Materiał ludzki - Piotr Borlik - ebook + audiobook

15 osób właśnie czyta

Opis

Druga po "Boskiej proporcji" część cyklu kryminalnego z Agatą Stec.

Po zakończonym śledztwie w sprawie morderstwa w gdańskim parku Oliwskim w niewyjaśnionych okolicznościach znika główny świadek w sprawie. Komisarz Agata Stec nie ustaje w poszukiwaniach mężczyzny, z którym łączyły ją nie tylko służbowe relacje. Brak efektów w połączeniu z mnożącymi się pytaniami i wątpliwościami popycha policjantkę do podjęcia desperackich kroków.
Tymczasem w niewielkiej wsi na Kaszubach dochodzi do makabrycznego odkrycia. Dwie młode kobiety znaleziono przywiązane do pali pośrodku pola i obrośnięte kwitnącymi powojnikami. Po tym, jak Agata ratuje życie jednej z nich, jej losem zaczyna interesować się brat policjantki, psycholog Artur Kamiński, nie tylko w celu udzielenia pomocy niedoszłej ofierze…

Piotr Borlik ur. w 1986 r. Inżynier po Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym.
Jest mistrzem Holandii oraz laureatem trzeciego miejsca w otwartych mistrzostwach Czech w grach logicznych. Autor cyklu kryminałów z Agatą Stec, którego pierwszy tom nosi tytuł "Boska proporcja".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Piotr Borlik, 2019

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

 

Zdjęcie na okładce

© Rekha Garton/Trevillion Images

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-693-7

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla M.

 

Rozdział I

Uderzyła głową o coś twardego. Przywykła już do pobudek w nietypowych miejscach, ale tym razem nie chodziło o noc zakończoną w mieszkaniu śpiącego u jej boku nieznajomego mężczyzny. W takich sytuacjach do perfekcji opanowała bezszelestne wstawanie z łóżka, zbieranie swoich rzeczy i opuszczanie sypialni, zazwyczaj śmierdzącej potem i alkoholem. Nie przeszkadzał jej wirujący wokół świat ani fakt, że czasem, prócz towarzysza nocnych igraszek, w domu przebywali inni domownicy, na przykład dzieci.

Teraz jednak nie była w stanie ruszyć się z miejsca.

Skrępowane nogi i związane z tyłu ręce sugerowały przygodę z amatorem mocnych wrażeń. W przeszłości Agacie zdarzało się korzystać w łóżku z policyjnych kajdanek, ale to ona skuwała mężczyzn, nigdy odwrotnie. Jeśli dodać do tego szmaciany worek zarzucony na głowę, nie ulegało wątpliwości, że ją porwano.

Ze zdziwieniem odnotowała, że nie odczuwa strachu. Fajnie było pomyśleć o sobie jako o nieustraszonej pani komisarz, która nawet w takich okolicznościach potrafi zachować zimną krew, ale podejrzewała, że to zasługa substancji odurzającej. Głowę miała zbyt ciężką jak na zwykłego kaca, myśli zbyt łatwo uciekały, było jej strasznie gorąco, najchętniej po prostu zamknęłaby oczy i zasnęła. W tej chwili na wszystko zobojętniała. Nawet gdyby w tle usłyszała rozpaczliwe krzyki i odgłosy piły mechanicznej, wzruszyłaby jedynie ramionami.

Policyjny instynkt nakazywał skupić się na otoczeniu. Oblizała spierzchnięte wargi i mimo rozkojarzenia próbowała ocenić swoje położenie. Niewiele widziała przez naciągnięty na głowę worek. Co chwila przechylała się na bok, głową i ramieniem uderzała o coś twardego, a prócz uciążliwego szumu w uszach, utrudniającego zebranie myśli, słyszała pracę silnika. Raz na jakiś czas dochodziły do niej głośne skrzypnięcia. Znajdowała się w jadącym samochodzie, najprawdopodobniej leciwej furgonetce, w której, jak wywnioskowała po duszącym zapachu, przewożono wcześniej materiały budowlane.

