Moje wewnętrzne dziecko chce zabijać uważnie - Karsten Dusse - ebook + książka

Moje wewnętrzne dziecko chce zabijać uważnie ebook

Dusse Karsten

0,0
50,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jakie mordercze instynkty drzemią w twoim wewnętrznym dziecku? Björn Diemel wkroczył na ścieżkę uważności i dzięki temu jego życie wróciło na właściwe, spokojne tory. Rzucił stresującą pracę i założył własną kancelarię. Spędza więcej czasu z córką i nawet z żoną kłóci się z większą czułością. Dzięki tym zmianom znalazł w sobie przestrzeń na nowe wyzwania: prowadzi dwa klany mafijne. Musiał odnaleźć się na pozycji lidera po tym, jak bossa jednego z nich zamordował, a drugiego uwięził w piwnicy przedszkola. Dlaczego jednak Björn nie umie się tym wszystkim cieszyć? Dlaczego ciągle traci panowanie nad sobą? Może po prostu ma już dość mordowania? Zmiana nie zawsze jest rozwiązaniem, czasami trzeba wejrzeć w głąb siebie. Coach Joschka Breitner w końcu naprowadza go na właściwy trop: należy skupić się na wewnętrznym dziecku Björna! Na kanwie powieści powstał serial pod tym samym tytułem, dostępny na platformie Netflix.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 352

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 9/24/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Das Kind in mir will achtsam morden

Copyright © Karsten Dusse, 2020

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Ewa Spirydowicz

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Kinga Kosmalska

Grafika na okładce: © wavebreakmedia/Shutterstock; © ANATOLY Foto/Shutterstock

Zdjęcie autora: © Ann Kristin Brücker

Redakcja: Marta Chmarzyńska

Korekta: Izabela Sieranc, Aneta Drdzeń, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68543-45-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

Prolog

Nigdy nie jest za późno na nieszczęśliwe dzieciństwo.

Nigdy także nie jest za późno na dzieciństwo szczęśliwe.

O naszym dzieciństwie można przede wszystkim powiedzieć jedno: to przeszłość.

A o tym, w jaki sposób i czy w ogóle nasza przeszłość wpływa na naszą teraźniejszość, decydujemy tylko i wyłącznie my.

Joschka Breitner, Wewnętrzne dziecko

Potężny Rosjanin wydawał się niemal przerażonym dzieckiem, gdy pakował się do bagażnika własnego samochodu.

– Wkrótce zobaczę Dragana?

– Tak.

W harmonii z sobą samym zamknąłem bagażnik. Wolny od ocen i pełen miłości. Po prostu uważny.

Usiadłem za kierownicą samochodu Borisa i odpaliłem silnik. Byłem zadowolony. Nawet jeżeli skłamałem. Boris nigdy więcej nie zobaczy Dragana. W każdym razie nie w tym życiu. Bo Dragan od tygodnia nie żył.

Boris jednak nie zginie. Miałem dosyć mordowania. W którymś momencie trzeba dać sobie spokój. Jeśli chodzi o Borisa, wymyśliliśmy z Saschą inne rozwiązanie.

Z Borisem w bagażniku odjechałem z parkingu przy autostradzie. O trzeciej trzydzieści nad ranem ruch był niewielki. Przez piętnaście minut jechaliśmy przez przyjemnie otulającą ciemność. A potem zadzwoniłem do Saschy.

– Czy ktoś nas śledzi? – zapytałem. Żylasty Bułgar jechał za mną w pewnej odległości, by upewnić się właśnie co do tego.

– Nie. Wszyscy cię wyprzedzili.

– To dobrze. – Zdecydowanie mi ulżyło.

– Żadnych trupów więcej? – dopytywał Sascha.

– Żadnych.

Słyszałem, jak odetchnął z ulgą.

– Spotkamy się przed przedszkolem – potwierdziłem nasz plan.

– Drzwi do piwnicy są otwarte – rzucił na pożegnanie.

Rozłączyłem się.

1. Wewnętrzne dziecko

Nasza dusza przypomina rosyjską zabawkę: matrioszkę. Jeżeli coś wstrząsa naszą dorosłą duchową lalką, jest to w rzeczywistości działanie skrzywdzonego dziecka w naszym wnętrzu.

Joschka Breitner, Wewnętrzne dziecko

Najwyraźniej w moim dzieciństwie dwie rzeczy poszły nie tak: mój ojciec i moja matka. Tego w każdym razie dowiedziałem się czterdzieści lat po owym dzieciństwie, gdy uległem presji żony i po raz pierwszy w życiu zająłem się wewnętrznym dzieckiem.

Gdyby nie to, że megapozytywne doświadczenia z uważnością uczuliły mnie na kwestie psychologiczne, prawdopodobnie uznałbym całą sprawę z wewnętrznym dzieckiem za jedną wielką bzdurę. Dawniej moje zdanie było takie: nic, czego proktolog nie znajdzie podczas badania profilaktycznego, nie jest godne uwagi.

I dlatego zaledwie rok temu książkę o wewnętrznym dziecku uznałbym za literaturę ciążową. Jedną z pozycji, z których facet, owszem, uzyska mnóstwo informacji na temat procesów biologicznych zachodzących w ciele jego partnerki, ale nie znajdzie ani słowa na temat własnego życia duchowego.

Teraz już wiem, że psychologiczne podstawy „wewnętrznego dziecka” nie mają absolutnie nic wspólnego z przygotowaniem do porodu. Wszystko rozgrywa się po dokładnie przeciwnej stronie macicy. I dotyczy obu płci.

Zgodnie z teorią wewnętrznego dziecka pod względem emocjonalnym jesteśmy skonstruowani jak rosyjska lalka matrioszka. Jeżeli coś wstrząsa naszą dorosłą duchową lalką, jest to w rzeczywistości działanie skrzywdzonego dziecka w naszym wnętrzu.

Nie my stajemy na drodze własnego szczęścia. Robi to nasze wewnętrzne dziecko. Bo wewnętrzne dziecko, wraz ze wszystkimi ranami, które odnieśliśmy w dzieciństwie, stanowi część nas samych. Jeżeli chcemy, by wstrząsy ustały, musimy uzdrowić wewnętrzne dziecko.

W moim przypadku zajęcie się wewnętrznym dzieckiem okazało się idealnym sposobem, by zlikwidować przyczyny problemów, z których skutkami na co dzień mierzę się za pomocą uważności.

W moim dzieciństwie nie było Siri ani Alexy. Osobniki, które w domu zapalały i gasiły światło, które obsługiwały sprzęt stereo i odpowiadały na każde, nawet najdurniejsze pytanie, nazywały się „mama” i „tata”. Jeżeli więc w moim dzieciństwie coś poszło nie tak, to za ich sprawą.

To kojąca świadomość, z którą z tyłu głowy beztrosko obarczałem rodziców winą za problemy małżeńskie, lęki przed przyszłością, ogólną drażliwość, a także kilka morderstw, które mam na sumieniu.

Fakt, że ojcem wewnętrznego dziecka zostałem dopiero w wieku czterdziestu trzech lat, wynikał między innymi z tego, że bez zabezpieczenia pokłóciłem się z żoną, z którą byłem w separacji. Katharina od zawsze miała bardzo skuteczny sposób radzenia sobie z problemami. A mianowicie za rozwiązanie danych problemów odpowiadał zawsze ten, bez kogo tych problemów by nie było. Tak więc odpowiedzialność za zapobieganie awanturom w naszym zmierzającym do kresu małżeństwie zawsze spoczywała na mnie.

