Opis

Jest rok 2015. Cały kraj szykuje się do wyborów parlamentarnych, a Europą wstrząsa kryzys uchodźczy. W Poznaniu niedaleko szkoły oficerskiej żołnierze znajdują zwłoki swojego kolegi. Podoficer został zastrzelony. Żandarmeria Wojskowa rozpoczyna śledztwo, ale jest ono prowadzone tak nieudolnie, że większość śladów, które mogłyby pomóc w odnalezieniu mordercy, zostaje zatarta i dosłownie zadeptana.

Kilka tygodni później pewien grzybiarz natrafia w lesie na zwłoki młodej kobiety. Dziewczyna została zabita strzałem w głowę z bliskiej odległości. Wkrótce okazuje się, że była jedną z prostytutek pracujących przy drodze. Śledztwo w sprawie prowadzą policjanci z komendy w pobliskich Szamotułach, a Komenda Wojewódzka w Poznaniu przysyła im do pomocy młodą policjantkę. Dziewczyna z zapałem bierze się do pracy i wkrótce odkrywa, że z tą zbrodnią powiązani są handlarze żywym towarem.

Czy te trzy sprawy mają ze sobą coś wspólnego? Tego właśnie będzie musiała się dowiedzieć sierżant Aneta Nowak, policjantka i jednocześnie studentka prawa. Nie będzie osamotniona. W tym trudnym śledztwie pomogą jej starzy znajomi: Mirosław Brodziak (obecnie dyrektor Banku Ziemskiego, którego właścicielem jest Ryszard Grubiński, przyjaciel z dzieciństwa), podinspektor Mariusz Blaszkowski (zastępca Marcinkowskiego), a także dawny milicjant Teofil Olkiewicz (teraz właściciel pijalni Świat Wódek).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 547

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 46 min

Lektor: Ryszard Ćwirlej

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata Mes

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© OBprod/Shutterstock

© by Ryszard Ćwirlej

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1186-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Prolog

Sobota15 sierpnia 2015Godzina 23.50

Wojskowy honker toczył się po wyboistej leśnej drodze, podskakując co chwila jak zabawkowe, zdalnie sterowane autko. Tak dokładnie rzecz ujmując, to nawet nie była droga. Był to leśny dukt, którym tylko z rzadka poruszały się jakieś pojazdy. Najczęściej transportery opancerzone, a niekiedy nawet czołgi, bo tędy można było dotrzeć wprost z jednostki wojskowej na ogromny tor szkoleniowy zaszyty w głębi lasu. To tu właśnie młodzi żołnierze ze szkoły wojsk pancernych mieli pierwsze w swoim życiu ćwiczenia w terenie.

Nic więc dziwnego, że drogi prowadzącej w to miejsce nie można było, nawet przy dużej dawce dobrej woli, nazwać równą. Stalowe monstra, które się tędy przetaczały, wygniotły co prawda piękne i szerokie koleiny, ale dla aut osobowych, nawet takich jak ten honker, wojskowych, terenowych, ze wzmocnionym i podniesionym zawieszeniem, był to prawdziwy tor przeszkód.

Starzy żołnierze mówili o niej „droga życia”, bo tak jak tą słynną, wiodącą do oblężonego Leningradu przez zamarznięte jezioro Ładoga, dostarczano zaopatrzenie, tak i tędy do zamkniętej, więc prawie jak oblężonej jednostki nocą dowożono bardzo potrzebne towary, których próżno było szukać w wojskowej kantynie. Wystarczyło tylko przejechać tylną bramką, która znajdowała się za budynkami magazynowymi, potem trzy kilometry przez las, by wydostać się z terenu wojskowego na obszar cywilny. Potem jeszcze jakieś trzysta metrów asfaltówką do najbliższych zabudowań, wśród których znajdował się niewielki sklep spożywczy.

Honker zatrzymał się na podjeździe spożywczaka, a kierowca wyłączył silnik i na wszelki wypadek światła. Drzwi od strony pasażera otworzyły się z rozmachem. Człowiek w polowym mundurze z dystynkcjami sierżanta wyskoczył na zewnątrz i mało nie wywrócił się na chodnik. Na szczęście w ostatniej chwili chwycił się maski wozu i dzięki temu udało mu się utrzymać równowagę. Podszedł do sklepowych drzwi, oparł się o nie i ręką wymacał dzwonek.

– Wystarczy tego dzwonienia, już nie śpię! – zawołała właścicielka sklepu z okna na górze.

– Już nie dzwonię, pani kochana Winiarska, tylko zejdź pani, bo czasu nie ma w ogóle. Trzeba zaraz wracać, bo jak wiadomo, służba nie drużba i wew związku z tym…

Dalej już nie słuchała. Poznała ten bełkotliwy głos. Sierżant Matejuk miał zawsze po pijaku skłonności do długich opowieści, w których nie liczyła się treść ani wątek, ale sam fakt opowiadania. Otworzyła drzwi i natychmiast poczuła ostrą woń alkoholu. Matejuk miał już nieźle w czubie.

– Kochana pani kierowniczko, więc będzie tak… Da pani cztery flaszki zero siedem smirnoffa i do tego dwa, nie, co tam dwa, cztery czteropaki poznańskiego piwa, znaczy się leszka.

– A co to, ktoś ma urodziny dzisiaj? – zapytała z czystej ciekawości, zapominając, że z tym Matejukiem za dużo nie można gadać.

– Pani kochana kierowniczka to na jakim świecie żyje, że nic nie wie? Przecież dzisiaj jest najważniejsze święto.

Zmarszczyła czoło, by sobie przypomnieć.

– A już wiem, Matki Boskiej… jakiejś, ale jakiej to nie pamiętam. – Nie była specjalnie wierząca, a z dzieciństwa niewiele kościelnych śladów zostało jej w pamięci.

Matejuk tylko machnął ręką.

– Dziś jest święto wojska. Wojska Polskiego święto, więc od czasu do czasu z okazji święta człowiek musi se wypić, nie? – Wskazał na butelki, które sklepowa pakowała do grubych reklamówek.

– Bitwa pod Lenino – przypomniała sobie ze szkoły.

– Jakie Lenino? – zdziwił się sierżant, któremu ta nazwa niewiele mówiła. – Jakie…

– Sto czterdzieści cztery złote – przerwała mu bezceremonialnie. Sierżant natychmiast sięgnął do kieszeni i wydobył z niej kilka wymiętolonych banknotów. – Przyjemnego świętowania – powiedziawszy to, podała klientowi dwie siatki, a on chwycił je tak ostrożnie, jakby przenosił nie wódkę, a niewypały. Flaszki nie były tak niebezpieczne, ale na pewno znacznie cenniejsze, szczególnie dzisiaj, pod koniec świątecznego dnia.

Żołnierz zabrał obie reklamówki i poszedł chwiejnym krokiem do zaparkowanego przy drodze łazika. Gdy Winiarska gasiła światło w sklepie, po samochodzie i nocnym gościu nie było już śladu.

Po chwili honker zjechał z asfaltówki w leśną drogę, minąwszy tabliczkę z napisem „Teren wojskowy, wstęp wzbroniony”. Na nierównościach znów zaczęło trząść niemiłosiernie, mimo że kierowca starał się jechać ostrożnie.

– Zatrzymaj, no, na chwilę tego grata, bo nie wyrobię już – polecił Matejuk, otwierając jednocześnie okno. Rześkie nocne powietrze wdarło się do środka kabiny, rozpędzając kłęby tytoniowego dymu.

– A po cholerę? Zaraz będziemy na miejscu – próbował przekonać kolegę kierowca, kapral Roman Stępień.

– Stań, kurwa, jak ci gadam, bo zaraz zacznę rzygać.

– No chyba że o rzyganie idzie.

Honker stanął w miejscu. Matejuk natychmiast otworzył drzwi i wybiegł na drogę. Rozejrzał się na boki, jakby chciał znaleźć najlepsze miejsce. Nie znalazł, bo mało co było widać. Zrobił więc kilka kroków do przodu i oparł się o pień drzewa.

Poczuł skurcz w żołądku, który był niezawodnym sygnałem, że zaraz odda dług naturze. Nie minęło dziesięć sekund i wszystko, co zjadł i wypił przez ostatnich kilka godzin, wyleciało na zewnątrz. Natychmiast poczuł ulgę. Otarł twarz wierzchem dłoni, splunął pod nogi i był gotowy do dalszego świętowania.

– Kurwa, ktoś tu jedzie – zawołał kierowca.

– Gdzie? – Sierżant odwrócił się, ale nic nie dostrzegł.

– No tu, po tej pierdolonej drodze.

– No i chuj. To ktoś od nas.

– Ale to jedzie za nami.

– Pierdolić to…

Za plecami Matejuka zrobiło się jaśniej. Auto na długich światłach zatrzymało się.

– Zgaś te światło, kurwa! – krzyknął oślepiony ledami kapral Stępień. – To teren wojskowy jest. Tu nie wolno jeździć!

Kierowca nie zareagował.

– Ja ci, kurwa, pokażę, cwaniaczku! – zawołał Matejuk. – Ja ci… hyk! – przerwał, bo wstrząsnęła nim czkawka, która, jak wiadomo, pojawia się zawsze wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa.

W świetle lamp terenowego wozu dostrzegł sylwetkę mężczyzny. Chyba musiał go znać, bo uśmiechnął się pod wąsem i ruszył ku niemu.

– Co ty, kurwa, ludzi straszysz… hyk – nie dokończył, bo dostrzegłszy, co tamten trzyma w dłoni, stanął jak wryty. Poczuł, że czkawka przeszła mu na ten widok momentalnie. – Co ty, kurwa… – powiedział jeszcze raz znacznie ciszej niż poprzednio i więcej powiedzieć nie zdążył, bo głowa sierżanta Sławomira Matejuka eksplodowała, przeorana kulą kalibru 7,65 milimetra.

Jego kierowca, widząc, co się dzieje, dał susa w krzaki na poboczu, a zabójca posłał w jego kierunku raz za razem pięć kul. Posłał na wszelki wypadek, bo tak naprawdę wcale go nie obchodziło, czy kapral Stępień przeżyje, czy nie. Strzelał za nim raczej odruchowo i z przyzwyczajenia, tylko dlatego, że tamten uciekał.

Rozdział I

Sobota 12 września 2015Godzina 6.30

Na wschodniej połaci nieba pojawiły się pierwsze promienie słońca zwiastujące świt. Brzask powoli zaczął wysuwać się zza sosnowych koron. Poranna mgła przykrywała lekkim, białym woalem nadrzeczne łąki wyłaniające się w prześwitach między drzewami. Nie niepokojone przez ludzi stadko jeleni przeszło spokojnie przez drogę i zniknęło w wilgotnych od rosy zaroślach. Podążało w kierunku przepływającej kilkaset metrów stąd Warty, by tam, nad jej brzegiem, zatrzymać się na popas wśród soczystych jesiennych traw. Tam też, na skraju lasu, w miejscu, gdzie zaczynały się podmokłe łąki, rosły dorodne borowiki, ale one nie interesowały jeleni. Amatorami grzybów byli tylko ludzie i robaki.

A w tym roku grzybów było sporo. Wszystko dlatego, że padały deszcze i jednocześnie było ciepło. Grzybiarze wykorzystywali więc każdą chwilę, by zebrać ich jak najwięcej. A konkurencja była ostra, bo tu, w Puszczy Noteckiej, uwijali się nie tylko miejscowi, ale i sporo przyjezdnych. Dlatego na najobfitsze zbiory mogli liczyć ci, którzy potrafili wstać wcześnie rano i jak najszybciej dojechać na upatrzone miejsce. Tak, jak to zrobił dzisiaj Czechu Kolasa, bezrobotny od wielu lat mieszkaniec wsi Piotrowo, dla którego jesień była czasem prawdziwych żniw. Każdego dnia, już od połowy sierpnia, wsiadał o świcie na rower i jechał do lasu w miejsca, o których wiedział, że zawsze coś tam znajdzie i nigdy nie wróci do domu z pustymi wiadrami. Tak, wiadrami właśnie, bo Czechu nie był jakimś niedzielnym grzybiarzem, który podgrzybki czy borowiki zbierałby do koszyka. On taszczył ze sobą cztery plastikowe wiadra, takie dziesięciolitrowe hoboki po farbie malarskiej, i za każdym razem przywoził je wyładowane po brzegi. Napełnienie ich zajmowało mu jakieś cztery godziny. Potem wracał do swojej wioski i wychodził na drogę tuż przed domem. Tam miał punkt sprzedaży, czyli stare krzesło plażowe i deskę ułożoną na czterech cegłówkach. Na tej desce stawiał plastikowe, przeźroczyste pudełka z posortowanymi według rodzajów grzybami, siadał na krzesełku i czekał, wpatrując się z nadzieją w każdy przejeżdżający samochód. Miał w tej robocie doświadczenie i dobrze wiedział, że po południu wiadra będą puste, a kieszenie pełne pieniędzy.

Na razie jednak, myśląc o tych złotówkach, które jeszcze dziś zarobi, zatrzymał się na skraju drogi prowadzącej do nieodległych Wronek i schodząc z siodełka starego składaka Sokół, rozejrzał się. Po obu stronach szosy rozciągał się las, a na poboczu nie było ani jednego zaparkowanego samochodu. Mieszczuchy, które próbowały włazić na jego teren, jeszcze spały, więc na razie nie musiał się obawiać konkurencji.

Wyciągnął z kieszeni swojej wojskowej kurtki moro paczkę marlboro i uśmiechnął się pod wąsem na widok tego luksusowego tytoniu. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu nie było go stać na takie dobre papierosy. Palił wtedy mocne albo jakieś chińskie paskudztwa, których nazwy nawet nie pamiętał. A teraz, proszę bardzo, odkąd sklepowa Zośka weszła w układ z ukraińskimi dostawcami, można było kupować u niej spod lady fajki przywożone zza wschodniej granicy za połowę ceny. Te marlborasy kosztowały zaledwie osiem złotych. Ameryka. Palił najlepszy tytoń, zarabiał na grzybach prawie dwieście złotych dziennie i czego jeszcze chcieć od życia? No może tylko tego, żeby się w wyborach spełniły te obietnice, że będą dawać na każde dziecko pięć stów. To by oznaczało, że on dostanie co miesiąc dwa i pół tysiąca za nic. No, lepiej nie mogłoby się poukładać. Dzięki temu nie będzie musiał już szukać żadnej dorywczej roboty. Niech leśniczy radzi sobie sam. Tak to trzeba się było prosić, żeby wziął człowieka na wyrąb, a i to jeszcze nie zawsze chciał dawać zarobić. Ale teraz, jak będą dawać te pięć stów, to pies z kulawą nogą palcem nie kiwnie i nie pójdzie do niego, żeby się męczyć za frajer. Niech sam ścina drzewo albo bierze do roboty Ukraińców. Bo miejscowi będą mieli go w nosie. Oczywiście, pod warunkiem że ci, co obiecali te pieniądze, dotrzymają słowa. Ale już on się o to postara. Namawia każdego, żeby głosował na nich. Dotąd w ogóle nie chodził na wybory, bo w żaden sposób go nie dotyczyły. Ale jak usłyszał o tej kasie, to zrozumiał, że od tego głosowania zależy całe jego życie, więc teraz czekał z niecierpliwością, żeby wreszcie móc spełnić swój obywatelski obowiązek.

Wypalił papierosa do końca, rzucił niedopałek na asfalt i dokładnie rozdeptał. Wiedział, że musi uważać, żeby nie zaprószyć ognia. On, podobnie zresztą jak wszyscy miejscowi, dbał o swój las, bo oprócz tego, że ten dawał mu żyć, to jeszcze zwyczajnie lubił te leśne zakamarki, te zapachy budzącego się wśród drzew dnia, ten ptasi śpiew o poranku. Ale najbardziej na świecie lubił wódkę czystą, po której jego mózg wypełniały tylko czyste myśli. Sięgnął więc do wewnętrznej kieszeni kurtki i wydobył z niej plastikową piersiówkę po whisky Ballantine’s, którą znalazł dwa lata temu na leśnym parkingu. Była pusta, ale mimo to zabrał ją ze sobą. To dlatego, że nieraz widział na polowaniu, bo wynajmował się niekiedy do nagonki, jak myśliwi popijają z takich płaskich buteleczek. Wprawdzie te ich były metalowe i ozdabiane jakimiś myśliwskimi obrazkami. Widział je na własne oczy, bo kilka razy dali mu się z takiej flaszki napić, nalewając wódkę do małego jak naparstek kieliszka. No więc wymyślił sobie, że skoro i on chodzi często do lasu, przydałaby się taka poręczna flaszka.

Ta znaleziona okazała się idealna. Wypłukał ją od środka, umył na zewnątrz i nalał pół litra wódki Lodowej. Zmieściła się w całości. Tak przygotowany mógł iść zbierać grzyby. Wtedy nie poszedł, bo była akurat zima. No ale od tego momentu minęło sporo czasu i już nieraz przekonywał się, jak bardzo ta flaszka była przydatna. Ot, choćby i dziś.

Odkręcił korek i pociągnął solidny łyk. Ciepła wódka rozlała mu się po przełyku i spłynęła do żołądka. Od razu się ożywił. Tak pobudzony mógł przystąpić do pracy.

Jak zwykle przywiązał rower do drzewa długim krowim łańcuchem i spiął go kłódką. Rower wprawdzie stary i nikt nie powinien się na niego połasić, ale wiadomo, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Niby zbytek ostrożności, ale lepiej nie drałować później na piechotę, w dodatku obładowany grzybami.

Zostawił rower i dwa wiadra, a z dwoma poszedł w las. Znał to miejsce jak własną kieszeń. Zawsze tu zaczynał, bo teren obniżał się tutaj w stosunku do szosy. Trzeba było zejść ostrożnie dość stromą skarpą porośniętą wysoką i ostrą trawą. Niżej zbocze łagodniało, tworząc koliste otoczenie niecki wypełnionej błotem porośniętym trzciną. Kiedyś musiał być tu staw, ale chyba bardzo dawno, bo Czechu mimo swoich pięćdziesięciu czterech lat tego nie pamiętał. Owszem, podczas szczególnie deszczowych wiosen pewnie spływała woda z drogi i kto wie, może i robiło się niewielkie bajorko. Ale tego już nie mógł wiedzieć na pewno, bo przecież wiosną tu nie chodził. Po co miałby tutaj zaglądać, skoro nie było grzybów?

O, choćby takich jak ten. Spojrzał pod nogi. Pierwszego niemal rozdeptał, ale na szczęście był spostrzegawczy i zatrzymał się w porę.

Pochylił się i wyciągnąwszy z kieszeni aluminiowy nożyk, taki jak to kiedyś dawali w stołówkach do obiadu, z tym że ten ostrze miał węższe i zdecydowanie ostrzejsze, bo szlifowane było na osełce przez całe lata, złapał ostrożnie dorodnego prawdziwka pod kapeluszem i ściął równo ze ściółką. Obejrzał zaraz nóżkę w miejscu cięcia. Nie było śladów robactwa, więc ostrożnie włożył borowika do wiaderka. Nie podniósł się jednak. Miał swoją wypracowaną przez lata metodę. W miejscu, w którym znajdował grzyba, zaczynał dokładne poszukiwania wokół. To zawsze przynosiło efekt. Niemal od razu dostrzegł jeszcze dwa brązowe kapelusze jakieś półtora metra dalej. Odwrócił głowę. Za sobą też dojrzał piękny okaz. Uśmiechnął się pod nosem. Lubiły cholery to miejsce w trawie i koło tego bajora, pomyślał zadowolony. Podniósł się, by ruszyć najpierw po te rosnące na prawo, zrobił dwa kroki i stanął jak wryty. W tym błocie coś leżało. Nie od razu dotarło do niego, co też to może być. Po chwili jednak poczuł mrowienie na karku. W chwili, gdy sobie uświadomił, że to czerwone wystające z wody to może być kurtka…

Ostrożnie podszedł bliżej. Teraz dostrzegł już więcej szczegółów, zarys głowy, ramion i odsłoniętych bladych pośladków. Było je widać, bo majtki były ściągnięte i zaczepione na kolanach. Niewątpliwie kolanach kobiecych.

Rozejrzał się. Na prawo dostrzegł kilka wyschniętych gałęzi. Podbiegł tam i wyrwał jedną, która wydawała mu się szczególnie solidna. Zabrawszy ją, wrócił tam, gdzie leżała kobieta. Gałąź wsunął pod ciało i spróbował je przesunąć na skraj błotnego bajorka. Częściowo mu się to udało. Teraz był już na tyle blisko, że mógł złapać za tę czerwoną kurtkę. Chwycił ją i z całej siły pociągnął ku sobie. Nadspodziewanie łatwo mu poszło. Szarpnął i zaraz poleciał na plecy, a bezwładne ciało z plaskiem znów wpadło do błota, ale teraz odwrócone o sto osiemdziesiąt stopni. Spojrzał na nie i natychmiast poczuł, że robi mu się niedobrze. Dziewczyna o blond włosach miała tylko pół twarzy. Reszty nie było, tak jakby oderwała ją jakaś nadludzka siła.

– Kurwa! Kurwa, jebana mać! – zawołał przestraszony i zerwał się na równe nogi. Natychmiast, niewiele się zastanawiając, zaczął wspinać się po stromiźnie leśnej niecki. Po chwili był już na górze. Nie obejrzawszy się nawet za siebie, pobiegł w kierunku szosy. Gdy stanął na jej skraju, zobaczył światła auta zbliżającego się od strony Wronek. Zaczął więc rozpaczliwie machać obiema rękami. Kierowca musiał go dojrzeć, bo zwolnił nieco, ale gdy był już blisko, zjechał na lewy pas i wcisnął gaz do dechy. Czechu dostrzegł jeszcze przestraszoną minę faceta w czapce i tyle go widział. Silnik skody jęknął i pociągnął małe auto do przodu. Na szczęście zza zakrętu wyłaniał się następny samochód. Tym razem Czechu postanowił zmienić taktykę zatrzymywania. Stanął na środku drogi i zaczął podnosić i opuszczać obie ręce. To najwyraźniej poskutkowało. Kierowca lanosa zatrzymał się tuż przed nim. Szyba się opuściła i na zewnątrz ukazała się ogolona na łyso głowa dwudziestoparolatka.

– Co jest, kurwa, gościu, wyjebać ci czy jak?

– Zabicie jest!

– Łe tej, co pierdolisz, wuja?

– Tam w lesie – wskazał za siebie – jest zabita dziewczyna. Trzeba zawezwać pogotowie!

– Jak zabita, to na chuj pogotowie?

– Nie wiem, trzeba wezwać.

– No to czemu nie wzywasz? – zainteresował się łysy.

– Nie mam telefonu.

– Gościu, ja nie mam czasu na pierdolenie się z jakimiś pizdami.

Łysy zjechał jednak na pobocze i wyszedł z auta, włączywszy uprzednio awaryjne światła. W ręce miał komórkę.

– Jaki jest numer na policję?

Czechu wzruszył ramionami. Nigdy nie dzwonił na policję, więc skąd mógł wiedzieć.

– Chyba 999 – przypomniał sobie.

– Głupi jesteś, wuja. O, jest tu w książce telefonicznej. – Zadowolony łysol wcisnął zieloną słuchawkę nokii, a grzybiarz przez chwilę patrzył na niego, zastanawiając się, gdzie on ma tę książkę.

– Halo, policja? Tu mówi taki jeden gościu, że ktoś jest zabity. Jak ja się nazywam? A po chuj wam ja, on tu wzywa policję. Ja się nazywam Patryk Kuliś. Z Wronek, ale co, kurwa, o mnie się pytasz, tu jest ten, co wzywa, ja tylko dzwonię!

Skinął głową na Czecha.

– Masz tu i melduj psom, o co idzie i żeby się ode mnie odpierdolili.

No i Czechu powiedział wszystko, co widział, potem oddał telefon łysemu Patrykowi, który, klnąc pod nosem, wsiadł do swojego starego lanosa i odjechał. A on został sam, bo tak mu kazał policjant. Powiedział, że ma stać i się nie ruszać, bo zaraz przyjedzie radiowóz. Więc tkwił na tej drodze, patrząc to w prawo, to w lewo za każdym razem, gdy usłyszał dźwięk silnika nadjeżdżającego auta. Na szczęście miał przy sobie fajki, no i swoją ulubioną plastikową piersiówkę po łyskaczu. Nim na miejsce dotarł policyjny volkswagen, flaszka była już całkowicie pusta, a po obu stronach drogi stało z dziesięć aut grzybiarzy, którzy zjeżdżali tu z okolicznych miast. Na szczęście wiedział, że gdyby któryś zbliżył się w okolice błotnego bajorka, mógł go spokojnie przegnać, bo tak polecił policjant, z którym rozmawiał. Więc jak będzie trzeba, to przegoni każdego nawet siłą, skoro dostał od policji taką władzę. Bo przecież nie pozwoli, żeby ktoś szwendał się tam, gdzie zostały te piękne, niezebrane jeszcze przez niego prawdziwki.

Godzina 8.05

Była już na wysokości Baranowa, kilka kilometrów od granicy Poznania, gdy nagle poczuła, że coś się dzieje z silnikiem jej motocykla. Tak jakby paliwo nie dochodziło. Może ta benzyna na stacji w Dusznikach była jakaś niezbyt czysta, może te gnoje znowu zaczęli ją rozrzedzać? Przypomniała sobie listę nieuczciwych stacji po kontrolach przeprowadzonych w całym kraju, kiedy okazało się, że na tych mniejszych, niesieciowych, chrzczą paliwo na potęgę. Na liście oszustów była też stacja, na której tankowała. Przez jakiś czas tam nie jeździła, ale ostatnio jakoś tak wyszło, że się przełamała. Pomyślała, że po tym, jak znaleźli się na czarnej liście, właściciele przemyśleli sobie wszystko. Zatankowała tam wczoraj. No i może źle zrobiła. Motocykl zaczął zwalniać. Postanowiła przyjrzeć się silnikowi i sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Aneta Nowak wstała dziś za późno i ledwie zdążyła zjeść kawałek suchego chleba, zagryzając go kawałkiem kiełbasy i popijając mlekiem z kartonika wydobytym z lodówki. Nawet nie miała czasu nalać go do szklanki i włożyć do mikrofali. Zimne też dawało się wypić. Nie było czasu na jedzenie. Równo o dziewiątej miała konsultacje na uczelni i to takie, na których powinna być. Profesor zaprosił na nie zaledwie kilkoro studentów, którym chciał zaoferować u siebie pisanie pracy magisterskiej. Niby do rozpoczęcia roku akademickiego zostało jeszcze trochę czasu, ale na jej Wydziale Prawa i Administracji ruch zaczynał się wcześniej. Dzisiejszą sobotę miała w całości poświęcić na kwestie naukowe i w zasadzie nawet jej to odpowiadało. Przez wakacje nie widziała się z ludźmi z roku, więc z przyjemnością pogada sobie z dziewczynami. Z facetami raczej nie, bo w grupie nie było żadnego, który mógłby ją zainteresować. Niekiedy nawet miała wrażenie, że jej najbliższe męskie studenckie otoczenie składa się z samych bufonów, megalomanów i zwyczajnych idiotów. Przynajmniej laski były normalne. Szczególnie cieszyła się na spotkanie z Magdą, która pracowała jako sekretarka w pewnej znanej poznańskiej kancelarii adwokackiej. Przez te trzy lata studiów zdążyły się zaprzyjaźnić. Nie widziały się od miesiąca, bo Magda wyjechała na wakacje. Aneta nie miała tyle szczęścia. W tym roku nie wzięła jeszcze ani jednego dnia urlopu, bo miała tyle roboty u siebie w firmie. Normalnie dziś też powinna być w pracy, ale studia sprawiały, że mogła na chwilę oderwać się od codziennego kieratu. Na naukę przysługiwały jej wolne dni i nikt nie mógł się doczepić, że niekiedy nie można jej wpisywać w grafik dyżurów.

Harmonogram uczelnianych spotkań wręczyła swojemu szefowi w ubiegłym tygodniu, zaraz gdy dostała maila z uczelni. Położyła go na biurku bez słowa. Przełożony sięgnął po kartkę i dostrzegłszy najbliższy weekend, zaklął cicho pod nosem.

– Jakbym była potrzebna, to jestem u siebie – powiedziała i już chciała wyjść, ale on wtedy się odezwał:

– Czy ty chcesz, żebym ja tu dostał zawału czy jak?

– Czy jak?

– No przecież to jest, jakbyś mi wsadziła nóż prosto w serce – mówiąc to, położył prawą dłoń na klatkę piersiową. – To jest sobota, dwunasty września.

– A co ja mam powiedzieć? Jestem w robocie przez całe wakacje. Od czerwca nie miałam ani jednego wolnego weekendu. A nawet jak dostanę wolne w firmie, to i tak będę zapieprzać w szkole…

– Skąd ja mam wziąć ludzi?

– O ile wiem, mamy wolne etaty. Trzeba by kogoś przyjąć.

– Nie bądź śmieszna, Aneta. Powiedz to staremu – mówiąc to, wskazał ręką sufit. Dobrze wiedziała, o co mu chodzi. Etaty niby były, ale stanowiska pozostawały nieobsadzone. Nie przyjmowali nowych, bo brakowało dla nich forsy na wypłaty. A poza wszystkim stary nie chciał zatrudniać byle kogo. Mówił, że ich wydział jest elitą i trafiają tu najlepsi. Tylko że najlepszych nie było pod ręką. Więc dyżury brali ci, którzy pracowali w wydziale. Tyle że teraz sporo ludzi pobrało urlopy, bo musieli raz w roku wyjechać z rodzinami. Wiadomo, że we wrześniu było taniej, więc przedłużali dzieciom wakacje i jechali na all inclusive do Bułgarii. Aneta natomiast wraz z trzema młodymi kolegami, którzy jak ona nie dorobili się jeszcze rodziny, byli najlepszymi zapchajdziurami. I właśnie jedna zapychaczka wakatów szła sobie na urlop szkolny.

Spojrzał na nią, pokręcił głową, a potem wskazał palcem drzwi. Miał świadomość, że niewiele może zrobić. Starszy sierżant Aneta Nowak znała przepisy i dobrze wiedziała, że jej bezpośredni szef, zastępca naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, Mariusz Blaszkowski, w tej sprawie pokiwać może co najwyżej sobie palcem w bucie.

Miała więc dziś czas dla siebie, to znaczy dla szkoły, ale na razie zatrzymała się na parkingu w Baranowie, przed dużym sklepem z męskimi garniturami.

Podniosła szczękę kasku do góry i przez chwilę przyglądała się swojej maszynie. Jej biały motocykl Suzuki GSX-R750K8 wyglądał bardzo okazale. Ale co z tego, że ładnie się prezentował, jeśli coś tam się działo w środku, co się dziać nie powinno. Zdjęła kask i położyła go delikatnie na fotelu. Do dziewiątej, czyli do chwili rozpoczęcia seminarium, miała jeszcze trochę czasu. Jak się postara, to na alei Niepodległości, tam gdzie mieści się jej uczelnia, będzie w dziesięć, góra piętnaście minut. Ale najpierw musi sprawdzić, dlaczego silnik chodził nierówno.

Aneta była córką mechanika samochodowego i właściwie wychowała się w warsztacie. Pojazdy i ich silniki nie miały dla niej żadnych tajemnic. Często pomagała ojcu w rozkładaniu na czynniki pierwsze samochodowych mechanizmów. Bardzo to lubiła, a poza tym czuła, że jej staruszek potrzebuje tego wspólnego dłubania, którego ostatnimi czasy było coraz mniej. Szczególnie od trzech lat, odkąd z rodzinnych Dusznik przeniosła się do Poznania.

Wtedy to, krótko przed rozgrywanymi w Polsce mistrzostwami Europy w piłce nożnej, udało jej się wnieść dość poważny wkład w rozwiązanie zagadki porwania syna pewnego biznesmena z Szamotuł i niemal jednocześnie dzięki jej zaangażowaniu zdołano dopaść mordercę młodych kobiet, który wyszukiwał je na portalach społecznościach. Te dwa sukcesy nikomu wcześniej nieznanej młodej policjantki musiały zwrócić uwagę. Dostrzegł ją podinspektor Mariusz Blaszkowski, który namówił swojego przełożonego, szefa dochodzeniówki, inspektora Alfreda Marcinkowskiego, by wziął dziewczynę pod swoje skrzydła. Marcinkowski wierzył w intuicję Blaszkowskiego[1]. Ci dwaj znali się niemal od zawsze. To Marcinkowski przyjmował go do pracy w ówczesnej Komendzie Wojewódzkiej MO w trakcie słynnego śledztwa w sprawie o kryptonimie „Łowca głów”[2].

Blacha, bo tak koledzy i podwładni mówili na Blaszkowskiego, wezwał dziewczynę do Poznania przed oblicze szefa. Marcinkowski, wysoki, przystojny blondyn o skroniach przyprószonych siwizną, zadziwił ją już na samym początku spotkania. Gdy poproszono ją do gabinetu, podeszła bliżej, by się zameldować, a on zamiast siedzieć za biurkiem jak każdy z wyższych oficerów, których miała dotąd okazję poznać, wstał, podszedł do niej i uścisnął jej rękę. Tak się zdziwiła, że zapomniała się zameldować. Uśmiechając się, wskazał jej miejsce przy niskiej ławie. Na jednym z czterech skórzanych foteli siedział już Blaszkowski. Gospodarz usiadł naprzeciwko niej. Poczuła, jak jego spojrzenie niemal przewierca ją na wylot. Tak jak i ona miał niebieskie oczy.

– Mariusz, znaczy podinspektor Blaszkowski, dużo mówił mi o pani.

Pochyliła głowę i nic nie odpowiedziała. Nigdy nie należała do śmiałych osób, a rozmowa z człowiekiem, którego w poznańskiej policji znali wszyscy, bo był chodzącą legendą, kompletnie ją onieśmielała.

– Zresztą wiem wszystko z raportów. I o porwaniu, i o tym bydlaku, który działał w internecie.

– To ona sama go wytropiła – dorzucił Blaszkowski.

– Miras Brodziak już mi wszystko powiedział. – Marcinkowski pokiwał głową. – Muszę przyznać, że akcja była brawurowa i dość ryzykowna.

– Nie mieliśmy czasu na kalkulowanie.

Rzeczywiście nie było chwili do stracenia i kto wie, czy nie była to jedyna okazja, żeby pochwycić zwyrodnialca. Dlatego Blaszkowski zgodził się, żeby Aneta została żywą przynętą. Teoretycznie wszystko miało się udać, ale jak to bywa w życiu, misterny plan wziął w łeb i gdyby nie Mirek Brodziak, najbliższy przyjaciel Marcinkowskiego, który już od kilku lat był poza służbą, sprawy mogły przyjąć niezbyt przyjemny obrót.

– Rozumiem. – Szef skinął głową. – Tak czasami w tej robocie bywa, że musimy podejmować błyskawiczne decyzje i dobrze, żeby były trafne. Do tego potrzeba odrobiny szczęścia, a tego, zdaje się, pani sierżant nie brakuje.

– No raczej – rzuciła i zaraz pożałowała głupiej odzywki. – Tak mi się zdaje, panie inspektorze – dodała pośpiesznie.

– Podinspektor Blaszkowski mówił, że może nam się pani tu przydać.

– Chciałam iść na studia – wypaliła ni stąd, ni zowąd.

– Tak, a na jakie?

– Mam zaliczony pierwszy rok prawa, ale musiałam przerwać. Nie dało się pogodzić grafiku w Dusznikach ze zjazdami w weekendy.

– Bzdura – odezwał się Blaszkowski. – Założę się, że szef nie ma studiów.

Przypomniała sobie swojego byłego komendanta Jurasia, który robił wszystko, by uprzykrzyć jej życie, gdy dowiedział się, że zaczęła studiować zaocznie. Nie miała jednak zamiaru się skarżyć. Jak by to wyglądało, gdyby tym dwóm oficerom zaczęła teraz opowiadać, że jej szef był zwykłym palantem i do tego jeszcze kretynem o wielkim ego.

– Nie musi pani nic mówić. – Marcinkowski natychmiast wyczuł jej skrępowanie. – W każdym razie u nas nikt nie będzie pani wpisywał na siłę na dyżur weekendowy, kiedy odbywają się zajęcia na uczelni.

I rzeczywiście dotrzymali słowa. Marcinkowski dbał o swoich ludzi i dzięki temu w tej chwili zaczynała już piąty rok studiów.

Pogrzebała trochę przy gaźniku i spuściła nieco paliwa z przewodu. Silnik zaskoczył. Przez chwilę słuchała, jak chodzi. Grał równo i dźwięcznie jak świetny pianista na dobrym instrumencie. Spojrzała na swoje uwalane smarem dłonie i zaraz wydobyła z kieszeni wilgotną chusteczkę. Udało jej się zetrzeć większość brudu, ale wokół paznokci i tak pojawiły się brązowe otoczki. Wczoraj zrobiła sobie hybrydę, bo ona najlepiej maskowała ten brud przy paznokciach, którego nie dawało się tak łatwo usunąć. Faceci mechanicy mieli zdecydowanie łatwiej. Im nikt na paznokcie nie patrzył. Gdyby szła do pracy, machnęłaby na to ręką, ale wczoraj, przygotowując się do zajęć, postanowiła, że będzie wyglądać jak modelka. No i pewnie by się jej udało, bo czerwona hybryda prezentowała się całkiem nieźle, ale do czasu. Gdyby nie to dzisiejsze grzebanie w silniku… Może po przyjeździe do szkoły uda jej się jeszcze domyć dłonie w łazience. Na wszelki wypadek zawsze woziła ze sobą plastikową szczoteczkę.

Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz – BLACHA. Dzwonił Blaszkowski.

– Czego on, do licha, może chcieć o tej porze? – powiedziała do siebie, zastanawiając się przez chwilę, czy w ogóle odebrać to cholerne połączenie. Przecież dobrze wiedział, że ma dzisiaj szkołę.

– Halo – powiedziała do słuchawki.

– Anetka, Mariusz mówi.

– Widzę, wyświetlasz mi się.

– Nie będę za dużo gadał. – Blaszkowski jak zwykle był konkretny. – Mamy prawdopodobnie morderstwo na drodze z Szamotuł do Wronek. Okolice miejscowości Piotrowo. Dziewczyna, chyba prostytutka, zastrzelona strzałem w tył głowy. Egzekucja, rozumiesz? Wygląda jak egzekucja. Teren Wronek, ale wzięli to chłopaki z Szamotuł, bo Wronki nie miały kogo wysłać. Te cholerne urlopy. A tam pojechał teraz twój dobry znajomy Biernat. A my powinniśmy na wszelki wypadek mu dać kogoś od siebie.

– Kiedy? – zapytała niepewnie.

– Co kiedy?

– Kiedy mam tam jechać?

– Dziewczynę znaleźli koło szóstej rano, więc wszyscy są na miejscu. Jak się pośpieszysz, to jeszcze zdążysz. Masz motor?

– Motor to jest w kosiarce do trawy. Ja mam motocykl.

– Ale ja się pytam…

– Wiem, o co pytasz. Żeby cię… – Nie dokończyła, zagryzając wargi. – Będę tam za pół godziny – rzuciła do słuchawki i przerwała połączenie.

Pogładziła biały bak motocykla. Pół godziny? – pomyślała. – Najwyżej dwadzieścia minut.

Godzina 8.30

Podkomisarz Kacper Piechowiak jak każdy normalny człowiek nie lubił przychodzić w sobotę do pracy. Wiadomo przecież, że weekendy powinno się spędzać z rodziną i znajomymi. Tym bardziej że dziś było całkiem ciepło i przyjemnie, więc dałoby się urządzić grilla. Kto wie, czy nie ostatniego w tym roku? Ale żeby pogrillować, trzeba by zrobić zakupy w Biedronce, nabyć kiełbasę, piwo i jakąś butelczynę łyskacza, no i oczywiście dojechać z tymi zakupami jak najszybciej do domu. Problem w tym, że nic nie wskazywało na to, że wróci do siebie na tyle wcześnie, by tego grilla jeszcze przygotować. Skończy się pewnie na tym, że wypije piwo przed telewizorem i zje kiełbasę podpieczoną na patelni, po czym zaśnie na kanapie. Nie ma co, będzie zajebiście, pomyślał, spoglądając z obrzydzeniem na opasłe teczki z aktami sprawy „Leśna wycieczka”, jak ją sam nazwał w przypływie dobrego, twórczego humoru niecały miesiąc temu. Wtedy gdy przejmował sprawę, wydawała się prosta do rozwiązania. Ktoś nocą w Święto Wojska zastrzelił niejakiego sierżanta Sławomira Matejuka. Ten Matejuk miał dyżur w swojej jednostce, ale w związku z tym, że było święto, postanowił zrobić zakupy w sklepie oddalonym od jednostki o jakieś trzy kilometry. Wybrał się tam z kapralem Romanem Stępniem. W drodze powrotnej, jak twierdzi Stępień, zatrzymali się, bo Matejukowi zrobiło się niedobrze, i wówczas pojawił się na ich drodze jakiś terenowy samochód. Wysiadł z niego mężczyzna, który nagle zaczął strzelać. Zabił Matejuka, a Stępnia zranił w prawe ramię. Obu nad ranem znaleźli ich koledzy.

No i tu zaczynają się problemy, których nie doświadczył nigdy dotąd, od chwili kiedy został oficerem śledczym. Śledztwo przejęła natychmiast żandarmeria wojskowa, która skutecznie zatarła wszystkie ślady na miejscu. Zanim wezwano policję, nie dało się już w żaden sposób zidentyfikować śladów opon auta, którym przyjechał morderca. Co więcej, żadnych śladów nie dało się zidentyfikować, bo żołnierze przeszukali wszystko dookoła, depcząc, co tylko się da. Najgorsze jednak, że ciało swojego kolegi zapakowali na nosze i zawieźli do jednostki, rannego natomiast odstawili do szpitala, a honkera przetransportowali na wojskowy parking. Gdy Piechowiak przyjechał na miejsce zbrodni, chciało mu się płakać. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś pobocze leśnej drogi przeorał kołami traktora. Niczego nie dało się tam znaleźć. Natomiast honker prezentował się świetnie na wojskowym parkingu. Mógł go sobie oglądać, ile chciał, bez obawy, że się pobrudzi. Auto wysprzątano i starannie umyto, a po wódce, którą kupił Matejuk, nie było śladu. Zresztą specjalnie jej nie szukał. Wiedział, że wojskowi ją ukryli, żeby nie było kompromitujących dowodów na chlanie podczas służby. Od sprzedawczyni dowiedział się, co sierżant kupił. Ta dała mu jeszcze paragon, którego nie zabrał jej ostatni tamtej nocy klient.

O tym, co się wydarzyło w lesie, opowiedział natomiast ranny kapral. Ale nie jemu, bo leżał wówczas nieprzytomny na sali pooperacyjnej. Relacje z drugiej ręki przedstawił mu kapitan Podlewski z żandarmerii. Ten zdążył porozmawiać z żołnierzem, zanim przewieziono go do szpitala.

– Zatrzymali się tutaj, żeby się wysikać. – Wskazał na drzewa po prawej. – Sierżant poszedł w krzaki, a kapral czekał, bo mu się nie chciało. I wtedy podjechał jakiś terenowy wóz i wysiadł z niego jakiś człowiek, ale kapral nie wie, kto to był, bo wóz był na długich światłach i dlatego widział tylko zarys postaci i samochodu. Więc jak sierżant wyszedł na drogę, jak już się wysikał, to facet zaczął strzelać i pierwszym strzałem zastrzelił Matejuka.

– Ma oko. Może to też był żołnierz?

– Mógł trafić przypadkowo – stwierdził oficer.

– A ten drugi? Kierowca, tak?

– Kapral, jak usłyszał strzały, od razu skoczył w zarośla, a ten zaczął za nim strzelać i na szczęście trafił tylko raz.

– Miał farta.

– Tak jest. Dobrze, że się schował, bo nie miał ze sobą broni i nie było jak walczyć z napastnikiem. Czasem najlepiej jest się wycofać na z góry upatrzone pozycje.

– I co było dalej?

– Dalej to on stracił przytomność i przeleżał w tych krzakach do rana.

– A kto go odnalazł, znaczy się, ich kto znalazł?

– Około szóstej rano nasi ludzie z patrolu odnaleźli honkera i zawiadomili dowództwo.

– A wyście przyjechali zrobić tu porządek?

– Zgodnie z regulaminem – potwierdził oficer. – Działamy w takich sytuacjach rutynowo.

Policjant pokiwał głową. Miał ochotę powiedzieć mu parę słów na temat tej rutyny, ale powstrzymał się, żeby nie zepsuć sobie od razu stosunków z wojskiem. Wiedział, że jeśli chce znaleźć mordercę, niezbędna mu jest pomoc żołnierzy.

– A co oni w ogóle robili tu w nocy?

– Wykonywali rutynowe działania zabezpieczające obszar jednostki.

No więc podkomisarz Piechowiak wiedział niemal od razu, co się wydarzyło, ale nie miał pojęcia dlaczego. Rutynowe działania oznaczały w tym wypadku chlanie na służbie i kto wie, może porachunki. Ktoś musiał mieć jakieś niedokończone sprawy z Matejukiem i załatwił je tamtej nocy, korzystając z tego, że sierżant był pijany i praktycznie bezbronny. A kto mógł wiedzieć, że ci dwaj akurat tej nocy pojadą po wódkę do pobliskiego sklepu? Taką wiedzę mógł mieć tylko ktoś z najbliższego otoczenia sierżanta, czyli ktoś, kto z nim wtedy pił albo wiedział, że ten będzie pić. Podkomisarz był przekonany, że wojsko zgodzi się z jego argumentami. Rozmawiał jeszcze tam w lesie z prokuratorem wojskowym majorem Gomółką i ten zapewnił go, że ma całkowicie wolną rękę w śledztwie, ale żeby mu ułatwić sprawy w wojsku, przydziela mu do pomocy żandarma kapitana Podlewskiego. Więc Piechowiak przegadał z nim wszystkie kwestie i podzielili się robotą. Policja miała zająć się poszukiwaniem samochodu i oczywiście świadków, którzy widzieli tu jakieś auto około północy z piętnastego na szesnastego sierpnia, a żandarm miał sporządzić listę wszystkich podoficerów i oficerów, którzy tej nocy pełnili służbę w jednostce, i najlepiej, żeby udało mu się ustalić, kto ostatni widział żywego Matejuka.

Wynik poszukiwań policyjnych można było z góry przewidzieć. Trudno było znaleźć auto, jeśli nie miało się numerów rejestracyjnych. Na monitoringu od strony wjazdu do Poznania nie znalazł niczego interesującego. Natomiast kapitan Tomasz Podlewski stanął na wysokości zadania. Następnego dnia przed południem był już w komendzie miejskiej w pokoju podkomisarza Piechowiaka z obszerną teczką. Teczka zawierała kserokopie danych personalnych pięciu podoficerów, którzy mieli służbę ubiegłej nocy. Niestety żaden z nich nie widział Matejuka. Nie mieli też pojęcia o tym, że sierżant był tej nocy w jednostce i że w ogóle wyjeżdżał z niej honkerem.

– Przecież dla kogoś wiózł tę wódę. – Piechowiak pokręcił głową, zapoznawszy się ze wszystkimi zaprotokołowanymi zeznaniami.

– Jaką wódę? – zdziwił się kapitan.

– No niechże pan nie będzie dzieckiem. Przecież ci dwaj jechali do sklepu po wódkę.

– Niemożliwe. – Pokręcił głową Podlewski. – Na służbie nie wolno pić alkoholu. To już nie te czasy, co w latach osiemdziesiątych, no, nawet jeszcze dziewięćdziesiątych. Wtedy owszem, w jednostkach piło się dość często, ale teraz to co innego – wyjaśnił z pełnym przekonaniem.

Piechowiak uśmiechnął się pod nosem. Takie głodne kawałki mógł nawijać cioci na imieninach. Tak jakby myślał, że policjant jest harcerzem, który tylko przypadkowo rozmawia z nim o wojsku. Zresztą co tam wojsko, w policji podobno też przecież się nie piło. Starsi koledzy mówili, że za czasów PRL-u w Milicji Obywatelskiej chlało się przed pracą, w trakcie i po, byle nie kosztem pracy. W latach dziewięćdziesiątych przed pracą już nie było wolno, a teraz można tylko w trakcie dyżuru, bo policjant jest na służbie całą dobę. I dlatego wiedział dobrze, że i wojsko, i policja pod tym względem niewiele się różniły.

– Trzeba było ich wszystkich wziąć na alkomat – stwierdził podkomisarz.

– Oczywiście tak zrobiłem. – Podlewski wyciągnął z teczki plastikową koszulkę, w której znajdowały się małe białe papierki przypominające wyglądem paragony z kasy sklepowej. Wysypał je na biurko. Na zadrukowanej stronie urządzenie zapisało efekt pomiaru. Wszystkie były identyczne i wskazywały na 0.00. Po drugiej stronie każdej z karteczek zapisano ręcznie, ale starannie drukowanymi literami stopień i nazwisko sprawdzanej osoby.

Piechowiak znał dobrze ten numer. W razie kontroli wysyłało się na badanie podejrzanych o spożycie policjantów, ale na miejsce, czyli do pokoju, gdzie stał alkomat, docierały już zupełnie inne osoby, które podawały nie swoje dane. Podmianki zawsze organizowano szybko i skutecznie. W wojsku nie mogło być inaczej.

– Podmienione, na sto procent.

– Co pan opowiada?

– Był pan przy dmuchaniu?

– Nie, no po co?

– Poszli wszyscy razem?

– Skąd. Każdy był wysyłany na biuro przepustek z podoficerem służbowym zaraz po przesłuchaniu.

Piechowiak uśmiechnął się, spoglądając na żandarma. Ten nie wyglądał na naiwnego, ale jednak dał się ograć jak małe dziecko. No cóż, chłopak nie miał zapewne zbyt wielkiego doświadczenia. Wyglądał najwyżej na trzydzieści lat, dlatego starzy wyjadacze bez trudu zrobili go w trąbę. On miał już czterdzieści dwa lata, więc znał życie trochę lepiej niż ten młodzieniec. Wiedział dobrze, że teraz było już za późno, by udowodnić im, że pili razem z nieboszczykiem. Spojrzał na leżące na blacie biurka wydruki alkomatu. Być może cała ta piątka piła razem z Matejukiem? A może jeden tylko udawał picie? Gdy sierżanta wysłali po wódkę, on wsiadł w swoje auto i pojechał za nim.

– Który z nich ma samochód terenowy? – zapytał żandarma.

Kapitan obiecał to sprawdzić. Oddzwonił za dwa dni. Okazało się, że terenówkami jeździło trzech spośród pięciu podoficerów. Podkomisarz wezwał ich wszystkich na przesłuchanie do komendy miejskiej. Nic z tego jednak nie wynikło. Byli trzeźwi tej nocy, nikt nie imprezował i nikt nie widział ani Matejuka, ani Stępnia. Udało mu się też w końcu przesłuchać tego ostatniego, gdy już doszedł do siebie. Jego zeznania były podobne do tego, co powiedział mu na samym początku kapitan Podlewski. Byli w nocy na rutynowym patrolu. Takie patrole robi się od czasu do czasu, dlatego są rutynowe. Gdy wracali, musieli się zatrzymać za potrzebą. Wtedy podjechała terenówka na długich światłach, z której ktoś wyszedł i zaczął do nich strzelać. Nie widział jego twarzy ani nie miał pewności, co to było za auto. Nic nie widział, a potem stracił przytomność. Oczywiście żadnej wódki nie wieźli, a sprzedawczyni coś się pomieszało w głowie.

Wszyscy kłamali jak z nut. Tego Piechowiak był pewny. Tylko jak im udowodnić, że łżą? I kogo, do cholery, kryją? Kluczem do rozwiązania tej zagadki mógł być terenowy samochód, który trzeba było odnaleźć. Ale to już nie jego działka. On zrobił wszystko, co mógł. Teraz musiał tylko doprowadzić akta do porządku, pouzupełniać notatki tam, gdzie czegoś zabrakło, pospinać dokumenty, żeby w teczkach nie było burdelu, a gdy to wszystko już zrobi, będzie mógł wrócić do domu. Może uda mu się za jakieś cztery godziny, jak dobrze pójdzie, a jeśli nie, to żegnaj grillu. A tym pierdolonym wojskiem od poniedziałku zajmie się dochodzeniówka z wojewódzkiej. To oni przejmowali śledztwo „Leśna wycieczka”. Choć tak naprawdę kryptonim powinien być inny, pomyślał, patrząc na tytułową stronę teczki. Powinien brzmieć – „Leśne gówno”.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Więcej o tym w powieści Jedyne wyjście, Filia 2015.

[2] Więcej o tym w powieści Upiory spacerują nad Wartą, Zysk i S-ka 2013.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz