Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Powieść „Miriam” Andrzeja Biskupa to powieść historyczna wywołująca skrajne emocje. Akcja dzieje się w Raciborzu i okolicach. Narracja prowadzi przez burzliwe dekady drugiej połowy XX wieku. Historia miasta i mieszkańców splata się z mrokiem i tajemnicą. Siły wymykające się racjonalnemu porządkowi świata przenikają codzienność bohaterów. Losy rodu Fischerów i Katarzyny łączą się z autentycznymi wydarzeniami i postaciami historycznymi. Przeszłość wpływa bezpośrednio na teraźniejszość, skłaniając do refleksji nad odpowiedzialnością, pamięcią i dziedziczeniem win.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 283
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna
Agnieszka Gortat
Redaktor prowadzący
Ewa Tadrowska
Korekta
Agata CzaplarskaSłowa na warsztat
Opracowanie graficzne i skład
Marzena Jeziak
Projekt okładki
Aleksandra Sobieraj
© Copyright by Andrzej Biskup© Copyright by Borgis 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68768-15-2ISBN (e-book) 978-83-68768-16-9
Wydawca
Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis
Wydrukowano w Polsce
Druk: Sowa Sp. z o.o.
Nota od Autora
Dla porządku
Prolog
Rozdział 1. Dzień ostatni
Table of Contents
Cover
Nota od Autora
To postanowione. Wracam do Raciborza i opowieści o Katarzynie Glombik. Historia diabolicznej klątwy, która uderza w familię radcy Fischera, a jakby rykoszetem doświadcza dzieci Katarzyny i Karola, zdaje się nie mieć końca. Rozrasta się na kształt fantasmagorii, w której rzeczywistość śląskiego miasta miesza się z omamem sennym, co nęci, by zmierzyć się z drogą bez powrotu. Na szczęście jest też i most między snem a jawą. To z przyczyny jego stabilności powieść Pomnik smutnej dziewczyny zezwalała mi wędrować do woli po parkowych ścieżkach albo placach i ulicach szerokich, bez początku i końca. I jeszcze zakątki tak piękne jak kaprys Boga – architekta. Ten świat ciągle, dniem i nocą, uwodzi baśniowością, więc cóż z tego, jeśli czasem przeraża. Gdyby jednak dokuczał niedosyt, to czeka Miriam. Wertując kolejne rozdziały nowej książki, znajdziecie w nich pierwszą i jedyną miłość nieśmiałego chłopca i anielskiej dziewczyny. Ponownie też przemierzymy szlak pamięci o mieście, chłonąc wyłaniające się z nagła cudeńka Raciborza zmiecione w marcowe dni 1945 roku przez diabelski chichot wojny.
Stephen King napisał, że „fikcja literacka najbardziej wiarygodna jest wtedy, gdy współistnieje z prawdziwymi wydarzeniami, z prawdziwymi ludźmi1”. Zgadzam się z Mistrzem, bo kocham moje miasto, miejsca i ludzi. Co zaś do miłości, pragnę ofiarować Miriam najwierniejszej towarzyszce życia. Jesteś niezwykła, Elżbieto.
1 Stephen King, Holly, Warszawa 2023, s. 556.
Dla porządku
Drogi Czytelniku! Jeśli zechcesz przeczytać tę książkę, zajrzyj najpierw do pierwszej powieści o dziwnych losach Rebeki Fischer. Jeśliby jednak brakło ci czasu, spieszę z niezbędnym wprowadzeniem.
Zatem wczesną wiosną 1911 roku przyjeżdża in die schlesische Stadt Ratibor2 młoda Katarzyna Glombik. Podejmuje służbę w ponurej rezydencji Samuela Fischera, właściciela fabryki cygar. Domostwo jest ogromne, ale budzi niepokój dziewczyny opiekującej się chorą żoną radcy Fischera. Kobieta, nieszczęśliwa w małżeństwie, rzuca na męża talmudyczną klątwę pulsa dinura3 i sprowadza demona, który wpłynie niszcząco na losy rodziny. Katarzyna szuka pomocy w walce z zaklęciem. Pomaga jej mądry cadyk4 Hakli. Przy pomniku Smutnej Dziewczyny, poświęconym pamięci syna Fischerów poległego w wojnie światowej, dokonuje się rytuał uwolnienia od talmudycznej kary. Ale siła demona jest potężna. Saamed będzie szukał zemsty na rodzinie Katarzyny i nie zatrzyma się, towarzysząc bohaterom kolejnej powieści aż do unicestwienia miasta.
A może to nie koniec? Kto wie, co będzie dalej…
2 Do śląskiego miasta Racibórz (niem.).
3 W literaturze talmudycznej wyrażenie to oznacza „bolesną karę”.
4 W chasydyzmie cadykiem nazywano mistrza, rebego, który był przywódcą duchowym swojej społeczności, nauczającym o tajemnicach wiary za pomocą opowiadań i przypowieści.
Prolog
– Hitlerowskie hordy muszą ustąpić, a nasza ofensywa nie może być jedynie próbą odrzucenia wroga. Towarzysze, to stanowczo za mało! Wiecie, że żadna wojna nie opiera się tylko na małych celach. Ważne jest pełne zwycięstwo. I po to osobiście objąłem dowództwo, by tego dopilnować. Złapiemy gada za gardło i zadusimy! – Georgij Żukow5 zamilkł zmęczony.
Uważnie przyglądał się generałom. Nie lubił przemówień, może dlatego bez emocji cedził wystudiowane zdania. Posiedzenie trwało cały dzień i większość zgromadzonych czuła rosnące zmęczenie. Ogromna sala kwatery głównej Dowództwa Komitetu Obrony robiła wrażenie nadmiernie zagęszczonej i dusznej.
Mówca od rana, bez powodzenia, wypatrywał w kadrze oficerskiej oznak ekscytacji lub chociaż odrobiny poruszenia. Zamiast tego widział strach. Początkowo zgodnie milczeli, jakby w obawie przed zagadkową przyszłością, która może przynieść groźniejszą od faszystów niełaskę u partyjnej wierchuszki, potem rozglądali się podejrzliwie, mierząc niebezpieczeństwo, na jakie mogli się narazić. Każdy z osobna czuł narastający wokół lęk. Podchodził do gardła, tamując oddech. Ponieważ Zastępca Naczelnego Wodza bez wątpienia nie oczekiwał dyskusji, dojrzewała zbiorowa myśl, że nie przekazuje kolektywnych żądań, ale wolę samego Stalina. Jeśli tak, to nikogo pod groźbą podejrzenia o zdradę nie mogła przytłaczać wielkość zadania. Bez względu na racjonalne przesłanki, należało podjąć wyzwanie.
Dość było biernego wyczekiwania i wydaje się, że po kilku godzinach wreszcie to zrozumieli. Jak w groteskowym teatrze uczestnicy spektaklu poczęli gorliwie zrywać maski znużenia, zastępując je zbiorem bombastycznych póz. Zmarszczone brwi i rozdęte nozdrza oficerów miały świadczyć o tym, że z trudem panują nad emocjami. Błyskawicznie stali się sforą psów gotową rozszarpać ścigane zwierzę, a najdrobniejszy gest czy spojrzenie wyrażały ufność w słowa Żukowa.
„Mam ich! Nareszcie!” – odetchnął z ulgą. Złapał szklankę wody, wypił duszkiem i kontynuował z nową żarliwością:
– Żołnierze! Wróg wie swoje. Nie wycofał się dotąd z przyczółku, bo rozumie, że to najlepsze miejsce do rozwinięcia natarcia na Moskwę. My zaś wiemy swoje. Musimy oczyścić przedpola stolicy, wyzwolić obwody moskiewski i tulski. Jestem pewny, towarzysze, że naród gotowy jest złożyć ofiarę krwi. Wytrwałość i bohaterstwo ludu Rosji pozwoli oswobodzić ojczyznę. To musi być jasne również dla nas. Liczy się tylko zwycięstwo. Za każdą cenę. I tyle! Dlatego jeszcze raz powiem, mocno i po żołniersku: przeklęty występ rżewski6, wycelowany wprost w kremlowskie mury, będzie złamany! I chociaż nie obchodzi mnie, czy to rozumiecie, oświadczam ponownie: kula w łeb dla każdego oficera, jeśli choć na ułamek sekundy zwątpi w skuteczność tego planu. Bo to sabotaż i zdrada ojczyzny. – Przerwał, uniósł aktorsko rękę w geście gniewu, a potem zszedł do generałów.
Przez salę przetaczał się szmer zdania powtarzanego z ust do ust:
– Sabotaż i zdrada. Zdrada, zdrada…
– Wsio paniał, durak?7 Czy mam tobie i pozostałym wytłumaczyć na migi? – zapytał obcesowo pierwszego z brzegu.
Nieszczęśnik przez chwilę patrzył wytrzeszczonymi oczyma i trząsł się, dźwięcząc orderami. Na ostatek wyprostował się jak struna i huknął donośnie:
– Vse yasna tavarishch generał!8
„Boże miłosierny! Jaki zły” – spocony grubas rozpaczliwie zbierał myśli. Na koniec nadął się, jakby miał eksplodować, i zapiał śpiewnym barytonem:
– Słava velikamu Stalinu! – Odczekawszy kilka sekund, wypalił z animuszem: – A ten ich faszystowski, psia mać, Blitzkrieg9, zetrzemy w proch.
– Pięknie i mocno, towarzyszu! – pochwalił Żukow. Objął oficera ramionami, popatrzył mu głęboko w oczy i serdecznie go ucałował.
Przez salę przetoczyło się euforyczne: urra, urra!
Mówca jeszcze przez chwilę się zastanawiał. Ostatecznie wrócił na podwyższenie i wycedził chłodnym głosem:
– Ale jeśli ktoś spośród was chce usłyszeć zawołanie naszego wodza: „Ni szagu nazad!”10, to chętnie przypomnę i powtórzę jak swoje. Nie muszę też chyba przekonywać po raz setny, że póki niemiecka armia jest w Rżewie, nikt nie ma prawa składać mi innych meldunków niż te, które będę mógł osobiście złożyć na Kremlu. – Przymknął oczy, nabrał powietrza w płuca i z mocą wyrzucił z siebie najważniejsze zdanie: – Sołdaty, generały11, zwycięstwo w wojnie ojczyźnianej zacznie się tutaj, pod Rżewem! I mniej myśleć, a działać, daragije druzja12, bo „od nadmiaru rozumu gorzej jest, niż by go wcale nie było”13 – dopowiedział z uśmiechem, wyraźnie zadowolony z bon motu14. – Smirna!15 – krzyknął na koniec i wyszedł z sali.
Jak potężniejąca fala niosło się za nim:
– Smirna, smirna, smirna…
5 Gieorgij Żukow (1896–1974) – radziecki marszałek.
6 Operacja Mars lub rżewsko-syczewska strategiczna operacja zaczepna – ofensywa wojsk radzieckich na broniony przez Niemców tzw. występ rżewski, trwająca od 25 listopada do 23 grudnia 1942 roku.
7 Wszystko zrozumiałeś, durniu? (ros.).
8 Wszystko jasne, towarzyszu generale! (ros.).
9 Wojna błyskawiczna (niem.).
10 Ani kroku wstecz! (ros.).
11 Żołnierze, generałowie (ros.).
12 Drodzy przyjaciele (ros.).
13 Mikołaj Gogol, Rewizor, Kraków 2024, s. 14.
14 Dowcipne powiedzenie.
15 Baczność! (ros.).
Rozdział 1. Dzień ostatni
Okolice Rżewa pod Moskwą: 10 sierpnia 1942 roku
Na całej linii frontu Rosjanie nie tylko utracili inicjatywę, lecz także przeszli do rozpaczliwej obrony. Cóż jednak z tego, skoro wszyscy Niemcy na występie rżewskim wiedzieli, że ani betonowe fortyfikacje, ani tym bardziej liche ziemianki nie zapewnią schronienia przed sowiecką artylerią. Ponadto wszelkiej maści bunkry nie izolowały od duszącego smrodu rozkładających się ciał. Nielicznym szczęśliwcom dawały za to namiastkę intymnego zamknięcia, otwierały ścieżkę do wstydliwych odruchów, zezwalając na komfort płaczu albo głośnego przeklinania grubymi słowami miejsca i ludzi. „Ruskie zbiry dostają w dupę, ale to my wychodzimy na głupków” – warczeli wściekle.
Każdy wiedział, że zaciśnięta pięść, uniesiona ku niebu w akcie bezradnego gniewu, nie skłaniała bynajmniej do rytuałów mistycznych, na przykład przywoływania Boga. Daremnie by Go szukać w tej dziczy. Nie było Go we wciąż aktywnej linii okopanych i zamaskowanych czołgów ani w szeregu błotnistych okopów, w przemyślanych krzywiznach transzei, polach minowych i plątaninie zasieków z drutu kolczastego. Przed nimi i za nimi gniła miazga ludzkich szczątków, dymiły resztki wojennego żelastwa, zastygłe aż po horyzont w nagłym akcie końca. Od miesięcy nad pobojowiskiem unosiła się błękitnawa mgiełka. To spaliny niezliczonych czołgów i trupie wyziewy snuły się między rachitycznymi krzewami i ogromnymi lejami wypełnionymi mętną wodą.
– Das ist ein Schlachtfeld16 – mruknął drwiąco postawny oficer wędrujący wąskim okopem.
– I czudiesnyj Rżew17 – odpalił po rosyjsku prawie natychmiast bez zająknięcia.
Major zmierzał do schronu, ale chciał jeszcze zajrzeć na posterunek kompanii, by wydać ostatnią dyspozycję dowódcy drużyny wartowniczej. Kiwnął ku niemu, a ten, wyraźnie przestraszony, przyjął postawę zasadniczą i czekał na rozkazy.
– Za mną – rzucił oschle oficer.
Przeszli w milczeniu kilkadziesiąt metrów. Wreszcie major Wolff zatrzymał się i warknął:
– Unteroffizier18, potrzebny mi jeden z was. Za godzinę zamelduje się u mnie Soldat19 Glombik. Ma być sam! Zrozumiano?!
Nie czekał na regulaminowe jawohl20. Wyprostował się gwałtownie i przeciągnął, jakby za nic miał czujne oczy i precyzyjne lornety snajperów wroga; nagle zadarł głowę i zaskowyczał ku deszczowym chmurom. Najwyraźniej zapomniał o przestraszonym żołnierzu, który zamarł w postawie na baczność. Przez dłuższą chwilę wyrzucał z siebie przeciągłe jęki. Ocknął się wreszcie.
Wytarł pianę z ust i uśmiechnięty powiedział jak do przyjaciela:
– Niepotrzebnie się zdumiałeś, Hubercie. Wszyscy przecież jesteśmy wilkami. Jeśli zgadzasz się z tym, to zdradzę ci mój oficerski sekret. Od dłuższego czasu, i to zanim odwołano go w styczniu, utwierdzałem się w pewności, że nasz dzielny dowódca, GeneraloberstStrauß21, to żaden wilk, lecz najzwyklejszy idiota. Siedzimy w tej jego maszynce do mięsa jak w potrzasku. I nawet geniusz Modela22 ostatecznie niczego nie zmieni. Czyż nie tak? Co o tym sądzisz, zwierzaku? – Spojrzał uważnie na żołnierza, lecz nie znalazł aprobaty, więc niemal natychmiast dodał ostro: – I milczeć o tym, plutonowy!
– Jawohl, jawohl, Herr Major – pospiesznie wybełkotał zdumiony wojak.
Chciał jak najszybciej wrócić do kompanów albo… W głowie pojawiła się natrętna pokusa: „Co, do licha, on ma na myśli? Przecież osaczyliśmy Ruskich! A gdyby go zaraz zastrzelić? We łbie mu się pomieszało i może być dla nas groźny. Strauß zapewne był skretyniały, ale ten cały Wolff to brudny zdrajca albo zbzikował! I jeszcze te jego martwe oczy…”. Dziesiątki możliwych reakcji pulsowało mu w głowie, ale czuł, że kontroluje sytuację. Na jego lewym ramieniu zwisał na pasie karabin, a kabura oficera zdawała się pusta. „Nie mogę zmarnować takiej okazji” – kombinował.
Kątem oka spojrzał na majora, przesunął broń, ale ten był szybszy. Sięgnął błyskawicznie po walthera23.
– Nie myśl nawet o tym, Hubercie, bo to wszystko zbędna bufonada24. Po prawdzie z wielką przyjemnością rozerwałbym ci chude gardziołko, ale to też bagatela. Poza tym jestem, jak widzisz, znużony. Co do kabury, szmaciarzu, to masz rację, jest pusta, bo pistolet noszę za pasem. Jakoś tak mi wygodniej.
Plutonowy cofnął się, bez słowa uniósł ręce do góry, ale Wolff uśmiechnął się, poklepał go przyjacielsko po ramieniu i rzucił na odchodne:
– Tylko mi, hultaju, nie graj bohatera spod Rżewa, co broni honoru generałów. I nie zapomnij o Glombiku, bo wtedy to się dopiero wścieknę. Co zaś do dalszych planów twej wojaczki, to coś mi się wydaje, że jutro wleziesz, malenkaya ptica25, na ruską minę i flaki wypłyną ci dupą. – Twarz Wolffa nagle stężała, a zaciśnięte usta rozwarły się, ukazując rząd sztyletowatych zębów.
Żołnierz, jeszcze przed chwilą wyciągnięty jak struna, skurczył się nagle i zmalał. Padł na kolana i się przeżegnał. Trwał tak, chociaż major spojrzał z niesmakiem i plunął mu w twarz, a w końcu zniknął w błękitnej mgle. Jedynie te trupie oczy i smród padliny…
* * *
Prostą drogą dotarł do celu. Sprawnie wczołgał się do swej ziemianki. Dopadł go gryzący fetor kału i moczu, ale się nie cofnął. Z mroku rozświetlonego lampą naftową wyłoniły się kontury stołu zbitego z nieheblowanych desek. Był zagracony mapami. Na nich, niczym dwa przyciski do papieru, leżały Schmeisser26 i Stahlheim27, w równym stopniu utytłane rudawą gliną.
– Taak!… Dzielny major Wolff kontroluje przydzielony mu odcinek obrony i wzorowo wypełnia wolę przełożonych – burknął po nosem, dodając z namaszczeniem niemieckie zaklęcie: – Gesegneter Krieg28.
Natychmiast eksplodował dzikim śmiechem. Nie przestawał, zrzucając wojskowy rynsztunek i kolejne mapy na wilgotne klepisko. Mogło się wydawać, że poszukuje tej najważniejszej. Wygrzebał ją wreszcie. Nie były to jednak mapa ani dokument sztabowy, a książeczka niewielkich rozmiarów. Strzepnął kurz ze zniszczonej okładki.
– Mój Erlkönig29, wielbię cię – szeptał z czułością, wertując tomik wierszy Goethego.
Tropił zgubę i szybko znalazł. Stanowczym ruchem wyciągnął czystą kartę schowaną w książce. Niczym ślepiec zbliżył ją do twarzy i począł obwąchiwać. Nos metodycznie lustrował każdy skrawek papieru, jakby w poszukiwaniu spodziewanego zapachu. Znalazł chyba, bo westchnąwszy głośno, otworzył usta i dla pewności zwilżył wilgotnym językiem. Cmokał przy tym i gaworzył jak niemowlę, wreszcie wymamrotał:
– Es riecht zwei fellos nach tod30.
Wyraźnie zadowolony, ostrożnie położył papier na pustym stole. Już wiedział, co napisze, ale raptem dopadł go osobliwy lęk. Raz jeszcze rozejrzał się po ziemiance. Szukał czegoś. Miarowo omiótł wzrokiem szare ściany z grubo ciosanych bali. Znalazł w końcu zgubę i natychmiast wzdrygnął się nerwowo.
– On wciąż tu jest i patrzy… Zabraniam! Odwróć wzrok! – wrzasnął płaczliwie.
Opanował się szybko i jednym skokiem dopadł zdobycznej, posrebrzanej ikony Chrystusa i Samarytanki. To był jego pierwszy wojenny łup. Szukał obrazu, od momentu, kiedy znalazł się na froncie. Wiedział, że w domu Glombików wisi Chrystus i Samarytanka. Mroczna tajemnica świata demonów kazała mu posiąść podobną ikonę, by kierować losem raciborskiej rodziny. W sierpniu 1941 roku wyciągnął zdobycz z płonącej cerkwi.
Teraz stał przed nią w milczeniu. Po chwili ściągnął furażerkę i skłonił się nabożnie. Z ruchu warg ktoś mógłby odczytać bezgłośną modlitwę, jednak Wolff daleki był od metafizycznych wzruszeń.
– Jesteś już niepotrzebna. Znalazłem chłopca Glombików!
Gwałtownym ruchem zerwał deskę z malunkiem i natychmiast roztrzaskał o stalowy hełm. Rozkraczony nad resztkami ikony, nachylił się i nagle cofnął. Z wgłębienia w błotnistym klepisku, jak z topieli, wynurzył się nienaruszony fragment obrazu. W zniszczonej twarzy ocalał tylko jeden szczegół. Oczy Chrystusa nie uległy rozpadowi, wciąż wpatrywały się w oprawcę z siłą, której nie potrafił znieść.
Major z rozmachem uniósł nogę i uderzył podkutą saperką31. Łomotał ciężkim buciorem, aż posrebrzane drewno ponownie zniknęło w brunatnej brei. Warczał na przemian ze skamlaniem, w końcu zwalił się na wąską pryczę przykrytą czymś na kształt wełnianego płaszcza. Był teraz ranną bestią, której udało się dopaść ofiary, ale potem sama zadławiła się w zastawionych przez siebie sidłach. Trwało to tylko chwilę, lecz wystarczającą, by porządnie odetchnąć.
