Miecz Shannary - Terry Brooks - ebook

Miecz Shannary ebook

Terry Brooks

0,0

Opis

 

 

Dawno temu odwieczne Zło obróciło w perzynę świat i podzieliło ocalałych ludzi oraz inne rozumne rasy - gnomy, trolle, karły i elfy. Dla żyjącego w zacisznej dolinie pół człowieka, pół elfa Shei Ohmsforda była to tylko historia, dopóki nie dotarła do niego wieść, że ciemne moce znów się budzą i że jest on ostatnią nadzieją wszystkich ludów. Pokonać zło może tylko Miecz Shannary, i to jedynie w ręku prawowitego spadkobiercy legendarnego bohatera. Ostatnim w tej linii jest Shea Ohmsford. 

 

Cykl: Shannara, t. 1 / Kroniki Shannary, t. 1 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 895

Rok wydania: 2014

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TERRY BROOKS

MIECZ SHANNARY

Przełożyli:

Jacek Gałązka

Magdalena i Piotr Hermanowscy

REPLIKA 

Tytuł oryginału

The Sword of Shannara

Copyright c 1977 by Terry Brooks

This translation published by arrangement with Ballantine Books,

an imprint of Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Map by Brothers Hildebrandt c 1977 by Random House

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Karolina Borowiec

Skład i łamanie

Mateusz Czekała

Korekta

Joanna Pawłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphotos.com/mikeaubry

Opracowanie graficzne polskiej wersji mapy

Iza Szewczyk

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-7674-270-0

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8,62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Druk i oprawa: WZDZ – Drukarnia „LEGA’

Moim rodzicom, którzy uwierzyli

I

Słońce powoli zanurzało się w głęboką zieleń wzgórz na zachód od doliny; jego różowoszare refleksy przesuwały się nad zagłębieniami i szczelinami w ziemi. Flick Ohmsford zaczął schodzić ze szczytu. Ścieżka opadała nieregularnymi zakosami po północnym stoku i znikała w gęstym lesie u stóp zbocza, przeciskając się między rumowiskami skalnymi, po czym pojawiała się na polanie lub przecince. Wędrowiec spojrzał na dobrze znaną trasę i powoli szedł dalej. Jego owalna, ogorzała twarz emanowała spokojem, podobnie jak cała postać. W szeroko osadzonych szarych oczach można było dostrzec znamiona niespożytej energii, skrzętnie skrywanej pod powłoką flegmatyczności. Był młody, lecz masywna, krępa sylwetka, liczne srebrne pasma we włosach i krzaczaste brwi czyniły go znacznie poważniejszym. Miał na sobie luźne ubranie robocze, typowe dla mieszkańców Vale. Na ramieniu niósł tobołek, w którym pobrzękiwały metalowe przedmioty.

Czując pierwszy chłód w wieczornym powietrzu, Flick mocniej zacisnął kołnierz luźnej wełnianej koszuli. Wchodził właśnie w kolejny leśny ostęp. Czekała go jeszcze długa droga przez lasy i rozległe równiny, wciąż niewidoczne. Gęsto splecione konary potężnych dębów i ponurych hikor przesłaniały bezchmurne niebo. Słońce już zaszło, pozostawiając ciemniejący błękit gęsto usiany punkcikami przyjaznych gwiazd. Wkrótce bezwzględne konary całkowicie je zasłoniły, tak więc Flickowi nie pozostało nic innego, jak trzymać się ścieżki. Przemierzył ten szlak wielokrotnie i znał go tak dobrze, że od razu wyczuł coś dziwnego w otaczającej go ciszy – jakby tego wieczoru całą dolinę ogarnął absolutny bezruch. Brakowało nawet sennego brzęczenia owadów i śpiewu ptaków, które zwykle towarzyszyły mu w tej części wędrówki. Nasłuchiwał przez chwilę, lecz jego czujne ucho nie zdołało uchwycić najlżejszego szmeru. Niespokojnie pokręcił głową. Jeszcze bardziej się zatrwożył, gdy przypomniał sobie pogłoskę zasłyszaną kilka dni wcześniej: w północnej części doliny zauważono na niebie strasznego, czarnoskrzydłego stwora. By przezwyciężyć rosnący lęk, zagwizdał i skupił się na wrażeniach z zakończonego dnia pracy, który spędził w wiosce położonej na północ od Vale. Część tamtejszych rodzin uprawiała ziemię i zajmowała się hodowlą zwierząt. Wyprawiał się tam co tydzień. Przynosił zamówione towary oraz wieści z Vale i innych miast położonych w głębi Sudlandii. Niewielu jego ziomków znało okolicę lepiej niż on, jeszcze mniej było takich, którym chciałoby się wypuszczać poza dolinę. Zwykle woleli oni pozostać w zamkniętych osadach i nie dbali zbytnio o to, co się dzieje na zewnątrz. Flick zaś lubił od czasu do czasu zapuszczać się dalej, tym bardziej że w gospodarstwach leżących na obrzeżach doliny chętnie korzystano z jego usług. Otrzymywał za nie całkiem godziwą zapłatę – a to pozostawało nie bez znaczenia dla jego ojca, który nie przepuszczał żadnej okazji do zarobku. Obaj byli więc zadowoleni.

Szedł teraz przez gęsty las na nizinie. Nagle wzdrygnął się i odskoczył w bok. Nie zauważył zwisającej nisko gałęzi, która smagnęła go po głowie. Wyprostował się, posłał liściastemu napastnikowi wymowne spojrzenie i przyspieszył kroku. Gałęzie i konary tworzyły szczelną zasłonę, przez którą z trudem przedzierały się jedynie pojedyncze smugi księżycowej poświaty, a kręta ścieżka była prawie niewidoczna. Oczy Flicka z trudem odnajdywały dobrze znany przecież szlak. Przyglądając się widocznym jeszcze częściom terenu, po raz kolejny głęboko odczuł wszechobecną ciszę. Zdawało mu się, że z lasu uszło życie i że jest jedyną żywą istotą szukającą drogi w jego grobowych ciemnościach. Przypomniał sobie niedawno zasłyszane pogłoski; ich wspomnienie jedynie wzmogło jego niepokój. Rozejrzał się. Wokół niego nie drgnęła choćby jedna gałązka. Ogarnęło go dziwne uczucie ulgi.

Zatrzymał się na chwilę na niewielkiej leśnej polanie i spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Po chwili zdecydowanym krokiem ruszył naprzód, zagłębiając się w czerń lasu. Szedł wolno, z coraz większym trudem odnajdując krętą ścieżkę, która chwilami znikała w gęstwinie. Kiedy kolejny raz przyłapał się na nerwowym rzucaniu spojrzeń na boki, uznał, że uległ złudzeniu. Szedł szerszym duktem. W gęstwinie nad głową dostrzegł fragment nieba. Flick dochodził już do dna doliny, do domu zostały jeszcze dwie mile. Uśmiechnął się do siebie, przyspieszył i zaczął gwizdać melodyjkę zasłyszaną w karczmie. Pochłonięty wypatrywaniem drogi, podniecony perspektywą ujrzenia niebawem szerokich, otwartych przestrzeni za ostatnim pasmem lasu, nie zauważył potężnego cienia, który oddzielił się od masywnego dębu po lewej stronie i ruszył mu na spotkanie. Zanim wyczuł obecność intruza, ciemna postać stanęła przed nim niczym mogący zmiażdżyć każde napotkane żyjątko głaz. Flick krzyknął i rzucił się w bok, lewą ręką wyszarpując zza pasa długi sztylet. Podróżny tobołek zsunął mu się z ramienia i z metalicznym dźwiękiem wylądował na ścieżce. Chłopak skulił się i przygotował do odparcia ataku. Nieznajomy przerwał jego poczynania władczym ruchem ramienia, po czym przemówił spokojnie, lecz stanowczo:

– Powstrzymaj się, przyjacielu. Nie jestem twoim wrogiem i nie zamierzam ci zrobić krzywdy. Szukam drogi i byłbym wdzięczny, gdybyś wskazał mi, którędy iść.

Flick opuścił nieco gardę i spróbował dojrzeć w ciemnej postaci jakieś oznaki podobieństwa do człowieka. Nie dostrzegł niczego. Ostrożnie przesunął się w lewo, tak aby na sylwetkę nieznajomego padła skąpa księżycowa poświata.

– Zapewniam cię, że nie mam złych zamiarów – ciągnął tamten tym samym tonem, jakby czytając w myślach Flicka. – Nie chciałem cię przestraszyć, ale zauważyłem cię dopiero, kiedy byłeś tuż obok mnie. Mogłeś mnie minąć – dodał.

Flick powoli przesuwał się na dogodniejszą pozycję, przez cały czas czując na sobie wzrok nieznajomego. Wkrótce zdołał rozróżnić niewyraźne kontury i cienie twarzy. Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Flick usiłował określić, z kim lub czym ma do czynienia. Tamten jedynie patrzył i czekał.

Nagle nieznajomy rzucił się do przodu. Jego silne dłonie zwinnie i pewnie chwyciły nadgarstki Flicka, który natychmiast znalazł się kilka stóp nad ziemią. Sztylet wysunął się z jego zdrętwiałych rąk, lecz zanim dotknął ziemi, nieznajomy zaśmiał się drwiąco i powiedział:

– No i co teraz, mój chłopcze, hę? Jak sobie dasz radę? Zdaje się, że mógłbym cię bez trudu rozerwać na kawałki i rzucić wilkom na pożarcie.

Przerażony Flick próbował się wyszarpnąć. Myślał jedynie o ucieczce. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć, w czyich rękach się znajdował. Nie miał jednak żadnych wątpliwości, że były one znacznie mocniejsze niż jakiekolwiek inne ludzkie ręce i mogły się z nim uporać szybko i skutecznie. Siłacz w czerni podniósł chłopaka i potrząsnął nim. Ich twarze dzieliła teraz odległość wyciągniętego ramienia.

– Dość tego! – W głosie nieznajomego oprócz drwiny pojawiły się chłód i irytacja. – Wygrałem, a ty wciąż nic o mnie nie wiesz. Jestem zmęczony i głodny, i wcale nie uśmiecha mi się siedzieć tu w chłodzie i ciemności, aż wreszcie zdecydujesz, czy jestem człowiekiem, czy nie. Teraz postawię cię na ziemi, a ty wskaż mi drogę. Ale ostrzegam: nie próbuj uciekać, bo to się źle skończy. – Ostatnie zdanie wypowiedział spokojnie, bez śladu drwiny w głosie. Zaśmiał się i rozluźnił chwyt, a gdy Flick dotknął stopami ziemi, dodał żartobliwym basem: – Poza tym może okażę się lepszym przyjacielem, niż sądzisz.

