Miasto w chmurach - Anthony Doerr - ebook + książka

Miasto w chmurach ebook

Anthony Doerr

4,7
44,90 zł

lub
Opis

Bohaterowie Miasta w chmurach są marzycielami i outsiderami. Łączy ich jeden starożytny tekst: historia Aetona, który pragnie zostać ptakiem, by odlecieć do utopijnego miasta w niebiosach.

Osierocona Anna i przeklęty chłopiec Omeir przebywają po przeciwnych stronach potężnych murów podczas oblężenia Konstantynopola w 1453 roku.

Współczesne Idaho. Weteran wojenny, osiemdziesięcioparoletni Zeno próbuje uchronić bibliotekę przed wybuchem bomby, podłożonej przez nastoletniego idealistę Seymoura.

Konstance, dziewczyna z odległej przyszłości, sięga po najstarsze znane ludzkości opowieści, aby dotrzeć do prawdy.

Anthony Doerr utkał misterny gobelin z czasów i miejsc, który jest odzwierciedleniem naszej ogromnej sieci wzajemnych połączeń – z innymi gatunkami, z ludźmi nam współczesnymi, tymi, którzy żyli przed nami, oraz tymi, którzy pojawią się na świecie, kiedy nas już na nim zabraknie. Miasto w chmurach jest przepiękną, odkupieńczą powieścią o władzy, jaką dzierżą księga, Ziemia i ludzkie serce.

Anthony Doerr opowiada jak homerycki bard: z ogniem, pasją i wielkim talentem, udowadniając raz jeszcze najpiękniejszą prawdę ludzkości – to dzięki książkom stajemy się braćmi i siostrami, niezależnie od wszystkiego, co nas dzieli.

Joanna Bator

Piękna, magiczna książka. Jedna z tych, do których jako czytelnik chcę wracać, a jako pisarz –zazdroszczę.

Łukasz Orbitowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 496

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Sortuj według:
ywka75

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna powieść, piękna, wzruszająca i dająca do myślenia.
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Cloud Cuckoo Land

Copyright © by Anthony Doerr, 2021

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Kozłowski, 2022

 

Redaktorzy inicjujący • Adrian Tomczyk, Paulina Surniak

Redaktor prowadzący • Mateusz Witczak

Marketing i promocja • Katarzyna Kończal

Redakcja• Gabriela Niemiec

Korekta• Anna Zientek, Katarzyna Dragan

Łamanie • Grzegorz Kalisiak

Projekt okładki • Jonathan Bush

Adaptacja okładki • Magda Bloch

Fotografie na okładce • Flaming Pumpkin/Getty Images, chaos/iStock, mikroman6/Getty Images, and THEPALMER/Getty Images, Musée Condé, Chantilly/Bridgeman Images and Bibliotheque Mazarine/© Archives Charmet /Bridgeman Images; Shutterstock; Plainpicture/Heidi Mayer; Sean Gladwell/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67324-75-5

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61–701 Poznań

tel.: 61 853–99–10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla bibliotekarzy

w przeszłości, teraz i w latach, które nadejdą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przodownik: Jakież tedy dla grodu wymyślim nazwanie?

Dobromyśl: Jakieś wielkie — z lacedemońska niechaj zwie się — Może nazwiem go mianem Sparty?

Radzidruh: Heraklesie! Sparty? Mam więc tę moją stolicę wspaniałą spartaczyć od początku tą nazwą sparciałą?

Przodownik: Skąd miano wytrząśniemy?

Dobromyśl wskazując dumnie na niebo i chmury: Z onych dali górnych, z tych przestworów powietrznych i błękitów chmurnych, coś z wiatru…

Radzidruh: Niech więc Chmurokukułków się zowie!

 

Arystofanes,

Ptaki(przeł. Józef Jedlicz)

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

DLA MOJEJ NAJDROŻSZEJ SIOSTRZENICY W NADZIEI,

ŻE KSIĘGA TA PRZYNIESIE CI ZDROWIE I ŚWIATŁO

 

 

 

 

 

 

ARGOS

 

 

65. ROK MISJI

307. DZIEŃ W SKARBCU 1

 

 

 

 

 

 

Konstance

 

 

 

 

 

 

 

Czternastoletnia dziewczyna siedzi po turecku na podłodze okrągłego pomieszczenia. Jej głowę spowija aureola loków; skarpetki są pełne dziur. To Konstance.

Za nią, w przezroczystej tubie wysokiej na pięć metrów, wznoszącej się od podłogi po sufit, znajduje się maszyna złożona z trylionów złocistych włókien, z których żadne nie jest grubsze niż ludzki włos. Każda nić wije się wokół tysięcy innych i wspólnie tworzą zdumiewająco misterne sploty. Od czasu do czasu wiązka gdzieś na powierzchni maszyny pulsuje światłem; raz tu, raz tam. To Sybil.

W tym samym pomieszczeniu znajdują się jeszcze nadmuchiwana prycza, samooczyszczająca się toaleta, drukarka żywności, jedenaście worków proszku odżywczego i wielokierunkowa bieżnia rozmiarów i kształtu opony samochodowej zwana perambulatorem. Światło pochodzi z kręgu diod na suficie; nie ma widocznego wyjścia.

Na podłodze leży prawie sto ułożonych w rzędach jeden obok drugiego prostokątnych skrawków papieru, które Konstance wydarła z pustych worków po proszku odżywczym i zapisała atramentem własnej roboty. Na niektórych karteczkach jest gęsto od skreślonych jej ręką liter; inne zawierają tylko jedno słowo. Na jednej z nich na przykład widnieją dwadzieścia cztery litery starogreckiego alfabetu. Na innej zapisała:

 

W ciągu tysiąca lat przed rokiem 1453 Konstantynopol był oblegany dwadzieścia trzy razy, żadna armia jednak nie sforsowała murów obronnych miasta.

 

Konstance pochyla się i podnosi trzy elementy tej układanki. Maszyna za nią migocze.

Jest późno, Konstance, a ty cały dzień nie jadłaś.

— Nie jestem głodna.

A co powiesz na pyszne risotto? Albo pieczeń jagnięcą z tłuczonymi ziemniakami? Wciąż jest wiele kombinacji, których nie wypróbowałaś.

— Nie, dziękuję, Sybil.

Spogląda na pierwszą karteczkę i czyta:

 

Zaginiona grecka opowieść prozą Chmurokukułków pióra Antoniusza Diogenesa o podróży pastuszka do utopijnego podniebnego miasta została prawdopodobnie napisana pod koniec pierwszego wieku naszej ery.

 

Druga:

 

W bizantyjskim streszczeniu tej książki z dziewiątego wieku czytamy, że zaczynała się od krótkiego prologu, w którym Diogenes zwraca się do chorej siostrzenicy i zapewnia, że nie wymyślił tej komicznej historii sam, odnalazł ją natomiast w grobowcu w starożytnym mieście Tyr.

 

Trzecia:

 

Na owym grobowcu, napisał do siostrzenicy Diogenes, widniał następujący napis: Aeton: Przeżył lat osiemdziesiąt jako człowiek, jeden rok jako osioł, jeden rok jako ryba i jeden rok jako wrona. W środku Diogenes znalazł ponoć drewnianą skrzynkę z inskrypcją: Nieznajomy, kimkolwiek jesteś, otwórz mnie, a dowiesz się rzeczy zdumiewających. Gdy otworzył skrzynkę, znajdowały się w niej dwadzieścia cztery cyprysowe tabliczki ze spisaną historią Aetona.

 

Konstance zamyka oczy, widzi, jak pisarz schodzi w mrok grobowca. Widzi, jak przy świetle pochodni przygląda się dziwnej skrzyni. Diody na suficie przygasają, ściany zmieniają kolor z białego na bursztynowy i Sybil mówi: Niedługo bezświatło, Konstance.

Dziewczynka przechodzi przez deseń karteczek na podłodze i wyciąga spod łóżka to, co zostało z pustego worka. Odrywa zębami i palcami niezapisany prostokąt. Umieszcza w drukarce żywności niewielką miarkę proszku odżywczego, wciska guziki i urządzenie wypluwa do miski odrobinę ciemnego płynu. Konstance bierze do ręki kawałek polietylenowej rurki, z której końcówki wystrugała czubek do pisania, zanurza prowizoryczne pióro w prowizorycznym atramencie, pochyla się nad czystym skrawkiem i rysuje chmurę.

Znów zamacza pióro.

Na chmurze dorysowuje wieże miasta, potem kropeczki — ptaki fruwające wokół wież. W pomieszczeniu robi się jeszcze ciemniej. Sybil migocze. Konstance, nalegam, żebyś coś zjadła.

— Nie jestem głodna, dziękuję ci, Sybil.

Podnosi karteluszek opatrzony datą — 20 lutego 2020 — i kładzie go obok innego, z napisemkarta A. Na lewo od nich umieszcza swój rysunek miasta w chmurach. Przez chwilę w gasnącym świetle trzy skrawki papieru zdają się niemal unosić i jarzyć.

Konstance siada na piętach. Nie opuściła tego pomieszczenia od prawie roku.

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

NIEZNAJOMY, KIMKOLWIEK JESTEŚ, OTWÓRZ MNIE, A DOWIESZ SIĘ RZECZY ZDUMIEWAJĄCYCH

 

Chmurokukułków Antoniusza Diogenesa, karta A

 

Kodeks Diogenesa ma wymiary 30 na 22 cm. Odzyskano jedynie 24 karty oznaczone od A do Ω, podziurawione przez insekty i mocno zatarte przez pleśń. Wszystkie w jakimś stopniu uszkodzone. Pismo jest staranne i pochylone w lewo. Z przekładu Zena Ninisa z 2020 roku.

 

…jak długo tabliczki te niszczały w skrzyni, czekając, aż je odczytają czyjeś oczy? I choć pewien jestem, że będziesz wątpić w prawdziwość niesamowitych perypetii, które opisują, moja droga siostrzenico, w swojej kopii nie opuszczam ani słowa. Może za dawnych czasów ludzie rzeczywiście kroczyli po ziemi pod postacią zwierząt, a na niebie między królestwami ludzi i bogów unosiło się miasto ptaków. A może — jak wszyscy obłąkańcy — pasterz stworzył własny świat i w jego mniemaniu to wszystko działo się naprawdę. Przejdźmy jednak teraz do jego opowieści i zdecydujmy sami, czy jest szalony.

 

 

 

 

 

 

BIBLIOTEKA PUBLICZNA W LAKEPORT

 

 

20 LUTEGO 2020

16.30

 

 

 

 

 

 

Zeno

 

 

 

 

 

 

 

Przez tumany zawiewającego śniegu prowadzi pięcioro piątoklasistów ze szkoły podstawowej do biblioteki publicznej. Jest osiemdziesięcioparolatkiem w płóciennej kurtce; w butach nad kostkę zapinanych na rzepy, w krawacie, po którym jeżdżą na łyżwach pingwiny. Cały dzień radość rozpierała mu pierś coraz bardziej i teraz, tego lutowego popołudnia w czwartek, o godzinie 16.30, gdy patrzy, jak dzieci drepczą przed nim na chodniku — Alex Hess z oślą głową z papier mâché, Rachel Wilson z plastikową pochodnią w ręku, Natalie Hernandez dźwigająca przenośny głośnik — obawia się, że z tego szczęścia wywinie orła.

