Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Metoda na wnuczkę ebook

Marta Obuch

4.28571428571429 (7)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 419 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Metoda na wnuczkę - Marta Obuch

Zaginiony portret i kurs obsługi mężczyzny, a do tego miłosna ciuciuBABKA – najnowsza komedia kryminalna Marty Obuch!

Adam Gryziewicz spotyka kobietę swych marzeń, ale zostaje przez nią źle zrozumiany i nagle z dentysty musi przeistoczyć się w romantycznego artystę malarza. Sprawa jest trudna, ponieważ powinien dysponować pracownią, na dodatek zobowiązał się przecież do wykonania portretu, choć nie potrafi rysować. Jego wybranka, Ewa, to bystra osóbka, która również ma mnóstwo na głowie. Musi odnaleźć złodzieja zaginionego obrazu, uchronić brata przed zawarciem małżeństwa z pewną zołzą, wyswatać nieśmiałą przyjaciółkę i zrobić z niej zmysłową femme fatale, a przede wszystkim chce dać pstryczka w nos zapatrzonemu w siebie pseudoartyście. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy zza grobu odzywa się prababcia Matylda…

Opinie o ebooku Metoda na wnuczkę - Marta Obuch

Fragment ebooka Metoda na wnuczkę - Marta Obuch

Moim rodzicom!

Adam Gryziewicz, z racji wydatnych siekaczy i talentu stomatologicznego nazywany przez znajomych Grizzly, siedział pewnej lipcowej środy na ławeczce przystanku autobusowego przy ulicy Sokolskiej i w tych okolicznościach na kilka przedziwnych chwil zapomniał języka w gębie.

Zupełnie go zatkało.

Tym bardziej że jego język był sprawny nie tylko komunikacyjnie; inne opcje użycia Adam miał również obcykane, a że zwykł szlifować umiejętności, żadna z jego dotychczasowych partnerek nie mogła narzekać. To przeświadczenie sprawiało mu niekłamaną satysfakcję. Kobiety bywały w jego towarzystwie po prostu zadowolone. Albo… spełnione. Taka sytuacja, taka umiejętność i fluencja, co robić. Czar miało się po tatusiu – również dentyście – który co prawda zramolał, ale i teraz, kiedy dobiegał sześćdziesiątki, nie wyglądał na inkasenta. Raczej na ministra. Adam również nie mógł narzekać, natura obdarzyła go hojnie. Głównie owłosieniem, stąd jego znakiem rozpoznawczym była szopa powiewających na wietrze ciemnych loków, co upodabniało go nie do lekarza stomatologa, ale do tajemniczego artysty, który potrafi wywijać pędzlem, że ho ho.

Kobiety to uwielbiały.

Ale czekająca obok dziewczyna…

Kiedy usiadła na ławeczce, obrzuciła go tak samo „przejętym” spojrzeniem jak drepczącego opodal gołębia, który przed chwilą narobił na chodnik. Takie spojrzenie zwykło się określać mianem beznamiętnego. I ta beznamiętność trochę Adama zbiła z tropu. Bo, przyzwyczajony do damskiej atencji, nawet w śledzionie czuł, że brak zainteresowania nie jest udawany. Dziewczyna o czekoladowych jak nutella oczach wyglądała na głęboko zamyśloną i przy tym całkowicie odporną na jego wdzięk.

Niebywałe.

Tylko dlatego zaczął ją ukradkiem obserwować.

Może nie tylko dlatego, należy dodać również, że pozbawiony na cały dzień auta (przegląd techniczny) Adam czekał na pojazd komunikacji miejskiej i zwyczajnie się nudził. Nigdy przecież nie gustował w bojowniczkach o prawa zwierząt czy w wegankach, dla których jajko jest synonimem martyrologii drobiu hodowlanego. Bał się wszelkich nawiedzonych stworów i omijał je szerokim łukiem.

A złotowłosa wyglądała właśnie na kobietę z misją.

Miała co prawda śliczną buzię ozdobioną piegami, które w zestawieniu z brązowym kolorem oczu nasuwały skojarzenie z orzechową posypką na pralinach Ferrero Rocher, a jej rozświetlone słońcem włosy przypominały puch na kurczątku, rozkosz, aż się chciało dmuchnąć i pogłaskać, ale reszta była absolutnie fatalna. Wszystko pozasłaniane, ukryte, żadnego dekoltu, talii czy nóg, nic, jak u ameby. Workowate spodnie w kolorze klepiska, plecaczek z liściem marihuany, a do tego obrzydliwe aseksualne trampki (jeden czerwony, drugi czarny!)… Słowem, handmade łamany przez Wszystko po 4 złote. Zero elegancji, nawet nienachalnej, zero szyku.

Czysta ekologia.

Aż się wzdrygnął.

Tyle że wypadki, które potem nastąpiły, zmieniły jego sposób rozumienia kobiecości o sto osiemdziesiąt stopni…

Zaczęło się od tego, że do grupki oczekujących, którzy usiłowali skryć się przed upałem nawet w najpłytszym z kątów przystanku, podeszła kobieta, na oko licząc pięćdziesięcioletnia. Z takich, które wtapiają się w uliczne tło. Kolor ubrania mysi, kolor włosów mysi, wszystko mysie. I pozostając przezroczysta, tak się przez chwilę wtapiała w okolicę i wtapiała. W międzyczasie zdążył przejechać Polski Bus, następnie powiał wiaterek, ale był to jeden z tych podmuchów, które robią ludzi w balona, bo żar wciąż zalewał centrum Katowic, a potem w kobiecinę coś wstąpiło i przestała się wtapiać.

Przeszła na opcje aktywne.

– Szczęść Boże! – oznajmiła z rozanielonym uśmiechem, stając dokładnie na wprost staruszka w czapeczce z napisem Chicago Bulls, aż byk na czapce wystawił ostrzegawczo rogi.

Ale staruszek jakby się gapił przez okno, nawet nie drgnęła mu powieka, choć gołąb wydał mu się nagle arcyciekawym ptakiem.

W tym momencie Adam zrozumiał. Był czwarty w kolejce, tuż po złoto-orzechowej pannie! Ups. Właśnie dlatego nie przepadał za transportem publicznym. Pełno w nim świrów, a latem… Nawet trudno to opisać słowami. Latem autobusy i tramwaje wypełniał tak zastanawiający fetor (choć nikt nie musiał przecież do kąpieli czerpać wody ze studni głębinowej!), że Adam już dawno odpuścił. Na dłuższą metę nie był w stanie kontynuować eksperymentu socjologicznego, za pierwsze większe pieniądze kupił samochód.

Teraz ciekawość jednak zwyciężyła; czekał, co będzie dalej.

Głoszącej dobrą nowinę ten niezbyt obiecujący wstęp wcale nie zraził. Stanęła dla odmiany przed puszystą damą ściskającą baniak żywca zdroju, której mina zaczęła nagle falować jak rozhuśtana tafla wody w błękitnej bańce. Na jej szyi mignął Adamowi krzyżyk. Czyli powinna się cieszyć, przyjaciele Jezusa to jedna wielka rodzina.

– Szczęść Boże!

Puszysta, cała spocona, zerknęła pospiesznie na sąsiadów, jakby szukała u nich wsparcia, ale religijny obowiązek zwyciężył.

– Szczęść Boże – odpowiedziała, jednak bez żaru, z jakim adoruje się hostię.

I to samo: gołąbek, jaki śliczny gołąbek!

Tymczasem próbie wiary została poddana kolejna osoba.

Złotowłosa.

– Szczęść Boże! – rzuciła kobieta i Adam wstrzymał oddech.

Siedział tuż obok, więc dokładnie zarejestrował chwilę, kiedy w brązowych oczach pojawiła się tak niewiarygodna mieszanka bystrości i głębi, że prawie otworzył usta. Wcześniej dawał orzechowej może dwadzieścia lat, ale patrząc z bliska, musiał zmienić zdanie. Przy oczach odnotował pierwsze zmarszczki mimiczne. Czyli trzydziestka.

Z trzydziestką na karku czy nie, dziewczyna również przyglądała się scence, ale pozostała spokojna. A nawet na jej ustach zagościł uśmiech. Zdawkowy, ale… ludzki. Tak właśnie by go Adam określił. Nie uprzejmy, à la „Idź serdeńko, bo cię trzepnę”, nie nerwowy, ale ludzki.

Miły.

– Dzień dobry – odpowiedziała dziewczyna swobodnie i Adam poczuł, że zostały w nim poruszone kolejne zmysły.

Tym razem chodziło o słuch.

Głos nieznajomej brzmiał, jakby od oseska zamiast mleka piła whisky z colą i popalała papierosy – bez filtra, oczywiście. Ale w tej ostrej i chropowatej mieszaninie dźwięków brzmiała ciepła, niemal magnetyczna nuta. Zupełnie jakby słuchał Janis Joplin, ale takiej rześkiej, przed dziabnięciem kilku skrętów. Kobieta prawie klasnęła w dłonie, tak bardzo ucieszył ją fakt, że ktoś w końcu żywo zareagował.

– Niewierząca? – zapytała z radością.

– Wierzę w Boga, nie w instytucje – usłyszeli rezolutną odpowiedź i zanim Adam zdołał sobie wszystko poukładać, zrozumiał.

Zaimponowała mu!

Czyli można nie chować głowy w piasek, można być sobą w każdej sytuacji.

Bo, wstyd przyznać, ale on również siedział tu spłoszony i w skrępowaniu zastanawiał się, jak potraktować kobiecinę. Raczej nie należała do świadków Jehowy i w sumie trudno określić, czemu ta rozmowa miała służyć, ale sąsiadka najwyraźniej nie zadawała sobie takich pytań.

Poszła na żywioł.

– Poza tym czy zawsze trzeba się określić? Katoliczka, muzułmanka, protestantka… Można być, kim się chce, a Bóg to i tak Bóg.

– Racja… Bóg to Bóg – powtórzyła w zamyśleniu kobieta, a potem bacznie przyjrzała się rozmówczyni. – Ty masz złote serce, kochana. Ja to widzę.

Adam już przestał udawać obojętnego, odruchowo usiłował namierzyć na złotowłosej wspomniany narząd wewnętrzny, zadowoliłby go nawet mostek, który teoretycznie powinny otaczać piersi, ale nic z tego. Płachty, wszędzie płachty, zupełnie jakby patrzył na remont budynku, przy którym dodatkowo postawiono zakaz przechodzenia.

Żadnej litości dla pieszych.

– Ja? Złote serce?!

Dziewczyna zarechotała, a przy okazji obróciła się i… spiorunowała Adama wzrokiem. W brązowych oczach, jak w nadzieniu czekoladki, pojawiła się naraz nowa nuta smakowa. Nieco gorzka, a jednocześnie paląca. Adam obstawiałby wariację na temat: ,,CHCESZ W RYJ?!”. I nagle jakby przeniósł się w czasie – znowu pociły mu się ręce, znowu przyłapano go w szkolnej szatni na przeglądaniu „Playboya”.

Tyle że dzisiaj miał trzydzieści trzy lata i nikt nie będzie go ciągnął do dyrektorki.

Wytrzymał spojrzenie.

– Złote serce, wiem, co mówię. Pani jest dobra dziewczyna – perorowała kobieta, zerkając przy okazji na Adama, a jej uśmiech stawał się coraz szerszy i coraz bardziej dwuznaczny.

Coś się kroiło!

Jak gdyby nigdy nic wyciągnął więc szyję i w zakrytym budynkami fragmencie ulicy usiłował dostrzec autobus. Bez skutku. Nic nie chciało jechać.

– Raczej nie bardzo – sprostowała przepraszającym tonem sąsiadka. – Zamiast serca mam kamień – dokończyła i Adam uznał, że komunikat był skierowany do niego, gdyż w ostatnich słowach zabrzmiała aż nadto czytelna złośliwość.

Zaczął złotowłosej wierzyć, jednak kobieta okazała się optymistką.

– Może i kamień. Czasem trzeba być twardym. Ale jak kamień, to… bursztyn – oznajmiła i tu Adam z uznaniem pokręcił głową.

Ładnie powiedziane, naprawdę ładnie.

– Kochani… – Kobieta najwyraźniej już ich połączyła. – A nie macie kilku drobnych na bułkę?

Aha!

Ale pomimo transakcji wiązanej, Adam nie potrafił się rozgniewać.

Ot, na koniec dnia pracy taka perełka, to znaczy bursztyn…

Dlatego sięgnął do kieszeni i wyskoczył z pięciu dych, co odnotowano na przystanku prawie ze wstrząsem. Spokojna pozostała jedynie złotowłosa. W kącikach ust zagościł jej ironiczny uśmiech, po czym wyłuskała z portfela trochę bilonu.

– Dziękuję bardzo! – zagruchała kobieta z wdzięcznością.

Na odchodnym nie omieszkała jednak złożyć im życzeń:

– Wszystkiego dobrego. Będzie z was piękna para!

– Tak, z niektórych zeszła para… Niezły gest – oceniła tymczasem blondynka. – Taki efektowny…

Zanim Adam zdążył sklecić jakąś sensowną ripostę, na przystanek zajechał z piskiem opon autobus. W końcu! Jednak dziewczyna na widok trzydziestki nie zareagowała, więc może wybierali się w tym samym kierunku?

– Słucham?

– Prawie się wzruszyłam. Normalnie facet wyjął pięćdziesiąt złotych i mnie oszołomił… – W tym miejscu teatralnie otarła łezkę, podła.

I co miał powiedzieć?

Owszem, czasem szybciej działał, niż myślał. Owszem, kiedy indziej nie wysupłałby nawet złotówki, zwykle posyłał żebraków do diabła, nużyli go, ale Bóg… Nie, nie chodziło o Boga. Chodziło o nią. Ta oryginalna baba w jakiś niewytłumaczalny sposób go ciekawiła. I chyba chciał się popisać.

Wielkie rzeczy.

– Prawie. Czyli muszę dalej próbować… – podchwycił prowokująco, zaglądając jej w twarz.

Bliskość była wręcz obezwładniająca i widział, że dziewczyna chciała się odsunąć, ale nie ustąpiła. Uniosła brodę i znowu spróbowała sztuczki z chlaśnięciem go oczętami.

– Palisz? – ubiegł więc atak.

Z niezłym skutkiem.

Zmarszczyła nos, a piegi poruszyły się na jej skórze jak groszki na wzorzystej tkaninie.

– Znaczy że co? – natarła. – Papierosy?!

– Znaczy: że marychę.

– Jaką marychę?

Oj, tu wyczuł prawdziwe oburzenie, balans na krawędzi mógł wszystko zepsuć.

– Pytałem, czy palisz marihuanę. Masz na torebusi…

– Marihuanę?! – ofuknęła go i pokręciła głową. – Oczywiście! Typowe… Do twojej wiadomości, kolego… Na PLECAKU mam liść konopi indyjskich. Czyli Cannabis indica. W niektórych pospolitych kręgach ta roślina jest kojarzona tendencyjnie. Ale gdyby jeden młot z drugim, zamiast puszczać dymka, trochę poczytał, toby się dowiedział, że marihuaną można leczyć niepokonaną dotąd padaczkę…

– …nadciśnienie, jaskrę, a nawet mówi się o raku – wszedł złośnicy w słowo i przyjemnie było zobaczyć, jak z kolei to ją zatyka. – Kannabinoidy. Organiczne związki chemiczne, one są wszystkiemu winne. A koncernom odpowiada, że marihuana robi za narkotyk. Za dużo ludzi mogłoby się na nich wypiąć.

Przez krótką, bardzo krótką chwilę dochodziła do siebie.

Punkt dla niego.

– Jesteś lekarzem? – Zmrużyła oczy, a pytanie zabrzmiało tak, jakby sprawdzała, czy jest nosicielem wirusa HPV.

Coś mu mówiło, że zanim odpowie, powinien zbadać grunt.

– A wyglądam?

– Na szczęście nie.

– Czemu na szczęście?

– Bo… sama jestem lekarzem. Prawie, jeszcze nie skończyłam specjalizacji, ale już mam dosyć swojego pokopanego środowiska.

– Pokopanego? Jesteś psychiatrą?

W końcu się uśmiechnęła i poprzednie napięcie gdzieś odeszło.

Na przystanku wręcz przeciwnie – ludzi przybywało, upał szalał, a nerwowa atmosfera z chwili na chwilę gęstniała. Autobusy w kierunku Chorzowa jakoś nie chciały jechać i kiedy indziej Adam pewnie pomstowałby razem z pasażerami albo wziął taksówkę, ale dzisiaj…

Dzisiaj ta przymusowa pauza bardzo go cieszyła.

– Proszę cię! – sapnęła adeptka medycyny. – Jestem zwykłym internistą.

– I co? Interniści są tacy źli? – dopytywał, usiłując się nieco wyluzować i jednocześnie wyeksponować klatkę, nad którą pracował cały sezon.

– Mówię ogólnie, że mam dosyć. Harówka jak w pegeerze, w szpitalu i w przychodni tłumy jak w pegeerze…

– Ale płaca jak w banku.

To chyba nie była zbyt fortunna uwaga, więc czym prędzej się poprawił:

– Ale co prawda, to prawda. Ostatnio byłem u dentysty… Tłumy jak w Afryce przy studni!

I znowu czekała go niespodzianka.

– Fakt. Płaca jest nie najgorsza, trochę mnie poniosło – przyznała z niewyraźną miną. – Jestem ostatnio przemęczona… – westchnęła i próbując wyjrzeć na ulicę, musnęła go kolanem. – Coś musiało się stać. To przez upał, w upalne dni na izbie przyjęć jest tragedia, sprawność psychomotoryczna leci na łeb na szyję… A wracając, najgorsi są właśnie dentyści.

Jak to najgorsi?!

Dentyści są najlepsi!

– Tak?

– Najczęściej spośród lekarzy chorują na depresję i popełniają samobójstwa.

– Tu bym polemizował. Dentyści to weseli kolesie. Naprawdę, znam kilku. – Uśmiechnął się zachęcająco, ukazując nadzwyczaj białe siekacze, ale dziewczyna jakby nie słuchała.

– Są beznadziejnymi mężami.

– Czemu?!

– Wszystko przez asystentki.

Asystentki?!

Ależ asystentki jego ojca – na razie pracowali razem – były świetne!

– Mogę wiedzieć, co do tego mają asystentki?

– Jak to co? Są z lekarzami wiele godzin. W jednym małym pomieszczeniu. I jak z kimś pracujesz na okrągło, blisko i go lubisz, bo chyba do własnego gabinetu nie zatrudnia się wrednych kreatur, to oczywista sprawa. Nie ma siły, w końcu musi zaiskrzyć. A pokaż mi faceta odpornego na elektryczność.

Argument był faktycznie trudny do odparcia, właśnie z takiego powodu zakończyło się małżeństwo jego rodziców…

– Lech Wałęsa. Podobno elektryka prąd nie tyka – próbował pokryć zakłopotanie wątpliwym żartem.

– A ty? Kim jesteś z zawodu, jeśli można wiedzieć?

– Artystą… – Już chciał rzucić sprawdzoną formułkę („artysta uśmiechu” budził cieplejsze skojarzenia niż chirurg stomatolog), ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. A właściwie dostosował się do sytuacji. – Artystą plastykiem – powiedział ku swojemu zaskoczeniu. – Jestem artystą plastykiem.

Cóż, w końcu regeneracja kości i niektóre robótki podchodziły pod sztukę, trudno zaprzeczyć. Miało się wrodzony talent manualny, ot co.

– Poważnie? – Otworzyła szeroko roześmiane oczęta i Adam stwierdził, że czekolada ma wyjątkowo dużą zawartość kakao. – Jesteś plastykiem?

– Tak, jestem bardzo… plastyczny. Zdziwiona?

– Czemu zdziwiona, po prostu nigdy dotąd nie poznałam żadnego artysty. To znaczy, nie znamy się…

– Adam Gryziewicz – wykazał się refleksem i już ściskał jej dłoń.

Dotyk.

Faza kontaktu cielesnego była… chyba najprzyjemniejsza.

Dziewczyna miała malutką i bardzo delikatną rękę, zupełnie jakby kobiecość zamieszkała w jej nadgarstku, skórze czy gdzieś między kosteczkami, nieważne. Fakt pozostawał faktem.

Od wewnątrz zalało go potworne ciepło.

– Ewa… Po prostu Ewa – zdradziła z wahaniem swoje imię. Chrypka jeszcze chwilę seksownie wibrowała, a żołądek Adama zwinął się w twardy supeł.

– Adam i Ewa rozmawiają na przystanku autobusowym o… Bogu. Dobre! – Cmoknął z lubością.

– O, przepraszam, ja rozmawiałam o Bogu, ty tylko podsłuchiwałeś.

– Przysłuchiwałem się. Przysłuchiwałem! Musisz przyznać, że to różnica.

– Niech ci będzie.

Z trudem zebrał się w sobie i ruszył do ataku.

– I co z tym zrobimy? – spytał zawadiacko, pamiętając, że jeśli chodzi o miękkość i żar, kobiety wolą zdecydowanych brutali. Przy kolesiach, którzy w razie potrzeby nie potrafią złamać przepisów i przejść na czerwonym, nie czują się bezpieczne.

– Z czym?

– Adam i Ewa. Protoplaści rodu… – zaczął nieco bredzić, ale towarzystwo dziewczyny sprawiało, że świat wirował, zupełnie jak po wypiciu czegoś mocniejszego. – Nie mów, że nie ma w tym ręki przeznaczenia czy tam Bożego palca, kwilenia słowików, pardon: gruchania gołębi… Gołębie też są w klimacie. I ogólnie tej, no, wzniosłości…

– Ty naprawdę jesteś artystą. – Zachichotała. – Ale konkretnie jakim? Rzeźbiarzem, grafikiem?

Adam wrócił wspomnieniami do niedawnego remontu, rzecz jasna prace budowlane wykonywali fachowcy, jednak on pomalował garaż! A konkretnie drzwi.

To mało?!

– Zostańmy przy artyście plastyku. Malarz, zwykły malarz. Chociaż nie… Niezwykły! – Trochę podniósł głos, gdyż właśnie coś wymyślił. – Zamierzam zostać słynnym malarzem. Malczewski to będzie przy mnie pikuś!

– Malczewski? – Ewa żywo się zainteresowała. – Czemu akurat Malczewski?

– A lubisz go?

– Ogromnie… – rzuciła jakby do siebie, ciszej. – Znasz się na Malczewskim? Jacku?

– Pewnie, że się znam! – kłamał jak najęty, ale przecież zawsze wychodził z założenia, że jeśli już coś robić, to nie jak robot. Serce. We wszystko należy wkładać serce. – Na Malczewskim się wychowałem, Malczewskim się inspirowałem. Kocham gościa, po prostu go kocham. Tylko Malczewski. To mój idol.

– Dobrze wiedzieć.

– I powiem ci… Że bardzo chciałbym namalować twój portret – palnął z rozpędu, truchlejąc na myśl o ewentualnej odmowie. – Już cię widzę w konkretnej pozycji.

– W czym?

– Yyy… W pozie. Widzę cię w konkretnej pozie. W baśniowej scenerii, takiej wiesz… – zająknął się, szukając odpowiednich słów. Nie powinien przecież mówić jak dentysta, raczej jak koleś na lekkim haju. Co oni tam pili w Młodej Polsce? Nie absynt czasem? Dobra, będzie jak po absyncie. – W odrealnionej scenerii. Ale w takiej wysmakowanej, może z twoją torebu… z plecakiem, wśród liści, wiadomo jakich, do tego deszcz kannabinoidów, helisa DNA, protony, neutrony, jądra… – rozkręcał się coraz bardziej, ale nie pozwoliła mu dokończyć.

– W porządku, zgadzam się.

– Zgadzasz się?!

– Tak, chcę mieć portret. Od dawna o tym myślałam.

– Będziesz zachwycona! – zapewnił gorąco.

– Jasne. Zapiszę ci mój numer, musimy się jakoś umówić. – Wydobyła z plecaka wygniecioną kartkę i pospiesznie nabazgrała na niej rząd cyfr. Zadzwoń! – rzuciła na pożegnanie, widząc żółte cielsko pięćdziesiątki, do której z bojowym okrzykiem na ustach ruszyła właśnie połowa przystanku.

Ta środa była najjaśniejszą środą tego lata.

Później jednak okazało się, że los okrutnie z Adama zadrwił.

A może nie los?

Może zadrwił z niego wredny, a do tego tchórzliwy babsztyl?…

Władze umysłowe odebrało Ewie trzy razy w życiu i było tego o trzy razy za dużo.

W pierwszym przypadku niemal oblała maturę, tak bardzo ją wzięło, w drugim – obiekt zarywał również do jej koleżanki z roku, co obie zainteresowane odkryły dopiero po kilku miesiącach, ale dzięki kobiecej solidarności chłopiec został ukarany, a nawet publicznie napiętnowany. Zemsta była słodka. Wraz z koleżanką odwiedzały go codziennie na Wydziale Prawa i Administracji i robiły tam małą szopkę z wyznaniami miłości. Któregoś razu zabrały nawet gitarę… O wielkim uczuciu dwóch nawiedzonych wariatek dowiedzieli się więc bez wyjątku wszyscy studenci oraz wykładowcy, a sprawca na ich widok w końcu zaczął dostawać nerwowych drgawek i podobno przeniósł się do Wrocławia. Tam miał czystą kartę, mógł czarować inne naiwniaczki. O trzeciej wpadce nawet nie chciało się Ewie myśleć, dwa lata wyjęte z życiorysu, totalna porażka.

Wtedy postanowiła, że będzie traktować facetów tak, jak oni traktowali kobiety.

Zimno.

I z wyrachowaniem.

Małe bzykanko? Czemu nie. Była otwarta na kreatywne projekty. Jeśli kandydat nie miał na czole napisu: ,,W pakiecie orgazm w dwie minuty i opryszczka narządów płciowych”, a do tego był inteligentny i kulturalny… Mogła nawiązać relację. RELACJĘ. Relacja to nie związek. Związek oznaczał zaangażowanie, kanapki do pracy, wspólnego kota i całą masę kłopotów. Kłopoty nie były kreatywne, na kłopoty Ewa nie miała na tym etapie ani wytrzymałości nerwowej, ani czasu. Na internę poszła przecież nieprzypadkowo. Oczywiście, medycyna pod strzechy i tak dalej, chciała pomagać bliźnim, a jeśli przy okazji tego pomagania wybuduje sobie dom… Wspaniale byłoby mieć swoje cztery kąty, gdzie nikt by się do niczego nie wtrącał (mieszkała z babcią i dziadkiem), gdzie nie musiałaby się z niczego tłumaczyć. Tyle że to marzenie oznaczało harówkę, więc własna rodzina na razie odpadała, zresztą rozsądnych kandydatów na stanowisko męża Ewa spotkała zero.

Słownie i cyfrą.

Zero.

Metoda wypełniania pustki niewinnymi flirtami okazała się strzałem w dziesiątkę, tym bardziej że jeśli Ewa nie życzyła sobie czyichś zalotów, proszona o numer telefonu podawała… namiar na dziadka, w którym od lat miała oddanego powiernika. Przypalany żelazem nie zdradziłby żadnego sekretu, a telefony od absztyfikantów stanowiły jego największą rozrywkę, oprócz polowań, rzecz jasna (dziadek był zapalonym myśliwym).

Ale w tym przypadku…

Ewa wcale nie zamierzała wysyłać nowo poznanego artysty na drzewo.

Miała wobec niego bardzo konkretne plany, a konkretnie chciała z nim odbyć rozmowę na temat malarstwa. Zważywszy, że ostatnio na gwałt potrzebowała gotówki (jej brat zaczął bredzić o ożenku!), artysta znający się na Malczewskim był wręcz zrządzeniem losu. Numer dziadka podyktowała zupełnie odruchowo, z czego zdała sobie sprawę w drodze, więc było już za późno. Poza tym celowo wsiadła w autobus, który wywiózł ją na Oblatów, nie na Dąb, bo z tego, jakie numery przepuszczał Adam, zorientowała się, że jadą w tym samym kierunku. A pierwsza zasada uwodzenia brzmiała: towar limitowany bardziej pożądany. Rozmawiała z nim, ile trzeba. Nie dwie rozwleczone godziny, w ciągu których zdąży zdechnąć każda tajemnica, ale kwadrans, w sam raz, żeby zaostrzyć apetyt. Ewa postanowiła skrócić spotkanie także i z innego ważnego powodu. Dosyć wstydliwego. Chodziło o nią.

Kiedy się zbytnio rozgadała…

Coś jej się w środku przestawiało, mówiła i mówiła, dosłownie wyciekał z niej potok słów, w dodatku zawsze były to słowa kompromitująco szczere. Tak szczere, że często zdarzało się jej obrazić rozmówcę. Zachowywała się zupełnie jak babcia, która była kochana, ale przerażająco brutalna. A Ewa za wszelką cenę nie chciała być brutalna, w związku z czym musiała kontrolować sytuację.

O, proszę, o wilku mowa!

Ledwie wysiadła z autobusu i ruszyła Stęślickiego w dół, żeby dotrzeć do Chorzowskiej, zaburczała komórka.

– Ewa, gdzie ty jesteś, dziecko?!

Głos babci brzmiał jak z zaświatów, do tego wibrowała w nim bojowa nuta, co mogło oznaczać tylko jedno.

Awanturę.

Ewa westchnęła i jednak nadstawiła uszu.

– Będę niedługo, za jakiś kwadrans – poinformowała. – Zaraz wsiadam w tramwaj, jestem pod Silesią.

Nie zamierzała dopytywać, co się stało, ponieważ otwarcie pewnych tam oznacza w przypadku babci pięć metrów powyżej poziomu morza. Wody huczą, fale niszczą wszystko, co napotkają na swojej drodze, i kataklizm gotowy. Tak, jeśli miałaby porównać babcię do jakiegoś współczesnego morskiego potwora, rekin byłby w sam raz.

Gdyby tak ktoś wynalazł spray na rekiny…

– Wiesz co się tutaj DZIEJE?! – wykrzyknęła nestorka rodu już pełną piersią.

– Niech zgadnę – rzuciła dosyć cierpko Ewa. Wokół wciąż panował nieznośny skwar, aż zaczynało jej pulsować w skroniach. Oby ten dzionek nie skończył się migreną. – Kłócisz się z dziadkiem?

– Jakie kłócisz?! Żeby ten staruch potrafił się chociaż kłócić. Kłócić, czyli odpierać argumenty. A ten zdziadziały satyr potrafi tylko burknąć NIE. Nie, bo nie! Rozumiesz? Przecież mnie zaraz coś trafi. Jak tu w ogóle rozmawiać?! No, sama powiedz. Przecież ja jestem osobą racjonalną. Wszystko rozumiem, można spokojnie…

– Babciu… – usiłowała dojść do słowa.

– …wysłuchać czyichś racji. Można docenić czyjąś troskę. Przecież ja nie z żadnej złośliwości, ale kto to widział…

– Babciu!

Zadziałał dopiero jej ostry ton, ale oczywiście i to babcia potrafiła obrócić przeciwko niej.

– Właśnie. Moja rodzona wnuczka też się do mnie pięknie odnosi. Czy ja sobie latami skakania wokół was zasłużyłam?! Wszystko mieliście. Jestem na każde wasze zawołanie, na każde skinienie. Jak pies. Lata wiernej służby, lata…

– Moment! – Ewa postanowiła ustalić fakty. – Gdzie teraz jest dziadek?

– A skąd ja mam… – zaczęła naburmuszona babcia, ale posłusznie dokończyła: – W ogrodzie. Przy tych swoich pomidorkach, co to je tak pieści i pieści.

– Dobrze. Więc już nic do niego nie mów, zgoda?

– A czy ja do niego coś mówię? Ja już mu wszystko powiedziałam, co myślałam. Wygarnęłam mu, aż mu w pięty poszło. Ale dzwonię do ciebie, bo nie mogę wytrzymać. Z krzywdy! Rozumiesz? Z krzywdy i żalu!

– Właśnie, babciu, żeby cię z żalu nie zaniosło do szklarni. Dobrze? Zostaw go.

– Dziecko, ja robię obiad. Do jakiej szklarni? Do tego składowiska gratów?! – Babcia wspomniała pomieszczenie, w którym dziadek faktycznie trzymał nawet przenośny telewizor sprzed dwudziestu lat, i Ewa wyobraziła sobie jej zdegustowany wzrok. Uspokoiła się. – Moja noga tam nie postanie. Nigdy! Niech sobie tam twój kochany dziadziuś zgnije, niech się w tych foliach i pomidorach zakopie na wieki wieków…

– Amen! Czy ja mogę powiedzieć, że jestem strasznie głodna?! – Ewa spróbowała z innej beczki.

– Głodna?! To wracaj szybko do domu. – Babcia zaczęła rozmowę zupełnie innym tonem, a w tle dało się słyszeć przyjemny brzęk pokrywki. – Robię pierogi z jagodami. Polane masełkiem i śmietaną. Mogą być?

Ostatnia wiadomość była wręcz elektryzująca.

Czy mogą być?!

Babcia gotowała najlepiej na świecie.

– Z jagodami? To ja pędzę jak na skrzydłach!

Tyle że skrzydła opadły Ewie najpierw w tramwaju, gdzie panował potworny ścisk, a ostatnie piórka straciła w okolicy furtki, czyli pośrodku ulicy Wiejskiej na Dębie, skąd rozpościerał się miły widok na buzujący zielenią ogród i czerwieniejące pośród niego dwa niewielkie budyneczki z niemieckiej cegły.

W domu z białą werandą mieszkała babcia z wnuczką, dziadek przeniósł się na stare lata do chlewików, które przerobił na parterowy domek. Jednak widziane zza płotu podwórko tylko pozornie było zadbanym obejściem ze stylową ławeczką pod jabłonią, z krzewami i kwiatami, nad którymi uwijały się pijane od pyłku pszczoły – przez jego środek biegła najprawdziwsza linia demarkacyjna. Przed czterema laty, kiedy doszło do otwartej wojny i dziadek wylądował z walizkami na zielonej trawce, rozpoczął remont budynków gospodarczych i jeszcze tego samego dnia zasadził pośrodku podwórka rząd słoneczników o szerokości metra. Podzielił tym samym posiadłość na dwie części i bacznie pilnował respektowania granicy.

Od tamtego czasu życie Ewy zmieniło się w piekło.

Dziadek z babcią nie przeżyli nawet kilku godzin bez utarczek i dogryzań, nie przeszkadzała im w tym ani odległość – przecież można drzeć się przez okno na całą dzielnicę – ani wiek. Oboje mieli wciąż mnóstwo siły i zaparcia.

Szczególnie zaparcia.

Znaleźć dwoje tak upartych staruszków było naprawdę trudno.

– Kto inny by podziękował, ale to trzeba być tępakiem… – Na Wiejskiej pobrzmiewał sopran wzburzonej babci i Ewę oblał rumieniec.

W okolicy skwerku pojawiła się właśnie sąsiadka wyprowadzająca psa, niby uśmiechnęła się na powitanie, ale Ewa widziała jej badawczy wzrok, którym obejmowała to podwórko, to biedną wnuczkę, która doświadcza przemocy domowej.

A niech sobie baba patrzy!

Ewa była daleka od układania swojego życia pod dyktando sąsiadów, ale wymierzona w nią w słoneczny dzień kpina raczej nie nastrajała pozytywnie. W dodatku czekała ją zaraz niezła przeprawa. Tak nakręcona babcia zaleje ją pretensjami, będzie żądała opowiedzenia się po jej stronie, będzie robić z siebie ofiarę, a na koniec dostanie ataku serca.

Po prostu szczyt marzeń.

– Zawrzesz w końcu buzię, kobieto?! Ileż można ujadać?! Ujada i ujada, ta-ta-ta i ta-ta-ta. Głowa puchnie, chociaż mieszkam osobno! – zadudnił wyprowadzony z równowagi dziadek i Ewa zrozumiała, że jest gorzej, niż myślała.

Dziadkowi nerwy puszczały tylko w ostateczności.

Ciekawe, o co poszło tym razem…

Babcia nie zawiodła, zalała wnuczkę potokiem słów już w drzwiach, ale trudno było doszukać się w tej paplaninie sensu.

– Jesteś! No i popatrz. Słyszałaś, jak on do mnie mówi?! Zamknij ryj! W końcu mam świadka. Czy tak powinien się odnosić do żony mąż?

– Dziadek wspominał coś o zawarciu buzi. I powiedział „kobieto”, więc moim zdaniem trzeba się cieszyć. A tak w ogóle to słychać was już na światłach, pod kościołem… – próbowała zahaczyć o wartości wyższe, ale jeśli chodziło o wzbudzanie poczucia winy, babcia nie miała sobie w tej dyscyplinie równych.

– I co z tego?! A niech się wszyscy dowiedzą, jaki ze Strzegomskiego CHAM! – Ostatnie słowo zostało specjalnie zaakcentowane i rzucone przez okno z taką mocą, że w kuchni zrobiło się jeszcze goręcej.

Ewa poczuła, że klei się do niej bluzka, spodnie, a nawet skarpetki.

Babcia leżała chwilę przewieszona przez parapet, jej wzorzysta spódnica wyglądała w tej pozycji jak wystawiona do wietrzenia poduszka, ale od domku dziadka tym razem nie rozbrzmiała żadna smakowita odpowiedź. Niepocieszona wróciła więc do czynności kulinarnych, wymachując przy tym starą łyżką cedzakową, która wyglądała w jej dłoni niczym halabarda.

– Inny by docenił, że żona się o niego martwi, że coś dla niego robi, a ten niewdzięcznik…

– Czy ja się w końcu dowiem…

– Zamiast już na dzień dobry pyskować, lepiej byś umyła ręce! – Babcia znowu machnęła orężem kuchennym, aż zafalował na niej biust i Ewa mimo wszystko się uśmiechnęła.

Dość niemrawo i w duchu, ale jednak.

Babcia skończyła niedawno siedemdziesiąt trzy lata, ale było w niej coś takiego, że człowiek musiał zaliczyć ją do płci pięknej, a nie do gatunku: staruszka. I wcale nie chodziło o wygląd, bo nawet nie farbowała włosów. Nosiła siwą, krótko przystrzyżoną fryzurę, a zmarszczki na jej twarzy układały się w skomplikowane wzory: raz była to fikuśna koronka (kiedy babcia się uśmiechała), a raz pajęcza sieć – gdy słała światu groźne spojrzenia. Figurę miała natomiast Waleria Strzegomska lepszą niż niejedna pięćdziesięciolatka: cieszyła się dość obfitymi kształtami, za to w świetnych proporcjach, na co zżymała się nawet Ewa, na próżno poszukująca u siebie seksownie zaznaczonej talii. Poza tym babcia trzymała się prosto, jak carski oficer, a w jej ruchach była taka władczość, taka siła, że ktoś mniej energiczny mógł się nawet przestraszyć.

– Umyję u dziadka. – Ewa jednak w ogóle się babci nie bała.

Rzuciła niedbale torbę na krzesełko i z powrotem wystartowała do drzwi.

– Jak: u dziadka? Co, u nas nagle zabrakło wody? – natarła babcia.

– Zanim powiesz, co się stało, dostanę apopleksji – wyjaśniła przytomnie wnuczka, nie siląc się na delikatność. – Ręce umyję przy okazji, dziadek ma fajne mydło. Oliwka z lawendą. Kiedy pierożki? – zapytała z uczuciem, jak gdyby nigdy nic.

Ten sposób, przetestowany już setki razy, był na babcię najlepszy.

Jedzenie! Babcia kochała jedzenie, jedzeniem kochała też sprawiać radość innym. Jedzenie z pewnością zajmie uwagę babci na dłużej.

– Pierożki… – burknęła pod nosem, ale wróciła do garnków. – Tylko nie siedź tam pół dnia! Pierogi już wyjmuję, pospiesz się, bo będą zimne. I zaraz mi wszystko powtórzysz, ten stary dziad na pewno będzie na mnie nadawał. Już ja go znam!

Dziadek musiał chyba obserwować podwórko, gdyż ledwie Ewa podeszła do domku, czerwone drzwi zapraszająco skrzypnęły.

– Krzyż pański z tą kobietą… – Dziadek sapnął już na wstępie, ale cicho, jak spiskowiec, który wpuszcza sojusznika do swojej kryjówki.

I od razu otoczył ich znajomy zapach suszonych jabłek.

– Dziadku, powiesz, co się stało? – spytała z troską Ewa, zatrzymując się na środku sporego pokoju zastawionego przeróżnymi sprzętami.

Lubiła tu zaglądać, choć z trudem znajdowała w tym bałaganie miejsce, żeby choć usiąść: w kącie dumnie sterczała zabytkowa prasa do owoców, pod oknem i na krzesłach tłoczyły się numery „Łowca Polskiego”, segment po lewej stronie zawalały rozmaite narzędzia i starocie (w tym prześliczna mosiężna waga z wykutym na brzegu niemieckim napisem), a ze wszystkich ścian spoglądały smętnie szklane oczy zabitych przez dziadka zwierząt, które nazywał trofeami. Sarenki, daniele, dziki, a nawet jelenie – biegały kiedyś chyżo po lasach i puszczach, a dziś były tak zwaną ozdobą. Czyli kawałkiem wypchanej i pokrytej kurzem skóry.

Smutne.

Po pokoju skakała właśnie w najlepsze Bomba i Ewa nie umiała powstrzymać uśmiechu. Bomba była teoretycznie psem myśliwskim, w praktyce rudowłosą i zaokrągloną jamniczką, która chadzała na polowania wyłącznie w celach konsumpcyjno-rozrywkowych. Flirtowała tam na potęgę z kawalerami, a także jadała zastrzelone ptactwo, zamiast je posłusznie przynosić, co doprowadzało dziadka do szewskiej, nie łowieckiej, pasji. Ale w domu była najukochańszą sunią.

– Już, już… – Ewa rzuciła się ją głaskać. Lubiła zwierzęta, rozumiała je, a nawet od czasu do czasu leczyła, o czym wiedział już cały Dąb. – Moja malutka. Dziadku? – Nie zapomniała jednak, po co tu przyszła. – Babcia szaleje. Oświecisz mnie z jakiego powodu?

– Tak, szaleje, dobrze powiedziane. Ta kobieta najadła się szaleju! Masz, czytaj… – Roztrzęsiony dziadek położył na stole jakiś papier.

– Co to jest?

Ewa zerknęła na kartonik rozmiarów zeszytu, który przedstawiał Matkę Boską. Obok, jak na dyplomie, widniał wykaligrafowany tekst:

MISYJNE

Msze Święte Wieczyste

Codziennie odprawiamy siedem Mszy Świętych z podziękowaniem za otrzymane łaski, z prośbą o zdrowie duszy i ciała (tu ktoś powyżej dopisał ,,oraz UMYSŁU!”), dary Ducha Świętego, wzrost wiary, nadziei i miłości, opiekę Matki Najświętszej oraz Boże błogosławieństwo w dalszym życiu.

Andrzej Strzegomski

ul. Wiejska 7

Katowice

Ma w nich udział od dnia 11 lipca.

Bóg zapłać za złożoną ofiarę.

– O, tu, zobacz, tu! – Wzburzony dziadek pokazał palcem na kolejny dopisek autorstwa babci: ,,Opamiętaj się, Andrzej, póki czas. Nie wiadomo, kto z nas pierwszy!”.

Ewa w zdumieniu prawie zagwizdała.

– W mordę! – wyrwało się jej.

– Właśnie.

Dziadek zaczął krążyć po pokoju, nie przeszkodziły mu w tym ani spory brzuszek, ani zadyszka. Ściągnął okulary, co chwilę je przecierał i z chwili na chwilę robił się na twarzy coraz bardziej czerwony. Ewa dawno nie widziała go w takich emocjach. Biedak. Od zarania dziejów był zatwardziałym ateistą i na tym tle również dochodziło między nim a fanatycznie wierzącą babcią do zatargów. Normalka. Dlaczego więc dziś tak się uruchomił?

– Co za złośliwe… kobiecisko! Już mi sił brakuje, mówię ci, Ewuniu… Znosiłem to przez tyle lat. Przez tyle lat ustępowałem, wysłuchiwałem obelg… Ale takie coś?!

– Po prostu babcia ci dobrze życzy. Modli się za ciebie – bąknęła.

– Dobrze życzy? – powtórzył prześmiewczo. – Ona dobrze życzy tylko obcym! Albo tobie i twojemu bratu. Mężowi taki numer wywinąć… Moje nazwisko w ich bazach danych! Rozumiesz?! Takie świństwo mi zrobiła… Już mnie mają! – Dziadek nie pozwolił sobie niczego wytłumaczyć.

Kościół katolicki traktował jako wcielenie wszelkiego zła, a przeciwstawianie się księżom i ich polityce uważał za swoją życiową powinność. Żony nie próbował już uświadamiać, ale sądził, że Polska byłaby aktualnie na zupełnie innym etapie rozwoju, gdyby nie musiała przez wieki płacić daniny – szeroko rozumianej, jak podkreślał.

– Jakie: mają? – Ewa usiłowała za nim nadążyć, ale czuła, że sprawa jest przegrana.

Dziadek, niegdyś wojskowy technik radiologii, miał lekką obsesję na tle archiwów, dokumentów i wszelkiej działalności śledczej. Odwieść go od raz rzuconych podejrzeń było praktycznie niemożliwe.

– A co! Czarni to najlepszy wywiad świata. I proszę, już mają moje nazwisko!

– Dziadku, przesadzasz… A chrzest mamy? Mama była przecież chrzczona.

Ewa wspomniała swoją rodzicielkę, która na początku lat dziewięćdziesiątych zwinęła manatki i wyjechała z ojcem do Wiednia, a ją i brata zostawiła u rodziców. Niby na kilka miesięcy, niby na chwilę, ale chwila trwała już ponad dwadzieścia lat. W sumie nieźle się złożyło, mama pod pewnymi względami była jeszcze gorsza niż babcia.

Dziadek usilnie coś analizował.

– Namaszczona? – spytał w końcu z osobliwym wyrazem twarzy i Ewę olśniło.

Przecież dziadek niedosłyszy! Chyba znowu rozregulował mu się aparat, trzeba się tym jak najszybciej zająć.

– Chrzczona. Powiedziałam, że mama była chrzczona.

– Aaa, chrzczona… Ale mnie przy tym nie było! – zastrzegł pospiesznie, przysiadając obok wnuczki.

W oczach miał przerażającą bezradność.

– Nieważne, czy byłeś – tłumaczyła cierpliwie. – Twoje imię i nazwisko zostało zanotowane w księgach już wtedy… Znowu paliłeś fajkę? – spytała groźnie, gdyż w jego oskrzelach usłyszała coś niepokojącego.

– Oj tam… I wiesz jeszcze, czego się dzisiaj dowiedziałem? – Dziadek zerknął na swój brzuch, a potem umknął spojrzeniem w bok. Zaczynała mu też drżeć broda, co Ewę zawsze rozstrajało. – Że jestem tłusty wieprz. Do grubasów już się przyzwyczaiłem. Do tępaków również. Ale dzisiaj jeszcze mi oznajmiła, że nadaję się tylko do obsługi pługa albo żniwiarki…

– Jakiej żniwiarki?! – wyraziła zdumienie Ewa.

Dziadek spojrzał z nostalgią na prasę do owoców.

– Chodzi o to, że nie znam się na Androinach i innych komputerach… Że jestem niedzisiejszy. Stary wapniak. Zlasowane wapno…

– I to wszystko przy okazji msz… mesz?… – Ewa, nagle rozbawiona, nieco się zaplątała.

– Mszów? – Dziadek do niej dołączył, a koniuszki wąsów mimowolnie mu drgnęły. Wnuczka szybko wykorzystała więc okazję i położyła swoją dłoń na jego ręce: pomarszczonej, ale zadziwiająco twardej. Była ciepła.

– Mszy świętych.

– Tak czy siak twoja babcia potrafi przejść od różańca świętego do wyrzutni rakiet, które opchnie Czeczenom za korniszony. Żaden problem. Oberwałem, bo ośmieliłem się zaprotestować przeciwko wycieraniu mojego nazwiska po kaplicach. Po prostu grzech śmiertelny! – znowu się uniósł, po czym patrząc Ewie głęboko w oczy oznajmił:

– Ewuniu, chyba poproszę cię o pomoc.

– Ale w czym?

– Bez ciebie nie dam rady. Nie wiem, jak się do tego zabrać, a ty jesteś lekarzem…

– Jeszcze nie do końca – uczciwie zaprotestowała.

– Jesteś, jesteś. I to najlepszym.

– Zamiłowanie do medycyny mam po dziadku.

– Tak, ale mój romans z medycyną to czas przeszły. A czas teraźniejszy jest taki, że wszystko się pozmieniało. Teraz się leczy ludzi inaczej, zupełnie inaczej… Słowem, bez ciebie ani rusz. Chodzi o to, że muszę przejść na dietę… – w końcu wykrztusił z siebie komunikat, a Ewa z uciechy aż klasnęła w dłonie.

– Super!

– Super – powtórzył, niezbyt przekonany. – Tak myślałem, żeby zrzucić parę kilo i znowu wrócić do gry, żeby babci opadła sztuczna szczęka. I jeszcze… Pomożesz mi kupić telefon komórkowy i laptopa, a potem mnie tego diabelstwa nauczysz? Bo miarka się przebrała. Twoja babcia nie będzie mnie więcej poniżać… Co o tym wszystkim sądzisz? – spytał na zakończenie.

Ewa wyobraziła sobie minę babci, kiedy dziadek śmiga w nowiutkich adidasach na poranny jogging, i szatańsko się do tych myśli uśmiechnęła.

– Sądzę, że to najlepszy pomysł, na jaki ostatnio wpadłeś.

– Poważnie?

– Bardzo poważnie.

– Czyli szafa gra? – Dziadek, już w zupełnie innym nastroju, puścił do niej oko.

– Gra i buczy.

– Tylko babci na razie o tym ani słowa…

– Ma się rozumieć.

– Obiad! – usłyszeli za oknem okrzyk nabrzmiały od pretensji i oboje pomyśleli o tym samym. Niektóre kobiety potrafią wyrazić urazę na kilkanaście różnych sposobów. – Ewa, słyszysz? Ile mam wołać?! Inni też mogą przyjść, ja idę na górę. Nałóżcie sobie, chyba macie ręce…

Dziadek oddał się swojej małej obsesji, czyli zaczął zamykać za sobą wszystkie zamki w drzwiach, mimo że do babci miał parę kroków, a jedzenie obiadu zajmowało około kwadransa, natomiast Ewa pomiędzy domkiem a werandą zdążyła wejść w konflikt.

Z babsztylem, który wyrósł nagle nieproszony na ścieżce.

Dosyć tego dobrego!

Łażą takie po okolicy, zaglądają w każdy kąt i naciągają starszych ludzi.

Zaledwie wczoraj pogoniła kolesia, który usiłował namówić babcię na zmianę dostawcy prądu. Dobra zmiana. Akurat. Ilość włóczących się po domach osób proszących o pomoc, bo spaliło się im mieszkanie, bo mają jedną pensję i sześcioro dzieci, była naprawdę zatrważająca. Statystyki zmieniło dopiero pięćset plus, ale i tak nie odnotowały tygodnia, żeby ktoś nie przyszedł po prośbie. Obie z babcią pomagały, jasna sprawa, jednak dzieliły się tylko jedzeniem. A i tak niektórzy byli na tyle bezczelni, że odmawiali chleba! Woleli gotówkę. A teraz wtarabania się tu babsztyl, który od pierwszego wejrzenia podziałał na Ewę jak płachta na byka. Kobieta miała w sobie coś zdecydowanie agresywnego. W dodatku ten wygląd…

Włosy w kolorze matowej czerni à la wpadłam niechcący do zsypu, skóra ,,z czerniakiem mi do twarzy” albo I live in a solarium, a wyraz oczu… Jakby handlowała na ryneczku niemiecką chemią. Do tego na wiekowym tyłku spódniczusia jak u sześciolatki, we włosach plastikowa opaska, co w całości naprawdę prezentowało się niezbyt świeżo, ponieważ baba liczyła sobie coś ponad czterdziestkę i teoretycznie powinna rozumieć, że sentymentalne czasy liceum, pardon, zawodówki, już dawno przebrzmiały.

– A pani to się czasem zbytnio nie rozpędziła? – Ewa wcale nie zamierzała sypać na jej powitanie kwiatów.

Przy furtce znajdował się dzwonek, wystarczyło przyłożyć paluszek z tipsem w odpowiednie miejsce, a nie pakować się komuś bez zaproszenia na podwórko.

– Słucham? – Kobieta otworzyła w zdumieniu oczy.

Niebieskie jak kolorowana woda w spłuczce.

– Dlaczego pani nie zadzwoniła?

– Ale do kogo?! – warknęła.

– Do czego. Do furtki!

– Słucham?

– Czy ja naprawdę zadaję trudne pytania? Włazi tu pani jak do siebie…

– Jakie włazi?! – Baba się nastroszyła, przez co zbrzydła jeszcze bardziej. – Ja nigdzie nie włażę, przyszłam do Pawełka – padła niepokojąca odpowiedź i Ewie zrobiło się dla odmiany zimno. Jej osobisty starszy o pięć lat braciszek otrzymał od rodziców dokładnie to samo imię. Nie! Na Boga, nie… – I dzwoniłam. Do Pawełka. Mieliśmy się tu spotkać.

– Pawełek?!

– Paweł Schneider, mój… narzeczony.

– Chrzczony? – Dziadek, mając w pamięci niedawną rozmowę z wnuczką, pojawił się tuż obok i Ewa zyskała na czasie.

Usiłowała oprzytomnieć.

Brat o przyszłej pani Schneider wypowiadał się w samych superlatywach i tak sugestywnie, że w głowie Ewy powstał jej niepokalany obraz. Bo jeśli ktoś jest piękny, mądry, dobry, seksowny, błyskotliwy i zdolny (Monika potrafiła swoimi paluszkami wyplatać kosze wiklinowe!), to może inni członkowie rodziny zaczynają się czuć jak niedorobione sieroty, które potrafią jedynie założyć cewnik i odróżnić odrę od różyczki. Ewa zastanawiała się, jak zmienią się układy z bratem, z którym zawsze wiązała ją silna więź, po zapowiedzianym przez niego w ostatni weekend ożenku, ale takie coś…

Monika.

A więc to była MONIKA?!

Ten dobrotliwy anioł, ta słodycz lukrowana w niebiańskiej chmurce…

– A nie jest chrzczony? – podłapała tamta z podejrzliwą miną, aż jej prostowane czarne kłaki stanęły dęba. – Bo my chcemy wziąć ślub kościelny i to może być problem…

– Że co, że co? – Do dziadka powoli zaczęła docierać powaga sytuacji. – Pani powtórzy od początku. Jaki ślub? Z kim?!

– Chcemy wziąć ślub kościelny. Z moim narzeczonym, a z kim? – odburknęła tamta i Ewa w jednej chwili zniecierpiała swoją przyszłą bratową na mur, beton oraz amen.

Stanęła więc w szyku bojowym tuż obok dziadka.

– Może trochę grzeczniej?

– A pani to w ogóle kto? Pani pierwsza była niegrzeczna. Włazi! Ja nigdzie nie włażę. Byłam zaproszona…

Dziadek w końcu usłyszał, co trzeba, i połączył fakty.

– Pani do Pawła?

– Przecież od początku mówię!

– Pani Monika? – Spojrzał zza okularów, nie kryjąc oszołomienia, a następnie poszukał wzroku wnuczki niczym koła ratunkowego na wzburzonym morzu.

– A to takie dziwne? Monika…

– Monique! – Zza rogu wypłynął tymczasem sprawca zamieszania.

Paweł, zwany w domowym zaciszu pieszczotliwie Pawciem (w przedszkolu notorycznie reagował na szpinak odruchami wymiotnymi).

Tyle że teraz wyglądał jak nie on.

Nadal był rumianym, pociesznym blondynem, od którego biła serdeczność i tężyzna fizyczna, ale twarz mu się zmieniła, jakby dostał gorączki czy dyfterytu. Albo… gorączki w dyfterycie. W dodatku Ewie odruchowo przemknęła przez głowę myśl o tracheotomii, gdyż brata jakby zatchnęło. Najpierw wstrzymał oddech, a później zachłysnął się uwielbieniem. Wzrok miał już nawet nie błędny, ale rozedrgany miłością i zachwytem tak bardzo, że Ewa czuła się całkiem skołowana. Padło mu na mózg, jak nic padło braciszkowi na mózg, nie było innego wytłumaczenia, ponieważ na ścieżce stał, dygając nóżką, nie słodki Kopciuszek, ale jego zła i brzydka siostra.

Tylko kretyn mógł tego nie widzieć!

Monika łaskawie pozwoliła się przez chwilę wielbić, po czym została niemal porwana na ręce i zaniesiona do królestwa babci.

Czyli dobrej, ekhm, wróżki.

To dopiero numer!

Dziadek z Ewą spojrzeli na siebie porozumiewawczo, po czym ruszyli za Pawłem i jego wybranką. Nie mogli sobie przecież darować, musieli być świadkami tego wiekopomnego zdarzenia.

Pierwsze spotkanie.

Cud narodzin wzajemnej sympatii…

– Babciu! – darł się na dole rozochocony Paweł. – Mamy gościa!

– Jakiego gościa?! – W głosie babci dało się wyczuć niebezpieczną nutę.

Ale i ciekawość.

– Odwiedziła nas Monika!

– Monika?! Twoja Monika?

– Pewnie, że moja. – Paweł dumnie przyciągnął do siebie narzeczoną, aż starowince przekrzywiła się na głowie opaska.

Powinien uważać. Zważywszy na występującą między nimi różnicę wieku (dziesięć lat), Monika mogła już mieć początki osteopenii!

– No, chyba żartujesz?! Tak mnie zaskakiwać? – Na górze zaszurał fotel i Ewa już widziała, jak babcia w popłochu przegląda się w szafie. Jak wprawnymi ruchami wpina grzebień z tyłu głowy, jak podekscytowana wciąga powietrze.

Narzeczona Pawełka!

Fajowo, będą razem obchodzić Dzień Babci.

– Już, już, tylko się ogarnę. Robiłam obiad. No, tak mnie zasko…

Po chwili na schodach zobaczyli najpierw szerokie, zielone buty zwane crocsami, przypominające z boku paszczę krokodyla, a zaraz potem dał się słyszeć łopot spódnicy i ich oczom ukazała się pani tego domu w całej swej imponującej okazałości. Minus chochla, co Ewa odnotowała z niejakim zawodem. Za to na stopniach znalazł się Saper – bury kocur, który nienawidził obcych. Jego wrogi miauk pozwalał mieć nadzieję…

Monika zdążyła jednak przybrać najbardziej kaloryczny z uśmiechów, jakim dysponowała, i ukłoniła się niczym pensjonarka, co z boku wyglądało mniej więcej tak, jakby Jola z Big Brothera usiłowała wmówić publiczności, że ma piętnaście lat, a „penis” to nazwa gry zręcznościowej, której nigdy nie miała w rękach.

I babcia to kupiła!

A przynajmniej takie sprawiała wrażenie.

Kiedy Ewa zobaczyła pośród zmarszczek uśmiech, owszem, nieco powściągliwy, ale jednak, zwątpiła we własne geny. A może nie jest dzieckiem swoich rodziców, może podmieniono ją w szpitalu? W komunizmie różnie bywało. I Paweł, jej ukochany brat, na co dzień przecież łebski i wrażliwy facet, jej brat w roli zadurzonego idioty!

Tragedia.

Jedynym wsparciem okazał się dziadek (Saper obwąchał gościa, fuknął i uciekł na piętro), który popatrywał na Monikę jak na farbowanego lisa, zażenowany cmokał i w końcu, żeby unormować sytuację, nieśmiało napomknął o obiedzie.

Nieśmiało.

Jakby po jego poprzedniej złości na małżonkę nie został nawet ślad.

– Walerka, a może podasz nam pierogi? Pięknie pachną… Z jagodami?

Tyle babci wystarczyło.

W sekundzie wróciła do żywych.

– Teraz to mam ci podać pierogi, tak?! – rozkręcała się, nie bacząc na towarzystwo. – Walerka?! Ty się tak ze mną nie spoufalaj, łotrze, bo tyle jadu, co dzisiaj w podziękowaniu za moje dobre serce na mnie wylałeś… – Pogroziła dziadkowi.

Ewa westchnęła w zażenowaniu, ale Monika wyglądała tak, jakby codziennie uczestniczyła w podobnych scenach. Zlustrowała kuchnię, po czym umościła się wygodnie za stołem.

Pod ścianą, na jej miejscu!

– Zjedzmy jak ludzie. Nie jesteśmy… sami. – Dziadek mimo wszystko usiłował rozładować atmosferę.

Z pewnością jego wysiłki spełzłyby na niczym, gdyby nie… Monika. Otrzymawszy od babci parujący talerz, zaczęła opowiadać, jak to trzy miesiące temu (szmat czasu!) poznała Pawełka. Chociaż nikt jej o żadne szczegóły nie prosił. Brat przyjął wspominki z zadowoleniem, które przewyższało radość z pałaszowania pierogów, choć pierogi z jagodami należały do jego ulubionych dań.

Zastanawiająca sprawa z tą miłością.

Ludzie całkiem od niej ślepną.

Ewa stwierdziła, że to się powinno leczyć ambulatoryjnie.

– Ja już wiedziałam, że coś się wydarzy, bo we wtorek płakałam na powtórce MasterChefa… – zaczęła arcyciekawym wstępem Monika, a babcia uniosła w odpowiedzi brwi. Powściągliwość nie leżała w jej naturze, więc Ewa uspokoiła się, że z babcią jednak jest wszystko w porządku. Po prostu z jakichś przyczyn nie chciała ujawniać swojej dezaprobaty.

– To ty jesteś wrażliwa dziewczyna – rzuciła tylko, przekrajając pieroga z zastanawiającą pieczołowitością na dwie równe części.

Nóż zalśnił w jej drobnej ręce, a jagody rozlały się na talerzu ciemną purpurą niczym popsuta krew.

– Dziewczyna… – mruknęła z ubolewaniem Ewa, jednak opowieść toczyła się dalej.

Nie, wcale nie chciała traktować bratowej lekceważąco.

Ale kiedy starsza pani szukała porównania, opowiadając, jak to razem z Pawełkiem ślicznie wyglądają, idąc ulicą…

– Wyglądamy jak… Jak…

– Jak jin i yang – podsunęła skwapliwie, na co Monika wystawiła do suszenia górne jedynki i jednak przyjęła podpowiedź z wdzięcznością.

– Dzięki. Słyszałam, to o połówkach, chociaż po chińsku, nie?

– Yhy. Zwłaszcza jin. Boyang też może być po angielsku. I… Jednak nie. – Udała zmartwioną. – To chyba do was nie pasuje, bo young w tłumaczeniu z angielskiego znaczy…

– Poproszę dokładkę! – Braciszek wszedł jej w słowo i nie omieszkał przy tym upomnieć siostry wzrokiem. – Pierogi pychota. A jak w szpitalu? – Ostatnie pytanie było skierowane właśnie do niej.

– Masakra. Upał daje się we znaki, zwłaszcza osobom starszym. Serca nie wytrzymują. A właśnie… Jak u pani z ciśnieniem?

Monika wpakowała sobie do ust kawałek pieroga i pokiwała w podziękowaniu głową. Zupełnie nie zrozumiała aluzji!