Najada - Oryszyn Zyta - ebook + książka

Najada ebook

Oryszyn Zyta

4,3

Opis

Debiut Zyty Oryszyn z 1970 roku to napisana z czułością, ale niepozbawiona stylistycznej brawury opowieść o życiu na wsi. Opowieść, w której karty na pozór są już rozdane, a role i tożsamości, także płciowe, raz na zawsze przypisane, lecz mimo to życie tchnie, kędy chce, nie zważając na to, co esencjalne. Po pięćdziesięciu latach od pierwszego wydania Najadę czyta się jako przeciwwagę wobec tworzonego przez mężczyzn kanonu literatury chłopskiej. Myśliwski, Pilot, Redliński? Owszem, ale przede wszystkim Oryszyn.

 

*

 

Bohaterki Najady – Amy Topolniakówna, matka Sawki, zmarła pacjentka Ganowskiej, francuska babka Marychny, spędzająca noce z Leonem Wiśka, inne znikające we mgle kobiety – są „pannami z dzieckiem”, umierają przy porodzie lub w wyniku nielegalnej aborcji, być może popełniają samobójstwo z miłości, stając się nimfami – schodząc pod wodę jak w płyn owodniowy, w okryty tajemnicą kobiecy los.

 

– z posłowia Ingi Iwasiów

 

*

 

Proza Zyty Oryszyn rwie jak potok, pryska jak źródlana woda. Ani się obejrzysz, a siedzisz na wozie i plujesz pestkami od wiśni na okoliczne łąki. A potem zaglądasz ludziom przez zazdrostki i słuchasz historii opowiadanych „w te lepsze wieczory”. Jedną z nich jest ta szeptana przez Marychnę, dziewczynę nieco osobną i nie do końca odnajdującą się w rzeczywistości. Powieść sprzed pięćdziesięciu lat jest nadal aktualna, chociaż realia polskiej wsi zmieniły się nie do poznania. 

 

– Sylwia Chutnik

 

*

 

Od pierwszej sceny, gdy na wiejskiej zabawie smyczek śmiga po pośladkach młodej dziewczyny, po scenę ostatnią – zaskakującą, mocną pointę pozornie beztroskiej historii - wszystko w tej książce jest namacalne, fizjologiczne i żywe. Oto wyjątkowa powieść wybitnej pisarki.

 

– Martyna Bunda

 

*

 

 

Zyta Oryszyn (1940–2018)– pisarka i dziennikarka. Autorka powieści, takich jak Melodramat, Gaba-Gaba, czyli 28 części wielkiego okrętu, Czarna iluminacja, Madam Frankensztajn. Dwie ostatnie wydała w drugim obiegu, w którym udzielała się też jako redaktorka, m.in. Wezwania i Kultury NiezależnejZa Ocalenie Atlantydy została uhonorowana Nagrodą Literacką dla Autorki Gryfia i Nagrodą Literacką Gdynia oraz była nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Najada ukazała się po raz pierwszy w roku 1970 i była jej debiutem. Oryszyn otrzymała za nią Nagrodę im. Wilhelma Macha.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 209

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (27 ocen)
14
8
4
1
0

Popularność




I

Na zabawie w Przyrowie skrzypek Leon powiedział do harmonisty: – Ale morgi, no nie? – I przeciągnął Marychnie smyczkiem po pośladkach. Sawka stał za orkiestrą i przyglądał się dziewczynom. Nie znał tej jednej, Marychny. Spojrzał na smyczek, na jedwabną sukienkę, na zapłonioną dziewczynę i zwyczajnie podniósł pięść, tylko skrzypek Leon nie mógł już wstać, a Wiśka Walczaków zaciągnęła się śmiechem wysokim jak topola.

Po raz drugi zobaczył Marychnę na targu w Przyrowie pośród koszy z wiśniami, ale nie pomyślał o niej, dopóki nie podszedł tak blisko, że poczuł pot. Pot Marychny czerwonej na twarzy, w czerwonej sukience, z czerwonymi, obrzękłymi nogami. Rozsiadłej wśród wiśni pachnących jak ona – ostro, zjadliwie; pocących się jak ona – przemożnie, zawrotnie.

Poczuł, że ma język. Kiedy zasycha w gardle, a serce zaczyna drżeć jak młody lis – mawiał Molenda – można zrobić błąd, podejść bliżej, jeszcze i jeszcze bliżej, i chcieć tak pozostać – tuż-tuż. Ale nie pamiętał o tym Sawka i z drżeniem w sercu patrzył na jedyny biały punkt na plecach Marychny, gdzie kończyła się opalenizna na karku, a zaczynała czerwień sukni, a gdzie miejsca było na tyle, żeby zmieściły się wargi. – Cześć, Sawka – usłyszał, ale nie odpowiedział, bo wargi były jeszcze tam. – Sawka, niech skonam – usłyszał znowu, odwrócił się i zobaczył, że istnieje świat. Jaworczak stał przy wozie i wyciągał do niego w ręce, czarnej i kostropatej jak ostew, paczkę sportów. – Niewiela już ta tego zarobku – wskazał głową wiśnie Marychny – patrzeć ino, jak przywalą Kaszuby ze swojemi wiśniami i wtedy kaput. Cześć pracy. Jak chcesz, podwiozę cię. Jadę do Mrągan saradelę Pawiakowi wozić.

– Przecież on saradelę na osielicy, koło domu siał. Po co wozem? Na plecach by mógł znieść – przemówił Sawka.

– Gdzie ta – Jaworczak podciągnął spodnie i popatrzył w niebo – na osielicy pomidory latoś, zarabia na nich jak szlag. By ino burzy nie było. – Znowu spojrzał w niebo i splunął.

Podszedł do nich, jak szpotawy koń, stary Kownas.

– Poczekaj – Sawka sięgnął ręką do tylnej kieszeni – mydło tylko sobie kupię i parę żyletek.

Przeszedł koło Marychny jakby nigdy nic. Przypomniał sobie, że Rychu soli nakazał mu kupić, „bo jak bogamego, Sawka, kartofle na słodko to ja jeszcze mogę jeść. Lolobrygida do ucha mi wtedy śpiewa: pliz, mister Rikardo, pomdetery bez soli, to moje specjalite, niech pan wtrążala. Ale bigosu bez soli nie zeżrę, jak mi Bóg miły”.

Na połowie drogi między Przyrowem a Mrąganami, koło świętej figury, Sawka zeskoczył z wozu i pomachał ręką Jaworczakowi. – A jo, jo – pożegnał się z Sawką Jaworczak i śmignął batem konie.

Za trzecią morenową górką na Szwajcarskiej Dolinie rozłożyła się państwowa tuczarnia.

Sawka olsnął na chwilę od żółtego piasku ścieżki, żółtej dziewanny po obu jej stronach i od zazdrosnego koloru zboża leżącego pokotem po ostatniej burzy. Przerzucił torbę z zakupami na lewe ramię. Słońce przylgnęło do niego ciasno jak dziewczyna. Za trzecią morenową górką wyprowadzona w pole ścieżka zagubiła się w zieleni doliny. Dolina ciągnęła za słońcem jak krasna markietanka od wschodu do zachodu. Tylko od północy pilnował jej wilkołacki las, więc od południa rozłożyli ludzie chlebowe pola, a pośrodku był staw.

Powiadali ludzie ludziom w te lepsze wieczory, a dzieci słuchały tego w kucki, że będzie lat temu z dziesięć przed wojną, Topolniak, co kamienicę miał w Radomży, a córkę Amelię z żoną do wód wysyłał, w interesach do Żyda do Przyrowa przyjechał, nie drogą, tylko na skróty wracać chciał i ni stąd, ni zowąd na dolinę wjechał, i oniemiał. – Szwajcarska Dolina – powiedzieć miał tylko, kiedy potem kupował ją, od kogo trza. Później olbrzymią jakąści stodołę murowaną, pobielaną, z oknami i dachem postawił na niej i rodne cieliczki za granicę pojechał kupować. Wtedy młoda Topolniakówna czarną limuzyną z synem adwokata z Radomży zaczęła tam przyjeżdżać. Limuzynę zostawiali przy drodze, a sami ścieżką za trzy morenowe górki szli. Ona zaciągała się papierosem w srebrnej cygarniczce, a on mówił do niej Amy.

Potem gruchnęło po okolicy, że Amy zniknęła. Znaleźli się tacy, co w tę sobotę krzyk jakiś w Dolinie słyszeli i warkot samochodu. Gwałtem z zagranicy wrócił stary Topolniak bez rodnych cieliczek. Szukali jej wszędzie. Po stawie tratwami jeździli i bosakami dno badali. Ale nic. Jak kamień w wodę. Znaleźli się też i tacy, co pannę Amelię nie tylko z synem adwokata widzieli. Ale nie wiedzieli, kto to. – Wysoki był i z francuska gadał – powtarzali tylko. Topolniakówna nie znalazła się, a stary zdziwaczał, Dolinę przeklął i za granicę albo do Krakowa wyjechał.

Prawdą jest, że od tamtego czasu w Dolinie straszyło i nikt nocą do domu na skróty nie wracał. A dzieci to i w dzień nie poszły tam krów paść. Nawet za przyobiecany kozik z samej Radomży.

Ludzie świętą figurę przy drodze wystawili, żeby najada tam nie zbłądziła, bo którędy do domu było wracać z majowego nabożeństwa, a kościół tylko w Przyrowie był.

Sawka doszedł wreszcie do tuczarni, a Rychu, który wyszedł na próg i go zobaczył, powiedział: – Wreszcie! Blondynki mdleją za tobą, jedna po drugiej.

Ucapione Sawki gorejące słońce odpadło od niego dopiero przy sieni i siadło ciężko na smołowanym dachu.

– Zaraz będziemy serwatkę podawać. – Rychu przesypał już sól do puszki po landrynach i rozwijał jajka z oskubin gazety. – O rany – wykrzyknął nagle i powoli, ostrożnie, odrywać zaczął stłuczone jajko od kolorowego na gazecie obrazka – cyce jak kilowaty. Chciałbym takie mieć. Czasami. Sawka, patrz. Szkoda, że babka taka zapaćkana, powiesiłbym sobie nad łóżkiem. – I Rychu powoli zmiął zamazane zdjęcie.

Wszedł Józwa i zaczęli nosić serwatkę świniom. Kiedy Rychu zobaczył je pierwszy raz, zakaszlał, nienawykły do odoru, i gwizdnął przeciągle:

– A niech to jasny szlag, nie za mało nas będzie na tyle blondynek?

Ten, co przyjmował do roboty, złapał się za strupek na wardze i wymamrotał:

– Cholera, nie rozśmieszajcie mnie, chłopaki, mam zajad na ustach. Nie będzie was za mało. Czterech was będzie akuratnie. To przecież eksperymentalna tuczarnia, a nie całą gębą. Blondynki! W dechę żeś to wymyślił, chłopie.

Torowali sobie drogę tam i z powrotem, z pełnymi wiadrami, naprężonymi barkami, ugiętymi lekko kolanami, poprzez zaćpane, ciamkające powietrze. Po piątej kolejce wyszli na próg. Słońce stoczyło się na nich pachnące smołą, kośbą, grzmotami i obsiadło ich czerwone karki.

– Idzie na burzę, za duży duch w powietrzu.

Józwa i Felek stali podani prosto do przodu. Rychu i Sawka oparci plecami o łyskliwą framugę wejścia.

– Jutro przyjeżdża weterynarz, trza obrządzić.

– Te dwie w szóstce mają chyba anemię.

– Cholera tam, nie kracz, Józwa. No, chłopaki, koniec fajrantu.

Napełnione wiadra chlupotnęły, a Sawka, nie wiadomo dlaczego, przypomniał sobie tę noc, kiedy była pełnia księżyca, od trawy do trawy niósł się szept, a on leżał w szuwarach nad stawem i nie wiedział nic.

Nie jest to prawda, że najady wychodzą tylko w ciemne noce ze stawów nabrzękłych oparem albo zza krzaków bzu. Najady w ludziach mają zacisze i wypełzają krętymi pytaniami, kiedy sercem ludzkim targnie byt, bo są to pytania o sens. Tak mówił Molenda, ten – co rozwoził chleb wojakom za czwartą morenową górkę, za Szwajcarską Dolinę, aż na Piaski. Ten – co to, jak nim targnął byt w przyrowskiej knajpie, wlazł na stołek, odsłonił pierś kudłatą i tak balansując między niebem i ziemią, z wyciągniętym palcem ku górze, jakby pokazywał grom z jasnego nieba, z oślepłymi oczami – zawołał:

– Ludzie, co my tu na tej świętej ziemi robimy? Ja czytałem w życiu książki. Książki o wielkich podróżnikach. Oni coś robili. Oni tę naszą ziemię odkrywali. A my, co?

– Leć do domu lepiej, Molenda, i zobacz, czy ci kto żonki czasami nie odkrył – poradziła bufetowa i Molenda powoli trzeźwiał pośród pijackiego śmiechu.

Zlazł ze stołka, pogmerał ręką za drobnymi i powiedział cicho: – Głupiaś, Stefciu, uważam cię, boś bufetowa, aleś głupia.

Tej to właśnie nocy Sawka, wracając do domu z knajpy, położył się nad stawem, nad którym opar gęstniał jak para w izbie babki Ganowskiej, kiedy na rozpalonym piecu gulgała woda w wiadrach, okna były szczelnie opatulone pierzyną, a on, Sawka, miał ze sześć, siedem lat, albo i więcej. Czekał zawsze, aż babka wyszoruje stół, rozłoży na nim ceratę i białe krochmalone prześcieradło, zapali fajkę i zada pytanie: – Tak postanowiła?

Sawka nigdy nie usłyszał odpowiedzi od żadnej z dziewczyn. Wszystkie one siadywały koło kredensu, na zydelku z trzema nogami, skubały obrąbek zawiniątka z równo ułożonymi papierowymi pieniędzmi i podnosiły na babkę załzawione oczy. Babka gasiła fajkę, myła ręce, oblewała je denaturatem i mówiła:

– U mnie ugoda musi być jedna. Krzyczeć nie wolno, żeby nie wiem co. – I do Sawki: – Tak ty, Sławciu, idź już na stryszek, dziecko, i pamiętaj, jakbym zawołała głośno na ciebie: „Sławciu, Sławciu”, to ty się nie oglądaj, synek, tylko prosto do pana Zasławskiego leć i mów: „U babki Ganowskiej pogotowie potrzebne”.

Wybiegał w takie noce na dwór z ciężkim, dzwonnym sercem. I ze strachem dopadał drabiny, bo bał się, że nie zdąży domknąć skobelka, a babka już diabła wypędzi i on, ten diabeł, od razu poczuje wonne siano na stryszku, i przygna za Sawką, bo noc jest bezgwiaździsta i trudno w taką ciemnicę po omszałych stodołach dziewuchy jakiej szukać. Dobrze wiedział, co lubią te dziewuszyne diabły. Sama babka mu o tym powiedziała, i to w jasny dzień, na dębowej polanie, kiedy szukali wilczego łyka. Nie zadziwowała się, że zapytał o te dziewczyny. Nabiła najpierw fajkę, potem strzepnęła z rękawa plamkę słońca i powiedziała:

– No więc ty słyszał, synek, o tym, że szatan na świecie jest. Opowiadali tobie ludzie, że tak na przykład koło Tulczynego stawu to on w czarnego psa się zmienia i tak leży, i czeka, aż kto koło niego nie przejdzie i ze strachu kolki nie dostanie. Taki szatan to nic. On tylko leży, a ludzie sami się boją. Ale są inne szatany, tych nie widać, bo one w nic się nie zmieniają, tylko w serce człowieka wchodzą i człowiek zły się robi i nienabożny. Albo głowę człowieka opętują całkiem i robi człowiek całkiem nie po ludzku. W nocy nie śpi i rano nie wstaje. W trąbkę chciałby duć i w świat iść. I są inne jeszcze. Te dziewczynine. Lubią one noce gwiaździste i siano dopiero co skoszone po stodołach. Te diabły ja wypędzam, synek.

Opar coraz niżej nad stawek rozpełzał się. Sawka zdjął ubranie i wszedł do wody. Stopy ugrzęzły mu w czarnej paćkowinie. Niebem przetoczył się warkot samolotu. Podniósł głowę do góry, czy nie zobaczy światełek, ale mleczne gręple omotały mu oczy. Zadudniło serce, zamigotała srebrna cygarniczka i zapachniało ciepłym oddechem najady. Szarpnął się do tyłu, pośliznął i całym ciałem opadł na wodę. Zachłysnął się nią czarną, zmątwioną i wychynął na wierzch. Przestał się bać z samej na siebie wściekłoty i spokojnie już wylazł na brzeg. Po szuwarach westchnęło. Nie mógł natrafić na ubranie. Wyszedł z chichtających teraz na lekkim wietrze traw i poszedł do tuczarni. Szarpnął drzwiami i nacisnął kontakt.

Józwa na pryczy zaszamotał się i osłonił ręką zaropiałe oczy.

– Wszelki duch, Jezu Chryste – przylgnął do ściany – Sawka, to ty?

Sawka nalał do miski wyziębłej wody z kotła, włożył do niej głowę, ochlapał piersi, zatrząsł się z chłodu i powiedział:

– Te, umyj mi plecy.

Józwa zlazł z pryczy, podciągnął przeszarzałe kalesony, włożył na gołe nogi gumiaki i podszedł do Sawki.

– Coś cię chrasnęło w ramię. – Dotknął Sawkowego barku.

– Myj.

– Trzeba by wódką przechlapać.

– Masz?

– No – powiedział Józwa i podszedł do szafki. Pogmerał w zatęchłych szmatach, wyciągnął butelkę po lemoniadzie i przylgnął do niej wargami. Czerniawa szczecina na policzkach zapadła mu się zachłannie.

– Te. – Sawka zrobił krok.

Józwa oderwał butelkę od warg, aż cmoktnęło, wyciągnął rękę do Sawki, zakaszlał, zachłysnął się i wykrztusił:

– Bo żeś mnie przestraszył, chłopie. Człowiek sobie śpi, no nie, a tu na pośrodku stajesz ty, nie ty, cały czarny jak ta wierzba, co w niej dukało przeszłego lata, no i cały goły.

– No nie tak znów całkiem goły. – Sawka przechylił butelkę.

– E tam, zdejmaj lepiej te gatki, bo od nich cała chałupa pleśnią zajdzie.

Sawka potknął się o próg i ocknął z zamyślenia. Z wypełnionego wiadra chlusnęło.

– Wiesz – zaśmiał się Sawka do Rycha – tuż przed twoim przyjściem do nas pobiłem się z Józwą.

– A ino – zarechotał zgodnie Józwa.

– Bo wiesz, żem wlazł do stawu od tej strony, gdzie szuwary, żeby sobie popływać. – Sawka zmienił trochę fakty, bo jak tu się przyznać, że się leżało nad stawem, nie wiedząc nic, nie wiedząc, po co nad stawem i po co na świecie. – Ale mi się odechciało i żem wylazł, szukam ubrania, a jego nie ma. To idę do domu, a Józwa mi powiada, jak żem przyszedł, że gatki mi waniają. No to ja jego bach, no to on leży. Wstaje i mnie bach, i ja leżę. To ja wstaję i jego, a on bęc, i się nie rusza. To ja do niego na kolana: „Józek kochany”, i przy nim klękam, a on mnie znienacka hakiem. Alem się tylko strząsł i kolanami na niego. To on do mnie: „Puść, bo zarąbie”. A pijani my, bo żeśmy se przedtem golnęli. To ja do niego: „Gówno, nie mnie zarąbiesz, ale pod siebie narąbiesz, ty…”. „Jezu” – on zachrypiał. „Sawka, to ja do ciebie jak brat, a ty do mnie tak…”

– Jak żem przyszedł, to żeście sobie zgodnie jak te baranki na podłodze spali, a to przecie cement – powiedział Felek – nawet się nie przeziębiły, diabły zatracone.

Felek przyszedł od żony, z łóżka wysłanego chrumką słomą, z domu. Spojrzeli na niego cicho, jak na człowieka, który wie, bo ma. Bo ma drugiego człowieka, a jak się go ma, to się też i wie. To samo z siebie przychodzi, ta wiedza. Albo z myślenia o tym drugim człowieku. To jest fakt. Tak powiedział Molenda, kiedy pili samogonkę starego Kownasa i śpiewali:

– Każdy pyta, co się dzieje, czy to świta, czy to dnieje, skąd ta łuna bije, tak miła oku. – I bęcali przy tym palcami w sagan z chochlą, pełen pachnącego życia.

A student nie inaczej powiedział Sawce zeszłego lata na kośbie. – Wiesz, stary, czasami to krew człowieka zalewa. Czekam i czekam, kiedy zacznę je mieć, czasami zdaje mi się, że już mam, biorę się do malowania i klops. I przyjeżdżam tu co rok, i znowu od początku. Ale będę je miał. Człowiek tyle wart, co ma własnego naprawdę. Własne odczucie, własny świat, własne przeżycia, własny drugi człowiek. A ja chcę mieć niewiele – własne dniałe światło, kiedy oni koszą. Dniałe światło. Wiesz…

– Bodej to on i gada, panie Ganowski – stary Walczak spojrzał swarliwie na syna – bodej to i gada. Prędzej to żem miarkował sobie do Apsterdamu pojechać, zanim do piachu położą, niż tyla usłyszeć, co on nagadał. Jak profesor jaki. Ale on tak do pana gada, bo żeś pan obcy. Niewiela pan tu jesteś. Bo do rodzonych to on milkliwy, jak ta woda w studni. Dopiro jak do niej zawołasz, to ci odpowie… Myślelim, do nas starych on przyjeżdża, a on powiada: „Do światła”. Do światła. Do jakiego światła?

– Widzi ojciec. Ojciec się rozejrzy, to zobaczy.

– A tyż i widzę. Czyrwono jest, nie, niebiesko jest. Żółto tyż jest. Dyć jak ma i być o trzeciej nad ranem, nie? – zapytał Walczak Sawki i zakląskał osełką o kosę.

– No, chłopaki, zacznijcie obrządzać panny. Ja potoknę wiadra po tej cuchnącej serwatce i zacznę obierać kartoszki! A ty, Sawka, miał jeszcze do Kownasa po kwaśne mleko lecieć – powiedział Rychu.

– Dobra. Gdzie stoi kanka? Aha, to ja jeszcze potem do Walczaka wpadnę obgadać, czy jutro zaczynają kośbę, jak zeszłego lata, o trzeciej rano.

Wyszedł na dwór. Słońce zakryła właśnie pogodowa, czarniawa od spodu chmura i Sawka przeszedł niezauważony otwartą przestrzeń w cieniste dębniaki. Za dębniakami zaraz pierwszy mieszkał Kownas, jak mógł najlepiej. A nawet mawiał o sobie: – Człowiek jakby wiedział, że całkie życie będzie sam, bo tak się na wylocie, pierwszy z brzegu pobudował. – W drzewach zaturlikało niespodzianie, zerwał się leciutki wiatr i słoneczne plamki przesunęły się leniwie tam i z powrotem. Sawka przystanął i zapalił papierosa.