Wytężyła słuch, ale nie wyłapała żadnych innych dźwięków. Oglądała kiedyś film, w którym porwany detektyw, pomimo przepaski na oczach, potrafił określić trasę przejazdu. Ona jednak swoje umiejętności dedukcji wyczerpała na tym, że kierowcy się spieszy i jedzie wyjątkowo wyboistą drogą. Co rusz podskakiwała na nierównościach, uderzając głową o bok samochodu.

Nagle pojazd zwolnił, a po chwili stanął. Agata czekała na odgłos otwieranych drzwi. Próbując przygotować się na to, co miało nadejść, usiadła z wysiłkiem i oparła plecy o ścianę furgonetki, by zachować resztki godności. Nikt jednak po nią nie przychodził. Po dłuższej chwili przymknęła ciężkie powieki i odpłynęła myślami do niedawnego wieczoru kawalerskiego Karola Olkowskiego. Sama nie wiedziała, czy wówczas bardziej zdziwił ją fakt, że chuderlawy podkomisarz znalazł kobietę, która skłonna była spędzić z nim resztę życia, czy to, że została zaproszona na męską imprezę. To ona wpadła na pomysł, by zaczaić się na nieporadnego kolegę i odegrać porwanie. Pozostali podchwycili pomysł. W imprezie nie brał udziału inspektor Lubomirski, mogli więc pożyczyć radiowóz i użyć go do przewiezienia Karola spod mieszkania do klubu ze striptizem.

Przez chwilę rozważała, czy koledzy z komisariatu nie wykręcili jej podobnego numeru, szybko jednak odrzuciła tę myśl. Każdy dobrze wiedział, że po czymś takim wycisnęłaby wszystkim jądra, aż śpiewaliby falsetem. Jedyną osobą na komendzie, która nie spuszczała przed nią wzroku, był inspektor, ale maska zawsze poważnego i profesjonalnego przełożonego nie pozwoliłaby mu na tego typu żarty.

– Maska… – powiedziała na głos.

Zdziwiło ją brzmienie własnego głosu. Był zachrypnięty, jakby poprzedniego wieczoru wypiła o kilka kolejek za dużo. Wprawdzie po weselu Olkowskiego obiecała sobie, że przystopuje z alkoholem, ale nie ufała sobie na tyle, by z całą pewnością stwierdzić, że nie ułatwiła porywaczowi roboty i nie zataczała się gdzieś na ulicy. Nic nie pamiętała z porwania. Ostatnie, co kojarzyła, to wizyta u brata, podczas której jak zawsze najadła się do syta. Co było potem? Poszła do baru, zamiast wrócić do mieszkania? A może u Artura przesadziła z winem? Ostatnio serwował nieco gorsze trunki, ale i tak nigdy nie odmawiała kolejnych dolewek.

Maska, powtórzyła w myślach, uśmiechając się. Dzięki licznym rozmowom z bratem sama zaczęła rozkładać ludzi na czynniki pierwsze. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu do głowy by jej nie przyszło, by stwierdzić, że Grzechu nakłada maskę profesjonalisty. Wcześniej był dla niej wiecznie wkurzonym dryblasem, który czerpie satysfakcję z rugania podwładnych. Dziś wiedziała, że to tylko sposób na wzbudzenie respektu u policjantów, którzy bez bata nad głową zapominali, co to szacunek do munduru. Gdyby traktował ich jak partnerów, od razu zaczęliby pozwalać sobie na zbyt wiele. Czasami komisarz odnosiła wręcz wrażenie, że Lubomirski i tak zbytnio pobłażał swoim ludziom.

Samochód gwałtownie ruszył. Agata poleciała do przodu i wylądowała na wyłożonej tekturą podłodze. Zdołała przewrócić się na bok, ale po kilku nieudanych próbach wstania zrezygnowała z wysiłku. Teraz jeszcze dotkliwiej odczuwała każdą dziurę, w którą wjeżdżała furgonetka. O tym, że wciąż była zamroczona, najlepiej świadczył fakt, że zamiast próbować przeciąć więzy, słuchała mruczenia silnika i była zadowolona, że potrafi rozpoznać charakterystyczną pracę diesla. Na własnej skórze przekonała się o konieczności zmiany stylu jazdy po przejściu z benzyny na ropę, choć wciąż jeszcze zbyt wcześnie zmieniała biegi, dławiąc w ten sposób silnik.

– Do roboty – wychrypiała.

Kolejne uderzenie o ścianę pomogło jej wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli. Jeśli chciała wyjść z tego cało, musiała wreszcie wziąć się do pracy. Palcami wymacała krępującą nadgarstki opaskę zaciskową. Porywacz był na tyle miły, że nie zacisnął jej do końca. Wbrew pozorom nie było to Agacie na rękę. Tylko maksymalnie napięty pasek dawał nadzieję na zerwanie. Przekręciła element zaciskowy tak, by znajdował się na górze, w miejscu łączenia obu skrępowanych nadgarstków. Następnie chwyciła wystający fragment między palce i mocno pociągnęła. Jęknęła, kiedy plastik przeciął skórę. Było to jednak niczym w porównaniu z tym, co planowała zafundować porywaczowi.

Ignorując ból, odgięła ręce możliwie jak najdalej od pleców, usztywniła biodra i z całej siły uderzyła nadgarstkami o kość ogonową. Pierwsza próba nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Niezrażona niepowodzeniem, zacisnęła zęby i ponowiła ruch.

Opaska puściła po czwartej próbie.

Agata z ulgą wyprostowała ręce, pomasowała piekące nadgarstki, po czym zdjęła z głowy szmaciany worek. Niewiele to pomogło. Zamknięta w ciasnym furgonie bez okien, wciąż widziała tylko otaczającą ją czerń. Przynajmniej łatwiej jej się oddychało, choć unoszący się w powietrzu pył utrudniał swobodne nabranie powietrza do płuc.

Po dłuższej chwili zaczęła rozróżniać zarysy przedmiotów. Ostrożnie wstała, opierając się o ścianę, po czym usiadła na niewielkim siedzisku. Pozostało tylko oswobodzić nogi. Tu sprawa była prostsza. Mając wolne dłonie, bez problemu przyłożyła opaskę do metalowego wspornika siedziska i kilkoma ruchami przerwała pasek. Na miejscu porywacza użyłaby czegoś solidniejszego, ale najwyraźniej nie docenił ofiary lub uznał, że środek odurzający, który jej podał, powali ją na dłużej.

Samochód nagle skręcił w żwirową drogę, wstrząsy były mocniejsze niż poprzednio i policjantka musiała zaprzeć się plecami o ścianę furgonetki. Wyraźnie słyszała chrzęst drobnych kamieni pod oponami rozpędzonego pojazdu. Ktokolwiek siedział za kierownicą auta, w najmniejszym stopniu nie dbał o jego stan techniczny. Na takiej nawierzchni Agata nie ośmieliłaby się przekroczyć prędkości dwudziestu kilometrów na godzinę, podczas gdy porywacz mknął co najmniej trzy razy szybciej. Policjantka miała wrażenie, jakby ktoś zamknął ją w ciasnym, rozgrzanym pudełku i mocno nim potrząsał. Nie chciała nawet myśleć, jak byłaby sponiewierana, gdyby wciąż leżała związana na podłodze. Odbijałaby się od jednej ściany do drugiej, co chwila uderzając o coś głową. Przy odrobinie szczęścia porywacz nie musiałby zabijać ofiary, wyręczony przez metalowe elementy furgonu, które rozłupałyby jej czaszkę.

Po kilku minutach samochód zwolnił. Żwir ustąpił miejsca ubitej ziemi, nie oznaczało to jednak poprawy warunków jazdy, wręcz przeciwnie. Teraz nawet amator rajdów był zmuszony zdjąć nogę z gazu, choć i tak zbyt szybko wjeżdżał w głębokie dziury, przez co Agata z trudem utrzymywała się na siedzisku. Błagała w myślach, by furgonetka wreszcie stanęła.

Marzenie policjantki ziściło się już po chwili. Z ulgą przyjęła ciszę po wyłączeniu silnika. Chwilę później usłyszała odgłos otwieranych drzwi kabiny. Uważnie nasłuchiwała, czy wysiada jedna osoba, czy więcej. Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, ale ponieważ nie słyszała żadnych rozmów, uznała, że ma do czynienia z jednym porywaczem. Wspólnicy mogli czekać na miejscu, nie miała jednak na to wpływu.

Rozważała, w jaki sposób zaskoczyć przeciwnika. W grę wchodziły dwie możliwości: mogła uprzątnąć zerwane opaski zaciskowe, z powrotem założyć worek na głowę i spleść dłonie za plecami, wciąż udając otumanioną, by w odpowiednim momencie zaatakować porywacza, albo od razu rzucić się na niego, gdy tylko otworzy tylne drzwi pojazdu. Zdecydowała się na drugą opcję. Nigdy nie należała do cierpliwych, co wielokrotnie wytykał jej Artur.

Pulsująca w żyłach adrenalina na dobre przegnała wcześniejsze otumanienie. Agata była gotowa, z napiętymi mięśniami czekała na dogodną chwilę. Słyszała kroki porywacza, który nieświadomy niebezpieczeństwa szedł ku tyłowi samochodu. Nie robiło jej różnicy, czy po drugiej stronie czeka dwumetrowy osiłek z kijem bejsbolowym, czy chuderlawy pokurcz. Gotowa była na starcie z każdym przeciwnikiem.

Skrzypnięcie drzwi było dla niej jak gong rozpoczynający walkę. Niczym rugbysta skoczyła na porywacza i powaliła go na ziemię. Nie miała czasu uważniej mu się przyjrzeć, zauważyła jedynie, że to mężczyzna. Rozsądek podpowiadał, by go obezwładnić, Stec jednak rzadko słuchała głosu rozsądku. Podniosła się z ziemi, po czym wymierzyła porywaczowi kopniaka w twarz. Krew trysnęła mu z nosa, ochlapując czerwonymi kropelkami buty i spodnie Agaty. Dopiero teraz zwróciła uwagę, że ma na sobie domowy dres. Oznaczało to, że po kolacji z bratem wróciła do mieszkania i zmieniła ubranie. Mężczyzna mógł się wcześniej tam włamać i obserwować ją z ukrycia. To dodatkowo ją rozsierdziło.

– Kim jesteś? – krzyknęła, ponownie kopiąc go w głowę.

Nie dała porywaczowi czasu na odpowiedź, wymierzając mu kolejnego kopniaka, tym razem w brzuch. Najchętniej połamałaby mu wszystkie kości, by raz na zawsze zapamiętał, czym się kończy zadzieranie z wkurzoną policjantką, ale nauczona doświadczeniem nie chciała przesadzić z obrażeniami. Grzechu i tak wytknie jej złamany nos mężczyzny i kilka wybitych zębów. Być może da radę zasłonić się obroną konieczną, z innych uszkodzeń ciała trudniej będzie się wytłumaczyć.

Z poczuciem niespełnienia kucnęła przy porywaczu.

– Jesteś aresztowany – oznajmiła. – Nie mam kajdanek, więc cię nie skuję, ale daj mi najmniejszy powód, a połamię ci wszystkie gnaty. Rozumiesz?

Nie doczekała się reakcji. Mężczyzna był przytomny, ale nieobecne spojrzenie sugerowało wstrząśnienie mózgu. To mogło oznaczać większe problemy. Jeśli znajdzie w miarę zaradnego prawnika, będzie mógł ją pozwać za bezprawne działanie w trakcie zatrzymania. Nie byłby to pierwszy tego typu zarzut pod adresem Stec, na razie jednak nie zaprzątała sobie tym głowy.

Rozejrzała się po okolicy. Samochód stał pośrodku drogi gruntowej w otoczeniu pól. Nigdzie nie było widać żadnych zabudowań. W oddali rósł las iglasty. Słyszała tylko koniki polne, ptaki, wiatr szumiący w zaroślach i swój ciężki oddech.

– Gdzieś ty mnie wywiózł? – spytała bardziej samą siebie niż mężczyznę.

Nie miała nic przy sobie, więc jedynym sposobem na wezwanie wsparcia było skorzystanie z komórki porywacza. Nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko temu, toteż bez skrępowania przeszukała jego kieszenie. Znalazła tylko kluczyki do samochodu.

– Nigdzie się nie ruszaj – mruknęła, po czym wstała i podeszła do furgonetki.

Pojazd wyglądał tak, jak go sobie wyobrażała, kiedy siedziała w środku. Pomijając grubą warstwę brudu i zastygłe odpryski błota, większość dolnej części karoserii pokrywała rdza. Na boku samochodu widniał ledwie widoczny napis „Bud-Max”.

Otworzyła przednie drzwi, po czym zajęła miejsce kierowcy. Nie uśmiechało jej się targać nieznajomego do środka, a potem jechać starym rzęchem nie wiadomo gdzie. Miała nadzieję znaleźć komórkę mężczyzny, choć panujący w kabinie syf zniechęcał do poszukiwań. Sama nie przywiązywała większej wagi do porządków, ale widok leżącej na siedzeniu pasażera nadgniłej skórki banana i pustych butelek po piwie czy bocznego schowka po brzegi wypchanego petami to nawet dla niej było za dużo.

Telefon leżał na desce rozdzielczej. Zadowolona chwyciła komórkę i wyszła na zewnątrz. Entuzjazm komisarz trwał tylko chwilę, gdy uświadomiła sobie, że bez PIN-u nigdzie nie zadzwoni.

– Ej! – zawołała. – Śpiąca królewno! Pora się budzić. Nie mam zamiaru spędzić tu całego dnia.

Wróciła do mężczyzny i lekko trąciła go butem. Nie zareagował. By się upewnić, że nie symuluje, kopnęła mocniej, tym razem w biodro. Wyglądał na nieprzytomnego. Ci dzisiejsi mężczyźni, pomyślała, wystarczy dwa razy takiego kopnąć, by na dobre odpłynął.

Postanowiła dać porywaczowi kilka minut. Jeśli nie dojdzie do siebie, zataszczy go do furgonetki i sama spróbuje dojechać gdzieś, gdzie znajdzie cywilizację. Korzystając z wolnej chwili, ruszyła w kierunku niewielkiego wzniesienia, skąd miała nadzieję dostrzec jakieś zabudowania. Na samą myśl o prowadzeniu starego rzęcha zaczynała się stresować. Sama planowała zmienić swojego forda z powrotem na fiata 500, którego sprzedaż uznawała za duży błąd. Nic tak dobrze jej się nie prowadziło, jak filigranowe autko z Włoch. Może i miało słabe przyspieszenie, może wywoływało uśmiech politowania u innych policjantów, ale to wszystko traciło na znaczeniu, gdy przychodziło do parkowania.

Szła przez pole, rozgarniając zboże. Wychowana w mieście, nie potrafiła rozpoznać, czy to pszenica, owies czy żyto. Wyschnięta ziemia brudziła buty, drobinki gleby wpadały do skarpetek, pot spływał po czole. Dres miała cały mokry. Spojrzała przez ramię. Nieznajomy wciąż spał w najlepsze, jakby omyłkowo wstrzyknął sobie substancję, którą wcześniej zastosował na niej. Wzruszyła ramionami i weszła na wzniesienie, próbując przypomnieć sobie coś więcej z przebiegu ostatnich godzin. Na świeżym powietrzu lepiej jej się myślało, ale wciąż ostatnie, co pamiętała, to rozmowa z bratem. Teraz słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oznaczało to, że dochodziła dziewiąta wieczorem. Kilka tygodni temu Artur zmienił dzień i godzinę cotygodniowych kolacji na piątek o siedemnastej. Próbowała przyjeżdżać punktualnie, znając niechęć brata do spóźnień. Mniej więcej po dwóch godzinach zwykle kończył rozmowę i taktownie zaczynał wypraszać siostrę, zasłaniając się obowiązkami. Droga do domu zajmuje jej zwykle pół godziny, powinna zatem wrócić do domu około dziewiętnastej trzydzieści. Co robiła później? Czy możliwe, że nieznajomy odurzył ją i wiózł gdzieś przez ponad godzinę? Wziąwszy pod uwagę fakt, że zdążyła dojść do siebie, nie wydawało się to wcale tak nieprawdopodobne. Pytanie tylko, dokąd ją wiózł i dlaczego.

Raz jeszcze spojrzała przez ramię, by się upewnić, że nieudolny porywacz pozostał na swoim miejscu. Nie darowałaby sobie, gdyby przez nieuwagę pozwoliła mu uciec. Wprawdzie miała przy sobie kluczyki do auta, a w bieganiu na krótkie dystanse radziła sobie całkiem nieźle, ale nie miała ochoty ganiać po polach, zwłaszcza że wciąż odczuwała niewielkie zawroty głowy.

Doszła do szczytu wzniesienia i rozejrzała się. Jak okiem sięgnąć otaczały ją pola i gęsty las. Droga, którą przyjechali, zakręcała i ginęła w oddali. Z tego, co pamiętała, podążali nią dobrych kilka minut, a wcześniej pokonali dłuższy fragment po żwirze.

– Dlaczego zatrzymałeś się akurat w tym miejscu? – spytała.

Już miała ruszyć w drogę powrotną, gdy coś po drugiej stronie wzniesienia przykuło jej uwagę. Sama nie wiedziała, na co właściwie patrzy. Najpierw uznała, że to krzewy, bo były obrośnięte liśćmi, ale kształty bardziej przypominały dwa strachy na wróble. Nabite na pale kukły stały mniej więcej w odległości jednego metra od siebie, zwrócone ku sobie twarzami. Nie wyglądały jak te, które widywała czasem w telewizji. Nie miały na głowach kapeluszy ani w ogóle ubrań. Z miejsca, gdzie stała, nie potrafiła określić, z czego je zrobiono, ale dałaby sobie rękę uciąć, że nie była to słoma. Pięły się po nich rośliny, niektóre nawet kwitły.

Zaintrygowana zeszła na dół. Nie podobało jej się, że straciła z oczu nieprzytomnego porywacza, ale wygrała ciekawość. Coś w tych strachach na wróble było nietypowego. Czuła, że to właśnie przez nie sprowadzono ją w to miejsce. Nie potrafiła jeszcze tego doprecyzować, a jednak policyjny instynkt podpowiadał, że zaraz się dowie, o co w tym wszystkim chodzi.

Już w połowie drogi nos podrzucił pierwszy trop. Nie miało to nic wspólnego z instynktem. Poczuła smród. Znała go aż za dobrze. Nie był to typowy dla pól zapach obornika, lecz duszący, lekko słodkawy fetor gnijącego ciała. W przeszłości widywała już wiele zwłok, ale i tak nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Z każdym kolejnym krokiem czuła odór coraz wyraźniej. Powstrzymując mdłości, przypomniała sobie, dlaczego starała się przyjeżdżać na miejsca zbrodni na czczo.

Podniosła rękę i zasłoniła nos rękawem. Na szkoleniu uczono, by oddychać przez usta, ale z doświadczenia wiedziała, że to tylko teoria. Czuła, jak smród ją otacza, wgryza się w skórę, przenika między włókna dresu. Nawet gdyby teraz zawróciła do furgonetki, to i tak fetor śmierci będzie jej towarzyszyć, dopóki nie zmyje z siebie brudu i nie wypierze ubrań. Zresztą i to nie zawsze pomagało. Artur pewnie znał konkretną nazwę tego zjawiska, ale Agacie wystarczyło wiedzieć, że raczej nie zje dzisiaj kolacji. Postanowienie o ograniczeniu alkoholu straciło na ważności. Priorytet miała konieczność przeczyszczenia organizmu.

Pomimo odoru podeszła bliżej. Musiała wiedzieć, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Wyszłaby na skończoną idiotkę, gdyby po wezwaniu posiłków okazało się, że poniosła ją wyobraźnia, a rzekomy smród gnijących ciał pochodził od zwierzęcej padliny. Loża szyderców na komisariacie od razu wytknęłaby jej nadgorliwość. Po zakończonym śledztwie Roberta vel Pawła Mazura i jego wspólnika na kilka tygodni stała się najbardziej rozpoznawalną policjantką w kraju, co jak łatwo zgadnąć, niektórym nie przypadło do gustu. Potrafiła sobie wyobrazić złośliwe komentarze, że na siłę szuka spektakularnych śledztw, byle tylko wrócić na świecznik.

Czy tego chciała, czy nie, prawdopodobnie tak właśnie się stanie. Dotarłszy na miejsce, nie miała już co do tego wątpliwości. To były ludzkie zwłoki. Ze wszystkich sił próbując powstrzymać odruch wymiotny, przyjrzała im się bliżej. W pierwszej chwili myślała, że ciała wbito na drewniane pale, lecz w rzeczywistości czymś je do nich przytwierdzono. Agacie od razu przyszła na myśl martwa kobieta znaleziona w gdańskiej palmiarni. Teraz też zwłoki pokrywały rośliny. Ciemnozielone liście oplatały ciała, jakby z nich wyrastały. Kwiaty miały po pięć płatków – nie była w stanie pozbyć się skojarzeń ze sprawą seryjnego mordercy z Gdańska z manią na punkcie ciągu Fibonacciego – i były w różnych kolorach, na jednych zwłokach kwitły na różowo, a na drugich na niebiesko. Policjantka najchętniej od razu dokładnie zbadałaby ciała, ale nie chciała zniszczyć śladów. Poza tym na drodze zostawiła nieprzytomnego mężczyznę, który z jakiegoś powodu ją tu sprowadził.

– Chory zjeb – mruknęła z odrazą.

To nie mógł być przypadek, że zatrzymał się akurat w tym miejscu. Do tej pory jedynymi nieprzyjemnymi konsekwencjami zamknięcia sprawy Mazura były przytyki kolegów na komisariacie, a teraz najwyraźniej stała się celem jakiegoś psychopaty. Nie potrafiła pojąć, czym kierował się mężczyzna zamieniający ofiary w pieprzone pergole, ale popełnił błąd, porywając Agatę. Być może wymyślił sobie, że zrobi z niej kolejny okaz? Przyjdzie mu za to słono zapłacić.

Zdawała sobie sprawę, że powinna natychmiast pobiec z powrotem do furgonetki, aby dopilnować, by porywacz nie uciekł, zamiast tego raz jeszcze przyjrzała się jednej z ofiar. Coś nie dawało jej spokoju. O ile zwłoki stojące bliżej niej wyglądały i cuchnęły, jakby spędziły tu kilka tygodni, o tyle drugi strach na wróble sprawiał inne wrażenie. Porastająca go roślina nie była tak rozłożysta, a samo ciało nie zostało jeszcze poddane procesom rozpadu gnilnego. Sądząc po włosach sięgających wychudzonych ramion, należało do kobiety. Trudno było określić jej wiek. Ofiara równie dobrze mogła mieć dwadzieścia, jak i ponad czterdzieści lat.

Agata podeszła bliżej, a wtedy zauważyła coś jeszcze. W skórę kobiety wchodziła ledwie widoczna rurka, która pięła się gdzieś w górę. Policjantka wytarła spocone czoło i odchyliła liście przykrywające górną część konstrukcji, odsłaniając przezroczysty worek. Kilka sekund zajęło jej zrozumienie, na co patrzy.

Kroplówka. Nie zdążyła opróżnić się do końca, wciąż tłoczyła płyn do żyły ofiary, co mogło oznaczać…

Agata usłyszała cichy jęk. Odruchowo odskoczyła do tyłu i sięgnęła do pasa, gdzie zazwyczaj miała kaburę z bronią, ale z oczywistych powodów niczego tam nie znalazła. W innych okolicznościach wyśmiałaby samą siebie, teraz jednak zamarła w bezruchu. Nie przesłyszała się. Jedna z ofiar żyła. Jej ciało pokrywały rośliny, lecz wciąż oddychała.

– Agata Stec, policja – powiedziała głośno komisarz. – Jesteś już bezpieczna.

W odpowiedzi usłyszała kolejne jęknięcie. Policjantka najchętniej od razu by wyswobodziła kobietę, ale nie miała pojęcia, czy zdejmując ofiarę z pala, do którego ją przyczepiono, przypadkiem czegoś nie zerwie i nie doprowadzi do śmierci nieszczęśniczki. Pomimo podłączonej kroplówki była przeraźliwie chuda. Stec nigdy wcześniej nie widziała tak wystających kości policzkowych. Wyglądały, jakby lada chwila miały przebić skórę.

– Zaraz do ciebie wrócę – dodała. – Na moment muszę odejść, żeby wezwać pomoc. Niedługo przyjedzie po ciebie ambulans i pojedziesz do szpitala. Twój koszmar dobiegł końca. – W rzeczywistości wcale nie była tego taka pewna. Nie potrafiła ocenić, jak długo kobieta tu przebywała, wiedziała jednak, że z pewnością zniszczyło to nie tylko jej ciało, lecz także umysł. Regeneracja fizyczna pod opieką lekarzy mogła się udać, ale naprawienie psychiki z pewnością będzie wymagać więcej czasu i wysiłku.

Ruszyła biegiem w stronę furgonetki. Wcześniej była zbyt łagodna dla porywacza. To, co zrobił tej kobiecie, powinno automatycznie wpisać go na listę zwyrodnialców, którym nie przysługiwały żadne prawa. Uznała za niesprawiedliwe, że z kimś takim musi obchodzić się jak z jajkiem. Gdyby to od niej zależało, już teraz psychol dostałby to, na co zasłużył.

Lekko zdyszana dobiegła do samochodu. Porywacz wciąż leżał na miejscu, gdzie go zostawiła.

– Koniec drzemki! – zawołała. – Czeka na ciebie wygodne łóżko w celi.

Nie zareagował. Agata stanęła nad nim i dotknęła go butem, a następnie pochyliła się i mocno nim potrząsnęła. Bez efektu. Wolałaby tego uniknąć, leżący jak kłoda zwyrodnialec nie pozostawiał jej jednak wyboru. Uchyliła szerzej drzwi do paki furgonetki, po czym chwyciła go pod pachy. Mierzył nieco mniej niż metr osiemdziesiąt wzrostu i ważył około osiemdziesięciu kilogramów. Policjantka głośno stęknęła, z trudem ciągnąc mężczyznę, a następnie oparła go o tył samochodu. Wątpiła, czy da radę wciągnąć porywacza na górę, ale nie mogła tak go zostawić.

– Wstawaj, chłopie. – Poklepała go po twarzy.

Powoli traciła cierpliwość. Kilkanaście metrów dalej konająca kobieta czekała na pomoc, podczas gdy ona marnowała czas na nieprzytomnego psychopatę.

– Wstawaj! – krzyknęła.

Dopiero teraz zauważyła, że mężczyzna ma bladą twarz. Być może po prostu miał taką karnację, a jednak niesiona impulsem przyłożyła mu dłoń do szyi. Nie wyczuła tętna.

– Ja pierdolę… – westchnęła, po czym opadła na drogę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI