Wydawca: Muza Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 524 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mocne uderzenie - Ryszard Ćwirlej

Rok 1988. Podczas Festiwalu Muzyki Rockowej w Jarocinie na polu namiotowym zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny. Już na pierwszy rzut oka widać, że przyczyną śmierci było zgruchotanie skroni jakimś tępym narzędziem. Mariusz Blaszkowski, podchorąży ze szkoły milicyjnej w Szczytnie, rozpoczyna śledztwo. Wkrótce przybywają mu w sukurs dwaj starsi koledzy z Poznania: kapitan Mirek Brodziak i chorąży Teofil Olkiewicz. Ten pierwszy to człowiek, który tylko przez przypadek został milicjantem, bo równie dobrze mógłby zostać przestępcą, drugi to zdeklarowany wielbiciel mocnych trunków, który zrobi wszystko byle tylko się nie przepracować.

Tymczasem w Poznaniu zostają znalezione zwłoki mężczyzny, który zginął w podobny sposób jak dziewczyna w Jarocinie. Ten człowiek to prawa ręka Grubego Rycha, szefa poznańskich cinkciarzy. Czyżby obie sprawy łączyły się ze sobą?

Opinie o ebooku Mocne uderzenie - Ryszard Ćwirlej

Fragment ebooka Mocne uderzenie - Ryszard Ćwirlej

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Beata Mes

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce:

© dreamerve/Shutterstock

© by Ryszard Ćwirlej

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0569-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Rozdział I

JarocinPiątek5 sierpnia 1988 r.Godzina 9.40

Gucio leżał na trawie i patrzył na bezchmurne niebo. Było jeszcze dość wcześnie, jednak słońce świeciło ostrym blaskiem, a żar lał się z góry strumieniami. Mimo to chłopak nie miał ochoty ruszyć się z miejsca, w którym zaległ jakieś pół godziny temu. Nie miał nic do roboty, więc postanowił na sam koniec imprezy, jeszcze przed wyjazdem do domu, trochę się opalić. Dlatego zdjął skórzaną lotniczą kurtkę i czarną koszulkę z napisem „Republika”, zwinął to wszystko niedbale w kłębek i wcisnął sobie pod głowę. Spodni moro, przefarbowanych na czerwono, i ciężkich wojskowych butów nie ściągnął, bo mu już nie starczyło sił. Zresztą jakby ściągnął, to teraz leżałby nago, bo nie miał pod spodem majtek. Ostatnie, które mu zostały, podobnie jak trzy pary innych, wsadził gdzieś głęboko do plecaka. Trochę był zły na siebie, że nie wziął jeszcze kilku dodatkowych par na zmianę, ale przed wyjazdem liczył na to, że to, co zabierze, będzie można na miejscu jakoś przeprać. Szybko okazało się, że był w wielkim błędzie, bo tutejsze pole namiotowe to nie obóz harcerski. O praniu bielizny w tych warunkach nie było mowy. Zresztą na takie prozaiczne czynności i tak brakowało czasu. Na dobrą sprawę tu na festiwalu w Jarocinie na nic nie było czasu. Od kilku dni tylko zabawa, picie i podrywanie dziewczyn. Wszystko to wyczerpywało straszliwie, więc takie codzienne czynności jak mycie czy pranie trzeba było odłożyć na później. Pierwszego dnia nawet dopchał się do umywalni. Stał prawie godzinę w kolejce, ale jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie, bo kiedy już znalazł się pod prysznicem, skończyła się woda. Wrócił do namiotu brudny. Na domiar złego jego koledzy, nie czekając na powrót kompana, wypili wszystkie wina, które ze sobą przywieźli. Kupili je w Poznaniu, bo tam mieli przesiadkę. Dwie godziny oczekiwania na pociąg do Jarocina wykorzystali na wędrówkę po okolicznych sklepach monopolowych. Na Głogowskiej, tuż koło Rynku Łazarskiego, natrafili na niewielki sklepik, w którym prócz wódki na kartki, a kartek oczywiście nie mieli, na półkach stały wina. Kupili więc dziesięć butelek, bo sklepowa dzieliła towar i sprzedawała zaledwie po dwa jabole na głowę. Na szczęście nie chciała nawet dowodów osobistych, bo z okazaniem zielonej książeczki każdy z nich miałby kłopot. Wszyscy skończyli zaledwie po siedemnaście lat i chodzili jeszcze do szkoły średniej. No ale jechali na najważniejszy w Polsce koncert muzyczny, dlatego chcieli koniecznie poczuć się jak dorośli. Samo palenie papierosów nie dodawało wieku. Potrzebny był jeszcze alkohol. Już w pociągu wypili pięć pierwszych win, a te następne miały być na wieczór już pod namiotem. Tyle że wieczorem Gucio zniknął na dłużej w poszukiwaniu prysznica i spragnieni koledzy zaopiekowali się jego działką. Gdy wrócił, ponarzekał trochę, poprzeklinał, ale w sumie nawet nie żałował, bo po tej pierwszej butelce opróżnionej w pociągu było mu cały czas niedobrze. Wcześniej nigdy nie pił jaboli, jednak na takim wyjeździe nie wypadało nie tknąć wina. W końcu przyjechał tu z kumplami, którzy twierdzili, że niejedno już mieli na swoim koncie. Inicjacja dla Gucia okazała się potwornym przeżyciem. Pochłonął zawartość butelki w ekspresowym tempie i stwierdził w myślach, że ten jabol nie jest nawet taki najgorszy. Naprawdę najgorsze było nagłe bulgotanie w żołądku, skurcze, a później… Ledwo zdążył dopchać się do okna, które jakaś litościwa ręka otworzyła w ostatniej chwili, dzięki czemu udało mu się zwrócić wszystko, co wypił, a nawet więcej.

Jeszcze teraz, po kilku dniach pobytu w Jarocinie, na samo wspomnienie smaku tego paskudztwa robiło mu się niedobrze. Dlatego, gdy dziś rano kumple poszli do dziewczyn, które poznali po koncercie, Gucio wolał zostać sam w namiocie. Wiedział, że szykuje się kolejna popijawa. Teraz trochę żałował, bo Elka, brunetka z kręconymi włosami, w długiej hipisowskiej spódnicy i robionym na drutach swetrze, od razu wpadła mu w oko. Wczoraj rozmawiali prawie godzinę. Ale co robić. Przecież nie pójdzie tam, żeby się zbłaźnić, gdyby mu się zebrało znowu na wymioty po pierwszym łyku.

Przymknął oczy, gdy promienie słońca wpełzły mu na twarz. Nie miał ciemnych okularów, bo ukradli mu w pociągu, więc zaczął się zastanawiać, czym się zasłonić. Nagle poczuł, że jakiś cień odgrodził go od jasnego światła. Otworzył powieki. Elka stała nad nim z głupią miną. Gucio natychmiast podniósł się i usiadł po tu­rec­ku. Wczoraj, gdy jej koleżanki poszły na stadion na koncert T.Love, ona została z nim przy bramie. Nie mógł się zdecydować, czy iść za kumplami, którzy wybrali amfiteatr i kapelę Zielone Żabki, czy też posłuchać Muńka Staszczyka. W końcu, namówiony przez dziewczynę, ruszył za nią przez stadionową bramę akurat wtedy, gdy grali piosenkę O, Ela. Pomyślał nawet przez chwilę, że to jakiś znak, idzie z Elą, a oni tam śpiewają O, Ela… No i gdy tak się zastanawiał, Elka zgubiła mu się gdzieś w tłumie i już jej tej nocy nie widział, mimo że szukał wytrwale przez kilka godzin. W końcu zrezygnowany wrócił nad ranem do namiotu, wcisnął się w śpiwór i położył obok Bzyka, kolegi, z którym dzielił niewielką przestrzeń jedynki bez tropiku.

– Wczoraj nie mogłam cię znaleźć, gdzieś przepadłeś jak kamień w wodę – powiedziała, siadając przed nim i poprawiając kosmyk włosów, który opadł jej na czoło.

– Ja przepadłem? To ty, Ela, straciłaś przyjaciela – zacytował słowa przeboju, który, jak mu się zdawało, idealnie pasował do tej sytuacji. – Jeszcze w bramie szedłem za tobą, a potem nawet nie zauważyłem, jak cię tłum zassał.

– To mogłeś mnie dziś odnaleźć, jak twoi kolesie przyszli do nas. Tam teraz jest niezła imprezka.

– Wiesz co – spojrzał nieco zawstydzony na czubki swoich brudnych butów – chciałem przyjść, ale trochę później. Nie lubię jaboli, a przy chłopakach byłoby głupio nie wypić…

– Ja też nie lubię tego świństwa. – Elka wyraźnie się ucieszyła. – I pomyślałam, że jak ty tutaj tak sobie siedzisz sam, to co ja mam tam z nimi się integrować, wolę z tobą.

