Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Jeśli myślisz, że jedyne, co robią typowe mamy, to powtarzanie w kółko „uważaj, bo wilka dostaniesz”, „pieniądze na drzewach nie rosną” i „dom to nie hotel”, ta książka udowodni ci, jak bardzo się mylisz.
Anna – mama nastolatka i mistrzyni codziennego ogarniania życia – chciała tylko zrobić zakupy i wyprawić imieniny dla koleżanek. No i dla tej francy Iwony, która się wprosiła. A jednak jeden los kupiony przy kasie sprawił, że… wylądowała w Australii.
Wraz z Basią – chodzącym generatorem zamieszania – ruszyła w podróż życia, która błyskawicznie zmieniła się w serię katastrof. Na Antypodach czekały na nie luksusowe hotele, dzikie zwierzęta, spalone nosy… oraz Roger – przystojny Australijczyk.
Gdy egzotyczny flirt zaczął pachnieć oszustwem, Anna i Basia ruszyły do akcji jak z najlepszych seriali sensacyjnych. A finał? Cóż… Powiedzmy tylko, że australijska policja jeszcze długo będzie wspominać dwie zaradne Polki i jeden bardzo nietypowy otwieracz do butelek.
„Misja Australia. Typowa mama na krańcu świata” to błyskotliwa, pełna humoru i świetnych dialogów opowieść o zwykłej kobiecie, która w niezwykłych okolicznościach odkrywa, że potrafi więcej, niż myśli. Idealna lektura dla wszystkich mam i ich (nie)typowych dzieci.
Jacek Małagowski, znany w internecie jako mr_jaca, zdobył popularność dzięki filmikom, w których – w szlafroku i z torbą na głowie – w zabawny sposób odtwarza scenki z życia typowej polskiej mamy. Teraz ten sam humor i dystans przenosi na karty swojej debiutanckiej powieści komediowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Data ważności licencji: 3/25/2031
Copyright © by Jacek Małagowski
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Opieka wydawnicza: Michał Misiorek
Redakcja tekstu: Karolina Macios
Adiustacja i korekta: Pracownia 12A
Projekt okładki i ilustracje na okładce: NACH STUDIO Natalia Chachuj
Fotografie na okładce: Kala Kiełbasińska
ISBN 978-83-8399-543-4
www.otwarte.eu
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,
ul. Smolki 5/302,
30-513 Kraków
Wydanie I, 2026
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla mojej Mamy, pierwszej inspiracji i tej najważniejszej
Kochani moi, pewnie nie uwierzycie. I wcale się nie dziwię – sama bym nie uwierzyła, gdyby mnie tam nie było. Barbara, moja najlepsza przyjaciółka, też by pewnie nie uwierzyła, no ale ona akurat nie musi, bo była razem ze mną i widziała wszystko na własne oczy. Wiecie, Basia to czasami patrzy na świat przez pryzmat tej swojej durnej „Wróżki” – no, tego horoskopowego szaleństwa, które, nie powiem, czasami ratowało nam skórę. Bo ja, proszę was, nigdy w żadne horoskopy ani loterie nie wierzyłam. Bzdury – myślałam sobie – tylko człowieka w maliny wpuszczają. Renatka, też moja przyjaciółka, zawsze mówi: „To tylko po to, żeby ci pieniądze z kieszeni wyciągnąć”. No ale ja tam pieniędzy w kieszeni nie noszę. Co ja, torebki nie mam? Jeszcze czego! Mam – i to nie byle jaką! Taką z wężowej skórki, wegańskiej oczywiście, elegancką, aż mi się czasem w autobusie ludzie przyglądają. Iwona, zdecydowanie nie moja przyjaciółka – a żeby ją zaraza zjadła! – jak ją pierwszy raz zobaczyła, od razu pyta, gdzie i za ile kupiłam. A ja co? Uśmiecham się tylko i ani słowa nie mówię, bo przecież nie będę zdradzała swoich tajemnic. Jeszcze by mi oczami wywracała, jak to ma w zwyczaju. O nie, po moim trupie! Albo gorzej – taką samą by sobie kupiła i wtedy ja musiałabym zmieniać, bo co jak co, ale nosić tego co ona nie będę. Nawet mój Jacek – syn, czasami marnopieniężny, szczególnie jak wydaje mu się, że pieniądze na drzewie rosną – wie, że Iwony na poważnie się nie bierze. Bo widzicie, jeśli nie znacie Iwonki, to musicie wiedzieć, że…
A zresztą sami zobaczycie!
No nie, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! Znowu to samo! Nic tylko chodzę i sprzątam, a co ja jestem – sprzątaczka jakaś czy co? Ile razy powtarzałam temu chłopakowi, żeby nie zostawiał skarpetek na środku pokoju? Matko jedyna, już dobre dwanaście lat temu przestałam liczyć. I pomyśleć, że kiedyś z Jacka takie porządne dziecko było… Śliczne, grzeczne, wszystkie sąsiadki mi zazdrościły, a na spacerze, jak w wózku jeździł, to normalnie wszyscy się za nami oglądali. W sumie ja też niczego sobie wtedy byłam. No ale bez przesady, aż tak bardzo się nie zmieniłam, za to on…
– Przecież mówiłam, że robię pranie i żebyś mi wszystko przyniósł! – wydarłam się na niego, bo jak Bozię kocham, nic mnie tak nie doprowadza do szewskiej pasji jak te jego skarpetki na podłodze. To jakiś gen chyba męski czy co. Renatka mówiła, że jej córka mówiła, no, ta najmłodsza, co to studiuje biologię, że to wszystko przez kwas deksozy… dezosy… dezo… a zresztą nieważne, no wiecie, DNA. Że niby DNA mężczyzn jest takie wybrakowane i ni cholery skarpetką do pralki nie trafią. To by wiele wyjaśniało. Dzięki Bogu, jestem kobietą, i to całkiem niczego sobie, jakbyście się jeszcze zastanawiali. Dojrzała jestem, swoje przeżyłam, ale o wiek mnie nie pytajcie, nic wam do tego, a poza tym postawna i szykowna ze mnie babka. Nikt tak jak ja pantofli do kostiumu dobrać nie umie – i wcale nie przesadzam. Toż ja Basi w kółko muszę doradzać, w co ma się ubrać, bo ta, choć jak do serca przyłóż, to jednak na modzie się nie wyznaje.
– Oj, mamo, zapomniałem.
Nie dziwię się, że zapomniał. Też bym o wszystkim zapominała, gdybym zamiast mózgu miała telefon i w kółko oglądała jakieś YouTube’y. Boże kochany, ta dzisiejsza młodzież!
– To będziesz chodzić boso – powiedziałam twardo. – Bo ja drugiego prania dzisiaj nie wstawiam. Rachunki za prąd coraz większe, a taryfa dopiero w przyszły wtorek. Skaczę jak służąca, i to za darmo!
Czasami myślę sobie, jak by to było urodzić się córką milionera gdzieś w ciepłych krajach z palmami, jachtami, drinkami z parasolką, gdzie pranie mogłabym robić, o której tylko mi się podoba. Bez taryfy. Jeździłabym czerwonym kabrioletem, obowiązkowo ze skórzaną tapicerką w kolorze beżu, a ubrania nosiłabym tylko od najlepszych projektantów. Bo cokolwiek by mówić o moim ulubionym sklepie na rogu, to jednak wszystkie kobiety z osiedla się tam ubierają. Na tylnym siedzeniu leżałaby torba Hermèsa w kolorze najsłodszej włoskiej pomarańczy. Jeździłabym od jednego sklepu do drugiego, z lunchu prosto na wykwintną kolację. Oczywiście miałabym też narzeczonego – bogatego biznesmena z własnym jachtem i odrzutowcem. Latalibyśmy po świecie, nie martwiąc się o nic, i…
– Mamo, kibel się zatkał!
Sami widzicie, że zawsze mogę liczyć na syna. Nikt inny nie sprowadza mnie na ziemię w takim tempie, brutalnie niszcząc moje marzenia. No chyba że Iwona, ale o niej to szkoda gadać.
– To go odetkaj. Jesteś na tyle duży, aby wiedzieć, jak zająć się zapchaną muszlą klozetową.
Dziękuję bardzo, wystarczy mi widok jego skarpetek na środku podłogi, nie muszę jeszcze oglądać jego ekskrementów. Czasami myślę, że gdyby wszystkim przyszłym matkom puszczano kilkuminutowy trailer z wychowania przeciętnego nastolatka, ludzkość już dawno by wymarła. Sprzątanie pokoju Jacka przypomina wykopaliska archeologiczne, tyle że zamiast małych pędzelków do zdejmowania warstw piasku lepiej używać koparki. Ostatnim razem znalazłam u niego swój ulubiony kubek, który zniknął z rok temu. A już myślałam, że ta franca Iwona wyszła z nim z moich imienin, bo po niej to wszystkiego można się spodziewać, ale nie – tkwił cały czas dosłownie na wyciągnięcie ręki, a tyle się go naszukałam. Najpierw się ucieszyłam, a potem zajrzałam do środka i… Matko kochana, to żyło! Od tamtej pory trochę się boję wchodzić do jego pokoju.
– A ty już przestań tak się wgapiać w ten telefon, tylko bierz odkurzacz do ręki, i już. I raz-dwa, żadnego ociągania się, bo jeszcze musisz pościel zmienić, okno umyć, w korytarzu podłogę zamieść i tę paprotkę z szafy mi znieś, bo muszę ją przesadzić!
Jacek spojrzał na mnie zdziwiony, jakbym co najmniej zażyczyła sobie podróży w kosmos.
– Mamo, ale co ty taka dzisiaj narwana na to sprzątanie? – spytał ostrożnie. – Żeby aż paprotkę przesadzać? Nie przesadzasz?
– No bardzo śmieszne! Ja mam nadzieję, że chociaż ty nie zapomniałeś…
I po co ja się łudziłam? Oczywiście, że zapomniał! Nikt tak jak syn rodzony serca ci nie złamie.