Chłopiec wyprostował się i zaczął rozcierać nadgarstki, zdrętwiałe od potężnego uścisku. Nieznajomy cofnął się. Flick powstrzymał się od ucieczki niemałym wysiłkiem woli. Nie miał wątpliwości, że jego pogromca dopadłby go bez trudu. Schylił się powoli, podniósł sztylet i wetknął go za pas.

Teraz dość wyraźnie widział nieznajomego. Ogarnął wzrokiem jego sylwetkę i uznał, że postać w czerni na pewno jest człowiekiem, tyle że znacznie wyższym niż ci, których Flick zwykle spotykał. Miał co najmniej siedem stóp wzrostu. Był przy tym niezwykle szczupły, chociaż nie można było tego stwierdzić z całą pewnością, gdyż jego ciało dokładnie okrywała czarna peleryna z luźnym, opuszczonym głęboko na czoło kapturem. Można było dostrzec jedynie ostre rysy, jakby wykute w skale. Oczy, zapewne głęboko osadzone, ukryte były w cieniu krzaczastych brwi, zrośniętych nad długim, płaskim nosem. Usta nieznajomego wyglądały jak jeszcze jedna nieruchoma, długa i cienka kreska na okolonej krótką czarną brodą twarzy. Spowijająca nieznajomego atramentowa czerń oraz sama jego sylwetka budziły taką grozę, że chłopiec z najwyższym trudem opanowywał przemożną chęć ucieczki w głąb lasu. Spojrzał w surowe cienie oczodołów i spróbował się uśmiechnąć.

– Myślałem, że... że złodziej – wybąkał.

– Zatem się myliłeś – odparł ostro nieznajomy. Zaraz jednak łagodniej dodał: – Musisz się nauczyć odróżniać przyjaciół od wrogów. Pewnego dnia od tego może zależeć twoje życie. Kim jesteś?

– Nazywam się Flick Ohmsford – odpowiedział chłopak, zrazu niepewnie, lecz po chwili mówił dalej: – Mój ojciec, Curzad Ohmsford, ma karczmę tu niedaleko, w Shady Vale. Będzie z milę stąd, może dwie. Znajdziecie tam schronienie i strawę, panie.

– W Shady Vale, tak? – zawołał nieoczekiwanie nieznajomy. – Właśnie tam się wybieram – dodał i przerwał, jakby zastanawiając się nad ostatnimi słowami.

Pogładził brodę szczupłymi, krzywymi palcami. Jego wzrok pobiegł ponad skrajem lasu ku trawiastym łąkom w dolinie. Flick uważnie śledził każdy jego ruch. Mężczyzna w czerni przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jakiś niewidoczny punkt, aż wreszcie przerwał milczenie:

– Masz... brata.

Było to nie tyle pytanie, co stwierdzenie. Nieznajomy wypowiedział je spokojnie i beznamiętnie, jakby w ogóle nie interesowała go reakcja chłopaka. Rzeczywiście, w pierwszej chwili Flick nie zareagował. Dopiero gdy zdał sobie sprawę z powagi stwierdzenia, drgnął i spojrzał na mężczyznę w czerni.

– A skąd wy...?

– No cóż – przerwał mu tamten – czyż nie jest tak, że każdy młody mieszkaniec Vale ma gdzieś brata?

Flick odruchowo skinął głową. Nie rozumiał, o co chodzi rozmówcy, interesowało go natomiast, co nieznajomy wiedział o Shady Vale. Po chwili zorientował się, że tamten patrzy na niego pytająco, jakby wciąż czekał na wskazanie drogi. Flick szybko zarzucił tobołek na ramię i spojrzał na wysokiego rozmówcę.

– Szlak wiedzie tędy – powiedział i obaj ruszyli.

Wyszli z głębokiego lasu i skierowali się ku pasmu łagodnych wzgórz, ciągnących się aż do osady na drugim końcu doliny. Na otwartej przestrzeni było dużo jaśniej. Łagodne światło księżyca spływało na całą dolinę i szlak, którym podążali – była to zaledwie nieregularna kreska, biegnąca zboczem wśród gęstej trawy lub wcinająca się w wysuszone słońcem bruzdy, doły i koleiny. Tymczasem wiatr przybrał na sile i szarpał ubrania wędrowców. Wreszcie zmusił ich do pochylenia głów i osłonięcia oczu. Szli w milczeniu, obserwując kręty szlak i potykając się na nierównościach. Za każdym pagórkiem lub zagłębieniem w ziemi ukazywały się następne kopczyki, bruzdy i dołki. Jedynym słyszalnym odgłosem nocy był świst wiatru. Flick uważnie nasłuchiwał. Raz zdawało mu się, że z daleka, od północy dobiegł go ostry, wysoki krzyk. Krzyk ten szybko jednak ucichł i więcej się nie powtórzył. Nieznajomy zupełnie nie zwracał uwagi na ciszę. Posuwał się naprzód ze wzrokiem utkwionym w niewidzialnym punkcie na ziemi, który poruszał się niezmiennie sześć stóp przed nim. Nie podnosił oczu i nie spoglądał na przewodnika. Nie zapytał nawet, czy dobrze idą. Sprawiał wrażenie kogoś, kto dokładnie zna każdy następny ruch towarzysza podróży. Pewnie kroczył obok Flicka.

Niebawem chłopak zaczął mieć kłopoty z utrzymaniem tempa. Wysoki nieznajomy pokonywał drogę długimi, płynnymi krokami. Chód Flicka zaś coraz bardziej przypominał dreptanie zadyszanego krasnoludka i od czasu do czasu chłopiec musiał nie tylko truchtać, ale wręcz podbiegać. Widząc jego trudności z utrzymaniem tempa marszu, mężczyzna czasem zwalniał. Gdy wreszcie zbliżyli się do południowych stoków doliny, pagórkowaty teren się wyrównał. Szli teraz trawiastym zboczem porośniętym gęstymi krzakami, wyznaczającymi granicę następnego zagajnika. Flick odnalazł kilka punktów orientacyjnych, wyznaczających granicę Shady Vale, i odczuł wyraźną ulgę. Osada oraz jego ciepły, przytulny dom były blisko.

W czasie krótkiego marszu nieznajomy w czerni nie odezwał się ani słowem. Flick też nie palił się do rozmowy, próbował za to dyskretnie przyjrzeć się „olbrzymowi”, jak go nazwał w myślach.

Mężczyzna wzbudzał lęk. Jego pociągła, kamienna twarz i ostry zarys krótkiej czarnej brody przywodziły Flickowi na myśl obrazy wojny z opowieści z dzieciństwa; wysłuchał przecież niejednej, siedząc ze starszymi przy dogasającym ogniu. Najbardziej niepokoiły go oczy nieznajomego, a właściwie dwie ciemne, przepastne jamy pod gęstymi brwiami, gdzie powinny się znajdować. Dotychczas chłopcu nie udało się przeniknąć wzrokiem tych cieni. Głęboko pobrużdżona twarz była jak wykuta z kamienia. Pochylała się nieznacznie w wielkim skupieniu tylko wtedy, gdy przemierzali jakiś trudniejszy odcinek drogi. Analizując to nieodgadnione oblicze, Flick uświadomił sobie, że towarzysz podróży ani razu nie wymienił swojego imienia.

Zbliżali się do skraju osady. Ścieżka, teraz już wyraźnie widoczna, biegła wśród coraz wyższych i gęstszych krzaków, utrudniających marsz. Nieznajomy nagle stanął nieruchomo i zaczął nasłuchiwać z lekko przekrzywioną głową. Flick także się zatrzymał i nadstawił ucha, ale nie usłyszał nic szczególnego. Minuty oczekiwania ciągnęły się w nieskończoność.

Nagle mężczyzna odwrócił się do Flicka i rzucił szybko:

– Ukryj się w tamtych krzakach przed nami! Ruszaj, biegiem!

Popchnął chłopaka tak energicznie, że ten momentalnie znalazł się pod wysokim krzewem i zniknął w gałęziach. Metalowe przedmioty zagrzechotały. Nieznajomy zerwał z pleców Flicka tobołek i wcisnął pod swoją pelerynę.

– Cisza! – syknął. – A teraz biegnij. I ani mru-mru!

Przebiegli kilkanaście kroków do czarnej ściany z liści. Gałęzie i pnącza biły ich po twarzach. Zatrzymali się dopiero wtedy, gdy mężczyzna w czerni brutalnie wciągnął Flicka w najgęstszą kępę zarośli. Dyszeli ciężko. Flick spostrzegł, że jego towarzysz nie rozgląda się na boki, lecz wpatruje się badawczo w prześwitujące gdzieniegdzie między gęstymi liśćmi ciemne niebo. Idąc w jego ślady, też zaczął obserwować nieboskłon, ale dostrzegł jedynie gwiazdy. Tymczasem tamten patrzył i czekał. Mijały długie minuty. Flick próbował się odezwać, ale nieznajomy uciszył go, ściskając mocno za ramię. Stał więc nieruchomo, wpatrując się w noc i nasłuchując odgłosów nadciągającego niebezpieczeństwa. Do jego uszu dotarł jedynie szum ich zmęczonych oddechów i delikatny szelest wiatru w gałęziach nad głowami.

Kiedy już przymierzał się do tego, by ulżyć zmęczonym nogom, nad ich głowami przepłynęło coś wielkiego i czarnego; zasłoniło całe niebo i zniknęło z pola widzenia. Chwilę później powróciło, powoli zataczając koło. Złowrogi cień zawisł nad ukrywającymi się wędrowcami, jakby szykował się do ataku. W głowie przerażonego Flicka zakłębiło się i zawirowało. Poczuł się jak zdobycz w stalowej sieci – jeszcze świadoma, ale już ulegająca ślepej, agonalnej furii schwytanego zwierzęcia. Coś sięgało w głąb jego piersi i wydusiło powietrze z płuc. Z trudem łapał oddech. Przed jego oczami przesunęła się czarna, podszyta czerwienią bestia. Miała wielkie pazury i potężne skrzydła; była tak przerażająca i zła, że na sam jej widok można było umrzeć ze strachu. Przez chwilę zdawało mu się, że nie wytrzyma i krzyknie, ale silny uścisk męskiej dłoni na ramieniu pomógł mu się opanować. Zjawa zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Złowieszczy cień gdzieś odpłynął, odsłaniając spokojne, gwiaździste niebo.

Uścisk na ramieniu Flicka zelżał i chłopak opadł ciężko na ziemię, zlany potem. Nieznajomy przysiadł obok niego, uśmiechnął się i lekko poklepał go po dłoni.

– Ruszajmy, przyjacielu – powiedział. – Jesteś cały i zdrowy, a Vale jest tuż za miedzą.