Kownas ze spoconym milicjantem Gajdą siedzieli po cienistej stronie chaty. Przepijali orzechową nalewką i rozmawiali o rybach.

– Biorą, że kosić je można. Ino co jedną z wody otrząchniesz, już druga siedzi na haku – dowodził stary.

– Nachalne są. Fakt – zgodził się Gajda i odpiął pierwszy urzędowy guzik – tylko mordę mają jak rzepa. Moja stara ani patrzeć nie może.

– Łeb się ucina. Na patelnie bach i po strachu. A zbudowane są jak szóstka austriacka, cienkie w ogonie, szerokie w pysku.

– Podobne do kiełbia. Fakt. – Gajda przytknął do opoconych warg drewniany kieliszek.

– E tam, do kiełbia – zaperzył się Kownas – do okonia lepiej, powiedz pan.

– Cześć pracy – Sawka odłożył kankę na pieniek – jak nie kiełb ani okoń, to ani chybi kleń, panie władzo, nie?

– Ale tam, panie Ganowski. Przecież klenia najlepiej się ciągnie pod upustami albo pod młynem. A gdzie tu jaki młyn?

– Żem myślał, że to studenty znowu tę ankietę przyszli robić, jużem ich widział u młodej Martyniakowej na posadzie. A to pan, na szczęście, po kwaśne mleko. Tak? Naszykowane. A tych studentów psem wyścigam, jak przyjdą. Byli tu już, pytali, pisali, pięć roków poszło won, jak kamień w wodę, i nawet dachu nikt nie naprawił.

– O właśnie, panie Kownas, słuchajcie. – Gajda odpiął drugi pod szyją urzędowy guzik i kichnął, aż pies przez sen warknął, a kury skrzekotliwie zakwokały w piachu. – Właśnie – powtórzył – moja stara mówiła, że pomstujecie na studentów. Mądry z was chłop, a potrzeba wam tłumaczyć byle co. Przecież tej ankiety nie robią władze, ale profesorowie. Instytut, rozumiecie. Instytut, który bada przekrój socjologiczny wsi, rozumiecie. Zmiany, jakie zaszły, rozumiecie. Oni nic nie mają do waszego dachu. Od waszego dachu jest kto inny, bo przecież każdy widzi, że nie wam po dachach w tym wieku ganiać jak młokosowi. Nie trzeba pracy utrudniać. Jak przyjdą was ankietować, to maślanką raczej poczęstować i na pytania odpowiadać… Ale ja tu widzę, że nie będę po takim skwarze na Dolinę leciał, panie Ganowski, jak żeś już tu pan sam przyszedł. Bo ja do Kownasa po drodze, a sprawę mam do pana. Żeby sprawy nie zaciemniać i faktów się trzymać, zapytam od razu: czemużeś pan skrzypka Leona pobił? Mówiła mi moja stara, że jej Wiśka Walczaków powiadała, żeś pan tak duknął gołą pięścią Leona, że go do domu w czterech chłopa nieśli. Tak ciążył. Ja tu, panie, nie mam od nikogo formalnego zaskarżenia, rozumiecie. Moja stara mi to opowiadała. Ale ja, panie, nie lubię, jak kogo pobiją w moim rejonie, a to jeszcze na dodatek z Piasków. Naród tam, panie, znerwowiony, bo to dwa podpalenia w ciągu miesiąca były, jeszcze jeden kłopot na moją głowę. Do tego, panie, rozumiecie, jasne, że oni nikogo ze swoich nie podejrzewają, tylko inne wsie. Takie awantury mi nie na rękę, człowieku, rozumiecie. O tym wam chciałem pójść powiedzieć, ale wy tu sami…

Od starego Kownasa z pełną kanką mleka i dziwnie rozkwitłym sercem przeszedł Sawka sadem gruszanym, potem ścieżką tytoniową. Koło studni i kawałek przez wysokie redliny ziemniaków do Walczaka murowanej chałupy. Nawet palące słońce nie obeszło go, tak był zajęty myślą, że wszystko na świecie może być jeszcze jego. Że może wyjechać stąd, jak zarobi pieniądze, i jeszcze na studia pójść, i w świat potem, dlaczego nie, chociażby do tego Damaszku, jak ten z autobusu, co go pchali pod górkę ostatniej zimy z Radomży do Przyrowa. Facet jechał na święta do rodziny. Z Damaszku jechał. Ojciec wyszedł mu naprzeciw na radomżańskim dworcu i w autobusie facet opowiadał, jak o mały włos byliby skierowali samolot na inne lotnisko, taka w Warszawie zawieja.