Gucio momentalnie zrobił się czerwony jak burak. Zawstydziło go to nagłe wyznanie. Elka bardzo mu się podobała, ale żeby zaraz się integrować. Zresztą nie bardzo wiedział, co to mogłoby oznaczać, bo on dotąd nie integrował się jeszcze z żadną dziewczyną. Nietrudno było zauważyć zmieszanie na jego twarzy, a Elka wyglądała raczej na bystrą laskę.

– Mówiłeś, że grasz na gitarze, to myślałam, że może mi coś zagrasz, jak już przyszłam…

– Pewnie, tylko pójdę po pudło do pacjentów z tego czerwonego namiotu, bo pożyczali wczoraj od nas. – Wskazał ręką dużą czwórkę z przegiętym masztem. Musiała się tam odbywać wczoraj niezła zabawa, bo część namiotu zawaliła się, a ocalała reszta pochylała się jak stare drzewo nad drogą.

Gucio poderwał się z ziemi i otrzepał spodnie, do których przylgnęły źdźbła trawy. Nie patrząc na Elkę, pobiegł zabłoconą, rozdeptaną przez tysiące nóg drogą, przecinającą ogromne pole namiotowe.

Miał nadzieję, że ci od gitary będą w środku. Albo przynajmniej jeden z nich. Na zewnątrz było pusto, nie licząc, oczywiście, całego stosu pustych półlitrowych butelek po piwie Lech i opakowań po papierosach Popularnych oraz zalegających wszędzie petów. Gdy zbliżył się do namiotu, poczuł ostry zapach moczu.

Co za świnie, pomyślał z odrazą. Jak można być takim brudnym gnojem, żeby szczać przed własnym namiotem.

Wejście było zamknięte na zamek błyskawiczny. Zapukał więc w aluminiową rurkę, ale odpowiedziała mu cisza.

Albo śpią, albo nikogo nie ma, doszedł do wniosku, gdy ponowne walnięcie ręką w płachtę nic nie dało.

– Zabieram pudło z tego chlewa i spadam – powiedział głośno, mając nadzieję, że ktoś go usłyszy.

Nachylił się nieco, chwycił za suwak i szarpnął do góry. Czerwony materiał rozsunął się na boki. Uderzył go silny obrzydliwy zaduch, którego jedynym rozpoznawalnym elementem był smród uryny.

– Ja pierdolę – zaklął Gucio, który niemal nigdy nie przeklinał – jak tu w tym syfie znaleźć gitarę? – Ale nie miał wyjścia, musiał spróbować. Tam przecież czekała na niego Elka. Głęboko wciągnął powietrze i na czworakach wpełzł do środka. Pod prawą ścianką na dmuchanym niebieskim materacu znalazł tylko jakieś skłębione brudne ubrania. Po lewej był drugi, brązowy materac, na którym ktoś leżał. Spod śpiwora wystawała jedynie drobna stopa, która zsunęła się na zalaną jakąś cieczą brudną podłogę. Reszta osoby była niewidoczna. Gucio potrząsnął więc gołą stopą, mając nadzieję, że śpiący poderwie się natychmiast. Zdziwił się, gdy nie nastąpiła żadna reakcja. Chwycił więc skraj śpiwora i pociągnął. Smród buchnął ze zdwojoną mocą, jednak na ten odór chłopak niemal nie zwrócił uwagi, ponieważ zaskoczyło go to, co zobaczył. Pod śpiworem leżała dziewczyna, i to zupełnie naga, a na dodatek jej skóra miała jakiś dziwny, szary kolor. Szeroko otwarte oczy były kompletnie nieruchome, a matowe spojrzenie wbijało się w twarz Gucia.

Uciekł od niego, przesuwając wzrok niżej na drobne piersi, potem na brzuch i dalej na podbrzusze… Po chwili wrócił jednak do twarzy, bo coś go zdziwiło, a wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Przysunął się bliżej i odsłonił całą głowę dziewczyny. Teraz widział to dokładnie. Włosy były sklejone krwią, a skroń dziwnie wklęsła. Gdy przyjrzał się uważniej, zobaczył w samym środku tego wgłębienia otwór, z którego wystawało coś jasnego, twardego, a głębiej śliskiego i czerwonego…

Wygląda jak otwarta puszka z paprykarzem szczecińskim, zdążył pomyśleć.

– Guciu, co ty tam robisz? – zawołała z zewnątrz Elka, która, najwyraźniej nie mogąc się go doczekać, poszła za nim do czerwonego namiotu.

Ale Gucio już tego nie usłyszał, bo nagle zasłabł i padł zemdlony na brudną podłogę.

Godzina 9.55

Od strony stadionu miejskiego, poprzez pole namiotowe, niosły się dudniące, rytmiczne dźwięki perkusji. Już od samego rana scena przygotowywała się do wieczornego koncertu finałowego, który miał zakończyć festiwal. Na razie brzdąkały tam kapele, które już miały pewność, że nie wystąpią wieczorem. Grał chyba jakiś zespół heavymetalowy, bo charakterystyczne basowe dźwięki orały powietrze niczym czołgi asfalt w noc wprowadzenia stanu wojennego. Wokalista piskliwym głosem wyśpiewywał swoją pogardę dla całego świata:

Nienawidzę was

Jestem synem ciemności

Nienawidzę was

Połamię wam kości

Nienawidzę ludzi

Jestem synem piekła

Nienawidzę ludzi

Nienawiść jest wściekła

Nagle przez ten muzyczny zgiełk przebił się histeryczny krzyk.

– Milicja, milicja! – wołał ktoś, wyrywając z zadumy zatopionego w myślach Mariusza Blaszkowskiego, który siedział przed namiotem na złożonym w leżak dmuchanym materacu i opalał się.

Znowu się dzieciaki wygłupiają, uśmiechnął się, pomyślawszy o zwariowanych miłośnikach rocka, których kilkanaście tysięcy przyjechało do Jarocina. Mariusz też tu przyjechał, ale wcale nie po to, by słuchać muzyki. Owszem, lubił młodzieżowe kapele i chętnie skorzystał z karnetu na koncerty, ale nie to było powodem jego obecności na festiwalu. On znalazł się tu służbowo. Kilka tygodni temu w szkole oficerskiej w Szczytnie, do której dostał się w zeszłym roku, szef jego kompanii, sierżant Ogórkiewicz, zwany przez wszystkich Ogórem, zebrał kilkunastu chłopaków w jednej z sal wykładowych i oznajmił, że na początku sierpnia dostaną coś w rodzaju dodatkowego urlopu. W sierpniu normalnie powinni już być w szkole po wakacjach, ale tym razem najlepszym i wyróżniającym się studentom przydzielono zabezpieczenie operacyjne festiwalu w Jarocinie. Wszyscy mieli pojechać tam jak normalni uczestnicy imprezy, czyli przebrani w cywilne ciuchy i z namiotami, by wtopić się w tłum. Z tym „wtopieniem się” dowództwo trochę przesadziło, bo wyposażyło wszystkich w jednakowe namioty, pochodzące chyba jeszcze z lat pięćdziesiątych zielone dwójki bez tropiku ze sznurowanymi wejściami. Do tego dostali wojskowe śpiwory, materace z nadrukiem „MSW” i jednakowe menażki. Przy takim kamuflażu każdy na kilometr wyczułby w nich gliniarzy, a oni mieli przecież sprawiać wrażenie młodych ludzi zainteresowanych tylko muzyką. Dlatego Mariusz postanowił wyekwipować się we własnym zakresie.

Pojechał więc do Piły do rodziców. Ostatnio bywał u nich bardzo rzadko, bo urlopy najczęściej spędzał w Poznaniu ze swoją dziewczyną. Dlatego te dwa dni były dla rodziny prawdziwym świętem. Matka natychmiast zniknęła w kuchni, by przygotować różne smakołyki, a ojciec wziął w pracy dzień wolny, by móc nacieszyć się synem. Sam był milicjantem już ponad dwadzieścia lat. Wcześniej, jeszcze przed wojną, także jego ojciec był gliną. Pracował w Policji Państwowej w miejscowości Wysoka niedaleko Piły. Po wojnie dziadek oczywiście nie mógł nawet marzyć, by przyjęto go do MO, ale to on właśnie zaszczepił ojcu Mariusza szacunek do munduru i miłość do tej profesji. Co prawda dzisiejsza milicja niewiele miała wspólnego z tą przedwojenną, ale Wiktor Blaszkowski, zapatrzony w ojca, wstąpił na służbę, bo chciał być taki jak on i swoim przykładem przekonać ludzi, że w MO są też przyzwoici funkcjonariusze. Oczywiście musiał w swojej ankiecie personalnej ukryć prawdziwy zawód ojca, bo jako syn przedwojennego policjanta nigdy nie dostałby się do milicji. W rubryce „zawód ojca” wpisał więc stróż, czyli to, czym ojciec zajmował się po wojnie. Jakoś się udało, bo tu na prowincji nikt nie sprawdzał wnikliwie jego akt.

Jego syn Mariusz długo zastanawiał się, co chce robić w życiu. Początkowo myślał o tym, by zostać żołnierzem, bo czuł, że ciągnie go do munduru. W końcu oświadczył, że po maturze pójdzie do milicji. I wtedy okazało się, że ojcu wcale się to nie podoba.

Nie pomagały argumenty, że teraz, po stanie wojennym, do milicji idzie najgorsza swołocz i ten zawód już nigdy nie będzie cieszył się w kraju dobrą opinią. Mariusz uważał, że tym bardziej trzeba tam być, by od środka zmieniać to, co jest złe, a nie patrzeć z boku i wieszać psy na wszystkich w niebieskich mundurach.

Trzypokojowe mieszkanie, w którym się wychował, znajdowało się w dziesięciopiętrowym bloku przy placu PPR, w centrum miasta. Z okna pokoju na dziewiątym piętrze widać było niemal całą panoramę południowej części miasta. Mariusz lubił patrzeć na te miejskie zakamarki, osiedla na peryferiach i ciemne ściany lasów ograniczających zurbanizowaną przestrzeń. Wieczorami, gdy zasypiał w swoim łóżku, wsłuchiwał się w odgłosy pociągów i lokomotyw przetaczanych w pobliskich ZNTK. Tego osobliwego hałasu najbardziej brakowało mu w szkole w Szczytnie. Tam nocą w internacie panowała całkowita cisza, zakłócana tylko od czasu do czasu miarowymi krokami podoficera pełniącego służbę nocną.

Gdy zasypiał wieczorem, wsłuchując się w dawno niesłyszany miarowy rytm wystukiwany przez koła pociągu, do pokoju wszedł ojciec. Usiadł na brzegu łóżka, a Mariusz poderwał się i zapalił lampkę stojącą tuż obok na biurku.

– Wiesz, trochę się martwię o Asię – zaczął bez owijania w bawełnę. Taki już był, konkretny, zawsze zmierzał wprost do celu. Jeśli mówił, że z Asią, młodszą siostrą Mariusza, są jakieś problemy, to rzeczywiście musiało być coś poważnego.

– Co z nią? – zaniepokoił się, spoglądając na poważną twarz ojca.

– Nie chciałem wcześniej mówić przy mamie. Wiesz, jaka ona jest. Zaraz zaczęłyby się płacze. Bo ona też to widzi i pewnie jeszcze bardziej ode mnie się martwi. No bo z Asią to ostatnio jakoś nie możemy się dogadać.

– No wiesz, jest coraz starsza, po wakacjach już będzie w maturalnej klasie. Może poczuła się dorosła…

– Chyba właśnie tak jest. I chyba za bardzo czuje tę dorosłość. Wraca późno do domu, a wszystkie nasze uwagi zbywa i mówi, że to jest czepianie się jej, bo przecież ona nic złego nie robi, tylko spotyka się ze swoim towarzystwem ze szkoły i razem gdzieś chodzą. No a teraz, zanim pojechała na obóz, powiedziała nam, że jak wróci, to jedzie z koleżankami i kolegami z klasy do Jarocina na festiwal… A my nie wiemy z mamą, co zrobić, bo ona nawet nas nie zapytała, czy może jechać na ten festiwal, tylko powiedziała, że jedzie, i już, no a wiesz, jakie towarzystwo tam bywa…

– Tato, ja wam jeszcze nie powiedziałem, po co przyjechałem do domu. Muszę zabrać swój sprzęt biwakowy, bo jadę właśnie do Jarocina…

Ojciec spojrzał na niego zdziwiony i podrapał się po łysiejącej głowie. Zdumiało go to oświadczenie syna, bo ten nigdy dotąd nie przejawiał większego zainteresowania muzyką. Owszem, słuchał tak jak wszyscy młodzi ludzie radia, nawet nagrywał piosenki na swoim kasetowym grundigu, ale żeby wybrać się na koncert, to raczej było do niego niepodobne.

Widząc zdziwioną minę ojca, Mariusz się uśmiechnął.

– Jadę do Jarocina służbowo. Jedziemy w kilka osób ze szkoły jako wywiadowcy w cywilu. Zabezpieczamy imprezę.

– Aha, rozumiem. – Ojciec się ucieszył. – To znaczy, że będziesz się tam uważnie rozglądał.

– No właśnie, będę obserwował, co się dzieje, i w takim razie przyjrzę się też swojej siostrzyczce. Ale nie mówcie jej, że tam będę. Zrobię jej niespodziankę. W takim razie możecie ją śmiało puścić do tego Jarocina.

Z Piły wziął własny namiot i do tego całe biwakowe wyposażenie, które sprawdziło się już nieraz podczas harcerskich rajdów i obozów. Podobnie zrobili jego koledzy. Każdy z nich zaopatrzył się w to, co miał, z własną cywilną odzieżą włącznie.

Z odpowiednim ubraniem był właśnie największy kłopot, bo żeby nie wyróżniać się z tłumu, należało wyglądać tak jak większość. Dlatego w końcu ustalili, że zakładają zwykłe dżinsy i jak najbardziej kolorowe koszulki. To miał być ich cały kamuflaż. Mariusz postanowił, że dodatkowo, dla lepszego zamaskowania swojej milicyjnej tożsamości, zapuści brodę. Okazało się, że ten plan nie był łatwy do zrealizowania. W myślach widział siebie jako wilka morskiego z bujnym zarostem, tymczasem przez cały lipiec wyrosła mu zaledwie jasnoruda kozia bródka. Doszedł więc do wniosku, że nie ma się co wygłupiać, i ten młodzieńczy zarost całkiem zgolił.

Przed wyjazdem do Jarocina musieli zgłosić się do komendy wojewódzkiej w Poznaniu, gdzie znajdowało się centrum nadzoru prewencyjnego nad imprezą. Tu Blaszkowski czuł się jak u siebie w domu. W poznańskiej wojewódzkiej pracował przez ponad rok, zanim dostał się do Szczytna. Major Alfred Marcinkowski, szef kryminalnych, wziął go do siebie wprost z ZOMO, gdzie odrabiał wojsko. Dzięki temu asystował przy kilku ważnych śledztwach, a w sprawie „Obcinacza rąk” przyczynił się nawet do wykrycia sprawcy. To właśnie udział w tym dochodzeniu spowodował, że bez większych problemów udało mu się dostać do szkoły oficerskiej. Marcinkowski napisał mu zresztą taką opinię, że komisja kwalifikacyjna nie miała innego wyjścia, jak przyjąć do szkoły chłopaka, który według słów majora „stanowi doskonały materiał na świetnego oficera śledczego”.

Nadzór nad jarocińskim festiwalem z ramienia komendy wojewódzkiej sprawował major Jabłoński. Jak wyjaśnił wywiadowcom ze Szczytna na odprawie poprzedzającej ich wyjazd, wśród publiczności działać będzie prawie setka młodych milicjantów po cywilnemu, oddelegowanych z komend całego kraju. Ich zadaniem nie była jednak inwigilacja i penetrowanie środowisk młodzieży alternatywnej, bo tym mieli zająć się funkcjonariusze z SB, a zabezpieczanie imprezy pod względem bezpieczeństwa i reagowanie w sytuacjach zagrożenia życia i mienia. Przekładając to na normalny język, chodziło o przeciwdziałanie kradzieżom i – przede wszystkim – o wyłapywanie dilerów narkotykowych. Od kilku lat bowiem problem narkomanii, który dotychczas znany był w Polsce tylko z amerykańskich filmów, stawał się coraz większą plagą, a wytwórnie kompotu ze słomy makowej pojawiały się niemal w każdym dużym mieście. Milicja nie miała wątpliwości, że wytwórcy rodzimych środków odurzających będą próbowali na tej wielkiej imprezie znaleźć nowych klientów. Stąd pomysł, by młodzi wywiadowcy szukali sprzedawców i dyskretnie wyławiali ich z tłumu, przekazując patrolom mundurowym.

– Milicja! – zawołał ktoś znowu, a zaraz potem rozległ się przeraźliwy krzyk jakiejś dziewczyny.

Mariusz zerwał się na równe nogi i rozejrzał wokół. Kilkadziesiąt metrów dalej, przy czerwonym, pochy­lonym na bok namiocie zauważył małe zbiegowisko. Wiele się nie namyślając, ruszył biegiem w tamtym kierunku. Kręciło się tam kilkunastu młodych ludzi. Jakaś dziewczyna w czarnej koszulce próbowała przytrzymać zawodzącą brunetkę, która najwyraźniej wpadła w histerię.

– Trzeba mu zrobić sztuczne oddychanie! – krzyknął chudy długowłosy dryblas, ubrany tylko w przepaskę na biodrach à la Winnetou.

– Umie ktoś? – Stojący obok chudego chłopak w czarnej skórze z agrafkami wpiętymi w rękaw odwrócił się za siebie.

Ze stale powiększającego się kręgu ciekawskich wychyliła się drobna dziewczyna w długiej do ziemi szarej sukience, uszytej z tetrowych pieluch.

– Ja jestem po kursach doraźnej pomocy. Mogę mu zrobić…

– Spierdalaj, mała – powiedział punk. – W faję możesz mu nadmuchać co najwyżej. Tu nie ma miejsca dla lasek, bo widok horrorystyczny. Facet nam jest potrzebny do ocucenia klienta.

– Nie to nie, smutny fiucie. Sam se w dupę nadmuchaj, kmiocie – odgryzła się niespełniona sanitariuszka i odwróciła urażona.

– Wody mu trzeba dać, to się obudzi – doradził niski, ogolony na łyso chłopak z odstającymi uszami.

– A skąd tu chcesz wziąć wody, kretynie! W umywalni nie ma ani kropli od wczoraj. – Punk zmierzył łysego drwiącym spojrzeniem. – Możesz co najwyżej nasikać mu na ryja.

W tym momencie w tłum wpadł Mariusz Blaszkowski. Chciał rozsunąć stojących tuż przed wejściem chłopaków, ale napakowany jak beczka na śledzie grubas w ażurowym podkoszulku odepchnął go bezceremonialnie.

– Co tam się dzieje? Stało się coś? – zapytał chłopaka.

– Wal się na mordę, cwelu. To myśmy ich znaleźli. Chcesz patrzeć na tę rozjebkę, to wyskakuj ze stówki. Jak ktoś chce se zobaczyć coś fajnego, to płaci Michowi. – Tu wskazał na podobnego do siebie metalowca w założonej na goły tors czarnej kamizelce, który zajął miejsce z prawej strony wejścia do rozbebeszonego namiotu.

– Muszę najpierw wiedzieć, za co mam płacić, nie?

– Za widoczek z gołą sztywną laską.

– Jak to sztywną?

– No sztywną, jak decha do prasowania, frajerze. Co, nie kumasz facet po polsku czy jak? Płać albo spierdalaj w podskokach i nie zasłaniaj widoku innym.

Mariusz spojrzał na niego uważnie, oceniając swoje szanse w starciu. W walkach wręcz, których uczył się na zajęciach w szkole, był całkiem niezły i pewnie poradziłby sobie bez trudu z tym osiłkiem, ale doszedł do wniosku, że nie ma co robić niepotrzebnego zamieszania. Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej czarną służbową legitymację.

– Spadaj, ośle, Milicja Obywatelska! – warknął do punka i to w zupełności wystarczyło. Gruby zniknął w ułamku sekundy. Pozostali tarasujący przejście odsunęli się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Smród dochodzący z wnętrza namiotu buchnął ze zdwojoną mocą.

Milicjant w cywilu pochylił się i zajrzał do środka. Najpierw zauważył chłopaka. Na kolanach zbliżył się do niego i sprawdził tętno, przykładając dłoń do szyi. Żyje, pomyślał ze zdziwieniem. Dopiero po chwili zauważył jeszcze jedną osobę. Nie dostrzegł jej od razu, bo pewnie pod naporem ciekawskich część dachu namiotowego przesunęła się, przykrywając ją szczelnym całunem, spod którego wystawała tylko noga. Mariusz uniósł brezent i zrobiło mu się słabo. Mało brakowało, a padłby zemdlony, podobnie jak parę minut wcześniej Gucio.

Szybko wycofał się z namiotu i stanął na zewnątrz, wciągając w płuca jak najwięcej powietrza. Spojrzał na wianuszek otaczających go młodych ludzi.

Po lewej stronie cały czas tkwił metalowiec, nazwany przez swojego kolegę Michem.

– Misiek – zwrócił się do niego Mariusz – rusz dupsko i przyprowadź tu zaraz mundurowy patrol.

– Co? – zapytał zdziwiony.

– Biegnij po milicjantów!

– Nie Misiek, tylko Michu.

– Zapierdalaj po milicję, i to już… I powiedz im, że funkcjonariusz potrzebuje pomocy.

Godzina 10.15

Porucznik Stefan Mioduszewski z Komendy Miejskiej MO w Jarocinie miał złe przeczucia. Przez całą noc nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, a kiedy tylko zapadał w drzemkę, od razu nawiedzały go senne koszmary. Śnił, że gdzieś pędzi, przez jakiś dziwny gąszcz złożony ni to z ludzi, ni to z drzew. Potykał się co chwilę, co rusz upadał, aby natychmiast zerwać się do dalszego szaleńczego biegu. Gdy już zdawało mu się, że zaraz wypadnie na wolną przestrzeń, budził się zlany zimnym potem. W końcu pięćdziesięciotrzyletniemu mężczyźnie, mierzącemu metr sześćdziesiąt i ważącemu dziewięćdziesiąt osiem kilo, wcale nie jest łatwo biegać, nawet we śnie. Ten sen powtarzał się wielokrotnie. Wreszcie gdzieś o piątej nad ranem porucznik dał za wygraną. Wstał ostrożnie z łóżka. Po cichu, tak by nie obudzić śpiącej żony, ubrał się i zszedł na dół do kuchni. Przesiedział tam do szóstej, czytając stare gazety, aż w końcu doszedł do wniosku, że nie ma co dłużej tkwić w domu, tylko trzeba wyjść między ludzi. Wyprowadził z garażu swojego małego fiacika i ruszył w stronę komendy. Od kilku dni, dokładnie od kiedy do Jarocina zaczęły ściągać gromady młodych ludzi na festiwal, wybierał dłuższą trasę. Sunął wolno w okolicy pola namiotowego i przypatrywał się cudakom, którzy zjechali tu z całej Polski. Już od dawna, to jest od czasu, gdy parę lat temu milicjantom ze spokojnego dotąd wielkopolskiego miasteczka zwalił się na głowę ten młodzieżowy festiwal, nie mógł wyjść ze zdziwienia – jak to możliwe, że czynniki wyższe, czyli władze, tolerują to wszystko? Nie można powiedzieć, Mioduszewski lubił młodzież, szczególnie młode dziewczęta robiły na nim wrażenie. Ale nie takie jak te, które widywał podczas festiwalu. On lubił porządek i czystość, tak moralną, jak i fizyczną. A to, co widział na polu namiotowym i w mieście, wołało o pomstę do nieba, a właściwie nie do nieba, tylko do komitetu wojewódzkiego partii albo jeszcze wyżej.

Gdyby to od niego zależało, wszystko tu urządziłby inaczej. Przede wszystkim uczestników festiwalu przebrałby w jednakowe białe koszule i ciemne spodnie lub spódniczki. Tak umundurowanych posadziłby na krzesełkach przed sceną, na którą miałyby wstęp tylko zespoły wyłonione na drodze ogólnopolskich eliminacji, organizowanych w miejskich czy gminnych ośrodkach kultury. I na pewno powinny prezentować muzykę taneczną lub ludową, ze szczególnym uwzględnieniem chórów mieszanych. Chóry to było to, czego Mioduszewskiemu najbardziej brakowało na tym festiwalu. Sam śpiewał w chórze przy domu kultury i mówiono nawet, że jego baryton jest silny jak milicyjna syrena. Porucznik uważał, że oddawanie się śpiewowi chóralnemu jest najpiękniejszą z możliwych pasji muzycznych, oczywiście dla człowieka kochającego prawdziwą muzykę. Ale to, co działo się tu na scenie festiwalowej, to było dla niego coś zupełnie niepojętego. Wyjący długowłosi śpiewacy, warczące gitary, dudniące bębny i rozhisteryzowany tłum. Wszystko to budziło w nim jak najgorsze uczucia i raniło do głębi jego artystyczną duszę.

No, ale co robić, władza zwierzchnia miała widocznie jakiś plan związany z tymi wyjcami i nic na to się nie poradzi, myślał Mioduszewski. A skoro już władza tak posta­nowiła, to trzeba robić wszystko, by zabezpieczyć ten spęd jaskiniowców i dbać, żeby w Jarocinie było bezpiecznie i żeby im się nic nie stało i, nie daj Boże, nie doszło do jakichś ekscesów.

Dlatego codziennie, jadąc do pracy, porucznik patrolował ulice zza szyb swojego malucha, a po porannej odprawie w komendzie wsiadał do służbowej nyski i osobiście rozwoził patrole funkcjonariuszy, przydzielając każdemu niezwykle ważne zadania.

O ósmej rano wrócił na pole namiotowe. Była to pora, kiedy większość uczestników festiwalu jeszcze spała w najlepsze. Porucznik penetrował wraz ze swoimi ludźmi wszystkie zakątki, sprawdzając, czy aby nie doszło do jakichś nieprzewidzianych zdarzeń, ale najczęściej nie dochodziło. Jedyne, do czego można było się przyczepić, to spanie nie pod namiotami, tylko wprost na trawie czy nawet na wydeptanych alejkach. Co do tych gówniarzy można było mieć podejrzenie, że to ludzie niezameldowani w recepcji festiwalowej, a na dodatek że są pod wpływem alkoholu. Jednak takich delikwentów były setki, więc porucznik musiał zadowolić się tylko budzeniem ich i przeganianiem z publicznej przestrzeni. Zatrzymywano jedynie takich, którzy stawiali opór. Przez ostatnie dni udało mu się zgarnąć zaledwie trzydziestu chuliganów obrażających w niewybredny sposób funkcjonariuszy na służbie i milicyjny mundur.

Niedużo, ale zawsze coś, pocieszał się w myślach Mioduszewski, bo w końcu nie mógł zatrzymać wszystkich, tak jak by tego pragnął. No bo skąd wziąć tylu milicjantów, tyle samochodów do przewożenia zatrzymanych i tyle aresztanckich cel?

W pokoju, w którym teraz siedział, było brudno i śmierdziało papierosami. Od kilku dni nikt nie sprzątał podłogi, nikt nie opróżniał zapełnionych po brzegi popielniczek i nie mył szklanek z zaschniętymi fusami od kawy. Sprzątaczka zachorowała, a pracujący tu mężczyźni nie mieli głowy do takich drobiazgów. Zresztą ten nieporządek był jedynie uzupełnieniem normalnego służbowego bałaganu. Na trzech biurkach walały się stosy papierów, teczek i jakichś starych akt. Brązowa szafa z segmentu Kowalskich, stojąca pod zieloną odrapaną ścianą, pomalowaną podczas ostatniego remontu w siedemdziesiątym drugim roku olejną farbą, pękała w szwach od starych gazet i książek, których nikt nie czytał. Stały tam też butelki po oranżadzie z porcelanowym kapslem, których nie dało się już wymienić w sklepie, bo jakieś pięć lat temu wycofano je z produkcji, zastępując niewygodnymi kapslowanymi flaszkami.

Porucznik właśnie wrócił z pierwszego porannego patrolu z zatrzymanymi łobuzami, których jego ludzie szybko i sprawnie zamknęli w areszcie. Siadł za biurkiem, by wypisać protokoły zatrzymań, najpierw jednak otarł kraciastą chusteczką spocone czoło, na wszelki wypadek przejechał nią też rzadkie jasne włosy i potężny kark. Spojrzał na formularz, który musiał wypełnić, i wtedy przypomniał mu się nocny koszmar.

Dokąd to ja niby uciekałem i przed czym? – zastanowił się przez chwilę, analizując sen. A może nie uciekałem, tylko goniłem jakiegoś przestępcę? Ta myśl szczególnie mu się spodobała. No właśnie, nie uciekałem, tylko goniłem, to znaczy, że nawet w nocy byłem na służbie, bo biegłem za jakimś bandytą albo nawet za ekstremistą, co uciekał i chciał się ukryć przed organami ścigania. Tylko szkoda, że go nie dopadłem. Ale teraz przynajmniej złapałem tych, co tam leżeli pijani i nie chcieli po dobroci usunąć się z przejść. A to oznacza, że miałem sen służbowy, ucieszył się porucznik. Te piękne myśli nagle przerwało energiczne pukanie do drzwi.

– Wejść – ryknął pięknym barytonem Mioduszewski.

W drzwiach stanął sierżant Koniarek, ulubiony podkomendny porucznika, który zawsze potrafił powiedzieć coś mądrego na temat swojego bezpośredniego przełożonego.

– Starszy sierżant Koniarek Leon melduje, że jest pilny meldunek z pola namiotowego.

– Co tam, Koniarek, dupa się komuś pali? – zażartował porucznik. – Dopiero co my przecież tam byli i nic nadzwyczajnego nie zaszło.

– Widzę, że obywatel porucznik w świetnym humorze jest dzisiaj – zaśmiał się sierżant z żartu dowódcy, ale po chwili spoważniał, przybierając zatroskaną minę, bo to, co miał powiedzieć, wcale nie było śmieszne. – Ale tam mówią, że jest trup w namiocie.

– Jak trup w namiocie? – Porucznik zerwał się z miejsca, patrząc uważnie na sierżanta.

– Trup na ament zabity. Meldowali, że mamy przyjeżdżać i żeby my wezwali pogotowie ratunkowe. Tylko że nie wiem, na jaką cholerę te pogotowie, jeśli tam jest trup. Ja to se myślę, że jak on jest nieżywy, to lepiej wezwać karawan od Włodasa Karczmarka, tego, co to ma zakład pogrzebowy…

Mioduszewski zaklął w duchu, bo jego złe przeczucia właśnie sprawdzały się w całej rozciągłości. Zmierzył Koniarka surowym, wyćwiczonym przez lata spoj­rzeniem dowódcy, a zaraz potem uśmiechnął się ra­dośnie.

– Wiecie co, Koniarek, to, że tam jest trup, to jest źle, normalnie jak to z trupem. Śledztwo się zacznie i takie tam wszystkie inne pierdoły, jak to zwyczajnie bywa, jak jest trup. Ale wy się teraz tak patrzycie na mnie i chyba myślicie sobie, czy wasz porucznik czasami nie zwariował, bo się śmieje, że jest trup.

– Ale, co wy, obywatelu poruczniku. Jak ja bym mógł, gdzie tam… że obywatel porucznik zwariował, jak tam jest trup…

Mioduszewski wyciągnął rękę w stronę sierżanta, dając mu w ten sposób do zrozumienia, żeby nie przerywał, bo jeszcze nie skończył.

– A ja, widzicie, Koniarek, to się nie cieszę z trupa, tylko z czegoś zupełnie innego. Wiecie, z czego na ten przykład?

– Melduję, obywatelu poruczniku, że nie wiem, jak Boga kocham.

– Ja, Koniarek, się cieszę, że wreszcie tym gnojom, co jego zabili, znaczy się tego trupa, tym wyjcom, będziemy mogli dobrać się do dupy i z tych zakutych pał wybić tę wrzaskliwą muzykę. Rozumiecie, Koniarek, teraz? – powiedziawszy to, uśmiechnął się szeroko i zadowolony rozparł wygodnie w fotelu. Porucznik wreszcie poczuł wiatr w żaglach. W końcu ta jego monotonna i mało ekscytująca służba podczas festiwalu zupełnie się zmieni. Dotąd zatrzymywał tylko jakichś pijaczków i żałosnych rozrabiaczy. A tu tymczasem zaczynała się grubsza sprawa. Może nawet okaże się, że to nie jest zwykłe zejście z przyczyn naturalnych jak przedawkowanie alkoholu, ale wręcz piękne morderstwo. A jak morderstwo, to i poszukiwania sprawcy, i podejrzani, i zatrzymania podejrzanych. Oczyma wyobraźni widział już całe dziesiątki zatrzymanych przez siebie długowłosych obwiesi pakowanych do milicyjnych nysek. Nie, nie do nysek, nyski mogą być za małe na tę akcję, którą już zaczynał rozplanowywać w szczegółach. Trzeba będzie podstawić kilka aresztanckich starów i do tych starów ich pakować. Tylko gdzie ich trzymać, jak się już ich zapakuje? Może zawozić do sali gimnastycznej w podstawówce…

– Tak jest, obywatelu poruczniku – przerwał tę piękną analizę sytuacji sierżant. – Ale komu wybić z dupy, znaczy się tę muzykę wybić, jak my jeszcze nie wiemy, kto to jego, tego trupa, zabił.

Mioduszewski uśmiechnął się radośnie i sięgnął po pas służbowy z kaburą. Zapiął go na potężnym brzuchu i mocno ściągnął sprzączkę.

– Nie wiemy, Koniarek, ale się dowiemy. Choćbyśmy mieli ich wszystkich zamknąć i przesłuchać.

– Obywatel porucznik to zawsze wie, jak i co zrobić – pochwalił szefa milicjant.

– I dlatego jestem porucznikiem – wyjaśnił Mioduszewski. – A wiadomo już, kto zgłosił tego trupa?

– Tak jest, obywatelu poruczniku. Chłopaki mówią, że zgłaszał niejaki Michu.

– Michu, powiadacie, Koniarek? – Porucznik przeszedł obok sierżanta w kierunku wieszaka, nałożył czapkę i ruszył w stronę drzwi. – Już my temu Michu michę wyklepiemy – powiedział, a potem zaśmiał się głośno ze swojego żartu.

Godzina 10.20

– Jak się nazywacie?

– Kapral Przybyła.

– Słuchajcie, Przybyła, jestem kapral Blaszkowski ze Szczytna, musicie zabezpieczyć teren, to znaczy wywalić stąd tych wszystkich gapiów…

– E tam. – Kapral Przybyła machnął ręką i już chciał się odwrócić na pięcie. – Ja myślałem, że z oficerem mam okoliczność, a ty żeś jest zwyczajny kapral. Możesz se rozkazywać u cioci na imieninach, a nie mi tu dawać komendy.

Mariusz Blaszkowski wściekł się nie na żarty. Tu zanosi się na poważną sprawę, a przed nim stoi jakiś jełop, który nie ma pojęcia o milicyjnej robocie. Na szczęście tuż przy nim wyrósł jak spod ziemi kolega ze szkoły, Witek, który przez rok studiów nie dorobił się nawet jednej belki. Wielki jak kłoda drewna Zalewski był najlepiej z całej ich grupy przygoto­wany do pracy w Jarocinie. Ubrany w czarną skó­rzaną kurtkę i spodnie moro wyglądał jak prawdziwy me­talowiec. Wyciągnął wielką rękę zza pleców Blaszkowskiego i delikatnie położył ją na ramieniu kaprala Przybyły.

– A ja jestem Wiciu, też ze Szczytna, podchorąży w cywilu, podczas wykonywania działań operacyjnych, baranie, a to jest pan podchorąży Blaszkowski – wskazał głową na Mariusza – który, zdaje się, wydał ci rozkaz. A wiesz, że za niewykonanie rozkazu idzie się do ancla? A w warunkach operacyjnych to i pod sąd możemy cię oddać za niesubordynację i lekceważenie oficera. A i z milicji za to mogą cię wypierdolić na zbitą mordę… – powiedział to już zupełnie cicho, tak żeby nikt ze stojących w pobliżu nie mógł usłyszeć.

Przybyła zbladł, a potem przybrał postawę zasad­niczą.

– Tak jest, obywatelu podchorąży.

– No, teraz już znacznie lepiej. Widzę, Przybyła, że jednak macie trochę oleju w łepetynie. – Ucieszył się Zalewski. – Zrozumieliście rozkaz? – zapytał z uśmiechem, cofając rękę z ramienia mundurowego.

– Zabezpieczyć teren, odsunąć gapiów…

– I nie wpuszczać nikogo do czasu przyjazdu ekipy dochodzeniowo-śledczej.

– Tak jest, obywatelu podchorąży. – Przybyła zasalutował, a potem odwrócił się, cały czas wyprężony jak struna, i natychmiast niemal defiladowym krokiem podszedł do stojących nieopodal czterech milicjantów w mundurach moro. Wystarczyło im kilkanaście sekund, by oczyścić teren przed namiotem.

– Dzięki, Wiciu. – Mariusz uścisnął rękę kolegi.

– Drobnocha. Maciek Kubiak już szuka naszych. Był tu ze mną, ale jak zobaczył, co się dzieje, zaraz poleciał na pole, żeby całą naszą bandę tutaj sprowadzić. A ty mów, co jest grane.

– Sam zobacz. – Mariusz wskazał ręką namiot, przed którym leżał wracający właśnie do przytomności chłopak w pasiastej koszulce, a przy nim klęczała zapłakana ciemnowłosa dziewczyna. Zalewskiemu wystarczyło kilka sekund, żeby zorientować się w sytuacji.

– No to mamy niezłe gówno – powiedział, stając znów przed kolegą.

– A na dodatek całą masę śladów rozdeptanych przez tłum.

– Kto ją znalazł?

– Ten tu – Mariusz pokazał na leżącego na ziemi Gucia – razem z tą dziewczyną. Musimy ich zaraz wziąć na komisariat i przesłuchać. Może coś ważnego zauważyli. A jak pojawią się nasi, to trzeba im dać znać, żeby rozpytali wszystkich sąsiadów o lokatorów tego namiotu. Nie wiemy na razie, czy ta dziewczyna, co leży w środku, jest stąd czy występuje tu w charakterze gościa.

– No to bierzemy się do roboty – powiedział Zalewski. Już chciał odejść, gdy Mariuszowi przypomniało się coś jeszcze.

– Wiciu – zawołał za kolegą.

– No?

– Masz gdzieś pod ręką swojego zenitha?

– Jasne – potwierdził podchorąży. – W namiocie.

– No to zanim przyjedzie ekipa techniczna, strzeliłbyś parę fotek, głównie otoczenia – mówiąc to, wskazał na coraz większy tłumek gapiów odsuwanych od namiotu przez ludzi kaprala Przybyły.

– Da się zrobić, kierowniku – odpowiedział Zalewski i szybko ruszył do siebie.

Po paru minutach przed namiotem stało już sześciu wywiadowców ze Szczytna. Jakoś tak w naturalny sposób Mariusz przejął nad nimi dowództwo. Nawet się nad tym nie zastanawiał. Uczestniczył już kilka razy w zabezpieczeniu miejsca, w którym doszło do morderstwa, więc teraz robił wszystko niemal mechanicznie. A jego koledzy, których widok zamordowanej dziewczyny pozbawił naturalnej pewności siebie, natychmiast podporządkowali się rolom, jakie on im przypisał. Podzielił najbliższy teren na kilka sektorów i każdemu wyznaczył kilka namiotów do sprawdzenia. Milicjanci mieli spisać dane mieszkańców i wypytać, czy czegoś nie zauważyli. Kapral Przybyła, dowódca patrolu ZOMO, dostał polecenie wyczyszczenia całego terenu w promieniu dwudziestu metrów z przypadkowych gapiów. Na miejscu mogli zostać tylko mieszkańcy pobliskich namiotów. Mariusz sam postanowił porozmawiać z parą, która odnalazła zwłoki. Podszedł nawet do chłopaka i dziewczyny, by rozpocząć rozmowę, gdy wtem szeroką alejką, przy której rozbity był czerwony namiot, nadjechała milicyjna nyska.

Samochód gwałtownie zahamował, wzbijając tumany kurzu. Boczne drzwi szoferki otworzyły się i wysiadł z nich niewielki, okrągły jak piłka, spocony porucznik. Za nim z tylnego wyjścia wysypało się jeszcze pięciu mundurowych. Porucznik rozejrzał się dookoła i z naburmuszoną miną ruszył w stronę namiotu, przeskakując rozpięte nad ziemią linki naciągowe, przyszpilone do gruntu aluminiowymi śledziami. Stanął na pustym placyku i złym spojrzeniem zmierzył najpierw Blaszkowskiego, a potem parę siedzącą na trawie.

– Koniarek! – krzyknął, patrząc cały czas na towarzystwo przed namiotem. Sierżant błyskawicznie podbiegł do dowódcy i wyprężył się jak struna.

– Bierz ich wszystkich do wozu i spisać to towarzystwo. I wołaj mi tego tam z ZOMO, co zabezpiecza teren. Trzeba mu powiedzieć, że dobrze się sprawił. A ja zajrzę do środka i sprawdzę, co tam się dokładnie stało. Zresztą jak chcecie, to chodźcie ze mną, też se popatrzycie…

– Nie tak szybko, poruczniku…

Mioduszewski stanął jak wryty. Czego jak czego, ale tego, żeby jeden z tych pstrokato ubranych pajaców odezwał się do niego w ten sposób, nigdy by się nie spodziewał. Tego już za wiele. Obrócił powoli głowę i spojrzał na zuchwalca. Od razu przybrał taką pozycję, jakby miał zamiar rzucić się na osobnika, który śmiał mu się sprzeciwić.

Przed nim stał szczupły blondyn w czerwonej koszulce i w dżinsach. Wsparł się rękami pod boki i jak się porucznikowi zdawało, patrzył na niego w sposób wyzywający.

– Koniarek! – wrzasnął znowu porucznik. – A temu tu – wskazał ruchem głowy Blaszkowskiego – to jeszcze ścieżkę zdrowia zafunduj, żeby się nauczył moresu.

Ale Blaszkowski nie przeląkł się groźby, bo był pewny swego. Doskonale wiedział, czym może się skończyć taka niefrasobliwość porucznika. Nie dość, że już i tak wlazło tam parę osób, to kolejna wycieczka milicjantów mogła doszczętnie zniszczyć wszystkie pozostałe ślady. Dlatego postanowił zagrać ostro i stanowczo. Pomyślał sobie, co powiedziałby jego starszy kolega kapitan Brodziak po przyjeździe na miejsce morderstwa, gdyby dowiedział się, że on pozwolił wchodzić tam wszystkim ciekawskim. Od razu ciarki przeszły mu po plecach, gdy przypomniał sobie swoje pierwsze spotkanie sprzed lat z wówczas jeszcze porucznikiem, kiedy zabezpieczał teren nad Wartą w miejscu, gdzie wędkarze znaleźli ciało kobiety bez głowy. Wolał więc zachować się dziś jak najbardziej profesjonalnie, nawet narażając się na gniew porucznika, który teraz stał przed nim i kipiał ze złości.

– Teren jest zabezpieczony, a do namiotu proszę nie wchodzić – rzucił szybko Blaszkowski.

– Koniarek! Dawaj mnie pałę. Ja sam mu zrobię ścieżkę zdrowia, jak Boga kocham. I to tu, na miejscu – warknął porucznik Mioduszewski, wyciągając jednocześnie dłoń do swojego sierżanta. Ten odpinał właśnie białą pałkę przytroczoną do czarnej raportówki, ale jakoś mu nie szło, bo na wszelki wypadek zabezpieczał ją zawsze dodatkowym rzemieniem i wiązanie nie chciało puścić.

Porucznik pochylił się jeszcze bardziej i wysunął dolną szczękę pozbawioną dwóch jedynek. Mariusz, widząc to, nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

Tego już było Mioduszewskiemu stanowczo za wiele. Nie doczekawszy się pałki, ruszył na Blaszkowskiego jak rozpędzony kombajn Bizon. Ale go nie dopadł, bo przed nim jak spod ziemi wyrósł potężny Zalewski, który chwycił szarżującego porucznika za głowę i przytrzymał w miejscu.

– Koniarek – ryknął Mioduszewski. – Brać ich! Napadli na funkcjonariusza…

Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz Blaszkowski najspokojniej w świecie machnął mu przed oczyma czarnym kartonikiem legitymacji służbowej i powiedział:

– Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Poznaniu zabezpiecza miejsce zdarzenia. Opanujcie się, poruczniku, bo ludzie patrzą. Proszę nie utrudniać działań operacyjnych.

Zalewski jeszcze przez moment trzymał szarpiącego się porucznika, a gdy poczuł, że to, co powiedział Blaszkowski, wreszcie dotarło do niego, zwolnił uścisk.

Czerwony jak burak Mioduszewski wyciągnął z kieszeni pogniecioną chusteczkę do nosa, zdjął czapkę i otarł spocone czoło.

– To czemuście od razu nie powiedzieli? – warknął.

– Bo nie daliście szansy, poruczniku, tylko chcieliście nas aresztować.

– I co teraz zamierzacie zrobić? – Mioduszewski zadał rzeczowe pytanie, powoli dochodząc do siebie.

Co zamierzamy zrobić? – zastanowił się Mariusz i wpadł w lekką panikę. Chyba jednak posunął się trochę za daleko. Groźnie brzmiąca nazwa Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych, czyli Komenda Wojewódzka Milicji w Poznaniu, trochę osadziła tego porucznika, ale co będzie, jak się dowie, że z tą komendą to bujda na resorach? Trzeba coś szybko wymyślić, żeby dać sobie radę z grubasem, który na pierwszy rzut oka wygląda na faceta niemającego zielonego pojęcia o kryminalnym śledztwie. Tylko jak teraz z tego wybrnąć? W tym momencie przypomniał mu się kapitan Brodziak z Poznania, który na pewno w takiej sytuacji nie straciłby zimnej krwi. Po sekundzie podchorąży już wiedział.

– Poruczniku, muszę jak najszybciej połączyć się z komendą wojewódzką, z majorem Marcinkowskim. Moi ludzie w cywilu już prowadzą wstępne przesłuchania świadków, a pana proszę o pomoc w zabezpieczeniu terenu, zanim przyjedzie tu ekipa techniczna. Teraz najważniejsze jest to, żeby nikt nie zbliżał się do namiotu, w którym dokonano morderstwa.

– Morderstwa? – powtórzył rozmarzonym głosem Mioduszewski i pomyślał, jak byłoby pięknie poprowadzić taką sprawę. Tymczasem na jego teren wlazł ten gówniarz i jeszcze wydaje mu polecenia. No, ale w końcu to ktoś z wojewódzkiej i ma do tego pełne prawo. Niech oni, ci z Poznania, robią sobie swoje, a on ze swoimi ludźmi dostarczy im podejrzany element na tacy.

Wcisnął czapkę na głowę i zasalutował.

– Tak jest, przystępujemy do działań zabezpieczających, a wy, Koniarek – spojrzał groźnie na swojego podwładnego – weźcie wóz i zawieźcie obywatela porucznika na komendę, żeby mógł się połączyć z Poznaniem.

– A co z pałką? – zapytał Koniarek, któremu wreszcie udało się ją wydostać.

– W dupę se ją wsadź – warknął Mioduszewski.

Mianowany właśnie porucznikiem podchorąży Blaszkowski spojrzał na czubki swoich butów, a potem na szeregowego Zalewskiego, który ubawiony po pachy szczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

PoznańGodzina 11.00

Porucznik Teofil Olkiewicz od samego rana czuł się źle. Kiedyś mu się to nie zdarzało. Niezależnie od tego, ile dzień wcześniej wypił, następnego dnia zawsze był w doskonałej formie. Ale dziś coś się zmieniło. Bolała go głowa i cały czas czuł suchość w ustach. Nie pomagało picie wody, której pochłonął już chyba ze dwa litry. Czuł dziwne bulgotanie w pokaźnym brzuchu, więc rozpiął szarą, nieco przyciasną marynarkę, ale to niewiele pomogło. Wiedział, co mogłoby postawić go na nogi, i dlatego kombinował, jak by choć na chwilę wyskoczyć z komendy. Niedaleko stąd, tuż przy Rynku Jeżyckim, była mała knajpka, gdzie od rana podawano kuflowego lecha. Teofil dobrze znał ajenta baru, więc pewnie znalazłaby się jakaś schłodzona butelka, bo oprócz kuflowego, którego czasem brakowało, butelkowe też tam sprzedawali. Ale pech chciał, że nie mógł w tej chwili wyjść, ponieważ musiał czekać na jakiegoś delikwenta z aresztu na Młyńskiej. Wszystko się przeciągało, bo w areszcie jak zwykle nie mieli wolnego transportu. Obiecali mu już jakieś dwie godziny temu, że gdy tylko będzie samochód, natychmiast wyślą aresztanta, ale jak widać, tylko obiecywali, a on tu cierpiał jak nigdy.

Otworzył szafkę w swoim biurku i pochyliwszy się, zajrzał do środka. Stały tam cztery butelki po wódce, ale wszystkie były puste. Wziął do ręki jedną z nalepką wyborowej, przyjrzał się jej uważnie, a potem, odkręciwszy metalową zakrętkę, przyłożył do ust. Ostatnia kropla spłynęła do gardła, ale nie miała najmniejszych szans, by je doprowadzić do stanu używalności. Wręcz przeciwnie, podrażniła je tylko, podobnie zresztą jak i tak napięte już nerwy funkcjonariusza.

Wszystko przez ten spirytus, który wczoraj dostał od dzielnicowego Kryspina Obrębskiego z Łazarza. Obrębski, z którym przyjaźnił się od jakichś dwudziestu lat, kilka dni temu zrobił nalot na melinę i zarekwirował kilkanaście litrowych butelek jugosłowiańskiego alkoholu. Zarekwirował, nie wystawiając oczywiście żadnego pokwitowania, dzięki czemu babcia prowadząca melinę nie trafiła do aresztu, a spirytus powędrował do Obrębskiego i kilku jego najbliższych kolegów z milicji. Teofil załapał się na jedną butelkę, której jakość musiał natychmiast sprawdzić. Wieczorem w domu zagotował wodę i z jednego litra zrobił trzy półlitrowe butelki pierwszorzędnej mocnej miodówki. W smaku okazała się rewelacyjna, ocenił fachowo własny wyrób Teofil, a skoro była taka dobra, to przecież nie mógł poprzestać na wypiciu jednego kieliszka. Dał spróbować żonie, ale ona zaledwie umoczyła usta i parsknęła z obrzydzeniem, oświadczając, że dla niej to za mocne paskudztwo. Zaproponowała, że można by z tej byle jakiej wódki zrobić ajerkoniak, bo wtedy dałoby się to wypić. Tyle lat byli już małżeństwem, a ona nie była w stanie pojąć, że jej mąż nienawidzi tego żółtego ulepku.

– Z jajek to się robi jajecznicę, a nie wódkę. Wódka to jest… – przez chwilę zastanawiał się, bo nie potrafił znaleźć właściwego określenia – wódka, i tyle – stwierdził obrażony, że nie potrafiono w domu docenić jego umiejętności tworzenia wyrafinowanych smaków. Uznał, że prawdziwą wartość trunku może poznać tylko wyrobione podniebienie smakosza. Spakował więc dwie butelki do swojej wysłużonej brązowej torby i poszedł piętro niżej do sąsiada Matuszewskiego. Z dwiema półlitrówkami uporali się dość szybko, potem była trzecia i na koniec jeszcze jedna butelka bałtyckiej, którą sąsiad miał schowaną w nowym podświetlanym barku z lustrem. Ostatnia rzecz, jaką z tego wieczoru zapamiętał Teofil, to otwarta muszla klozetowa i on sam zaglądający do jej środka z dość bliskiej odległości.

To też mu się dotąd nie zdarzało. Mógł wypić morze alkoholu, ale żeby po tym wymiotować…

Albo się starzeję, albo coś jest nie tak z tym spirytusem, pomyślał po przeanalizowaniu całej niezbyt komfortowej sytuacji. Trzeba by zapytać Obrębskiego, czy aby i on nie miał podobnych sensacji i równie wielkiego kaca, bo dobrze wiedział, że jego kolega dzielnicowy wczorajszy wieczór musiał również spędzić na degustacji nowego trunku.

Już chciał podnieść słuchawkę, by połączyć się z komendą Poznań Grunwald przy Rycerskiej i by poddać szczegółowemu przesłuchaniu Obrębskiego, gdy do pokoju wszedł kapitan Brodziak. Szczupły, piegowaty rudzielec po trzydziestce, który ubierał się jak cinkciarz. Miał na sobie dżinsową koszulę, dżinsowe spodnie i białe adidasy. Wszystko w nim pachniało peweksem, łącznie z jego świeżo ogoloną twarzą, do której pielęgnacji stosował prawdziwego old spice’a. Olkiewicz skrzywił się, czując w pokoju ten powiew Zachodu. On sam po goleniu wklepywał sobie zwykłą przemysławkę, a parę razy w chwilach desperacji zdarzyło mu się nawet użyć jej nie zewnętrznie, lecz wewnętrznie. Gdyby teraz miał przy sobie taką buteleczkę…

– Żeby te amerykańskie bejmy wydawać na takie głupoty – tłumaczył kiedyś cierpliwie Brodziakowi. – Przecież nasze krajowe wyroby są całkiem niezłe, a za dolary to, owszem, można kupować, ale na ten przykład wódeczkę, i to też nie jakąś tam zagraniczną, ale najlepiej naszą polską wyborową, bo to towar najlepszy na świecie i dlatego deficytowy, i nie ma go w normalnych sklepach, żeby wiara ze szczęścia nie powariowała. Władza wie, co robi, i nie daje każdemu moczymordzie dostępu do poloneza czy żytniej z kłos­kiem, żeby to dobro nie lało się w byle jakie chamskie gardła.

Ale Brodziak wiedział swoje i zaopatrywał się w peweksach, zwłaszcza że do waluty miał ułatwiony dostęp. Jego najbliższy przyjaciel Rychu Grubiński, z którym wychowywał się na jednym podwórku na poznańskim Starym Mieście, był od kilku lat jedną z najważniejszych postaci w walutowym biznesie. Dla niego pracowała większość poznańskich cinkciarzy. Mirek mógł więc zawsze kupić parę dolarów po kursie, o jakim inni mogli tylko pomarzyć.

– Cześć pracy – powiedział Brodziak, podchodząc do biurka, za którym siedział smutny jak orangutan Olkiewicz. – Co masz, chłopie, taką niewyjściową gębę? Wyglądasz, jakby cię wypchnęli z ogonka po krakersy brydżowe. Chory jesteś, czy jak?

– Ady tam zaraz chory, mgli mnie coś od rana, a nie mam nic do napicia, żeby się podleczyć.

Brodziak przystanął przed biurkiem i uważnie przyjrzał się Olkiewiczowi. Na pierwszy rzut oka porucznik wyglądał zupełnie normalnie. Okrągła, gładko wygo­lona twarz z podwójnym podbródkiem, starannie ułożona na czole zaczeska przykrywająca łysy czubek głowy, lekko zaczerwieniony nos, no i worki pod oczami, dziś jakby trochę ciemniejsze niż zwykle. Teofil Olkiewicz mimo przekroczonej już jakiś czas temu pięćdziesiątki miał się całkiem nieźle.

– Nie wyglądasz na chorego – stwierdził Brodziak, skończywszy lustrację. – No, może trochę na zmęczonego.

– Łe tam. – Teofil machnął ręką. – Z wierzchu to może i nie wyglądam, ale w środku mnie tak coś pali, że aż strach. Wody tom już dziś tyle wypił, że ledwo się mogę ruszać – mówiąc to, poklepał się po wydatnym brzuchu. – Nawet palić mi się specjalnie nie chce.

Kapitan uśmiechnął się, wydobył z kieszeni swojej dżinsowej koszuli paczkę cameli bez filtra i podsunął papierosy koledze.

– Peweksowskie – pochwalił się. – To nie to, co te twoje gówniane extra mocne. Takiego możesz zapalić bez szkody dla zdrowia.

Olkiewicz pokręcił nosem, zrobił minę, jakby spoglądał na największe świństwo, jakie widział w swoim życiu, ale w końcu wyciągnął rękę i wydobył z paczki amerykańskiego papierosa. Po chwili aromatyczny dym wypełnił pokój.

Brodziak usiadł za swoim biurkiem i włączył radio Taraban, które stało na półce tuż obok. Radio było monofoniczne, jednak w pracy kapitan, miłośnik stereofonii, nie zwracał większej uwagi na jakość dźwięku. Muzyki potrzebował jako dźwiękowej tapety ozdabiającej smutny, byle jak urządzony pokój. Po chwili rozległy się charakterystyczne takty oberka, który od lat był sygnałem „Lata z Radiem”.

Na biurku Olkiewicza zadzwonił telefon. Milicjant spojrzał z niechęcią na szary ebonitowy aparat, ale w końcu podniósł słuchawkę.

– Czego tam? – warknął do mikrofonu. Że też ludzie nie mogą uszanować cudzego cierpienia, pomyślał, zastanawiając się cały czas, co powinien był teraz zrobić? Może by jednak wyskoczyć szybko do miasta. W końcu Brodziak już był na miejscu. Poprosi się go, żeby się zajął tym, co to mają go przyprowadzić. Niech go posadzą na korytarzu i niech siedzi. A on sobie pójdzie na Dąbrowskiego, bo przecież było niedaleko, i może choć w spożywczaku na rogu dostanie piwo. Jedno piwo nie postawi go na nogi, ale dwa albo najlepiej trzy to już coś. A potem poszedłby do monopolowego na Rynku Jeżyc­kim. Co prawda wódkę sprzedawali dopiero od trzynastej, a on nawet nie miał kartek, ale od czego ma się łeb? Zagada sprzedawczynię, nakłamie jej, że pięknie wygląda, a jak to nie podziała, mógłby wyciągnąć służbową legitymację i powiedzieć, że jest z wydziału przestępstw gospodarczych i zamierza przeprowadzić kontrolę zaplecza w poszukiwaniu podrabianej wódki. Bo żeby sprawdzić, czy jest podrabiany towar, trzeba by pobrać próbki… I to był genialny pomysł, ucieszył się zadowolony. Bo przecież mało kto potrafiłby wybrnąć z tak skomplikowanej i trudnej sytuacji. A on, proszę bardzo, jak sobie ładnie wszystko obmyślił. Byle tylko Brodziak nie miał w planach jakiegoś wyjścia z biura. Spojrzał na niego. Otwierał właśnie jakąś teczkę z aktami. To mogło oznaczać, że chce tu trochę posiedzieć. Teofilowi natychmiast poprawił się humor, dlatego odezwał się do słuchawki telefonu zupełnie innym tonem:

– Olkiewicz, porucznik mówi. A tam kto?

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz