Morderstwo w Mezopotamii - Agata Christie - ebook + książka

Morderstwo w Mezopotamii ebook

Agata Christie

4,6

Opis

Agata Christie, żona archeologa Maxa Mallowana, znała realia życia na wykopaliskach. Narratorką powieści uczyniła pielęgniarkę wynajętą przez szefa ekspedycji do pomocy wyczerpanej żonie. Żona ma przywidzenia i boi się o swoje życie. Ma też temperament, który żadnego mężczyzny nie pozostawia obojętnym.

Królowa Śniegu ginie na pustyni... Czy ofiara pisała do siebie listy z pogróżkami, żeby podtrzymać zainteresowanie swoją gasnącą urodą? A że „morderstwo wchodzi w nawyk”...

Herkules Poirot odbywa podróż w przeszłość, aby w irackim słońcu zmierzyć się z mordercą pierwszej kategorii!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 293

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
Murder in Mesopotamia
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© SERDAR YAGCI
Korekta
ANNA KURZYCA
Redakcja techniczna
EDYTOR
Murder in Mesopotamia Copyright © 1936 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie
Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited
in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMI, MMXV (wydanie elektroniczne)
Translation by Prószyński Media.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5284-8
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Przedmowa doktora Gilesa Reilly’ego

Niniejsza opowieść dotyczy wydarzeń sprzed czterech lat. W moim przekonaniu opublikowanie jej stało się konieczne, by wyjaśnić i sprostować pewne fakty. Krążą bowiem monstrualne i po prostu śmieszne plotki o zatajaniu dowodów, i tym podobne bzdury. Podobne sugestie pojawiły się głównie w prasie amerykańskiej.

Z oczywistych powodów wskazane było, by opis przebiegu wydarzeń nie wyszedł spod pióra żadnego z członków ekspedycji, mógłby bowiem zawierać osobiste uprzedzenia.

Dlatego też zaproponowałem pannie Amy Leatheran, aby podjęła się tego zadania. Była ona idealną kandydatką. Reprezentuje wysoki poziom etyki zawodowej, nie ma żadnych uprzedzeń i nie stoi po niczyjej stronie, gdyż nic jej nie łączyło z przedsięwzięciem znanym jako: Ekspedycja do Iraku Uniwersytetu Pittstown. Ponadto panna Leatheran okazała się inteligentnym świadkiem o żywym zmyśle obserwacyjnym.

Niełatwo ją było jednak namówić, by podjęła się tego trudu. A nawet kiedy już osiągnąłem cel i dokument powstał, panna Leatheran wykazywała przedziwne opory, by mi pokazać manuskrypt. Odkryłem, że jednym z powodów były krytyczne uwagi w tekście, dotyczące mojej córki, Sheili. Z tą przeszkodą uporałem się szybko, zapewniając pannę Leatheran, że skoro w dzisiejszych czasach dzieci tak ochoczo krytykują rodziców, ci z kolei mogą mieć jedynie satysfakcję, gdy ktoś skrytykuje ich pociechy.

Inna jej obawa wynikała z wielkiej skromności – miała zastrzeżenia co do własnego stylu pisania. Wyraziła też nadzieję, że „poprawię jej gramatykę i inne rzeczy”. Okazało się, że nie musiałem zmienić nawet przecinka. W moim przekonaniu panna Leatheran wykazuje dużą indywidualność stylu, pisze żywo i bardzo trafnie ocenia fakty. Jeśli nawet Herkulesa Poirota w jednym akapicie nazywa „Poirotem”, a w następnym „panem Poirot”, to jedynie pobudza myślenie. W pewnych momentach autorka wydaje się bardzo uczulona na, jakby to określić, „formy zachowania” (trzeba pamiętać, że szpitalne pielęgniarki zwracają dużą uwagę na etykietę), w innych zaś pogrąża się w głęboko „ludzki” opis i pochłonięta nim zapomina o wykrochmalonym pielęgniarskim czepeczku z dystynkcjami siostry oddziałowej.

Pozwoliłem sobie jedynie napisać wstęp, korzystając z listu, który grzecznościowo dostarczyła mi osoba z kręgu przyjaciół panny Leatheran. Założyłem, że będzie on miał charakter frontyspisu – to znaczy przybliży postać narratorki.

Wstęp

W hallu bagdadzkiego hotelu „Tygrys”, noszącego imię rzeki, pielęgniarka kończyła pisanie listu. Stalówka wiecznego pióra wędrowała szybko po papierze.

...a więc, moja droga, to już chyba wszystkie wiadomości. Muszę przyznać, że przyjemnie było zobaczyć kawałek świata – chociaż dla mnie nie ma jak Anglia! Dziękuję za wszystko inne. Nie uwierzyłabyś, jak w tym Bagdadzie brudno. To wcale nie jest romantyczne miasto, jakbyś mogła sądzić z arabskich Opowieści z tysiąca i jednej nocy. Owszem, ładnie położone nad rzeką, ale ulice okropne. I właściwie nie ma żadnych prawdziwych sklepów. Major Kelsey obwiózł mnie po bazarach. Nie można zaprzeczyć, że niezwykłe. Bardzo osobliwe. Ale właściwie to sama tandeta. Poza tym nieustannie walą w miedziane gary, aż uszy puchną i głowa boli – a ja to bym nigdy takich naczyń nie używała, no bo wiesz – jak to czyścić! Przy miedzianych naczyniach zawsze są kłopoty z grynszpanem.

Jeśli coś wyjdzie z tej pracy, o której mi mówił doktor Reilly, zaraz Ci napiszę. Powiedział, że ten amerykański dżentelmen już przyjechał do Bagdadu i może nawet jeszcze dziś po południu przyjdzie się ze mną zobaczyć. Chodzi o jego żonę – doktor Reilly powiedział, że ma „przywidzenia”. Już ja wiem, moja kochana, co to naprawdę oznacza (chociaż mam nadzieję, że nie chodzi o narkotyki!). Doktor Reilly nie zdradził się słowem, ale jak spojrzał! A ty wiesz, co to znaczy. Ten doktor Leidner jest archeologiem. Dla jakiegoś amerykańskiego muzeum rozkopuje pagórek gdzieś na pustyni.

Teraz to już naprawdę kończę! Dosłownie aż mnie zatkało, kiedy przeczytałam, coś mi napisała o tym Stubbinsie! Co na to siostra przełożona?

Naprawdę skończyłam, ściskam,

Twoja

Amy Leatheran

Włożyła list do koperty, którą zaadresowała do siostry Curshaw, w Szpitalu Świętego Krzysztofa w Londynie.

Gdy zakręcała wieczne pióro, podszedł do niej śniady chłopiec hotelowy.

– Pewien dżentelmen chce się z panią widzieć. Doktor Leidner.

Siostra Leatheran odwróciła głowę i ujrzała mężczyznę w średnim wieku, o nieco spadzistych ramionach, łagodnych, zmęczonych oczach i rudobrązowej brodzie.

Doktor Leidner natomiast ujrzał kobietę koło trzydziestki – o energicznej, pewnej siebie postawie. Dostrzegł też wesołą z natury twarz, okoloną ciemnymi, błyszczącymi włosami. Oczy ciut wyłupiaste. Pomyślał sobie, że wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać pielęgniarka nerwowo chorej osoby. Pogodna, krzepka, praktyczna.

Tak, siostra Leatheran taka właśnie była.

Amy Leatheran

Nie pretenduję do miana pisarki i nie znam się na pisaniu. Robię to tylko dlatego, że prosił mnie doktor Reilly, a jest to człowiek, któremu trudno odmówić.

Mimo to szczerze mu powiedziałam, kiedy mi to zaproponował:

– Nie jestem tam żadną literatką, panie doktorze. Na pewno nie jestem literatką!

– To żadna sztuka – odparł. – Niech to siostra potraktuje jako robienie szpitalnych notatek albo historii choroby.

Oczywiście można i tak na to spojrzeć.

Doktor Reilly mówił dalej. Tłumaczył, że bardzo jest potrzebny prosty, nieubarwiony opis wszystkich wydarzeń w Tell Jarimdża!

– Jeśli autorem będzie ktoś z osób bezpośrednio zainteresowanych, to relacja okaże się nieprzekonywająca – stwierdził. – Wszyscy powiedzą, że jest stronnicza.

Trudno było temu zaprzeczyć. Mimo że tkwiłam w całej sprawie po uszy, nie należałam do nich.

– A dlaczego pan tego nie opisze, doktorze? – spytałam.

– Mnie tam nie było. Siostra zaś tak. A poza tym – dodał wzdychając – córka mi nie pozwoli.

To oburzające, jak on się pozwala wodzić za nos tej dziewczyninie. Już miałam ochotę mu to powiedzieć, kiedy zobaczyłam jakieś chochliki w jego oczach. To właśnie jest w nim okropne. Nigdy nie wiadomo, kiedy żartuje, a kiedy jest poważny. Zawsze mówi w ten sam, jakby melancholijny sposób, ale często ma te iskierki w oczach.

– Bo ja wiem – odparłam z powątpiewaniem. – Może bym i dała radę...

– Jestem pewien, że siostra potrafi.

– Tylko zupełnie nie wiem, jak się do tego zabrać.

– Istnieją wypróbowane metody. Trzeba zacząć od początku, pisać aż do samego końca i dopiero wtedy przestać.

– Kiedy ja nawet nie wiem, gdzie to się zaczęło. I kiedy...

– Proszę mi wierzyć, siostro, że znacznie łatwiej jest zacząć pisać niż skończyć. W każdym razie ja mam zawsze takie kłopoty, kiedy przygotowuję odczyt lub przemówienie. Ktoś musi mnie łapać za połę marynarki, żebym wreszcie zamilkł i usiadł.

– Pan żartuje, doktorze...

– Mówię bardzo poważnie, siostro. No i co, zgoda? Napisze siostra?

Dręczyła mnie jeszcze jedna sprawa. Po chwili zastanowienia spytałam:

– A co będzie, jeśli... Bo pan wie, doktorze, że mogę wydać się czasami, niestety, jak to nazwać, obcesowa? Robić bardzo osobiste uwagi.

– Niech mnie anioły, kobieto droga! Im więcej osobistych uwag, tym lepiej! To ma być historia, która rozegrała się wśród żywych ludzi, a nie w gabinecie figur woskowych. Osobiste uwagi, docinki, zjadliwe obserwacje, wszystko! Czego dusza zapragnie! Niech siostra pisze po swojemu. A potem przeczytamy i wytniemy to, co mogłoby narazić nas na proces o zniesławienie! A więc do dzieła! Jest siostra kobietą rozsądną, więc napisze rozsądną wersję tego, co się wydarzyło.

Tak to się stało. Obiecałam, że spiszę wszystko jak najdokładniej.

I teraz właśnie zaczynam, ale, jak to już powiedziałam doktorowi, zupełnie nie wiem, od czego należy zacząć.

Chyba parę słów powinnam powiedzieć o sobie. Mam trzydzieści dwa lata i nazywam się Amy Leatheran. Szkolenie przeszłam w Szpitalu Świętego Krzysztofa, a potem przez dwa lata byłam na oddziale położniczym. Trochę pracowałam prywatnie, a cztery lata spędziłam w lecznicy panny Bendix przy Devonshire Place. Do Iraku przyjechałam z panią Kelsey, którą opiekowałam się po porodzie. Właściwie nie tyle nią, co noworodkiem. Pani Kelsey wybierała się z mężem na dłuższy pobyt w Iraku. Miała tam już zamówioną niańkę, która przez wiele lat była u mieszkających w Bagdadzie przyjaciół pani Kelsey. Dzieci tych przyjaciół wyjeżdżały do szkół w Anglii i niania zgodziła się po ich wyjeździe pracować u pani Kelsey. Pani Kelsey jest osobą bardzo delikatną i bała się wybrać w daleką drogę z malutkim dzieckiem, więc major Kelsey zorganizował wszystko tak, żebym ja mogła z nimi jechać i w drodze zajmować się panią Kelsey i maleństwem, a potem pan major miał zapłacić mi za drogę powrotną do Anglii, chyba żebym znalazła kogoś, kto potrzebowałby opieki pielęgniarskiej w czasie podróży.

