budżet po śmierci ojca. Patrzyłeś, jak Ola prosi o nowe buty na zimę. Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Bo chciałem najpierw mieć pieniądze – wyrzuciłem z siebie. – Chciałem to jakoś załatwić. Uzbierać na pierwszą ratę, dogadać się z nim, zdjąć wam to z głowy. Chciałem wam powiedzieć, jak już będę miał rozwiązanie, a nie sam problem.
Zamilkłem. W swoich słowach usłyszałem ojca. Zawsze najpierw coś załatwiał, brał kolejną pożyczkę, przesuwał termin, a dopiero potem ogłaszał, że już po kłopocie i nie ma się czym martwić.
Ewa wstała powoli. Wzięła swój kubek z nienaruszoną herbatą, podeszła do zlewu i wylała całą zawartość. Woda zabarwiona na brązowo spłynęła do odpływu. Odkręciła kran, opłukała kubek i odstawiła go na suszarkę.
W łazience za ścianą ucichł prysznic.
Kilka minut po ósmej drzwi łazienki otworzyły się z trzaskiem i do kuchni weszła Ola. Miała na sobie czarne legginsy i za dużą szarą bluzę, a na głowie gruby turban ze zrolowanego ręcznika. Włosy z tyłu, tam, gdzie ręcznik ich nie łapał, kapały na materiał bluzy.
– Zrobi ktoś śniadanie? – zapytała, siadając ciężko na krześle obok mnie. – Mam na dziewiątą, muszę wyjść za dwadzieścia.
Ewa błyskawicznie odwróciła harmonogram Kafara drukiem do blatu i przykryła go dłonią.
– Zrobię – powiedziałem, wstając.
Z ulgą wyjąłem z lodówki masło, żółty ser i pomidora, a z chlebaka wyciągnąłem pół bochenka krojonego chleba. Zacząłem smarować kromki. Nóż skrobał o twarde masło, rwąc miąższ.
Ola oparła łokcie na stole i patrzyła mi na ręce.
– Pomidor rozmoczy chleb do długiej przerwy – oznajmiła rzeczowo. – Zrobi się taka mokra pulpa. Nikt tego nie je.
Zatrzymałem nóż nad deską.
– Dobra.
Sięgnąłem do szafki po małe plastikowe pudełko. Pokroiłem pomidora w równe plastry i przełożyłem je do pojemnika, zamykając wieczko z głośnym trzaskiem. Potem pokroiłem ser.
– Ser też ukroiłeś za gruby – dorzuciła, nie spuszczając wzroku z deski. – Zawsze kroisz takie bloki, jakbyś murował.
Każdy plaster sera rozciąłem na dwa cieńsze i ułożyłem na chlebie. Złożyłem kanapki, zawinąłem je w papier śniadaniowy i położyłem pudełko z pomidorem na wierzchu.
Ola przeniosła wzrok z jedzenia na mnie, a potem na Ewę.
– Ten pan zabierze nam mieszkanie albo telewizor?
Zapytała równym głosem, bez płaczu.
Ewa wyprostowała się na krześle.
– To jest sprawa dorosłych, Olu. Dorośli ją załatwią. Masz się tym nie martwić.
Ola poprawiła zsuwający się z głowy ręcznik.
– Mam dwanaście lat – przypomniała. – I mieszkamy w bloku. Tutaj przez drzwi słychać, jak sąsiad z dołu kicha. Słyszałam, co mówił ten facet. Sto osiemdziesiąt tysięcy. To strasznie dużo pieniędzy.
Oparłem się o blat.
– Najcenniejsze w całym tym mieszkaniu i tak są twoje pastele – powiedziałem, uśmiechając się krzywo. – Kupiłaś je za własne oszczędności. Jak przyjdzie co do czego, to ich nie oddamy.
Ola spojrzała na mnie spode łba, ale kąciki jej ust drgnęły.
– Prędzej oddałabym temu panu brata – odpowiedziała.
Zaśmiałem się cicho. Ona też parsknęła śmiechem, chociaż zaraz potem poprawiła ręcznik ze znacznie większą siłą, niż było to potrzebne.
Ewa nie dołączyła do żartu. Przysunęła do siebie plecak Oli, leżący na podłodze przy kaloryferze, i rozpięła główny zamek. Sprawdziła, czy w środku jest strój na wuef w materiałowym worku i czy klucz do mieszkania wciąż wisi przypięty do wewnętrznej smyczy. Wrzuciła do środka kanapki i pudełko z pomidorem. Zasunęła zamek.
– Olu, posłuchaj mnie uważnie – powiedziała Ewa, stawiając plecak obok krzesła. – Bardzo cię proszę, żebyś w szkole zatrzymała naszą poranną rozmowę dla siebie. To są nasze prywatne sprawy. Nikt z twojej klasy ani z nauczycieli nie musi o tym wiedzieć. Rozumiemy się?
Ola pokiwała głową z powagą. Wstała, ściągnęła ręcznik z głowy i rzuciła go na oparcie krzesła. Jej mokre, ciemne włosy opadły na ramiona. Zarzuciła plecak na jedno ramię i podeszła do drzwi wejściowych. Spojrzała na mnie, trzymając rękę na klamce.
– Będziesz w domu, kiedy wrócę po lekcjach? – zapytała.
– Będę – obiecałem. – Czekam tu na ciebie.
Ola kiwnęła głową i wyszła. Usłyszeliśmy, jak przekręca zamek z zewnątrz.
Zostałem w kuchni sam z matką. Ewa wstała, wzięła harmonogram i złożyła go na pół, a potem wsunęła do kieszeni kurtki. W końcu rozpięła suwak i zdjęła kurtkę.
– Bądź w domu o trzeciej – powiedziała, wieszając kurtkę na oparciu krzesła. – Prześpię się do czwartej przed kolejną nocą. Ktoś musi podgrzać jej obiad i przypilnować, żeby odrobiła lekcje.
– Będę.
Ewa minęła mnie bez słowa i poszła do pokoju dziennego, który od śmierci ojca służył jej za sypialnię. Usłyszałem, jak zaciąga ciężkie zasłony, odcinając poranne światło wpadające przez balkonowe okno. Potem rozległ się skrzyp sprężyn rozkładanej kanapy.
Poszedłem do swojego pokoju. Zamknąłem drzwi. Kapsuła stała w rogu, wciąż wydzielając słabe ciepło z układów chłodzenia po mojej nocnej sesji. Nawet nie zdjąłem butów. Opadłem w ubraniu na łóżko wciśnięte między ścianę a obudowę sprzętu. Zamknąłem oczy. Sto osiemdziesiąt tysięcy wirowało mi pod powiekami razem z obrazem moich wirtualnych butów brodowych, które oddałem za ułamek wartości.
Obudziłem się wczesnym popołudniem. Przez chwilę leżałem bez ruchu, patrząc na nierówności sufitu. Zza ściany, z kuchni, dobiegało ciche, rytmiczne pikanie. Dźwięk klawiatury w starym telefonie Ewy. Zwlokłem się z łóżka. W ustach miałem posmak nieumytych zębów i wczorajszej kawy.
W kuchni paliło się górne światło, choć za oknem było jasno. Ewa siedziała przy stole w grubym, frotowym szlafroku. Przed nią leżały harmonogram Kafara, wydrukowany pasek wypłaty ze szpitala oraz stara, pusta koperta po rachunku.
Oparłem się o futrynę. Na odwrocie koperty Ewa rozpisała kolumny. Jej pismo było pośpieszne i pochyłe. Czynsz za mieszkanie. Prąd. Gaz. Obiady Oli w szkole. Bilet miesięczny na autobus. Pod spodem, odkreślona grubą linią, widniała suma z jej paska wypłaty: około ośmiu tysięcy sześciuset złotych na rękę. Razem z dodatkami za noce i dyżury świąteczne.
Osiem tysięcy sześćset. Mniej niż jedna rata ustalona przez Kafara.
Ewa nie podniosła wzroku, kiedy wszedłem, ale przestała wklepywać liczby w telefon.
– W styczniu wzięłam dwa dodatkowe dyżury – powiedziała do koperty. – Żeby pokryć zaległy czynsz z grudnia i zapłacić rachunki, które przyszły tuż po pogrzebie. Wracałam rano, spałam trzy godziny, robiłam obiad i szłam znowu. Przez cały ten czas wiedziałeś o wekslu. Patrzyłeś, jak wychodzę na te noce.