– Co ty też, synu – zmartwił się stary – matka dla ciebie postu zaniechała, bo, powiada, nie wiadomo, co ty też w tym Damaszku u pogan jesz. Kurczaki dla ciebie tuczy od dwu niedziel, i to na ryżu z mlekiem i piwem, jak to jeszcze nasze ojce robili.

Autobus szarpnął, zakołysał, jak stara Martyniakowa, kiedy miała przekroczyć wysoki próg.

– Panowie – powiedział kierowca – za kawałek będzie z dziesięć metrów pagórka, drogę oblodziło, a ja bez łańcuchów, popchacie wtedy autobus, bo możem nie wjechać.

– Nie uwierzy ojciec, jak się od zimy odzwyczaiłem, choć to tylko dwa lata minęły…

– No, popróbujem – mruknął kierowca i włączył trzeci bieg. Autobus szarpnął do przodu, w motorze zabulgotało i obsunęli się miękko w tył. – Panowie, wysiadka.

Zatupali na szosie nogami i zapalili papierosy. Zwabiony ogniem nadciągnął mróz. Odrzucili papierosy, ale mróz pozostał przy nich. Razem zaparli się w wóz.

Na progu u Walczaka Sawka zatupał nogami, taki jeszcze cały w tamtej przypomnianej zimie był, i wykrzyknął, jakby to nie południe było, nie południowe słońce świeciło, ale wilki wyły po okolicy, dając sobie znać z pozycji na pozycję, że traktem zapóźniony idzie człowiek.

– Dzień dobry, jest tam kto?

Przez ciemnawą sionkę wyjrzała przestraszona twarz Wiśki. Jej porowaty nos poczerwieniał na widok Sawki. Cofnęła się.

– Dzień dobry. – Głos jej chrypiał lekko, jakby źdźbiny zboża utkwiły między strunami gardła. – Ojca nie ma, a matka u Białawskich, po mleko poszła. Niech pan wejdzie i poczeka. Nie ma co tak butów czyścić, zaraz będę podłogę myła, tylko się z obiadem skończy. Nie usiądzie pan?

Przyzwyczajony do zapachu gnoju, Sawka zdumiał się na słodkawy zapach wanilii roznoszący się po mieszkaniu i dopiero jak zapragnął wody, czystej, zimnej, krynicznej, ciągnionej z czeluści trzydziestu cembrowin w chybotliwym wiadrze, uświadomił sobie, że mógłby zemdleć, gdyby nie był mężczyzną.

– Niech mi pani da się napić wody, pachnie tu…

– A to na przyjazd Waldka ciastośmy z mamą umyśliły. Gorąc, bo gorąc, ale Waldek właśnie takie lubi. Żeby było dużo rodzynek i dużo wanilii. – Wzięła do ręki emaliowany niebieski kubek i nawykłym ruchem odpędziła muchy z pokrywy garnka do prania. Nabrała wody, a muchy wzbiły się do sufitu jak kurz. Podała kubek. Sawka przytknął go do warg, poczuł ciepłą, słodkawą wodę, jakby i tam dotarła wanilia, i spojrzał przed siebie bezradnie.

Wiśka przez ten krótki moment poprawiła kosmyk włosów i odlepiła klejącą się do pleców koszulę.

– Jak pan w sprawie kośby, to niech pan przyjdzie wieczorem. Ojciec będzie. Może i Waldek. Na telewizję można popatrzeć. Straty czasu nie będzie.