Właściwie to nie ma po co szczegółowo opisywać Kelseyów. Dzidziuś był prześliczny, a pani Kelsey całkiem miła, chociaż z gatunku kapryśnych. Podróż wspaniała. Nigdy nie płynęłam tak długo po morzu.

Na statku poznałam doktora Reilly’ego. Miał czarne włosy, smutną twarz i opowiadał śmieszne historyjki bardzo ponurym głosem. Cichutko. Chyba lubił ze mnie żartować, bo wygadywał nieprawdopodobne historie, żeby zobaczyć, czy dałam się nabrać. Był lekarzem w Hassanieh, o półtora dnia drogi z Bagdadu.

Spotkałam go przypadkowo niecałe cztery tygodnie po przybyciu do Bagdadu i doktor Reilly spytał mnie wtedy, jak długo jeszcze będę u Kelseyów. Powiedziałam mu, że to zabawne, że on mnie o to pyta, bo właśnie Wrightowie (ci od niani) zdecydowali się wyjechać wcześniej i ona mogła wcześniej przyjść do Kelseyów.

Na to doktor Reilly odparł, że słyszał o wcześniejszym wyjeździe Wrightów i właśnie dlatego zadał mi to pytanie.

– I jest bardzo prawdopodobne, siostro, że mam dla siostry propozycję pracy.

– Przy chorym?

Skrzywił twarz, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Trudno to nazwać chorobą. Chodzi o opiekę nad damą, która ma, nazwijmy to – przywidzenia.

– Ooo? – wyrwało mi się.

(Przeważnie wiadomo, o co chodzi – alkohol albo narkotyki!).

Doktor Reilly nic więcej nie powiedział. Bardzo był powściągliwy. Natomiast wspomniał, o kogo chodzi.

– To pani Leidner. Mąż Amerykanin. Dokładnie mówiąc – amerykański Szwed. Stoi na czele amerykańskiej ekspedycji. Wielkie wykopaliska...

I wyjaśnił mi, że doktor Leidner prowadzi prace na terenie ruin asyryjskiego miasta wielkości, no, powiedzmy, Niniwy. Dom, w którym mieszkają członkowie ekspedycji, położony jest nawet niedaleko Hassanieh, ale stoi w odosobnieniu. Od pewnego czasu doktor Leidner niepokoi się zdrowiem żony.

– Niezbyt dokładnie to wyjaśnił, ale z jego słów wynika, że ma ona częste napady lęku.

– Czy ona spędza całe dni jedynie z tubylcami? – spytałam.

– Na pewno nie. Jest tam ich chyba osiem osób w tej ekspedycji. Wątpię, żeby kiedykolwiek była zupełnie sama. Bez wątpienia jednak jej stan budzi niepokój. Leidner pracuje jak szaleniec, ale również jak szaleniec kocha żonę. Zamartwia się jej stanem. Pomyślał sobie, że byłby znacznie spokojniejszy, gdyby ona znalazła się pod stałą opieką fachowej osoby.

– On tak pomyślał, a co na to jego żona?

Doktor Reilly odparł z wielką powagą:

– Pani Leidner jest wyjątkowo uroczą kobietą. Na każdy temat ma codziennie inne zdanie. Jednakże w zasadzie pomysł męża jej odpowiada. I doktor dodał:

– To bardzo dziwna osoba. Niesłychanie uczuciowa, a ponadto, jak mi się wydaje, straszna kłamczucha. Leidner chyba uwierzył, że z jakiegoś powodu ona obawia się o swoje życie...

– Ale co ona panu powiedziała, doktorze?

– Ooo! Nie zasięgała mojej porady. Poza tym z wielu powodów mnie nie lubi. To Leidner do mnie przyszedł. No i co siostra na to? Dzięki temu mogłaby siostra obejrzeć kraj przed powrotem do Anglii. Bo oni tu mają jeszcze zostać przez dwa miesiące. A wykopaliska to bardzo interesująca sprawa.

Po chwilowym zastanowieniu odpowiedziałam z wahaniem:

– No cóż, mogłabym chyba spróbować.

– Wspaniale! – oświadczył doktor Reilly, wstając.

– Leidner jest obecnie w Bagdadzie. Powiem mu, żeby wpadł do hotelu i porozmawiał z siostrą o warunkach.

Doktor Leidner przyszedł tego samego popołudnia. Był to mężczyzna w średnim wieku, o niezbyt pewnym siebie i dość nerwowym sposobie bycia. Na jego twarzy malowała się dobroć, a oprócz tego jakaś bezradność.

Wydał się bardzo oddany żonie, lecz strasznie mętnie mówił o tym, co jej dolega.

– Bo widzi siostra – wyjaśniał, szarpiąc w zakłopotaniu brodę (później dopiero zorientowałam się, że zawsze tak robi, kiedy czuje się zagubiony) – moja żona jest w stanie ciągłego napięcia nerwowego. Ja... Mnie to bardzo martwi.

– A jak się czuje fizycznie? – spytałam.

– Ooo! Fizycznie? Cóż, chyba dobrze. Nie, nie sądzę, żeby miała jakieś fizyczne dolegliwości. Ona tylko, jak to powiedzieć, wyobraża sobie rzeczy, których nie ma...

– Jakie rzeczy? – spytałam.

Nie odpowiedział mi wprost, tylko z wielkim niepokojem wymamrotał:

– Podnieca się i denerwuje byle czym... Ja to nie bardzo rozumiem. Te jej ciągłe lęki...

– Przed czym, doktorze Leidner?