Wolałbym usłyszeć krzyk niż to spokojne wyliczanie.
– Mamo, obiecałem, że znajdę pieniądze – zacząłem, podchodząc bliżej. – Wystawiłem w grze ogłoszenie o płatnej pracy. Sprzedałem cały wirtualny sprzęt, żeby zapłacić to, co dzisiaj dostał. Rozkręcę to. Wszystko załatwię, nie musisz brać kolejnych dyżurów.
Ewa podniosła głowę i przyjrzała mi się uważnie.
– Ile płaci taka praca w grze, Kubo? – zapytała. – I do kiedy przyjdą pierwsze pieniądze? Powiedz mi konkrety. Piętnaście tysięcy za czternaście dni. Masz już zlecenie, które da ci taką kwotę?
Zaciąłem się.
– Stawki za eskorty karawan zależą od... Od trudności. Jak biorę zlecenia na bossy, to udział w łupach zależy od tego, co wypadnie i za ile to zejdzie na aukcji. Czasem to są dwa tysiące, czasem kilkaset złotych w przeliczeniu na Kantor. Ale mam dobre statystyki, ludzie mnie wynajmują...
Umilkłem w połowie zdania. Brzmiałem jak dziecko tłumaczące, że z kieszonkowego kupi samochód. W grze byłem sprawny, miałem świetne wyniki na Arenie, ale farmienie na niskich poziomach nigdy nie dawało tysięcy złotych tygodniowo.
Ewa patrzyła na mnie jeszcze przez sekundę, po czym zsunęła pasek wypłaty na bok. Wzięła harmonogram Kafara, wstała i podeszła do lodówki. Otworzyła górną szufladę szafki obok, w której trzymaliśmy kable, stare baterie i zapasowe klucze. Wyjęła magnes. Przystawiła kartkę do drzwi lodówki, na wysokości oczu, tuż obok swojego grafiku z nocnymi zmianami, i przyczepiła ją magnesem.
Spojrzałem na magnes. Kawałek giętkiej folii magnetycznej z niebieskim logo „Auto-Serwis Sroka” i numerem telefonu warsztatu.
Przypomniałem sobie dzień, kiedy ojciec przywiózł z drukarni pudło dwustu takich magnesów. Był z siebie bardzo zadowolony. Dawał je każdemu klientowi razem z rachunkiem, mówiąc z uśmiechem, żeby przyczepił do lodówki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy padnie alternator. Resztka tego pudła stała na zakurzonej ladzie w warsztacie do dnia, w którym komornik zajął budynek.
Ewa odwróciła się od lodówki. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.
– Masz na policzku odciśnięty szew od poduszki – powiedziała nagle, już łagodniej. – Wyglądasz gorzej niż moi pacjenci po narkozie. Zjedz coś.
Ruszyła z powrotem do pokoju.
– Idę przespać jeszcze godzinę – rzuciła przez ramię. – Pamiętaj o obiedzie dla Oli.
Zostałem w kuchni. Piekący czerwony ślad na policzku pulsował lekko, kiedy dotknąłem go palcami. Zabrałem ze stołu swój kubek po porannej herbacie, wstawiłem go do zlewu i odkręciłem wodę. Patrzyłem, jak strumień spłukuje resztki herbaty.
Około wpół do czwartej Ola wróciła ze szkoły, rzuciła plecak pod kaloryfer w przedpokoju i od razu poszła umyć ręce. Odgrzałem na patelni mrożone pierogi, które Ewa kupiła w weekend. Siedzieliśmy przy stole, jedząc w milczeniu. Ola przyniosła swój szkicownik. Rozłożyła go obok talerza i zaczęła rysować ołówkiem jakieś zawiłe wzory przypominające pancerze z gier, w które nigdy nie grała, ale które widziała u mnie na monitorze. Co jakiś czas podnosiła wzrok, zerkając na drzwi lodówki. Harmonogram wisiał tam pod magnesem warsztatu, biały i wyraźny. Wracała do rysowania, o nic nie pytając.
Wieczorem Ewa wyszła z pokoju, ubrana z powrotem w swój uniform i zimową kurtkę. Spakowałem jej resztę pierogów do plastikowego pudełka i wsunąłem do materiałowej torby.
– Ola ma być w łóżku o wpół do dziesiątej – przypomniała Ewa, stając w przedpokoju i owijając szyję szalikiem. – I ma spakować plecak na jutro dzisiaj wieczorem, a nie rano w panice.
– Dopilnuję – powiedziałem.
Ola podniosła głowę znad szkicownika.
– Sama umiem spakować plecak – rzuciła z kuchni.
Ewa uśmiechnęła się blado, po raz pierwszy tego dnia.
– Umie, ale i tak sprawdzisz – powiedziała do mnie. Kiwnęła mi głową, zamknęła za sobą drzwi i przekręciła zamek.
Ola zebrała swoje rzeczy ze stołu.
– Idę do siebie. Będę słuchać muzyki – oznajmiła, zgarniając szkicownik i ołówki. – Jakbyś czegoś chciał, to musisz wejść, bo przez słuchawki nie usłyszę.
Zamknęła drzwi swojego pokoju. Sprawdziłem godzinę na cyfrowym zegarze kuchenki. Było jeszcze przed siódmą, więc miałem cały wieczór.
Wszedłem do swojego pokoju. Cicha, uśpiona kapsuła zajmowała większość przestrzeni. Podszedłem do niej i przejechałem palcem po krawędzi obudowy. Srebrna taśma, którą rano nakleiłem na odchodzącą uszczelkę, trzymała się mocno. Docisnąłem ją dla pewności na całej długości. Pato nie wziął ode mnie grosza za wypożyczenie sprzętu, więc dbałem o niego na tyle, na ile dało się dbać o dziesięcioletni plastik.
Położyłem się na wyprofilowanym fotelu. Kąt nachylenia był ustawiony pod mój kręgosłup. Zamknąłem pokrywę i usłyszałem cichy syk blokady. Ekrany startowe rozświetliły ciemność wnętrza, a potem poczułem lekkie mrowienie na karku, kiedy interfejs łączył się z układem nerwowym.
Zalogowałem się.
Ostrość widzenia wróciła po kilku sekundach. Stałem dokładnie tam, gdzie wylogowałem się rano – na drewnianym pomoście przed gospodą U Przewoźnika. Wirtualny wiatr znad rzeki Leszy uderzył mnie w twarz. Spojrzałem w dół. Mój Sroka, Łowca Brodów, wciąż stał boso, w lnianej koszuli, bez włóczni i bez pancerza.
Grupka trzech graczy, w pełnych zbrojach płytowych, przeszła obok mnie w stronę gospody. Jeden z nich, rycerz z herbem lokalnej gildii na tarczy, zwolnił i przyjrzał się moim stopom.
– Zapomniałeś się ubrać na rajd, kolego? – rzucił ze śmiechem.
Zignorowałem go. Nie miałem ochoty tłumaczyć mu, dlaczego sprzedałem sprzęt.
Otworzyłem interfejs. Po oddaniu telefonu Kafarowi została mi poczta w grze. Wybrałem z listy kontaktów postać Pato – krasnoludzkiego inżyniera o nicku „Zębatka”. Nie był zalogowany. Pewnie dłubał teraz przy czyjejś zepsutej obudowie w swoim punkcie na Struga.
Napisałem krótką wiadomość:
„Telefon przepadł na tydzień. Musiałem go zostawić w zastaw u tego faceta od ojca. Jak coś pilnego, to pisz tutaj. Wszystko ma iść przez grę”.
Wysłałem wiadomość i otworzyłem skrzynkę odbiorczą. Na moje desperackie ogłoszenie z giełdy przyszły trzy odpowiedzi.
Pierwsza pochodziła od gracza o nicku Zielarz_Kamil: „Dam dwanaście złotych za godzinę zbierania ziół w Puszczy Mgieł. Płatne w złocie raz w tygodniu, zrzucasz urobek do magazynu gildii. Zgoda?”
Skasowałem od razu. Dwanaście złotych za godzinę nudnej pracy, przy ryzyku straty dziesięciu procent doświadczenia na byle potworze z puszczy. Przy tej stawce nie uzbierałbym na ratę w dwa tygodnie, nawet gdybym siedział w kapsule bez przerwy.
Druga wiadomość była jeszcze krótsza: „Za ile sprzedasz to konto? Daję 200 zł za postać i rozwój, bez sprzętu, bo widzę, że golas”.
Skasowałem. Za dwieście złotych miałbym sprzedać komuś do farmienia surowców Srokę, którego budowałem przez kilkaset godzin.
Trzecia wiadomość miała oficjalny nagłówek. Nadawca: Adrian Kopeć. Otworzyłem list.
„Panie Jakubie,
reprezentuję spółkę Nerwalt Esports. Widzieliśmy Pana ogłoszenie na giełdzie przedmiotów oraz zweryfikowaliśmy Pana statystyki z Areny z ostatnich trzech miesięcy. Szukamy pilota do konta Valdis, poziom 187. Z racji Pana wybitnych wyników w pojedynkach przy znacznym deficycie poziomu jesteśmy zainteresowani współpracą.
Zapraszamy na rozmowę rekrutacyjną jutro, we wtorek, o godzinie 13:00, do naszego biura na warszawskim Służewcu. Proszę o potwierdzenie obecności przez pocztę gry do godziny 23:00 dzisiaj. W razie potwierdzenia prześlę dokładne dane adresowe”.
Przeczytałem nazwę „Valdis” dwa razy. Zamrugałem, myśląc, że to jakiś żart z forum. Ktoś z kolegów Bobrzyka sprawdził moje ogłoszenie i postanowił się zabawić.
Zminimalizowałem pocztę i otworzyłem ogólnodostępną wyszukiwarkę Tablicy Ostoi. Wpisałem nick. Wyszukiwarka od razu wypluła publiczną kartę postaci. Valdis. Poziom 187. Klasa: Włócznik Wichru. Przynależność gildijna: Szron. Właściciel konta: Nerwalt Esports.
Nerwalt naprawdę szukał pilota do tego Valdisa.
Oparłem się o barierkę wirtualnego pomostu, czując chropowatość cyfrowego drewna pod palcami. Miałem szesnaście lat, kiedy oglądaliśmy finał Pucharu Ostoi w pokoju socjalnym warsztatu ojca. Pato, który pracował wtedy u nas jako mechanik, opierał swój brudny od smaru telefon o kubek po kawie. Valdis roznosił przeciwników. Pamiętam, jak cofałem nagranie po kilka razy, żeby zrozumieć jego otwarcia włócznią. Wchodził w obronę rywala, zanim tamten w ogóle zorientował się, że zaczęła się szarża. Przestałem cofać dopiero, kiedy ojciec ryknął z hali, żebym przyniósł mu klucz dziesiątkę, bo inaczej urwie gwint w misce olejowej.
Valdis był legendą, przez cztery sezony najlepszym graczem serwera. W styczniu dwa tysiące dwudziestego dziewiątego roku zbanowali na trzy lata jego twórcę, Oskara Zarębę, za ustawienie meczu w finale. Na forach przez tygodnie kłócono się o tę decyzję i analizowano powtórki klatka po klatce. W komentarzach szły wyzwiska.
Zmarszczyłem brwi, patrząc na wiadomość od Kopcia. Zastanawiałem się, jak ktokolwiek może grać kontem zbanowanego gracza. Ban oznaczał wyrzucenie z serwera. Kopeć szukał jednak „pilota” do konta należącego do spółki. Skoro oficjalna spółka szukała człowieka, to musiała mieć na to sposób. Zapytam o to na miejscu.
Liczyło się co innego. Poziom sto osiemdziesiąty siódmy. Jedna sztuka rzadkiego materiału do rzemiosła z potwora na tym poziomie mogła być warta na aukcji więcej niż całe dziewięćdziesiąt tysięcy siedemset sztuk złota, które wyciągnąłem z nocnej wyprzedaży swojego sprzętu. Czytałem też, że Valdis nadal kontroluje przez swoją gildię zamek Kruczy Bród, który przynosi dochody z podatków.
Serce biło mi szybciej. Przy takich zarobkach mógłbym płacić raty, a Ewa nie musiałaby brać dodatkowych dyżurów.
Ale na rozmowę musiałem dotrzeć jutro o trzynastej do Warszawy, na Służewiec.
Leżałem w kapsule w swoim pokoju na radomskim Ustroniu. Bez telefonu nie mogłem kupić biletu przez aplikację ani sprawdzić rozkładu pociągów. W obcym mieście musiałbym też radzić sobie bez nawigacji. W kieszeni bluzy zostało mi może dwadzieścia złotych w bilonie, reszta poszła na ranną spłatę. Pato mógł mi pożyczyć na pociąg. Z samego rana pójdę do niego i poproszę o pożyczkę na bilet.
Otworzyłem okno odpowiedzi do Adriana Kopcia.
„Potwierdzam obecność” – napisałem, używając wirtualnej klawiatury. „Przyjadę. Proszę o przesłanie dokładnego adresu biura, piętra i nazwiska, które mam podać na portierni, bo będę bez telefonu”.
Nacisnąłem wyślij. W skrzynce natychmiast pojawiła się zielona ikona potwierdzenia dostarczenia.
Zamknąłem interfejs i rozejrzałem się po okolicy. Przed gospodą stały drewniane ławy, przy których gracze handlowali tanim sprzętem.
Wylogowałem się, patrząc, jak świat Ostoi gaśnie, zostawiając mnie w ciemności kapsuły.
Pociąg Kolei Mazowieckich trząsł się miarowo, stukając na łączeniach szyn. Siedziałem przy brudnej szybie, za którą przesuwały się płaskie, zszarzałe po zimie pola przed Warką. W prawej kieszeni kurtki trzymałem dłoń zaciśniętą na zwitku banknotów. Miałem tam dokładnie sześćdziesiąt dwa złote.
Rano, kiedy Ewa wróciła z dyżuru, powiedziałem jej o rozmowie o pracę w firmie e-sportowej. Stanęła w kuchni, nie zdejmując nawet kurtki, i patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Potem podeszła do szafki nad zlewem, wspięła się na palce i zdjęła z górnej półki blaszaną puszkę po herbacie liściastej. Wyjęła z niej sto dwadzieścia złotych – dwie pięćdziesiątki i jedną dwudziestkę. Położyła je na stole, wygładzając zagniecenia na rogach. Zapytała tylko, czy każą mi coś podpisywać. Powiedziałem, że pewnie tak, jak to przy umowie. Kazała mi obiecać, że najpierw wszystko przeczytam, słowo po słowie, od pierwszej do ostatniej strony. Obiecałem.
Potem wyciągnęła z kieszeni paragon z apteki, odwróciła go na czystą stronę i przepisała ze swojego telefonu trasę.
Teraz, w pociągu, co kilka minut odruchowo sięgałem do lewej kieszeni, żeby sprawdzić godzinę albo powiadomienia. Za każdym razem moje palce trafiały na pusty materiał, a zaraz potem przypominałem sobie, że Kafar zamknął mój telefon w strunowej torebce. Miałem tylko ten apteczny paragon z koślawym pismem matki: przystanek Warszawa Służewiec, potem kładką nad torami, prosto wzdłuż biurowców, trzeci budynek po lewej.
Bilet w obie strony kosztował pięćdziesiąt osiem złotych. Z całej kwoty z puszki została mi jedna pięćdziesiątka, dziesięciozłotówka i dwie monety. Sześćdziesiąt dwa złote. Postanowiłem nie wyciągać ich z kieszeni przez cały pobyt w Warszawie. Nie kupię kawy ani wody i ominę sklepy przy dworcu. Przywiozę je z powrotem i włożę do puszki.
Za oknem mignęła stacja w Warce. Zmieniłem pozycję na twardym siedzeniu. Próbowałem ułożyć w głowie, co powiem na miejscu. Zaprosili mnie ze względu na statystyki z Areny, więc pewnie będą pytać o taktykę. Powiem, że na niskich poziomach bez dobrego sprzętu trzeba grać na wyciągnięcie przeciwnika, że liczy się zarządzanie paskiem wytrzymałości, a nie ślepe spamowanie umiejętności. Brzmiało to dobrze. Zastanawiałem się tylko, co zrobię z rękami, kiedy ktoś w garniturze wyciągnie do mnie dłoń na powitanie, a ja będę miał spocone ze stresu dłonie. Gdybym wytarł je w dżinsy na sekundę przed uściskiem, wyglądałoby to słabo.
O trzynastej stałem w holu na siódmym piętrze przeszklonego biurowca. Portier na dole znalazł moje nazwisko na liście, wręczył mi plastikową kartę gościa na smyczy i kazał wjechać windą C.
Biuro Nerwalt Esports wyglądało, jakby ktoś wprowadził się tu wczoraj. Powietrze pachniało nową wykładziną i kurzem z klimatyzacji. W sporym pomieszczeniu, oddzielonym od korytarza szklaną ścianą, stało jedno białe biurko, dwa krzesła i pusty regał. W rogu wegetował wysoki fikus, którego donica wciąż była owinięta transportową folią bąbelkową. Przy oknie stał krzywo czarny roll-up z białym logo Nerwaltu, a na ścianie wisiał duży płaski monitor.
Zza biurka wstał mężczyzna po trzydziestce. Miał na sobie grafitowy garnitur i białą koszulę bez krawata. Włosy miał gładko zaczesane.
– Jakub Sroka? – zapytał, podchodząc.
Wytarłem prawą dłoń o udo szybkim, nerwowym ruchem i podałem mu rękę. Uścisk miał mocny, wyuczony.
– Adrian Kopeć. Jestem pełnomocnikiem Nerwalt Esports. Zapraszam.
Wskazał mi krzesło naprzeciwko biurka, a sam usiadł na swoim miejscu. Nalał wody z dzbanka do szklanki i przesunął ją w moją stronę. Nie tknąłem jej.
– Mamy dwadzieścia minut, panie Jakubie – zaczął Kopeć, zerkając na srebrny zegarek. – Nerwalt jest właścicielem konta Valdis. Reprezentuję spółkę w sprawach formalnych, ale o samej grze opowie panu ktoś inny.
Sięgnął po tablet leżący na blacie, odblokował ekran i stuknął w ikonę odtwarzacza. Z głośnika popłynął czysty, głęboki głos. Brzmiał swobodnie, jakby mówił do mnie z fotela obok, a nie z nagrania.
– Cześć, Kuba. Oskar Zaręba. Przepraszam, że nie ma mnie tam osobiście, ale sprawy zatrzymały mnie z dala od Warszawy. Obejrzałem twoje walki. Szczególnie tę z trzynastego lutego na Arenie, z tym gościem na pięćdziesiątym ósmym poziomie.
Zesztywniałem. To była moja najtrudniejsza walka w tamtym miesiącu. Gość grał ciężkozbrojnym tarczownikiem, miał nade mną siedemnaście poziomów przewagi i zbroję, której nie mogłem przebić zwykłym atakiem.
– Przeczekałeś go – mówił dalej głos z tabletu. – Zrobił jeden zwód, nic. Zrobił drugi, nie ruszyłeś się z bloku. Wszedłeś dopiero na trzecim, dokładnie w ułamku sekundy, kiedy cofał ramię po nieudanej szarży. To był jedyny moment, w którym miał odsłonięty bok bez premii do pancerza. Zrobiłeś to na czystym wyczuciu rytmu.
Poczułem gorąco na twarzy. Ten człowiek zobaczył na nagraniu dokładnie to, z czego byłem najbardziej dumny, a o czym żaden z moich przeciwników nie miał pojęcia. Większość z nich uważała, że miałem po prostu szczęście z lagami.
– Tego nie da się nauczyć – kontynuował Oskar. – Albo to widzisz, albo nie. A całej reszty, logistyki, statystyk, prowadzenia dużej gildii, da się nauczyć dość szybko. Adrian przedstawi ci warunki. Zastanów się.
Kopeć wyciszył tablet i odłożył go na biurko.
– Będę mógł go poznać? – zapytałem, słysząc, że głos mi lekko drży. – Pana Zarębę?
– Pan Zaręba kontaktuje się wyłącznie wiadomościami głosowymi – odpowiedział gładko Kopeć. – Nie włącza kamery, nie umawia się na spotkania osobiste. Taki mamy model pracy.
Pełnomocnik otworzył szufladę i wyjął z niej plik spiętych kartek. Położył na środku biurka grubą umowę, która miała na oko kilkanaście stron.
– Przejdźmy do konkretów. Oskar ma osobisty ban do stycznia dwa tysiące trzydziestego drugiego roku. Ban jest przypisany do jego numeru PESEL i odcisku ruchu ze Strażnika. Uniemożliwia mu logowanie do Ostoi. Ale nie zamyka konta. Właścicielem postaci Valdis jest Nerwalt Esports sp. z o.o. Zgodnie z regulaminem konto spółki może prowadzić pilot wpisany do Rejestru Pilotów. I tym pilotem będzie pan.
Przełknąłem ślinę. Znałem historię bana Valdisa z forów, ale nikt nigdy nie wspominał o tym, że postać może po prostu przejąć pracownik z umową.
– A co z gildią? – zapytałem. – Szron wie, że Valdis gra przez pilota?
– Nie. Publiczna wersja, którą podamy po powrocie Valdisa, jest inna. Oskar uzyskał zgodę od wydawcy na wcześniejszy powrót do gry na specjalnych warunkach. Jego osobisty ban formalnie pozostaje w mocy, ale Valdis wraca na mapę. Informacja o tym, że postacią steruje pilot, jest absolutnie poufna. Nikt poza spółką nie może się o tym dowiedzieć.
Kopeć odwrócił pierwszą stronę umowy.
– Wynagrodzenie. Spółka nie płaci stałej pensji. Otrzymuje pan trzydzieści pięć procent wartości łupów przypisanych do konta Valdis. Wartość tę liczymy po sprzedaży przedmiotów za złoto i po wymianie tego złota w Kantorze Ostoi na złotówki. Z potrąceniem dwunastu procent prowizji Kantoru.
Zacząłem liczyć szybciej, niż on mówił. Jeśli przedmiot sprzeda się za trzydzieści osiem tysięcy sztuk złota, przy dzisiejszym kursie trzydziestu ośmiu sztuk za złotówkę, daje to równy tysiąc. Prowizja zjada sto dwadzieścia, zostaje osiemset osiemdziesiąt. Z tego trzydzieści pięć procent... to trzysta osiem złotych do mojej kieszeni. Za jeden przedmiot. Wyobraziłem sobie, co musi wypadać z bossów na poziomie stu osiemdziesięciu siedmiu. Z jednej udanej wyprawy z gildią mogłem spłacić całą ratę.
– Kiedy są wypłaty? – zapytałem.
– Co piątek – odpowiedział Kopeć. – Kantor Ostoi przelewa złotówki wyłącznie na rachunek właściciela konta, czyli na konto Nerwaltu. My rozliczamy się z panem na koniec każdego tygodnia roboczego. Pierwsza wypłata przypadnie już w ten piątek, za łupy z czwartku i ewentualnie piątkowego rana.
Ten piątek. Kafar przychodził w poniedziałek. Jeśli zacznę w czwartek, będę miał jeden dzień, żeby zdobyć jakiś łup i dostać przelew przed weekendem. Czasu było mało, ale mogło się udać.
– Rozumiem – powiedziałem, przysuwając umowę bliżej.
– Paragraf siódmy to klauzula poufności. – Kopeć stuknął palcem w wydruk. – Jak wspomniałem, nikt nie może wiedzieć o zastępstwie. Kara umowna za złamanie poufności wynosi sto tysięcy złotych.
Moja ręka zamarła nad papierem. Sto tysięcy. Ponad połowa tego, co wisiałem Kafarowi, tylko dołożona w jednej sekundzie za jedno złe zdanie na czacie głosowym.
Przeczytałem pierwszą stronę. Moje dane, dane Nerwaltu, definicja konta. Potem znalazłem paragraf o wynagrodzeniu i prowizji. Zgadzało się z tym, co powiedział Kopeć. Otworzyłem umowę na piątej stronie.
„Pilot zobowiązuje się do zachowania w tajemnicy wszelkich informacji dotyczących...”
Dalej ciągnął się blok litego tekstu prawniczego. Z drugiej strony biurka dobiegło mnie ciche kliknięcie. Kopeć odpiął mankiet koszuli, zerkając na zegarek. Zacząłem przewracać kolejne kartki, od piątej do szesnastej, patrząc już tylko na pogrubione nagłówki. Prawa autorskie. Odpowiedzialność za sprzęt. Rozwiązanie umowy. Kopeć milczał, tylko miarowo stukał palcami w blat. Obiecałem Ewie, że przeczytam wszystko. Pewnie to standardowe zapisy. Co tu mogło być niezwykłego? Miałem grać Valdisem i nie mówić nikomu, kim jestem. Przewracałem kolejne strony, ślizgając się wzrokiem po słowach, których już nie rozumiałem.
Dotarłem do ostatniej strony z miejscem na podpisy.
– Zanim to podpiszemy, musimy wypełnić formularz do Rejestru Pilotów Ostoi – powiedział Kopeć, podsuwając mi z powrotem tablet. – Wymogi wydawcy gry.
Na ekranie widniał formularz z logo Ostoja Games. Kopeć podał mi plastikowy rysik.
– Proszę wpisać PESEL.
Wpisałem cyfry, opierając nadgarstek na krawędzi tabletu.
– Oświadczenie o niekaralności. Zaznacza pan tutaj.
Stuknąłem rysikiem w kwadrat. Pojawił się zielony ptaszek.
– I oświadczenie o braku zadłużenia podlegającego egzekucji. Wymóg bezpieczeństwa finansowego dla pilotów operujących na kontach o dużej wartości.
Trzymałem rysik tuż nad ekranem. Nie odrywałem wzroku od słowa „zadłużenie” na białym tle. Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Kafar na klatce schodowej. Kserokopia weksla w foliowej koszulce, z moim krzywym podpisem, który złożyłem na obudowie czerwonej skrzynki narzędziowej, bo ojciec powiedział, że to do leasingu podnośnika.
To był jego dług. Ojciec go wziął, ojciec obiecał go spłacić. Ja tylko to podżyrowałem, nie wiedząc, co robię. Prawnie byłem dłużnikiem, ale przecież to nie ja pożyczyłem te pieniądze. Jeśli teraz zaznaczę, że mam dług, Kopeć zamknie tablet, odbierze mi umowę i pokaże drzwi. Wyrzuci mnie, a Kafar w poniedziałek zabierze Ewie telewizor i lodówkę.
Zaznaczyłem pole. Zielony ptaszek.
– Świetnie. Podpis na dole ekranu.
Nabazgrałem swoje nazwisko rysikiem. Kopeć odebrał tablet.
– Teraz umowa. Dwa egzemplarze.
Podpisałem oba egzemplarze na ostatniej stronie, tam, gdzie widniała kropkowana linia nad napisem „Jakub Sroka”. Kopeć zabrał jeden egzemplarz, a drugi wsunął do teczki z logo Nerwaltu.
– Zanotowałem, że nie ma pan telefonu – powiedział, otwierając jakiś plik na swoim laptopie. – Wszelkie instrukcje, rozliczenia i kontakty będą szły przez pocztę gry na pańską prywatną skrzynkę Sroki. Będziemy tam przesyłać też wiadomości od Oskara.
Podał mi teczkę.
– Dostęp do konta Valdis otrzyma pan w czwartek od godziny dwudziestej. Weryfikacja w Rejestrze trwa do czterdziestu ośmiu godzin. Zaloguje się pan normalnie ze swojej kapsuły, wybierając drugie konto z menu startowego. Hasło i token prześlemy na pocztę Sroki.
Zegar na ścianie pokazywał dokładnie trzynastą dwadzieścia.
– Dziękuję – powiedziałem, wstając z teczką w ręku.
Kopeć wstał, ponownie uścisnął mi dłoń z tym samym wyuczonym naciskiem i otworzył drzwi na korytarz. Wyszedłem. Kiedy drzwi zamknęły się za mną z cichym sykiem, oparłem się ciężko o ścianę przy windach. Popatrzyłem na teczkę z podpisaną umową. Pierwszy raz od wczoraj poczułem ulgę.
W pociągu powrotnym do Radomia położyłem teczkę na kolanach i ją otworzyłem. Popołudniowe słońce wpadało przez brudną szybę, rzucając żółte pasy na pierwszą stronę umowy. Widniała tam nazwa „Valdis” obok mojego nazwiska.
Od czwartku miałem pracę. Miałem grać postacią na stu osiemdziesiątym siódmym poziomie. Wpatrywałem się w te litery z coraz większą obawą. Valdis poruszał się szybciej, miał inną pulę wytrzymałości i umiejętności z mistrzostwami, których nigdy nie widziałem na oczy. Zastanawiałem się, czy w ogóle zdołam utrzymać tę postać w ruchu przez pierwszy wieczór, nie potykając się o własne nogi.
Przypomniałem sobie słowa Ewy i swoją obietnicę. Przerzuciłem kartki do piątej strony, gdzie zaczynał się prawniczy tekst o poufności. Znalazłem długi akapit z definicją tajemnicy przedsiębiorstwa. Przeczytałem go do końca. Potem przeczytałem go drugi raz. Słowa brzmiały jak z innej planety: „informacje stanowiące wartość gospodarczą, nieujawnione do wiadomości publicznej, co do których przedsiębiorca podjął niezbędne działania w celu zachowania ich poufności”. Zamknąłem teczkę. Przeczytałem po fakcie, ale to i tak nie miało już znaczenia.
Obudziłem się, kiedy czoło zjechało mi po wibrującej szybie i uderzyło w plastikową ramę okna. Pociąg hamował z piskiem na stacji w Radomiu. Teczka Nerwaltu leżała na podłodze, do połowy wsunięta pod moje siedzenie. Złapałem ją, strzepałem kurz z kartonu i wysiadłem w chłodne popołudnie.
W czwartek o wpół do dziesiątej rano wszedłem do punktu serwisowego na Struga. Dzwonek nad drzwiami brzęknął, a w nozdrza uderzył mnie znajomy zapach alkoholu izopropylowego zmieszany z ostrą wonią czosnkowego sosu z budki z kebabem, która stała ścianę w ścianę z serwisem. Punkt Pato był długim, zagraconym pomieszczeniem. Pod ścianami stały metalowe regały uginające się od zwojów kabli, pudełek z uszczelkami i używanych płyt głównych. W głębi, pod jarzeniówkami, leżały dwie kapsuły klientów z podniesionymi pokrywami. Pośrodku pomieszczenia, na grubych drewnianych klockach, spoczywała moja pożyczona kapsuła. Pato zabrał ją w środę swoim firmowym busem, twierdząc, że dłużej nie będzie znosił moich napraw taśmą izolacyjną.
Pato klęczał przy mojej obudowie. Miał na sobie rozpięty czarny polar z żółtym logo serwisu na piersi. Lewą ręką podważał coś płaskim śrubokrętem, a prawą zrywał długi pasek srebrnej taśmy z krawędzi uszczelki.
– Trzy warstwy – powiedział na powitanie, nie odwracając głowy. W skupieniu zdarł resztę taśmy. Klej ciągnął się w długich, brudnych nitkach. – Nakleiłeś na to gówno trzy warstwy. Ty myślisz, że jak dasz więcej taśmy, to ci kompresja w kabinie cudownie wzrośnie?
– Trzymało – odpowiedziałem, stając nad nim.
– Trzymało brud i wilgoć.
Rzucił zbitą kulę taśmy do plastikowego kosza pod stołem roboczym. Sięgnął po butelkę z alkoholem, nalał płynu na szmatkę i zaczął energicznie szorować rowek, w którym kiedyś leżała uszczelka. Była pęknięta w dwóch miejscach.
– Nowa uszczelka jest dopiero zamówiona – oznajmił, wycierając krawędź do sucha. – Hurtownia ma opóźnienia. Założę ci tymczasową taśmę serwisową, taką do izolacji termicznej, a nie do pakowania paczek z paczkomatu. Wytrzyma weekend.
Wstał, rzucił szmatkę na blat i spojrzał na mnie. Miał ciemne oczy i twarz kogoś, kto za dużo czasu spędza przy lutownicy, a za mało na słońcu.
– I jak ta wielka robota w Warszawie? – zapytał, wycierając dłonie w papierowy ręcznik.
– Byłem, gadałem. Firma e-sportowa – powiedziałem, opierając się o krawędź stołu. – Będę u nich prowadził postać. Płacą co piątek z udziału w łupach.
Pato wrzucił ręcznik do kosza.
– Czyją postać? I za ile dokładnie?
Popatrzyłem na regał z kablami. Znałem go od podstawówki, razem grzebaliśmy w starych silnikach w warsztacie ojca, ale po wtorkowej rozmowie o karze umownej bałem się powiedzieć mu, kogo prowadzę.
– Mam w umowie poufność – odpowiedziałem. Próbowałem zabrzmieć swobodnie. – Nikt nie może wiedzieć, kogo prowadzę. Wiesz, jak jest. Rozgrywki, turnieje. Pełna konspiracja. Agent Sroka na służbie.
Pato nie kupił żartu. Oparł dłonie o biodra.
– Przeczytałeś to, co podpisałeś? Czy znowu złożyłeś autograf na skrzynce w ciemno?
Zabolała mnie uwaga o podpisie na skrzynce.
– Przeczytałem najważniejsze rzeczy – powiedziałem, prostując się. – Wynagrodzenie, kary, obowiązki. Wiem, na co się piszę. Od dzisiaj od dwudziestej mam dostęp.
Pato patrzył na mnie przez sekundę z tą samą irytującą cierpliwością, z jaką patrzył na zepsute przekaźniki. W końcu kiwnął głową, odwrócił się i podszedł do stanowiska diagnostycznego. Podpiął gruby czarny kabel z czytnika do gniazda na boku mojej kapsuły. Na monitorze obok zaczęły przesuwać się zielone wykresy z czujników ruchu.
– Masz opóźnienie na lewym ramieniu – mruknął, wpatrując się w ekran. – Osiemnaście milisekund. Przy szybkim bloku w grze to jest przepaść. Ktoś cię zdąży zabić, zanim twój awatar podniesie rękę.
Sięgnął po klawiaturę i zaczął wklepywać ciągi cyfr, kalibrując czujnik z poziomu oprogramowania. Znał te maszyny na pamięć.
– Daj mi swojego laptopa – poprosiłem.
Pato bez słowa wskazał brodą na drugi koniec stołu. Leżał tam stary, poobijany sprzęt serwisowy z pękniętym zawiasem ekranu. Podszedłem, otworzyłem klapę, ostrożnie podtrzymując matrycę, żeby nie opadła do tyłu. Włączyłem przeglądarkę i wszedłem na stronę oficjalnego archiwum Ostoi.
Wpisałem w wyszukiwarkę: „Valdis Puchar Ostoi 2028”. Wyskoczyło kilkanaście wyników. Wybrałem nagranie z półfinału przeciwko graczowi o nicku Wrotycz. To była walka, która przeszła do historii forów. Chciałem zobaczyć mistrzostwo Valdisa.
Film załadował się po chwili. Valdis stał w lśniącej zbroi Płomiennego Wiatru, trzymając w prawej ręce długą włócznię z wibrującym niebieskim grotem. Naprzeciwko niego stał Wrotycz, potężny wojownik z dwuręcznym toporem.
Runda się zaczęła. Wrotycz ruszył do przodu.
Valdis zniknął w smudze błękitnego wyładowania i błyskawicznie zmaterializował się dokładnie za plecami Wrotycza. Rozpoznałem Burzowy Krok, umiejętność mistrzowską. Zanim przeciwnik zdążył rozpocząć animację obrotu, włócznia wbiła się między płyty jego pancerza na karku. Pasek życia Wrotycza zjechał do zera. Całość trwała niecałe dwie sekundy.
Zmieniłem w odtwarzaczu prędkość na dwadzieścia pięć procent. Puściłem jeszcze raz. Patrzyłem na stopy Valdisa, licząc kroki przed użyciem umiejętności. Jeden, dwa... pół kroku i odepchnięcie. Od przeciwnika dzieliły go na oko cztery metry. Po skoku mógł od razu zaatakować. Wyprowadził pchnięcie z dolnego chwytu, żeby ominąć szerokie naramienniki przeciwnika.
Oparłem dłonie na krawędzi stołu warsztatowego. Prawa dłoń z tyłu, lewa z przodu. Wyobraziłem sobie ciężar włóczni. Zrobiłem krótki ruch ciałem do przodu, symulując odepchnięcie, a potem wyrzuciłem prawą rękę w górę, w wyimaginowany kark.
Pato przeszedł obok mnie z pudłem kabli zasilających. Zerknął na ekran, a potem na moje machanie rękami.
– Ćwiczysz tai-chi, Sroka? – zapytał, odstawiając pudło na półkę. – Uważaj, bo uderzysz w lutownicę.
Rozpoznał Valdisa na ekranie i stanął obok mnie.
– Valdis – powiedział cicho. – Największy kanciarz na serwerze. Czemu akurat jego oglądasz?
Zatrzymałem film na ujęciu powalonego Wrotycza.
– Uczę się od najlepszych – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od matrycy.
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem paragon z apteki. Na czystym kawałku papieru, tuż pod wskazówkami dojazdu od Ewy, zapisałem długopisem leżącym przy lutownicy: „2 kroki, 4 metry, pchnięcie od dołu”.
Pato wrócił do kapsuły. Zatrzasnął z głośnym sykiem pokrywę i przejechał dłonią po nowej, szerokiej taśmie termicznej oklejającej krawędź. Trzymała idealnie.
Cofnąłem film do początku i puściłem otwarcie jeszcze raz. Będę miał na start sto osiemdziesiąty siódmy poziom i zestaw umiejętności ustawiony pod kogoś innego, a do tego będę się poruszał o wiele szybciej niż dotąd. Jeśli wieczorem przyjdzie mi walczyć, a ktoś z gildii będzie patrzył, zacznę dokładnie tak jak Valdis przeciwko Wrotyczowi. Dwa kroki, skok, pchnięcie. Do dwudziestej zostało mi niecałe jedenaście godzin, żeby przećwiczyć w głowie ten jeden ruch.
Otworzyłem oczy i odruchowo wyprostowałem plecy. Ciemne drewno sufitu błyskawicznie zbliżyło się do mojej twarzy. Zanim zdążyłem zgiąć kark, uderzyłem czołem w niską belkę z głuchym, twardym trzaskiem. Zatoczyłem się do tyłu, łapiąc się za głowę. Patrzyłem na podłogę z wysokości o dobre pół metra większej niż zwykle.
– Jasna cholera – mruknąłem, masując czoło.
Od kamiennych ścian odbił się niski, głęboki baryton. Zamarłem. Brzmiał tak, jakby należał do człowieka o piętnaście lat starszego i o dwadzieścia kilogramów cięższego ode mnie. Opuściłem rękę. Przełknąłem ślinę, czując inną grubość szyi.
– Kuba Sroka – powiedziałem na głos. – Jakub. Kuba.
Mój cichy śmiech zabrzmiał obco i zawibrował w klatce piersiowej. Zrobiłem krok do przodu. Ciemnogranatowa zbroja lamelkowa, którą miałem na sobie, pociągnęła mnie w dół za barki i biodra z siłą żeliwnego odważnika. Na napierśniku widniał wymalowany farbą duży, biały romb Szronu. Grube dębowe deski podłogi trzeszczały pod moim ciężarem, ale po trzecim kroku system zsynchronizował odczucia. Wirtualne mięśnie przejęły obciążenie i nagle zbroja przestała ciążyć.
Przed moimi oczami wyskoczył szary, półprzezroczysty prostokąt z logo wydawcy.
[Strażnik Ostoi: Zapisywanie odcisku ruchu dla zarejestrowanego pilota. Proszę kontynuować naturalne poruszanie się.]
Zrobiłem jeszcze kilka kroków po komnacie. Pasek postępu pod komunikatem wypełnił się zielenią w kilkanaście sekund. Okno zniknęło bezgłośnie. Miałem pełen dostęp do konta spółki Nerwalt.
Wywołałem kartę postaci. Stałem pośrodku okrągłej wieży, czytając liczby zawieszone w powietrzu. Valdis, poziom sto osiemdziesiąty siódmy. Klasa: Włócznik Wichru. W rubryce mistrzostw widniał aktywny Burzowy Krok. Przesunąłem wzrok niżej, na podstawowe atrybuty. Siła czterysta dwa. Zręczność czterysta pięćdziesiąt pięć. Wytrzymałość trzysta osiemnaście. Intelekt dziewięćdziesiąt sześć. Duch sto czterdzieści jeden.
Odczytałem te liczby dwa razy. Moja stara postać, którą w poniedziałek ogołociłem ze sprzętu, sprzedając go za bezcen, na czterdziestym pierwszym poziomie miała łącznie mniej punktów we wszystkich statystykach, niż wynosiła sama Zręczność Valdisa. Miałem do dyspozycji postać rozwijaną przez lata, z najlepszym sprzętem i dziesiątkami wygranych turniejów na koncie. Z taką pulą Wytrzymałości mogłem przyjąć uderzenie bossa, które mojego Srokę wbiłoby w teksturę ziemi.
Otworzyłem pasek umiejętności na dole pola widzenia. Zgodnie z mechaniką Ostoi mogłem mieć aktywnych tylko osiem pozycji naraz. Zmiana wyboru z księgi oznaczała dobę bez dostępu do żadnych umiejętności, więc Valdis, jako zawodnik turniejowy, miał tu gotowy, zamknięty zestaw. Przeleciałem wzrokiem po ikonach. Burzowy Krok, podstawowe pchnięcie, obrotowe cięcie drzewcem, osłona, okrzyk dla gildii dający premię do obrony, Grot Wichury, Taran Burzy. Dwie ostatnie to były szarże obszarowe. Ostatnie miejsce zajmował Pęd Włócznika, pasywna premia do ataku w biegu. Nie było tu ani jednego leczenia i ani jednego uniku. Ten zestaw służył do skracania dystansu i miażdżenia przeciwnika, zanim ten zdążył odpowiedzieć.
Zamknąłem interfejs. Podszedłem do masywnego dębowego stojaka na broń, na którym opierała się tylko jedna włócznia. Wichrowy Grot. Złapałem za gładkie, chłodne drewno. Jesionowe drzewce było dłuższe ode mnie samego, ciemne od potu i oleju, zakończone szerokim, wibrującym błękitem grotem. Zważyłem broń w dłoniach. Wyciągnąłem ją prosto przed siebie. Grot bez oporu dotknął grubego, wełnianego gobelinu na przeciwległej ścianie komnaty. Zasięg był absurdalny. Obróciłem się na pięcie w stronę kąta, gdzie stał zużyty, słomiany manekin treningowy. Wyprowadziłem zwykłe, próbne pchnięcie z biodra.
Włócznia syknęła w powietrzu. Grot uderzył w manekina z siłą, która przeszła przez drzewce aż do moich barków. Słomiana głowa odskoczyła z głośnym trzaskiem pękającego drewna, zerwała się z kołka i potoczyła po deskach, zatrzymując się pod oknem.
Podszedłem, podniosłem słomiany łeb z podłogi i przez dłuższą chwilę stałem z nim w lewej ręce. Szczerzyłem się w pustej komnacie jak dzieciak, który dostał kluczyki do sportowego samochodu. Z tym zasięgiem i z tą siłą nie musiałem wyciągać przeciwników na błędy, jak robiłem to starym Łowcą Brodów. Mogłem po prostu wejść w nich i patrzeć, jak spadają im paski zdrowia.
Rzuciłem głowę manekina w kąt. Wyjrzałem przez wąskie okno. Pode mną leżał dziedziniec, a dalej mury Kruczego Brodu. Zamek wznosił się nad szerokim, płytkim korytem rzeki Leszy. Na głównym trakcie, oświetlonym żółtym światłem rozstawionych gęsto latarni, stały ciężkie wozy kupieckie z plandekami, czekające na przeprawę. Z forów wiedziałem, że przez ten bród biegł główny szlak handlowy między Księstwem Brzegowym a Puszczą Mgieł. To był trzeci najbogatszy zamek polskiego serwera. Każdy wóz przechodzący przez bramę zostawiał pięć procent podatku od wartości towaru. Trzy lata temu Valdis odebrał te mury Sforze. Od tamtego dnia podatek spływał do Szronu, gildii, którą zbanowany mistrz sam założył.
Na obrzeżach pola widzenia zaczęła migać ikona listy gildii. Rozwinąłem ją. Nicki kolejnych graczy zapalały się na zielono w szybkim tempie. Otworzyłem okno czatu Szronu. Wąski pasek tekstu zalała kaskada wiadomości.
[Kowadło]: Ktoś zhakował tablicę?
[Węgiel]: Valdis w grze. Świeci się w wieży dowódcy.
[Mysza]: Magazyn zamknięty na czas wyjaśnienia.
[Brykiet]: Ban minął? Przecież dostał trzy lata.
[Baron]: Wszyscy na dziedziniec przed wieżę. Natychmiast. Zwiadowcy przerywają patrole.
Zamknąłem czat. Baron zwoływał na dziedziniec stu trzydziestu czterech ludzi, którzy nienawidzili swojego założyciela. Kopeć wyraźnie kazał mi utrzymać zamek i zachować poufność.
Oparłem włócznię o podłogę. Zamknąłem oczy i odtworzyłem w głowie wyblakły paragon z apteki, leżący teraz na biurku w Radomiu. Zapisana długopisem sekwencja z półfinału przeciwko Wrotyczowi. Dwa kroki, cztery metry, pchnięcie od dołu. Dostosowałem sekwencję w myślach do swojego naturalnego tempa. Zrobię trzy kroki, żeby złapać rytm. Uruchomię Burzowy Krok, celując za prawe ramię przeciwnika, tam, gdzie zostawi ślepy punkt. Wyprowadzę pchnięcie, zanim zniknie animacja lądowania.
Powtórzyłem to w głowie dwa razy. Trzy kroki, Burzowy Krok za prawe ramię, pchnięcie. Miałem to.
Odwróciłem się do dębowych drzwi. Otworzyłem je i wszedłem na kręte, kamienne schody. Musiałem pochylać głowę pod każdym niskim nadprożem, żeby nie rozbić hełmu o ciosany kamień. Zbroja lamelkowa szurała o ściany na ciaśniejszych zakrętach.
Wyszedłem z wieży na główny dziedziniec. Nocne powietrze było chłodne i pachniało dymem z ognisk. Plac między wewnętrznym murem a główną bramą był pełen. Stało tam ponad stu ludzi z białym rombem Szronu na pancerzach i płaszczach, a między nimi kręcili się zdezorientowani kupcy i przyjezdni z innych gildii. Kolejni gracze nadchodzili brukowanym traktem od strony brodu, przepychając się przez wozy, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Gdy postawiłem stopę na bruku, gwar zaczął cichnąć. Ludzie rozstępowali się przede mną, tworząc szeroki szpaler prowadzący w stronę otwartej bramy zamkowej. Szedłem powoli, opierając drzewce włóczni o prawe ramię. Czułem na sobie dziesiątki spojrzeń. Niektóre nicki nad głowami kojarzyłem z list rankingowych, innych nie znałem wcale.
W połowie drogi do bramy drogę zastąpił mi wysoki mężczyzna w ciężkim, wełnianym płaszczu ze srebrnym obszyciem oficerskim. Nad jego głową świecił nick Baron. Miał surową twarz i prawą rękę opartą na głowicy miecza.
– Gdzie byłeś przez dwa lata? – zapytał głośno, żeby słyszał go cały dziedziniec.
Zatrzymałem się. Spojrzałem na niego z góry, bo model Valdisa przewyższał go o pół głowy.
– Przez dwa lata, kiedy my bez ciebie odparliśmy dwa oblężenia – kontynuował Baron, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Kiedy łataliśmy dziury w budżecie zamku, bo właściciel zniknął z dnia na dzień.
Z tłumu posypały się kolejne głosy. Byli wściekli i nie zamierzali tego ukrywać.
– Ktoś musiał prowadzić karawany po nocach!
– Puste miejsca na wartach, zero rotacji!
– Podatek ściągany w ciemno, bez możliwości rozbudowy!
Czekałem, aż skończą. Miałem w głowie nagrania z forów. Prawdziwy Oskar Zaręba nigdy się nie tłumaczył ani nie przepraszał. Odpowiadał krótko, jakby rozmawiał z uciążliwymi podwykonawcami.
– Wróciłem – powiedziałem, używając tego niskiego, wibrującego głosu, który system wygenerował dla mojego konta. – I to wystarczy. Wracajcie do swoich obowiązków.
Baron rozejrzał się po ludziach. Kilku oficerów stojących za nim pokręciło głowami i zostało na miejscu.
Zanim Baron zdążył odpowiedzieć, tłum przy samej bramie zafalował. Gracze Szronu odsunęli się gwałtownie, robiąc przejście. Z cienia pod okutą kratą wyszła grupa kilkunastu ludzi. Nie mieli na sobie białych rombów. Na ich pancerzach widniał symbol skrzyżowanych wilczych łap. Sfora.
Na czele szedł potężnie zbudowany gracz w ciężkiej zbroi segmentowej. Grzmot, poziom sto siedemdziesiąty dziewiąty. Na plecach niósł dwuręczny topór o szerokim, matowym ostrzu. Szedł wolno, z pewnością siebie człowieka, który wchodzi na własne podwórko.
– Valdis – powiedział Grzmot, zatrzymując się kilkanaście metrów ode mnie. Miał niski, spokojny głos. – Trzy lata temu wziąłeś nam ten zamek. Skoro nagle wróciłeś z martwych, przyszedłem zobaczyć, ile ci z tamtego zostało.
Obok Grzmota stanął chudy, żylasty gracz z dwoma krótkimi mieczami u pasa. Nick Siwy.
– Wrócił obejrzeć zamek, zanim go znów straci! – zawołał Siwy w stronę tłumu.
Ludzie Sfory wybuchnęli śmiechem. Szron milczał. Nikt z moich oficerów nie odezwał się słowem, żeby stanąć w obronie dowódcy. Czekali, co zrobię.
Przed moimi oczami wyskoczyło powiadomienie systemu.
[Grzmot wyzywa cię na pojedynek.]
[Zasady: Do upadku. Bez utraty przedmiotów. Bez transmisji publicznej. Poza Tablicą Ostoi.]
To był zwykły, brudny sparing bez ryzyka spadku w rankingu czy utraty sprzętu. Grzmot chciał mnie upokorzyć przed moją własną gildią. Spojrzałem na okno zaproszenia. Kalkulowałem szybko, tak jak przywykłem to robić na starym koncie. Osiem poziomów przewagi dla mnie. Wyposażenie Valdisa, legendarna włócznia i atrybuty, które miażdżyły system. Do tego miałem w głowie wyuczone otwarcie mistrza serwera, przeciwko któremu Grzmot nie miał prawa zdążyć z blokiem. Odrzucenie zaproszenia przy setce świadków oznaczałoby, że Valdis boi się walki, a to zniszczyłoby resztki autorytetu, jakiego potrzebowałem do kierowania tą gildią i zarabiania pieniędzy.
Musiałem to wygrać, żeby w piątek mieć za co spłacić Kafara.
Wcisnąłem „Akceptuj”.
Tłum na placu zafalował. Ludzie Szronu i kupcy cofnęli się gwałtownie, tworząc szeroki, nierówny krąg na bruku między wieżą a bramą. Kilku graczy stojących w pierwszych rzędach podniosło ręce i włączyło nagrywanie z wbudowanych kamer interfejsu. Wszedłem na środek. Przesunąłem dłoń po gładkim drzewcu Wichrowego Grotu i opuściłem broń do dolnego chwytu.
Grzmot zrzucił topór z pleców. Stanął nisko na nogach, lewym bokiem do mnie. Trzymał broń przed sobą, ale zostawił za prawym ramieniem czyste, szerokie przejście, ciągnące się aż do jego pleców.
Patrzyłem na to ustawienie. Było podejrzane. Luka w obronie była szersza i bardziej oczywista niż którakolwiek z tych, które Wrotycz zostawiał na starym nagraniu z półfinału. Grzmot dosłownie zapraszał mnie, żebym tam wszedł. Mój instynkt starego Łowcy Brodów podpowiadał, że to pułapka, że nikt na tym poziomie nie zostawia tak oczywistej dziury w obronie bez powodu.
Ale z tyłu głowy miałem inną myśl. Valdis robił swoje otwarcie setki razy. To była jego popisowa technika, doskonała pod kątem klatek animacji i zasięgu. Miałem ją zapisaną na aptecznym paragonie krok po kroku. Przy tych wszystkich nagrywających mnie ludziach, przy presji zarobienia na dług ojca, nie zamierzałem teraz wymyślać własnych, amatorskich ataków, których Valdis nigdy nie używał. Zrobię to dokładnie tak, jak na nagraniu.
W powietrzu między nami pojawił się czerwony licznik.
Trzy.
Dwa.
Jeden.
Start.
Zrobiłem trzy szybkie kroki do przodu, żeby złapać pęd. Grzmot nie drgnął, wciąż zostawiając tę samą szeroką lukę w obronie. Zostało między nami jakieś dziewięć metrów, ale nie sprawdzałem, czy to dobry dystans do skoku.
Uruchomiłem Burzowy Krok.
Świat rozmazał się w błękitną smugę. System przejął kontrolę nad animacją skoku. Powtórzyłem ruch z nagrania, kierując się za prawe ramię Grzmota, żeby wyprowadzić pchnięcie w kark.
Zobaczyłem plecy przeciwnika, ale zanim zdążyłem pchnąć włócznią, pęd poniósł mnie dalej. Wylądowałem twardo na bruku, dwa metry za nim.
Powtórzyłem skok z walki z Wrotyczem, nie sprawdzając, gdzie wyląduję.
Obejrzałem się przez ramię. Grzmot już tam był. Obrócił się w miejscu z morderczą precyzją, a jego szeroki topór spadał z góry.
Matowe ostrze uderzyło mnie z boku, prosto w łączenie lamelki. Dźwięk gniecionego metalu uderzył po uszach. Mój pasek zdrowia spadł natychmiast o jedną trzecią.
Zaparłem się na nogach i podniosłem drzewce włóczni do osłony. Zrobiłem to o klatkę za późno. Drugi cios topora uderzył w jesionowe drewno, przełamał blokadę systemową i zjechał po drzewcu na mój obojczyk. Zabrał kolejną ćwiartkę zdrowia. Pasek zmienił kolor na żółty.
Cofnąłem się na trzy metry i odpaliłem Taran Burzy. Chciałem przebić się przez niego szarżą i odzyskać przestrzeń. Moja postać ruszyła do przodu z hukiem, otoczona animacją wiatru. Grzmot zrobił krótki krok w bok i uderzył mnie toporem w plecy, kiedy go mijałem.
Zachwiałem się, tracąc równowagę. Zbroja zaciążyła. Obróciłem się zdesperowany, próbując wyprowadzić zwykłe pchnięcie, ale czwarty cios już opadał.
Topór uderzył mnie prosto w hełm.
Na ułamek sekundy obraz zalała czerwona poświata obrażeń krytycznych. Pasek zdrowia zjechał do zera. Uderzenie rzuciło mnie na kolana; podparłem się drżącymi rękami o bruk.
Przed oczami wyskoczył szary komunikat.
[Pojedynek zakończony. Zwycięzca: Grzmot. Czas walki: 11 sekund.]
Na placu zrobiło się cicho. Słyszałem tylko szum wiatru i własny, krótki oddech pod hełmem.
Potem wybuchł śmiech. Najpierw zarechotali ludzie Sfory, głośno i chrapliwie. Zaraz za nimi dołączyła część kupców, a nawet niektórzy gracze Szronu, stojący w tylnych rzędach, parsknęli tłumionym śmiechem.
– Legenda! – zawołał Siwy, klaszcząc w dłonie przesadnym ruchem. – Zapomniał, jak się biega we własnych butach!
Grzmot oparł topór na ramieniu. Stanął nade mną bez uśmiechu.
– Zrobiłeś się wolny, Valdis – powiedział cicho. – Bardzo wolny.
Odwrócił się plecami i ruszył w stronę bramy. Ludzie Sfory poszli za nim, wciąż głośno komentując to, co właśnie zobaczyli.