– Przecież dzisiaj wyprawiam imieniny! – zawołałam z wyrzutem, a on od razu uszy po sobie, niewinna minka i buzia w ciup. No doprawdy, wykapany tatuś.
– Imieniny? – wymruczał po chwili. – No tak, przecież pamiętam. Ale mówiłaś, że w tym roku nic nie planujesz.
No bo nie planowałam. Po ostatnich imieninach, po których zniknął mój ulubiony kubek, obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nikogo nie zaproszę. No chyba że Basię. No i teraz miała wpaść na naleweczkę i sernik, ale pinda się wygadała i zaprosiła pół osiedla. A przecież mnie znacie, ja mam reputację i muszę o nią dbać.
Jacek podszedł niepewnie pod szafę, zadarł głowę i zerknął na paprotkę.
– Już daj spokój z tą paprotką! – wybuchłam. – Dopiero co posprzątałam w korytarzu, a jeszcze mi dywanik zafajdasz tą ziemią. Zabieraj się do sprzątania, bo ja jeszcze muszę iść na zakupy.
Zerknęłam na zegarek. Boże kochany, czy ja aby się z tym wszystkim wyrobię? To nie jest pierwszy raz, kiedy przez długi język i plotkarską naturę Barbary mam więcej roboty. Rok temu w majówkę zorganizowaliśmy grilla u Jadzi na działce. Może i Jadzia ma najniższą emeryturę, ale trzeba przyznać, że rozmach też ma: kiełbasa, kaszanka, skrzydełka, nawet żeberka w miodzie były. Tylko świniaka brakowało, żeby na ruszt położyć. À propos tego świniaka… Przyszła też ona, cała na żółto. No jak to kto? Iwona oczywiście. Nie warto o niej gadać, ale dla was lepiej, żebyście ją zawczasu poznali – przynajmniej będziecie mogli jej unikać. Nieznośna kobieta: wszystko wie lepiej, wszędzie była i wszystko widziała. Na pewno znacie ten typ. Wielka dama, choć tak po prawdzie to tylko wielka. No i właśnie wtedy Basia wrobiła mnie w grillowanie kiełbasek z Iwoną. Ile ja się nasłuchałam: a to, że węgiel nie taki, a to, że kiełbasa za tłusta – a uwierzcie mi, kochani, przy niej to była chudziutka jak wymizerowana szczapa. Koniec końców zostawiłam ją samą z grillowaniem pod pretekstem pomocy Jadzi w przygotowaniu sałatki. Basia oczywiście znalazła sobie coś przyjemniejszego do roboty – zdaje się, że miało na imię Marek. No i teraz też mnie wystawiła: miała być już pół godziny temu, ale jak zwykle się spóźniała. Ja wam mówię, z tą kobietą to tylko na śmierć się umówić, a i tak człowiek będzie mieć pewność, że jeszcze trochę pożyje. Ale każdy jakieś wady ma, nikt nie może być idealny. No, prawie nikt, bo mnie tam do ideału niewiele brakuje. W każdym razie kocham Basię całym sercem, pomimo że czasami potrafi doprowadzić mnie do szału.
Nagle kieszeń mojej podomki zaczęła wściekle dzwonić. Jacek zawsze powtarza, żebym ściszyła dźwięki w telefonie, ale przecież jak ściszę, to nie będę słyszeć. O, to Barbara. Pewnie już była na dole. Odebrałam, jednocześnie zrzucając z siebie podomkę i sięgając po garsonkę. Jak już wam mówiłam, dbam o wygląd i w byle czym do sklepu nie chodzę.
– Już idę, kochana, dwie minutki! – powiedziałam do Basi, po czym zerknęłam do lustra w przedpokoju. No ładnie, ładnie, uznałam, przyglądając się swojemu odbiciu. I pomyśleć, że tyle lat temu to kupiłam, a wciąż leży na mnie jak ulał. Renatka to nawet specjalnie kupiła sobie takie lustro, jakie mają w przymierzalniach takie poważniejsze sklepy z odzieżą: wyszczuplające. Mówi, że poprawia jej nastrój.
– Jacek, jadę z Barbarą na zakupy. Jak wrócę, to… – urwałam nagle, bo przypomniałam sobie, że muszę jeszcze upiec ciasto. Matko kochana! – Jacek, przynieś mi, proszę, długopis! Natentychmiast! Muszę zapisać, co kupić, a Basia już czeka! No szybciej! Rusz się wreszcie! Ile mogę czekać? LISTA! Jak ja mogłam zapomnieć o liście zakupów?!
Znowu telefon. Boże kochany, sama się spóźniła, a teraz mnie pogania! Jacek wyjrzał ze swojego pokoju zdziwiony, bo przecież zawsze wszystko mam pod kontrolą i nigdy nie zostawiam niczego na ostatni moment, no ale w końcu łaskawie się ruszył po ten długopis, a ja rzuciłam się do kuchni, żeby znaleźć przepis na sernik.