– Ooo, wie siostra, takie nerwowe lęki – odparł mało precyzyjnie.

Założę się, pomyślałam, że to narkotyki. A ten biedak nawet nie ma pojęcia, co się dzieje! Bardzo wielu mężczyzn jest ślepych na takie sprawy. Tylko się dziwią, dlaczego ich żony robią się nerwowe i popadają w nagłe zmiany nastrojów.

Spytałam wprost, czy pani Leidner aprobuje pomysł mojego zatrudnienia.

Twarz mu się rozjaśniła.

– Tak, tak. Nawet byłem zdziwiony. Bardzo mile zdziwiony. Powiedziała, że to doskonały pomysł. Powiedziała, że będzie się czuła znacznie bezpieczniejsza.

Uderzyło mnie to słowo. Bezpieczniejsza? W tym kontekście bardzo dziwne słowo. Zaczęłam się zastanawiać, czy pani Leidner nie jest przypadkiem umysłowo chora.

Doktor Leidner, nagle dziwnie rozgorączkowany, ciągnął dalej:

– Jestem pewien, że siostra doskonale się porozumie z moją żoną. Ona jest urocza. – Uśmiechnął się rozbrajająco. – I wierzy, że siostra będzie dla niej wielkim wsparciem. Ja to samo poczułem od razu, jak tylko siostrę zobaczyłem. Siostra wygląda, jeśli wolno mi tak rzec, na niezwykle zdrową i bardzo, bardzo rozsądną. Takiej osoby potrzeba Luizie...

– No cóż, możemy spróbować, doktorze Leidner – odparłam wesoło. – Mam nadzieję, że będzie to z korzyścią dla pańskiej żony. A może ją denerwują kolorowi tubylcy...?

– Ach, nie! – Pokręcił przecząco głową, wydał się wprost rozbawiony moim przypuszczeniem. – Moja żona bardzo lubi Arabów, ich bezpośredniość i poczucie humoru. Jest tu dopiero drugi raz, pobraliśmy się niespełna dwa lata temu, ale już nieźle mówi po arabsku.

Przez dłuższą chwilę milczałam, a następnie spróbowałam raz jeszcze:

– Czy nie mógłby mi pan precyzyjniej określić, doktorze, czego właściwie boi się pańska małżonka?

Chwilę się wahał, a potem odparł:

– Mam nadzieję, a właściwie jestem pewien, że ona sama siostrze to powie.

I niczego już więcej nie mogłam od niego wyciągnąć.

Plotki

Ustaliliśmy, że do Tell Jarimdża pojadę w następnym tygodniu.

Pani Kelsey urządzała się w nowym domu w Alwiyah. Byłam zadowolona, że mogę jej jeszcze przed wyjazdem pomóc.

W czasie tych dni u pani Kelsey dowiedziałam się paru rzeczy o ekspedycji doktora Leidnera. Znajomy domu, młody major lotnictwa, wydął ze zdumieniem wargi i wykrzyknął:

– Piękna Luiza! Więc to jest jej ostatni wyczyn! A raczej pomysł. – Obrócił się do mnie: – Tak ją nazywamy, siostro. Piękna Luiza. Zawsze ją tak nazywano.

– Rzeczywiście jest taka ładna? – spytałam.

– Ona tak uważa. To jej własna opinia.

– Nie bądź złośliwy, John! – powiedziała pani Kelsey. – Wiesz przecież dobrze, że nie tylko ona tak uważa. Bardzo wielu mężczyzn zachwyca się jej urodą.

– Może masz i rację. Chociaż dla mnie odrobinę przechodzona. Ale przyznam, że owszem, ma pewien urok.

– Ty też byłeś pod jej wrażeniem. I to jak! – odparła pani Kelsey, śmiejąc się głośno.

Major zaczerwienił się i z pokorniejszą już miną stwierdził:

– Rzeczywiście, ona ma w sobie „coś”. Leidner po prostu ją uwielbia. A pozostali członkowie ekspedycji też mają obowiązek składać jej hołdy. To wymaganie szefa. No nie, może raczej szefowej.

– Ile osób liczy ekspedycja? – spytałam.

– Sporo i to różnych narodowości, droga siostro – odparł ochoczo major. – Jest wśród nich angielski architekt, francuski padre z Kartaginy – zajmuje się napisami. No, na tych glinianych tabliczkach, wie siostra! I jest tam panna Johnson, też Angielka, taka osoba do wszystkiego, do mycia butelek i tym podobnych. I jeszcze niski tłuścioch, który zajmuje się fotografią. Amerykanin. I pewne małżeństwo. Nazywają się Mercado. Bóg jeden wie, jakiej są narodowości. W każdym razie jacyś Latynosi. Pani Mercado jest jeszcze zupełnie młoda. Cwana sztuka. A jak nienawidzi kochanej Luizy! Jest jeszcze para żółtodziobów i to chyba wszystko. Osobliwa zbieranina, ale w sumie znośna gromadka, prawda, Pennyman?

Z powyższym pytaniem major zwrócił się do starszego mężczyzny, który, głęboko zamyślony, bawił się binoklami. Usłyszawszy pytanie podniósł głowę.

– Tak, tak, rzeczywiście mili ludzie. To znaczy niektórzy z nich. Ten Mercado na przykład, to dziwna postać...

– Ma taką przedziwną brodę – zgodziła się pani Kelsey. – Jakby mu zwiędła.

Major Pennyman nie zwrócił uwagi na jej słowa.

– Tych dwóch młodych, całkiem miła para. Amerykanin prawie nigdy się nie odzywa, za to Anglik mówi za dużo. Śmieszne, prawda? Powinno być na odwrót. Leidner to uroczy człowiek. Skromny, bez pretensji. Tak, tak, biorąc każdego z osobna, to naprawdę sympatyczni ludzie. Ale kiedy ostatni raz ich odwiedziłem, miałem takie dziwne wrażenie, może to przywidzenie, że dzieje się tam coś niedobrego. Nie potrafiłbym sprecyzować, o co mi właściwie chodzi. Wszyscy zachowywali się tak jakoś dziwnie. Panowało napięcie, jakby powietrze było naelektryzowane. Ooo, już wiem, jak to powiedzieć. Zachowywali się po prostu nazbyt grzecznie.