Mijają komisariat policji, biuro Zarządu Zieleni i salon sprzedaży dewelopera Eden’s Gate. Biblioteka Publiczna w Lakeport. na rogu Lake i Park Street mieści się w przekazanym miastu po pierwszej wojnie światowej dwukondygnacyjnym wiktoriańskim budynku o wysokim spadzistym dachu i drewnianych zdobieniach w kształcie pierników. Komin jest pochyły, rynny krzywe, gruba taśma zakleja pęknięcia w trzech z czterech okien od ulicy. Kilka centymetrów śniegu osiadło już na jałowcach po obu stronach ścieżki i na bibliotecznej wrzutni na rogu — skrzynce, do której zwraca się książki, pomalowanej tak, żeby wyglądała jak sowa.

Dzieci biegną do wejścia, wskakują na ganek i przybijają piątkę Sharifowi, bibliotekarzowi, który wyszedł, żeby pomóc Zenowi na schodach. Sharif ma w uszach jasnozielone słuchawki, we włoskach na jego przedramionach błyszczy brokat. Nosi T-shirt z napisem: NIE UMIEM KŁAMAĆ: LUBIĘ GRUBE KSIĄŻKI.

Po wejściu do środka Zeno wyciera zaparowane okulary. Do kontuaru przyklejone są z przodu serca z brystolu; na ścianie za kontuarem oprawiony haftowany napis informuje: Tutaj uzyskasz odpowiedzi.

Na stoliku komputerowym na wszystkich trzech monitorach kręcą się synchronicznie spirale wygaszacza ekranu. Między półką z audiobookami i dwoma wytartymi fotelami przecieka przez płytki sufitowe woda z nieszczelnego kaloryfera i skapuje do dwudziestopięciolitrowego pojemnika na śmieci.

Plum. Plim. Plum.

Dzieci wnoszą śnieg i wbiegają po schodach do Działu Dziecięcego, a Zeno i Sharif uśmiechają się do siebie, słuchając, jak ich kroki docierają do szczytu schodów i się zatrzymują.

— Ojacie — słuchać głos Olivii Ott.

— Kurdemol — odzywa się Christopher Dee.

Sharif chwyta Zena za łokieć i wchodzą po schodach. Wejście na piętro zostało zastawione spryskaną złotym sprejem ścianką ze sklejki, a pośrodku, nad małym łukiem drzwi, Zeno napisał:

 

Ὦ ξένε, ὅστις εἶ, ἄνοιξον, ἵνα μάθῃς ἃ θαυμάζεις

 

Piątoklasiści gromadzą się pod ścianką, ze śniegiem topiącym się na kurtkach i plecakach, i wszyscy patrzą na Zena, a Zeno czeka, aż złapie oddech.

— Czy wszyscy pamiętają, co tu jest napisane?

— Oczywiście — oświadcza Rachel.

— No raczej — mamrocze Christopher.

Natalie wyciąga wysoko rękę i przesuwa palcem pod kolejnymi słowami.

— Nieznajomy, kimkolwiek jesteś, otwórz mnie, a dowiesz się rzeczy zdumiewających.

— O matulu — mówi Alex z oślą głową pod pachą. — Jakbyśmy normalnie w c h o d z i l i do tej książki.

Sharif gasi światło na schodach i dzieci zbierają się wokół drzwiczek w czerwonym blasku znaku WYJŚCIE.

— Gotowe? — woła Zeno i zza ścianki ze sklejki odpowiada Marianne, kierowniczka biblioteki:

— Gotowe!

Jedno za drugim uczniowie wchodzą przez mały łuk do Działu Dziecięcego. Regały, stoły i poduchy do siedzenia, które normalnie zapełniają tę przestrzeń, zostały przysunięte pod ściany, a na ich miejscu stoi trzydzieści składanych krzeseł. Nad krzesłami zwisają z krokwi na nitkach dziesiątki tekturowych chmur powleczonych brokatem. Przed krzesłami znajduje się niewielka scena, a za sceną, na rozwieszonym na całej tylnej ścianie płótnie, Marianne namalowała miasto w chmurach.

Złociste wieże, poprzecinane setkami okienek i uwieńczone proporcami, wznoszą się jedna obok drugiej. Wokół iglic wirują gęste stada ptaków — małe brązowe trznadle i wielkie srebrne orły, ptaki o długich zakrzywionych ogonach i inne, o długich zakrzywionych dziobach, ptaki prawdziwe i ptaki wyobrażone. Marianne zgasiła górne lampy i w snopie światła z pojedynczego reflektora do karaoke chmury skrzą się, stada ptaków błyszczą, a wieże wyglądają jak podświetlone od środka.

— To jest… — mówi Olivia.

— …lepsze niż sobie… — mówi Christopher.

— Chmurokukułków — szepcze Rachel.

Natalie odstawia głośnik, Alex wskakuje na scenę, a Marianne woła:

— Ostrożnie, farba gdzieniegdzie może być jeszcze mokra.

Zeno osuwa się na krzesło w pierwszym rzędzie. Za każdym razem, gdy opuszcza powieki, migocze pod nimi wspomnienie: ojciec pada na plecy w zaspę; bibliotekarka wysuwa szufladę katalogu; mężczyzna w obozie jenieckim patykiem kreśli w piasku greckie litery.

Sharif pokazuje dzieciom kulisy, które utworzył za trzema regałami i gdzie zgromadził rekwizyty i kostiumy, Olivia nasuwa na głowę lateksowy czepek pozorujący łysinę, Christopher taszczy na środek sceny pomalowane tekturowe pudło po mikrofali udające marmurowy sarkofag, Alex wyciąga rękę, by dotknąć wieży namalowanego miasta, a Natalie wysuwa z plecaka laptop.

Brzęczy telefon Marianne.

— Pizze gotowe — mówi do lepiej słyszącego ucha Zena. — Wyskoczę po nie. W try miga będę z powrotem.

— Panie Ninis? — Rachel klepie Zena po ramieniu. Rude włosy ma zaplecione w warkoczyki, śnieg zamienił się na jej barkach w kropelki wody, oczy ma szeroko otwarte i błyszczące: — Pan to wszystko zbudował? Dla nas?

 

 

 

 

 

 

Seymour

 

 

 

 

 

 

 

Jedną przecznicę dalej, w przysypanym ośmioma centymetrami śniegu pontiacu grand am drzemie szarooki siedemnastolatek, Seymour Stuhlman, z plecakiem na kolanach. W tym wielkim ciemnozielonym plecaku firmy JanSport chowa dwa szybkowary Presto, a w każdym z nich znajdują się gwoździe dekarskie, łożyska kulkowe, zapłonnik i pół kilograma materiału wybuchowego zwanego Composition B. Ze środka obu szybkowarów do wieka biegną dwa kable podłączone do płytki montażowej telefonu komórkowego.

W swoim śnie Seymour idzie pod drzewami w stronę skupiska białych namiotów, za każdym razem jednak, kiedy stawia krok do przodu, szlak skręca, namioty się oddalają, a w jego głowie powstaje straszliwy zamęt. Budzi się gwałtownie.

Zegar na tablicy rozdzielczej pokazuje 16.42. Jak długo spał? Piętnaście minut. Najwyżej dwadzieścia. Głupota. Niedbałość. Siedzi w samochodzie od ponad czterech godzin, aż zdrętwiały mu palce u nóg i chce mu się sikać.

Rękawem ściera parę z przedniej szyby. Ryzykuje jeden ruch wycieraczek, które ściągają z szyby warstwę śniegu. Przed biblioteką nie stoi żaden samochód. Na chodniku ani żywej duszy. Jedynym autem na żwirowym parkingu na zachód od budynku jest przysypane śniegiem subaru Marianne, bibliotekarki.

16.43.

Do zmroku spadnie piętnaście centymetrów, podaje spiker w radiu, trzydzieści do trzydziestu pięciu w nocy.

Wdech — cztery sekundy; zatrzymaj — cztery sekundy; wydech — cztery sekundy. Przypomnij sobie, co wiesz. Sowy mają trzy powieki. Ich oczy są nie kuliste, tylko podłużne. Latają bezszelestnie.

Musi tylko wejść do środka, ukryć plecak w południowo-wschodnim kącie biblioteki, jak najbliżej biura Eden’s Gate, i wyjść. Pojechać na północ, odczekać, aż o osiemnastej zamkną bibliotekę, wybrać numer. Pięć sygnałów.

Bum.

Łatwizna.

O 16.51 z biblioteki wychodzi postać w wiśniowej parce, zarzuca kaptur na głowę i odgarnia łopatą śnieg na prowadzącym do wejścia chodniku. Marianne.

Seymour wyłącza radio i zsuwa się niżej w fotelu. We wspomnieniu ma siedem lub osiem lat, jest w części z literaturą popularnonaukową w Wypożyczalni Głównej, gdzieś w okolicach numeru bibliotecznego 598, i Marianne z wysokiej półki ściąga przewodnik terenowy o sowach. Jej policzki są burzą piaskową piegów; pachnie od niej gumą cynamonową; siada obok niego na stołku na kółkach. Na stronach, które mu pokazuje, sowy stoją przed norami, siedzą na gałęziach, szybują nad polami.

Odpędza to wspomnienie. Co mówi Bishop? Wojownik, prawdziwie zaangażowany, nie doświadcza poczucia winy, strachu ani wyrzutów sumienia. Wojownik, prawdziwie zaangażowany, staje się kimś więcej niż człowiekiem.

Marianne oczyszcza łopatą pochylnię dla niepełnosprawnych, rozsypuje trochę soli, odchodzi wzdłuż Park Street i zostaje wchłonięta przez śnieg.

16.54.

Całe popołudnie Seymour czekał, aż biblioteka będzie pusta, i teraz jest. Rozsuwa plecak, włącza telefony komórkowe przyklejone taśmą do pokrywek, zdejmuje strzeleckie ochronniki słuchu i zasuwa plecak. W prawej kieszeni wiatrówki ma berettę 92, pistolet samopowtarzalny, który znalazł w szopie ciotecznego dziadka. W lewej — telefon komórkowy z zapisanymi z tyłu trzema numerami.

Wchodzisz, zostawiasz plecak, wychodzisz. Jedziesz na północ, odczekujesz, aż biblioteka się zamknie, wybierasz jeden z dwóch górnych numerów. Pięć sygnałów. Bum.

16.55.

Przez skrzyżowanie, błyskając światłami, przejeżdża hałaśliwie pług śnieżny. Mija go szary pick-up z napisem King Construction na drzwiach. W oknie na piętrze biblioteki świeci się znak OTWARTE. Marianne prawdopodobnie wyskoczyła coś załatwić; i niedługo wróci.

Ruszaj się. Wysiadaj.

16.56.

Każdy kryształek uderza w przednią szybę z ledwie słyszalnym puknięciem, a mimo to dźwięk ten przenika go aż po korzenie trzonowców. Puk, puk, puk, puk, puk, puk, puk, puk, puk. Sowy mają trzy powieki. Ich oczy są nie kuliste, tylko podłużne. Latają bezszelestnie.

Zakłada ochronniki. Zarzuca kaptur. Kładzie dłoń na klamce.

16.57.

Wojownik, prawdziwie zaangażowany, staje się kimś więcej niż człowiekiem.

Wysiada z samochodu.

 

 

 

 

 

 

Zeno

 

 

 

 

 

 

 

Christopher rozstawia na scenie nagrobki ze styropianu, a przemienione w sarkofag pudło po kuchence mikrofalowej przekręca w taki sposób, żeby publiczność mogła przeczytać epitafium: Aeton, przeżył 80 lat jako człowiek, 1 rok jako osioł, 1 rok jako ryba, 1 rok jako wrona. Rachel podnosi plastikową pochodnię, a gdy Olivia wyłania się zza regałów z wieńcem laurowym wciśniętym na lateksowy czepek, Alex parska śmiechem.

Zeno klaszcze jeden raz w dłonie.

— Próba generalna to takie ćwiczenie, kiedy udajemy, że występujemy naprawdę, pamiętacie? Jutro wieczorem twoja babcia na widowni może kichnąć, czyjeś dziecko może zacząć płakać, któreś z was może zapomnieć tekstu, ale cokolwiek się stanie, nie przerywamy przedstawienia, dobrze?

— Dobrze, proszę pana.

— Na miejsca proszę. Natalie, muzyka.

Natalie stuka w klawiaturę laptopa i z głośnika płynie upiorna organowa fuga. W tle słychać skrzypienie bram, krakanie wron, pohukiwanie sów. Christopher rozwija kilka metrów białego atłasu z przodu sceny i klęka na jednym końcu, Natalie na drugim, po czym zaczynają poruszać materiałem do góry i do dołu.

Na środek sceny wychodzi Rachel w kaloszach.

— Jest mglista noc w wyspiarskim królestwie Tyru… — zerka do tekstu i zaraz podnosi wzrok — …i pisarz Antoniusz Diogenes opuszcza archiwum. Spójrzcie, właśnie nadchodzi, zmęczony i stroskany z powodu umierającej siostrzenicy, zaczekajcie jednak, aż mu pokażę, co takiego znalazłem wśród grobów.

Atłas powiewa, organy buczą, pochodnia Rachel migocze i w krąg światła wchodzi Olivia.

 

 

 

 

 

 

Seymour

 

 

 

 

 

 

 

Kryształki śniegu przyklejają mu się do rzęs i mruga, żeby je strząsnąć. Plecak na ramieniu jest głazem, całym kontynentem. Wielkie żółte oczy sowy namalowane na wrzutni zdają się podążać za nim, kiedy ją mija.

Z narzuconym kapturem i ochronnikami na uszach Seymour wstępuje po pięciu granitowych stopniach na ganek biblioteki. Na drzwiach wejściowych od wewnątrz przyklejono do szyby spisane dziecięcą ręką ogłoszenie:

 

JUTRO

TYLKO JEDNO PSZEDSTAWIENIE

CHMUROKUKUŁKÓW

 

Za kontuarem nikogo nie ma, przy szachownicy też nie. Nikt nie siedzi przy komputerze, nikt nie przegląda czasopism. Śnieżyca chyba wszystkich odstraszyła.

Oprawiony haft za kontuarem ogłasza: Tutaj uzyskasz odpowiedzi. Zegar wskazuje minutę po siedemnastej. Na monitorach komputerów trzy spirale wygaszacza wwiercają się coraz głębiej.

Seymour przechodzi do południowo-wschodniego rogu Wypożyczalni Głównej i klęka w przejściu między „Językami” a „Lingwistyką”. Z dolnej półki wyciąga Angielski dla każdego, 501 angielskich czasowników i Zacznij się uczyć holenderskiego, wciska plecak na zakurzone miejsce za nimi i ustawia tomy z powrotem.

Gdy wstaje, w jego polu widzenia spływają kaskadami fioletowe smugi. W uszach mu dudni, kolana się trzęsą, boli go pęcherz, nie czuje nóg i zostawił na podłodze na całej długości przejścia między regałami ślady ze śniegu. Ale zrobił, co trzeba.

Teraz wyjdź.

Gdy zmierza z powrotem przez dział z literaturą popularnonaukową, ma wrażenie, że idzie pod górę, a wszystko się przechyla. Buty są jak z ołowiu, mięśnie pracują niechętnie. Wokół niego śmigają tytuły, Zaginione języki, Imperia słowa i Wychowanie dwujęzycznego dziecka w siedmiu krokach; udaje mu się zostawić za sobą „Nauki społeczne”, „Religię”, słowniki; sięga do drzwi, gdy czuje, że ktoś go klepie po ramieniu.

Nie. Nie zatrzymuj się. Nie odwracaj.

Odwraca się jednak. Przed kontuarem stoi szczupły mężczyzna z zielonymi słuchawkami w uszach. Jego brwi są jak czarne strzechy, oczy — zaciekawione, na widocznej części ­T-shirtu jest napis NIE UMIEM, a w rękach tuli plecak JanSport Seymoura.

Mówi coś, ale przez nauszniki brzmi to, jakby stał trzysta metrów od niego, i serce Seymoura jest jak kartka papieru, zgniatana, puszczana, zgniatana. Plecak nie może być tutaj. Plecak musi pozostać schowany w południowo-wschodnim kącie, jak najbliżej biura Eden’s Gate.

Mężczyzna z czarnymi brwiami spogląda w dół, do plecaka, którego główna komora częściowo się rozsunęła. Gdy podnosi wzrok, patrzy na niego gniewnie.

W polu widzenia Seymoura ukazuje się tysiąc czarnych punkcików. W uszach rozlega się ryk. Wsuwa prawą rękę do prawej kieszeni wiatrówki i palcem odnajduje spust pistoletu.

 

 

 

 

 

 

Zeno

 

 

 

 

 

 

 

Rachel udaje, że bardzo się wysila, by uchylić pokrywę sarkofagu. Olivia wsuwa rękę do tekturowego grobowca i wyciąga mniejsze pudełko związane przędzą.

— Skrzynka? — pyta Rachel.

— Na wieku jest inskrypcja.

— Jaka?

— Brzmi tak: Nieznajomy, kimkolwiek jesteś, otwórz mnie, a dowiesz się rzeczy zdumiewających.

— Pomyślcie, mistrzu Diogenesie — kontynuuje Rachel — ile lat skrzyneczka ta przeleżała w grobie. Ile wieków przetrwała! Trzęsienia ziemi, powodzie, pożary, pokolenia rodziły się i umierały! A teraz wy trzymacie ją w swoich dłoniach!

Christopher i Natalie, którym już mdleją ręce, nie przestają powiewać atłasową mgłą, wciąż gra muzyka organowa, śnieg stuka w okna, bojler w piwnicy wydaje z siebie dźwięki niczym wieloryb, który utknął na mieliźnie, Rachel spogląda na Olivię i Olivia rozplątuje przędzę. Wydobywa ze skrzynki starą zdezaktualizowaną encyklopedię, którą Sharif znalazł w piwnicy i pomalował sprejem na złoto.

— To księga.

Zdmuchuje nieistniejący kurz z okładki i Zeno w pierwszym rzędzie się uśmiecha.

— I czy ta księga objaśnia — pyta Rachel — jak ktoś może być człowiekiem przez osiemdziesiąt lat, osłem przez rok, rybą przez drugi i ptakiem przez trzeci?

— Sprawdźmy. — Olivia otwiera encyklopedię i kładzie ją na pulpicie na tle malowanej dekoracji, a wtedy Natalie i Christopher opuszczają materiał, Rachel wynosi nagrobki, Olivia sarkofag i na środek sceny wychodzi Alex Hess, metr trzydzieści siedem wzrostu, z lwią grzywą złocistych włosów, ściskając zakrzywiony kostur pastuszka, w spodenkach gimnastycznych pod beżowym szlafrokiem.

Zeno pochyla się na swoim krześle. Ból w biodrze, szum w lewym uchu, osiemdziesiąt sześć lat przeżytych na ziemi, nieskończona wręcz liczba decyzji, które doprowadziły go do tej chwili — to wszystko znika. Alex stoi sam w świetle reflektora i spogląda nad pustymi krzesłami, jak gdyby wpatrywał się nie w drugą kondygnację podupadłej biblioteki publicznej w małym miasteczku w środkowej części Idaho, lecz w zielone wzgórza otaczające starożytne królestwo Tyru.

— Jestem — mówi wysokim łagodnym głosem — Aeton, prosty pastuszek z Arkadii, a historia, którą mam do opowiedzenia, jest tak niedorzeczna, tak niewiarygodna, że nie uwierzycie w ani jedno jej słowo… a jednak to wszystko prawda. Bo ja, ten, którego nazywano gamoniem i oślą głową… tak, ja, tępawy, przygłupi, durnowaty Aeton… kiedyś zawędrowałem na kraj świata i jeszcze dalej, ku błyszczącym bramom Chmurokukułkowa, gdzie nikomu niczego nie brakuje i księga zawierająca całą wiedzę…

Z dołu dolatuje huk, który w uszach Zena brzmi jak strzał z broni palnej. Rachel upuszcza nagrobek; Olivia się wzdryga; Christopher schyla głowę.

Muzyka gra dalej, chmury kręcą się na nitkach, ręka Natalie unosi się nad laptopem, gdy pod podłogą rozlega się drugi huk i strach jak długi ciemny palec wyciąga się przez salę i dotyka Zena na jego krześle.

Alex w świetle reflektora zagryza dolną wargę i zerka na Zena. Jedno uderzenie serca. Dwa. Twoja babcia na widowni może kichnąć. Czyjeś dziecko może się rozpłakać. Jedno z was zapomni tekstu. Cokolwiek się stanie, gramy dalej.

— Pozwólcie jednak — podejmuje Alex, przenosząc spojrzenie znów nad puste krzesła — że zacznę swą opowieść od początku.

Natalie zmienia muzykę, Christopher zmienia światło z białego na zielone i na scenę wychodzi Rachel z trzema tekturowymi owcami.

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

AETON DOZNAJE WIZJI

 

Chmurokukułków Antoniusza Diogenesa, karta β

 

Chociaż zamierzony porządek dwudziestu czterech zachowanych kart jest kwestią sporną, badacze są jednomyślni co do tego, że epizod, w którym pijany Aeton widzi aktorów odgrywających komedię Ptaki Arystofanesa i bierze Chmurokukułków za prawdziwe miejsce, przypada na początku jego podróży. Przełożył Zeno Ninis.

 

…dość tego, żem ciągle przemoczony, dość błota i ciągłego beczenia owiec, dość tego, że nazywają mnie tępakiem, baranią głową, ptasim móżdżkiem, zostawiłem swoje stado na łące i zaszedłem do miasta.

Na placu wszyscy siedzieli na ławach. Przed nimi tańczyli wrona, kawka i dudek, wszystkie wielkości człowieka, aż mnie strach obleciał. Okazały się jednak łagodne i dwa stare ptaszyska wśród nich opowiadały o cudownym mieście, które wybudują w chmurach między niebem a ziemią, z dala od ludzkich kłopotów i dostępne j e d y n i e dla tych, co mają skrzydła, gdzie nikt nie będzie cierpiał i gdzie wszyscy są mądrzy. W mojej głowie zaraz uroiła się wizja pałacu o złocistych wieżach unoszącego się na obłokach, otoczonego przez sokoły, brodźce, przepiórki, pardwy i kukułki, gdzie z kranów tryska bulion, gdzie krążą żółwie z ustawionymi na pancerzach miodowymi ciastkami, a po obu stronach ulic płynie strumieniami wino.

Ujrzawszy to wszystko na własne oczy, wstałem i rzekłem:

— Po co tkwić tutaj, skoro mogę być tam?

Upuściłem dzban z winem i od razu ruszyłem drogą do Tesalii, krainy, jak wszyscy wiedzą, słynącej z magii, by się przekonać, czy znajdę tam czarownicę, która mnie przemieni…

 

 

 

 

 

 

KONSTANTYNOPOL

 

 

1439–1452

 

 

 

 

 

 

Anna

 

 

 

 

 

 

 

Na czwartym wzgórzu miasta, które nazywamy Konstantynopolem, lecz które ówcześni mieszkańcy nazywali po prostu Miastem, na ulicy naprzeciwko klasztoru pod wezwaniem Świętej Teofano Martinakios, w słynnej niegdyś hafciarni Nikolasa Kalafatesa, mieszka sierota o imieniu Anna. Zaczyna mówić dopiero w wieku trzech lat. I od tamtej pory cały czas są tylko pytania.

— Mario, dlaczego oddychamy?

— Dlaczego konie nie mają palców?

— Jeśli zjem krucze jajo, poczernieją mi włosy?

— Czy księżyc zmieści się w słońcu, Mario, czy odwrotnie?

Zakonnice od Świętej Teofano nazywają ją Małpką, bo wiecznie się wdrapuje na klasztorne drzewa owocowe, z kolei chłopcy z czwartego wzgórza nazywają ją Komarzycą, bo nie daje im spokoju, natomiast główna hafciarka, wdowa Teodora, mówi, że powinno się na nią wołać Wieczne Utrapienie, bo takiego dziecka jak ona jeszcze nie widziała — nauczy się ściegu, a po godzinie już nic kompletnie nie pamięta.

Anna i jej starsza siostra Maria śpią w izdebce z jednym oknem, w której ledwie mieści się siennik z końskiego włosia. W skład ich wspólnego majątku wchodzą cztery miedziane monety, trzy guziki z kości słoniowej, połatana wełniana derka oraz ikona Świętej Koralii, która mogła należeć do ich matki. Anna nigdy nie spróbowała słodkiej śmietanki, nigdy nie jadła pomarańczy i jej noga nigdy nie postała poza murami miasta. Zanim skończy czternaście lat, wszyscy, których zna, albo będą martwi, albo stracą wolność.

 

Świt. W mieście pada deszcz. Dwadzieścia hafciarek wspina się po schodach do pracowni, odnajduje swoje ławki; wdowa Teodora przechodzi od okna do okna i otwiera okiennice. Mówi: „Przeczysta Panienko, uchroń nas przed lenistwem”, hafciarki odpowiadają: „Bo dopuściłyśmy się grzechów bez liku”, po czym wdowa Teodora otwiera kluczem szafę z nićmi, waży zwoje złotych i srebrnych drucików, pudełeczka z drobnymi perłami i zapisuje dane na woskowej tabliczce, a gdy tylko w komnacie jest dość światła, by odróżnić czarną nić od białej, kobiety przystępują do pracy.

Najstarsza z nich, Tekla, ma siedemdziesiąt wiosen. Najmłodsza, Anna — siedem. Przycupnęła obok siostry i przygląda się, jak Maria rozwija na stole niedokończoną stułę. Wzdłuż brzegów w starannych wzorach wiją się wokół skowronków, pawi i gołębic pędy winorośli.

— Teraz, kiedy mamy już kontury Jana Chrzciciela — tłumaczy Maria — dodamy mu rysy twarzy.

Nawleka igłę odpowiednią farbowaną bawełnianą nicią, przytwierdza tamborek pośrodku stuły i zaczyna wyszywać.

— Odwracamy igłę, przewlekamy przez środek ostatniego ściegu, o, w ten sposób rozdzielając włókna, widzisz?

Anna nie widzi. Kto chce tak żyć, w pochyleniu cały dzień nad igłą i nicią, wyszywając świętych, gwiazdy, gryfy i pędy winorośli na ornatach hierarchów? Eudokia śpiewa kantyk o trzech młodzieńcach, Agata śpiewa pieśń o nieszczęściach Hioba, wdowa Teodora natomiast krąży po pracowni jak czapla polująca na ryby. Anna stara się podążać wzrokiem za igłą Marii — ścieg stebnowany, ścieg łańcuszkowy — ale bezpośrednio przed ich stołem na parapecie przysiada malutka brązowa kląskawka, otrząsa się z deszczu, śpiewa uiit-czak-czak-czak i w mgnieniu oka Anna zaczyna sobie wyobrażać, że jest tym ptakiem. Sfruwa z parapetu, omija krople deszczu i wzlatuje nad swoją dzielnicę, kierując się na południe nad ruinami bazyliki Świętego Polieukta. Mewy zataczają kręgi wokół kopuły Hagii Sophii niczym modlitwy wirujące wokół głowy Boga, wiatr burzy rozległe wody Bosforu, kupiecka galera z żaglami wypełnionymi wiatrem okrąża cypel, ale Anna wzbija się jeszcze wyżej, aż miasto zamienia się w geometryczny wzór dachów i ogrodów daleko w dole, jest już w chmurach i…

— Anno — syczy Maria. — Która nić tutaj?

Wdowa Teodora zerka w ich stronę z drugiego końca pracowni.

— Szkarłatna? Owinięta wokół drucika?

— Nie — wzdycha Maria. — Nie szkarłatna. I bez drucika.

 

Cały dzień Anna przynosi nici, przynosi płótno, przynosi wodę, przynosi hafciarkom ich południowy posiłek: fasolę z oliwą. Po południu słyszą stukot oślich kopyt, pozdrowienie odźwiernego i kroki pana Kalafatesa na schodach. Każda z kobiet nieco się wyprostowuje, szyje nieco szybciej. Anna wpełza pod stoły, zbierając każdy strzępek nici, jaki może znaleźć, i szepcze do siebie:

— Jestem mała, jestem niewidzialna, nie widzi mnie.

Ze swymi zbyt długimi ramionami, ustami zabarwionymi winem i przydającym mu agresywności garbem Kalafates bardziej niż jakikolwiek inny mężczyzna przypomina jej sępa. Cmoka z dezaprobatą, kuśtykając między ławami, i w końcu wybiera jedną z hafciarek, za którą przystaje — tego dnia za Eugenią — i zaczyna wyrzekać, jak wolno kobieta pracuje, że za czasów jego ojca takiej niezguły nigdy by nie dopuszczono do beli jedwabiu i czy one nie rozumieją, że każdego dnia w ręce Saracenów wpadają kolejne prowincje, że ich miasto jest ostatnią wyspą Chrystusa w morzu niewiernych, że gdyby nie mury obronne, wszystkie byłyby na sprzedaż na targu niewolników w jakiejś zapomnianej przez Boga i ludzi dziurze?

Kalafates tak się wścieka, że zaczyna toczyć pianę, gdy odźwierny sygnalizuje dzwonkiem przybycie klienta. Ociera czoło, wykłada złocony krzyżyk nad rozcięcie koszuli i kłapiąc, schodzi na dół. Wszystkie hafciarki oddychają z ulgą. Eugenia odkłada nożyczki; Agata pociera skronie; Anna wypełza spod ławki. Maria nie przestaje wyszywać.

Między stołami zataczają pętle muchy. Z dołu dolatuje śmiech mężczyzn.

 

Godzinę przed zmrokiem wzywa ją wdowa Teodora.

— Jak Bóg da, dziecko, nie jest za późno, żeby się wybrać po pąki kaparów. Złagodzą ból w nadgarstkach Agaty i pomogą na kaszel Tekli. Szukaj pączków tuż przed rozwinięciem. Wracaj, zanim zabiją dzwony na nieszpory, zakryj włosy i strzeż się nicponi i hultajów.

Anna z trudem utrzymuje stopy na podłodze.

— Tylko nie pędź jak szalona, bo ci łono wypadnie.

Zmusza się, żeby jak najwolniej zejść po schodach, powoli przecina dziedziniec, powoli mija stróża — i w końcu leci. Przez bramę klasztoru Świętej Teofano, wokół olbrzymich granitowych części upadłej kolumny, między dwoma rzędami mnichów sunących ulicą w czarnych habitach jak nielotne wrony. W zaułkach połyskują kałuże; trzy kozy pasą się w skorupie ruin kaplicy i wszystkie w tym samym momencie podnoszą głowy, by na nią spojrzeć.

Prawdopodobnie dwadzieścia tysięcy kaparowych krzewów rośnie bliżej domu Kalafatesa, Anna pokonuje jednak biegiem prawie dwa kilometry do murów obronnych. Tutaj, w zarośniętym pokrzywami sadzie, przy wysokim wewnętrznym murze znajduje się poterna, starsza, niż sięga czyjakolwiek pamięć. Anna wspina się na stertę zwalonych cegieł, przeciska się przez szparę i wbiega krętymi schodami. Sześć zakrętów na samą górę, przez welony pajęczyn, po czym wchodzi do niewielkiej wieżyczki łuczniczej, do której światło wpada przez dwa otwory strzelnicze po przeciwnych stronach. Wszędzie leżą gruzy, przez szczeliny w podłodze pod jej stopami słyszalnie przesypuje się piasek; z wieżyczki wylatuje przestraszona jaskółka.

Anna czeka zdyszana, aż jej wzrok przyzwyczai się do półmroku. Przed wielu stuleciami ktoś — może samotny łucznik znudzony na wachcie — namalował na południowej ścianie fresk. Duża część tynku odpadła za sprawą upływającego czasu i pogody, ale obraz pozostaje czytelny.

Z lewej strony na morskim brzegu stoi osioł o smutnym spojrzeniu. Woda jest błękitna i poprzecinana geometrycznymi falami, a z prawej strony na tratwie z chmur, wyżej, niż Anna jest w stanie dosięgnąć, lśni miasto wież ze srebra i brązu.

Wiele razy wpatrywała się w to malowidło i za każdym razem coś się w niej budzi, jakiś niewysłowiony zew odległych miejsc, poczucie ogromu świata i jej własnej małości. Styl malowidła całkowicie się różni od prac wykonywanych przez hafciarki w pracowni Kalafatesa, perspektywa jest dziwniejsza, kolorystyka bardziej uproszczona. Kim jest ten osioł i dlaczego ma takie żałosne spojrzenie? I co to za miasto? Syjon, raj, miasto Boga? Wspina się na palce; między pęknięciami w tynku dostrzega kolumny, łuki, okna, maleńkie gołębie zlatujące się wokół wież.

W sadach w dole słowiki zaczynają swoje trele. Światło słabnie, podłoga skrzypi, wydaje się, że wieża przechyla się coraz bardziej ku zapomnieniu, i Anna przeciska się przez zachodnie okienko na gzyms, gdzie rząd kaparowych krzewów zwraca liście ku zachodzącemu słońcu.

Zebrane pąki wrzuca do kieszeni. Wciąż jednak jej uwagę przyciąga wielki świat. Czekają za zewnętrznym murem, za zarośniętą algami fosą — gaje oliwne, kozie dróżki, maleńka postać woźnicy prowadzącego dwa wielbłądy obok cmentarza. Kamienie oddają dzienny żar; słońce opada i niknie. Gdy rozlegają się dzwony na nieszpory, kieszeń Anny jest wypełniona tylko w jednej czwartej. Spóźni się; Maria będzie się martwić; wdowa Teodora będzie się pieklić.

Anna wsuwa się z powrotem do wieżyczki i jeszcze raz przystaje pod malowidłem. Jeszcze jeden oddech. W świetle zmierzchu fale zdają się burzyć, a miasto migotać; osiołek drepcze nad brzegiem, tak bardzo pragnie przeprawić się przez morze.

 

 

 

 

 

 

WIOSKA DRWALI W BUŁGARSKICH RODOPACH

 

 

TE SAME LATA

 

 

 

 

 

 

Omeir

 

 

 

 

 

 

 

Trzysta kilometrów na północny zachód od Konstantynopola, w małej wiosce drwali nad szybką, rwącą rzeką, rodzi się chłopiec niemal idealny. Ma mokre oczka, różowe policzki i mnóstwo siły w nogach. Tylko z lewej strony ust górna warga jest rozszczepiona od dziąsła aż po nasadę nosa.

Akuszerka się cofa. Matka wsuwa dziecku palec do ust: przerwa sięga w głąb podniebienia. Jak gdyby jego stwórca się zniecierpliwił i chwilę za wcześnie porzucił swe dzieło. Pot na jej ciele staje się zimny; trwoga przyćmiewa radość. Była ciężarna cztery razy i nigdy jeszcze nie straciła dziecka, uwierzyła nawet, że pod tym względem los jej sprzyja. A teraz coś takiego?

Niemowlę przeraźliwie płacze; w dach bębni lodowaty deszcz. Kobieta stara się podeprzeć malca udami, jednocześnie oburącz ściskając pierś, nie udaje się jednak sprawić, by jego usta szczelnie objęły sutek. Chłopczyk otwiera łapczywie buzię, gardło mu drży, ale traci o wiele więcej mleka, niż przełyka.

Minęły godziny, odkąd Amani, najstarsza córka, wybrała się sprowadzić mężczyzn z lasu; teraz już pewnie cała grupa spieszy do domu. Dwie młodsze córki przenoszą spojrzenia z matki na noworodka i z powrotem, jak gdyby próbując zrozumieć, czy taka twarz jest dozwolona. Akuszerka wysyła jedną z nich nad rzekę po wodę, a drugą, żeby zakopała łożysko i błony płodowe. Jest już ciemno i dziecko wciąż zawodzi, gdy słyszą szczekanie psów, a potem dzwonki Listka i Igiełki, dwóch wołów, które zatrzymują się przed obórką.

Skrząc się od lodu, dziadek i Amani przechodzą przez próg z przerażonym wzrokiem.

— Koń się przewrócił… — zaczyna Amani, ale na widok twarzyczki dziecka milknie.

Zza niej odzywa się dziadek:

— Twój mąż pojechał przodem, ale koń musiał się poślizgnąć w ciemności i rzeka…

Chatę wypełnia groza. Noworodek płacze; akuszerka przesuwa się w stronę drzwi, jej rysy wykrzywia mroczny, pierwotny strach.

Żona podkuwacza koni ostrzegała ich, że od początku zimy duchy wyrządzają w okolicy szkody, wślizgują się do domów przez zamknięte drzwi, wpędzają w choroby ciężarne kobiety i duszą niemowlęta. Radziła, żeby w ofierze przywiązali do drzewa kozę i na dokładkę wylali do potoku dzbanek miodu, mąż odparł jednak, że nie mogą sobie pozwolić na oddanie kozy, a ona sama nie chciała rezygnować z miodu.

Pycha.

Za każdym razem, gdy próbuje się poruszyć, w jej brzuchu rozpala się mała błyskawica. Z każdym uderzeniem serca wyczuwa, że akuszerka rozpowiada tę historię po domach w wiosce. Na świat przyszedł demon. Jego ojciec nie żyje.

Dziadek bierze zapłakane dziecko, odwija je na podłodze i gdy wsuwa mu do ust knykieć, chłopiec cichnie. Drugą ręką rozchyla szczelinę w górnej wardze.

— Wiele lat temu po drugiej stronie góry żył człek, który też miał pod nosem takie pęknięcie. Dobry był z niego jeździec, gdy już się zapomniało, jaki jest brzydki.

Oddaje go i sprowadza z dworu kozę i krowę, a potem wychodzi znowu na noc wyprząc woły, w oczach zwierząt odbija się blask paleniska, córki zbierają się wokół matki.

— Czy to dżinn?

— Zły duch?

— Jak będzie oddychał?

— Jak będzie jadł?

— Czy dziadek zaniesie go na górę i zostawi na śmierć?

Dziecko spogląda na nie ciemnymi, zapamiętującymi oczyma.

 

Deszcz ze śniegiem zamienia się w śnieg i matka śle przez dach modlitwę do nieba, czy nie można by ocalić jej syna, jeśli ma do odegrania jakąś rolę na tym świecie. Jednak w ostatnich godzinach przed świtem budzi się i widzi stojącego nad nią dziadka. Okutany w pelerynę z wołowej skóry, ze śniegiem na ramionach, wygląda jak zjawa z pieśni drwali, monstrum przywykłe do wyczyniania potworności, i chociaż kobieta wmawia sobie, że chłopiec szybko dołączy do jej męża na tronach w ogrodzie rozkoszy, gdzie ze skał tryska mleko, płyną rzeki miodu, a zima nigdy nie przychodzi, gdy podaje mu dziecko, czuje się, jakby oddawała jedno z płuc.

Pieją koguty, pod kołami trzeszczy śnieg, chata wypełnia się światłem, a ją znowu przejmuje trwoga. Mąż utonął, koń razem z nim. Dziewczynki piorą, modlą się, doją krowę o imieniu Pięknota i zanoszą paszę dla Listka i Igiełki, tną sosnowe gałązki, żeby koza miała co przeżuwać, i ranek przechodzi w popołudnie, ona jednak wciąż nie może zebrać sił, by się dźwignąć z posłania. Mróz we krwi, mróz w głowie. Teraz jej syn przeprawia się przez rzekę śmierci. Albo teraz. Albo teraz.

Przed zmierzchem psy zaczynają warczeć. Wstaje i chwiejnym krokiem podchodzi do drzwi. Podmuch wiatru wysoko na zboczu góry porywa z drzew roziskrzony obłok. Napór w piersiach jest prawie nie do zniesienia.

Przez dłuższą chwilę nie dzieje się nic innego. Potem drogą nad rzeką nadjeżdża na klaczy dziadek z zawiniątkiem na siodle. Psy wpadają w szał; dziadek zeskakuje na ziemię; jej ramiona wyciągają się po to, co przywiózł, chociaż umysł jej podpowiada, że nie powinna.

Dziecko żyje. Usta ma sine, policzki ziemiste, ale mróz nie poczernił nawet jego maleńkich paluszków.

— Zawiozłem go do gaju wysoko na górze. — Dziadek dorzuca drewna do ognia, dmucha w palące się szczapy, żeby rozgorzały mocniej; trzęsą mu się ręce. — Położyłem na ziemi.

Matka siada przy ogniu, tak blisko, jak tylko się da, i tym razem ujmuje brodę i szczękę niemowlęcia prawą dłonią, a lewą posyła strumienie mleka prosto do jego gardła. Część mleka wycieka przez nos i szczelinę w podniebieniu, ale maluch przełyka. Dziewczynki wślizgują się do środka, rozemocjonowane tajemnicą tego, co się dzieje, płomienie strzelają w górę, a dziadkiem wstrząsają dreszcze.

— Dosiadłem konia. Leżał tak cichutko. Patrzył po prostu na drzewa. Mały kształt w śniegu.

Maluch sapie, znowu przełyka. Za drzwiami skomlą psy. Dziadek spogląda na trzęsące się ręce. Ile trzeba czasu, by zwiedzieli się wszyscy w wiosce?

— Nie mogłem go zostawić.

 

Przed północą przepędzają ich z widłami i pochodniami. Dzieciak doprowadził do śmierci ojca, zaczarował dziadka, żeby wyniósł go spomiędzy drzew. Skrywa w sobie demona, a skaza na twarzy jest tego dowodem.

Zostawiają za sobą obórkę i łąkę, ziemiankę i siedem wiklinowych uli, zostawiają chatę wybudowaną przez dziadka przed sześćdziesięcioma laty. Świt zastaje ich zmarzniętych i przerażonych kilka kilometrów dalej nad rzeką. Dziadek brnie w brei obok wołów, woły ciągną wóz, na którym dziewczynki ściskają kury i garnki, Pięknota wlecze się z tyłu, wzdrygając się przed każdym cieniem, a na samym końcu na klaczy jedzie matka chłopca z niemowlęciem, które wygląda z becika zapatrzone w niebo.

O zmierzchu docierają do bezdrożnego jaru piętnaście kilometrów od wioski. Między zaśnieżonymi głazami wije się strumyk, a po niebie ciągną niesforne chmury wielkie jak bogowie, prześwitując przez korony drzew, które dziwnie pogwizdują, płosząc zwierzęta. Rozbijają obóz pod wapiennym nawisem, gdzie przed wiekami praludzie malowali niedźwiedzie, tury i ptaki nieloty. Dziewczynki zbierają się wokół matki, dziadek rozpala ognisko, koza zawodzi, psy się trzęsą, a w oczach niemowlęcia połyskuje blask ognia.

— Omeir — mówi jego matka. — Nazwiemy go Omeir. Ten, który długo żyje.

 

 

 

 

 

 

Anna

 

 

 

 

 

 

 

Ma osiem lat i wraca od kupca z trzema dzbanami ciemnego, rozsadzającego głowę wina dla Kalafatesa, gdy zatrzymuje się, żeby odpocząć przed kamienicą. Zza zamkniętego okna słyszy głos recytujący po grecku z obcym akcentem:

 

Tymczasem Odys do wielkodusznego Alkinoosa wszedł dworu.

Stanął przed progiem spiżowym i aż mu serce zabiło:

Pałac wyniosły wielkodusznego Alkinoosa

bił bowiem jasnym blaskiem jak słońce albo jak księżyc.

Ściany, spiżem obite po stronach lewej i prawej,

w głąb się ciągnęły od wejścia, z fryzem błękitnym dokoła.

Złote podwoje w murze solidny dom zamykały.

Srebrne odrzwia na progu spiżowym wznosiły się w górę.

Srebrne było nadproże, lecz kółko na drzwiach ze złota.

Z obu stron wejścia do domu były psy złote i srebrne,

które wykonał Hefajstos z całą biegłością w swej sztuce.

Strzegły domostwa wielkodusznego Alkinoosa[1].

 

Anna zapomina o swoim wózku, winie, czasie — o wszystkim. Akcent brzmi dziwnie, ale głos jest głęboki i płynny, a metrum działa na nią jak tętent galopującego jeźdźca. Po chwili słyszy chłopców powtarzających wersy i znowu pierwszy głos:

 

Poza domem, od bram niedaleko, był ogród rozległy,

czteromorgowy, ze wszystkich zaś stron otoczony był płotem.

Rosną w nim drzewa ogromne, dojrzałe, by rodzić owoce:

grusze, granaty i piękne owocujące jabłonie,

słodkie figowce oraz oliwki już w pełni wyrosłe.

Nigdy na nich nie braknie owoców — przeciwnie, są zawsze

przez cały rok, tak zimą jak latem, bo jedne po drugich

zawiązują się w ciepłym zefirze i wnet dojrzewają.

Młoda gruszka przy starej wyrasta, a jabłko przy jabłku,

przy winogronach grona i figa młoda przy starej[2].

 

Co to za pałac, gdzie podwoje błyszczą złotem, odrzwia są srebrne, a drzewa nigdy nie przestają owocować? Jak zahipnotyzowana zbliża się do ściany domu, wspina się na murek i zagląda przez szpary w okiennicy. W środku czterech ubranych w kaftany chłopców siedzi wokół starca z wolem jak balon. Chłopcy monotonnie i niemrawo powtarzają wersy, mężczyzna zaś manipuluje przy czymś, co wygląda jak arkusze pergaminu na kolanach, i Anna pochyla się na tyle blisko, na ile wystarcza jej odwagi.

Tylko dwa razy jak dotąd widziała książki: oprawioną w skórę, połyskującą klejnotami Biblię, niesioną główną nawą przez starszych księży w klasztorze Świętej Teofano; oraz księgę medyczną na targu, którą zielarz zatrzasnął jej przed nosem, gdy próbowała zajrzeć do środka. Ta wygląda na starszą i bardziej zniszczoną: litery tłoczą się na pergaminie jak ślady setki nabrzeżnych ptaków.

Nauczyciel powraca do czytania tekstu, w którym bogini ukrywa wędrowca we mgle, żeby mógł się zakraść do lśniącego pałacu, i gdy Anna trąca okiennicę, chłopcy podnoszą wzrok. Natychmiast zjawia się barczysta gospodyni, która wygania Annę przez furtkę, jak gdyby była ptakiem wyjadającym owoce z drzew.

Dziewczynka wraca do swojego wózka i podjeżdża z nim pod ścianę, ale wozy mijają ją z terkotem, w dachy zaczynają uderzać krople deszczu i niczego już nie słyszy. Kim jest Odys i kim jest bogini, która obleka go w czarodziejską mgłę? Czy królestwo wielkodusznego Alkinoosa jest tym, które namalowano w łuczniczej wieżyczce? Furtka się otwiera i chłopcy pospiesznie ją mijają, rzucając jej chmurne spojrzenia, gdy obchodzą kałuże. Niedługo potem zjawia się wsparty na lasce nauczyciel i Anna zastępuje mu drogę.

— Ta pieśń. Jest spisana na tych stronicach?

Nauczycielowi trudno poruszać głową przez wole; jakby mu wszczepiono pod brodą tykwę.

— Nauczycie mnie? Znam już kilka znaków; znam ten, który wygląda jak dwie kolumny z prętem między nimi, i ten, który jest jak szubienica, i ten jak odwrócony łeb wołu.

Palcem wskazującym kreśli w błocie u jego stóp A. Mężczyzna podnosi wzrok tam, skąd pada deszcz. W miejscu, gdzie oczy powinny być białe, u niego są żółte.

— Dziewczynki nie chodzą na nauki. A ty nie masz pieniędzy.

Anna bierze z wózka jeden z dzbanów.

— Mam za to wino.

Mężczyzna się ożywia. Jedna ręka wyciąga się po trunek.

— Najpierw — mówi dziewczynka — lekcja.

— Nigdy niczego się nie nauczysz.

Anna nie ustępuje. Starzec wydaje z siebie jęk. Końcem laski pisze w mokrej ziemi:

 

‘Ωκεανός

 

— Ōkeanos, najstarszy syn Uranosa i Gai. — Zakreśla wokół słowa kółko i dźga jego środek. — Tutaj znane. — Potem dźga to, co na zewnątrz. — Tutaj nieznane. A teraz wino.

Podaje mu je, a on pije, trzymając oburącz dzban. Anna przykuca. ‘Ωκεανός. Siedem znaków w błocie. A jednak zawierają samotnego wędrowca, pałac o spiżowych ścianach, złote psy przy wejściu i boginię z jej mgłą?

 

Za spóźnienie zostaje wychłostana przez wdowę Teodorę w podeszwę lewej stopy. Za powrót z jednym dzbanem opróżnionym do połowy — w podeszwę prawej. Po dziesięć razów kijem. Anna prawie nie płacze. Przez pół nocy w myślach zapisuje litery i przez cały następny dzień, gdy kuśtyka po schodach w górę i w dół, gdy dźwiga wodę, gdy przynosi węgorza kucharce Chryse, widzi wyspiarskie królestwo Alkinoosa, spowite w chmury, owiewane ciepłymi wiatrami, obfitujące w jabłka, gruszki, oliwki, słodkie figi i czerwone granaty. Na lśniących piedestałach chłopcy ze złota z płonącymi pochodniami w rękach.

Dwa tygodnie później wraca z targu okrężną drogą, żeby przejść obok tamtej kamienicy, gdy zauważa nauczyciela z wolem siedzącego w słońcu jak roślina doniczkowa. Anna stawia na ziemi koszyk z cebulami i palcem w piasku pisze:

 

‘Ωκεανός

 

Dookoła wyrazu zakreśla koło.

— Najstarszy syn Uranosa i Gai. Tutaj znane. Tutaj nieznane.

Mężczyzna z wysiłkiem skręca głowę i zwraca ku niej spojrzenie, jak gdyby widział ją po raz pierwszy, i w jego wilgotnych oczach odbija się światło.

Na imię ma Licyniusz. Zanim spadły na niego nieszczęścia, mówi, służył jako nauczyciel w bogatej familii w mieście na zachód od Konstantynopola, posiadał sześć książek i żelazną skrzynkę do ich przechowywania: dwa żywoty świętych, księgę z mowami Horacego, świadectwo cudów Świętej Elżbiety, podręcznik gramatyki greckiej, a także Odyseję Homera. Gdy jednak Saraceni zdobyli miasto, zbiegł do stolicy bez niczego i dzięki niech będą aniołom w niebiosach za mury obronne, pod które kamienie węgielne położyła sama Matka Boska.

Spod płaszcza wydobywa trzy poplamione pliki pergaminów. Odyseusz, mówi, był jednym z wodzów największej armii, jaką kiedykolwiek zebrano, jej legiony pochodziły z Hyrminy, Dulichionu, z miast obronnych Knossos i Gortyna, z najdalszych zakątków morza i przypłynęły w tysiącu czarnych okrętów, by splądrować osławioną Troję, i z każdego okrętu wysypało się tysiąc wojowników, niezliczone rzesze, mówi Licyniusz, jak liście na drzewach lub muchy, gdy się roją nad wiadrami z ciepłym mlekiem w oborze. Przez dziesięć lat wojownicy oblegali Troję, a gdy ją w końcu zdobyli, zmęczone legiony odpłynęły i wszyscy bezpiecznie wrócili do domów oprócz Odysa. Cała pieśń o jego podróży, wyjaśnia Licyniusz, składała się z dwudziestu czterech ksiąg, po jednej na każdą literę alfabetu, i wyrecytowanie całości zabierało kilka dni, ale Licyniuszowi zostały tylko te trzy kwaterniony, z których każdy zawiera sześć stronic opisujących sceny, gdzie Odyseusz opuszcza grotę Kalipso, jego tratwę zatapia sztorm i fale wyrzucają go nagiego na Scherii, wyspie wielkodusznego Alkinoosa, pana Feaków.

Był czas, mówi dalej, kiedy każde dziecko w imperium znało wszystkich bohaterów historii Odyseusza. Na długo jednak, zanim Anna przyszła na świat, krzyżowcy z Zachodu spalili miasto, zabijając tysiące, i zrabowali większość jego bogactw. Potem zaraza zabrała połowę ludności, potem połowę połowy, i ówczesna cesarzowa musiała sprzedać koronę Wenecjanom, żeby opłacić żołnierzy, a obecny cesarz nosi koronę zrobioną ze szkła i ledwo stać go na talerze, z których jada, i miasto przeżywa teraz długi zmierzch swej świetności, czekając na drugie przyjście Chrystusa, i nikt już nie ma czasu na stare opowieści.

Uwaga Anny skupiona jest na arkuszach, które ma przed sobą. Tyle słów! Musiałaby żyć siedem razy, żeby się ich wszystkich nauczyć.

 

Ilekroć Chryse posyła Annę na targ, dziewczynka znajduje powód, żeby odwiedzić Licyniusza. Przynosi mu skórki chleba, wędzoną rybę, pół obręczy z drozdami, dwa razy udaje jej się wykraść dzban wina Kalafatesa.

W zamian za te dary Licyniusz udziela jej lekcji. A to ἄλφα, czyli alfa; B to βῆτα, czyli beta; Ω to ὦμέγα, czyli omega. Zamiatając podłogę w pracowni, taszcząc kolejną belę materiału lub kolejny kubeł węgla, siedząc w pracowni obok Marii ze zdrętwiałymi palcami, z parą z ust kłębiącą się nad jedwabiem, Anna ćwiczy litery na tysiącu czystych stronicach swego umysłu. Każdy znak odpowiada dźwiękowi, a łącząc dźwięki, tworzy się wyrazy, a łącząc wyrazy, buduje się całe światy. Znużony Odyseusz opuszcza grotę Kalipso i staje na swojej tratwie; morski pył zwilża mu twarz; pod powierzchnią wody miga cień boga mórz, z krasnorostami falującymi w jego niebieskich włosach.

— Nabijasz sobie głowę głupstwami — szepcze Maria. Jednak Anna nigdy się ich nie nauczy: ściegu węzełkowego, sznureczkowego, łańcuszkowego. Z igłą w ręku najlepiej jej wychodzi kłucie się niechcący w palec i brudzenie krwawymi plamami materiału. Siostra mówi, że powinna sobie wyobrażać pobożnych kapłanów, jak odprawiają święte obrzędy ubrani w szaty, które ona pomoże udekorować, myśli Anny wiecznie jednak odlatują ku wyspom na dalekich morzach, gdzie płyną słodkie strumyki i gdzie boginie spływają z chmur na smudze światła.

— Święci, pomóżcie — jęczy wdowa Teodora — czy ty się kiedy czegokolwiek nauczysz? — Anna jest już w tym wieku, że rozumie, jak niepewna jest ich sytuacja: nie mają z Marią rodziny, nie mają pieniędzy; do nikogo nie należą i utrzymują się w domu Kalafatesa wyłącznie dzięki hafciarskim talentom Marii. Jedna i druga może najwyżej liczyć na to, że będą mogły siedzieć przy jednym z tych stołów, od świtu do nocy haftując krzyże, postaci aniołów i liście na kapach, welonach kielichowych i ornatach, aż zgarbią im się plecy i zaniewidzą oczy.

Małpka. Komarzyca. Wieczne Utrapienie. A jednak nie może przestać.

 

— Po jednym słowie.

Anna wpatruje się znowu w plątaninę znaków na pergaminie.

 

πολλῶν δ᾽ ἀνθρώπων ἴδεν ἄστεα καὶ νόον ἔγνω

 

— Nie wiem.

— Wiesz.

Ἄστεα znaczy miasta; νόον to umysł; ἔγνω to poznał.

— Spotkał się — mówi — z wielu ludźmi w miastach i poznał ich poglądy.

Wybrzuszenie na szyi Licyniusza się trzęsie, gdy jego usta układają się w uśmiech.

— No właśnie. Tak dokładnie.

Niemal z dnia na dzień ulice jej miasta zaczynają się jarzyć znaczeniami. Czyta napisy na monetach, na kamieniach węgielnych i nagrobkach, na ołowianych pieczęciach i podstawach kolumn, marmurowych tablicach w murach obronnych — każda kręta uliczka miasta jest sama w sobie wielkim zniszczonym manuskryptem.

Słowa jaśnieją na wyszczerbionym brzegu talerza, który kucharka Chryse trzyma przy palenisku: Zoe Najpobożniejsza. Nad wejściem do zapomnianej kaplicy: Pokój z tymi, którzy wchodzą z łagodnym sercem. Jej ulubiona inskrypcja jest wyryta w nadprożu nad drzwiami stróża przy bramie klasztoru Świętej Teofano, rozszyfrowanie jej zabiera jej pół niedzieli:

 

Zatrzymajcie się, złodzieje, włamywacze, mordercy, jeźdźcy i żołnierze, i się ukorzcie, bo my skosztowałyśmy różanej krwi Jezusa.

 

Gdy widzi się z Licyniuszem po raz ostatni, wieje zimny wiatr i jego cera ma odcień ulewy. Cieknie mu z oczu, chleb, który przyniosła, pozostaje nietknięty, a wole na jego szyi wydaje się istotą znacznie groźniejszą, zaczerwienione i zaognione, jak gdyby tej nocy miało w końcu pożreć jego twarz.

Dzisiaj, mówi, będą się zajmować słowem μῦθος, mythos, które może oznaczać rozmowę lub coś, co się powiedziało, lecz także opowieść lub historię, legendę z czasów dawnych bogów, i wyjaśnia, jakie to delikatne, zmienne słowo, że może określać jednocześnie coś fałszywego i prawdziwego, wtem jednak jego koncentracja słabnie.

Wiatr porywa z jego palców jeden z pergaminów, który Anna dogania, otrzepuje z piasku i kładzie mu z powrotem na kolanach. Licyniusz na dłuższy czas opuszcza powieki.

— Repozytorium — odzywa się w końcu — znasz to okreś­lenie? Tekst, książka to miejsce spoczynku dla wspomnień ludzi, którzy żyli przed nami. Sposób na to, żeby pamięć została utrwalona, po tym jak dusza stąd odleci.

Otwiera nagle bardzo szeroko oczy, jak gdyby wpatrywał się w wielką ciemność.

— Lecz książki tak jak ludzie umierają. Umierają w pożarach lub podczas powodzi, zjadane przez owady i na życzenie tyranów. Jeśli się ich nie strzeże, odchodzą z tego świata. A gdy książka znika ze świata, pamięć umiera po raz drugi.

Krzywi się, jego oddech spowalnia, staje się urywany. Liście z szelestem śmigają po uliczce, jasne chmury przepływają nad dachami, mija ich kilku ciepło okutanych jeźdźców na jucznych koniach. Anna dygocze. Nie powinna sprowadzić gospodyni? Medyka, żeby puścił krew?

Ręka Licyniusza się unosi; jego dłoń niczym kleszcze trzyma trzy zniszczone kwaterniony.

— Nie, nauczycielu — protestuje Anna. — One należą do was.

On jednak wciska jej do rąk pergaminy. Anna spogląda na uliczkę: kamienica, ściana, trzeszczące drzewa. Zmawia modlitwę i wsuwa arkusze pod sukienkę.

 

 

 

[1] Homer, Odyseja, przeł. Robert Roman Chodkowski, Lublin 2020, s. 175–176.

[2] Tamże, s. 176–177.

 

 

 

 

 

 

Omeir

 

 

 

 

 

 

 

Najstarsza córka umiera od robaków w brzuchu, gorączka zabiera średnią, ale chłopiec rośnie. W wieku trzech lat potrafi już stać prosto na saniach, gdy Listek i Igiełka zbierają z pola siano, a potem zaczynają orkę. Jako czterolatek potrafi napełnić garnek w strumyku i zataszczyć go między głazami do jednoizbowej kamiennej chaty, którą wybudował dziadek. Dwukrotnie matka płaci żonie podkuwacza koni, żeby pokonała piętnaście kilometrów w górę rzeki z wioski i zszyła przerwę w wardze chłopca igłą i szpagatem, jednak dwukrotnie przedsięwzięcie kończy się fiaskiem. Szpara, ciągnąca się do nosa przez górną szczękę, nie chce się zasklepić. Ale chociaż czasem chłopiec czuje pieczenie w uszach i boli go żuchwa, a zupa regularnie wycieka mu z buzi na ubranie, jest mocny, cichy i nie choruje.

Najwcześniejsze wspomnienia ma trzy:

1. Stoi w strumyku między Listkiem a Igiełką, gdy te piją, i przygląda się kroplom, które spadają z wielkich krągłych bród, połyskując w świetle.

2. Jego siostra Nida krzywi się nad nim, zamierzając wetknąć mu w górną wargę patyk.

3. Dziadek wyrywa pióra z jasnoróżowego ciała bażanta, jak gdyby go rozbierał, a potem nadziewa oskubanego na rożen nad paleniskiem.

Te nieliczne dzieci, z którymi się spotyka, każą mu się wcielać w potwora, gdy odgrywają przygody Balukija, i pytają go, czy to prawda, że potrafi sprawić swoją twarzą, żeby klacz poroniła, a strzyżyki spadały martwe w locie. Pokazują mu też jednak, jak znajdować przepiórcze jaja, w których częściach rzeki bywają największe pstrągi, prowadzą go też do na wpół wypróchniałego czarnego cisu, który wyrasta z urwistej skały wysoko nad jarem, twierdząc, że mieszkają w nim złe duchy i drzewo nigdy nie uschnie.

Wielu drwali nie chce do chłopca podejść, ich żony też. Niejednokrotnie jakiś kupiec podróżujący wzdłuż rzeki spina konia, by pogalopował między drzewa, zamiast ryzykować minięcie się z Omeirem na drodze. Jeśli jakiś nieznajomy kiedykolwiek spojrzał na niego bez strachu lub podejrzliwości, on tego nie pamięta.

Jego ulubione dni nadchodzą latem, kiedy drzewa tańczą na wietrze, mech lśni szmaragdowo na głazach, a jaskółki uganiają się nad jarem. Nida śpiewa, zabierając kozy na popas, matka leży na kamieniu nad strumykiem z otwartymi ustami, jak gdyby wdychała światło, a dziadek zabiera sieci i garnki z lepem i prowadzi Omeira wysoko w góry, żeby zapolować na ptaki.

Chociaż plecy ma przygarbione i stracił dwa palce u nóg, porusza się szybko i na każdy jego krok Omeir musi stawiać dwa. Gdy wspinają się coraz wyżej, dziadek rozwodzi się o wyższości wołów — o tym, że są spokojniejsze i mniej narowiste niż konie, że nie potrzebują owsa, że ich łajno nie pali jęczmienia tak jak końskie, że można jeść ich mięso, gdy są stare, że opłakują się, gdy jeden z nich pada, że jeśli leżą na lewym boku, to znaczy, że nadchodzi ładna pogoda, ale jeśli na prawym, zanosi się na deszcz. Bukowe lasy ustępują sosnom, a sosny goryczce i prymulce i nim zapada wieczór, dziadkowi udaje się schwytać tuzin cietrzewi.

O zmierzchu zatrzymują się na nocleg na usianej głazami polanie, wokół nich krążą psy, węsząc, czy w pobliżu nie ma wilków, Omeir rozpala ognisko, a dziadek sprawia i piecze cztery ze złapanych cietrzewi, gdy grzbiety gór w dole tworzą kaskadę coraz ciemniejszych niebieskości. Zjadają posiłek, ognisko przygasa, dziadek pije z tykwy śliwówkę, a chłopiec z uczuciem najczystszego szczęścia czeka. Czuje, jak toczy się ku niemu niczym rozświetlony wóz pełen ciastek i miodu, który ma lada chwila wyjechać zza zakrętu — opowieść.

— Opowiadałem ci kiedy — pyta dziadek — jak to pewnego razu wspiąłem się na grzbiet gigantycznego żuka i pofrunąłem na księżyc?

Albo:

— Opowiadałem ci kiedy o mojej podróży na rubinową wyspę?

Opowiada Omeirowi o szklanym mieście daleko na północy, gdzie wszyscy mówią szeptem, żeby nic się nie stłukło; mówi, że kiedyś zamienił się w dżdżownicę i przebił się do podziemnego świata. Te opowieści zawsze się kończą bezpiecznym powrotem dziadka na rodzimą górę, gdy uchodzi z życiem po kolejnej mrożącej krew w żyłach cudownej przygodzie, gasnący żar ogniska zamienia się w popiół, dziadek zaczyna chrapać, a Omeir spogląda w górę na nocne niebo i rozmyśla o tym, jakie światy unoszą się między dalekimi światłami gwiazd.

Kiedy pyta matkę, czy żuki dolatują do księżyca albo czy dziadek spędził kiedyś cały rok w brzuchu morskiej bestii, ona uśmiecha się i odpowiada, że o ile wie, dziadek nigdy nie opuścił ich góry, i czy Omeir mógłby się teraz skupić i pomóc jej przy wytapianiu pszczelego wosku?

Mimo to chłopiec często wyprawia się samotnie dróżką do na wpół wypróchniałego cisu na skale, wspina się na jego gałęzie, wpatruje w rzekę tam, gdzie znika za zakolem, i wyobraża sobie przygody, które mogą czekać na niego w dalekim świecie: lasy, gdzie drzewa chodzą; pustynie, gdzie ludzie o ciałach koni biegają tak szybko, jak fruwają jerzyki; królestwo na szczycie ziemi, gdzie kończą się pory roku, gdzie między lodowymi górami pływają smoki i gdzie żyje rasa nieśmiertelnych niebieskich olbrzymów.

 

Ma dziesięć lat, kiedy Pięknota, należąca do rodziny stara krowa z zapadłym grzbietem, zaczyna się cielić po raz ostatni. Przez większość popołudnia spod uniesionego łuku jej ogona wystają dwa małe kopytka ociekające śluzem i parujące w zimnie, ale Pięknota pasie się, jak gdyby nigdy nic, aż wreszcie chwyta ją spazm i reszta brązowego jak błoto cielaka wysuwa się do końca.

Omeir stawia krok do przodu, ale dziadek odciąga chłopca, na którego twarzy maluje się pytanie. Pięknota wylizuje cielaka, którego ciałko kołysze się pod ciężarem jej jęzora, dziadek zmawia szeptem modlitwę, zaczyna padać łagodny deszcz, ale cielak się nie podnosi.

Wtem Omeir widzi to, co zobaczył dziadek. Pod ogonem Pięknoty ukazała się druga para kopytek. Niebawem dołącza do nich pysk z różowym języczkiem między szczękami, potem jedno oko i w końcu na świat przychodzi drugi cielak — tym razem szary.

Bliźnięta. Dwa byczki.

Niemal od razu, gdy tylko dotyka ziemi, szary cielak wstaje i zaczyna ssać wymię. Brązowy nie podnosi głowy z ziemi.

— Z tym jest coś nie tak — szepcze dziadek i przeklina hodowcę, który wziął pieniądze za usługi swojego byka, ale Omeir dochodzi do wniosku, że ten cielak po prostu się nie spieszy, usiłując rozwiązać zagadkę tego dziwnego nowego połączenia ciężaru i kości.

Szary ssie na zgiętych patykowatych nóżkach; pierworodny pozostaje wilgotny i skulony w paprociach. Dziadek wzdycha, ale w tym samym momencie pierwszy cielak dźwiga się z ziemi i stawia krok w ich stronę, jak gdyby chciał spytać: który z was we mnie zwątpił? I dziadek razem z Omeirem śmieją się — majątek rodziny zostaje podwojony.

 

Dziadek ostrzega, że wykarmienie dwóch cieląt będzie nie lada wyzwaniem, okazuje się jednak, że Pięknota staje na wysokości zadania: pasie się bez przerwy przez całe wydłużające się dnie, a cielaki rosną jak na drożdżach. Brązowego nazywają Pieńkiem, a szarego Miesiączkiem.

Pieniek lubi dbać o czystość raciczek, beczy, gdy traci z oczu matkę, i rano potrafi stać cierpliwie kilka godzin, gdy Omeir wyskubuje mu z sierści rzepy. Z kolei Miesiączek wiecznie dokądś drepcze, zaciekawiony ćmami, muchomorami lub pniakami; skubie sznury i łańcuchy, zjada trociny, po kolana brodzi w błocie, zaczepia rogiem o martwe drzewo i ryczy o pomoc. Oba cielaki od samego początku zgodnie ubóstwiają chłopca, który karmi je z ręki, gładzi po pyskach i często się budzi w obórce przy chacie wtulony w ich duże, ciepłe ciała. Bawią się z Omeirem w chowanego i w wyścigi, kto pierwszy dobiegnie do Pięknoty; razem rozchlapują wiosenne kałuże wśród połyskujących rojów much; uznają go chyba za swojego brata.

Przed ich pierwszą pełnią dziadek zaprzęga je w jarzmo. Omeir załadowuje wóz kamieniami, podnosi kij do popędzania bydła i zaczyna z nimi ćwiczyć. Wejście, wyjście z obórki, hetta znaczy w prawo, wiśta w lewo, prrr znaczy stop — początkowo cielaki nie zwracają na chłopca uwagi. Pieniek nie chce się cofnąć i dać zaprząc do wozu; Miesiączek próbuje zrzucić jarzmo przy każdym najbliższym drzewie. Wóz się przechyla, kamienie się staczają, cielaki padają na kolana, rycząc, a stare Listek i Igiełka spoglądają na nich znad trawy i kręcą siwymi łbami, jakby rozbawione.

— Które stworzenie — śmieje się Nida — zaufa komuś, kto ma taką twarz?

— Pokaż im, że możesz zaspokoić wszystkie ich potrzeby — mówi dziadek.

Omeir zaczyna od nowa. Stuka je w kolana kijem; cmoka i gwiżdże; szepcze im do uszu. Tamtego lata góra zielenieje jak nigdy przedtem, trawy wystrzeliwują wysoko, a ule matki uginają się od miodu i po raz pierwszy, odkąd wygnano ich z wioski, rodzina ma dość jadła.

Rogi młodych byczków wydłużają się, zady stają się masywne, klatki piersiowe szerokie; w dniu, gdy zostają wykastrowane, są większe od swojej matki, a Listek i Igiełka wydają się przy nich drobne. Dziadek mówi, że jeśli dobrze nadstawić ucha, można usłyszeć, jak rosną, i chociaż Omeir jest całkiem przekonany, że dziadek żartuje, gdy nikt nie patrzy, przyciska ucho do potężnych żeber Miesiączka i zamyka oczy.

 

Jesienią z doliny dociera pogłoska, że zmarł Murad II, strażnik świata, sułtan-wojownik, i na tron wstąpił jego osiemnastoletni syn (niech Allah go błogosławi i zachowa na zawsze). Kupcy, którym sprzedają miód, twierdzą, że młody sułtan wprowadzi nowy Złoty Wiek, i w ich małym jarze wydaje się, że to prawda. Droga pozostaje przejezdna i sucha, dziadek z Omeirem młócą najlepsze zbiory jęczmienia, a Nida z matką przesypują ziarna do koszy, gdy rześki wiatr porywa plewy.

Pewnego wieczoru, tuż przed pierwszym śniegiem, dróżką od strony rzeki nadjeżdża wędrowiec na lśniącej klaczy ze służącym z tyłu na szkapie. Dziadek wysyła Omeira i Nidę do obórki, skąd przez szpary w deskach obserwują, co się dzieje. Wędrowiec nosi turban w kolorze trawy i płaszcz podszyty owczą wełną, a jego broda wydaje się tak starannie przycięta, że Nida zaczyna się zastanawiać, czy nocą nie przycinają mu jej chochliki. Dziadek pokazuje im prastare rysunki w jaskini, a potem wędrowiec obchodzi ich małe gospodarstwo, podziwiając tarasy i uprawy, a gdy widzi dwa młode woły, ze zdumienia otwiera usta.

— Karmicie je krwią olbrzymów?

— To rzadkie szczęście — mówi dziadek — dochować się bliźniąt, które chodzą w tym samym jarzmie.

O zmierzchu matka, z zasłoniętą twarzą, częstuje gościa masłem i zielonymi warzywami, potem ostatnim melonem w tym sezonie, skropionym miodem, a Nida i Omeir zakradają się na tyły chaty, żeby podsłuchać, i Omeir modli się, żeby wędrowiec opowiedział o miastach, które widział w krainach poza ich górą. Wędrowiec pyta ich, jak to się stało, że zamieszkali samotnie w jarze wiele kilometrów od najbliższej wioski, i dziadek wyjaśnia, że takie życie wybrali, że sułtan, niech pokój będzie z nim po wsze czasy, zapewnił wszystko, czego potrzebuje rodzina. Wędrowiec mamrocze coś, czego nie słyszą, po czym jego służący wstaje, odchrząkuje i oznajmia:

— Panie, oni ukrywają w obórce demona.

Cisza. Dziadek dokłada polano do ognia.

— Upiora albo czarownika, który udaje, że jest dzieckiem.

— Przepraszam — mówi wędrowiec. — Mój sługa zapomniał, gdzie jego miejsce.

— Ma twarz zająca, a zwierzęta robią, co im każe. Dlatego mieszkają sami, z dala od najbliższej wioski. Dlatego ich woły są tak wielkie.

Wędrowiec podnosi się.

— Prawda to?

— Jest zwykłym chłopcem — zapewnia dziadek, chociaż Omeir słyszy, że do jego głosu wkradła się surowość.

Służący posuwa się ostrożnie w stronę drzwi.

— Teraz tak sądzicie — mówi — ale z czasem do głosu dojdzie jego prawdziwa natura.

 

 

 

 

 

 

Anna

 

 

 

 

 

 

 

Za miejskimi murami rozniecają się na nowo stare konflikty. Sułtan Saracenów zmarł, mówią kobiety w pracowni, a ten nowy, niedawno jeszcze chłopię, każdą chwilę po przebudzeniu poświęca planom zdobycia miasta. Zgłębia tajniki sztuki wojennej, mówią, tak jak mnisi studiują Pismo Święte. Jego murarze konstruują już piece do wypalania cegieł pół dnia drogi piechotą od Bosforu, gdzie w najwęższym punkcie cieśniny zamierza wznieść monstrualną fortecę, która będzie w stanie przechwycić każdy statek próbujący dostarczyć do miasta z placówek nad Morzem Czarnym zbroje, zboże lub wino.

Gdy nastaje zima, pan Kalafates w każdym cieniu dostrzega złe znaki. Pęka dzban, przecieka wiadro, gaśnie płomień — wina nowego sułtana. Kalafates narzeka, że z prowincji przestały przychodzić zamówienia; hafciarki nie przykładają się do pracy albo zużywają za dużo złotej nici, albo za mało, albo ich wiara jest nieczysta. Agata jest zbyt powolna, Tekla za stara, wzory Elizy są zbyt nudne. Jedna muszka owocowa w winie potrafi wprowadzić do jego myśli czarną nić, która psuje mu nastrój na wiele dni.

Wdowa Teodora mówi, że Kalafates potrzebuje współczucia, że remedium na każdą niedolę jest modlitwa, i po zmroku Maria klęczy w ich izdebce przed obrazkiem Świętej Koralii, poruszając niemo ustami i posyłając modły przez belki sufitu do nieba. Dopiero gdy jest bardzo późno, długo po komplecie, Anna ośmiela się wyślizgnąć z łóżka, gdzie śpi siostra, zabrać świecę łojową z szafki w pomywalni i wyjąć schowane pod siennikiem pergaminy Licyniusza.

Jeśli Maria coś zauważyła, nic nie mówi, a Anna jest zbyt pochłonięta lekturą, żeby się tym przejmować. Płomyk świecy migocze nad arkuszami: słowa zamieniają się w wersy, wersy stają się kolorem i światłem, i samotny Odyseusz wpływa w sztorm. Jego tratwa się wywraca; Odys łyka słoną wodę; bóg mórz mija go z rykiem na swych zielonych wierzchowcach. W turkusowej dali jednak, za huczącymi falami, migocze czarodziejskie królestwo Scherii.

Jakby wyczarowywała w ich izdebce mały raj, spiżowy, lśniący, pełen błyszczących owoców i wina. Wystarczy, że zapali świecę, zacznie czytać, a zaczyna wiać słodki zefir; służąca przynosi jeden dzban z wodą i drugi z winem, Odyseusz zasiada przy królewskim stole do uczty i ulubiony pieśniarz króla zaczyna śpiewać.

 

Pewnej nocy Anna przemyka korytarzem z pomywalni, gdy słyszy przez uchylone drzwi ich izdebki głos Kalafatesa.

— Co to za czary?

Czuje, jakby lód skuwał całe jej ciało. Zakrada się do progu: Maria klęczy na podłodze, z jej ust płynie krew, a Kalafates z zacienionymi oczodołami pochyla się pod niskim sufitem. W długich palcach lewej ręki trzyma pergaminy Licyniusza.

— To byłaś ty? Od samego początku? Ty wykradałaś świece? Ty byłaś powodem naszych nieszczęść?

Anna chce otworzyć usta, przyznać się, wymazać wszystko, ale strach odbiera jej mowę, jest tak wielki. Maria się modli, nie poruszając ustami, modli się w swojej głowie, wycofuje się do jakiegoś prywatnego azylu w myślach, a jej milczenie tylko rozognia furię Kalafatesa.

— A mówili mi: „Tylko święty pod dach ojca sprowadziłby dzieci, które nie są jego. Kto wie, jakie zło ściągną do jego domu?”. Ale czy ja słuchałem? Mówiłem: „To tylko świece. Ta, która je zabiera, chce tylko rozświetlić ciemność podczas nocnych modłów”. A teraz co widzę? Ten jad? Te czary? — Chwyta Marię za włosy i w Annie coś krzyczy. Powiedz mu. Ty jesteś złodziejką; ty jesteś sprawczynią nieszczęścia. Mów. Tymczasem Kalafates wywleka Marię za włosy na korytarz, mijając Annę, jak gdyby jej tam nie było, i Maria próbuje stanąć na nogi, ale Kalafates jest dwa razy od nich większy i Anna nie znajduje w sobie odwagi.

Kalafates wlecze Marię, mijając izby, gdzie za drzwiami kulą się inne hafciarki. Na chwilę udaje jej się postawić stopę na podłodze, ale potyka się, w pięści Kalafatesa zostaje garść jej włosów i Maria uderza bokiem głowy w kamienny stopień prowadzący do pomywalni.

Rozlega się odgłos, jakby młotek uderzył w tykwę. Kucharka Chryse zerka znad balii; Anna zostaje w korytarzu; Maria krwawi na podłodze. Żadna się nie odzywa, gdy Kalafates chwyta ją za sukienkę i ciągnie bezwładne ciało do paleniska, ciska kawałki pergaminu w ogień i zwraca niewidzące oczy Marii ku płomieniom, gdy pergaminy jeden po drugim zamieniają się w popiół.