Dryń, dryń! Rany boskie, skaranie z tą kobietą! I już miałam odebrać, ale wtedy mój wzrok padł na kartkę z moim charakterem pisma. Lista zakupów! No właśnie, wcale o niej nie zapomniałam, przecież zawsze wszystko mam pod kontrolą.
– Jacek, gdzie ten długo… – zaczęłam, ale obok kartki zobaczyłam i długopis. Tak to jest, gdy o coś prosisz syna. Pospiesznie dopisałam, czego jeszcze potrzebuję: 12 jajek, 3 wiaderka sera, 2 kilo cukru. Zaraz, ale czy ja zdążę tyle upiec do wieczora? Boże kochany, przecież jest tak późno!
– Cóż, najwyżej zrobię jedno ciasto. Co ja, cukiernia jestem?! – Spojrzałam z wyrzutem na Jacka, a on szybko wycofał się z kuchni. No, w sumie mądry z niego chłopak, tyle że taki trochę nieogarnięty…
Wyszłam szybko z mieszkania, bo wiedziałam, że Basia już się niecierpliwi. Czekała na mnie pod klatką w swoim różowym Czinkłaczento. Że to auto jeszcze jeździ, to naprawdę ósmy cud świata.
– Do którego dzisiaj jedziemy? – zapytała moja najlepsza przyjaciółka, włączając silnik.
– Do hipermarketu, kochana, bo mam sporo do kupienia na wieczór – odpowiedziałam, myśląc o całej masie roboty, która jeszcze była przede mną. – Barbara, a ty co robisz po zakupach? Może byś podjechała do mnie i pomogła mi z przygotowaniami? – zapytałam pełna nadziei, choć w pełni świadoma jej dość wątpliwych zdolności kulinarnych. Gotuje fatalnie, ale nożem w warzywo jakoś trafia, więc by chociaż sałatkę zrobiła.
Basia jednak uśmiechnęła się tylko tajemniczo i powiedziała:
– Oj, kochana, chętnie bym ci pomogła, ale mam coś do załatwienia.
Cóż ona mogła mieć do załatwienia? Przecież zawsze mówimy sobie o wszystkim, a ta nagle wyskakuje mi z jakimiś sekretami. No chyba że specjalny prezent imieninowy sobie dla mnie umyśliła i musi po niego pojechać. Ja to bym najbardziej chciała taki odkurzacz, co to sam sprząta. Siedziałabym sobie na kanapie, kawkę piła, a ten by jeździł po calutkim mieszkaniu i robił za mnie… Ach, pomarzyć czasem można.
W supermarkecie od razu złapałyśmy za wózki i rzuciłyśmy się w wir zakupów, a im dalej szłyśmy, tym w wózkach pojawiało się więcej rzeczy spoza listy. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto choć raz nie dał się ponieść zakupowemu szaleństwu. Suszarka do sałaty? Na pewno przyda się do czegoś jeszcze, bo akurat za sałatą nie przepadam. Alejka po alejce odhaczałam kolejno pozycje z listy, gdy nagle w jednej sekundzie cała krew napłynęła mi do głowy, nogi zrobiły się jak z waty, a w brzuchu poczułam ścisk. Szeptem, na skraju paniki, udało mi się wykrztusić w stronę Basi:
– Matko kochana, Barbara, tylko nie to! IWONA!
Basia wysunęła do przodu głowę, zmrużyła oczy i zrobiła dziubek – wypisz wymaluj wypróżniający się kot.
– Gdzie? – spytała, obracając się w kółko.
– No jak to gdzie?! Przy bananach! Małpa jedna – wydusiłam, starając się nie poddać narastającemu uczuciu paniki.
Oczy się Basi szeroko otworzyły, a na twarzy pojawił się wyraz przerażenia. No, mówiłam wam: Iwona tak działa na wszystkich. Ostatnie, czego byście chcieli, to spotkać ją na zakupach.
Spojrzałam szybko na pełny wózek. Żal go tak porzucać pośrodku alejki i ukradkiem zmyć się ze sklepu, chociaż, nie powiem, myśl o ucieczce była bardzo kusząca. Postanowiłam więc zastosować inny manewr. Po cichutku zawróciłam i już, już miałam zniknąć za regałem z dżemami, gdy…
– O, na co tu polujecie? – usłyszałam za sobą piskliwy głos tej harpii.
Odwróciłam się z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem.
– Cześć, Iwona! Co za niespodzianka. I pomyśleć, że prawie cię nie zauważyłam…
– Co tam słychać? – Rzuciła okiem na mój wózek. – Co, robisz zapasy na kilka miesięcy? – zadrwiła i wtedy wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie.
Pomyślałam, że zaraz Baśka wypali, że to wszystko zakupy na dzisiejsze imieniny, a ta pinda od razu się wprosi, posłałam Baśce ostrzegawcze spojrzenie, ale tak, żeby ta pinda go nie dostrzegła, a Baśka, zamiast spojrzeć na mnie, popatrzyła na pindę i oczywiście wypaliła:
– Imieniny!
Matko kochana, czasami już wolałabym aż tak bardzo nie znać swojej najlepszej przyjaciółki, bo wtedy przynajmniej byłabym tylko wściekła, że się wygadała, a tak nie dość, że byłam wściekła na nią, to jeszcze na siebie, że w porę nie zareagowałam. No bo mogłabym rzucić Iwonie coś w stylu: tak, zapasy, bo w telewizji dopiero co mówili, że znowu pandemia idzie i zaraz papier toaletowy w sklepach się skończy. Ostatnim razem, jak była pandemia, Iwonka tylko się z nas śmiała, jak wracałyśmy obładowane z zakupów, a potem sama chodziła po znajomych na żebry, bo papieru już nigdzie nie było.
– Imieniny? Och, co za niespodzianka! – zawołała podekscytowana, a ja znów spojrzałam na Basię. Gdyby wzrok mógł zabijać, leżałaby już martwa na podłodze. I to w strzępach.
– Wiesz, takie skromne przyjęcie w gronie najbliższych… – zapewniłam szybko, żeby przypadkiem ta pinda mi się nie wprosiła.
– Ja swoje wyprawiałam w lokalu, i to z cateringiem. Zawsze powtarzam, że na takich okazjach nie ma co oszczędzać – odparła, spoglądając pogardliwie na mnie i mój wózek.
No niedoczekanie twoje, żebym ja cię zaprosiła – pomyślałam. Za żadne skarby świata! Żebyś mi znowu z moim ulubionym kubkiem z domu wyszła? A nie, zaraz, kubek się znalazł, ale co ja przez nią przeszłam, szukając go po całym domu, to moje. Dlatego nic z tego! Choćby skały srały, w życiu cię nie zapro…
– To na którą te imieninki? – zapytała jadowicie Iwonka.
– Na dziewiętnastą – odpowiedziałam szybko, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Mówię wam, tak właśnie kończą ludzie o dobrym sercu: z pindą na imieninach
– No to do zobaczenia później! Au revoir – zaświergotała ta…
Nie, nie będę się wyrażać. Tak sobie ostatnio postanowiłam w ramach duchowej metamorfozy. Przecież człowiek nie może być damą tylko z wyglądu, prawda? Właśnie! Nie to co ta artystka ze spalonego teatru. A, i nie dajcie się nabrać, Iwonka wcale nie zna francuskiego. Raz, jak u niej byłam, widziałam na stoliku nocnym słownik wyrazów obcych. Zerknęłam do środka, bo myślałam, że jakieś romanse przed snem czyta, ale nie, ona ołówkiem słówka zaznaczała razem z wymową. Cośmy się potem z Basią pośmiały, to nasze.
Kiedy Iwona odjechała ze swoim wózkiem, zrozumiałam, że ta bitwa jest przegrana i będę musiała znosić jej towarzystwo przez cały wieczór. Podziękowałam Barbarze za cudowne umiejętności dotrzymywania tajemnicy i ruszyłam w stronę kas, zastanawiając się, co na imieninach może pójść nie tak. Wszystko! W końcu Iwona zdolna była do wszystkiego. Może jeszcze mogłam je odwołać? A gdybym tak powiedziała Barbarze, że Jacek zatkał kibel i…
– Reklamówkę?! – usłyszałam tuż obok i prawie podskoczyłam z nerwów. Kasjerka wpatrywała się we mnie wygłodniałym wzrokiem, jakby za każdą dodatkową złotówkę, którą by ode mnie wysępiła, dostawała ze trzy premie.
– Nie, dziękujemy. Torby mamy swoje – odburknęłam głosem Grety Thunberg jednym gestem ratującej tuzin żółwi.
– A kartę na punkty?! – ciągnęła kasjerka, wciąż się wydzierając. Rozejrzałam się z popłochem w oczach i tak, oczywiście, że tak: WSZYSCY się na mnie gapili. – Może los na loterii?! Można wygrać wycieczkę do Australii!
Matko kochana, co ona głucha, że tak się drze? A ja co? Że niby wypróżniam się banknotami? Nie dość, że zostawiam jej połowę swoich pieniędzy miesiąc w miesiąc, to jeszcze mam komuś fundować wycieczkę do Australii? Po moim trupie! Przecież wszyscy dobrze wiemy, jak działają takie loterie. Naiwni klienci za ostatnie grosze kupują losy, a później w tajemniczych okolicznościach główną nagrodę zgarnia córka kierownika. Nie ze mną te numery!
– Tylko złotówka! – darła się dalej kasjerka. – Cały koszt przeznaczamy na fundację wspierającą chore dzieci!
I co, miałam teraz powiedzieć, że nie? A co inni by wtedy o mnie pomyśleli? Przecież słyszeli doskonale tę kasjerkę, nie dało jej się nie słyszeć. I oczywiście wyszłoby, że to ze mnie jest jakaś stara kutwa, skoro biednym dzieciom nieba nie chcę przychylić. No, w sumie to tylko złotówka – pomyślałam w końcu.