Niestety podczas naszego ostatniego wspólnego urlopu właśnie w tym departamencie zawaliłem na całej linii. Bo wbrew jej wyraźnemu życzeniu wdałem się w awanturę z kelnerem w Alpach. Już to wystarczyło, by zażądała, bym na terapii wreszcie zmierzył się z wiecznymi wahaniami nastrojów. Przy czym wtedy wcale jeszcze nie wiedziała, że rzeczony kelner zginął w nieszczęśliwym wypadku, do którego się nieco przyczyniłem.

Jako dobry mąż i ojciec, a byłem jednym i drugim, nie czekając na koniec urlopu, umówiłem się niezwłocznie na wizytę u mojego coacha uważności, na tydzień po powrocie.

Nie bez znaczenia był także fakt, że Katharina zagroziła, że jeżeli tego nie zrobię, natychmiast wyjedzie razem z naszą córeczką, Emily.

Jednak całkiem niezależnie od nalegań żony już wtedy od dawna doskonale wiedziałem, że muszę zacząć pracować nad sobą. Coś we mnie ciągle nie pozwalało mi po prostu cieszyć się życiem. Gdyby problemy porównać do płynu, miałem wrażenie, że zmartwienia w naczyniu mojej duszy, za sprawą uważności, co prawda nie falują jak wzburzone morze, ale ten dzban jest ciągle pełen po brzegi. A czasami, gdy dochodziła dodatkowa troska, co nieco wylewało się na zewnątrz. I sprawiało, że wybuchałem z powodów, które w oczach innych były drobnostkami.

Do tej pory moje wybuchy ograniczały się do małostkowych złośliwostek:

Nocami rzucałem kostkami lodu w żuli balujących w parku pod moim oknem.

Wkurzającym klientom celowo udzielałem błędnych porad prawnych.

Więźniowi w piwnicy tak po prostu przynosiłem jedzenie dwie godziny później niż zwykle.

Wszystkie drobiazgi, do których posunąłby się każdy na moim miejscu, tracąc panowanie nad sobą. Oczywiście dopóki go nie przyłapią.

Jednak to, że niejako zepchnąłem kelnera w przepaść, to już sprawa zupełnie innej kategorii.

Nie chciałem takiej eskalacji.

I dlatego w deszczowy wieczór na początku września ponownie stałem przed drzwiami Joschki Breitnera. Tydzień po urlopie. Niecałe pół roku po ostatnim treningu uważności.

Zanim dotknąłem dzwonka, po prostu stanąłem przed jego drzwiami i wczułem się w siebie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy bardzo wiele się zmieniło.

Wtedy była wiosna. Lato tuż za rogiem.

Teraz jesień. Nadciągała zima.

Pół roku temu wychodziłem z gabinetu pana Breitnera w świetle dziennym, pełen nowej energii. Dosłownie promieniowałem, przepełniony nowymi odkryciami na temat uważnego życia, i zalewałem światłem rozkwitający świat.

Teraz znowu porwała mnie rzeka życia. Było ciemno, pod stopami szeleściły mi pierwsze pożółkłe liście.

A przecież moje życie mogło w sumie być całkiem szczęśliwe. W ciągu minionego pół roku urządziłem je, zarówno prywatne, jak i zawodowe, z miłością i uważnością, dokładnie tak, jak zawsze tego chciałem.

Zamieniłem duszny etat w wielkiej kancelarii prawnej na jednoosobową praktykę adwokacką, jednak zabezpieczoną finansowo.

Udało nam się z Kathariną wydostać ze ślepego zaułka małżeńskiego stresu i codzienności i odnaleźć się na nowo na równoległej drodze mieszkających osobno rodziców.

Emily, nasza córka, cieszyła się miejscem w przedszkolu, które dla niej wywalczyłem, i była bardzo z siebie zadowoloną, pozytywnie nastawioną do życia członkinią grupy Nemo.

W przepięknej starej kamienicy, w której mieściło się przedszkole, znalazło się miejsce nie tylko dla mojej kancelarii, lecz także mojego nowego mieszkania. Zarządzałem całym budynkiem. W imieniu mojego głównego klienta – Dragana, zaginionego szefa mafijnego klanu.

Wszystkie te przemiany ostatnich miesięcy wynikały między innymi z tego, że pół roku temu zabiłem Dragana. Nie bez znaczenia był fakt, że, na moje szczęście, nikt o tym nie wiedział. A żeby sytuacja w przyszłości nie uległa zmianie, nie miałem innego wyjścia, niż prowadzić dalej zbrodnicze konsorcjum w imieniu tegoż klienta, czyli Dragana. A wobec jego mafijnej rodziny zachowywać się tak, jakby Dragan nadal żył.

Teoretycznie jako prawnikowi przychodziło mi to z łatwością. Jakkolwiek by było, osobiście utkałem siatkę ochronną jego lewych interesów dotyczących narkotyków, prostytucji i handlu bronią i od lat de facto sterowałem tą machiną jako jego doradca. I dokładnie to samo robiłem dalej. Nic więcej.

Ale wystarczyłby jeden błąd, jeden nieprzemyślany wybuch, jedno krytyczne spojrzenie zbyt głęboko w moje życie – i cały ten starannie skonstruowany fałszywy obraz runąłby w gruzy.

We wszystkim, co robiłem, musiałem trzymać się z dala od radarów policji i mafii. Przypadkowe pozbawienie życia alpejskiego kelnera okazało się bardzo nieefektywne. Nie tylko dla mojego życia duchowego. Dla mojego życia w ogóle.

Problemem w moim życiu było to, że nie mogłem pozwolić sobie na żaden, nawet najmniejszy błąd.

Owszem, moja teraźniejszość była piękniejsza niż moja przeszłość, ale panicznie bałem się przyszłości.

To wszystko stres. Nad stresem byłem w stanie zapanować dzięki uważności. Ale nie potrafiłem pozbyć się jego przyczyn. Uważność zwalniała mój pęd w chomiczym kółku, nie pozwalała jednak z niego wyjść. I dlatego znowu tu stałem, przed drzwiami Joschki Breitnera. Uporządkowanie myśli wystarczyło, by wzburzone fale mojej duszy nieco się uspokoiły. A jednak zwlekałem z naciśnięciem dzwonka. Między innymi dlatego, że ciągle nie byłem do końca pewien, na jak wiele szczerości w kwestii moich problemów mogę sobie pozwolić w rozmowie z Breitnerem.

Spokojnie mógłbym mu powiedzieć o złośliwych uwagach Kathariny, które co i rusz na nowo uświadamiały mi, jak kruchy i w sumie niejasny jest status naszego związku.

Spokojnie też powiem o wyrzutach sumienia wobec Emily, bo nasze małżeństwo zakończyło się klęską.

Opowiem o moim marzeniu, by oprócz miejsca na rodzinę i klientów wygospodarować też trochę czasu dla siebie.

Nie ukryję moich małych wybuchów, nawet jeżeli trochę się ich wstydziłem.

To wszystko rozwiąże mi język. I w tym wszystkim pan Breitner na pewno mi pomoże.

Niestety nie mogłem zwierzyć mu się z rzeczy, które bardzo mi ciążyły.

Ani słowa o morderstwach, które popełniłem na wiosnę.

Przemilczę podwójne życie, które od tej pory prowadzę.

A już na pewno nawet słowem nie zająknę się o Borisie.

O Borisie, rosyjskim mafiosie, którego więziłem w piwnicy przedszkola.

O Borisie, jedynym, który posiadał zarówno odpowiednią wiedzę, jak i motywację, by roztrzaskać bańkę mojego szczęśliwego życia.

O Borisie, którego porwałem pół roku temu, by ocalić życie własne i córki.

O Borisie, którego nie chciałem zabić, bo miałem dość przelewu krwi. Który stanowił dla mnie żywy dowód na to, że potrafię powiedzieć „nie” zabójstwu.

Którego jednak nie mogłem bez końca więzić ani też nigdy wypuścić. Którego przyszłość ciągle stała pod wielkim znakiem zapytania.

O Borisie, którego śmierć obciążałaby mnie tak bardzo, jak robiło to jego życie.

No więc o Borisie na pewno nie mogłem nic powiedzieć.

Czyli nie opowiem panu Breitnerowi wszystkiego. Po prostu będę udawał, że przyszedłem na dodatkową sesję. Że po pół roku chciałbym razem z nim przyjrzeć się, co w moim życiu wydarzyło się nowego. Przykręcić kilka śrubek.

Będziemy mieli wystarczająco dużo tematów, gdy po prostu powiem, że bardzo często robię z mikroigły gigantyczne emocjonalne widły. Widły albo wielkiego białego słonia, który rozbija się w sklepie z porcelaną mojej zazwyczaj pogodnej duszy. Otwarcie przyznam, że za pomocą technik uważności każdy z tych problemów jestem w stanie stosunkowo łatwo zdusić w zarodku. Ale po krótkiej chwili luzu i zadowolenia ciągle powstają we mnie niepokój, niepewność i chłód.

Otwarcie przyznam, że zrozumiałem, że za sprawą uważności jestem w stanie zapanować nad praktycznie każdym z moich problemów. Nie rozumiem natomiast, dlaczego one ciągle powracają.

To cząstka prawdy, którą mogłem omówić. I dlatego znowu stałem pod drzwiami Joschki Breitnera. I nacisnąłem dzwonek.

Słyszałem wyraźnie, jak w domu skrzypią zawiasy, jak trzeszczą drewniane schody. Światło w przedpokoju się zapaliło, rozjaśniło kolorowy witraż w potężnych drzwiach wejściowych. Spokojne, wyluzowane kroki były coraz bliżej.

Chwilę później drzwi stanęły otworem. Przede mną stał Joschka Breitner. Przywitał się ze mną tak poufale, jakbyśmy rozstali się nie pół roku temu, lecz maksymalnie przed dwiema minutami.

– Pan Diemel! Jak miło pana widzieć. Zapraszam.

– Cieszę się, że znalazł pan dla mnie czas.

Podaliśmy sobie ręce. Ustąpił, wpuścił mnie do przedpokoju. Długim korytarzem szedłem do jego gabinetu. Który nie zmienił się ani odrobinę. Dwa krzesła, stół, półki z książkami, niski stoliczek, na nim szklany imbryk.

Breitner nosił te same swobodne ciuchy co zawsze. Sprane dżinsy, bawełniana koszulka, wełniany sweter i bose stopy w filcowych kapciach.

I sprawiał przy tym wrażenie, jakby czas się go nie imał. Sprawiał wrażenie, jakby czasem był on sam, a to świat się go nie imał.

Gdy zdejmowałem marynarkę, przyglądał mi się z zainteresowaniem.

– Zmienił się pan – stwierdził, nie oceniając.

Spojrzałem na siebie. Pół roku temu nosiłem szyte na miarę garnitury i ciuchy od najlepszych projektantów. Dzisiaj ja także byłem w dżinsach, w koszulce, swetrze i sneakersach.

– Tak… – odparłem z uśmiechem i wzruszyłem ramionami. Miło było zacząć od pozytywnych zmian. – Nie odczuwam już takiego przymusu odzieżowego.

Ale nie ta zmiana przykuła uwagę Joschki Breitnera.

– Mam na myśli pańskie oczy. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, był w nich blask. Teraz ma pan pod nimi cienie – oznajmił Breitner z czułą szczerością.

Czuła szczerość bywa brutalna. Nie minęło jeszcze dwadzieścia sekund, odkąd tu wszedłem, a już do mnie dotarło, że to nie będzie taka sobie dodatkowa letnia wizyta. Tylko ciężka walka z samym sobą. Breitner najwyraźniej także zdawał sobie z tego sprawę, i to już wtedy, gdy umawiałem się na sesję. W końcu to jego praca. Wskazał jedno z wygodnych chromowanych krzeseł z plecionym siedziskiem. Rozwiesiłem marynarkę na oparciu i usiadłem, on tymczasem nalał mi zielonej herbaty ze szklanego imbryka. Milczenie, którym skwitowałem jego stwierdzenie, mówiło aż nadto.

– Dawno się nie widzieliśmy. Co się u pana działo w tym czasie? – zapytał.

Upiłem łyk letniej herbaty i zamyśliłem się. Zamordowałem cztery osoby, szantażowałem byłych pracodawców, wymusiłem na dawnych właścicielach przedszkola sprzedaż udziałów, żeby znalazło się miejsce dla mojej córki, i porwałem rosyjskiego mafiosa. Niestety nic z tego nie mogło stać się tematem naszej rozmowy. Nie mogłem także wspomnieć, że podczas mojego urlopu pewien kelner skręcił sobie kark przy mojej wydatnej pomocy.

– Pod względem zawodowym zmieniło się bardzo wiele. Rzuciłem pracę i działam na własną rękę. Moja córka dostała się do przedszkola. No i byliśmy na urlopie – wykrztusiłem zamiast tego.

– W takim razie, po pierwsze, gratuluję decyzji zawodowej. – Joschka Breitner wiedział, jak bardzo dusiłem się w trybach wielkiej kancelarii. – To tłumaczy pana nowy sposób ubierania. Ale skąd ten smutek w pańskich oczach?

Nie odpowiedziałem. Chciałem, ale nie mogłem. Za to poczułem, jak smutek w moich oczach upłynnia się pod postacią łez. Rozwaliło mnie samo pytanie. Czy można o coś takiego zapytać, nie będąc jednocześnie powodem tego smutku? Potrzebowałem kilku oddechów, by wziąć się w garść.

– Ja… To… – Szukałem słów, które jeżeli nie będą prawdziwe, niech przynajmniej nie okażą się kłamstwem.

Breitner mnie wyręczył.

– Już dobrze. Jest pan tutaj. Powie mi pan dlaczego?

– No cóż, moja żona uważa, że…

– Nie o to pytam – zauważył miękko.

– Słucham? – Zirytował mnie.

– Nie interesuje mnie, co uważa pana żona – wyjaśnił Joschka Breitner i uśmiechnął się delikatnie. – Gdyby to mnie interesowało, zapytałbym pańską żonę. Nie pana. Interesuje mnie, dlaczego pan tu jest.

– Cóż… Bo… No więc… – Skapitulowałem. Nie przed Breitnerem. Przed samym sobą. Wcale nie byłem odnoszącym sukcesy samodzielnym adwokatem, który uporał się ze wszystkimi problemami w życiu i teraz potrzebuje tylko małego przypomnienia na drodze ku uważności. Nie oszukałbym ani Joschki Breitnera, ani siebie. Przyszedłem tu, bo się bałem, że lada dzień całe życie zawali mi się na głowę. Najautentyczniej, jak potrafiłem, rozsypałem się na kawałki.

– Bo zupełnie nie wiem, co dalej z moim życiem… Z moim małżeństwem… Z moim… Z moją sytuacją zawodową… Z tym, co przyniesie los. Nie mam dla siebie czasu w teraźniejszości i panicznie boję się przyszłości… I nie mam pojęcia, od czego zacząć.

Joschka Breitner popatrzył na mnie kojąco. Nie ze współczuciem.

– Wie pan co? Musiał być przecież jakiś punkt zapalny, coś, co wywołało tę reakcję, że pan do mnie zadzwonił i poprosił o to spotkanie, prawda?

– Prawda. – Ta cała sprawa z kelnerem.

No więc zacząłem opowiadać o nieplanowanym punkcie zapalnym, który sprawił, że zadzwoniłem i umówiłem się na wizytę. Nie przypuszczałem wtedy, że to wstęp do bardzo intensywnej pracy z wewnętrznym dzieckiem. Istotą, która w niedługim czasie z beztroską lekkością ponownie zajmie się tym, z czym ja niecałe sześć miesięcy temu z ulgą dałem sobie spokój: uważnym mordowaniem.

2. Urlop

Celem urlopu jest się wyłączyć. Z im większą konsekwencją odetniesz się od bodźców, które w życiu codziennym mają na ciebie negatywny wpływ, tym bardziej się odprężysz. Przy czym odciąć się nie oznacza: izolować. Wystarczy zamienić powiadomienia na komórce na pogawędkę z kimś nowo poznanym.

Joschka Breitner, Zwolnij na pasie szybkiego ruchu.

Uważność dla kadry kierowniczej

Uznałem, że opowieść o minionym urlopie to bezpieczne terytorium. Tu nie było niczego do ukrycia. Oczywiście niektóre rzeczy będę musiał nieco zmodyfikować kreatywnie. Na przykład ciążącą na mnie śmierć kelnera. On jednak stanowił dla mnie zaledwie widoczny wierzchołek góry lodowej, na którą kurs obrało obecnie moje życie. Joschka Breitner jako ekspert na pewno oceni to tak samo.

– Niedawno wyskoczyliśmy na kilka dni w Alpy – zacząłem.

– My, czyli kto?

– Katharina, moja żona, moja córeczka Emily i ja.

– Nadal mieszkacie państwo osobno? – Joschka Breitner pół roku temu zaproponował, żebyśmy rozstali się fizycznie, by bardziej uważnie zająć się sobą i naszymi problemami małżeńskimi. I rzeczywiście, dzięki temu moje relacje z Kathariną się poprawiły.

– Tak. I to się sprawdza.

– Do tego stopnia, że mimo fizycznego oddalenia postanowiliście razem pojechać na urlop?

– Cóż, razem daliśmy życie cudownemu dziecku. A naszym osobnym egzystencjom – cudowne wspólne dziecko. Cząstka każdego z nas, obecna w Emily, zawsze będzie stanowiła cząstkę życia drugiej osoby, i to cząstkę miłości. Na takiej podstawie jak najbardziej można razem pojechać na urlop.

– Czy uprawiacie państwo seks? – zapytał otwarcie Breitner.

– Nie wiem, jak moja żona, ale jeżeli pyta pan mnie…

– Mam na myśli razem. Jesteście małżeństwem i razem wyjeżdżacie na urlop. Czy uprawialiście ze sobą seks?

Zastanawiałem się, jak ubrać to w słowa. Bo prowadziliśmy naprawdę fantastyczne życie seksualne. W tym sensie, że ograniczało się wyłącznie do naszych fantazji. Przynajmniej do moich. Bardzo chętnie poszedłbym z Kathariną do łóżka. Tam zawsze się świetnie rozumieliśmy. Ale w związku z fizycznym rozstaniem, które wyszło nam na dobre, pojawiło się także rozstanie cielesne. Nad którym ubolewałem. Wyraziłem to tak:

– Na urlopie co prawda mieszkaliśmy w jednym pokoju, ale jeżeli chodzi o spanie razem, ograniczało się do spania plecami do siebie.

Breitner pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Rozumiem. Taka pozycja nie występuje w Kamasutrze. Czy rozmawiał pan z żoną otwarcie o braku pożycia?

– Gdy znajdujemy się razem w łóżku, moja żona zakłada maskę na oczy i wsuwa stopery do uszu. Wówczas rozmowa staje się bardzo jednostronna. Ale szczerze mówiąc, nie ze względu na szwankujące pożycie do pana przyszedłem.

– Jeszcze dwie minuty temu nie był pan w stanie zwerbalizować, dlaczego umówił się pan na wizytę. Porozmawiajmy więc o wydarzeniu, które skłoniło pana do zadzwonienia do mnie. Do powodów, dla których pan tu przyszedł, jeszcze dojdziemy – oznajmił Breitner. – Więcej nie będę panu przerywał. Czyli wyjechali państwo na rodzinny urlop. Proszę mówić dalej.

– Bardzo świadomie wybraliśmy akurat ten moment. Katharina skończyła właśnie etap wdrażania do pracy po powrocie na dawne stanowisko kierowniczki oddziału w firmie ubezpieczeniowej. Emily przywykła do przedszkola. We wrześniu jest już po szkolnych wakacjach, a to oznacza mniej turystów. To był idealny moment, by razem wyskoczyć na urlop.

– A dlaczego akurat Alpy?

Odpowiedź, że najzwyczajniej w świecie nie mieliśmy ochoty, by pierwszy, a przede wszystkim ostatni dzień urlopu na Majorce w towarzystwie trzylatki spędzać na lotnisku w tłumie pijanych wakacjowiczów all inclusive, wydała mi się zbyt banalna.

– Marzyły się nam góry.

I tak właśnie było, od chwili, w której zdecydowaliśmy się na wyjazd właśnie w góry. Lokalne biuro podróży z Allgäu poleciło nam niewielką rodzinną agroturystykę na leniwy urlop. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Na miejscu wszystko było po prostu idealnie. Gospodarstwo mieściło się w idyllicznym zakątku między dwiema wioskami. W obszarze z wielce obiecującym ograniczonym zasięgiem. W tej okolicy cyfrowy detoks nie był jeszcze trendem, tylko wielosetletnią tradycją. Silników Diesla nadal używano do pokonywania dystansów międzyludzkich – a nie do ich tworzenia. Tutaj krowy od tysięcy lat uchodziły za podstawę ludzkiej egzystencji – a nie zabójców klimatu. Nocami słyszało się przez otwarte okna tylko szum drzew – a nie ludzkich szumowin. Akumulatory elektryczne instalowano w ogrodzeniach pastwisk, a nie w hulajnogach.

Mówiąc krótko, tutaj świat był taki jak dawniej – w porządku.

– I w sumie urlop też był w porządku. Póki nie wybraliśmy się na tę wędrówkę.

Po dwugodzinnym marszu spoceni, spragnieni i głodni Katharina, Emily i ja dotarliśmy do tarasu przepięknego górskiego schroniska.

Przycupnęło na niewielkim płaskowyżu już powyżej linii drzew, na północnym skraju Prealp Algawskich. Dochodziło południe, mimo północnej ekspozycji słońce zalewało cały taras. Płaskowyż z jednej strony kończył się gwałtownym urwiskiem i zarazem stacją linowej kolejki towarowej. Poza tym ze wszystkich stron schronisko otaczały alpejskie łąki. Tutaj dźwięk krowich dzwonków wywoływał ten sam skutek co szum morza na wybrzeżu: kojącym kocem otulał troski codzienności. Dokładnie tak, jak na to liczyłem.

Od półtorej godziny niosłem Emily na barana. Odczuwałem przyjemność, oczami córki kolejny raz odkrywając górskie szczyty, kolejkę linową czy krowie placki. Katharina była tak spokojna, jak dawno jej się nie zdarzyło. Żadnego narzekania na innych. Wyglądało na to, że wysiłek fizyczny i piękno natury sprawiły, że wyciszyła się wewnętrznie. Nie była to jeszcze pora obiadowa, więc niemal wszystkie z dziesięciu długich drewnianych stołów na łące ziały pustkami i zapraszały, by zająć miejsce. Tylko przy dwóch siedzieli inni wędrowcy i z zadowoleniem w milczeniu sączyli swoje napoje. Pogoda była cudowna, z każdej strony rozciągał się widok na prawie sto kilometrów malowniczych szlaków Allgäu.

Kiedy zdjąłem sobie Emily z barków, a plecak z pleców, do pełni szczęścia brakowało mi tylko talerza parujących placków posypanych cukrem pudrem, lodowatej lemoniady Almdudler i idealnie wysmażonej kiełbaski. I kibelka.

– A dlaczego? – zapytał Breitner.

– Bo musiałem za potrzebą.

– Nie, chodzi mi o to, dlaczego akurat taki wybór potraw? Parujący talerz. Posypane cukrem pudrem placki. Lodowaty Almdudler. Idealnie wysmażona kiełbaska. To wszystko bardzo konkretne, bardzo plastyczne wizje.

– To wspomnienia mojego dzieciństwa. Przeżycia dziecka, które chciałem przekazać Emily. Placki. Zmęczeni, głodni i szczęśliwi. Po cudownej wyprawie w góry. Tak sobie zaplanowałem ten dzień.

– Jako dziecko często jeździł pan w Alpy?

Zamyśliłem się. Właściwie tylko raz wyjechałem z rodzicami w Alpy.

– Nie… Nie tak często.

– Ale jeżeli już pan tam był, regularnie jadał pan w schroniskach placki z musem jabłkowym, pił tę lemoniadę i przegryzał kiełbaskę?

Zastanowiłem się i poczułem, jak przy tym temacie nawet tutaj, u Joschki Breitnera, nie wiadomo dlaczego robi się nieswojo.

– Czy to ważne?

– Może. Ale proszę mówić dalej.

Chwilowo zirytowało mnie, że mi przerwał. Ale podjąłem przerwaną opowieść.

– W każdym razie Katharina usiadła na słońcu, Emily podbiegła do najbliższej krowy na pastwisku przy schronisku, a ja do toalety.

Idąc do węzła sanitarnego wewnątrz budynku, spotkałem Nilsa. Stał przy wejściu, sączył lemoniadę z butelki i siedział w jakichś mediach społecznościowych na swojej komórce. Wiedziałem, że to kelner, bo za jego paskiem tkwił tablet do przyjmowania zamówień. A poza tym miał plakietkę z imieniem.

Zapytałem grzecznie, czy mam złożyć zamówienie w środku, czy możemy zamówić na zewnątrz, przy stoliku. W odpowiedzi usłyszałem jedynie: „tak, tak, zaraz podejdę”, i to bez podniesienia wzroku. Jako gość alpejskiego schroniska nie życzyłem sobie ani takiej odpowiedzi, ani takiego zachowania.

– Chciałem tylko grzecznie zapytać, czy… – Starałem się jak najbardziej harmonijnie spędzić tę część urlopu, którą z konieczności musiałem spędzić w jego towarzystwie.

– Jestem na przerwie. – Nils, który miał zaraz podejść, odwrócił się do mnie plecami, najwyraźniej skupiony na swojej przerwie, i od tej chwili koncentrował się wyłącznie na komórce.

Nieco dokładniej przyjrzałem się tej części jego ciała, którą jeszcze widziałem.

Nils miał najwyżej koło trzydziestki, jednak sprawiał wrażenie kogoś, przy kim osiemdziesięciolatek poczułby się młodo. Inni goście w schronisku mieli na sobie górskie buty, szorty, przepocone koszulki i zdrową opaleniznę na twarzach. Nils był trupio blady i nosił lila sneakersy, czarne obcisłe dżinsy i zdecydowanie za dużą, ciemnozieloną koszulkę w serek z brokatową aplikacją. Cekiny układały się w piękne hasło „Save the Planet”. Równie dobrze Nils mógłby udawać baristę w berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg. Pasował tu mniej więcej tak, jak Heidi do klubu Berghain1.

Ze swoim metrem siedemdziesiąt pięć wzrostu wydawał się o co najmniej pięćdziesiąt centymetrów za wysoki dla swojej wagi. Jedyną rzeczą, która pasowała do otoczenia, była jego fryzura. Mianowicie wyglądała tak, jakby krowa uformowała ją językiem. Za to puszysty zarost nad górną wargą nie pasował ani do Alp, ani do jego twarzy. Nils uosabiał dokładnie ten typ człowieka, przez którego ucieka się w Alpy: by chociaż przez tydzień kogoś takiego nie spotkać.

Aby jego „zaraz podejdę” nie poległo na przeszkodach logistycznych, postanowiłem udzielić mu dokładnych informacji, gdzie nas znajdzie, zanim wyruszyłem dalej w poszukiwaniu toalety.

– Więc dobrze, siedzimy przy trzecim stole od wejścia. Zobaczy nas pan natychmiast, gdy skończy przerwę. Na dworze w sumie ciągle panują pustki.

– Tak, tak – odparł Nils i znowu nawet nie podniósł wzroku.

Dla wszystkich zaangażowanych byłoby lepiej, gdybyśmy się nigdy nie spotkali.

3. Inni ludzie

Uważność nie eliminuje innych ludzi. Ale przede wszystkim: uważność nie eliminuje przyczyn, dla których inni ludzie wciąż cię denerwują. Przyczyny te leżą w tobie. Tylko ty możesz je odkryć i usunąć.

Joschka Breitner, Wewnętrzne dziecko

Właściwie po tak pięknej wędrówce powinienem skupić się na sobie i odpocząć. Ale z jakiegoś powodu kelner Nils i jego bezczelne zachowanie nie dawały mi spokoju. Stanowiły kontrast dla atmosfery, którą sobie wyobraziłem jako idealne tło dla naszego postoju podczas wędrówki po alpejskich łąkach.

Jako człowiek uważny posiadałem odpowiednie narzędzia, by na luzie podchodzić do takich drobnostek. W toalecie odbyłem krótką medytację na stojąco. Byłem na urlopie. Byłem z żoną i córką w górach. Mieliśmy świetną pogodę. Brakowało mi jeszcze tylko butelki lodowatego Almdudlera, placków z musem jabłkowym i kilku dobrze wysmażonych kiełbasek, a wszystko będzie idealnie.

Na tarasie usiadłem obok Kathariny i Emily, która porzuciła krowy na rzecz bliskości rodziców. Wokół nas zbierało się coraz więcej wędrowców, którzy najwyraźniej także zapragnęli się posilić. I tylko jednej osoby to wszystko w ogóle nie obchodziło: Nilsa. Przez kolejnych dziesięć minut zwracał uwagę swoją nieobecnością. Katharina i Emily tymczasem wykorzystały majestatyczną panoramę do odegranej z rozmachem partyjki gry z serii „Widzę coś, czego ty nie”. Emily jednocześnie rozkoszowała się ukochanym napojem, czyli owocowym soczkiem w saszetce, który w pocie czoła taszczyłem w plecaku przez góry. Ja tymczasem siedziałem obok, w towarzystwie mojego głodu i pragnienia, i wpatrywałem się w taras.

Zapełniły się wszystkie stoły, poza jednym. Katharina zapytała, czy nie chciałbym z nimi zagrać. Jednak nie miałem ochoty. Nie mogłem jednocześnie obserwować nieobecnego kelnera i nie widzieć czegoś, co widzą inni. Za sprawą uważności porzuciłem ideę wielozadaniowości. Wkurzało mnie, że kelner nie wraca.

– Widzę coś, czego ty nie, a mianowicie kelnera – rzuciłem lakonicznie.

Katharina, której często umykało moje poczucie humoru, po raz pierwszy tego dnia skrzywiła się z dezaprobatą.

Emily natomiast była zachwycona moją wersją zabawy i podchwyciła entuzjastycznie:

– Widzę coś, czego ty nie, i to jest jednorożec!

Ewidentnie na mojej córce fakt, że do tej pory nie zasmakowała placków z musem jabłkowym, najwyraźniej nie robił nawet częściowo tak wielkiego wrażenia jak na mnie.

Przy ostatnim wolnym stoliku miejsca zajęło pięciu żołnierzy Bundeswehry. Choć byli w cywilu, plecaki moro zdradzały ich profesję. Starałem się nie denerwować myślą, że jesteśmy teraz tylko jednym z wielu stolików i moje placki z cukrem pudrem coraz bardziej oddalają się w przyszłość. Nie, zamiast tego usiłowałem uważnie rozkoszować się chwilą, ale nie wiadomo dlaczego chwila sprzed dziesięciu minut wydawała mi się piękniejsza. Tamten moment, gdy byliśmy jedynymi nowymi gośćmi. Pełnymi nadziei na szybką obsługę.

Hasło „Służymy Niemcom” przykuło moją uwagę już tego ranka, na autobusie w dolinie. Szczerze mówiąc, w tym momencie jako myśl przewodnia tego schroniska zdecydowanie bardziej przypadłoby mi do serca „Obsługujemy Niemców”.

– Björn, zamówisz nam, proszę, placki z musem jabłkowym? Musimy skoczyć do łazienki. – Głos Kathariny wyrwał mnie z ponurych rozmyślań. Oddalała się z Emily w kierunku toalet. Na stole została saszetka po soczku owocowym.

I wtedy, wreszcie, na taras wyszedł Nils. Z plikiem menu pod pachą. Bez ładu i składu rozdawał karty gościom przy poszczególnych stolikach. Bez jakiegokolwiek widocznego systemu. Dostrzegłem w tym szansę: niech moja szybkość zrównoważy jego ewidentny brak jakiejkolwiek wiedzy o kolejności przyjmowania zamówień.

– Nie potrzebuję karty, wiem, czego chcemy. Poproszę placki z cukrem pudrem, lemoniadę Almdudler i… Macie kiełbaski Landjäger?

– Mięsne? – zapytał w odpowiedzi z lekkim niesmakiem. – Jeżeli o mnie chodzi, w schroniskach powinno się podawać tylko dania wegańskie. Ale proszę bardzo. Chwileczkę…

Nils usiłował wyłowić tablet z pliku pozostałych kart dań. Nadaremnie. Ja usiłowałem zrozumieć, jakim cudem ktoś, kto z własnej woli zdecydował się obsługiwać innych za pieniądze, uważa, że ma prawo pouczać te osoby za darmo. Także nadaremnie. Podjąłem kolejną próbę.

– Niepotrzebny panu ten tablet. Chcę zamówić tylko trzy proste…

– Chwila, najpierw muszę rozdać menu. – Nie dał mi dokończyć, oddalił się z kartami, podszedł do innego stolika i zabłysnął nie tyle profesjonalizmem, co cekinami układającymi się w napis „Save the Planet”. Ratowanie świata to dość ryzykowne hasło w ustach kogoś, kto nie jest w stanie zapanować nawet nad siedemdziesięciometrowym tarasem restauracji. Nils zostawił mnie samego, w towarzystwie jedynie mojej pączkującej wściekłości.

W tym momencie wróciły Katharina i Emily. Emily, radosna, wspięła mi się na kolana. Katharina usiadła naprzeciwko mnie, z irytacją spojrzała na ciągle pusty stół i zapytała z wyrzutem:

– Nadal nie zamówiłeś?

Pięć minut temu byłem marudą, który narzekał na brak kelnera. Teraz zachowanie nieobecnego kelnera okazało się osobistym zarzutem pod moim adresem. Szlag trafił dwie i pół godziny wymaszerowanego relaksu. Czułem, jak się wewnętrznie rozpalam. Przede wszystkim dlatego, że się wewnętrznie rozpalam. I: czy ja przypadkiem nie poczułem właśnie zapachu placków z cukrem pudrem?

– Bardzo chciałem zamówić. Ale jednorożec, którego nie widziała także Emily, jest zdecydowanie bardziej zorganizowany niż kelner, który ciągle do nas nie podszedł.

– Nie nakręcaj się. Jesteśmy na wakacjach.

– Mój kelner nie.

Gdy Nils kolejny raz przechodził koło naszego stolika, nie tylko zapomniał, co zamówiłem, lecz także, że w ogóle chciałem cokolwiek zamówić. Za to zobaczył puste opakowanie po soczku owocowym Emily. Podniósł je opuszkami palców. Zamiast zapytać, na co mamy ochotę, głośno wyraził tęsknotę za światem idealnym:

– Zdają sobie państwo sprawę, że podczas produkcji jednego takiego opakowania do atmosfery trafia sto gramów dwutlenku węgla? Gdyby to ode mnie zależało, Alpy byłyby strefą wolną od plastiku.

Jestem wielkim zwolennikiem działań proekologicznych. I bardzo cieszy mnie każda nowa informacja, którą uzyskuję za darmo. Ale w tym momencie byłem głodny i jednego miałem po dziurki w nosie: nieproszonych pouczeń w wykonaniu obsługi, serwowanych na pusty żołądek.

– Strefę wolną od plastiku to miał najwyraźniej twój ojciec, gdy cię robił. I to także nie był zbyt udany koncept.

Naprawdę powiedziałem to na głos? Katharina oburzona położyła mi dłoń na ramieniu, bo już miałem przyciągnąć kelnera do siebie. Sam byłem nieco zaskoczony tym, że spontanicznie udało mi się połączyć dwa totalnie ze sobą niepowiązane fakty w sensowną obelgę. W sumie to nie w moim stylu. Na szczęście w tym momencie interweniowała Bundeswehra, by deeskalować konflikt. Żołnierze głośno domagali się napojów. Nils uciekł bez słowa, ruszył do najgłośniejszego stolika.

– A gdzie tata tego pana miał strefę wolną od plastiku? – zainteresowała się Emily i tym pytaniem uchroniła mnie przed natychmiastowym ochrzanem ze strony Kathariny.

– Skarbie, tatuś tylko żartował – wyjaśniła Katharina, patrząc na mnie wzrokiem, który zdradzał, że absolutnie nie było jej do śmiechu. Jednak postanowiliśmy sobie, że w obecności Emily nie będziemy się kłócić.

– Tatusiu, jestem głodna. – Emily przerwała moje unikanie gniewnego wzroku Kathariny. Od tego momentu dalsze czekanie nie wchodziło w grę. Mnie i moje gastronomiczne wspomnienia z dzieciństwa można sobie deptać do woli, proszę bardzo. Ale nie rzeczywiste potrzeby spożywcze mojej córki.

Gdy Nils kolejny raz chciał nas minąć w bezsensownej drodze do innych gości, przystąpiłem do czynów. Złapałem go za skraj brokatowej koszulki i przyciągnąłem z powrotem do naszego stolika. Kolejny raz zaskoczyło mnie nieco, że zrobiłem coś takiego. Zazwyczaj unikałem fizycznych konfrontacji.

Katharina patrzyła z oburzeniem.

– Stop! Teraz nasza kolej.

– Ja… Chciałem tylko… – wybełkotał kelner.

– Nie mówi się „chciałem”, tylko „chciałbym”. A ja chciałbym teraz złożyć zamówienie. Natychmiast! – oznajmiłem opanowanym, ale bardzo stanowczym głosem.

Gdy do Nilsa dotarło, że wypuszczę z dłoni skraj jego brokatowej koszulki dopiero, gdy tu i teraz wydobędzie ten swój gastrotablet, droga była wreszcie wolna dla naszego zamówienia: dwa razy placki z cukrem pudrem, lodowato zimna lemoniada Almdudler i kiełbaska na wynos.

– To było chamskie i nie do przyjęcia – skarciła mnie Katharina, gdy Nils w milczeniu oddalał się od naszego stolika.

– Przychodzi ci do głowy łagodniejszy sposób? – odparłem pytaniem.

– Nie, ale ostatnio byłeś taki opanowany. Także w górach można wędrować uważnie.

– Ja nawet chciałem uważnie zamówić. Tylko że do tego trzeba też uważnego kelnera. A nie takiej pierdoły.

– Błagam, nie psuj złym humorem tego pięknego dnia. Przecież zaraz podadzą nam jedzenie.

Dzień psuje nie problem, tylko ten, który ów problem identyfikuje. Takie podejście do życia ma Katharina.

Podano jedzenie. Niestety ani nie zaraz, ani nie nam. Pierwsze dwa zamówienia placków trafiły na stół, przy którym goście usiedli zdecydowanie po nas. Moją lodowato zimną butelkę lemoniady Almdudler zgarnął jeden z żołnierzy i opróżnił ją między dwoma piwami, na które od dawna czekali, bo Nils najwyraźniej totalnie stracił rachubę, które zamówienie powinno trafić na który stolik. Katharina i ja tymczasem skorzystaliśmy z okazji, by w ciepłym słońcu orzeźwić się lodowatą ciszą. Po mniej więcej dwudziestu minutach dostaliśmy wreszcie nasze placki. I letnią butelkę lemoniady Almdudler. Natomiast moja kiełbaska ciągle jeszcze nie wyruszyła z kuchni. I to nawet wtedy, gdy nasze talerze od dawna świeciły pustkami. Emily zdążyła ponownie porzucić nasz stolik, by radośnie bawić się wodą przy tarasie w lodowatym strumieniu – wodą, której mogłem napić się natychmiast i za darmo.

A tymczasem co robiłem ja? Ja gotowałem się z wściekłości. Katharina to po mnie widziała. Starała się mnie uspokoić.

– Placki były pyszne – stwierdziła z zadowoleniem, kojąco.

Nie odpowiedziałem.

– O co chodzi? – zapytała, już z nutą wyrzutu.

– Ten kretyn zapomniał o mojej kiełbasce – stwierdziłem.

– Po prostu o nią zapytaj i nie wyładowuj frustracji na mnie.

– Przecież wcale nie o to chodzi! – niemal krzyknąłem. – Przez cały rok muszę jakoś funkcjonować. A na urlopie mam się podporządkować kretynowi, który nie ma pojęcia, co robi?

– Słuchaj, nie możesz się tak nakręcać z powodu jednej…

– Tu wcale nie chodzi o kiełbaskę! Tu chodzi o… – Szczerze mówiąc, sam nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego brak kiełbaski doprowadził mnie do takiej wściekłości ani o co mi tak naprawdę chodziło. Za to głęboko w duszy miałem absolutną jasność, że potraktowano mnie niewiarygodnie niesprawiedliwie. Natychmiast podany parujący talerz placków z cukrem pudrem, lodowato zimna butelka lemoniady Almdudler, idealnie wypieczona kiełbaska – trzy oczywiste drobiazgi. Niczego więcej nie chciałem. Ale nie dostałem ani jednego. Głęboko we mnie darł się głos, donośny, niemal nieznośnie wysoki, i protestował przeciwko tej niesprawiedliwości. Katharina widziała tylko brakującą kiełbaskę. Jednak dla mnie kelner swoją ignorancją doprowadził do sytuacji, w której moje naczynie trosk, i tak zawsze pełne, osiągnęło punkt krytyczny.

– Tu chodzi, wyjątkowo, o mnie! Czy chociaż raz na urlopie wszystko może potoczyć się tak, jak sobie tego życzę?

– Ach, czyli znowu chodzi tylko o ciebie? Zdajesz sobie sprawę, jaki z ciebie egoista?

– Póki egoistycznie za wszystko płacę, mam to w nosie.

Nils stał cztery stoły dalej i ignorował wszelkie moje sygnały, że chcę zapłacić. Chciałem wstać i do niego podejść. Katharina mnie powstrzymała.

– Daj spokój. Nic dobrego nie wyniknie z tego, że…

Czyżby przed sekundą własna żona naprawdę potraktowała mnie jak małe dziecko? Nie ze mną te numery. Wstałem. Podszedłem do Nilsa. Stanąłem obok.

– Płacę.

– Chwileczkę, ja…

– Natychmiast. O tam.

Wróciłem do naszego stolika. Pozostali goście przyglądali mi się wyrozumiale. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że ta wyrozumiałość dotyczyła Kathariny. Nie mnie.

– Ja zapłacę – zdecydowała Katharina. – A ty, z łaski swojej, wyluzuj i się uspokój.

Chciałem podać jej portfel, ale mnie zbyła. I to złośliwie.

– Zawsze mam przy sobie dość gotówki. Odkąd mój mąż żyje własnym życiem.

Aha. Czyli nawet pod względem finansowym byłem zbędny. Wielkie dzięki, Nils, że akurat na urlopie udało ci się mnie zepchnąć na skraj problemów małżeńskich.

– Co za gówniane schronisko – powiedziałem. Niech sobie wsadzi tę kiełbaskę, pomyślałem. – Wielkie dzięki za wsparcie! – Wściekły oddaliłem się ciężkim krokiem i zostawiłem równie rozwścieczoną małżonkę.

– I co ci przyszło z tych wszystkich ćwiczeń uważności? – usłyszałem za plecami jej pytanie.

No właśnie, co? Sam siebie nie poznawałem. Nigdy nie byłem cholerykiem. Wręcz przeciwnie: dawniej raczej wszystko w sobie tłumiłem. Póki nie odkryłem uważności, dzięki której w ciągu minionych miesięcy udało mi się fantastycznie funkcjonować. A teraz brak kiełbaski do tego stopnia wyprowadził mnie z równowagi? Ale może chodziło właśnie o to. Może po prostu miałem już dosyć wielomiesięcznej żelaznej dyscypliny, z którą nad sobą pracowałem, a w tym samym czasie byle kelner mógł bezczelnie deptać moje potrzeby. I jeszcze do tego żona traktowała mnie jak małe dziecko. Byłem wściekły. Co do jednego Katharina miała rację. Musiałem sam wyleźć z tego ślepego zaułka, zamiast urządzać kolejną scenę. Dlatego wstałem. Dlatego szukałem miejsca, by ochłonąć. Postanowiłem obejść schronisko dookoła.

Znalazłem się mniej więcej w połowie, zatrzymałem się na rampie przy towarowej kolejce linowej. Byłem całkiem sam. Z tarasu przed lokalem nie było widać tego zakątka. Stałem tam, otoczony niezliczonymi pustymi skrzynkami po lemoniadzie Almdudler, które najwyraźniej czekały na transport z powrotem do doliny. Rampa przypominała uliczkę za knajpą. Bo też w gruncie rzeczy dokładnie tym była. Panował tam przyjemny chłód, bo budynek rzucał cień. Było cicho, powietrze wydawało się ożywcze.

– Aby ostudzić się także wewnętrznie, przyjąłem pozycję: stopy na szerokość ramion, ramiona luźno zwieszone wzdłuż ciała. Podszedłem do barierki, zerknąłem w dół, w dolinę, i poczułem swój oddech. – Tę część historii opowiadałem Joschce Breitnerowi z pewną dumą. – Tak jak mnie pan uczył, udało mi się bardzo szybko uspokoić. W sumie nie było tak źle. W tu i teraz nie byłem już głodny. Nie byłem spragniony. Mojej córce podobała się wyprawa. Byłem na urlopie, a czekała nas jeszcze urocza przejażdżka kolejką linową z powrotem do doliny.

– Zdenerwował się pan. To się zdarza większości ludzi. A potem zdołał się pan uspokoić. To się zdarza mało komu. W czym problem? – dopytywał Joschka Breitner.

– Problem w tym, że ten sam głos, który wcześniej oburzał się na niesprawiedliwość i podhajcował temperaturę do nieznośnej wysokości, odezwał się ponownie.

Opowiadałem dalej: ten dziecinny głosik, który wcześniej wrzeszczał we mnie tak głośno, piskliwie i niemal niesłyszalnie, teraz podpowiadał, gdy się już uspokoiłem, gdy odzyskałem panowanie nad sobą, że tak jednak być nie może. Nils zepsuł mi wymarzony dzień w schronisku. Powinienem więc odwdzięczyć mu się co najmniej tym samym. Nieważne, skąd ten głos dobiegał – czułem, że ma rację. Mała zemsta dobrze mi zrobi!

Rozejrzałem się po mikroskopijnym podwórku i wpadłem na pewien pomysł. Zabezpieczenie towarowej kolejki linowej składało się z niewielkiej bramki, zamykanej na dwie zasuwki. Obok niej stały skrzynki po lemoniadzie Almdudler. Gdyby ktoś przesunął skrzynki przed bramkę, przechylił je odrobinę i odsunął zasuwki? Wtedy kolejna skrzynka, którą jakiś durny kelner postawi na spiętrzonych pozostałych, przeważy i wieża runie. Skrzynki polecą na bramkę, bramka się otworzy i kilkadziesiąt pustych butelek, razem ze skrzynkami, runie w przepaść. Świadomość, że po czymś takim Nils prawdopodobnie dostanie opieprz od pracodawcy, stanowiła wystarczającą satysfakcję.

Przesunąłem trzy skrzynki, ustawione jedna na drugiej, bardziej w lewo, tuż przed bramkę. Przechyliłem wieżę ku przepaści i pod najniższą skrzynię wsunąłem płaski kamień. Wieża przechyliła się w kierunku doliny, ale nadal stała. Dopiero kolejna skrzynka ją przeważy i wszystko się rozwali. Otworzyłem bramkę. Coś we mnie chichotało radośnie. Wróciłem na taras z dziecinną frajdą na myśl, jak rozegra się mój psikus.

Katharina zdążyła zapłacić. A także się uspokoić. Na znak pojednania bez słów położyłem jej dłoń na barku. Odepchnęła ją. Ze wzrokiem przepełnionym cierpieniem, którym mówiła: daj mi czas, bym przepracowała twoje zachowanie, bo póki co jestem tobą bardzo zawiedziona. Pełne wyrzutów milczenie jest moim zdaniem jeszcze bardziej poniżające niż wykrzyczane zarzuty. Z powodu zdecydowanie mniej znaczących westchnień zdarzało mi się przedwcześnie zakończyć obowiązkową coroczną urodzinową rozmowę telefoniczną z matką.

Zarzuciłem plecak na ramię i ruszyłem w ślad za Emily, która już biegła w kierunku kolejki linowej. Katharina dreptała w odległości dwudziestu metrów za nami.

Helikopter ratunkowy zauważyliśmy dopiero, gdy pół godziny później zjeżdżaliśmy kolejką do doliny.

4. Samoobwinianie

Samoobwinianie jest bezcelowe. Nie rozwiązuje problemu. Po prostu kopiuje go z rzeczywistości do myśli. I tam rozrasta się do rozmiarów, których nigdy nie osiągnąłby w rzeczywistości.

Joschka Breitner, Zwolnij na pasie szybkiego ruchu.

Uważność dla kadry kierowniczej

Helikopter wylądował nie na łące przed schroniskiem, tylko zawisł w powietrzu, nad towarową kolejką linową. Najwyraźniej opuszczano uprząż ratowniczą i kogoś, kto ją obsługiwał. Miałem złe przeczucie, że może to wszystko miało coś wspólnego z rozkołysanymi skrzynkami po napojach i niedokładnie zamkniętą bramką tejże kolejki.

Gdy dotarliśmy do doliny, zapytałem w kasie z czysto turystycznym zainteresowaniem, co też się dzieje tam na górze. Co to za akcja ratunkowa?

Kasjer należał, jak wszyscy pracownicy kolejki, do ochotniczego pogotowia górskiego i dzięki przekazywanym przez krótkofalówkę informacjom był doskonale poinformowany o tym, co wydarzyło się koło schroniska.

– Fatalna sprawa. Kelner spadł w przepaść.

O. Kurza. Twarz. Najwyraźniej mój psikus wymknął się spod kontroli. Zrobiło mi się lodowato.

– Czy on… źle z nim?