Wydawca: Muza Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 608 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Masz to jak w banku - Ryszard Ćwirlej

Jest rok 1989. W modzie królują niepodzielnie marmurkowe dżinsy. Na ulicach miast pojawiają się przedsiębiorczy handlarze, którzy wprost z toreb, walizek i składanych stolików sprzedają deficytowe towary przywiezione z Zachodu. W Warszawie trwają obrady Okrągłego Stołu, a ludzie mówią, że już niedługo handel walutami przestanie być w kraju zakazany. Jeszcze nikt o tym nie wie, ale za chwilę PRL rozsypie się jak domek z kart, a rządząca partia, przewodniczka narodu, przestanie istnieć.

Tymczasem w Poznaniu dochodzi do tajemniczych morderstw dokonanych na miejscowych handlarzach dewizami. Wszystko wskazuje na to, że ktoś chce przejąć walutowy interes szefa poznańskich cinkciarzy Grubego Rycha. Śledztwo w sprawie zabitych handlarzy walutą przejmuje komenda wojewódzka milicji. Szef zespołu dochodzeniowo-śledczego powierza je kapitanowi Mirkowi Brodziakowi, który prywatnie jest dobrym znajomym Rycha. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy wysłany na miejsce przestępstwa porucznik Teofil Olkiewicz znika bez śladu, a sprawą cinkciarzy zaczyna interesować się poznańska SB.

Opinie o ebooku Masz to jak w banku - Ryszard Ćwirlej

Fragment ebooka Masz to jak w banku - Ryszard Ćwirlej

Projekt ‌okładki: Mariusz ‌Banachowicz

Redaktor prowadzący: ‌Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata ‌Mes

Redakcja techniczna i skład ‌wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: ‌Ewa Rudnicka

Zdjęcie wykorzystane ‌na ‌okładce

© ‌Max ‌Maximov/Shutterstock

© ‌by Ryszard ‌Ćwirlej

© ‌for ‌the Polish edition ‌by MUZA SA, Warszawa ‌2018

ISBN ‌978-83-287-0969-0

Warszawskie Wydawnictwo ‌Literackie

MUZA SA

Wydanie ‌I

Warszawa 2018

Prolog

PoznańPoniedziałek10 ‌października 1988 r.Godzina 12.00

Pułkownik Stanisław ‌Bielecki spojrzał na ‌zegarek. Dochodziło południe. Punktualnie ‌o dwunastej ‌miał się zameldować ‌u swojego szefa, ‌najwyższego rangą ‌oficera Służby ‌Bezpieczeństwa w Wielkopolsce i jednocześnie ‌serdecznego przyjaciela samego ‌Kiszczaka, generała ‌Klemensa Jelenia. Ruszył więc ‌szybko w kierunku ‌sekretariatu. ‌Wszedł ‌tam ‌bez pukania akurat w chwili, ‌kiedy ‌ze stojącego na parapecie ‌radia ‌Amator Stereo rozległ się ‌piąty, krótki sygnał oznajmiający ‌godzinę dwunastą.

– ‌Według ‌pana ‌to w zasadzie można ‌by zegarki nakręcać, panie ‌pułkowniku – powiedziała sekretarka ‌Ola, wpatrując ‌się nie ‌bez przyjemności w sympatyczną ‌twarz o regularnych rysach, ‌gładko ‌ogoloną, całkowicie ‌pozbawioną modnego ostatnio zarostu. ‌Bielecki mierzył sto ‌osiemdziesiąt centymetrów, był ‌więc ‌mężczyzną dość wysokim, typem, ‌za którym kobiety ‌oglądają ‌się na ulicach. Do ‌tego jeszcze ‌gustował w szytych ‌na miarę garniturach ‌z materiałów ‌sprowadzanych z zagranicy. ‌W ogóle nie przypominał oficera ‌SB. ‌Jego koledzy ‌i podwładni preferowali ‌raczej nieco luźniejszy ‌styl, a ich wymięte marynarki ‌i spodnie świadczyły o tym dobitnie. ‌Taki sposób ubierania się miał im ułatwić wtopienie się w szarą rzeczywistość, natomiast z tej szarości Bielecki na pewno się wyróżniał. Tyle że on nie był tajniakiem i nikogo nie musiał śledzić, ukrywając się w tłumie. Przed nim stawali ci, których już śledztwo przemieliło i złamało. Już dawno temu wymyślił, że jako ta najwyższa instancja powinien być ucieleśnieniem majestatu miłosiernej Służby Bezpieczeństwa, która wyciągała rękę do zmaltretowanego zatrzymanego. A majestat musiał kojarzyć się z wielkością już na samym początku spotkania – poprzez ekskluzywny strój i siłę bijącą z charakteru funkcjonariusza. Pod tym względem nic się nie zmieniło od czasów inkwizycji, myślał z satysfakcją Bielecki. Nie był praktykującym katolikiem, jednak uważał, że od kościoła Służba Bezpieczeństwa może się wielu ciekawych rzeczy nauczyć. Dlatego, jak porządny biskup w swoich eleganckich garniturach i nieosiągalnych na polskim rynku butach sprowadzanych wprost z Londynu, prezentował się zawsze nienagannie, jakby wycięto go z niemieckiego żurnala „Quelle”.

– Spóźniają się tylko głupcy ignoranci – stwierdził, obdarzając sekretarkę swoim wystudiowanym, czarującym uśmiechem. Ola odpowiedziała uśmiechem, ukazując równe rzędy śnieżnobiałych zębów. Nic nie odpowiedziała, bo pojęła tylko tę część o głupcach, ale nie wiedziała, kim są ci ignoranci. A kiedy czegoś nie wiedziała, zawsze uśmiechała się promiennie i nikt już się nie zastanawiał, czy rozumie, co do niej się mówi. Ola miała prawie dwadzieścia osiem lat, jasne włosy związane w warkocz i niebieskie oczy. Była bardzo ładną dziewczyną, która przebierała w amantach jak w ulęgałkach. Nikt dotąd nie zdołał zdobyć jej serca na stałe, bo była bardzo wybredna. Czekała na księcia z bajki, choćby takiego jak Bielecki, ale ten jakoś nie wykazywał zainteresowania jej wdziękami. Gdy podszedł do niej i ujął rękę, by z gracją złożyć pocałunek na dłoni, cała zadrżała.

– Pana żona to musi być ale szczęściara – stwierdziła, patrząc mu prosto w oczy.

– A to niby czemu? – zainteresował się Bielecki.

– Bo pan jak całuje w rękę, to kobieta czuje to aż całą sobą – zażartowała, choć on od razu wyczuł w tym żarcie zachętę do czegoś więcej. Popatrzył na nią i się uśmiechnął, podjąwszy szybką decyzję. W zasadzie, dlaczego by nie? Kochanka w biurze szefa to prawdziwy skarb. Że też wcześniej o tym nie pomyślał. Ale wcześniej do niczego nie było mu to potrzebne, a teraz nadchodziły takie czasy, że właściwie nikt nie wiedział, co będzie się działo za kilka miesięcy.

– Tylko kobiety szczególnie wrażliwe potrafią docenić prawdziwy, delikatny pocałunek, który powinien być jak dotknięcie dłoni płatkiem róży – wymyślił na poczekaniu i aż się zdziwił, że nie wybuchnął śmiechem, wypowiadając taką bzdurę. I dobrze, że się powstrzymał, bo Ola zrobiła wielkie oczy i zatrzepotała rzęsami.

– Pan, to jak coś powie, to jak poeta, no, ten Broniewski na przykład.

– Bo przy pani prawdziwy mężczyzna staje się poetą.

– Hi, hi, hi! Ale ma pan gadane. Jak mało kto. U nas większość to raczej burkliwe chamy.

– Z różnym materiałem ludzkim mamy tu w resorcie do czynienia. Z chamami również.

– A ci, co teraz weszli do szefa, to niby dobrze ubrani, ale nawet się nie uśmiechnęli, jak włazili. Arabusy cholerne. Po co oni w ogóle tu przyjeżdżają. Tylko żeby nasze dziewczyny wyrywać. I później takie historie, że go zdradziła z autobusem Arabów, jak w tej piosence…

– To szef ma gości? – wszedł jej w słowo.

– Arabów, ale bez turbanów. Tyle że ja od razu się skapnęłam, że to Araby są. Takie sine mordy mają i czarne włosy. Aż strach na nich się patrzeć. Wyglądają, jakby noże mieli schowane za pasem.

– To znaczy, że mam poczekać?

– No nie, szef kazał, żeby pan wchodził, jak tylko się tu pojawi – powiedziawszy to, sięgnęła po słuchawkę wewnętrznego telefonu.

– Pułkownik Bielecki już jest, towarzyszu generale. Dobrze, już wpuszczam.

Uśmiechnęła się słodko do gościa, a potem wcisnęła przycisk elektrycznego zamka blokującego wejście do gabinetu dowódcy.

Bielecki wszedł do środka sprężystym krokiem i zatrzymał się u szczytu stołu konferencyjnego. Ten drugim końcem dostawiony był do biurka generała. Jeleń siedział za nim, a po lewej stronie stołu zasiedli dwaj mężczyźni. Jeden mógł mieć około dwudziestu pięciu lat, drugi, starszy, dobiegał pięćdziesiątki. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie są Polakami, co słusznie zauważyła Ola. Obaj mieli śniade twarze. Młodszy nosił brodę i wąsy oraz krótko przystrzyżone czarne włosy. Ten starszy również był wąsaczem, ale nie mógł się pochwalić tak bujną czupryną jak jego kolega. Czubek głowy miał kompletnie łysy. Obaj wyglądali na ponure typy. Gdy Bielecki wszedł do środka, z pewnym zainteresowaniem spojrzeli na niego, ale w ich oczach nie dało się dostrzec żadnej sympatii. To są zabójcy. Pułkownik nie miał wątpliwości. Zimne skurwysyny, pomyślał, a potem zameldował się przełożonemu.

– Obywatelu generale, pułkownik Bielecki melduje się.

– Witam, witam pułkowniku. – Jeleń uśmiechnął się wyraźnie zadowolony z przybycia podkomendnego. Niezbyt dobrze czuł się w towarzystwie tych facetów. Jakoś mu nie szła kurtuazyjna rozmowa z nimi, więc pojawienie się Bieleckiego zwiastowało, że będą mogli wreszcie przejść do konkretów. A im szybciej załatwią sprawy, tym szybciej będzie można się ich pozbyć.

– Poznajcie, pułkowniku, naszych drogich gości. Panowie przyjechali do nas z NRD. Zgodnie z ustaleniami na najwyższym szczeblu rozpoczynamy współpracę operacyjną na szczeblu lokalnym. No ale nie stójcie tak, siadajcie, bo to, co mam wam do powiedzenia, zajmie chwilkę.

Bielecki odsunął krzesło i usiadł naprzeciw młodszego z gości. Generał tymczasem wyjaśniał dalej:

– Pan Hassan jest oficerem wywiadu Organizacji Wyzwolenia Palestyny. W NRD zajmuje się szkoleniem bojowników, ale przede wszystkim tworzy struktury wywiadowcze organizacji. Natomiast nasz młodszy gość, pan Karim, jest początkującym pracownikiem jego komórki. Ale nie znaczy wcale, że nie jest doświadczonym bojownikiem. Przeciwnie. Ma już, że się tak wyrażę, dużą praktykę.

Bielecki słuchał tego z coraz większym zainteresowaniem. Pierwszy raz miał do czynienia z arabskimi terrorystami z OWP, a doskonale wiedział, że są to bardzo niebezpieczni ludzie. Tylko co, do cholery, robili oni w gabinecie Jelenia? W firmie tajemnicą poliszynela było, że enerdowska Stasi szkoli ich i wyposaża w broń, ale żeby polska bezpieka też maczała w tym palce? To wydawało się nieprawdopodobne. Choć SB zajmowało się wieloma nieprawdopodobnymi rzeczami.

Dwaj Palestyńczycy zastygli jak egipskie mumie, nie próbując w żaden sposób włączyć się do rozmowy. Słuchali tylko tego, co ma do powiedzenia generał. Bielecki zastanawiał się, czy siedzą jak na tureckim kazaniu, czy też rozumieją cokolwiek po polsku. To jednak wyjaśniło się bardzo szybko.

– Oczywiście to, o czym mówimy tutaj, ma status najwyższej tajności.

– Tak jest, obywatelu generale.

– Więc teraz przechodzimy do przysłowiowego sedna kwestii. Pan Hassan, który studiował jakiś czas temu w naszym kraju, zwrócił się do nas z prośbą o umożliwienie studiowania u nas panu Karimowi. I resort oczywiście umożliwi jemu takie studia na politechnice.

– To znaczy, że mam na polibudzie załatwić… – wtrącił się Bielecki.

– Nic nie macie załatwiać – przerwał mu generał, wykonując jednocześnie gest ręką, który oznaczał zazwyczaj: „przymknij się i słuchaj”. – Takie kwestie są pozałatwiane już dawno. Wasza rola jest zupełnie inna. Wy, pułkowniku, zajmiecie się szkoleniem operacyjnym pana Karima.

– Szkoleniem? Nie bardzo rozumiem, jak…

– Szkolenie, pułkowniku, będzie polegać na normalnym prowadzeniu pana Karima jako waszego TW. Będzie na uczelni infiltrował środowisko arabskich studentów, a wy będziecie od niego przyjmować meldunki. A szkolenie będzie polegać na tym, że on będzie wam zdawał relacje, a wy będziecie go prowadzić jak normalnego agenta, wyjaśniając mu wszystkie swoje kroki. Tak żeby się mógł tej roboty od nas nauczyć. To takie dodatkowe studia będą dla niego. A i nam wiedza o tych studentach też się przyda. No a poza tym musicie się bliżej poznać, bo niedługo wspólnie przeprowadzimy wielką akcję, która i nam, i naszym przyjaciołom da niezbędne, poważne fundusze na działanie przez wiele, wiele lat. Ale o tym na razie cicho sza!

Bielecki popatrzył przez sekundę na swojego szefa, a potem już znacznie uważniej na nowego podopiecznego. Ten wprawdzie się uśmiechnął, ale jego oczy były zimne.

– No to wszystkie kwestie dotyczące spraw organizacyjnych omówicie sobie, panowie, już na osobności.

– Panie generale, dziękuję bardzo za zrobienie to szkolenie – odezwał się wreszcie starszy z gości. – Nam zależeć bardzo, żeby nasi ludzie się uczyli od waszych najlepszych ludzi. Trzeba ich szkolić, a oni będą przewozić do was pieniądz z zagranica. Pierwszą przesyłkę już niedługo przywiezie Karim.

– My tego nie robimy dla pieniędzy – wyjaśnił szybko Jeleń. – No ale oczywiście twarda waluta zawsze się może przydać. Tym bardziej że czasy niepewne i trzeba myśleć o tym, jak zabezpieczyć się na przyszłość.

– Przyszłość to nasze wspólne zwycięstwo. Dlatego chcemy uczyć naszych młodych bojowników u najlepszych.

– Pułkownik Bielecki jest jednym z najlepszych naszych pracowników – pośpieszył z wyjaśnieniem Jeleń.

– My walczymy na naszej ziemi, ale też musimy walczyć z agentura u siebie. I nasze ludzie muszą być gotowe do takiej walki. A Karim już pokazał, że jest dobry żołnierz. Teraz trzeba, żeby on był dobry zwiadowca.

– Proszę się nie obawiać. My zrobić, co się… Znaczy, my zrobimy, co się da zrobić, tak żebyście byli zadowoleni – powiedziawszy to, Jeleń wstał ze swojego fotela i podszedł do szafki w meblościance. Otworzył ją i wydobył ze środka butelkę żytniej i cztery kieliszki. Postawił je na stole i rozlał wódkę. Potem naczynia przesunął w stronę gości. Bielecki sięgnął po swój kieliszek. Arabowie zrobili to samo.

– To co, panowie, wypijemy za dobrą współpracę? – zaproponował gospodarz.

– Za zwycięstwo! – poprawił go Hassan.

Ciekawe za jakie, kurwa, zwycięstwo? W dupie mam ich zwycięstwo, pomyślał Bielecki. Otarł wierzchem dłoni wykrzywione z niesmakiem usta, a potem powiedział z lekką drwiną w głosie:

– Myślałem, że wam nie wolno pić alkoholu.

– U nas nie wolno – odpowiedział z uśmiechem starszy z Arabów. – Ale tu u was Allach nie widzi.

Rozdział I

Okolice Pniew Piątek 10 lutego 1989 r. Godzina 6.35

– Ile jeszcze zostało? – zapytał chorąży Albin Stefański swojego kolegę, sierżanta Stefana Maryniaka, który drzemał za kierownicą służbowego poloneza. Maryniak nic nie odpowiedział, więc Stefański, który siedział obok niego na fotelu pasażera, dźgnął go łokciem w bok.

– Co jest? – Maryniak otworzył oczy, ale niewiele zobaczył, bo na dworze było jeszcze ciemno.

– Zapal jakieś światło i sprawdź, która godzina.

– Aha. – Sierżant potarł zaspane oczy jak budzący się po leżakowaniu przedszkolak. Przez chwilę siedział nieruchomo, jakby zbierał myśli, analizując polecenie dowódcy patrolu.

– Zimno się, cholera, zrobiło – stwierdził, wracając do rozbudzonego świata ludzi pracy, którzy o tej porze nie śpią, by inni mogli spać. Oni czuwali, bo taka była ich robota. A że od czasu do czasu ucięli sobie drzemkę. Co mieli robić w nocy, do tego zimą, na patrolu? Przecież nie będą stali na drodze i zatrzymywali samochodów jadących krajową dziewięćdziesiątką dwójką do granicy i z powrotem. Niby powinni, ale komu by się chciało przeprowadzać kontrolę, jak można pospać sobie w ciepłym samochodzie, nie wychylając nosa na mróz.

– No to włącz silnik. Niech się nagrzeje, bo rzeczywiście temperatura trochę spadła – zgodził się ze swoim podwładnym Stefański. Podczas takich nocnych patroli mieli opracowany system. Zatrzymywali auto na skraju jakiejś dróżki dochodzącej do głównej trasy, włączali ogrzewanie na maksimum, a po jakimś czasie, gdy w środku było bardzo ciepło, gasili silnik. Wtedy zasypiali i spali tak długo, dopóki nie obudził ich chłód. Chodziło o to, by na takim patrolu nie spalić za dużo benzyny. Zaoszczędzone w ten sposób paliwo można było sprzedać, bo mimo że sytuacja z zaopatrzeniem od pewnego czasu znacznie się polepszyła i na CPN-ach można było dostać paliwo bez kartek, to i tak zawsze znaleźli się chętni na lewą milicyjną benzynę, tańszą niż ta w państwowym obrocie. Obaj przedsiębiorczy milicjanci zaopatrywali w ten sposób swoich krewnych i znajomych, dzięki czemu ich nielegalna działalność była całkowicie bezpieczna, bo towar kupowali tylko ludzie zaufani.

Sierżant przekręcił kluczyk w stacyjce, a rozrusznik jęknął kilka razy, zanim silnik zaskoczył.

– Akumulator słaby – wyjaśnił kierowca. – Trzeba by na warsztacie co załatwić, bo niedługo będziemy go brać na pych.

– Na warsztacie gówno mają, a i mieć nie będą w najbliższym czasie. Tak mi gadał Stolarek, że części to on nie dostał na wymianę od zeszłego roku i nic nie wskazuje na to, że coś dowiozą. Bieda w milicji, że aż piszczy.

– No wiem. Sam chciałem od niego wykombinować rozrusznik do mojego fiata, ale Stolarek mi powiedział, że ostatni nowy rozrusznik, jaki dostał na warsztat, przyszedł w osiemdziesiątym siódmym i mam kombinować w Poznaniu. Ale jak w Poznaniu, jak ja tam nikogo nie znam…

– 054, odezwij się, odbiór. – Z głośnika radiotelefonu rozległ się głos dyżurnego.

– A ten czego, do cholery, chce? – warknął chorąży, wyczuwając przez skórę problemy.

– Trzeba się dowiedzieć. – Maryniak chwycił popielaty mikrofon. – Ja 054, melduję się.

– Gdzie jesteście?

– Gdzie my, kurwa, jesteśmy?

– Jak gdzie? W lesie? Na patrolu jesteśmy, przy dziewięćdziesiątce dwójce.

– Na patrolu, przy dziewięćdziesiątce dwójce.

– Ale w którym miejscu?

– Dawaj ten mikrofon! – Chorąży przyłożył urządzenie do ust i wcisnął przycisk.

– Albin mówi, co jest, Kaziu?

– Albin, gdzie jesteście?

– Jakieś piętnaście kilometrów od Pniew w kierunku na Poznań.

– Dobra, w takim razie włączaj syrenę i jedź na Pniewy. Mamy wypadek osobówki zaraz za Podrzewiem. Jeszcze nikogo tam nie ma. Pogotowie z Szamotuł będzie za pół godziny. Zabezpieczyć i udzielić pomocy jakby co.

– Ale która jest godzina, bo my o siódmej kończymy?

– Za kwadrans siódma. Nic ci nie poradzę. Jeszcze nie mam zmiany. Wykonać!

– Zrozumiałem. – Chorąży odwiesił słuchawkę. – Kurwa, że też musiało nam się przytrafić na koniec roboty!

– Co zrobić? – Sierżant Maryniak wzruszył ramionami i zapalił światła. Wrzucił jedynkę. Wyrobiona skrzynia biegów jęknęła i auto wolno zaczęło toczyć się po leśnej drodze. Po chwili dojechało do skraju asfaltowej jezdni. Przepuścili pędzącego od strony Poznania tira na długich światłach, którego kierowca najwyraźniej sunął przynajmniej z pięćdziesiąt kilometrów za szybko. W normalnych warunkach pognaliby za nim, ale tym razem facetowi się upiekło. Nie mieli czasu na łapanie piratów.

Sierżant włączył światło na dachu i wjechał na drogę. Po chwili byli już za ciężarówką. Kierowca zwolnił, dostrzegłszy w bocznym lusterku milicyjnego koguta. Ale polonez wyprzedził go i pojechał dalej. Pięć minut później w bladym świetle budzącego się dnia milicjanci dostrzegli na zaśnieżonym polu, jakieś pięćdziesiąt metrów od drogi, auto leżące na dachu. Na poboczu stały dwa inne samochody osobowe. Ich kierowcy palili obok papierosy. Maryniak zatrzymał radiowóz za białym trabantem. Obaj milicjanci natychmiast wyszli z samochodu. Uderzyła w nich fala zimnego powietrza.

– A żeby go szlag trafił – warknął chorąży, wciskając mocniej na głowę swoją czapkę uszankę.

– Kogo? – Zdziwiony sierżant spojrzał na dowódcę patrolu.

– A no tego kutasa, co się tu rozpieprzył – warknął Stefański. – Nie mógł to se spokojnie jechać, gnój jeden? Musiał pędzić jak jaki pojebaniec?

– Nawet szybciej jechał – wtrącił się facet stojący na poboczu z papierosem w zębach, ubrany w czapkę z misia i barani gruby kożuch. – Wyprzedzał mnie, to mi się zdaje, że mógł mieć ze sto dwadzieścia na liczniku, a droga śliska…

– Idziemy, dalej! – ponaglił sierżanta chorąży, nie zwróciwszy specjalnej uwagi na to, co miał do powiedzenia świadek.

– Na pośpiech za późno, panie władzo – odezwał się kierowca fiata, ubrany w skórzaną kurtkę pilotkę i narciarską czapkę z wełny. – My już tam byli. Facet sztywny jak pal Azji. Nie ma co zbierać. Chcieli my mu udzielić pomocy, co nie, panie… – Tu spojrzał na tego od trabanta, a ten natychmiast potwierdził, kiwając głową.

– Skąd to niby wiecie tak dobrze? Może jeszcze się da go sztucznie naoddychać? – Sierżant przypomniał sobie o metodzie usta-usta i zaraz zrobiło mu się niedobrze na myśl o wspólnym oddychaniu z jakimś truposzem.

– Ja w wojsku byłem w kolumnie sanitarnej, to z pierwszej pomocy mam przeszkolenie – wyjaśnił ten w kożuchu. – Facet jest załatwiony na ament.

– Jakby tak nie pędził, toby teraz mógł sobie siedzieć w ciepłym i pić piwo, a tak żona czeka, a tu zamiast męża do chaty zapuka milicjant. – Ten w pilotce otarł łzę, która zakręciła mu się w kąciku oka, ale wcale nie z żalu za facetem, ale na myśl o tym, że to on mógłby teraz tu leżeć i stygnąć na mrozie.

– Tak od rana? Rano się nie pije piwa – nie zgodził się z nim były sanitariusz.

– A niby co? Piwo najlepsze na kaca od rana – zauważył właściciel fiata.

Obaj milicjanci jednak nie mieli zamiaru przysłuchiwać się dyskusji świadków. Po to przyjechali na miejsce, żeby na własne oczy zobaczyć, co i jak, i wydać fachową opinię. Znali się na rzeczy, bo w końcu byli z drogówki, więc niejedną kraksę już widzieli. Ta na pierwszy rzut oka nie była inna niż większość wypadków, do których dochodziło na śliskiej drodze.

– Zdaje się, że kierujący pojazdem marki Volkswagen Passat nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze – stwierdził chorąży Stefański, zatrzymując się przy wywróconym do góry kołami aucie. Jego zastępca przykucnął i zajrzał do środka, przyświecając sobie latarką. Kierowca mógł mieć najwyżej trzydzieści lat. Leżał na podbitce dachu auta. Głowę miał wygiętą pod nienaturalnym kątem. Nie trzeba było być wielkim specjalistą od spraw medycznych, by wiedzieć, że wygięcie jest spowodowane skręceniem karku. Sierżant Maryniak z ulgą darował więc sobie sprawdzanie pulsu. Nie lubił dotykać trupów.

– Podczas manewru wyprzedzania na oblodzonej nawierzchni kierujący passatem na zachodnioniemieckich numerach rejestracyjnych stracił panowanie nad kierownicą i samochód zjechał z drogi. W wyniku… – Chorąży przerwał, by sprawdzić stan faktyczny. – Jak tam, Stefan, facet żyje czy nie żyje?

– Kark skręcony, znaczy się cholera go wzięła. Ale mordę ma jakąś obcą. Znaczy się taką bardziej murzyńską, ino że białą, ale murzyńską.

– Aha, Arab znaczy się. To będzie tak… W wyniku wypadku kierujący pojazdem poniósł śmierć na miejscu. I jak będzie, Stefan? Dobrze se poukładałem raport? Wszystko się zgadza?

Sierżant wstał i spojrzał na kolegę. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetliły jego rumianą twarz, ozdobioną sumiastymi, czarnymi wąsami.

– Łe, no pewnie, że się zgadza. Co ma się nie zgadzać, jak się wszystko zgadza. Ty to jak nikt na komendzie umisz taki protokół upisać. Mucha nie siada. Ja to bym się pół dnia męczył, żeby tak wymyślić.

– Bo widzisz, trzeba mieć do tej roboty łeb.

– To to ja wiem, ale też trzeba czasem pokombinować, co nie? – Sierżant uśmiechnął się chytrze.

– Że niby co?

– A no tyle, żeby się nic niepotrzebnie nie zmarnowało – powiedziawszy to, machnął przed chorążym kluczykami wyjętymi ze stacyjki. – Zdaje mi się, że tam w bagażniku jakaś wódeczka się musiała roztrzaskać, bo śmierdzi.

– Jak się roztrzaskała flaszka, to po cholerę chcesz tam zaglądać? – Chorąży wzruszył ramionami.

– Na wszelki wypadek, znaczy się służbowo, czy aby jakiej kontrabandy nie przewoził.

– Kontrabandy? Przecież to nie Polak. Na niemieckich blachach ten passat. Oni przecież do nas nic nie przemycają.

Sierżant nie dał się przekonać. Podszedł do bagażnika, włożył klucz i przekręcił. Zamek nie zablokował się podczas wypadku. Klapa się otworzyła i ze środka wypadło koło zapasowe, metalowa skrzynka na klucze i obszerna sportowa torba. Na śnieg wysypało się też trochę potłuczonego szkła i kilka całych butelek wódki.

– Nie mówiłem? – ucieszył się Maryniak. – Jak z peweksu, niemiecka chyba. Trzeba schować, bo przecież nie zostawimy tym szuszwolom z pomocy drogowej. Ta torba też się nada. – Pochylił się i chwycił za błyskawiczny zamek. Pociągnął go i już chciał wyrzucić zawartość na śnieg, przekonany, że wewnątrz są tylko jakieś ubrania… – Jezus Maria – jęknął, włożywszy dłoń do środka.

– Co, jeszcze jeden trup? – zapytał chorąży, podchodząc szybko do kolegi.

– O ja pierdolę!

– Co jest, do cholery…?

– Patrz się do środka! – Sierżant skierował strumień światła na torbę.

– O Jezusie Nazareński! – wyszeptał chorąży, zapominając całkowicie o swoim świeckim światopoglądzie wynikającym z przyjęcia zasad dialektyki marksistowsko-leninowskiej, której uczył się na kursach zaraz po rozpoczęciu służby w Milicji Obywatelskiej. No ale jak mógł inaczej zareagować człowiek, nawet w stopniu chorążego, na widok całej torby wypełnionej po brzegi dolarami, człowiek, którego raz na rok stać było na zakup paru dolców od cinkciarza i wydanie ich na świąteczne zakupy w peweksie. To, co było w torbie, wystarczyłoby mu na takie zakupy zapewne przez najbliższych kilkaset lat.

Poznań Piątek 3 marca 1989 r. Godzina 13.30

Zadzwonił szkolny dzwonek i nim zdążył wybrzmieć jego dźwięk, drzwi od budynku się otworzyły i ze środka zaczęła wylewać się kolorowa rzeka dzieci. Kiedy dyżurująca nauczycielka zdołała dotrzeć do dolnego holu, by jako tako uporządkować ruch przy wyjściu, już kilkoro najmłodszych uczniów z pierwszych klas zostało stratowanych przez rosłych ósmoklasistów. Oni przecież musieli być pierwsi na dworze, a młodzi mogli sobie jeszcze chwilę poczekać. W końcu nie mieli tylu spraw na głowie, co ich starsi koledzy. Skończył się szkolny tydzień i uczniowie mieli przed sobą pełne dwa dni wypoczynku. Do tego dochodziło jeszcze dzisiejsze popołudnie i wieczór, czyli czas, który trzeba było wykorzystać najlepiej, jak się tylko dało, tym bardziej że zrobiło się ciepło, a wiosenne słońce pracowicie topiło resztki śniegu, który jeszcze gdzieniegdzie próbował walczyć z coraz śmielszymi słonecznymi promieniami.

– Co się tak grzebiesz, Wojtas? – rzucił przed siebie piegowaty blondyn, kołysząc się na stalowej balustradzie odgradzającej chodnik od ulicy.

– Tych gówniarzy tylu przy drzwiach się napchało… – wyjaśnił zapytany, który właśnie przecisnął się przez tłum, torując sobie drogę masą swojego piętnastoletniego i już całkiem dobrze umięśnionego ciała.

– No to możemy lecieć, co? – Siedzący obok blondyna szczupły brunet spojrzał najpierw na Wojtasa, a potem na kumpla obok.

– Pewnie, że możemy. Tylko dokąd idziemy, Mariusz? – zainteresował się Wojtas, spoglądając na bruneta.

– Najlepiej to do parku.

– Jasne, że do parku Wodziczki – przytaknął blondyn, którego koledzy nazywali Żwirkiem, bo swoim wyglądem przypominał krasnala z czechosłowackiej bajki. – Nie będę nigdzie dalej łaził, jak mamy cały park pod ręką – powiedziawszy to, wskazał głową kierunek.

– A w parku to niby gdzie? – zapytał Wojtas, który był głównym organizatorem wyprawy. Na ostatniej lekcji pokazał obu kolegom wyciągniętą z torby paczkę peweksowskich cameli. Wiedział dobrze, że Mariusz i Żwirek natychmiast dołączą do niego, choć żaden z nich nie był nałogowym palaczem. Popalali tylko od czasu do czasu, gdy udało im się zorganizować kilka fajek podprowadzonych rodzicom. Ale to zawsze były polskie papierosy. Peweksowskich jeszcze żaden nie palił, więc na widok paczki z wielbłądem chłopakom zaświeciły się oczy.

– Chodźmy nad Bogdankę. Tam nad brzegiem od strony naszej budy nikt nie łazi i nie będzie nas widać – wyjaśnił Mariusz. Wiedział, co mówi, bo mieszkał w piętrowym przedwojennym budynku stojącym nieopodal szkoły przy ulicy Drzymały. Jego dwaj kumple mieszkali dalej w bloku Nad Wierzbakiem, więc on miał najlepsze rozeznanie w parkowej okolicy.

– No to nie ma co czekać – stwierdził Żwirek, zeskakując z barierki. – Idziemy! – Ruszył dziarskim krokiem przed siebie. Jego koledzy poszli za nim, odpychając łokciami napierających malców z trzeciej klasy.

Przeszli kilkadziesiąt metrów ulicą Drzymały, by po chwili skręcić w prześwit między jednopiętrowymi domami. W tym pierwszym po prawej mieszkał Mariusz. Z pewną obawą spojrzał na kuchenne okno na parterze. Wiedział, że o tej porze mama szykowała obiad. Dlatego na wszelki wypadek przyśpieszył kroku. Mogła go przecież zauważyć i zawołać do domu. I wtedy z palenia byłyby nici. Na szczęście udało im się przemknąć. Przeszli więc szybko przez wydeptane i wyjeżdżone kołami samochodów podwórko, kierując się na ścieżkę prowadzącą wzdłuż ogródków. Gdyby to była późna wiosna, mogliby spróbować zapalić nawet tutaj, jednak o tej porze krzaki i drzewa nie wypuściły jeszcze liści, więc musieli pójść trochę dalej.

Kilka minut później dotarli nad brzeg wąskiej rzeczki o niezbyt bystrym nurcie. Na niewielkiej polance śmierdziało wilgotnym mułem, zgnilizną i szczynami. Okoliczni mieszkańcy wyrzucali tu wszystko, co nie było przydatne w domu – stare deski, gruz poremontowy, papiery i potłuczone butelki. Tych ostatnich oczywiście jak zawsze w takich ustronnych miejscach było najwięcej, bo szkło porzucali tu również menele, którzy już dawno zawłaszczyli sobie ten dziki rejon. Oni spotykali się tu od rana, zaraz po otwarciu pobliskiego sklepu spożywczego, w którym kupowali jabole, a potem z winem w kieszeni przychodzili nad rzeczkę na poranną degustację. Oczywiście nie zostawiali tu butelek, bo były zbyt cenne i można je było oddać do sklepu za zwrotem kaucji. Porzucali niepotrzebne już naczynia do picia, czyli słoiki i musztardówki, do których rozlewali przyniesiony alkohol. Zostawiali po sobie także jeszcze coś innego – charakterystyczny smród odchodów. Pracowały na ten odór przez długie lata całe rzesze pijaków przetwarzających na śmierdzące siuśki wino słodkie owocowe, piwo i denaturat.

Teraz poranni pijacy szczęśliwie odurzeni odsypiali ciężką pracę w swoich domowych legowiskach, by z nowymi siłami móc powrócić do ulubionych alkoholowych zajęć późnym popołudniem. Dlatego w parku było pusto.

– Ale tu wali – jęknął Żwirek, marszcząc przy tym nos.

– Chodźcie bliżej rzeczki, bo tam tak nie capi. – Mariusz wskazał na niewielką skarpę. Tam pijacy się nie zapuszczali, bo picie nad samą wodą mogło się skończyć przypadkową kąpielą. – A tak w ogóle to gadaj zaraz, Wojtas, skąd masz takie ekstra fajki?

Chłopak uśmiechnął się zadowolony. Dobrze wiedział, że zrobi na kolegach wrażenie. Cameli nie można było dostać w kioskach Ruchu. Tam sprzedawano tylko krajowe wyroby tytoniowe. Te, które zorganizował, pochodziły wprost z peweksu.

Włożył rękę do kieszeni kurtki i wydobył z niej żółtą paczkę z wielbłądem.

– Bez filtra – stwierdził tonem eksperta. – Jak są bez filtra, to znaczy się, że mocniejsze.

– Jak mocniejsze, to lepsze – rzucił kolejny ekspert, Mariusz.

– Ale skąd żeś je wytrzasnął? – niecierpliwił się Żwirek.

– Jak skąd? No wiadomo przecież, że peweksowskie fajki to są z peweksu. Kupiłem na Grunwaldzkiej, tam koło Targów Poznańskich.

– Chyba na Świerczewskiego? – Mariusz poprawił kolegę. Wiedział, co mówi, bo był kilka razy w tym peweksie. Ostatnio w zeszłym roku w sierpniu, kiedy mama kupowała mu dżinsy Levi’sa za osiemnaście dolarów. Pamiętał, że przestrzegła go wtedy: „Masz na nie uważać, żebyś ich czasem nie podarł, bo drugich ci nie kupię. A jak je podziurawisz, to będziesz z dziurami do końca roku szkolnego łaził”.

Spojrzał na swoje kolana. Prawe, rozerwane podczas bójki w ubiegłym miesiącu, było teraz starannie zaszyte. Mama zrobiła, co mogła, ale i tak widać było, że spodnie się rozdarły. Jednak nie miał wyjścia, musiał chodzić w pozszywanych, licząc na to, że uszkodzenie nie rzuca się za bardzo w oczy.

– Jak Świerczewskiego? Głupi jesteś!– Wojtas wiedział swoje. W końcu w tym sklepie był wczoraj. – Peweks jest na Grunwaldzkiej.

– Ale po co ta mowa, chłopaki? – odezwał się Żwirek, który nie lubił tracić czasu na jałowe dyskusje. – Jedna i druga ulica idą między starym wejściem na targi a Bałtykiem i rozdzielają się dopiero przy pomniku Kościuszki. Co za różnica, przy której jest peweks? Grunt, że Wojtas kupił tam camele. No, otwieraj wreszcie tę pakę, bo już się nie mogę doczekać, żeby się sztachnąć tym cudem!

Obaj sprzeczający się jeszcze przed chwilą chłopcy natychmiast zapomnieli o kłótni. Wojtas pod czujnym spojrzeniem obu kolegów zaczął z namaszczeniem zdejmować celofan z paczki, a potem rozrywać srebrny papierek. Gdy ukazały się wreszcie papierosy, przysunął je do nosa i wciągnął aromatyczny zapach.

– Ale pachną.

– Żwirek, dawaj ogień.

– No, dalej, szybko podpalaj!

– O ja pierdzielę, ale aromat! Khy, khy!

– To są prawdziwe fajki, khy, nie to co popularne.

– Popularne się mogą schować, khy, khy, khy!

– Nawet carmeny się mogą schować przy nich.

– Carmeny są do dupy.

– W ogóle polskie faje są do dupy.

– Amerykańskie to amerykańskie.

– No, superanckie, khy, khy!

– Miodzio, khy, khy, jeszcze takich nie jarałem.

– Ja, khy, khy, też.

– Dajcie ćmika, to wam coś pokażę.

Wszyscy trzej jak na komendę spojrzeli w prawo. Dwa metry od nich stał jakiś niechlujny facet z rozczochranymi siwiejącymi włosami i gębą napuchniętą i obtartą z prawej strony. Widać całkiem niedawno musiał sprawdzać nią wytrzymałość jakiejś chropowatej powierzchni. Ubrany był w szarą jesionkę, czarne spodnie, które już dawno straciły kant, i zimowe buty Relaksy, które czas swojej świetności przeżyły zapewne w stanie wojennym.

– Co pokażesz? – zainteresował się Żwirek.

– Pewnie gołą dupę. – Mariusz nie miał najwyraźniej ochoty na rozmowy z kloszardem.

– Dajcie ćmika, to wam pokażę, gdzie jest trup.

– Jaki trup? – Wojtas poderwał się na równe nogi, bo z natury był ciekawskim typem.

– Jak jaki? Normalny trup, co nie żyje. Jeszcze go nikt nie znalazł, ale ja byłem pierwszy. Zabity na ament, nieboraczek. Dajcie fajeczkę i go wam pokażę.

Chłopak sięgnął po papierosy, wydobył z paczki jednego i podał lumpowi.

– Camele! – uśmiechnął się obdarowany. – To jeszcze ino ogień i idziemy na wycieczkę.

Żwirek podał mu zapalniczkę. Mężczyzna się zaciągnął, przymykając przy tym oczy z rozkoszy.

– Kiedyś się nie takie paliło – stwierdził, a potem, obrzuciwszy trójkę młodzieńców nieco szklistym spojrzeniem, skinął na nich głową.

– No, to chodźta za mną! – Odwrócił się i ruszył ścieżką wzdłuż brzegu rzeczki. Nie musieli iść długo. Jakieś trzydzieści metrów dalej, w krzakach porastających skarpę, dostrzegli najpierw białą koszulę, później dziwnie podwinięte nogi, a na koniec niezwykle bladą twarz młodego mężczyzny.

Zaciekawieni minęli swojego przewodnika i podbiegli do trupa. W czole umarlaka widać było jedynie małą dziurkę, za to z tyłu, tam gdzie powinny być włosy, zobaczyli krwawą, gąbczastą masę…

Pierwszy nie wytrzymał Żwirek. Odwrócił się za siebie i zwymiotował. Mariusz i Wojtas po sekundzie poszli w jego ślady.

Kloszard zaciągnął się papierosowym dymem, a potem spojrzał z obrzydzeniem na rzygowiny.

– Na stołówce dawali wam dzisiaj rybkę! – stwierdził złośliwie, a potem odwrócił się i poszedł przed siebie wolnym krokiem. Piątkowe popołudnie nie mogło mu się przecież zmarnować przez jakiegoś truposza. Trzeba było pokombinować, gdzie by tu znaleźć coś do picia. Życie w końcu dawało tyle okazji, które pojawiały się przed obrotnym człowiekiem na wyciągnięcie ręki. Tak choćby jak ten portfel należący do gościa z odstrzelonym łbem, wypełniony po brzegi dolarowymi banknotami. Lump spojrzał jeszcze raz na chłopaków i uśmiechając się do siebie, skierował się w stronę parku Wodziczki.

– W życiu to jednak trzeba mieć farta – powiedział sam do siebie, wyciągając z paczki papierosa. Podniósł camele z ziemi po tym, jak chłopak wypuścił je z dłoni, zajęty wymiotowaniem. Jemu się przydadzą, a oni, szkoda gadać, tacy z nich palacze.

Sobota 4 marca 1989 r. Godzina 8.15

– No to jeszcze raz i bez żadnych kantów. Od początku do końca powiedz, jak to było?

– Normalnie. Poszliśmy i ten trup tam leżał. A potem Żwirek, znaczy się Darek Kujawa, puścił pawia, no i ja też, znaczy za chwilę – wyjaśnił najdokładniej, jak potrafił, Mariusz Stolarek.

– A kto mu przeszukał kieszenie? – zapytał kapitan milicji.

– Jakie kieszenie?

– No normalne, w spodniach i marynarce.

– On nie miał marynarki, tylko w koszuli był.

– Marynarka leżała w krzakach kilka metrów od miejsca, gdzie leżał trup.

– Myśmy marynarki w ogóle nie widzieli.

– To niby jak mogła znaleźć się w krzakach, jak krzaki były w pewnej odległości od ciała. Sama sobie tam przeszła?

– To pewnie ten klosz – przypomniał sobie coraz bardziej zdenerwowany Mariusz. Nie dość że zawiadomili milicję o swoim odkryciu, to „w nagrodę” musieli się stawić o ósmej rano w komendzie miejskiej na placu Wolności i teraz od jakiegoś kwadransa w kółko powtarzać to samo. Tak jakby to oni zabili tego faceta nad Bogdanką.

– Jaki klosz? – Milicjant najwyraźniej nie znał tego określenia.

– Klosz, znaczy się kloszard. Tak się mówi o bezdomnych śmierdzących szuszwolach.

– Aha, klosz – powiedział głośno kapitan i zapisał coś w zwykłym szkolnym zeszycie w szarej okładce. Tomasz Marjański, kapitan Milicji Obywatelskiej miał w zwyczaju zapisywać co ciekawsze określenia, zwroty czy wyrażenia. Wszystko dlatego, że ów oficer miał pewną pasję. Prócz zawodowej pracy w milicji pasjonował się literaturą. I to nie byle jaką. Marjański uwielbiał kryminały milicyjne. Czytał je namiętnie i do tego jeszcze sam pisał. Stworzył książkę, w której pokazywał milicjantów ze wszystkimi wadami i zaletami, jakimi charakteryzowali się niewyidealizowani funkcjonariusze[1]. Jego powieść różniła się więc od tych milicyjnych laurek i Marjański doszedł do przekonania, że jest to nowy gatunek kryminalny, któremu nadał nazwę „powieść neomilicyjna”. Książka milicjanta spotkała się z przychylnymi opiniami recenzentów z wydawnictwa Iskry, które opublikowało słynną serię powieści kryminalnych „Ewa wzywa 07”, ale jak dotąd nie doczekała się jeszcze wydania. Redakcja poinformowała go, że być może ukaże się w listopadzie lub grudniu tego roku, a jeśli to się nie uda, to w dziewięćdziesiątym już na pewno. Więc kapitan Marjański, twórca nowego gatunku literackiego, czekał cierpliwie od lat na swój debiut, nie tracąc czasu. Postanowił pójść za ciosem i zaczął pisać następny kryminał, ale jakoś mu nie szło. Druga jego powieść miała już nawet tytuł Milczenie jest srebrem i zarys intrygi, ale nie wiedzieć czemu cały rękopis zawierający prawie osiem stron skonfiskowała mu Służba Bezpieczeństwa w osiemdziesiątym szóstym. Nie powiedzieli, dlaczego zabierają jego pracę, ale zapewnili, że wkrótce oddadzą wszystko co do kartki. Nie oddali, mimo że Marjański wydzwaniał do kolegów z resortu. Nikt nie potrafił mu nic powiedzieć. Dlatego postanowił, że napisze zupełnie nową historię, i teraz szukał pomysłu. Pełen zapału notował różne zwroty i pojęcia, które mogłyby mu się przydać. Tak jak ten „klosz”.

– On nas tam zaprowadził – z zamyślenia wyrwał milicjanta głos chłopaka.

– Co?

– No ten klosz.

– Co z tym kloszem?

– On przyszedł do nas, jak żeśmy siedzieli nad Bogdanką.

– Jaką Bogdanką?

– No tą rzeczką. Tak się rzeczka nazywa, Bogdanka. Co, pan nie jest z Poznania?

Marjański zrobił groźną minę. Co mu jakiś gówniarz będzie wytykał jego niepoznańskość. Nie był z Poznania. Był elementem napływowym, który osiedlił się tu w osiemdziesiątym pierwszym roku zaraz po skończeniu szkoły oficerskiej w Szczytnie, ale po tylu latach mieszkania w stolicy Wielkopolski, od dwóch lat na pięknym i nowoczesnym osiedlu Rataje, czuł się już poznaniakiem pełną gębą. A że nie znał jakiejś zasranej Bogdanki? Grunt, że znał rzekę Wartę, którą przekraczał dwa razy dziennie, jadąc do pracy i z powrotem zielonym tramwajem przez most Juliana Marchlewskiego.

– Co się wymądrzasz, gówniarzu?

– Ja tylko…

– Odpowiadać na pytania!

– Dobrze, proszę pana.

– No to co z tym kloszem?

– Siedzieliśmy nad rzeczką…

– I piliście alkohol?

– Nigdy w życiu. My jeszcze nie pijemy.

– To co tam robiliście? Tylko całą prawdę mi tu mówić, bo i tak milicja o wszystkim się dowie.

– No my żeśmy tam palili ćmiki.

– Ładne mi rzeczy. Ile wy macie lat, że się za palenie bierzecie?

– Piętnaście, bo my jesteśmy z ósmej klasy.

– To co, jak ósma to można palić? Pasem na gołą dupę powinniście dostać za palenie. I co, paliliście i…

– I wtedy ten gościu przyszedł do nas i powiedział, że jak go poczęstujemy fajką, to nam pokaże trupa.

– I co?

– No to żeśmy poczęstowali, żeby zobaczyć. Pan rozumie, nie co dzień się widzi truposza. Każdy by chciał zobaczyć.

– I co klosz? – Marjańskiemu wyraźnie spodobało się nowe określenie. – Co klosz zrobił?

– Zaprowadził nas na miejsce, a tam, jak żeśmy już przyszli, to żeśmy się porzygali, jak żeśmy go zobaczyli, a potem ja poleciałem do szkoły dzwonić na milicję. No i milicja przyjechała i nas spisała, i kazali się stawić na ósmą rano dzisiaj, to żeśmy się stawili.

– Aha, dobrze, dobrze…. – Marjański pokiwał głową, przez chwilę zastanawiając się, jakie zadać kolejne pytanie temu chłopakowi. W przesłuchiwaniu nie miał wielkiego doświadczenia. Przez pierwsze pięć lat swojej służby w milicji nikogo w ogóle nie przesłuchiwał, bo pracował na stanowisku oficera dyżurnego w komendzie miejskiej. Dopiero na początku osiemdziesiątego siódmego przeniesiony został najpierw do obyczajówki, a w tym roku w końcu tam, gdzie zawsze chciał pracować, czyli do wydziału dochodzeniowo-śledczego. I wtedy kapitan Marjański poczuł, że dane mu będzie rozwinąć skrzydła, ale jak na razie nie wpadła mu w ręce żadna poważna sprawa. Same kradzieże z włamaniem albo pobicia. No i wreszcie wczoraj na swoim dyżurze otrzymał meldunek o trupie nad rzeką. Zaraz ruszył na miejsce z ekipą techniczną, zdeterminowany i zdecydowany, żeby poprowadzić tę sprawę. Postanowił, że zrobi wszystko, by przekonać podpułkownika Stachurę, swojego bezpośredniego szefa, żeby śledztwo powierzył właśnie jemu, a nie majorowi Majchrzakowi, który w wydziale niemal etatowo zajmował się wszystkimi morderstwami. Na szczęście zarówno szef, jak i Majchrzak sobotę i niedzielę mieli wolną, więc Marjański postanowił, że te dwa dni wykorzysta jak najbardziej intensywnie, by w poniedziałek przedstawić szefowi wyniki swoich poszukiwań.

– No to jak wyglądał ten… no, jak mu tam, no, klosz?

Chłopak zmarszczył brwi, tak jakby chciał pokazać, że nad czymś bardzo intensywnie się zastanawia. Po chwili uniósł pochyloną dotąd głowę i spojrzał na milicjanta.

– No wyglądał jak taka normalna łachudra.

– Czyli że jak?

– Na sobie miał taki szary płaszcz, ale nie przeciwdeszczowy, ale taki z materiału…

– Jesionkę?

– O właśnie, że jesionkę, i miał na niej pasek, taki jak wojskowy, gruby pasek, brązowy… Na nogach buty zimowe, ale stare, wyglądały, jakby się miały zaraz rozlecieć, no i jeszcze czarne portki.

Marjański zapisał każdy szczegół, bo to akurat mogło się przydać. Oczywiście nikt nie będzie szukał jakiegoś bezdomnego, bo kto by tam chciał zajmować się jakimś przybłędą, ale dla spokoju sumienia w akta sprawy trzeba było taki opis wpiąć, żeby było jasne, że śledczy niczego nie zaniedbał. Pomyślał więc jeszcze, że na wszelki wypadek zapyta o facjatę tego faceta.

– A twarz tego człowieka, czy możesz opisać jego twarz?

– Pewnie, że mogę. Twarz to on miał normalną, znaczy się oczy i nos normalne, tyle że pod oczami worki takie jak od niewyspania, a pod nosem wąsy, ale nie takie porządne, jak ma pan kapitan, ale takie długie…

Milicjant chrząknął zadowolony. Wąsy, które nosił, były jego prawdziwą dumą. Gęste i mocne, ale starannie i równo przycięte, tak że ani na milimetr którykolwiek włosek nie miał prawa przekroczyć linii górnej wargi. Codziennie rano podczas golenia sprawdzał stan swojego zarostu i gdy tylko gdzieś pojawiała się jakakolwiek nierówność, natychmiast niwelował ją za pomocą specjalnych, fryzjerskich nożyczek, które kupił sobie w NRD podczas wycieczki milicyjnej do Eisenhüttenstadt.

– …no a gębę to miał całkiem zarośniętą. No i jeszcze włosy długie, ale nie jak hipis jakiś, ale jak niemyty brudas.

– Znaczy ogólnie taki śmierdziel? – zauważył milicjant.

– Nie, śmierdzieć, to on nie śmierdział. Tam wszystko śmierdzi naokoło, ale on to nie.

– No to chyba mam już wszystko. – Zadowolony Marjański odłożył długopis na biurko i pchnął go w stronę siedzącego naprzeciw chłopaka. – Podpisz w takim razie i możesz iść do domu.

Mariusz poderwał się z krzesła i natychmiast złożył pod dokumentem swój niewyrobiony jeszcze i nieporadny podpis.

– Daj teraz wezwanie, żebym ja mógł je podpisać, bo inaczej nie wypuszczą cię z budynku.

Chłopak sięgnął do kieszeni i podał kapitanowi zmięty papier. Marjański rozprostował go na biurku, podpisał się, a podając go Mariuszowi, uśmiechnął się przyjacielsko, tak jak kapitan Żbik do zaprzyjaźnionych harcerzy. Postanowił, że musi mu się jakoś zrewanżować za tę jego uwagę o wąsach.

– Muszę przyznać, że jesteś bystry. Dobrze opisałeś tego klosza. Masz dobrą pamięć.

– He, he! To łatwe było, panie kapitanie.

– Tak? A niby to dlaczego?

– Bo on tak przez całą zimę łazi w tych samych lompach.

– Kto?

– No ten klosz. Wózkowy Mietas nie ma innych ciuchów, to ciągle tak samo ubrany jest…

– Zaraz, zaraz, jaki wózkowy, jaki Mietas?

– No ten szuszwol. – Chłopak pokręcił głową, jakby zmuszony był tłumaczyć coś zupełnie oczywistego jakiemuś kompletnemu idiocie. – Wszyscy na niego wołają Wózkowy, bo on ma taki wózek, co z nim jeździ i zbiera złom i makulaturę, a później to sprzedaje w skupie. Wczoraj nad rzeką łaził bez wózka, ale zawsze ma ten wózek. No i on na imię ma Mietas…

– A skąd ty niby to wszystko o nim tak dobrze wiesz? – Kapitan wszedł mu w słowo.

– No jak skąd? Przecież ten szuszwol Mietas Wózkowy to on mieszka na mojej ulicy.

– Na jakiej ulicy? Znaczy się śpi na ulicy?

– Gdzie tam! Na ulicy, to znaczy się, że u mnie na Drzymały mieszka pod szóstym…

Milicjant z sykiem wypuścił powietrze. No teraz miał już punkt zaczepienia. Skoro wiedział, gdzie szukać tego, który pokazał chłopakom zwłoki, sprawa wydawała się prosta. Jeszcze dziś ten człowiek jako główny podejrzany trafi za kratki i dzięki temu w poniedziałek kapitan będzie mógł pochwalić się swojemu szefowi, podpułkownikowi Stachurze, pierwszym sukcesem, a to mogło oznaczać tylko jedno: będzie mógł dalej zajmować się tą, jak mu się zdawało, rozwojową sprawą. I wcale nie przeszkadzało mu, że wcześniej ten kloszard wydawał się nieistotny. Skoro sam właził mu w ręce, trzeba będzie go wykorzystać w roli elementu podejrzanego.

Godzina 10.00

Peweks przy Świerczewskiego otwierano punktualnie o dziesiątej. Małgosia Kasprzak, siedemnastoletnia uczennica technikum zawodowego w klasie magazynier-sprzedawca, chwyciła pęk kluczy i wolnym krokiem podeszła do podwójnych, przeszklonych drzwi. Na ulicy niewiele się działo. O tej porze jeszcze nie było wielkiego ruchu, a i do peweksu przychodziło niewielu klientów. Na zewnątrz na chodniku stali dwaj cinkciarze dobrze znani Małgosi. Ten młodszy miał na imię Włodek, a na starszego mówili Zapała, bo strzygł się na zapałkę. Teraz nie było tego widać, bo miał na głowie futrzaną czapę. Za to Włodek, jak wielu młodych ludzi, nic sobie nie robił z chłodu i paradował z nieprzykrytą niczym bujną czupryną. Małgosi to wcale nie dziwiło, bo i ona nie zakładała czapki, odkąd tylko poczuła, że zima zaczyna ustępować i na dworze robi się cieplej. Nie lubiła chować swoich złocistych długich włosów. Żadna z jej koleżanek nie miała przecież warkocza do samego tyłka.

Dziewczyna włożyła klucz do zamka i przekręciła dwa razy. Obaj cinkciarze, usłyszawszy dźwięk otwieranych drzwi, odwrócili się jak na komendę. Włodek na widok Małgosi uśmiechnął się szeroko i posłał jej całusa. Odpowiedziała mu tym samym. Dobrze się dla niej zaczynał ten dzień. Pogoda zrobiła się wiosenna, a i ona czuła jakoś w sercu wiosnę. Może po tym uśmiechu Włodka? Musiała przyznać, że chłopak był bardzo przystojny, a do tego jeszcze widać było na pierwszy rzut oka, że miał pieniądze, bo ubierał się w peweksowskie ciuchy. Wiadomo, jak to cinkciarz.

Za to facet, który zmierzał do sklepu, nie wyglądał na bogacza. Wręcz przeciwnie, śmierdziało od niego z daleka biedą. Nie był to jednak odór niemytego ciała, o czym Małgosia przekonała się od razu, gdy tylko otworzyła szerzej drzwi. Facet wszedł do środka, ale nie wpłynęła za nim śmierdząca chmura zgęstniałego powietrza. Nic z tych rzeczy, czuć było tylko uliczne spaliny. Ubrany był w byle jaką jesionkę i buty śniegowe. Długie włosy miał zebrane w kucyk, a brodę przystrzyżoną. Nie wyglądał jak klient peweksu, a raczej jak ktoś, kto zaopatruje się w sklepie monopolowym i to nie w wódkę, ale w zwykłe jabole.

Mężczyzna podszedł do lady działu kosmetycznego, przez chwilę przyglądał się kolorowym buteleczkom, by zaraz ruszyć w kierunku stoisk z odzieżą. Małgosia, która dziś pracowała na odzieżowym, obserwowała go zaciekawiona. Postanowiła przyjrzeć mu się z bliska, bo wyczuła podskórnie, że może z tego wyniknąć jakaś draka. Może się okazać, że złapie go na gorącym uczynku, gdy będzie jakiś towar wkładał do kieszeni…

– Proszę pani… – Klient obdartus zwrócił się nieśmiało do Joli Walkowiak, tlenionej blondynki o kręconych lokówką włosach, która układała na półce dżinsowe koszule. Kobieta odwróciła się i obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.

– Zaraz, robię coś przecież.

– Ja pomogę – zaoferowała Małgosia, która podeszła do starszej i bardziej doświadczonej koleżanki. Normalnie, za nic w świecie sama z siebie nie zaproponowałaby pomocy. Ale w tej sytuacji wolała być w tym miejscu, żeby kierowniczka czasami nie odwołała jej do innej roboty.

Tymczasem w sklepie pojawili się już inni klienci. Zaczynał się normalny dzień pracy, choć ten był na szczęście dla sprzedawczyń zdecydowanie lepszy, bo w sobotę pracowało się tylko do czternastej. Jeszcze więc kilka godzin i będzie można zacząć weekend…

– Tak, słucham! – burknęła opryskliwie Jola, patrząc niezbyt przychylnie na namolnego klienta.

– Poproszę dżinsy Levi’sa, koszulę dżinsową, kurtkę dżinsową też Levi’sa, adidasy białe, do tego jeszcze taką czapeczkę z daszkiem, o, tę czerwoną… i jeszcze… Albo nie, jeszcze to się zobaczy później. Na razie niech pani da to wszystko, co powiedziałem.

Jola aż otworzyła usta ze zdumienia. Owszem, zdarzały się w peweksie sytuacje, że przychodzili tu ludzie, którzy ubierali się od stóp do głów podczas jednych zakupów. Jednak były to zawsze zadbane osoby w porządnych ciuchach. Tymczasem po raz pierwszy widziała, żeby ktoś taki jak ten tu…

– Spodnie w pasie osiemdziesiąt – wyjaśnił klient, który widząc brak reakcji sprzedawczyni, doszedł do przekonania, że ta nie ma pojęcia, jaki rozmiar dla niego wybrać. – A, i pasek jeszcze do tych porów niech pani da. Taki z tą dużą klamrą – wskazał na wiszący na wieszaku szeroki kowbojski pas.

Sprzedawczyni wreszcie oprzytomniała. Odwróciła się plecami do klienta i zaczęła nerwowo przerzucać spodnie na półce.

– Ja pani pomogę – odezwała się Małgosia, kolejny raz proponując swoje usługi. Jola spojrzała na nią zdziwiona, ale zaraz skinęła głową.

– Weź, no, wyszukaj wszystko, co ten chce, i podaj, bo ja muszę na chwilę wyjść.

Dziewczyna, mimo że była tu na praktykach dopiero od miesiąca, bo zgodnie z harmonogramem szkolnym praktyczna nauka zawodu zaczynała się w trzeciej klasie szkoły zawodowej od drugiego semestru, już dobrze zdążyła się zapoznać z całym asortymentem. Zależało jej na pracy w peweksie, dlatego chciała, żeby kierowniczka zobaczyła, jak się stara, i doceniła jej zaangażowanie. W końcu nie trafiał tu byle kto. Trzeba było mieć dobre plecy, żeby się znaleźć w takim sklepie na praktykach, nie mówiąc już o etacie. Małgosia na szczęście miała niezłą rekomendację. Brat jej ojca, który był wojskowym w szkole pancernej, miał dobrą znajomą bufetową w tej właśnie szkole. Bufetowa natomiast miała wujka, który pracował w Polmozbycie na Jackowskiego jako zastępca kierownika. Taki zastępca mógł dużo, a nawet więcej, jeśli się rozchodzi o przydział auta, czyli mógł przydzielić lepsze albo gorsze, a wiadomo, że każdy, kto odbierał samochód z przedsiębiorstwa motoryzacji, chciał wyjechać jak najlepszym. Takie auto, czyli małego fiata, chciała mieć Jagoda Witka, kierowniczka peweksu przy Świerczewskiego. Musiała więc przyjąć praktykantkę, jeśli jej maluch miał wyjechać z salonu bez żadnych usterek. Na tym jednak plecy Małgosi się kończyły, bo przyjęcie to jedno, a załapanie się na stałe do roboty to drugie. Dlatego dziewczyna chciała się wykazać. Uczyła się więc po nocach angielskiego, by móc rozmawiać z obcokrajowcami, i szło jej to całkiem nieźle, bo w ciągu miesiąca nauczyła się już podstawowych zwrotów, takich jak „senkju”, „jes”, „no” oraz liczebników do dziesięciu. W ten sposób mogła się dogadać z najbardziej wymagającym klientem zagranicznym, bo wystarczyło, że do liczebnika dodawała słowo dolar i kupujący od razu wiedział, o co jej chodzi. Tego tutaj na szczęście nie trzeba było obsługiwać po angielsku. Rozumiał po polsku bez problemów.

– Spodnie, koszula, kurtka i buty numer czterdziesty trzeci, i jeszcze pasek z metalową klamrą. Razem to będzie pięćdziesiąt siedem dolarów – powiedziała, kładąc wszystko na ladę. Myślała, że gdy powie, ile to kosztuje, facet natychmiast padnie trupem, ale on tylko się uśmiechnął i wskazał na pobliski dział monopolowy.

– Jeszcze niech pani da butelkę tego łyskacza Johnnie’ego Walkera, dwie flaszki poloneza, sześć piw heinekena w puszce i wagon cameli. A ja pójdę se z lompami do przymierzalni – powiedziawszy to, mrugnął do Małgosi, uśmiechając się jednocześnie, a potem zgarnął ubrania z lady i poszedł je przymierzać.

Młoda sprzedawczyni jeszcze przez chwilę stała oniemiała, dopóki nie przywrócił ją do rzeczywistości kuksaniec zadany łokciem w bok. Niezbyt mocny na szczęście, ale na tyle wyraźny, że dziewczyna mało nie krzyknęła. I dobrze zrobiła, bo obok niej stała sama kierowniczka, pani Jagoda, posągowa brunetka o wielkich piersiach, w której kochali się wszyscy cinkciarze, ale ona z byle kim się nie zadawała.

– I co, wszedł do przebieralni? – zapytała, a w głosie jej dało się wyczuć pewną nutę nerwowości.

– No, i zabrał pory, koszulę i kurtkę… a i jeszcze adidasy białe, i pasek.

– A to złodziej jeden – warknęła kierowniczka.

– Tak podejrzewałam, ale nie byłam pewna. – Małgosia, choć pełna złych przeczuć, nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała od przełożonej. Pierwszy raz w życiu miała do czynienia z prawdziwym złodziejem w akcji. Nie żeby wcześniej nie widywała ludzi, którzy kradną, bo takich było wkoło pełno, ale takiego, co to na bezczelnego wchodził akurat tu do peweksu i chciał ukraść dżinsy, to pierwszy raz w życiu miała okazję zobaczyć.

– Najprawdziwszy na świecie – zapewniła ją kierowniczka, kładąc delikatnie swoją wypielęgnowaną dłoń na ramieniu uczennicy. – Tacy gnoje najgorsi. Niby przyjdzie jak zwykły klient, nabierze ciuchów i pójdzie do przebieralni, a potem raz-dwa skoczy w drzwi i tylko smród po nim zostanie…

– Nie śmierdział – wyjaśniła Małgosia, która zdążyła gościa dobrze obwąchać.

– Smród to w przenośni, a naprawdę to manko w kasie.

– Aha.

– Ale nic z tego nie będzie. Jola już zadzwoniła do swojego narzeczonego, tego Romana. On jest milicjantem. Zaraz tu będzie i faceta załatwi na cacy.

– A co, pani kierowniczko, z resztą zamówienia? – Małgosia przypomniała sobie o wódce i papierosach.

– Jaką resztą?

– No kazał sobie podać jeszcze gorzołę i ćmiki…

– U nas w peweksie mówi się alkohol i papierosy. Zapamiętaj sobie, mała, że to nie sklep monopolowy, ale ekskluzywny punkt handlowy…

– To podać alkohol i papierosy?

– Zwariowałaś? To tylko dla niepoznaki, żeby odwrócić uwagę, tak powiedział. Ty poszłabyś po te ćmiki i gorzołę, a on zaraz by dał dyla i tyle byśmy go widziały…

Syrena milicyjnego radiowozu przerwała rozmowę. Niebieska nyska z napisem „Milicja” podjechała pod same drzwi sklepu. Patrolujący ten obszar cinkciarze zniknęli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z samochodu wyskoczyli dwaj milicjanci. Ten pierwszy, wysoki, wkroczył pewnie do sklepu i natychmiast widać było po nim, że dobrze zna teren. Sprzedawczyni Jola pomachała mu, ale on nie miał czasu na uśmiechy do narzeczonej. Był w końcu w pracy. Dostrzegłszy kierowniczkę, szybko do niej podszedł.

– Kapral Roman Kalafarski melduje się. Gdzie złodziej?

– O… – Kierowniczka Jagoda przytomnie wskazała przebieralnię.

– Idziemy! – Kalafarski skinął na starszego szeregowca, który mu towarzyszył. Małgosia podążyła za nimi, żeby nie przegapić niczego z tak nadzwyczajnego wydarzenia. Pierwsza dopadła do zasłoniętej zieloną zasłoną kabiny.

– Panie złodzieju, niech pan wyłazi natychmiast! – zawołała groźnym głosem, ale wyszło to nieco zbyt piskliwie. Milicjant chyba jednak nie lubił, gdy mu się w robotę wtrącają młode sprzedawczynie. Pogroził jej palcem, a potem odsunął ręką za siebie.

– Wychodzić natychmiast z rękami w górze, bo będę strzelać! – zawołał, ale pistoletu nie wyciągnął. Przez moment w całym sklepie zapadła grobowa cisza. A potem zza zasłony odezwał się niepewny głos.

– Że niby to kto ma wychodzić?

– Wy! – zawołał głośno milicjant.

– Jak my, jak ja tu jestem jeden?

– To wychodźcie jeden!

– Aha, no to wychodzę! – zawołał głos, a potem kotara się odchyliła i ze środka wyszedł elegancko ubrany człowiek. Miał na sobie białe adidasy, spodnie i kurtkę dżinsową, i jeszcze koszulę w kratkę. Nie wyglądał na złodzieja, ale zgłoszenie to zgłoszenie, pomyślał kapral Kalafarski. Szybko i sprawnie, nie wdając się w zbędne dyskusje, skuł ręce podejrzanego kajdankami, zasalutował kierowniczce, puścił oko do narzeczonej Joli i wyprowadził aresztowanego ze sklepu. Złodziej zaś pomyślał, że kolejny dzień jedzie na farcie, bo dzisiaj wychodził z peweksu elegancko ubrany, ale nie wydał na ciuchy ani jednego centa. Szkoda tylko, że nie udało mu się jakoś zabrać zamówionych ćmików i wódy. Ale co tam, odbije to sobie następnym razem.

Godzina 11.10

W pokoju na drugim piętrze Komendy Wojewódzkiej MO w Poznaniu cuchnęło papierosowym dymem, zaschniętymi fusami od kawy i czymś jeszcze, czym żaden urzędowy pokój śmierdzieć nie powinien. Mimo to odór pustych butelek po wódce był powszechny we wszystkich komendach i nie dało się go unicestwić, nawet przy użyciu szczególnie śmierdzącej pasty do podłóg. W tym pokoju jednak od dawna nikt nie czyścił pastą zielonego linoleum. W ogóle mało kto w nim sprzątał, bo gospodarze nie życzyli sobie, by jakieś obce ręce przekładały im ich papiery na biurkach i w szafach. Dlatego sprzątaczki mogły tu wchodzić tylko w godzinach pracy milicjantów, tyle że oni zaczynali pracę, gdy one właśnie ją kończyły.

– Ciekawe, co z tego wszystkiego wyniknie? – Kapitan Mirek Brodziak spojrzał znad rozłożonej gazety na porucznika Teofila Olkiewicza, jednak niespecjalnie był ciekaw opinii swojego kolegi. Natychmiast też pożałował, że w ogóle się odezwał, bo Teoś momentalnie podchwycił temat.

– A niby to z czego ma coś tam wyniknąć? – zapytał, uśmiechając się znacząco. Jak zwykle miał na myśli jakąś awanturę, w której uczestniczyli. Od razu przyszła mu na myśl ostatnia akcja o kryptonimie Trzeźwość, kiedy to milicjanci z komendy wojewódzkiej przeprowadzili naloty na nielegalnych wytwórców bimbru w całym województwie poznańskim. Miejsca, w które trzeba było uderzyć, wytypowali koledzy z poszczególnych gmin, a ci z wojewódzkiej występowali tam jako doradcy i obserwatorzy. Olkiewicz wraz z Brodziakiem „obserwowali” akcję w gminie Szamotuły. Najechali nocą na bimbrownię w miejscowości Pamiątkowo, w której przejęli ponad dwieście butelek gotowego do sprzedaży bimbru. Funkcjonariusze z Szamotuł zgodnie z rozkazami dowództwa akcji zamierzali oczywiście cały łup zniszczyć, ale na to nie mógł się zgodzić Olkiewicz. Zaproponował, by alkohol podzielić równo między biorących udział w nalocie. Ci z Szamotuł jakby tylko na to czekali. Propozycja została przyjęta przy pomruku ogólnej aprobaty. Dowodzący akcją kapitan Mikołajczak natychmiast wydał polecenie i w ten sposób trzydzieści flaszek trafiło do bagażnika radiowozu, którym przyjechali na miejsce poznaniacy. Teofil Olkiewicz nie lubił marnotrawstwa.

– O tych flaszkach, co my je wzięli w tym Pamiątkowie, to już nikt nie pamięta. Nie musisz się przejmować takimi pierdołami.

Brodziak pokręcił głową. Jemu chodziło o coś zupełnie innego. Kapitan Mirosław Brodziak, rudowłosy i piegowaty trzydziestoczterolatek ubrany w białe adidasy, dżinsy i kraciastą, flanelową koszulę, zastanawiał się nad polityką. Jakoś nigdy wcześniej nie myślał o takich sprawach, bo i o czym tu było myśleć? Wychodził z założenia, że już dawno mądrzejsi od niego wszystko poukładali tak, jak być powinno, i zapewne za jego życia nic się nie zmieni. Tak było przez te wszystkie lata służby w milicji. Nieraz tłumaczono mu na różnego rodzaju naradach i szkoleniach ideologicznych, że pewne sprawy są święte i niezmienne. Prelegenci za taką opokę uważali ustrój socjalistyczny i przyjaźń między Polską Ludową i Związkiem Radzieckim. Oczywiście dogmatem była także władza sprawowana w imieniu ludu pracującego miast i wsi przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. On jako milicjant miał w to wierzyć i stać na straży ustroju…

Mirek głęboko w nosie miał socjalistyczny ustrój. On był zainteresowany tylko sumiennym wykonywaniem swojej milicyjnej, kryminalnej roboty i Marzeną Poznańską, jego długoletnią dziewczyną, a teraz już narzeczoną. No w zasadzie to obchodzili go jeszcze najbliżsi kumple, ci z pracy, czyli między innymi siedzący przy biurku obok pięćdziesięciopięcioletni, korpulentny funkcjonariusz, ubrany w popielatą marynarkę opinającą pokaźnych rozmiarów brzuch, przykrywający wstydliwie łysinę na okrągłej głowie zaczeską na pożyczkę. Teoś Olkiewicz zajmował miejsce pod oknem. Jako że brzydził się pisaniem, a co za tym idzie czytaniem, na blacie jego biurka nie było nic prócz szklanki z niedopitą herbatą Ulung i pełnej po brzegi popielniczki z luksfera.

Przed dwoma miesiącami do tego ich wspólnego pokoju wprowadził się na stałe świeżo mianowany podporucznik Mariusz Blaszkowski, chłopak, którego kilka lat temu wypatrzył wśród zomowców Mirek Brodziak, a przekonawszy się, że jest niezwykle bystry i inteligentny, spowodował, że Blacha, bo tak go nazywali starsi koledzy, trafił do ich wydziału. Teraz po skończeniu szkoły oficerskiej w Szczytnie były zomowiec Blaszkowski został przyjęty do zespołu, którym kierował podpułkownik Alfred Marcinkowski. Brodziak poznał się z Fredem w dniu wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy to jego nowy dowódca, zamiast zajmować się wsadzaniem do więzienia opozycjonistów, rozpoczął śledztwo w sprawie morderstw popełnionych na dwóch poznańskich działaczach Solidarności. Brodziak i Olkiewicz zostali do niego przez Marcinkowskiego włączeni. Od tego czasu tworzyli grupę śledczych, którym udało się rozwiązać niejedną sprawę.

Był jeszcze jeden kolega, który do zespołu nie należał i nigdy w życiu nie chciałby nawet znaleźć się w tej grupie. On reprezentował zupełnie inne podejście do prawa. Rychu Grubiński, zwany Grubym Rychem, był poznańskim cinkciarzem. Mirek wychowywał się z nim na Starym Mieście w Poznaniu. Obaj urodzili się i wychowali w tej samej kamienicy na ulicy Woźnej. Od najmłodszych lat byli nierozłączni. Zaczynali swoją karierę podobnie jak wielu chłopaków z okolicy od okradania ogródków z jabłek, później piwnic z kompotów i wszystkiego, co wpadło im tam w ręce, by przejść w końcu na wyższy poziom wtajemniczenia i zabrać się za obrabianie kiosków Ruchu. Dokładnie jednego. Ich wspólnym łupem padła buda na placu Młodej Gwardii. Tyle że dla Mirka był to ostatni skok w jego przestępczym życiu, a dla Rycha pierwszy z wielu późniejszych przekrętów. Rozdzieliła ich szkoła. Brodziak został zmuszony przez starszą siostrę do złożenia papierów do ogólniaka. Rycha nikt do niczego nie zmuszał, więc poszedł do zawodowej samochodówki. Każdy znalazł się w innym towarzystwie i wkrótce ich drogi się rozeszły. Mirek po liceum poszedł do milicji i w końcu do oficerskiej szkoły w Szczytnie, a jego stary druh, zamiast praktykować w jakimś samochodowym warsztacie, zaczął uczyć się zawodu w cinkciarskim światku pod peweksem.

– No z tego Okrągłego Stołu. Znaczy się co z tego wyniknie? – wytłumaczył Brodziak

– Ze stołu? – zdziwił się Teofil. – No niby co może wyniknąć ze stołu? Mnie się widzi, że jak już jest stół, to musi być i wódeczka, i jakaś zagrycha.

– No coś ty, Teoś. Przecież oni tam nie piją, tylko gadają.

– Że niby kto?

– No ci, co tam przy tym okrągłym stole siedzą. Nie chleją, ale gadają, co ma być dalej w kraju…

– Ja już trochę na świecie żyję – przerwał mu Olkiewicz. – I niejeden raz przy stole siadałem. I niech on se był kwadratowy czy okrągły, wszystko jedno, jaki był, to nikt mi nie powie, że co innego ja tam robiłem z tymi, co ze mną siedzieli, jak picie i jedzenie. Przy stole się pije i je. A że wcześniej się pogada, to jasne jak słońce. Co ty se, Miruś, myślisz, że oni to głupie są? Siedzą i ino gadają? Pewnie, że gadają, póki kto tam z kamerą telewizyjną łazi i nagrywa. Wtedy to Kiszczak robi miny i patrzy się w kartki, Kuroń z Michnikiem też niby coś tam czytają i dyskusje jakieś, że niby władza z Solidarnością rozmawia, ale jak kamery już wyjadą, drzwi się zamkną i oni sami ze sobą zostaną, w swoim towarzystwie, to ty se myślisz, że oni dalej patrzą się w te papiery i przemówienia jakieś rozgłaszają?

– No a jak inaczej? – Brodziak cały czas się uśmiechał, słuchając wywodu kolegi, bo znał go zbyt dobrze, by nie wiedzieć, w jakim kierunku podążają Olkiewiczowe myśli.

Teofil dołączył do wydziału dochodzeniowo-śledczego dokładnie tego samego dnia, co Brodziak, który otrzymał przydział od razu po szkole w Szczytnie. Mirek zameldował się w swoim miejscu pracy rano trzynastego grudnia osiemdziesiątego pierwszego roku. Po południu na służbę zgłosił się też chorąży Olkiewicz, oddelegowany z SB w charakterze funkcjonariusza łącznikowego pomiędzy resortem a firmą. Teofil, który zaczynał pracę w milicji jako zwykły mundurowy funkcjonariusz, trafił do SB przeniesiony tam wbrew swojej woli. Koledzy ze Służby Bezpieczeństwa potrzebowali kogoś, kto doskonale orientuje się w przestępczym półświatku poznańskiego Chwaliszewa i Starego Miasta, więc przełożeni z komendy dzielnicowej wytypowali Olkiewicza. Tak Teoś został esbekiem. Jednak praca szpicla wybitnie mu nie leżała i przez kilka lat starał się robić wszystko, by „zasłużyć” na przeniesienie do milicji. Wreszcie udało mu się to trzynastego grudnia. Miał początkowo przyjść tylko na kilka dni i potem wrócić do resortu, ale wszystko poskładał tak, że został już na stałe.

Dwaj nowi pracownicy, którzy zaczynali służbę w wydziale tego samego dnia, szybko przypadli sobie do gustu i do dziś stanowili nierozłączną parę. Choć różniło ich niemal wszystko, od temperamentu poczynając, poprzez stosunek do służby i umiejętności śledcze, na zaangażowaniu kończąc. To, co ich zbliżyło, to dogłębna znajomość wszelkich aspektów życia na poznańskim Starym Mieście, z którego obaj pochodzili, a także wyniesiona wprost z ulicy umiejętność wykorzystywania wszelkich wpadających w ręce okazji.

Olkiewicz uśmiechnął się szeroko i klepnął w udo z uciechy.

– A właśnie, że nie! – zawołał zadowolony z siebie. – Co ty se, Miras, myślisz, że to jakieś młode szczony są, co życia nie znają? To wszystko to doświadczona wiara, co z niejednego garnka proch wąchała albo jakoś tak… – Podrapał się po nosie, bo coś mu tam z porównaniem nie wyszło, ale kto by się przejmował takimi pierdołami. – Jak kamery wyjadą, to drzwi się zamykają od środka, żeby byle kto tam nie zaglądał, flepy zaraz do teczek wkładają, a potem do szuflady, żeby się nie pomoczyły, i Kiszczak wciska taki guzik, co jego zamontowali pod stołem, i tylne drzwi się otwierają, a do środka wchodzą kelnerzy z tacami. A na tacach wódeczka i kurczaki z rożna, i frytki, i śląska kiełbasa pieczona, i co tam jeszcze chcesz…

– No ale oni mają przecież tam obradować…

– A co oni są głupie? Kto by tam chciał obradować przy suchym pysku i na głodniaka? Jak się człowiek naje i napije, to od razu mu się lepiej wszystko w głowie układa…

Brodziak pokiwał głową, bo nie od dziś wiedział, że w tych sprawach Olkiewicz jest największym specjalistą w całej komendzie wojewódzkiej. Dlatego wcale go nie zdziwiło, że Teoś naraz pochylił się przy swoim biurku i wydobył z szafki butelkę wyborowej.

– Jak oni tam radzą o tym, co ma być, przy wódeczce, to i my się może napijemy?

Mirek wzruszył ramionami. I tak nie miał nic ważnego do roboty. Dziś uzupełniał tylko jakieś akta. Teofil niczego nie uzupełniał, bo żadnych akt nie miał. Wszystko, co pojawiało się na jego biurku, natychmiast przekazywał Blaszkowskiemu, bo ten był w sprawach kancelaryjnych bardziej obyty, a poza tym chętny do pracy. Dlatego Olkiewicz wykorzystywał te jego dobre chęci z bezwzględną zuchwałością.

– No dobra, ale po maluchu, bo muszę jeszcze te papiery do końca zrobić. W poniedziałek mają iść do prokuratury.

– A no pewnie, że za dużo pić nie będziemy. Ja też nie mam czasu. Dzisiaj z Jadwigą mamy iść do mojego sąsiada, bo imieniny Kazimierza są, a sąsiad ma Kazimierz właśnie, to ja też za dużo nie wypiję, żeby trzymać fason na wieczór… – mówiąc to, szybko otworzył butelkę i rozlał wódkę do dwóch literatek. Jedną podał koledze. – No to co, zdrówko! – Podniósł szklankę i już chciał wypić, ale w tym momencie rozległ się dźwięk dzwonka telefonu stojącego na biurku Brodziaka. Kapitan wydobył słuchawkę spod sterty papierów.

– Brodziak, słucham – rzucił do mikrofonu. – O, Maryjanek, co tam u ciebie? – wyraźnie ucieszył się, słysząc głos kolegi z komendy miejskiej. Znali się jeszcze ze szkoły oficerskiej i Brodziak skwapliwie korzystał z tej znajomości, pożyczając od Marjańskiego pieniądze. Oczywiście tylko od czasu do czasu.

Przez chwilę słuchał, co kolega ma do powiedzenia, kiwając przy tym głową.

– No dobra, za pół godziny mogę być na miejscu – powiedział i odłożył słuchawkę na widełki.

Olkiewicz cały czas patrzył na niego zaciekawiony. Nie czekał na Brodziaka z wypiciem wódki. Gdy ten rozmawiał przez telefon, przyjął już swoją porcję i ponownie napełnił literatkę.

– Marjański dzwonił. – Brodziak wskazał na telefon.

– Co tam u Maryjanka? – zapytał Teofil obojętnym tonem. Znał tego niedorobionego literata od ładnych kilku lat, ale nie bardzo go cenił, gdyż Marjański był abstynentem, czyli według swoistego, wyznawanego przez Teofila kodeksu wartości człowiekiem nic niewartym. Wiadomo przecież powszechnie, że u pijącego serce na dłoni, a trzeźwy pijącemu nóż w plecy zasunąć może.

– Ma jakiegoś truposza, którego ktoś rozpoznał jako cinkciarza. I teraz prosi mnie, żebym rzucił na niego okiem. No to trzeba koledze pomóc.

Olkiewicz się uśmiechnął i wzruszył ramionami. On w życiu nie pojechałby na okazanie zwłok w sobotnie przedpołudnie, tym bardziej w dzień imienin Kazimierza, boby mu widok trupa zepsuł całe biesiadowanie. Teofil nie lubił trupów, za to lubił wódkę, zwłaszcza wyborową.

– No to zdrowie nieboszczyka – wzniósł toast i wypił do dna.

Mirek Brodziak też wypił. W końcu nie wypadało odmawiać, tym bardziej że wódka była już nalana do szklanki.

Pniewy Godzina 12.00

Chorąży Albin Stefański poprawił czapkę na łysiejącej głowie i obciągnął mundur, żeby nie marszczył się pod pasem, choć w jego przypadku było to raczej trudne zadanie. Był właścicielem okazałego brzucha, który ciasno opinała marynarka mundurowa. Ale co było robić. Na wielki brzuch nic nie mógł poradzić, bo nie wiedzieć kiedy zaczął mu rosnąć i napęczniał do imponujących rozmiarów. Podobno to wszystko przez zamiłowanie do golonek, kiełbas i piwa. No ale co, miał zrezygnować z tych ulubionych luksusów, żeby mieć wcięcie w talii? Nie, nic z tego, niech brzuszysko rośnie, skoro nie może być inaczej.

Mundur jakoś udało się wygładzić. Potarł jeszcze na wszelki wypadek czerwony nos, żeby później się nie drapać, bo głupio by wyglądało, gdyby się drapał w obecności komendanta, i w końcu zapukał do drzwi. Nie czekał, aż go poproszą. Wiedział dobrze, że do sekretariatu się wchodzi i dopiero potem czeka, aż wezwą.

Siedząca za niewielkim biurkiem pani Jadzia, czterdziestokilkuletnia sekretarka komendanta kapitana Czyżaka, spojrzała na interesanta znad okularów do czytania. Najwyraźniej jego pojawienie się przerwało jej pasjonującą lekturę jakiegoś kolorowego pisma.

– Wejdźcie – powiedziała wypranym z emocji głosem. – Możecie usiąść i poczekać. – Wskazała ręką na rząd trzech krzeseł ustawionych pod ścianą naprzeciwko jej biurka. Chorąży natychmiast wykonał polecenie. Usiadł i zdjął czapkę. Położywszy ją na kolanach, rozejrzał się. Rzadko bywał w gabinecie komendanta, a co za tym idzie w sekretariacie, w którym od lat rządziła niepodzielnie pani Jadzia. Ludzie na komendzie mówili, że kiedyś, jakieś dwadzieścia lat wcześniej, była ona kochanką Czyżaka, który jeszcze wówczas nie był komendantem. Pracowała w kadrach i zajmowała się tam teczkami osobowymi. Ich związek rozpadł się z przyczyn naturalnych, gdy jej kochasia przeniesiono do komendy w Szamotułach. Pięć lat temu Czyżak został powołany na stanowisko komendanta w Pniewach i wtedy przypomniał sobie o dawnej miłości. W ciągu jednego dnia trochę już zmęczona życiem była kochanka została sekretarką nowego szefa.