– Proszę doliczyć ten los! – huknęłam głośniej niż kasjerka, a potem musiałam jeszcze wpisać swoje dane do formularza.
Pakując zakupy, myślałam, że może jednak wygram i nawet uda mi się wylecieć do tej Australii jeszcze przed dziewiętnastą. Przynajmniej problem z Iwoną by się rozwiązał. Ale by jej w pięty poszło, że ja lecę do Australii, a ona nie. Iwona najdalej na wakacjach była w Turcji rok temu. Trudno było przeoczyć ten fakt, bo cały fejsbuk wytapetowała zdjęciami z wyjazdu. Baseny, drinki, zachody słońca i ona w stroju kąpielowym – brr, aż mnie ciarki ciągle przechodzą, gdy sobie to przypomnę. Oczywiście ja nic jej nie serduszkowałam. Jeszcze tego brakowało, żebym brała udział w tej nieudolnej próbie afiszowania się byle czym. Nie wiem, co ta kobieta ma w głowie. Pewnie powietrze, bo rozumu to tam nie uświadczysz.
No i przez tę żmiję jedną sera nie kupiłam, a miał być sernik jak się patrzy. Trzy wiaderka takiego pysznego, lekkiego, puszystego i wszystkim by szczęki opadły, a tu klops. Właśnie, może klopsy bym zrobiła… Zerknęłam na Barbarę, która zaciskała dłonie na kierownicy z taką furią, jakby mknęła przez miasto z prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, podczas gdy jechałyśmy w porywach do trzydziestu. Barbara dobrze jeździ, mandatu to jeszcze nigdy nie dostała, o punktach karnych nawet nie wspominając, ale spieszyć to się nie lubi. Mówi, że po co ma gwałtownie zwalniać przed pasami albo progami zwalniającymi, skoro może sobie jechać w sam raz, własnym tempem i dzięki temu nic jej przed maskę nie wyskoczy, a ona zawsze kontrolnie kuknie w lusterko, czy aby makijaż jej się nie rozmazał. Święta racja, w pewnym wieku trzeba na siebie bardziej uważać.
– A coś ty taka markotna, Aniu? – spytała Barbara, a ja poczułam na sobie jej uważne spojrzenie. – Chyba wszystko mamy z listy. Czy czegoś jednak zapomnia…
Zapomniałam, jasne! Gdyby ugryzła się w ten swój długi jęzor i nie wypaplała Iwonie o imieninach, wyszłabym z marketu z trzema wiaderkami sera. Co tam trzema, dziesięć bym wzięła, a co! I co ja teraz zrobię? – myślałam gorączkowo, a Barbara wciąż nie spuszczała ze mnie wzroku. To chyba nawet lepiej, że jechałyśmy trzydzieści kilometrów na godzinę, bo ta biedna starowinka z chodzikiem, która dopiero co przechodziła przez pasy, zdążyła w porę uciec.
– A ty może lepiej patrz przed siebie, co? Bo zamiast imienin będzie stypa – mruknęłam i na powrót pogrążyłam się w myślach, tym razem bardziej ponurych. No bo jak tu umierać, skoro nikt przy organizacji stypy nie pomoże? Toż nawet na Jacka liczyć się nie da, pewnie nawet nie posprzątał, leń jeden. O matko, i jeszcze kibel zapchany! I co, miałabym niby spokojnie w trumnie leżeć, gdy żałobnicy będą o mnie plotkować w brudnym mieszkaniu z nieczynną łazienką? Po moim trupie!
– O niczym nie zapomniałam – odparłam twardo. – Zrobimy biszkopt z dwunastu jaj, przełożymy jakimś kremem i będzie tort.
– U, la, la! – mruknęła z podziwem Barbara i dopiero po chwili to do niej dotarło. – Jak to „my”? Przecież mówiłaś, że dasz radę sama, więc już się umówiłam do kosmetyczki. Wizytę mam za… – Puściła kierownicę i zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu telefonu, a ja patrzyłam na przednią szybę, za którą właśnie jakiś mężczyzna z obłędem w oczach próbował uciec przed autem Barbary. Kto to widział, żeby tak biegać po ulicy? No naprawdę. – … czterdzieści pięć minut – dokończyła i na powrót chwyciła kierownicę, po czym gwałtownie wcisnęła hamulec.
Ja i moje dwanaście jaj polecieliśmy do przodu, a Barbara opuściła szybę od strony kierowcy i w krótkich żołnierskich słowach powiedziała temu mężczyźnie, co sądzi o bieganiu na ulicy. Nic nie odpowiedział, był zbyt blady, pewnie jakiś anemik czy coś.
Poprawiłam się na fotelu, sprawdziłam jaja – były całe, i zerknęłam na Barbarę.