– Jeśli ludzie zbyt długo przebywają razem, zamknięci w ograniczonej przestrzeni, to zaczynają sobie grać na nerwach – powiedziałam i zaczerwieniłam się przy tym lekko, ponieważ nie zwykłam wyrażać głośno swoich opinii. – Znam to dobrze z pracy w szpitalach.

– To prawda – zgodził się major Kelsey. – Ale przecież jest dopiero początek sezonu wykopaliskowego, niedawno przyjechali. Za wcześnie na podobne objawy.

– Taka ekspedycja to prawdopodobnie życie w miniaturze – stwierdził major Pennyman. – Kliki, koterie, rywalizacja i zazdrość.

– Zdaje mi się, że w tym roku doszło kilku nowych ludzi – wtrącił major Kelsey.

– No, zobaczmy – major lotnictwa zaczął liczyć na palcach. – Młody Coleman jest tu po raz pierwszy. Tak samo Reiter. Emmott był w zeszłym roku, Mercado z żoną też. Nowicjuszem jest również ojciec Lavigny. Przyjechał na miejsce doktora Byrda, który zachorował i zrezygnował. Carey to stara ekipa. Przyjeżdża tu od pięciu lat. A panna Johnson była chyba tyle razy co Carey.

– Zawsze wydawało mi się, że w Tell Jarimdża wszyscy żyją ze sobą bardzo zgodnie – odezwał się major Kelsey. – Sprawiali wrażenie wielkiej szczęśliwej rodziny. Co nawet mnie dziwiło. Biorąc pod uwagę ludzką naturę... Siostra Leatheran na pewno się ze mną zgodzi.

– No cóż – odparłam. – Trudno mi się z panem nie zgodzić. Intrygi i awantury, jakie widywałam w szpitalu... I to często bez powodu. Czasami poszło o głupi czajnik do herbaty.

– Tak, tak, ludzie stają się strasznie małostkowi w zamkniętych środowiskach – stwierdził major Pennyman. – Jednakże sądzę, że w tym wypadku chodzi o coś zupełnie innego. Leidner jest takim łagodnym, skromnym człowiekiem, ma wiele taktu. Zawsze mu się udawało utrzymać dobry nastrój i znakomite stosunki między wszystkimi członkami ekspedycji. A jednak ostatnim razem zauważyłem objawy jakiegoś napięcia.

Pani Kelsey roześmiała się.

– I nie domyśla się pan, dlaczego, majorze? Przecież to jasne.

– Co pani ma na myśli?

– Panią Leidner, oczywiście.

– Dajże spokój, Mary! – wykrzyknął jej mąż. – To urocza kobieta. Zupełnie nie z gatunku kłótliwych.

– Ja nie powiedziałam, że ona jest kłótliwa. Ona jest źródłem kłótni.

– W jaki sposób? Dlaczego miałaby wywoływać niesnaski?

– Pytasz, dlaczego? Bo jej się nudzi. Sama nie jest archeologiem, tylko żoną archeologa. Odcięta od rozrywek, organizuje własne. Bawi się w intrygi.

– Mary, nie opowiadaj takich niedorzeczności. Wcale tego nie wiesz, tylko wymyślasz teoryjkę.

– Oczywiście, ale zobaczysz, że mam rację. Nie na darmo Piękna Luiza przypomina Monę Lizę. Może nawet nie ma nic złego na myśli i nie chce nikomu wyrządzić krzywdy, ale lubi patrzeć na rezultaty swoich eksperymentów.

– Jest bardzo oddana Leidnerowi.

– Ooo, przecież ja nie sugeruję żadnych wulgarnych intryg. Ale mówię ci: ta kobieta to allumeuse[1].

– Kobiety są wobec siebie takie słodkie – zauważył major Kelsey.

– Wiem, wiem. Kocica z pazurami. Mężczyźni zawsze tak mówią. Ale po prostu my, kobiety, dobrze siebie znamy.

– Mimo wszystko – odezwał się w zamyśleniu major Pennyman – nawet jeśli mało życzliwe przypuszczenia pani Kelsey miałyby okazać się prawdą, nadal nie tłumaczy to owego dziwnego napięcia. Coś takiego odczuwa się przed burzą. Tak, odniosłem nieodparte wrażenie, że burza może przyjść lada chwila.

– Proszę nie straszyć siostry Leatheran – powiedziała pani Kelsey. – Ona tam jedzie za trzy dni. To znaczy, pojedzie, jeśli jej pan nie zniechęci.

– O nie, ja tak łatwo nie ulegam nastrojom – odparłam ze śmiechem.

Niemniej wiele myślałam o tej rozmowie. Przypomniałam też sobie owo dziwne stwierdzenie doktora Leidnera, że jego żona będzie się czuła bezpieczniejsza w moim towarzystwie. Czy to lęki jego żony, nieuświadomione lub może okazywane, wpływały tak na członków ekspedycji? A może to napięcie (lub jego nieznany powód) działało jej na nerwy?

W słowniku szukałam słowa allumeuse użytego przez panią Kelsey, ale to, co znalazłam, nie miało najmniejszego dla mnie sensu.

„No cóż, poczekamy, zobaczymy!”, powiedziałam do siebie.

Mój przyjazd do Hassanieh

Trzy dni później opuściłam Bagdad.

Z przykrością żegnałam panią Kelsey i dziecko, które było naprawdę rozkoszne i wspaniale rosło, przybierając co tydzień przepisową ilość gramów. Major Kelsey odwiózł mnie na stację i umieścił w wagonie. Następnego ranka ktoś miał na mnie czekać w Kirkuk.

Źle spałam, nigdy nie śpię dobrze w pociągu. Poza tym męczyły mnie złe sny. Kiedy jednak rano wyjrzałam przez okno wagonu i zobaczyłam, jaki piękny jest dzień, odzyskałam humor i z niecierpliwością oczekiwałam spotkania z ludźmi, do których jechałam.

Stanęłam na peronie i zaczęłam się niepewnie rozglądać. Ujrzałam idącego w moim kierunku młodego mężczyznę. Miał owalną różową twarz i daję słowo, że w życiu jeszcze nie widziałam osoby, która byłaby tak podobna do młodzieńca z książek pana P.G. Wodehouse’a.

– Dzień dobry, dobry, dobry! – odezwał się młody człowiek. – Czy siostra Leatheran? To znaczy, na pewno tak. Widzę przecież. Ha, ha! Któż by inny. Nazywam się Coleman. Przysyła mnie doktor Leidner. Jak się pani ma? Pewno źle, straszna podróż, prawda? Znam dobrze te pociągi. No, ale już jesteśmy na miejscu, prawda? Śniadanie pani jadła? To cały pani bagaż, siostro? No no, jaki skromny. Pani Leidner miała cztery walizy i jeden kufer. Że już nie wspomnę pudła na kapelusze, nadmuchiwanej poduszki i co tam było jeszcze. Czy nie mówię za dużo? No to chodźmy do naszego starego grata.

Zobaczyłam pojazd podobny trochę do furgonetki, ale przypominał też samochód. Wyjaśniono mi potem, że jest to typowy amerykański samochód używany przez farmerów. Pan Coleman pomógł mi wsiąść, radząc przedtem, żebym zajęła miejsce koło kierowcy, bo tam mniej trzęsie.

Mniej! Wolne żarty. Jeszcze się dziwię, że cała ta machina nie rozpadła się na drobne kawałki. A droga? To nie była żadna droga – po prostu trakt składający się z dziur i wybojów. Cudowny romantyczny Wschód! Kiedy sobie przypomniałam nasze wspaniałe szosy, od razu poczułam wielką tęsknotę za Anglią.

Pan Coleman pochylił się ku mnie z tylnego siedzenia i przez cały czas coś mi wykrzykiwał w ucho. Z tonu jego głosu wnioskowałam, że mówi zupełnie poważnie:

– Taki masaż jest wprost doskonały na wątrobę. Siostra powinna dobrze o tym wiedzieć.

– Wymasowana wątroba niewiele mi pomoże, jeśli będę miała rozłupaną głowę! – odkrzyknęłam mu.

– Trzeba, żeby siostra przejechała się tędy po deszczach! Ależ poślizgi. Przeważnie jedzie się bokiem.

Na to już nic nie odpowiedziałam.

Następnie musieliśmy przeprawić się na drugą stronę rzeki promem nie zasługującym na taką nazwę. Cud boski, że się udało, chociaż wszyscy dokoła uważali, że wszystko jest, jak być powinno.

Cztery godziny trwała nasza podróż do Hassanieh, które, ku mojemu zdziwieniu, okazało się sporym miasteczkiem. Od strony rzeki wyglądało wcale ładnie – białe domki z bajkowymi minaretami. Rzeczywistość była mniej romantyczna, gdy po pokonaniu mostu wjechaliśmy w wąskie uliczki. Straszny odór, jedna wielka zaniedbana ruina, brud i błoto.

Pan Coleman zawiózł mnie do domu doktora Reilly’ego, twierdząc, że oczekują mnie tam z obiadem.

Doktor Reilly był miły, jak zawsze. Mieszkał w uroczym domu z łazienką, gdzie wszystko błyszczało czystością. Zaraz się wykąpałam i kiedy zeszłam na dół w świeżym pielęgniarskim stroju, czułam się już świetnie.

Poszliśmy od razu do jadalni, bo obiad był gotów. Doktor przepraszał za córkę, która – jak mnie poinformował – zawsze się spóźnia. Byliśmy już po znakomitych jajkach w sosie, kiedy przyszła. Doktor zwrócił się do mnie:

– Siostro, to jest moja córka, Sheila!

Podałyśmy sobie ręce, dziewczyna wyraziła nadzieję, że miałam dobrą podróż, zrzuciła z głowy kapelusz, chłodno skinęła głową panu Colemanowi i usiadła.

– No i co, Bill, jak tam idzie?

Coleman zaczął opowiadać o jakiejś zabawie organizowanej w klubie, a ja się przyglądałam Sheili.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że poczułam do niej większą sympatię. Jak na moje wyczucie, była chłodna i zbyt bezceremonialna, chociaż wcale przystojna. Ciemne włosy i niebieskie oczy, twarz bladawa i uszminkowane usta. Raczej denerwował mnie jej zimno-sarkastyczny sposób mówienia. Miałam raz u siebie taką praktykantkę – dziewczyna dobrze pracowała, to muszę przyznać, ale zawsze złościło mnie jej zachowanie.

Wyglądało mi na to, że ona bardzo się podoba panu Colemanowi, który zaczął się trochę jąkać i mówił jeszcze większe głupstwa niż w rozmowie ze mną. Jeśli w ogóle można jeszcze bardziej pleść! Robił na mnie wrażenie wielkiego głupawego psa, który macha ogonem, żeby się przypodobać.

Po obiedzie doktor Reilly udał się do szpitala, a pan Coleman miał do załatwienia jakieś sprawy w mieście. Panna Reilly spytała mnie, czy chciałabym trochę pozwiedzać okolicę, czy też wolę zostać w domu. Dodała, że pan Coleman przyjdzie po mnie za jakąś godzinę.

– A czy jest tu coś do obejrzenia? – spytałam.

– Mamy kilka malowniczych zakątków – odparła panna Reilly – ale nie wiem, czyby siostrę interesowały. Wszystko jest strasznie brudne.

Jej uwaga dziwnie mnie ubodła. Nigdy nie uważałam, że brud przekreśla malowniczość.

W końcu zabrała mnie do klubu położonego bardzo przyjemnie nad rzeką. Były tam angielskie gazety i periodyki.

Kiedy wróciłyśmy do domu, pana Colemana jeszcze nie było, więc usiadłyśmy i zaczęłyśmy rozmawiać. Z początku szło nam opornie.

Sheila zapytała, czy poznałam już panią Leidner.

– Nie – odparłam. – Tylko pana Leidnera.

– Ooo! – wyrwało się jej. – Ciekawa jestem, co siostra o niej powie. – Ponieważ milczałam, ciągnęła dalej: – Bardzo lubię doktora Leidnera. Wszyscy bardzo go lubią.

Mogłam łatwo z tego wywnioskować, że panna Reilly nie lubi pani Leidner.

Nadal się nie odzywałam, więc po chwili milczenia panna Reilly zapytała znienacka:

– Co jej właściwie jest? Doktor Leidner nic nie powiedział?

Nie miałam zamiaru plotkować na temat pacjentki, której nawet jeszcze nie poznałam, więc wykręciłam się:

– Chyba jest przemęczona i trzeba się nią zająć.

Panna Reilly roześmiała się. Był to śmiech bardzo nieprzyjemny. Taki jakiś ostry i złośliwy.

– Boże drogi! – powiedziała. – Czyż mało osób już się nią zajmuje? Dziewięć! Jeszcze i to nie wystarczy?

– Pewno każdy ma coś do roboty...

– Oczywiście, że mają wiele do roboty. Ale Luiza jest najważniejsza! Już ona tego zawsze dopilnuje!

„O nie, ty jej złotko, nie lubisz!”, powiedziałam do siebie.

– Mimo wszystko naprawdę nie rozumiem – ciągnęła panna Reilly – po co jej zawodowa pielęgniarka. Sądziłabym raczej, że bardziej by jej odpowiadał jakiś opiekun amator, a nie osoba wtykająca do ust termometr, mierząca puls i sprowadzająca opiekę do prozaicznych czynności.

Muszę przyznać, że zaczęło mnie to wszystko bardzo interesować.

– Sądzi pani, że nic jej nie jest?

– Oczywiście, że nic! Ta kobieta jest zdrowa jak koń. „Biedna Luiza źle spała”, „Biedna Luiza ma podkrążone oczy!” Oczywiście, że ma! Podmalowane szminką! Wszystko byle zwrócić na siebie uwagę, byle wszyscy tańczyli dokoła, nieustannie się troszczyli.

Coś w tym mogło być. Miałam do czynienia z wieloma hipochondrykami (która pielęgniarka tego nie doświadcza!) czerpiącymi radość życia z tego, że wszyscy dokoła nich skaczą. I gdyby jakiś lekarz albo pielęgniarka im powiedzieli: „Nic wam nie jest, jesteście zdrowi”, to po pierwsze by nie uwierzyli, a po drugie ich oburzenie byłoby absolutnie autentyczne.

Istniała możliwość, że pani Leidner należy do tej kategorii „pacjentów”. A mąż, oczywiście, pierwszy we wszystko by uwierzył. Stwierdziłam, że mężowie są strasznie łatwowierni, jeśli idzie o choroby. Z drugiej strony to jednak niezupełnie pasowało do wszystkiego, co poprzednio słyszałam. Nie pasowało, na przykład, do owego słowa „bezpieczniejsza”!

Śmieszne, prawda, jak podobne słowo potrafi utkwić człowiekowi w głowie!

Po głębszym zastanowieniu, spytałam:

– Czy pani Leidner jest bardzo nerwowa? Czy, na przykład, denerwuje się tym, że musi mieszkać na pustkowiu?

– A dlaczegóż miałaby być nerwowa z tego powodu? Jest ich tam dziesięcioro! I mają strażników. To są cenne wykopaliska. Nie, nie, samotność jej nie doskwiera, chyba że...

Pod wpływem jakiejś myśli zamilkła, by dopiero po paru minutach odezwać się zupełnie innym głosem:

– To bardzo znamienne, co siostra powiedziała.

– Dlaczego?

– Któregoś dnia pojechaliśmy tam z kapitanem Jarvisem. Większość z nich pracowała przy wykopalisku. Luiza została w domu i pisała list. Nie słyszała, jak weszliśmy. Nie było posługacza, który zwykle wprowadza gości. Udaliśmy się prosto na werandę. Luiza najwidoczniej zobaczyła na murze cień kapitana Jarvisa. Krzyknęła ze strachu. Oczywiście zaraz przeprosiła. Wydawało jej się, że to ktoś obcy. Dziwne, prawda? Dlaczego wejście nawet obcej osoby miałoby ją tak przestraszyć?

W zamyśleniu pokiwałam głową. Panna Reilly długo milczała, potem nagle popłynął z jej ust potok słów:

– Co się z nimi wszystkimi stało w tym roku? Wszyscy mają kota, są jacyś nienormalnie pobudzeni, nerwowi! Johnsonka chodzi ponura i ledwo otwiera usta. David, jeśli tylko może, to się w ogóle nie odzywa. Bill, oczywiście, nie przestaje paplać, ale to tylko pogarsza sytuację. Carey chodzi jakby lada chwila miało mu coś spaść na głowę. Wszyscy wzajemnie siebie pilnują... Ooo, już nic nie wiem, ale to jest po prostu nienormalne.

I bardzo dziwne, pomyślałam sobie, że dwie tak różniące się od siebie osoby, jak panna Reilly i major Pennyman, odniosły podobne wrażenie.

W tym momencie pojawił się pan Coleman. Właściwie wpadł – to jest znacznie lepsze określenie. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nagle wywalił język i zaprezentował psi ogon, którym zacząłby machać.

– Dzień dobry, dobry, dobry! – obwieścił. – Jak zwykle okazałem się najlepszym na świecie klientem tutejszych sklepów. Czyś pokazała naszej drogiej siostrze całe piękno naszego miasta?

– Nie była nim nadmiernie poruszona – powiedziała panna Reilly sucho.

– Wcale jej się nie dziwię – odparł ochoczo pan Coleman. – Ze wszystkich najpodlejszych wiosek całego świata...

– Malowniczość i przeszłość niezbyt cię jakoś interesują, Bill – powiedziała panna Reilly. – Zupełnie nie rozumiem, jak mogłeś zostać archeologiem.

– To naprawdę nie moja wina, tylko mojego opiekuna. Uczony osobnik, wykładowca na uniwersytecie, w jego domu brodzi się po kostki w książkach, taki z niego mądry typ. Bardzo przejmował się, kiedy dostał mnie pod opiekę.

– Uważam, że to bardzo głupio z twojej strony dać się wciągnąć w coś, co ci nie odpowiada – powiedziała cierpko Sheila.

– Nikt mnie nie wciągał ani nie zmuszał. Opiekun zapytał, czy upatrzyłem sobie jakąś profesję, ja mu odpowiedziałem, że nie, a on mi wtedy załatwił jeden sezon tutaj pośród staroci.

– I naprawdę zupełnie nie wiesz, co chciałbyś w życiu robić?

– Oczywiście, że wiem. Najchętniej chciałbym mieć dużo pieniędzy i brać udział w wyścigach samochodowych.

– Kompletna bzdura! – oświadczyła panna Reilly. Z jej głosu wyczułam, że jest bardzo zła.

– Oczywiście, przecież wiem, że to nie wchodzi w grę – zgodził się ochoczo pan Coleman. – Skoro więc sytuacja wymaga, bym jednak coś robił, gotów jestem robić cokolwiek, byleby to nie polegało na wysiadywaniu przez cały dzień za jakimś biurkiem. I pomyślałem sobie, że może warto tu przyjechać i zobaczyć kawałek świata. Niech będzie, pomyślałem, no i przyjechałem.

– Ha! Wątpię, żebyś się do czegokolwiek przydawał.

– Aaa! Nie masz racji, roztropne stworzenie. Potrafię stanąć na skraju wykopaliska i krzyczeć „Jalla! Dalej!” nie gorzej od innych. I chyba nieźle daję sobie radę z rysunkami. Moją specjalnością w szkole było podrabianie cudzego pisma. Byłby ze mnie doskonały fałszerz. Kto wie, może jeszcze się zdecyduję. Jeśli któregoś dnia mój rolls-royce opryska cię błotem, kiedy będziesz czekała na autobus, to znaczy, że uległem pokusie.

– Czy nie uważasz, że zamiast tyle mówić, powinieneś już ruszyć w drogę? – powiedziała zimno panna Reilly.

– Gościnna osóbka, prawda, siostro?

– Jestem pewna, że siostra Leatheran chciałaby już znaleźć się na miejscu – odparła Sheila.

– Jesteś zawsze wszystkiego absolutnie pewna – odciął się pan Coleman z uśmiechem na twarzy.

Zgodziłam się z tym w myślach. Zarozumiała impertynentka.

– Chyba czas ruszyć w drogę, panie Coleman – powiedziałam sucho.

Pożegnałam się z panną Reilly i pojechaliśmy.

– Piekielnie ładna dziewczyna ta Sheila – stwierdził pan Coleman. – Tylko musi zawsze dociąć człowiekowi.

Po opuszczeniu miasteczka wjechaliśmy na trakt wiodący wśród zielonych pól. Był bardzo wyboisty i pełen kolein.

Po pół godzinie jazdy pan Coleman wskazał na spory pagórek nad rzeką i powiedział:

– Tell Jarimdża!

Na zboczu pagórka zobaczyłam czarne punkciki kręcące się jak mrówki po mrowisku. Nagle wszystkie zaczęły zbiegać zboczem w dół.

– Arabscy kopacze – wyjaśnił pan Coleman. – Koniec pracy. Przerywamy roboty na godzinę przed zachodem słońca.

Baza ekspedycji znajdowała się nieco dalej od rzeki.

Kierowca skręcił ostro i samochód podskakując na pełnym wybojów podjeździe, wjechał w wąziutką, sklepioną łukiem bramę. Byliśmy na miejscu.

Budynki ekspedycji otaczały dziedziniec. Niegdyś zajmowały tylko stronę południową. Powoli zaczęto stację powiększać i w ten sposób powstał czworobok. Ponieważ plan całości będzie miał znaczenie w dalszej części opowiadania, dołączam sporządzony przeze mnie szkic.

Wszystkie pokoje miały wyjście na dziedziniec. Podobnie większość okien z wyjątkiem tych w głównym skrzydle, gdzie były także okna na otwarty teren, ale zabezpieczone kratami. W południowo-zachodnim rogu dziedzińca znajdowały się schody wiodące na płaski dach południowego skrzydła, nieco wyższego niż trzy pozostałe. Wzdłuż dachu, na jego skraju biegł niski murek.

Pan Coleman poprowadził mnie do wielkiej otwartej werandy zajmującej cały środek centralnej części kompleksu. Otworzył boczne drzwi i weszliśmy do pokoju, gdzie dość liczne grono siedziało wokół stołu przy herbacie.

– Witam, witam, witam! – wykrzyknął pan Coleman. – Oto nasza pielęgniarska dusza!

Dama siedząca u szczytu stołu wstała i ruszyła w moim kierunku.

Tak to po raz pierwszy ujrzałam Luizę Leidner.

Tell Jarimdża

Nie wstydzę się przyznać, że moją pierwszą reakcją było wielkie zdziwienie. Człowiek buduje sobie obraz osoby na podstawie opowiadań innych ludzi, a potem okazuje się, że to nie tak. Nie wiem, dlaczego wbiłam sobie do głowy, że pani Leidner jest brunetką niechętnie spoglądającą na świat i ludzi, że jest wyraźnie rozstrojona i nerwowa, a ponadto spodziewałam się, szczerze mówiąc, osoby nieco wulgarnej z wyglądu.