Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Autorka bestsellera „Cieszę się, że moja mama umarła” powraca z opowieścią o seksie, samotności i żądzy, gniewie, bliskości i jej braku, a także o tym, do czego jesteśmy zdolni, by spełnić swoje zachcianki.
Waldo zna życie od podszewki. Jest impulsywna. Samotna. Bystra i naiwna. Harda, bezkompromisowa i twarda. Waldo ma siedemnaście lat. Wie, czego chce, a tym, czego pragnie najbardziej, jest pan Korgy, jej nauczyciel pisania. Mężczyzna po czterdziestce, żonaty i nieco zużyty, przygnieciony życiem i kredytem. Waldo nie wie, co ją w nim pociąga. Czy chodzi o jego pasję? Doświadczenie? Znajomość sztuki i świata? Czy może widzi w nim pokrewną duszę, człowieka równie nieszczęśliwego jak ona sama? A może wystarczy, że ją zauważa?
Jennette McCurdy – autorka książki „Cieszę się, że moja mama umarła”, za którą zdobyła nagrodę American Library Association Alex Award w 2023 roku oraz nagrodę Goodreads Choice w kategorii „wspomnienia i autobiografie” w 2022 roku. Książka uplasowała się na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa” (znajdowała się niej łącznie ponad dziewięćdziesiąt tygodni). Ukazała się w ponad trzydziestu krajach i sprzedała w przeszło czterech milionach egzemplarzy. McCurdy obecnie pracuje nad serialem dla Apple TV+ na podstawie „Cieszę się, że moja mama umarła”, produkowanym przez firmę LuckyChap Margot Robbie, z Jennifer Aniston w roli głównej. „Mogłabym być jego córką” to jej debiutancka powieść fabularna.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 221
Tytuł oryginału
HALF HIS AGE
Copyright © 2026 by Waffle Cone, Inc.
All rights reserved
Projekt okładki
Arsh Raziuddin
Ilustracja na okładce
© 1001slide/Getty Images
Opracowanie okładki wersji polskiej
Michał Poniedzielski
Redaktor prowadzący
Magdalena Sakowska
Redakcja
Joanna Serocka
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-604-1
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dla A.K.
Wiem, że nieładnie jest stękać, gdy facet robi ci dobrze ustami, ale nie mogę się powstrzymać.
– Zajebiście smakujesz – mówi i oblizuje wargi.
– Dzięki.
Wilgotne palce Randy’ego Julepa zaciskają się na moich rozłożonych udach. Mineta w jego wykonaniu nie robi wrażenia. Nabożnie zaciśnięte powieki. Okazjonalne pomruki. Oślizgły język, którym kręci kółka jak na karuzeli, machinalnie i bez entuzjazmu.
– Wiesz co, może chodź na górę.
– Mam przestać? – Patrzy na mnie spod oka.
– Nie, po prostu… przejdźmy do rzeczy.
– O-okej, jak chcesz. – Z nieskrywanym podnieceniem wyszarpuje gumkę z kieszeni i przejeżdża mokrymi rękami po zmierzwionych włosach. Tych samych, które tak mnie urzekły, gdy poznaliśmy się latem na imprezie z okazji czwartego lipca. Tych samych, które opadały mu na ciężkie powieki, kiedy waliliśmy shoty z czerwonej, białej i niebieskiej galaretki, pochłanialiśmy kukurydzę ociekającą masłem, pływaliśmy w Goose Lake i oglądaliśmy nielegalne fajerwerki. Zmierzwione włosy, które uznałam za takie intrygujące. Takie uwodzicielskie. I które teraz uważam za tłuste.
– Pomóc ci? – pytam, kiedy mocuje się z folią.
– Uhm, mogłabyś?
Rzuca mi opakowanie, rozdzieram folię i mu odrzucam. Ściąga bokserki i ciska je w kąt.
Zamykam oczy i przesuwam ręce w dół, wyobrażając sobie, że jestem gdzie indziej, z kimś, z kim mam głębszy kontakt i kto mnie rozumie, z wzajemnością. Szkoda. Przez moment naprawdę myślałam, że Randy może być tym facetem. Pochmurny milczek z niego. Składałam to na karb wnikliwych refleksji, którymi nie lubi się dzielić ze światem zewnętrznym.
– Masz piękne cycki – stwierdza.
– Dzięki.
– Takie piękne – powtarza, ugniatając je jak dziecko plastelinę. – Całe twoje ciało jest…
– Dzięki – mówię raz jeszcze z wahaniem. Może i jest piękne, to moje ciało. Ciężko mi ocenić, bo przez dwa lata, odkąd mam tę jego nową wersję, ujarzmiam je, zamiast doceniać. Poleruję, golę, szoruję, złuszczam, namydlam lub zatykam szorstkim tamponem, byle powstrzymać przed tym, do czego jest stworzone. Byle nie puchło, nie przeciekało lub zarastało tam, gdzie najmniej wskazane.
Jeszcze nie przywykłam do tego nowego ciała, do tych rozstępów, krągłości i sylwetki nie do poznania. Jakby moja drobniejsza, płaska powłoka nie zdołała już pomieścić zawartości, dlatego się rozrosła. Jakby ciało wyprzedziło umysł, który teraz musi nadgonić. Zrozumieć, że to nie tymczasowe lokum, tylko dom. Chociaż na razie nie wygląda.
– Gotowa? – Randy z dziwnym natężeniem mruży oczy. Mam ochotę mu przypomnieć, że to nie Apollo 13, tylko dwójka gówniarzy, która zaraz będzie się pieprzyć na dwuosobowym łóżku.
– Tak – odpowiadam zmysłowym głosem, w moim mniemaniu odpowiednim do sytuacji.
Randy dupczy miarowym dup, dup, dup. Tak samo jak oni wszyscy, a przynajmniej trzech chłopaków, których przeleciałam, z twardymi pałami, zatkanymi porami i paluchami, którymi mnie macali, jakby szukali po omacku kluczyków do auta. Zero namiętności, zero więzi. Nic, tylko pot, dupczenie i genitalia. Części ciała w częściach ciała.
Nie powiem, że się nie starali. Starali. Ja też się staram. Ale bez względu na ilość spermy i śliny, ocierania i obściskiwania, lizania i obciągania, pettingu i edgingu, seks nigdy nie spełnia oczekiwań. Jest powierzchowny i byle jaki. Sztuczny i niezdarny. Namacalny dowód na niedopasowane elementy układanki.
Potem oni zapinają rozporki, a ja stanik i w niezręcznej ciszy godzę się z przykrym faktem, że wybrałam zbliżenie zamiast bliskości, ale nie mówię tego na głos i idziemy na lody.
Może to ja. Może to we mnie tkwi problem. Gdy miałam siedem lat, mama stwierdziła, że ciężko mnie kochać. Zapamiętałam to na zawsze, chociaż dwadzieścia minut później przysięgała, że nie mówiła na serio, a dwa dni później wszystkiego się wyparła.
„Źle usłyszałaś”, tłumaczyła, gdy przypomniałam jej o tym w trakcie cotygodniowej wyprawy do Dollar Zone po żywność wysokoprzetworzoną (duże opakowania Cheetos i SunChips, masło orzechowe i kilka opakowań mieszanki do hamburgerów, która zalegała nam zwykle po upływie terminu ważności), produkty codziennego użytku (pastę do zębów, papier toaletowy i worki na śmieci, tak cienkie, że się darły, zapełniane do samej góry) oraz jakąś nowość, której mama nie mogła się oprzeć (krem na pękające pięty lub coś z „detoksykujący” w nazwie).
„No nie wiem, ciężko to z czymś pomylić”, odpowiedziałam.
Wsadziła do ust listek gumy cynamonowej i przeżuła.
„Co nie znaczy, że dobrze usłyszałaś”.
„Przepraszam”.
„Nie ma za co. Nic takiego nie powiedziałam. Może powiedziałam, że ciężko ci dogodzić. Ciężko ci dogodzić, bo masz duże oczekiwania. Nie jestem złośliwa, tylko mówię, co myślę. Ale nigdy nie powiedziałabym, że ciężko cię kochać”.
Sprawa załatwiona, pomyślałam. Po prostu ciężko mi dogodzić i mam duże oczekiwania. I sięgnęłam po kolorowankę, lecz po namyśle odłożyłam ją z powrotem na regał. Może za dużo chcę. Może trzeba chcieć mniej, a będę w sam raz. Taka jaka powinnam. Nie w nadmiarze, ale w ilości do pokochania.
Wzięłam to pod uwagę w moich trzech związkach, jeśli można je tak nazwać, a zapewne nie można. Starałam się nie prosić o zbyt wiele, a oczekiwać jeszcze mniej. Dokładałam starań, aby czuli się zabawni, opowiadając te same kawały, inteligentni, mimo że wszyscy mają te same poglądy, i wszechwiedzący, chociaż Google szybko ujawnia ich braki. Próbowałam uśmiechać się, śmiać i podlizywać na zawołanie. Rozwodniłam swoją osobowość do płaskiej wersji z kartonu i nie widziałam w tym nic złego, dopóki miałam wielowymiarowe ciało z wszystkimi atrakcjami do wzięcia. Ale im bardziej się starałam, tym bardziej docierało do mnie, że to na nic. Ciało nie sprawi, że zaiskrzy na zawołanie, i nie ukręci z gówna nici porozumienia. Można wycisnąć z niego parę dreszczyków emocji, lecz prędzej czym później mówi dosyć.
Tak jak moje w tej chwili.
– Dochodzę! – krzyczy mi do ucha Randy.
I dochodzi. Przynajmniej jak zapowiedział, tak zrobił. Słowność jest mile widziana w każdej postaci.
Wychodzi ze mnie zdyszany. Zerkam na szafkę przy jego łóżku, na talerz z resztkami pizzy, stojący tu od dłuższego czasu, i sfatygowany egzemplarz Subtelnie mówię f*ck odłożony tytułem do góry, jakby właściciel szczycił się jego czytaniem. Przesuwam wzrokiem po półkach z pucharami oraz triadzie zawieszonych obok plakatów filmowych: Człowiek z blizną, Chłopcy z ferajny, Pulp Fiction. Trójca święta. Co chłopacy mają z tymi trzema filmami? Zawsze te trzy filmy.
– Masz czasami wrażenie, że twoje ciało i umysł mówią dwie różne rzeczy? – pytam.
– Uhm… – Randy gapi się na mnie w osłupieniu. – Nie. W sumie to nie. A ty?
– Ja? W sumie też nie – mówię. Niesamowite, jak często przyznanie racji jest zarazem kapitulacją.
Randy ściąga kondom i strzela nim jak z procy, nawet mruży oko, żeby dobrze wycelować. Dobrze chociaż, że trafia. Jeśli strzelasz swoim materiałem genetycznym, lepiej trafiaj do kosza. Bierze z wykładziny brudną skarpetkę i zaczyna się nią wycierać.
– Hej, Randy – słyszę swój odległy i beznamiętny głos, wciągając dżinsy.
– Uhm? – mruczy, zgarniając spermę skarpetą.
– Chyba powinniśmy… – Milknę w poszukiwaniu odpowiednich słów.
– Zerwać? – rzuca od niechcenia, ciskając skarpetę do kosza z brudnymi ciuchami. – Właściwie to myślałem o tym samym…
– Super.
– Super, cieszę się, że tak dojrzale do tego podchodzimy – mówi z błyskiem w oku.
Pada z powrotem na łóżko, krzyżuje stopy i otwiera komórkę, żeby pośmiać się z filmiku przysłanego przez kumpla.
– To na razie – rzucam przez ramię i wychodzę.
– Na razie – odpowiada, nie podnosząc wzroku.
I tyle. Bezceremonialne zerwanie. Bez jednej łzy. Bez dlaczego i mogę się zmienić. Czyste, proste cięcie. Kolejny dreszczyk emocji, zmięty i wyrzucony do kosza. Albo wystrzelony.
Po powrocie do domu ściągam buty, sikam i wyrzucam papier do śmietnika, bo wiecznie mamy zatkany kibel. Myję ręce ulubionym mydłem mamy, cytrynową werbeną z Bath & Body Works, dwadzieścia siedem dolarów za pięć sztuk. Zmywam naczynia, szybko nastawiam pranie, wkładam do mikrofalówki mrożoną lasagne i biorę z blatu najnowszą karteczkę samoprzylepną z liścikiem od mamy:
Waldo – nocuję dziś u Tony’ego. Masz lasagne w zamrażarce. Wspaniałego pierwszego dnia jutro. Ostatnia klasa, skarbie! Jestem taka dumna! Xxoo, mama
Nie wiem, po co zawraca sobie głowę karteczkami, skoro mogłaby wysłać esemesa – pewnie myśli, że są bardziej osobiste – ani po co je zachowuję. Widać podzielam jej zdanie.
Idę do siebie z lasagne i liścikiem, który wkładam do szkatułki z biżuterią pełnej mu podobnych, i parzę język rozmrożonym daniem. Oglądam tutoriale na YouTubie, jak zakręcić włosy w dziesięciu krokach, tak skomplikowane, że chyba poprzestanę na smażeniu włosów suszarką i codziennym prostowaniu, samoakceptacja przyjdzie z czasem. Włączam filmik z moją rówieśniczką w lumpeksie, potem oglądam, jak rozwalają Kennedy’emu łeb w kabriolecie, a jakaś influencerka wydaje siedemset dolarów w Sephorze. Wchodzę w linki w opisie, kiedy opowiada, że ma problem i musi odinstalować aplikację, żeby ciągle nie kupować tego samego produktu w różnych odcieniach, z których żadnego jeszcze nie wypróbowała.
Zamawiam te same odcienie różu w kremie co ona, oprócz Venetian Rose, który jest wyprzedany i który i tak nie pasowałby do mojej bladej skóry. Wiem, że róż nie odmieni mojego życia, lecz w czasie trzydniowego oczekiwania na przesyłkę miło wierzyć, że mógłby. Miło wierzyć, że jedyną różnicą między mną a Margot Robbie jest róż do policzków. Miło wierzyć w obietnice, choćby puste i wypisane ładną czcionką na opakowaniach. Te w szczególności. Są tak przekonane do swoich racji, że zdają się bardziej wiarygodne niż to, co słyszymy od ludzi.
Wypełniam formularz dostawy i płatności, a gdy schodzę do czerwonego ZŁÓŻ ZAMÓWIENIE, serce wali mi w piersi. Klikam i zalewa mnie fala podniecenia i skruchy. Mieszanina tak potężna, że nie pozostawia miejsca na ewentualne uczucia pod spodem.
Kończę lasagne, której pierwszy kęs unicestwił większość moich kubków smakowych, następnie myję twarz oraz zęby i wyciskam pryszcze, chociaż wiem, że nie powinnam. Kładę się, ale nie mogę zasnąć, więc scrolluję.
Na koniec dnia ładuję koszyk na Shein mimo nagannej etyki fast fashion, bo to jedyne miejsce, gdzie można kupić parę spodni za dwanaście dolców. Na wszystkich produktach pojawia się ostrzeżenie przed nowotworem, i dobrze, gdyż dzięki temu mogę ograniczyć się do najpotrzebniejszych rzeczy. Aksamitne spodnie? Niewarte raka. Crop top? Zostaje.
Jestem porażką – to pierwsze słowa, które kieruje do nas. – Kompletną porażką.
Dramatyczne, owszem, ale przestaję scrollować, czego nie udało się osiągnąć innym nauczycielom. Silą się na komitywę i podlizują żartami o dyrektorze Sandersie, cuchnąc na kilometr desperacją, jakby aprobata garstki nabuzowanych hormonami zetek oznaczała, że nadal są coś warci. Że nadal są w grze. I liczą się jako istoty ludzkie.
– To nie było moje marzenie – ciągnie pan Korgy, spacerując między ławkami, a jego mokasyny miarowo wystukują rytm. – Chciałem zostać pisarzem. Autorem powieści. Ale nie wytrzymałem ryzyka, jakie się z tym wiąże. Widmo niepewnego dochodu okazało się ponad moje siły. Widmo odrzucenia. Krytyki znajomych moich rodziców. „Jak idzie pisanie, stary?” Ciągła niepewność. Wybrałem możliwość zamawiania na wynos z tajskiej knajpy zamiast chińskich zupek. Wybrałem mecz z kumplami zamiast rozsyłania opowiadań po wydawnictwach. Ulubiony serial zamiast ślęczenia nad brudnopisem. Wygodę zamiast stawiania na siebie.
Mój pociąg do pana Korgy’ego jest natychmiastowy. Tak nagły, że wzbudza niepokój. Tak namacalny, że tracę wątek. Brzydki nie jest. Kiedyś na pewno było na czym zawiesić oko. Kiedyś. Ale jego uroda wyblakła. Zanikła. Zwiędła pod ciężarem nieuniknionego rozkładu. Zostały już tylko przepastne spojrzenie i ujmujący uśmiech, resztki niegdyś przystojnej twarzy.
Wszyscy chłopcy, z którymi spałam, są mili dla oka. Żadne z nich rumaki z kaloryferem na brzuchu, ale niejedna miała na ich widok mokre majtki: ładne usta, opalona skóra, potargane włosy. Mimo to żaden nie wzbudził we mnie tak silnych uczuć jak pan Korgy.
Zatem atrakcyjność i pociąg to dwie różne rzeczy. Być może dawniej odczuwałam… uznanie dla sylwetki, fryzury lub twarzy. Może to jest pociąg. Coś bardziej pierwotnego i mniej logicznego.
– Dlaczego wam to mówię? – pyta pan Korgy, podchodząc do swojego biurka. – Ponieważ na tych zajęciach nie macie się popisywać, cwaniaczyć ani zgrywać. Nie o to chodzi w kreatywnym pisaniu. Oczekuję od was szczerości. Ona sprawi, że wasze słowa zaśpiewają. A jeśli proszę was o szczerość, możecie na nią liczyć i z mojej strony.
Podciąga nogawki i siada na krawędzi biurka.
– A zatem proszę bardzo. Oto moja prawda. Prawda o tym, jak się tu znalazłem, czterdziestoletni facet uczący kreatywnego pisania w klasie maturalnej East High w Anchorage w stanie Alaska. Prawda o tym, dlaczego jestem porażką.
Czuję pulsowanie pochwy. Nie dlatego, że jest porażką, nie wiem, czyja pochwa by na to zapulsowała. Dlatego, że jest zdolny nazwać się w ten sposób, zdobyć się na szczerość co do swojego położenia i niepowodzeń. Nie maskuje ich jak wszyscy, udając, że spełnia się na etacie, a do szczęścia wystarczą mu wakacje raz w roku, z rabatem w aplikacji. Nie szczyci się punktualnym płaceniem podatków ani zapasem znaczków „na wszelki wypadek” w szufladzie obok maści antybiotykowej i zapasowej ładowarki. Oto człowiek, który potrafi stawić czoło burej rzeczywistości własnego życia i nie boi się mówić o tym na głos.
Przyglądam się przerzedzonym włosom i rozszerzonym porom pana Korgy’ego. Popękanym naczynkom po bokach nosa. Patrzę na miękki zarys żuchwy i zmarszczki w kącikach oczu. Jego tak zwane nieatrakcyjne cechy, które strasznie mnie pociągają. Ten pociąg jest porażający. Odurzający. Nieunikniony. Taki, który sprawia, że będę z nim – tylko jeszcze nie wiem jak.
Potrząsa mi biustem przed nosem i obraca się w przymierzalni w różowe paski.
– Omójboże, ale różnica! Patrz na moje zderzaki! – woła.
Miły akcent po całym dniu wkurzających klientek pytających o rzeczy, których nie mamy na stanie, i zlewających się hektolitrami egzotycznej wody toaletowej, a zarazem jedna z zalet pracy w Victoria’s Secret: pomaganie kobietom w podnoszeniu ich samooceny. Tak niewiele trzeba. Czasami wystarczy dopasowany stanik. Cycki w górę, a poczucie własnej wartości wróci na swoje miejsce.
Większość sklepów w galerii w ostatnich latach zwinęła interes – Dick’s Sporting Goods, Barnes & Noble, Claire’s – bo nikt nie bawi się na zewnątrz, nie czyta i nie pozwala już szesnastolatkom przekłuwać uszu swoim pociechom. Zamknęło się tyle sklepów, że nie licząc Black Friday i dnia po Bożym Narodzeniu, galeria wygląda jak po apokalipsie. Same puste lokale: zerwane wykładziny, spuszczone kraty, tablice WIELKA WYPRZEDAŻ z rabatami siedemdziesiąt pięć procent, przekrzywione w witrynach. Niedobitki handlują poczuciem własnej wartości w słoiku (Lush), butelce (Bath & Body Works), pudrze (Sephora), torebce (Michael Kors) albo biustonoszu (Victoria’s Secret). Mamy też strefę gastronomiczną.
– Te zdziry w Macy’s wmawiały mi, że noszę 80C… doprawdy. – Kobieta cmoka. – Kurczę, pięćdziesiąt osiem lat i w końcu dobrałam właściwy rozmiar stanika. Mogę cię pochwalić przed szefostwem?
– Na dole paragonu będzie adres strony internetowej. Można tam wejść i wypełnić formularz. Lub nie. Nie ma musu.
– Nie ma musu? Proszę cię. Nie bądź taka skromna. Nie lubię, kiedy kobiety mają o sobie niskie mniemanie, strasznie mnie to wkurza.
– Jasne. Przepraszam.
– Nie przepraszaj, to tylko pogarsza sprawę. Jeszcze bardziej się deprecjonujesz – stwierdza. – Powiedz mi jedno: czy znasz swoją wartość?
Pytanie zbija mnie z tropu, zwłaszcza że pada z ust kobiety, która stoi przede mną bez bluzki, ma spalone końcówki włosów i zaburzenia emocjonalne. Poza tym nie znam odpowiedzi. Ani nawet nie rozumiem pytania. Co to właściwie znaczy? Jak można poznać swoją wartość? Co się na nią składa? Mam siedemnaście lat i kiepskie oceny. Mieszkam tylko z mamą w osiemdziesięciometrowym mieszkaniu. Odżywiam się głównie tym, co jest dostępne w 7-Eleven1. I wiem, że wartość to podobno cecha wrodzona z racji bycia istotą ludzką, ale nie byłabym taka pewna. Trzęsiemy się nad tym człowieczeństwem, a przecież jesteśmy tylko ludźmi. Wstrętnymi ludzikami, którzy srają, pierdzą i dymają. Wcinają za dużo nabiału, szukają sensu w iPhone’ach i cierpią na co najmniej jedną niezdiagnozowaną chorobę psychiczną. I którzy może jednak są niewiele warci. Ale nie będę jej tego mówić, więc tylko kiwam głową i potwierdzam.
1 Sieć sklepów wielobranżowych, odpowiednik Żabki.
Ściągam buty, sikam, myję ręce, odkurzam, wrzucam do mikrofali minipizze i sprawdzam blat w kuchni.
Skarbie – u Tony’ego, potem idę na nockę. Przyniosłam ci brownie. Tęsknię. Xxoo, mama
Minipizze wybuchają, ale zjadam skórki, po czym ścieram serowe wnętrzności ze ścianek mikrofalówki i przenoszę się do pokoju z brownie i liścikiem. Wpycham liścik do szkatułki z biżuterią, a brownie do ust, następnie przebieram się w dres i obszerną koszulkę z napisem Nirvana, chociaż nie znam ani jednej z ich piosenek.
Od dziesiątej wieczorem do drugiej nad ranem idę w cug, niebieskie światło wnika mi w pory, jajniki skwierczą od laptopa rozgrzanego do czerwoności.
Oglądam vlogi obrzydliwie bogatych nastolatków z obciachowymi włosami, którzy obdarowują nieznajomych luksusowymi furami za tantiemy z YouTube’a, po czym przełączam na ciąg nagrań z jedenastego września, gdzie ludzie wyskakują z płonących wieżowców. Oglądam trzydziestolatkę porządkującą szufladę ze skarpetkami. Oglądam stare układy gimnastyczne oraz filmiki z ludźmi zgadującymi, kto jest homo i kto miał operację plastyczną. Oglądam przytulone wydry morskie i matkę przesłuchiwaną w sprawie śmierci dziecka – przyznaje, że utopiła malucha w dmuchanym basenie.
A potem ruszam na zakupy. Bez opamiętania otwieram kolejne strony. Shein, Forever 21, Princess Poly, Amazon, Target, Etsy, H&M, Zara, YesStyle, Boohoo. Ładuję koszyk za koszykiem. Koszulki na ramiączkach i spodnie, topy i swetry, botki, bransoletki i tanie dżinsy, które na bank śmierdzą formaliną. Przeskakuję ze strony na stronę, następnie sprawdzam aplikację banku. Sto dziewięćdziesiąt siedem dolców na koncie, dopiero w piątek dostanę kolejną wypłatę. Muszę zatankować samochód, kupić tampony i zrobić zakupy, o których mama na pewno zapomni. Forever 21 ma siedemdziesiąt procent zniżki na wszystko, więc wybór jest prosty. Jednym kliknięciem topię sto dolarów i dopada mnie poczucie winy, od razu wiem, które rzeczy były pomyłką. Gdzie ja będę nosić kimono i do czego włożę kuloty, oraz czemu stwierdzam to dopiero po złożeniu zamówienia? Może trzeba silnej woli, aby stwierdzić, że jej zabrakło.
Agresywnie odświeżam pocztę w oczekiwaniu na potwierdzenie zamówienia, ale powieki mi ciążą i zasypiam, z laptopem przyciśniętym do ciała jak termofor.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1
2
3
4
5
Okładka