– Nie potrzebujesz żadnej kosmetyczki, moja droga. Wyglądasz pięknie, oszałamiająco, wręcz idealnie. – Gdzieś ostatnio czytałam, że w komunikacji najlepiej sprawdzają się komplementy. Czyli najpierw wytaczasz działo z pochwałami, zachwytami i nieukrywanym podziwem, a gdy wróg ściele się gęsto u twych stóp i z rozkoszy nie jest w stanie samodzielnie myśleć, walisz konkretem. Hm, może to jednak było o manipulacji, ale jeden czort, ważne, że działa. – W sam raz, żeby pomóc mi z przygotowaniami do imprezy – dokończyłam.
Barbara otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale przemyślała sprawę, zamknęła je i pojechałyśmy prosto do domu. Na szczęście miałyśmy jeszcze mnóstwo czasu.
*
– O matko, Barbara! Zostały tylko DWIE GODZINY! – zawołałam ze zgrozą, gdy nagle spojrzałam na zegar. I w jednej chwili zobaczyłam przerażający obraz własnej klęski. Wiecie, taki trójwymiarowy, jak te obrazki z Jezusem, które sprzedają u nas na odpuście: że Jezus zawsze ci prosto w oczy patrzy – ty robisz krok w bok, on patrzy, ty się cofasz, on patrzy, ty odchodzisz, on wciąż patrzy. Tak jak ten armagedon, który przeszedł przez moje mieszkanie!
Gdy wróciłyśmy z zakupów, tak się skupiłam na przygotowaniu biszkoptu, że nie zwróciłam uwagi na resztę. Włożyłam blachę do piekarnika, zrobiłam sobie kapuczinę i sięgnęłam po najnowsze wydanie ulubionej krzyżówki. W końcu były moje imieniny, coś mi się od życia należało. I wtedy właśnie nieopatrznie spojrzałam na zegar. A potem na stan mieszkania. Boże Przenajświętszy, że ja zawału nie dostałam, to cud jakiś. Zerwałam się z wersalki, potrąciłam szklankę, kapuczina zalała krzyżówkę i zaczęła skapywać na podłogę. Oczywiście NIEUMYTĄ!
– Jacek! – wydarłam się tak, że aż spłoszyłam gołębie, które właśnie na parapecie oddawały się niecnym chuciom. – JACEK! Ty synu wyrodny!
Posprzątać miał! Kurze zetrzeć, odkurzaczem przejechać, podłogę umyć, kibel odetkać! No powiedzcie sami: czy ja aż tak dużo wymagam? No matko kochana, przecież nie każę mu cyklinować, kłaść fug ani ścian malować – chciałam, żeby TYLKO posprzątał!
Popędziłam niczym furia do jego pokoju, zawijając po drodze poły podomki. Zabębniłam pięścią w drzwi i nie czekając, aż raczy zdjąć z uszu słuchawki, wparowałam do środka i… No nie było go. Ożeż skaranie boskie z takim synem.
Ruszyłam więc do kuchni, a zegar wiszący w przedpokoju obwieścił, że z dwóch godzin została mi zaledwie godzina pięćdziesiąt sześć minut. Goście coraz bliżej, a przygotowania dalej w proszku. I to nie tym porządnym, niemieckiej marki, co to sprzedają na bazarze w każdą pierwszą sobotę miesiąca, tylko wiecie, tandetnym takim, co to cuchnie gorzej niż kuweta u Jadzi.
– Barbara… – zaczęłam na progu, ale urwałam. Zapewne pod wpływem szoku.
Kuchnia przypominała bowiem istne pobojowisko: segment cały biały od mąki, na podłodze porozlewane mleko, wszędzie pełno skorupek od jajek, a Barbara wyglądała tak, jakby dostała gazem pieprzowym po oczach.
To chyba jednak nie był najlepszy pomysł – stwierdziłam w duchu. Pomoc oczywiście zawsze się przydaje, ale niekoniecznie ze strony kogoś, kto ledwo co opanował sztukę krojenia cebuli. To jakiś cud, że cebula nie pokroiła Barbary. Dobrze, że chociaż w powietrzu unosił się piękny zapach dochodzącego biszkoptu z nutą świeżo startej skórki z cytryny. Zrównoważyło to widok Barbary stojącej za półwyspem kuchennym i zabierającej się właśnie do przyrządzania sałatki. W samą porę – pomyślałam. Dzięki Bogu, zjawiłam się na czas, by zapobiec katastrofie. Bo wiecie, Barbarę to ja naprawdę kocham, pomimo że nie ma pojęcia o modzie, nosi krótko ścięte tlenione włosy w tapirze na kalafiora i okulary z czerwonymi diamencikami i ma dryg do układania pasjansa. Ale co jak co, talentu do smaków to jej Bozia nie dała. Zapewniam was, gdyby gotowanie szło jej tak dobrze jak pasjans, to już dawno wygrałaby tego całego MasterChefa albo została drugą Gesslerową. Jak dwa lata temu zorganizowała u siebie andrzejki, to ledwo wszyscy doszli do siebie przed świętami. A jak raz zrobiła fasolkę po bretońsku… Zresztą nie chcecie wiedzieć. Zostańmy lepiej przy zapachu cytrynowego biszkoptu. Zresztą nie każdy musi być mistrzem w kuchni, prawda? Moja świętej pamięci mamusia zawsze powtarzała, że przez żołądek do serca, no i tatuś, też już świętej pamięci, zmarł na zawał. Przypadek? Nie sądzę.
No akurat przez żołądek Barbara to raczej nigdzie nie trafi, no chyba że na oddział zatruć pokarmowych, ale jedno trzeba jej przyznać – jest lojalną przyjaciółką i nigdy nie zostawia mnie w potrzebie. Nie to co Jadzia, hadra jedna. Też miała przyjść, zapewniała, że pomoże, nawet obiecała przynieść ze sobą bukiet sałatek, żeby było mniej roboty, a tu dupa! Nie ma ani Jadzi, ani sałatki, za to roboty więcej, nie wspominając już o sprzątaniu…
Matuchno Przenajświętsza, już tylko godzina pięćdziesiąt! Co ten czas tak dzisiaj przyspieszył?! Może to ta czarna mamba rzuciła na mnie klątwę? Że też musiałyśmy na nią wpaść w markecie. Co to już innych sklepów w mieście nie ma? Musiała tarabanić się właśnie tam? A tak było blisko, żeby pokazać jej, gdzie raki zimują. Dopiero by jej poszło w te popękane pięty, gdyby na relacji zobaczyła zdjęcia z imprezy, na którą nie została zaproszona. Ze zdziwienia porobiłyby się jej pewnie jeszcze większe zmarszczki na czole. Chociaż nie, większe to one już być nie mogą. No nic, miało być tak pięknie, ale Barbara musiała się wygadać. Trudno, przecież przyjęcie musi się odbyć, choćby skały srały i mury pękały. Jednak co reputacja, to reputacja, utrzymać ją trzeba. A wraz z nią przydałoby się utrzymać jakikolwiek porządek w tej kuchni. W każdym kącie coś porozwalane, nie ma nawet gdzie palca włożyć, a co dopiero szukać miejsca na zdobienie tortu. I wszystko przez tego lenia patentowanego.
– Jacek!!! – zawołałam w stronę łazienki, łudząc się, że mój wyrodny syn właśnie walczy z zatkanym kiblem. Co prawda w środku się nie świeciło, ale może wreszcie mnie posłuchał i zaczął oszczędzać na prądzie.
Podeszłam bliżej, ale z każdym krokiem docierała do mnie coraz bardziej znacząca cisza. Zajrzałam przez szparę w drzwiach, obiecując sobie w duchu, że jeśli jednak tam jest i odtyka kibel, to może jednak zmienię zdanie i dam mu to kieszonkowe, o które prosi od przedszkola. Ale nie, OCZYWIŚCIE go tam nie było! Łazienka świeciła pustkami, a muszla klozetowa wydawała przedziwne dźwięki. Czym prędzej stamtąd wyszłam.
Święty Jeremiaszu, ten chłopak kiedyś mnie wykończy – pomyślałam, wracając do kuchni, gdzie czekała na mnie moja wierna przyjaciółka. Jej to akurat mogłabym płacić kieszonkowe. Gdyby umiała gotować.
– Ty się, Barbara, ciesz, że ty dzieci nie masz! Przynajmniej wiesz, na czym stoisz – oznajmiłam gromko, po czym spojrzałam na cebulową katastrofę. – W zasadzie z twoimi zdolnościami kulinarnymi to nie wiem, ile by te twoje dzieci pożyły… – mruknęłam.
– Aniu, nie denerwuj się! – odrzekła, ocierając wierzchem dłoni łzy z policzka. Zapomniała przy tym odłożyć nóż, więc ostrze właśnie znalazło się tuż koło jej oka.
Bezwiednie zaczęłam odmawiać zdrowaśkę w intencji tego, co by sobie przypomnieć ten cholerny telefon na pogotowie, bo zawsze mi się myli z dwoma pozostałymi. Wszystko przez ten serial, co świętej pamięci mamusia oglądała za młodu, 07 zgłoś się – od tamtej pory to jedyny telefon alarmowy, który pamiętam, ale i tak nie działa, bo raz dzwoniłam i nikt nie odebrał. No ale na szczęście oko Barbary przetrwało, a ona wróciła do masakrowania Bogu ducha winnej cebuli.
– Przeczytałam rano twój horoskop i tam piszą, że dzisiaj wszystko będzie szło po twojej myśli!
Rozejrzałam się po kuchni. NAPRAWDĘ?
– Ty i ten twój horoskop… – sarknęłam, zgarniając jednym ruchem skorupki po jajkach i wrzucając je do kubła na śmieci. – Daj już spokój, dorosła kobieta, a w takie brednie wierzy. Lepiej poczytałabyś jakieś książki kucharskie.
– No coś ty, to nie są żadne brednie! Ostatnio we „Wróżce” napisali, że czeka mnie podróż życia, i sama zobacz: jadę na pielgrzymkę do Częstochowy z tym nowym wikarym!
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1. Długi jęzor Barbary
Rozdział 2. Tylko nie biszkopt!
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