Z nową siłą poderwał się i ruszył do stołu. Wciąż leżała tam kartka. Nie była już pusta. Wypełniał ją starannie kaligrafowany tekst. W górnym rogu ujrzał datę: 28.08.1942 r.
– Dokonało się, Herr und Frau Glombik – wydeklamował pompatycznie, a potem parsknął radosnym wyciem.
* * *
Pukanie było delikatne, za to odpowiedź donośna:
– Wejść!
Szeregowy otworzył ostrożnie właz ziemianki. Uderzył go smród brudnego zwierzęcia i rozkładających się zwłok. Za drewnianym stołem siedział major Wolff. Spuszczona głowa mogła wskazywać na to, że oficer drzemie albo studiuje jakiś dokument rozłożony przed nim. Żołnierz zasalutował wyprężony na baczność, a potem się zameldował.
Przez dłuższy czas panowała cisza, wreszcie Wolff uniósł powoli głowę.
– Koniec tych regulaminowych bredni! Zbliż się do światła. I więcej odwagi, dzieciaku – zasyczał, po czym znów zamilkł. Przyglądał się bacznie przybyłemu. Lustrował chudą sylwetkę i przydługi mundur. W jasnych, bystrych oczach znalazł podobieństwo do matki żołnierza. Był wściekły i nie chciał tego ukrywać. – Nauczyli was tych przeklętych formuł: meldowania, wojskowych dystynkcji, miłości do Führera, a nawet marszowego tupania. Zapomnieli o drobiazgu, wręcz dupereli, czyli sztuce skutecznego zabijania. Na koniec wysłali mi to całe rekruckie gówno z rozkazem: „Szturmuj Moskwę!”. Czy ty, człowieku, w ogóle potrafisz strzelać? – Skrzywił się gwałtownie.
– Jawohl, Herr Major – odparł żołnierz niepewnie. Rosło w nim przerażenie. I jeszcze ten dojmujący fetor, inny od kompanijnych okopów. Odbierał oddech i mącił rozum. Znał go, bo tak cuchnął garbaty subiekt Lipke w sklepie Redeckich. – Czy ja już mogę iść? Nie będę przeszkadzać… – Znów się wyprężył, zachwiał, a potem osunął na gliniastą podłogę. – Przepraszam, przepraszam, ja nie chciałem – mamrotał jak sztorcowany uczniak, podnosząc się niezgrabnie.
– Do światła! – ryknął Wolff i zerwał się od stołu. Dopadł nieszczęśnika, złapał za szyję, przyparł do ściany i nagle ochłonął. Nie zwolnił jednak uścisku. – Szeregowy Glombik, jesteście żołnierzem zwycięskiej armii. Żądam od was odwagi! Czy to za wiele dla niemieckiego herosa? Odpowiedz, Bernardzie, i spójrz mi w oczy. Śmiało!
– Panie majorze! Proszę mnie puścić. Duszę się – wystękał boleśnie.
– Ależ natychmiast, szeregowy. I to z przeprosinami. Nie godzi się przecież inaczej. Oficer Wehrmachtu nie powinien tak gwałtownie… – Dopiero w tym momencie zwolnił zacisk, ale nie cofnął się ani na krok. – A teraz cię zjem, Czerwony Kapturku – Zachichotał raptownie.
Otworzył usta, wysunął ogromny jęzor i oblizał twarz młodzieńca. Ten mocno zacisnął powieki i schylił głowę, by lepiej przygotować atak. Zaciśnięta pięść gotowa była do zadania ciosu wprost w paszczę demona. Major był szybszy. Błyskawicznie powstrzymał rękę Bernarda.
– Cóż się z panem dzieje, Glombik?! – zawołał. – Wydajesz się nadmiernie poruszony. Po co ta histeria? No już, już. Nie gniewaj się na starego wiarusa. To taki znak rozpoznawczy naszej rodziny. W końcu nazwisko Wolff zobowiązuje.
– To wstrętne! Chcę wracać! – przerwał mu wściekle.
– Dość o tym, żołnierzu. Wezwałem cię w konkretnej sprawie. I liczę na twoją dyskrecję, a także odrobinę chłopięcej wrażliwości – dodał łagodnie. – Chodzi o drobiazg. O to mianowicie, że nie godzi się niemieckiemu oficerowi czytać poezji, szczególnie tutaj, pod Moskwą. Cóż jednak począć, skoro zadurzyłem się jak panienka. Zobacz. – Wskazał ręką na stół i niewielką książeczkę. – To Goethe. Nie rozstaję się z nim, a teraz chcę, chłopcze, byś przeczytał jeden mały fragment. – Sięgnął do książki, szybko przekartkował, znalazł i podał żołnierzowi.
– Dlaczego ja? – zapytał cicho szeregowy. Ochłonął już i z pokorą przyjął swoje podporządkowanie.
– Zdałeś mi się najodpowiedniejszy. Taki niewinny i kruchy. Poza tym nic więcej… A teraz czytaj! – rozkazał major.
Glombik nie śmiał już o nic pytać. Przyjął tekst i z wyraźnym drżeniem w głosie rozpoczął. Wolff przerwał stanowczym gestem. Mruknął coś niezrozumiale, siadł za stołem i dopiero wtedy skinieniem ręki dał znak.
Żołnierz pochylił się ku lampie i cofnął natychmiast. Oficer w dziwnym pochyleniu i konwulsyjnych ruchach zdawał się przepoczwarzać w coś nieludzkiego.
– Czytaj, przyjacielu, i nie zbliżaj się. Ostrzegam – usłyszał chrapliwe wezwanie.
W ziemiance zrobiło się nagle jaśniej. Na tyle, by szeregowy ujrzał coś dziwnego. Zdawało mu się, że z błota klepiska wpatrują się w niego szeroko otwarte oczy.
– Mamo, to Chrystus – wyszeptał.
Z posrebrzonego ułomka zniszczonej ikony zniknęło wszystko poza oczami Syna Bożego. Przyklęknął i nagle usłyszał:
– „Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”32.
Czas jakby ustał, a postać Wolffa z wolna zatracała swe naturalne rysy, falując niczym półpłynna struktura w błękitnej mgle. Żołnierz spojrzał ku drewnianej ścianie. Zdawało mu się, że ktoś bliski, kochany woła go. „Jesteś przy mnie – odetchnął głęboko. – Tak bardzo tęsknię i chcę być już z tobą… Proszę, Jezu, pozwól zaczerpnąć ze źródła. Woda, jakiej udzielisz, jest wspaniała. Miriam czeka przy studni…”.
Porządek czasu, zatrzymany na mikromoment, nabierał rozpędu.
Bernard szybko schował drewniany skrawek obrazu do kieszeni munduru. Potem uniósł wzrok na otwartą książkę i przeczytał:
„Willst, feinerKnabe, du mit mir geh’n?
Meine Töchter sollen dich warten schön,
Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn
Und wiegen und tanzen und singen dich ein„33.
– Czyż to nie piękne, młodzieńcze? – usłyszał rozmarzony głos. Stał przy nim major Wolff, wyprostowany i jakby młodszy. Świergotał wzruszony, wyjawiając miłość do sztuki: – Kocham Goethego. Każde jego słowo i wers brzmią niczym najcudowniejsza, impresyjna i barwna fraza. I ten mroczny urok egzotyki, cała ta demonologia odpychająca od przyziemnej zwyczajności… – Przerwał nagle, przyciągnął do siebie żołnierza i wyrecytował: – „Chodź do mnie, chłopczyno, poigrasz z rozkoszą…”.
Mężczyzna gwałtownie odepchnął Wolffa, a ten natychmiast otrząsnął się, jakby zawstydzony. Przygarbił się lekko, a potem wrócił do pozy niemieckiego oficera. Znów był stanowczy, ale i zaintrygowany nagłą mocą młodego Niemca.
– Obaj nie zachowujemy się regulaminowo, ale odpowiedz: dlaczego nie spojrzałeś mi jeszcze w oczy?
– Jestem gotowy, Herr Major.
– Mach es ruhig, junger Mann!34 Ja jedynie grzecznie pytam, dlaczego nie szukasz prawdy w mym spojrzeniu. Czy twój plutonowy maczał w tym palce? Wydaje się, przyjacielu, że to Unteroffizier Hubert Ziegler powiedział ci, że poczciwy major Wolff ma oczy trupa, zalatuje padliną i lepiej nie mierzyć się z nim wzrokiem. Czy tak było, Bernardzie? – zakończył głosem pełnym żalu i troski.
– To wojna, a ja jestem tylko marnym szeregowym. Siedzę w tych okopach dopiero od dwunastego czerwca, ale już wiem, że wszyscy cuchniemy śmiercią. I dumny oficer Wehrmachtu, i nędzny szeregowy Glombik.
– Pięknie to ująłeś. Nareszcie mówisz do rzeczy! Zresztą spójrz. – Wolff ujął małe lusterko i podał żołnierzowi. Mężczyzna ujrzał swoją twarz w przedśmiertnym grymasie. – Zmatowiałe oczy, wyostrzony nos, sinica warg, bladość skóry… To wszystko mało? Mamy tu podręcznikowy wzorzec zdychania – wyliczał skrupulatnie major, a wreszcie się zaśmiał. – Mój przyjacielu, jesteś najzwyklejszym truposzem. I powiedz mi, jak ty, biedaku, masz jutro walczyć z Sowietami?
– Herr Offizier35, właśnie dlatego chciałbym się odmeldować. Chcę być gotowy – poprosił ponownie.
– Słusznie, słusznie. Jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze, twoja zguba. Znalazłem ją w latrynie i pozwolę sobie osobiście włożyć ci do kieszeni. – Trzymał w kościstych palcach zmięty Wehrpass36.
Ponownie szarpnął za mundur żołnierza i prawie natychmiast zaskowyczał z bólu. Dotknięcie ubioru poraziło go niczym prąd. Skulony w przytłaczającym cierpieniu, z hukiem runął na klepisko. Błoto gniecione ciężarem bezwładnego ciała chlupnęło głośno. Mogłoby się wydawać, że gwałtowne konwulsje spowodują natychmiastową śmierć oficera, jednak wybełkotał niewyraźnie:
– Wyrzuć ikonę. Przeklęte oczy. One wciąż na mnie patrzą… – Opanował się szybko i podźwignął z niespodziewaną energią. Otrzepując ubłocony mundur, sprawiał wrażenie człowieka, który oczekuje zapomnienia o chwilowej słabości. Warknął szybko: – I druga sprawa, Bernardzie. Zdecydowanie ważniejsza! Zanim wyjdziesz i więcej się nie spotkamy, chcę ci powiedzieć, że przed chwilą napisałem list do twoich rodziców. – Przerwał, rozkoszując się obserwacją zdumionego młodzieńca. Czuł, że odzyskuje utraconą przewagę. – Nie, nie… Nic złego. Same dobre słowa. Powiem tylko, że wkrótce czeka cię awans. No ale jak ktoś jest synem Katarzyny Glombik, nie może być inaczej. Poznałem ją niegdyś w waszym Raciborzu i przyznam, że troszkę pokrzyżowała mi plany. Rywalizowaliśmy w grze o życie. Wtedy nie obiecałem powrotu, ale dzisiaj najpokorniej chciałbym się przypomnieć. Już jutro, jedenastego sierpnia, pozwolę sobie łaskawie spłacić kolejny rachunek w naszej zabawie. A Katarzyna przyjmie go i raz jeszcze zapłacze, a potem przeklnie. Ty zaś o nic nie pytaj! Szukałem cię od dawna, ale w końcu znalazłem. Sprawuj się dzielnie, a co ma być, niech się stanie. I koniec uciekania przed tym, co nieuniknione. Ono nadchodzi – zakończył wreszcie tyradę i odstąpił krok od osłupiałego żołnierza. Zdawał się w napięciu czekać na reakcję Glombika.
Ten odetchnął głęboko i powiedział cicho, ale tak wyraźnie, by mógł go usłyszeć również major:
– Mamo, to jednak wszystko prawda. I twoja opowieść o Rebece Fischer, i pomnik Smutnej Dziewczyny, i lęk przed demonem, którego może wcale nie pokonałaś. Stoję przed nim…
Dotknął kieszeni, wyczuł skrawek ikony i natychmiast oblały go błogie ciepło i spokój, jakiego nie doświadczył od śmierci ukochanej. Po raz pierwszy bez lęku uniósł głowę. W tej samej chwili napotkał oczy Wolffa. Ujrzał głęboko zapadnięte, trupie oczodoły. Sine usta i twarz obrośniętą dziwnymi kłaczkami czy raczej zwierzęcą sierścią potęgowały wrażenie dojmującej martwoty.
Oficer wyszczerzył lśniące zęby w uśmiechu, mlasnął przeciągle i dodał żartobliwie:
– Nareszcie, mój żołnierzyku! Wiem, że nie ma we mnie aryjskiej urody. Ba, może nawet i jestem odrobinkę demoniczny, a przez to podobny do subiekta ze sklepu twej kobiety. Zapamiętaj, szczeniaku, że najważniejsze są jednak oczy. Widziałeś je i zostaną z tobą na zawsze, a przynajmniej do jutra. I jeszcze jedno. To chyba twojej mamy – warknął, wyciągając turkusową chustę z japońskiego jedwabiu.
Bernard rozpoznał w niej tkaninę ofiarowaną niegdyś matce przez Miriam. Przyjął ją i ucałował jak relikwię.
– Spokojnie, chłoptasiu, spokojnie. I zachowaj to do końca – mruknął oficer. Przez kilka sekund uśmiechał się dobrotliwie, wreszcie się cofnął i oddalił ku krawędzi stołu. Przykręcił knot lampy i pochyliwszy się, zdmuchnął płomień.
Zapadła ciemność i cisza podobna do tej, która jest przedsionkiem huraganu. Na ułamek sekundy schron stał się bańką hermetycznie oddzielającą od tumultu wojny. Z nagła coś wyłoniło się z mroku, dotykając niemal twarzy młodzieńca. Natychmiast cofnął się do belek ściany. To nie był człowiek, a na pewno nie Wolff, chociaż mówił głosem majora.
– To koniec. Wkrótce obaj odejdziemy. A co do twej ukochanej, to sam rozumiesz… Na każdej wojnie mam sporo pracy, bo to i przemoc, i giną ludzie, i ktoś musi dobijać rannych… Nie! Nie trzeba rozpaczać. Miriam odeszła i tyle. Koniec. Nie ma sklepu bławatnego w Raciborzu. Przyznam się, że to moja zasługa. Odkryłem w sobie talenty kupieckie i tak jakoś, krok po kroku, zaufany subiekt właściciela sklepu, August Lipke, a dzisiaj major Wolff, osiągnął swój cel – wypowiedziawszy te słowa, odsapnął i wreszcie zakończył: – Teraz pozwolę ci odmeldować się regulaminowo. Żegnaj, Bernardzie! – rzucił szorstko i ponownie zapadł w ciemność.
Smród ziemianki, niepodobny do swojskiego odoru kompanii, jeszcze spotężniał i prawie zadusił biedaka, a przynajmniej pozbawił resztek sił. Wywlókł się na zewnątrz i łapczywie zaczerpnął rześkiego powiewu sierpniowej nocy. Niewiele rozumiał, ale przestał się bać. Zanim ruszył ponownie, przysiadł na drewnianej belce i wyszeptał:
– Miriam, wracam do domu. Czekaj.
* * *
Rój brzęczących much, zwabiony fetorem rozkładu, wirował nad stołem. Nie był to jedyny dźwięk w ziemiance, którą niedawno opuścił Soldat Glombik. Spod stołu hałaśliwie gramoliło się zwyrodniałe indywiduum. W zmatowiałym rozbłysku lampy naftowej słabo widać było powykrzywiane kończyny nieproporcjonalnie duże w stosunku do tułowia. Wykonywały ruchy mające ustabilizować całą sylwetkę w pozycji pionowej. Udało się. Długie paluchy czy raczej macki złapały kurczowo róg stołu.
W końcu ukazała się humanoidalna, wychudła istota. Niczym nie przypominała majora Wolffa. Z półotwartej jamy gębowej wydobywały się chrapliwe odgłosy, a zdeformowane, jakby zwierzęce nozdrza wypełnione zielonkawym śluzem wietrzyły zapach czegoś nieznanego, co przyczaiło się w najciemniejszym kącie schronu.
Humanoid nagle przerwał. Wytropił pośród wielu innych ten jeden odór nakazujący zastygnąć jak marionetka pozbawiona animatora. Z mroku ziemianki wydobyły się głuche słowa:
– Przeczytaj i podpisz.
Jedna z much, niczym strażniczka Głosu, usiadła natychmiast na czubku łba monstrum i zamarła. Tymczasem ruchliwe macki posłusznie sięgnęły po kartkę i uniosły na wysokość martwych oczodołów. Wydawać by się mogło, że stwór – zdanie po zdaniu – sylabizuje tekst. Karykaturalny uśmiech albo raczej grymas nienazwanego uczucia przez moment pojawił się na jego paszczy. Powoli sięgnął do kieszeni zbutwiałego munduru. Wyciągnął coś na kształt wiecznego pióra. Położył na stole, a potem wypluł z siebie pierwsze zdanie listu:
– Sehr geehrter Herr Glombik! Gestern wurde uns der Heldentod Ihres Sohnes, Gefreiter Bernhard Glombik, mitgeteilt, der diese Ernennung posthum erhalten hat37.
Dziwne gulgotanie, jakaś forma nieludzkiego chichotu albo długi, jęczący skowyt, powstrzymało na chwilę czytanie. Zaraz jednak ponownie wychrypiał:
– Gefreiter Glombik nahm am Angriff auf das Dorf Chanino gegen russische Panzer teil. Am 11. August 1942 wurde er in Frontkämpfen schwer verwundet und starb am nächsten Tag im Lazarett in Rżewo38.
– Dość! Teraz podpisz – głos zaskrzeczał całkiem blisko.
Natychmiast skulił się i posłusznie zamilkł. Powoli złożył kartkę na stole i sięgnął po pióro. Niedołężnym ruchem groteskowo wygiętej ręki podpisał list, a potem wolno odwrócił łeb w stronę Głosu. Usłyszał:
– Włóż do koperty, zaklej. Zaznacz, żeby najbliższą pocztą polową wysłać do Raciborza.
Brązowy kartonik był doskonale zgodny z normami wojennej korespondencji. Obok leżał oficerski notes. Na pierwszej stronie, dużymi literami posłusznie wykaligrafował: „Wysłać natychmiast! To mój ostatni rozkaz”. Jeszcze raz podpisał dokument: Ernnst Johann von Wolff
– A teraz, zanim odejdziesz, powiedz to. Natychmiast! – Głos odezwał się po raz ostatni.
Szkarada, gwałtownie wyprostowana, zadarła głowę ku drewnianemu stropowi schronu. Mogłoby się wydawać, że martwe ślepia sięgają nieba. Z wolno otwierającego się pyska wydobył się stłumiony skowyt:
– Jesteś nim, Panie. Jesteś…
Paszcza rozwierała się szerzej i szerzej. Wreszcie była gotowa. Nad pajęczyną zasieków i nieskończenie wielkim cmentarzyskiem trupów i wojennego żelastwa przetoczył się potężny ryk:
– Tyś jest Saamed, anioł ciemności!
Głos odpowiedział:
– Oto ja, po wsze czasy.
Jeszcze nim zapadła cisza, coś, co miało niegdyś ludzką postać majora Wolffa, osunęło się na wilgotne klepisko, zastygając w bezruchu. Ogromny rój much opadł natychmiast na rozkładające się szczątki.
W tej samej chwili przez mały otwór odprowadzający dym w szczycie ziemianki wypełzła bezkształtna istota. Rozpostarła skrzydła, by bezszelestnie wzlecieć poprzez linie okopów nad tonące we mgle pobojowisko.
16 Oto pole bitwy (niem).
17 I cudowny Rżew (ros.).
18 Plutonowy (niem.).
19 Szeregowy (ros.).
20 Tak jest (niem.).
21 Kierował na froncie wschodnim działaniami 9 Armii wchodzącej w skład GA Środek.
22 Niemiecki dowódca wojskowy. W okresie od 24 listopada do 16 grudnia 1942 roku, czyli w trakcie radzieckiej ofensywy pod Moskwą, zadał wojskom Żukowa ciężkie straty, szacowane na 335 tysięcy żołnierzy oraz ponad 1600 czołgów, po czym w lutym 1943 roku przeprowadził ewakuację zaciekle dotąd bronionego występu rżewskiego.
23 Niemiecki pistolet samopowtarzalny.
24 Przecenianie własnej wartości.
25 Maleńki ptaszku (ros.).
26 Pistolet maszynowy MP-40.
27 Stalowy hełm (niem.).
28 Błogosławiona wojna (niem.).
29 Król Elfów (niem.).
30 Bez wątpienia pachnie śmiercią (niem.).
31 Buty marszowe Wehrmachtu.
32 Ewangelia św. Jana (J 4,13–14).
33 „Chodź do mnie, chłopczyno, poigrasz z rozkoszą.Mam córki, co ciebie czekają i prosząCzekają na ciebie z biesiady nocnymi.Zaśpiewasz, potańczysz, zabawisz się z nimi” (niem.).Johann Wolfgang von Goethe, Erlkönig, źródło: balladen.net/goethe/erlkoenig.
34 Śmiało, młody człowieku! (niem.).
35 Panie oficerze (niem.).
36 Książeczka wojskowa.
37 Czcigodny panie Glombik! Wczoraj poinformowano nas o heroicznej śmierci pańskiego syna, kaprala Bernharda Glombika, który pośmiertnie otrzymał to mianowanie (niem.).
38 Kapral Glombik brał udział w ataku na miejscowość Chanino przeciw rosyjskim czołgom. Dnia 11 sierpnia 1942 roku, walcząc na przedniej linii, został ciężko ranny i zmarł następnego dnia w szpitalu polowym w Rżewie (niem.).