Flick spojrzał na jego spokojną twarz oczami wciąż szeroko otwartymi z przerażenia i wolno pokręcił głową.

– Co to było...? Tamten...

– Tylko cień – odparł spokojnie mężczyzna w czerni. – Ale to nie czas i miejsce na dokładne wyjaśnienia. Pomówimy o tym później. Teraz chciałbym coś zjeść i ogrzać się, i to zanim do reszty stracę cierpliwość.

Pomógł chłopakowi wstać i zwrócił mu tobołek. Wymownym gestem osłoniętego płaszczem ramienia dał znak, że może pójść za swoim przewodnikiem, o ile tamten jest gotów prowadzić. Wydostali się spomiędzy gałęzi i ruszyli. Flick spoglądał lękliwie na ciemne niebo, pełen jak najgorszych przeczuć. Wydawało mu się, że to, co się stało przed chwilą, było tylko wytworem jego nadwrażliwej wyobraźni. Jak na jeden wieczór miał stanowczo za dużo wrażeń. Najpierw ów olbrzym bez imienia, a teraz jeszcze ten przerażający cień... Poprzysiągł sobie w duchu, że następnym razem dobrze się zastanowi, zanim zdecyduje się na tak daleki wieczorny wypad poza obręb Vale.

Kilkanaście minut później drzewa i zarośla zaczęły rzednąć, za to w oddali coraz częściej i wyraźniej migotały światła osady. Pogrążone w mroku domostwa nabierały wyraźniejszych kształtów. Ścieżka była teraz szersza i niebawem przeistoczyła się w ubity trakt, prowadzący prosto do osiedla. Światła w oknach zdawały się witać wędrowców i patrząc na nie, Flick uśmiechnął się z wdzięcznością. Na drodze nie spotkali nikogo. W osadzie panowała taka cisza, że gdyby nie żółte światła w oknach, można byłoby pomyśleć, że w Vale nikt nie mieszka. Co innego zaprzątało uwagę chłopca – co powinien powiedzieć swojemu bratu Shei i ojcu, by ich nie zaniepokoić? Dziwne stwory i cienie mogły być przecież wyłącznie wytworem jego wyobraźni. Być może idący obok mężczyzna w odpowiednim czasie wyjaśni całą sprawę, jak dotąd nie był jednak zbyt skory do rozmowy. Chłopak spojrzał na milczącą sylwetkę i zadrżał. Czerń wionęła z całej postaci, tajemniczej i mrocznej: czarna peleryna i czarny kaptur na pochylonej głowie, smukłe, ciemne ręce. Flick czuł, że bez względu na to, kim naprawdę jest nieznajomy, jako wróg na pewno byłby groźny.

Szli wolno między domami. Przez szerokie drewniane okna Flick widział płonące wewnątrz pochodnie. Wszystkie domostwa były niemal jednakowo długie i dość niskie, a pod lekko spadzistymi dachami mieściła się tylko jedna kondygnacja. Dachy zwężały się ku jednej stronie, osłaniając niewielką werandę na masywnych palach – zakończenie długiego ganku. Ściany były przeważnie drewniane, fundamenty zaś solidne, kamienne. Niektóre domostwa wyłożono kamieniami również od frontu. Flick przyglądał się zasłoniętym oknom. Tu i ówdzie w szparze między okiennicami mignęła znajoma twarz. To dodawało mu otuchy. Miał za sobą okropną noc i odczuwał ogromną ulgę, że znalazł się znowu wśród swoich.

Nieznajomy szedł obok tak, jakby tego wieczoru nic się nie wydarzyło. Obrzucił osadę przelotnym spojrzeniem i odkąd znaleźli się w Vale, nie odezwał się ani słowem. Flick z niedowierzaniem obserwował ruchy swojego towarzysza. Właściwie trudno było powiedzieć, że mężczyzna w czerni podążał za chłopcem, który miał być jego przewodnikiem. Wydawało się, że to raczej on lepiej zna drogę do celu. Ilekroć trakt rozwidlał się między identycznymi rzędami domostw, nieznajomy bez wahania wybierał właściwe odgałęzienie. Ani razu nie spojrzał przy tym na swojego przewodnika, nawet nie podniósł głowy, aby ocenić marszrutę. W pewnej chwili Flick zdał sobie sprawę, że to tamten prowadzi, a on tylko wlecze się za nim.

Wkrótce dotarli do karczmy. Była to duża budowla, złożona z głównej izby i przestronnego ganku, z dwoma skrzydłami odchodzącymi po obu stronach na boki i do tyłu. Na wysokim, kamiennym fundamencie ułożono grube, ociosane bale, tworzące ściany, a dach pokryto gontem. Karczma była wyższa i masywniejsza niż inne domostwa. Z dobrze oświetlonej głównej izby dobiegały stłumione odgłosy rozmów, czasem ktoś zaśmiał się głośniej albo zawołał. W nieoświetlonych skrzydłach znajdowały się pomieszczenia sypialne dla gości. W chłodnym powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa. Flick pospiesznie poprowadził nieznajomego po drewnianych schodach na długi ganek i do szerokich podwójnych drzwi, wiodących do głównej izby. Mężczyzna w czerni wciąż milczał.

Chłopiec odsunął ciężki metalowy rygiel i pociągnął za uchwyty. Prawe skrzydło drzwi ustąpiło. Weszli do przestronnej głównej izby, zastawionej ławami i krzesłami o długich oparciach, zgrupowanymi wokół kilku długich, masywnych, drewnianych stołów ustawionych pod ścianą z lewej oraz w głębi izby. Liczne świece na stołach i w świecznikach na ścianach dawały dużo światła. Na wielkim palenisku płonął żywo ogień. Flick mrugnął kilkakrotnie, oślepiony jasnością. Po chwili jego oczy przyzwyczaiły się do światła. Zamrugał jeszcze kilka razy i jego wzrok powędrował ponad paleniskiem, sprzętami i meblami do zamkniętych, podwójnych drzwi w głębi izby, a następnie dalej, do biegnącego wzdłuż ściany szynkwasu. Siedzący tam mężczyźni spojrzeli na przybyszów. Ich znudzony wyraz twarzy szybko zastąpiło zainteresowanie postacią nowo przybyłego. Ten jednak nie zwrócił żadnej uwagi na obecnych, wobec czego wszyscy powrócili do przerwanych rozmów i napojów, jedynie z rzadka spoglądając na Flicka oraz mężczyznę w czerni. Chłopak i jego towarzysz stali przy drzwiach jeszcze przez chwilę. Chłopiec próbował wypatrzeć ojca w tłumie gości, nieznajomy zaś wskazał na siedzenia po lewej stronie i zadecydował:

– Przysiądę sobie tam, a ty poszukaj ojca. Może zjemy razem wieczerzę, kiedy wrócicie.

Podszedł do niewielkiego stołu w głębi i usiadł plecami do gości przy szynkwasie. Skłonił się lekko Flickowi i odwrócił się. Chłopiec spojrzał na nieznajomego raz jeszcze i ruszył pospiesznie w głąb izby ku podwójnym drzwiom, prowadzącym na zaplecze. Skierował się do kuchni. Liczył, że zastanie tam ojca i Sheę przy wieczornym posiłku. Po drodze musiał pokonać kilka par masywnych drzwi. W kuchni radośnie powitali go dwaj kucharze. Ojciec siedział przy końcu bufetu po lewej stronie, kończąc wieczerzę i powitał go machnięciem muskularnego ramienia.

– Jesteś dziś trochę później niż zwykle – mruknął dobrotliwie – ale chodź, siadaj, póki jeszcze jest co zjeść.

Flick podszedł zmęczonym krokiem do lady i zrzuciwszy tobołek na podłogę, usadowił się na wysokim taborecie. Ojciec właśnie skończył się posilać. Odsunął pusty talerz, wyprostował się, a następnie spojrzał wymownie na drugie – również puste – nakrycie, marszcząc szerokie czoło.

– W drodze powrotnej spotkałem wędrowca – zaczął niepewnie Flick. – Pytał o nocleg i wieczerzę. Zapraszał do kompanii.

– No cóż, jeśli szuka noclegu, to dobrze trafił – oświadczył stary Ohmsford. – I właściwie możemy posilić się razem z nim. Nie powiem, żebym nie miał ochoty na małą dokładkę.

Podniósł ciężkie ciało z taboretu i dał znak kucharzom: trzy porcje. Flick szukał wzrokiem Shei, ale brata nie było. Ojciec ruszył ociężale, by udzielić paru wskazówek co do wieczerzy, Flick zaś podszedł do balii, by umyć ręce po podróży. Kiedy podszedł do niego ojciec, zapytał go, gdzie się podział Shea.

– Wysłałem go po sprawunki. Lada chwila powinien wrócić – odparł ojciec i zapytał: – A tego, co przyszedł z tobą, jak zwą?

– Nie wiem. Nie przedstawił się.

Ojciec zmarszczył brwi i mruknął coś o małomównych obcych, zaklinając się na koniec, że w swojej oberży nie chce widzieć żadnego tajemniczego gościa. Wreszcie skinął na syna i ruszył do wyjścia na salę, ocierając się o ścianę potężnymi ramionami. Flick, z wyrazem zwątpienia na twarzy, pospiesznie podążył za nim.

Nieznajomy wciąż siedział odwrócony plecami do gości przy szynkwasie. Słysząc skrzypienie otwieranych drzwi, nieznacznie zmienił pozycję, by widzieć wchodzących. Przyjrzał się im dokładnie. Byli bardzo podobni do siebie – obydwaj krępi i średniego wzrostu. Mieli szerokie, dobroduszne twarze i brązowe włosy przetykane srebrnymi pasemkami. Na moment przystanęli w drzwiach. Flick wskazał ojcu ciemną postać. Nowo przybyły dostrzegł nieskrywane zdziwienie w oczach Curzada Ohmsforda, gdy tamten mierzył go wzrokiem, zanim wreszcie zdecydował się podejść. Przybysz wstał na powitanie. Górował wzrostem nad ojcem i synem.

– Witajcie w mojej karczmie, nieznajomy panie – powiedział starszy Ohmsford, bezskutecznie próbując przeniknąć wzrokiem ciemne, osłonięte kapturem rysy mężczyzny. – Jak już zapewne wiecie od mojego syna, nazywam się Curzad Ohmsford.

Nieznajomy uścisnął wyciągniętą na powitanie rękę i skinął głową Flickowi. Na twarzy starego Ohmsforda pojawił się grymas bólu.

– Wasz syn był tak miły i wskazał mi drogę do tego przyjemnego zakątka – powiedział przybysz z uśmiechem, który Flick nazwałby drwiącym. – Mam nadzieję, że dotrzymacie mi kompanii przy wieczerzy lub przy kuflu piwa.

– Oczywiście – odparł karczmarz.

Potoczył się w stronę wolnego krzesła i opadł na nie ciężko. Flick też dostawił sobie siedzenie, usiadł i utkwił wzrok w nieznajomym. Ten wygłosił pochwałę pod adresem ojca i jego karczmy. Stary Ohmsford rozpromienił się i kiwał głową z wyraźnym zadowoleniem. Skinął także na obsługę za ladą, by podała trzy kufle. Wysoki nieznajomy wciąż nie zamierzał odsłonić całej twarzy. Flick ciągle zerkał na spowite atramentową czernią miejsca, ale obawiał się, że tamten to zauważy. Miał w pamięci pierwszą nieudaną próbę spojrzenia w twarz tajemniczej postaci, a bolące nadgarstki nie pozwalały zapomnieć o sile i zręczności mężczyzny w czerni. Uznał, że na razie bezpieczniej będzie pozostać przy wątpliwościach. Siedział zatem w milczeniu i przysłuchiwał się pogawędce ojca z przybyszem. Po wymianie grzecznościowych uwag na temat łagodnego klimatu okolicy, rozmówcy przeszli do znacznie bliższych spraw, takich jak na przykład ludzie i ostatnie wydarzenia w Vale. Niebawem Flick zorientował się, że ojciec, który lubił pogawędzić i nie potrzebował do tego specjalnej zachęty, teraz właściwie prowadził całą rozmowę, nieznajomy zaś podtrzymywał ją zdawkowymi uwagami i pytaniami. Być może nie miało to znaczenia, ale jak dotąd Ohmsfordowie nie wiedzieli niczego o przybyszu, który nawet się nie przedstawił. Nie trzeba było też długo czekać, aby sprytny gość zaczął zręcznie wyciągać informacje o Vale od niczego niepodejrzewającego karczmarza. Zaczynało to niepokoić Flicka, ale nie wiedział, co zrobić. Bardzo chciał, żeby Shea wrócił, brata jednak wciąż nie było. Podano długo oczekiwaną wieczerzę, którą spożyli bez pośpiechu. Dopiero kiedy odnoszono talerze po posiłku, masywne drzwi do karczmy otworzyły się i stanął w nich Shea.

Flick od razu zauważył, że gościa w czerni wreszcie coś żywo zainteresowało. Silne dłonie zacisnęły się na krawędzi stołu, gdy wstawał, i znowu wyrósł ponad głowami obydwu Ohmsfordów. Stał tak, jakby zapomniał o ich istnieniu. Czarna kreska zrośniętych brwi drgnęła, a na posągowej, dotąd nieruchomej twarzy pojawił się wyraz intensywnego skupienia. Przez jedną straszną chwilę Flickowi zdawało się, że człowiek w czerni chce zabić Sheę, ale wrażenie to szybko minęło. Teraz chłopakowi wydawało się, że nieznajomy przeszukiwał myśli jego brata.

Uważnie wpatrywał się w sylwetkę Shei, ocienione oczy przebiegły szybko po smukłej postaci i natychmiast wyłowiły cechy elfa: zarys spiczastego ucha pod potarganymi blond lokami, cienkie brwi biegnące pod ostrym kątem od nosa wzdłuż łuku brwiowego, a nie poziomo, jak u mieszkańców Vale, wreszcie wysmukły nos i wąskie, delikatne usta. Dostrzegł także uczciwość i inteligencję, emanujące z tej twarzy. Mimo że stali w odległych końcach izby, nieznajomy zauważył także wielką przenikliwość i zdecydowanie w błękitnych oczach chłopca. Shea patrzył na mężczyznę w czerni i przez chwilę nawet zawahał się, czy podejść. W obecności przybysza czuł się jak w pułapce. Wreszcie przemógł obawy i ruszył ku posępnej postaci, ze wzrokiem utkwionym w nieznajomym.

Ohmsfordowie patrzyli na Sheę w milczeniu. W końcu, jakby obudzeni ze snu, przypomnieli sobie, kim jest idący, i podnieśli się, by go powitać. Zapadła kłopotliwa cisza, w czasie której przyglądali się sobie uważnie, po czym nagle, ni stąd, ni zowąd, przy stole wybuchła wesoła rozmowa, tuszująca niedawne napięcie. Nie spuszczając wzroku z mężczyzny w czerni, Shea uśmiechnął się do Flicka. Był nieco niższy od brata, więc pozostawał w jeszcze większym cieniu przybysza niż obaj Ohmsfordowie. Jednak przewaga wzrostu nieznajomego nie wywarła na nim tak silnego wrażenia jak na jego bracie. Curzad zaczął rozpytywać go o sprawunki. Shea na chwilę skupił się na rozmowie z ojcem, ale niebawem przeniósł swoje zainteresowanie na przybysza.

– Nie sądzę, byśmy się kiedyś spotkali, jednak mam wrażenie, że skądś mnie znacie. A i ja mam dziwne uczucie, że powinienem was znać – powiedział.

Nieznajomy twierdząco skinął głową. Przez jego twarz znowu przemknął uśmieszek.

– Być może mnie znasz. Nie zdziwi mnie także to, że nawet jeśli mnie kiedyś spotkałeś, to i tak nie pamiętasz. Ja jednak wiem, kim jesteś, i znam cię naprawdę dobrze.

Zaskoczony Shea patrzył w milczeniu na nieznajomego, szukając odpowiednich słów. Tamten pogładził wolno krótką, czarną brodę i spojrzał na twarze Ohmsfordów. Na każdej dostrzegł napięcie i wyczekiwanie. Otwarte usta Flicka bezgłośnie wyrażały pytanie, które dręczyło całą trójkę.

Nieznajomy ściągnął kaptur, ukazując ciemną twarz, którą okalały proste, czarne włosy do ramion. W ten sposób odsłonił również oczy, głęboko osadzone i stale ukryte w cieniu gęstych, krzaczastych brwi.

– Zwą mnie: Allanon – powiedział wolno.

Zapadła długa cisza, podczas której zdumiona trójka wpatrywała się w twarz wędrowca. A więc tak wyglądał Allanon – tajemniczy podróżny czterech krain, wielki historyk ludów, filozof, nauczyciel oraz, jak mawiali niektórzy, zawołany praktyk sztuk tajemnych. Allanon, który przemierzył wszystkie krainy, od mroków Anaru aż po zakazane turnie w górach Charnal. Jego imię znane było nawet w osadach dalekiej Sudlandii! A teraz nieoczekiwanie stał przed nimi, którzy zaledwie kilka razy w życiu odważyli się wyruszyć dalej, niż sięgało bezpieczne ciepło ukochanej doliny.

Po raz pierwszy Allanon uśmiechnął się serdecznie. W głębi duszy zrobiło mu się jednak żal tych ludzi. Czasy spokojnego bytowania, do którego nawykli przez wiele lat, właśnie dobiegły końca i to właśnie on, Allanon, był w pewnym sensie za to odpowiedzialny.

– Co was tu sprowadza? – zapytał wreszcie Shea.

Mężczyzna spojrzał na niego ostro, po czym ku zaskoczeniu całej trójki zaśmiał się.

– Ty, Shea – padła odpowiedź. – Właśnie ciebie szukałem.

II

Nazajutrz Shea obudził się bardzo wcześnie. Wyskoczył z łóżka i ubrał się szybko, gdyż ranki w dolinie były wyjątkowo chłodne i wilgotne. Był pierwszym na nogach – pozostali domownicy i goście spali w najlepsze. W karczmie panowała cisza. Shea wyszedł ze swojej izdebki na zapleczu, bezszelestnie przebył korytarze, po czym wszedł do głównej izby karczmy i zabrał się do rozpalania ognia na wielkim, kamiennym palenisku. Zziębnięte palce nie ułatwiały mu zadania. Przejmujący chłód i wilgoć, którymi rozpoczynał się każdy dzień w dolinie, ustępowały dopiero wraz z ukazaniem się słońca nad wzgórzami, bez względu na porę roku. Wzgórza te nie tylko osłaniały Shady Vale przed niepożądanymi oczami, ale przede wszystkim stanowiły naturalną barierę dla kaprysów klimatu Sudlandii, które docierały aż do doliny. Chociaż w tym roku pora zimowych burz i chłodna wiosna dobiegały już końca, to jednak poranki były jeszcze przenikliwie zimne. Zazwyczaj chłód dawał o sobie znać aż do południa – dopiero wtedy całą dolinę oświetlało słońce.

Pierwsze płomienie wystrzeliły spomiędzy chrustu, a po chwili ogień objął wszystkie bierwiona. Shea usadowił się na krześle, przytulił się do wysokiego oparcia i zaczął wspominać wydarzenia ostatniego wieczora. Poranne zimno jeszcze nie ustąpiło, skulił się więc i wpatrywał w ogień. Skąd Allanon mógł go znać? Prawie nie wychodził poza teren osady, więc Shea na pewno by go zapamiętał, gdyby choć raz się spotkali. Allanon nie chciał wczoraj wyjawić nic więcej. Wieczerzę dokończył w milczeniu.

Kiedy odniesiono nakrycia, dodał tylko, że rozmowę skończą rano, i na powrót stał się tą ponurą, złowieszczą postacią, jaką Shea ujrzał wczoraj, wchodząc do karczmy. Na koniec mężczyzna wstał i poprosił o wskazanie noclegu, przeprosił całą trójkę i pożegnał się. Żadnemu z braci nie udało się wydobyć od niego nic więcej na temat celu jego wyprawy do Shady Vale i zainteresowania Sheą. Później, na osobności, Flick opowiedział bratu o tym, w jakich okolicznościach spotkał Allanona, i o przerażającym cieniu.

Shea wrócił myślami do pierwszego pytania: skąd Allanon mógł go znać? Może znajdzie odpowiedź, odtwarzając swą przeszłość? Wczesne dzieciństwo było ledwie mglistym wspomnieniem. Nie pamiętał miejsca urodzenia, nie wiedział nawet, gdzie ono leży. Dopiero w jakiś czas po tym, jak przygarnęli go Ohmsfordowie, dowiedział się, że przyszedł na świat w niewielkiej gminie w Westlandii. Jego ojciec zmarł, zanim zdążył zostawić jakikolwiek ślad w pamięci syna. Shea nie znał go wcale. Z czasu, kiedy wychowywała go samotnie matka, pamiętał pojedyncze obrazy i zdarzenia. Były to przeważnie wspomnienia zabaw z innymi dziećmi w głębokim, zielonym lesie, który był dla nich całym światem. Kiedy miał pięć lat, matka nagle zachorowała i postanowiła wrócić tam, skąd pochodziła, czyli do Shady Vale. Chyba już wtedy wiedziała, że wkrótce umrze, ale najważniejszy był dla niej syn. Podróż na południe była ostatnią wyprawą w jej życiu – zmarła wkrótce po tym, jak dotarli do doliny.

Rodzina i krewni, którzy żegnali ją w dniu ślubu, już nie żyli. Zostali tylko Ohmsfordowie, bardzo dalecy kuzyni.

Żona Curzada Ohmsforda zmarła na kilka miesięcy przed przybyciem Shei i jego matki do Shady Vale. Od tej pory ojciec Flicka sam prowadził karczmę i wychowywał syna. Wkrótce także Shea stał się członkiem rodziny. Chłopcy dorastali razem i nosili to samo nazwisko. Jasnowłosy Ohmsford nie znał swego prawdziwego imienia i nie pytał o nie. Słowo „rodzina” kojarzyło mu się wyłącznie z Ohmsfordami, a ci uznali go za swego. Czasem dokuczała mu świadomość, że jest mieszańcem, ale w takich chwilach jego brat ukazywał mu dobre strony jego pochodzenia. Shea miał instynkt i cechy obydwu ras, a to była bardzo dobra podstawa do rozwoju ciała i umysłu.

Jednak na żadnym obrazie, w żadnym wspomnieniu nie pojawił się nawet cień Allanona. Wyglądało na to, że nigdy się nie spotkali. Nie odrywając wzroku od ognia, Shea zmienił pozycję na krześle. W ponurym mężu w czerni było coś, czego się bał. Niewykluczone, że powód do obaw podsunęła mu wyobraźnia, ale jedno było pewne – w obecności Allanona Shea czuł się tak, jakby tamten czytał w jego myślach i przenikał je, kiedy chciał. To absurdalne odczucie nie opuszczało chłopca od wczorajszego spotkania w karczmie. Flick również o tym wspominał. Gdy już leżeli na posłaniu w swojej izdebce, tajemniczym szeptem – jakby się bał, że ktoś ich podsłuchuje – dodał też, że wyczuwa w Allanonie niebezpieczeństwo.

Shea przeciągnął się i głęboko westchnął. Na dworze robiło się coraz jaśniej Wstał i dorzucił drew do ognia. Zza drzwi na zaplecze dobiegł go burkliwy głos ojca, który tym razem narzekał na cały świat. Zrezygnowany chłopiec westchnął, odsunął od siebie poprzednie myśli i pospieszył do kuchni, pomóc przy porannych czynnościach.

Dochodziło południe, gdy Shea po raz pierwszy tego dnia zobaczył Allanona, który zapewne przez cały czas był w swoim pokoju. Nieoczekiwanie wyszedł zza rogu, gdy Shea odpoczywał w cieniu dębu na tyłach karczmy i spożywał przygotowany naprędce obiad. Ojciec był bardzo zajęty w karczmie, a Flick wyszedł po sprawunki. W świetle dnia Allanon wyglądał równie przerażająco, jak w mroku nocy. Wysoka sylwetka, tym razem okryta szarą peleryną, rzucała długi cień. Szedł w kierunku Shei z głową lekko pochyloną do przodu. Dotarł do cienia dębu i usiadł na trawie obok chłopca, po czym przeniósł niewidzące spojrzenie na wyłaniające się zza drzew na wschodzie szczyty wzgórz. Siedzieli w milczeniu przez kilka minut. W końcu Shea nie wytrzymał:

– Po co przybyłeś do doliny, Allanonie? Dlaczego mnie szukałeś?

Zapytany zwrócił ciemną twarz ku chłopcu. Posągowe rysy drgnęły w lekkim uśmiechu.

– Odpowiedź nie jest tak prosta, jakbyś tego chciał, młodzieńcze. Zanim odpowiem ci w najprostszy sposób, muszę sprawdzić stan twojej wiedzy. Czytałeś o historii Nordlandii? – zapytał. – Czy wiesz coś o Królestwie Czaszki?

Shea zmartwiał. Z tą nazwą kojarzyły mu się wszystkie okropności: i te realne, i istniejące jedynie w wyobraźni. Straszono nią niegrzeczne dzieci. Starsi, słysząc ją w czasie długich bajań przy dogasającym ogniu, czuli dreszcze. Za tymi dwoma słowami skrywał się świat duchów i goblinów, borów i mateczników, podstępnych gnomów oraz olbrzymich trolli z gór na północy. Shea spojrzał w ponure oblicze Allanona i skinął głową. Ten zaś po krótkiej przerwie kontynuował:

– Jestem, jak wiesz, między innymi badaczem dziejów. Niewykluczone też, że jedynym, który przemierzył tak wiele krain. Tych, którzy przebyli Nordlandię w ciągu ostatnich pięciu stuleci, można policzyć na palcach jednej ręki. O plemieniu człowieka wiem znacznie więcej, niż można by przypuszczać; jego czasy to dla nas zacierające się wspomnienie. Chyba dobrze, że tak się stało. Ostatnie dwa tysiąclecia nie były zbyt chlubne dla tej rasy. Obecnie człowiek zdążył zapomnieć o swojej przeszłości, niewiele wie o czasach obecnych, a jeszcze mniej o przyszłości. Mieszkając z dala od innych na rubieżach Sudlandii, zdaje sobie sprawę z istnienia Estlandii i Westlandii, ale nie wie nic o Nordlandii i jej mieszkańcach. Wielka szkoda, że ten człowiek stał się tak zamknięty i krótkowzroczny! A przecież kiedyś był to lud najbardziej przewidujący i twórczy. Dzisiejszy człowiek, zadowolony, izoluje się od spraw innych. Do tej pory było to możliwe. Po pierwsze, sprawy te nie dotyczyły bezpośrednio człowieka, a po drugie, strach przed wspomnieniami z przeszłości skutecznie zniechęcał do dokładniejszego przyjrzenia się przyszłości.

Ostatnie wywody Allanona Shea odebrał jako ciąg ogólnikowych oskarżeń pod adresem rasy ludzi. Zarzuty uporu w trwaniu w izolacji rozzłościły go, dlatego odpowiedział ostro:

– Mówisz tak, jakby to było coś strasznego, że ktoś chce być sam. Wiem na tyle dużo o dziejach, a raczej o życiu, żeby zrozumieć zachowanie człowieka. Pozostawanie w izolacji to dla niego jedyna szansa przetrwania i odbudowania tego, co stracił przez dwa tysiąclecia. Może kiedy wszystko odbuduje, będzie dość mądry, by drugi raz tego nie stracić! W czasie Wielkich Wojen człowiek bezustannie wtrącał się w sprawy innych i posługiwał się błędną doktryną izolacji. Skutek był taki, że niemal sam się zniszczył!

Twarz Allanona stężała.

– O, doskonale wiem, do czego doprowadziły wojny wywołane przez chciwość i żądzę władzy. Człowiek był nierozważny i krótkowzroczny, i właśnie dlatego ściągnął na swoją głowę tyle nieszczęść. Ale to było dawno temu. A co mamy dzisiaj? Sądzisz, że człowiek może zacząć jeszcze raz? Cóż, może cię zaskoczę, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Na przykład głęboko zakorzenione i bardzo niebezpieczne odruchy i nawyki, które w każdej chwili mogą się ujawnić u sprawującego władzę. One istnieją i będą istnieć, nawet u tych, którzy cudem uniknęli samozagłady. Choć Wielkie Wojny o przywództwo, racje polityczne i narodowe, nawet wojny o energię, moc i ostateczną władzę nad światem przeszły do historii, dzisiaj stawiamy czoło innemu poważnemu zagrożeniu; zagrożeniu dla wszelkiego życia. Jeżeli zatem nadal uważasz, że człowiek jest w stanie sam stworzyć sobie nowe życie, a cały świat będzie spokojnie płynął obok... To znaczy, że może znasz historię, ale nic nie zrozumiałeś.

Allanon przerwał. Posępne rysy zastygły w gniewnym grymasie. Shea odpowiedział zaczepnym spojrzeniem, mimo że w głębi duszy coraz bardziej się bał i czuł się bardzo mały.

– Ale dość o tym – podjął Allanon. Przyjaznym gestem położył silną dłoń na ramieniu Shei i spojrzał na niego łagodniej. – Przeszłość jest za nami, a przyszłość jest przecież znacznie bardziej interesująca. Pozwól, że odświeżę ci pamięć w kwestii Nordlandii i legendy Królestwa Czaszki. Jak wiesz, Wielkie Wojny ostatecznie położyły kres dominacji człowieka. Był pobity, prawie całkowicie zniszczony. Świat, który znał, odszedł w niepamięć. Gdy ostatni z plemienia ludzi uciekli na południe, przestał istnieć podział na państwa i narody. Stało się to prawie tysiąc lat przed tym, jak człowiek ponownie wzniósł się ponad poziom zwierząt, na które polował, aby zdobyć pożywienie, i stworzył podwaliny cywilizacji. Cywilizacja ta była oczywiście bardzo prymitywna, ale względnie uporządkowana, wytworzyły się w niej nawet zalążki systemu władzy. Później człowiek stopniowo odkrywał istnienie innych ludów, które przetrwały Wielkie Wojny i wykształciły... odmienne formy bytowania. W górach żyły olbrzymie trolle, silne i okrutne, ale nieagresywne. Wzgórza i lasy były siedliskiem małych, przebiegłych stworków, zwanych gnomami. Ludzie i gnomy stoczyli wiele bitew o prawa do ziemi. Ucierpiały w nich obie strony. W walce o życie nie kierujemy się rozumem... A oni walczyli o przetrwanie – westchnął Allanon, po czym podjął dalej: – Człowiek odkrył także następną rasę. Potomków tych, którzy uciekając przed skutkami Wielkich Wojen, zeszli pod ziemię i zaczęli żyć w jaskiniach. Wieloletni brak światła słonecznego spowodował trwałe zmiany w budowie ciała mieszkańców jaskiń. Ich potomkowie byli krępi i niskiego wzrostu, mieli mocne ramiona i torsy oraz grube, beczkowate nogi, przystosowane do poruszania się po jaskiniach. W ciemności widzieli doskonale, za dnia zaś słabo. Po wielu stuleciach spędzonych pod ziemią zaczęli wracać na powierzchnię. Nadmiar światła zmusił ich do zamieszkania w najciemniejszych leśnych ostępach, w Estlandii. Wykształcili nawet własny język, wkrótce jednak zaczęli posługiwać się językiem ludzi. Kiedy człowiek odkrył pozostałości tej ginącej rasy, nazwał ją krasnoludami, podobnie jak nazywał swego czasu fikcyjne stworki ze swoich baśni i podań ludowych.

Allanon przerwał i w milczeniu wpatrywał się w zielone szczyty wzgórz skąpane w słońcu. Shea rozmyślał nad tym, co usłyszał. Widział w swoim życiu jednego, może dwa gnomy i krasnoludy, ale nie pamiętał, jak wyglądały. Trolla nie widział nigdy.

– A elfy? – zapytał wreszcie.

Allanon spojrzał na niego zamyślony i jeszcze bardziej pochylił głowę.

– Tak... Nie zapomniałem. Elfy zasługują na szczególną uwagę. To chyba najwspanialszy z ludów, choć być może nikt nie jest tego świadomy. Opowieść o elfach musi jednak poczekać. Na razie wystarczy to, że zawsze żyli w wielkich lasach Westlandii. W czasach tych ich kontakty z innymi rasami były raczej rzadkie. Teraz zaś, młody przyjacielu, sprawdzimy, co wiesz o dziejach Nordlandii. Obecnie to jałowa, ponura kraina i niewielu odważyło się tam udać, nie mówiąc już o osiedlaniu się. Jedynymi jej mieszkańcami są trolle. Tylko one przystosowały się do tamtejszych warunków. Ludzie żyją w ciepłej Sudlandii, ciesząc się jej łagodnym klimatem i zielonymi równinami i zapomnieli, że swego czasu i w Nordlandii żyły inne ludy. Trolle trzymały się gór, zaś niziny i lasy zamieszkiwali ludzie, gnomy i krasnoludy. Było to na początku wielkiej odbudowy cywilizacji, gdy powstawały nowe pomysły, prawa i kultury. Przyszłość zapowiadała się niezwykle obiecująco. Człowiek zapomniał jednak o tamtych dobrych czasach i o tym, że kiedyś był czymś znacznie więcej niż tylko zwyciężonym ludem, odcinającym się od tych, którzy zranili jego dumę. Wówczas nie było podziałów. Trwało wielkie odbudowywanie świata, w którym znalazło się miejsce dla wszystkich ludów, pragnących wykorzystać drugą szansę. Rzecz jasna, niewielu zdawało sobie sprawę z powagi dzieła. Każdy lud, pochłonięty budową i pomnażaniem swoich dóbr, umacniał się w przekonaniu, że to właśnie on odegra najważniejszą rolę. Układ sił przypominał krąg głodnych szczurów, pilnujących jedynego kawałka starego, spleśniałego sera. Człowiek w całej swej wspaniałości płaszczył się i ślinił jak jeden z takich szczurów. Wiedziałeś o tym?

Chłopiec przecząco pokręcił głową. Nie wierzył, że to, co usłyszał, było prawdą. Dotąd mówiono mu, że od czasu Wielkich Wojen to ludzie byli rasą prześladowaną, zmuszoną do nieustannej walki o zachowanie godności i skrawka ziemi, na który ostrzyły sobie zęby pozostałe ludy. W ostatnich wojnach człowiek ani razu nie był najeźdźcą – to na niego napadano.

Allanon wykrzywił usta w ponurym półuśmiechu i obserwował rezultat wypowiedzianych słów.

– Zdaje się, że pewnych rzeczy nie byłeś świadomy. To jednak nie wszystko... Człowiek nigdy nie był tak wielki, za jakiego się uważał. Jego sposoby walki niczym nie różniły się od metod innych ras. Należy jednak przyznać, że miał większe poczucie honoru i był bardziej cywilizowany – ostatnie słowo Allanon wypowiedział z nieskrywanym sarkazmem. – Jednak wszystko, co do tej pory usłyszałeś, tylko pośrednio wiąże się z głównym tematem. Zaraz wyjaśnię, o co chodzi – zapowiedział. – Kiedy rasy odkryły siebie nawzajem i rozpoczęły walkę o panowanie nad światem, Rada Druidów otworzyła podwoje Paranoru w południowej Nordlandii. Historyczne wzmianki o pochodzeniu i celach Rady Druidów są skąpe i niejasne. Istniało przekonanie, że była to grupa najmądrzejszych i najlepiej poinformowanych przedstawicieli wszystkich ludów. Każdy z nich był ponadto biegły w wielu zapomnianych sztukach i umiejętnościach starego świata. Filozofowie i wizjonerzy, adepci sztuk i nauk ścisłych, a przede wszystkim nauczyciele i mentorzy... To oni byli źródłem wiedzy i nowych umiejętności, tak niezbędnych w zmieniającym się świecie. Przewodził im mąż zwany Galaphile, podobnie jak ja badacz dziejów i filozof. To on zwołał najwybitniejszych przedstawicieli każdego ludu i utworzył Radę, której zadaniem było wprowadzenie ładu i pokoju. Realizując ten cel, Galaphile zdał się na mądrość i umiejętności członków Wielkiej Rady. W zamian za wiedzę pozyskiwali oni zaufanie i poparcie ludów.

Druidzi stanowili wówczas poważną siłę. Wszystko szło zgodnie z planem Galaphile a, jednak z upływem czasu okazało się, że niektórzy członkowie Rady przewyższają pozostałych pod względem zdolności i potencjału umysłowego. Opisanie tych zdolności i mocy zajęłoby dużo czasu, znacznie więcej, niż nam zostało. Najważniejsze jest to, że ci, którzy mieli najtęższe umysły i największą moc, uznali się za wyznaczonych do kierowania przyszłością świata. W końcu odłączyli się od Rady, stworzyli własną grupę i zniknęli. Wkrótce o nich zapomniano. Sto pięćdziesiąt lat później – podjął po chwili – rasę ludzi ogarnęła straszliwa, wyniszczająca wojna domowa. Z uwagi na jej skalę, historycy uznali ją później za Pierwszą Wojnę Ludów. Przyczyny jej wybuchu były niejasne, a dzisiaj nikt o nich nie pamięta. Niewielki odłam plemienia człowieka zbuntował się przeciwko nauce i zaleceniom Rady. Stworzył świetnie wyszkoloną i bitną armię. Oficjalnym celem powstańców było podporządkowanie wszystkich ludzkich plemion jednej władzy. Miało to doprowadzić do wzmocnienia pozycji człowieka w stosunku do innych ludów. Wkrótce do powstania dołączyły prawie wszystkie odłamy rasy człowieka i skierowały się przeciwko innym ludom. Główną postacią tej wojny był Brona, którego imię w dawnej mowie gnomów oznacza „Pan”. Mówiono, że to właśnie Brona przewodził druidom, którzy odłączyli się od Pierwszej Rady i zniknęli w Nordlandii. Ponieważ jednak w żadnym wiarygodnym źródle nie ma wzmianki o spotkaniu czy rozmowie z nim, uznano, że to postać fikcyjna. Powstanie zostało w końcu stłumione przez druidów i sprzymierzone siły pozostałych ras. Wiedziałeś o tym, Sheo?

Chłopiec przytaknął i uśmiechnął się.

– Słyszałem o Radzie Druidów, jej celach i działaniach. Rada... umarła śmiercią naturalną wiele lat temu. Słyszałem także o Pierwszej Wojnie Ludów, choć w nieco innej wersji. W mojej znalazłbyś wiele uprzedzeń i uogólnień. Ta wojna była bardzo bolesną nauczką dla człowieka.

Allanon czekał cierpliwie i nie odzywał się. Chciał dać chłopcu czas na uporządkowanie wiadomości.

– Wiem również – ciągnął Shea – że ci, którzy przeżyli, po wojnie uciekli na południe i tam już pozostali. Zaczęli odbudowywać zrujnowane domy i miasta, zaprzestali niszczenia i zaczęli tworzyć. Sądzisz zapewne, że człowiek odcina się od innych tylko ze strachu. Ja jednak wciąż uważam, że najlepiej żyje się z dala od innych. Władza skupiona w jednych rękach zawsze była największym zagrożeniem dla ludzkości. Teraz nie ma ani takiej władzy, ani rąk, które by ją przejęły. Teraz ludzie żyją w małych społecznościach, którym wiedzie się najlepiej, gdy się je zostawi w spokoju.

Mężczyzna w czerni prychnął ironicznie. Shea poczuł się nieswojo.

– Wiesz bardzo mało – powiedział mężczyzna. – A to, co mówisz, to prawdy oczywiste. Nie chcę się z tobą spierać na temat subtelności niektórych reform społecznych, nie mówiąc o polityce. To kolejna sprawa, która musi zaczekać. Powiedz mi teraz, co wiesz o postaci imieniem Brona. Może na przykład... Nie, zaczekaj – wstrzymał go nagle. – Ktoś tu idzie.

Ledwie skończył mówić, zza węgła wyłoniła się krępa sylwetka Flicka. Chłopiec zobaczył Allanona i zatrzymał się w pół kroku. Dopiero gdy Shea dał mu znak ręką, ruszył w ich stronę. Wolno podszedł do siedzących, stanął i spojrzał w ciemną twarz wysokiego przybysza. Ten powitał Flicka znanym mu już enigmatycznym uśmiechem.

– Zastanawiałem się, dokąd mogłeś pójść... – zwrócił się Flick do brata. – Ale nie chciałem przeszkadzać...

– Nie przeszkadzasz – szybko powiedział Shea, choć Allanon wyraźnie się z nim nie zgadzał.

– Treść tej rozmowy była przeznaczona wyłącznie dla ciebie – zwrócił się do Shei i stanowczym tonem kontynuował: – Jeśli twój brat zdecyduje się zostać z nami, będzie to miało ogromny wpływ na jego los w najbliższej przyszłości. Byłoby o wiele lepiej dla niego, gdyby nie tylko zostawił nas samych, ale zapomniał, że w ogóle rozmawialiśmy. Wybór jednak należy do niego.

Bracia wymienili zdziwione spojrzenia. Nie sądzili, że Allanon mówił poważnie, jednak gdy przyjrzeli się jego posępnej twarzy, uznali, że jednak nie był to żart. Zapadło kłopotliwe milczenie, które przerwał Flick.

– Nie wiem, o czym mówicie, ale Shea jest moim bratem. Jego kłopoty to także moje kłopoty. Jestem gotów stanąć przy nim o każdej porze i w każdym miejscu...

Zaskoczony Shea spojrzał na brata. Nigdy nie słyszał, by Flick mówił z taką determinacją. Uśmiechnął się do niego z dumą. Ten odpowiedział porozumiewawczym mrugnięciem i nie czekając na pozwolenie, usiadł. Przybysz w czerni pogładził brodę i ku zaskoczeniu chłopców, uśmiechnął się.

– Rzeczywiście, decyzja należy wyłącznie do ciebie. Twoje słowa świadczą o tym, że rozumiesz, co to znaczy: być czyimś bratem. Najlepiej jednak dowodzą tego czyny. Wkrótce może się zdarzyć coś, co sprawi, że pożałujesz swojej decyzji... – Allanon zawiesił głos i pogrążony w zadumie wpatrywał się w pochyloną głowę Flicka. Po dłuższej chwili zwrócił się do Shei: – Nie będę zaczynał wszystkiego od początku tylko ze względu na twojego brata. Niech się skupi i spróbuje nadążyć najlepiej, jak umie. Co ci wiadomo o Bronie?

Shea namyślał się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami i zaczął:

– Wiem bardzo mało, prawie nic. Jak wspomniałeś, był mitycznym wodzem powstańców w Pierwszej Wojnie Ludów. Istniało przekonanie, że był jednym z druidów, którzy odeszli z Rady. Wykorzystując nieznane moce, zapanował nad umysłami swoich zwolenników. Natomiast historia nie podaje żadnej informacji na temat jego osoby, nie wzmiankuje pojmania czy też śmierci w decydującej bitwie. Prawdopodobnie nigdy nie istniał.

– Rzeczywiście, dokładnie tak to się przedstawia w kronikach – skomentował półgłosem Allanon. – A co ci wiadomo o jego udziale w wydarzeniach Drugiej Wojny Ludów?

Shea uśmiechnął się.

– Legenda głosi, że był szarą eminencją, stojącą za kulisami tej wojny, ale to okazało się kolejnym mitem. Mniemano powszechnie, że organizatorem armii człowieka w obu wojnach była ta sama osoba, Brona, tyle że w Drugiej Wojnie zwano go już lordem Warlockiem. Był niejako odpowiednikiem druida Bremena, stojącym jednak po stronie zła. Wydaje mi się, że Bremen go pokonał...

Flick pospiesznie skinął głową na znak, że całkowicie zgadza się ze słowami brata. Allanon milczał. Shea czekał na reakcję lub komentarz przybysza i nie ukrywał, że cała sprawa powoli zaczyna go bawić.

– A właściwie do czego zmierza ta rozmowa? – zapytał wreszcie.

Allanon, zdziwiony pytaniem, uniósł brwi i spojrzał ostro na pytającego.

– Jesteś bardzo niecierpliwy, Sheo. Tysiącletniej historii nie da się streścić w dziesięć minut, a właśnie to robimy. Gdybyś jednak powstrzymał się z pytaniami jeszcze przez chwilę, z pewnością zaspokoję twoją ciekawość.

Shea skinął głową na znak zgody. Uwaga przybysza nie wywarła na nim wielkiego wrażenia. Poczuł się jednak dotknięty, nie tyle przez słowa Allanona, co przez sposób, w jaki je wypowiedział – z drwiącym uśmieszkiem i jawną ironią. Chłopak szybko odzyskał pewność siebie, wzruszył ramionami, dając podróżnikowi do zrozumienia, żeby kontynuował opowieść.

– Zatem dobrze – powiedział Allanon. – Postaram się skończyć tak szybko, jak się da. Otóż sprawy, o których rozmawialiśmy do chwili obecnej, to tylko tło historyczne tego, o czym zaraz usłyszysz. Przy okazji dowiesz się, dlaczego cię szukałem. Pozwól sobie przypomnieć... Druga Wojna Ludów była ostatnią wielką wojną w dziejach człowieka. Toczyła się niespełna pięć stuleci temu, głównie w Nordlandii. Pamiętaj także, iż człowiek nie uczestniczył w niej bezpośrednio. Pokonany w Pierwszej Wojnie, uszedł na południe, do Sudlandii, gdzie niewielkie grupy jego potomków walczą o przetrwanie i bronią się przed całkowitym wymarciem. W Drugiej Wojnie wzięły udział wielkie rasy i ludy. Elfy i krasnoludy walczyły przeciwko okrutnym trollom i podstępnym gnomom. Po zakończeniu Pierwszej Wojny Ludów nastąpił podział na cztery główne krainy i na wiele lat zapanował pokój. W tym czasie pozycja i wpływy Rady Druidów znacznie osłabły, gdyż nikt już nie szukał u nich pomocy. Równocześnie druidzi pozwolili sobie na poważne zaniedbania kontroli układu sił między ludami i rasami. Niebawem okazało się również, że członkowie Rady nie troszczą się zbytnio o cele, dla których została ona powołana, natomiast bardzo pochłaniają ich medytacja, studia oraz problemy osobiste. Najlepiej zorganizowany i najpotężniejszy – ciągnął Allanon – był lud elfów. Trzymając się leśnych ostępów Westlandii, w izolacji, cieszył się względnym spokojem. To był błąd, którego później gorzko pożałowano. Ludy rozproszyły się i zaczęły żyć w niewielkich, mniej zwartych społecznościach, głównie w Estlandii. Pojedyncze grupy osiedliły się także w Westlandii i na przygranicznych terenach Nordlandii.

– Druga Wojna Ludów rozpoczęła się, gdy wielka armia trolli zeszła z gór Charnal i zajęła całą Nordlandię, w tym Paranor, bastion Rady Druidów. Fortecę wzięto podstępem.

– Kilku druidów, znęconych obietnicami wodza trolli, którego imienia wówczas nie znano, wpuściło najeźdźców do twierdzy. Pozostali, oprócz garstki, której udało się uciec, zostali pojmani i wtrąceni do lochów warowni. Słuch po nich zaginął. Szczęśliwcy, którzy uniknęli ich losu, rozproszyli się i ukryli na ziemiach czterech krain. Bez dłuższej zwłoki armia trolli skierowała się do Estlandii, gdzie liczono na szybkie zdławienie oporu krasnoludów i pełne zwycięstwo. Jednak zgromadzeni w głębi lasów i puszcz mieszkańcy Estlandii zacięcie się bronili. Wykorzystując przewagę znajomości terenu i sztuki przetrwania, pokrzyżowali plany najeźdźcy, mimo że dołączyło do niego kilka plemion gnomów. Król krasnoludów, Raybur, odkrył, kim jest wódz najeźdźców, i umieścił jego imię w kronikach swego ludu. Prawdziwym przywódcą trolli był... zbuntowany druid, Brona.

– Ale jak król krasnoludów mógł uwierzyć w coś takiego? – przerwał Shea. – Przecież gdyby to była prawda, to lord Warlock musiałby mieć ponad pięćset lat! Moim zdaniem król uległ jakimś mistycznym wpływom i aby umocnić swoją pozycję na dworze, odświeżył starą legendę.

– To możliwe – przyznał Allanon – ale trzymajmy się faktów. Walki w Estlandii trwały wiele miesięcy. Wreszcie trolle najwyraźniej doszły do wniosku, że krasnoludy zostały pokonane, i skierowały wojska na zachód, do królestwa elfów w Westlandii. W tym samym czasie, gdy trolle toczyły boje w królestwie krasnoludów, druidzi, którzy wymknęli się z Paranoru, zebrali się na wezwanie jednego ze starszych Rady, Bremena, i udali do Westlandii, by ostrzec króla elfów przed niechybną inwazją okrutnych zastępów z Nordlandii. Na królewskim tronie zasiadał wówczas Jerle Shannara, najwspanialszy władca z ludu elfów, dorównujący wielkiemu Eventinowi. Ostrzeżenie przyszło w porę. Zanim hordy trolli dotarły do granic królestwa, armia Shannary była gotowa do wojny. Znasz historię na tyle dobrze, Sheo, że na pewno pamiętasz, co się wydarzyło w czasie bitwy. Chciałbym jednak zwrócić twoją uwagę na pewne szczegóły.

Zaintrygowani bracia skinęli głowami.

– Jerle Shannara otrzymał od druida Bremena specjalny miecz do walki z trollami. Kto posiadał ów miecz, był niezwyciężony, nie pokonałaby go nawet cała moc lorda Warlocka! Kiedy armia trolli weszła w dolinę Rhenn na pograniczu królestwa elfów, została zaatakowana i okrążona przez wojska Shannary. Wykorzystując przewagę znajomości terenu, armia elfów pokonała najeźdźcę po dwudniowej zażartej bitwie. Zwycięzców poprowadzili do walki druidzi oraz wielki Jerle Shannara, który miał przy sobie magiczny miecz, ów dar od Bremena. Trolle otrzymały wsparcie magii lorda Warlocka, lecz dzięki odwadze króla elfów oraz mocy magicznej broni nawet duchy stojące po stronie zła zostały pokonane. Niedobitki armii trolli próbowały przedostać się do Nordlandii przez równinę Streleheim. Tam znalazły się między pościgiem elfów a nadciągającymi z Estlandii oddziałami krasnoludów. Armię najeźdźców wybito niemal do ostatniego wojownika. Druid Bremen, który przez cały czas stał u boku króla elfów, zniknął, gdy tylko zwarł się w bezpośrednim starciu z lordem Warlockiem. Kroniki podają, że druid i Pan Wojny zaginęli podczas walk, ale ich ciał nie odnaleziono.

– Jerle Shannara nie rozstał się ze słynnym orężem aż do śmierci. Jego syn przekazał miecz Radzie Druidów w Paranorze, gdzie umieszczono go w podziemiach warowni druidów, w wielkim kamiennym bloku zwanym Tre-Stone. Na pewno słyszałeś legendy o tej broni, wiesz, co symbolizuje i jakie ma znaczenie dla wszystkich ludów. Wielki miecz od pięciuset lat spoczywa w warowni Paranor. Czy moje wyjaśnienia były wystarczająco jasne?

Zafascynowany opowieścią Flick bezwiednie skinął głową, lecz Shea nieoczekiwanie uznał, że dość już nasłuchał się bajań. W gruncie rzeczy w całym wywodzie Allanona nie było niczego, co można by uważać za udokumentowany fakt, opowieść składała się głównie z baśni i podań; przybysz w czerni opowiedział im jeszcze jedno ludowe bajanie, które tradycja ustna przekazywała z pokolenia na pokolenie. Wysłuchał cierpliwie opowieści wędrowca, lekko kpiąc w duchu z natchnionego i poważnego człowieka. Nie wierzył, że to była prawda. Osobliwą niechęć wzbudziła w nim zwłaszcza opowieść o mieczu. Uznał więc, że ma dość.

– I co to wszystko ma wspólnego z twoim przybyciem do Shady Vale? – zapytał, uśmiechając się ironicznie. – Usłyszeliśmy o bitwie, którą stoczono pięćset lat temu, w której człowiek nie brał udziału; była to wyłącznie sprawa między trollami, elfami, krasnoludami i kimś tam jeszcze. Mówiłeś, że były tam też jakieś duchy czy coś takiego, prawda? Przepraszam, mówię jak niedowiarek, ale jak dla mnie, za dużo tu fantazji. Wszyscy znają opowieść o Mieczu Jerlea Shannary... Ale to tylko jeszcze jedno podanie o odwadze i potędze, które umacniało poczucie obowiązku i wierności słusznej sprawie.

Moim zdaniem to tylko legenda, baśń dla dzieci, a z bajek się wyrasta, kiedy nadchodzi czas, by stać się mężczyzną. Nie rozumiem, po co traciłeś czas. Chciałem tylko usłyszeć, dlaczego mnie szukałeś.

Shea przerwał, widząc, że twarz Allanona stężała z gniewu, a w jego oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. Przybysz w czerni najwyraźniej toczył wewnętrzną walkę ze wzbierającym gniewem. Zaciśnięte pięści Allanona znalazły się na wysokości szyi chłopca. Przez chwilę Shei zdawało się, że tamten zacznie go dusić. Wystraszony Flick cofnął się i potknął o własną nogę.

– Ty... głupcze! – wydobyło się z trudem ze ściśniętego gniewem gardła Allanona. – Tak mało wiecie, wy... smarkacze! Jaka jest prawda, którą znają ludzie? Czyż nie chowali się niczym przerażone króliki w swoich żałosnych norach w najciemniejszych zakątkach Sudlandii? A ty śmiesz mi zarzucać, że opowiadam bajki? Ty, który siedzisz sobie w cieple Shady Vale i nie musisz walczyć o życie! Przybyłem tu, by odszukać potomka królewskiego rodu, a znalazłem chłopczynę, który zamiast prawdy woli bezpieczną niewiedzę, jak uparty dzieciuch!

Przysłuchujący się tyradzie Flick już chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu, gdy nagle zaskoczony zauważył, że Shea podrywa się z ziemi, zaciskając pięści. Stał z rozpalonymi policzkami i ogniem w oczach. Drżał z gniewu i upokorzenia, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Allanon, niewzruszony, kontynuował:

– Uspokój się, Sheo i pokaż, że nie jesteś głupcem! Posłuchaj... Wszystko, czego dowiedziałeś się ode mnie, ludzie przekazywali z pokolenia na pokolenie jako legendę. Ale czas legend i baśni dobiegł końca. To, co ci powiedziałem, nie jest mitem. To prawda, Miecz istnieje i znajduje się w warowni Paranor. Ale najważniejsze jest to, że także i lord Warlock istnieje naprawdę i włada Królestwem Czaszki!

Shea wzdrygnął się. Zrozumiał, że rozmówca naprawdę wierzył w prawdziwość swoich słów. Usiadł powoli, nieco uspokojony, i nie spuszczając wzroku z ciemnej twarzy Allanona, zapytał:

– Powiedziałeś król... królewski, tak? Szukasz potomka króla?

– Jak brzmi podanie o Mieczu Shannary, Sheo? – odpowiedział pytaniem Allanon. – Czy pamiętasz, co mówi napis wyryty w bloku skalnym Tre-Stone?

Shea nie potrafił sobie przypomnieć żadnej legendy na ten temat.

– Nie wiem... nie pamiętam, co tam było... Zdaje się, że coś o... następnym razie... chyba o... – odpowiedział niepewnie.

– O synu! – podchwycił Flick. – Tam było o synu. „Kiedy lord Warlock pojawi się znowu w Nordlandii, syn rodu Shannarów dobędzie Miecza i stanie przeciw niemu”. Tak mówi legenda!

Shea spojrzał na brata i przypomniał sobie treść napisu. Po chwili przeniósł wzrok na Allanona, który przez cały czas wpatrywał się w niego, skupiony.

– Ale jaki to ma związek ze mną? – zapytał chłopak. – Nie jestem synem ani potomkiem Shannary. To nie mój ród. Ja przecież nawet nie jestem elfem, tylko mieszańcem. Prawowity dziedzic korony Shannary to Eventin! Chcesz powiedzieć, że jestem jakimś zaginionym synem? Dziedzicem? Nie, w to nie uwierzę! – oświadczył i spojrzał na brata, oczekując wsparcia z jego strony.

Flick, który całkowicie stracił grunt pod nogami, wpatrywał się w Allanona.

– W twoich żyłach płynie krew elfów, Sheo. Przecież wiesz, że nie jesteś rodzonym synem Ohmsfordów. Eventin nie jest bezpośrednim potomkiem Shannary – wyjaśnił mężczyzna.

– Wiem, że mnie przygarnięto – przyznał chłopiec. – Ale to niemożliwe, żebym pochodził od... Flick, no powiedz mu!

Brat jednak tylko patrzył w jego stronę i wciąż milczał, zdumiony. Shea pokręcił głową. W dalszym ciągu nie mógł uwierzyć.

– Jesteś potomkiem rodu Shannary. Co prawda tylko półkrwi i z bocznej linii, ale... -Allanon zawiesił głos. – Poznałem cię, gdy byłeś dzieckiem, jeszcze zanim zostałeś członkiem rodziny Ohmsfordów. Twój ojciec był elfem i to wspaniałym, a twoja matka pochodziła z rasy ludzi. Obydwoje zmarli, kiedy byłeś dzieckiem, a ty trafiłeś pod dach Curzada Ohmsforda, który wychował cię jak syna. Wciąż jednak pozostajesz potomkiem Jerlea Shannary, choć nie w prostej linii.

Shea przytaknął odruchowo. Wciąż był zdezorientowany i pełen podejrzeń. Flick patrzył na niego, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

– O co tu właściwie chodzi? – zapytał wreszcie.

– O to, że o tym wszystkim, o czym wam opowiedziałem, wie również lord Warlock. Na razie nie wie jeszcze, gdzie mieszkacie i kim naprawdę jest Shea, lecz prędzej czy później jego wysłannicy odnajdą was i zostaniecie straceni.

Shea gwałtownie podniósł głowę. Przypomniał sobie, co Flick opowiadał o wielkim cieniu nad Shady Vale, i zaniepokojony spojrzał na drżącego ze strachu brata.

– Ale dlaczego? Co takiego zrobiłem, żeby ktoś chciał mnie zabić? – dopytywał się Shea.

– Zanim poznasz odpowiedź, musisz zrozumieć jeszcze wiele rzeczy – odparł Allanon. – Niestety nie mam czasu, by ci wszystko dokładnie wyjaśnić. Musisz uwierzyć w to, że jesteś potomkiem Jerle a Shannary, że płynie w tobie krew elfów i że Ohmsfordowie to twoja przybrana rodzina. Nie byłeś jedynym potomkiem płci męskiej z rodu Shannary, ale tylko ty przeżyłeś. Inni byli elfami, dlatego bez trudu odnaleziono ich i zabito. Uratowało cię to, że jesteś pół elfem, pół człowiekiem. Żyjesz, a nieświadomy twojego istnienia lord Warlock nie szukał cię tu, w Sudlandii. Wiedział o wszystkich dziedzicach, oprócz ciebie.

– Pamiętaj jednak – kontynuował badacz dziejów – że moc Miecza Shannary jest wielka. Tak wielka, że boi się go nawet Brona, który nie lęka się niczego. Legenda o nim jest potężną bronią w rękach ludów i dlatego Brona zamierza położyć jej kres. Najpierw musi jednak zniszczyć wszystkich z rodu Shannary. Dopiero wówczas będzie spokojny, że nikt nie dobędzie Wielkiego Miecza przeciw niemu.

– Aleja przecież nic nie wiedziałem o Mieczu! – zaoponował Shea. – Nie wiedziałem, kim jestem, ani nic o Nordlandii, ani o...

– To nie ma znaczenia – przerwał mu Allanon i cichnącym głosem dokończył: – Wszystkie wątpliwości znikną, kiedy będziesz martwy.

Zapadła cisza. Wzrok przybysza powędrował ponad czubkami wiązów ku odległym szczytom gór. Shea powoli wyciągnął się na miękkiej trawie i patrzył na jasnobłękitne niebo. Wiatr od wzgórz przyciągał białe smugi chmur. Sylwetka Allanona i groźba śmierci na kilka chwil rozpłynęły się w kojącym cieple popołudniowego słońca i świeżym zapachu wysokich drzew. Chłopiec zamknął oczy. Począł rozmyślać o życiu w Shady Vale i o planach na przyszłość, jakie robili z Flickiem. Przeczuwał, że wszystko to wkrótce rozwieje się jak dym. Jeśli Allanon mówił prawdę... Poleżał jeszcze chwilę, po czym usiadł i podparł się rękami.

– Nie wiem, co o tym myśleć – zaczął powoli. – Mam jeszcze wiele pytań. To takie dziwne: nagle się dowiedzieć, że jest się kimś innym... że grozi mi śmierć z rąk jakiejś... mitycznej postaci. Jak uważasz, co powinienem zrobić?

Po raz pierwszy od dłuższego czasu na twarzy Allanona pojawił się ciepły uśmiech.

– Na razie nic. Niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko. Przemyśl sobie to, co usłyszałeś ode mnie. O tym, co z tego wynika dla ciebie, porozmawiamy kiedy indziej. Wówczas z przyjemnością odpowiem na wszystkie twoje pytania. Proszę, abyście nie rozmawiali o tych sprawach z nikim, nawet z ojcem. Zachowujcie się tak, jakby tej rozmowy nie było, przynajmniej do czasu, kiedy omówimy następne ważne zagadnienia.

Flick i Shea wymienili spojrzenia i skinęli głowami na znak zgody, chociaż wiedzieli, jak trudno będzie im udawać, że nic się nie stało. Allanon wstał bezszelestnie i rozprostował ramiona. Bracia poszli w jego ślady. Stanęli i spojrzeli mu prosto w oczy.

– Mity i legendy, których jeszcze wczoraj nie znano, pojawią się jutro. Zło, okrucieństwo i podstęp, śpiące od setek lat, przebudzą się i zaczną się panoszyć. Cień lorda Warlocka wkrótce padnie na wszystkie cztery krainy – rozpoczął Allanon złowieszczo, po czym przerwał. Po chwili nieoczekiwanie uśmiechnął się i kontynuował łagodnym tonem: – Nie miałem zamiaru potraktować was surowo. Jeśli to jedyna niemiła rzecz, jaka was spotkała, to powinniście się cieszyć. Nadciąga prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie odpędzicie go śmiechem ani drwiną! Przekonacie się, że dobro nie zawsze zwycięża i że na świecie dużo jest niesprawiedliwości. To, czego nauczycie się o życiu, wcale wam się nie spodoba.

Umilkł. Stał przed nimi niczym wielki, czarny posąg na tle wznoszących się w oddali zielonych wzgórz. Peleryna szczelnie okrywała całe jego ciało. Silna dłoń spoczęła na szczupłym ramieniu Shei. Wydawało się, że chłopiec i mężczyzna stanowią jedność. Po chwili Allanon odwrócił się i odszedł.