Martwe jezioro - Olga Rudnicka - ebook
lub
Opis

Fascynująca i zabawna powieść, od której nie można się oderwać!

  Beata - niezależna trzydziestoletnia singielka - zaczyna podejrzewać, że z rodziną, z którą od lat nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie łączą jej nawet więzy krwi. Wynajmuje prywatnego detektywa, który pomimo odkrycia wielu zaskakujących tropów, nie potrafi jej pomóc. W poszukiwaniu prawdy o przeszłości wspiera Beatę przyjaciółka - roztrzepana Ula, która przy okazji chce wyswatać ją ze swoim bratem Jackiem. Lawinę zdarzeń wywołuje niespodziewane zaproszenie od rodziny na ślub znienawidzonej siostry... 

"Martwe jezioro" to fascynujące połączenie kryminału oraz romansu iskrzącego się ironicznym humorem - to książka, która wciąga czytelnika od pierwszych stron! 

Druga część "Martwego Jeziora" pojawi się w księgarniach na początku 2009 roku.

Olga Rudnicka (ur. 1988)   Mieszka w Śremie, studiuje pedagogikę w Poznaniu. Kocha czarną muzykę, taniec oraz scrabble. Do swoich literackich mistrzów zalicza przede wszystkim Stephena Kinga, Stefana Żeromskiego oraz Harlana Cobena.

Polecamy także

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 269

Popularność


Copyright © Olga Rudnicka, 2008

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© Voyagerix/iStockphoto.com; ozenli/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Redakcja

Anna Matysiak

Redakcja techniczna

Elżbieta Urbańska

Korekta

Grażyna Nawrocka

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

ISBN 978–83–8097–902–4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–97 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CZĘŚĆ I

Beata Rostowska, stojąc przed drzwiami biura detektywistycznego, biła się zmyślami. Dobrze znała agencję Knap & Wspólnicy. Firma, wktórej pracowała, często korzystała zjej usług. Radosław Knap zajmował się wykrywaniem oszustw finansowych, wyszukiwaniem ukrytego majątku oraz rozwiązywaniem podobnych spraw. Beata przyszła dziś wsprawie prywatnej. Miała nadzieję, że nawet jeśli Knap nie zainteresuje się jej przypadkiem, to może poleci inną wiarygodną agencję, która nie będzie zwodzić jej miesiącami iwyciągać pieniędzy za rzekome postępy. Problem, który ją nurtował, wymagał rozwiązania, anie użerania się zniekompetentnymi osobami.

Knap ze współczuciem przyglądał się siedzącej naprzeciwko młodej kobiecie. Sprawa była standardowa, co wcale nie znaczy, że prosta, zwłaszcza dla osoby bezpośrednio zainteresowanej.

– Jest pani pewna?

– Czego? – Beata zmarszczyła brwi. – Informacji, które panu przekazałam?

– Nie. Domyślam się, że co do faktów nie ma wątpliwości. Inaczej by tu pani nie było. Pytam, czy jest pani pewna, że chce zaczynać tę sprawę?

– To nie ja ją zaczęłam. Ktoś zrobił to za mnie, ito jeszcze przed moim urodzeniem. Ja tylko chcę znać prawdę.

– Rozumiem, ale powiedzenie, że prawda wyzwala, nie zawsze się sprawdza.

– Proszę po prostu powiedzieć, czy może mi pan pomóc? – Beata nie zamierzała wdawać się wdywagacje filozoficzne. Referując przed chwilą całą historię Knapowi, upewniła się tylko wswoim postanowieniu. Nienawidziła kłamstwa ihipokryzji, bo zbyt długo żyła wtakim świecie. Chciała uwolnić się od przeszłości, ale najpierw musiała ją naprawdę poznać.

– Nie mogę wziąć tej sprawy. To nie moja działka.

– Rozumiem... Jestem panu wdzięczna za poświęcony czas. – Beata wstała. – Czy mógłby mi pan wyświadczyć uprzejmość ipolecić…

– Jakie to młode pokolenie niecierpliwe – uśmiechnął się Knap. – Proszę pozwolić mi skończyć. Wspólnicy wnazwie firmy nie wzięło się znikąd. Mój współpracownik przyjmie tę sprawę. Mamy mały podział rodzajowy, poza tym jest młodszy iwoli pracę wterenie. Ja już, niestety, preferuję ciepłe kapcie iwygodny fotel.

– Co pozwala panu osiągać niebywałe rezultaty. – Opadła zulgą na fotel. Knap był rzetelny iuczciwy. Podejrzewała, araczej miała nadzieję, że wspólnik odznacza się tymi samymi cechami.

Beata przyglądała się uważnie mężczyźnie, którego sekretarka wprowadziła do gabinetu. Wysoki, szczupły, krótko ostrzyżony brunet sprawiał przyjemne wrażenie. Knap zapewniał, że wspólnik jest synem jego przyjaciela, zktórym przez lata prowadził biuro. Przemek Macierzak odziedziczył udziały współce, ale nie to przesądzało ojego kwalifikacjach. Pracował dziesięć lat wpolicji wwydziale kryminalnym. Zrezygnował po szczególnie brutalnej sprawie zabójstwa dziecka. Nie potrafił już odnaleźć się wtej pracy izaczął pomagać ojcu, zaraz po tym jak uzyskał licencję prywatnego detektywa. Był godny zaufania idyskretny. Knap krótko zreferował sprawę wspólnikowi.

– Wpierwszej kolejności wtakich sytuacjach sprawdzamy możliwość adopcji, ale takie informacje może pani uzyskać sama. Nie musi pani korzystać zusług biura. – Macierzak próbował zniechęcić przyszłą klientkę.

– Wiem. Nie mam na to jednak czasu, nie mam też ochoty na tę całą biurokrację. Wolałabym, żeby pan się tym zajął. – Beata była zdecydowana. Nie znała wprawdzie wspólnika Knapa, ale robił dobre wrażenie, poza tym inne biuro nie wchodziło wgrę… Tutaj znała zleceniobiorcę, winnej sytuacji musiałaby zaufać nieznanej firmie, azaufanie przychodziło jej ztrudem.

– Dobrze. Nasz prawnik przygotuje odpowiednie dokumenty. Proszę mi tylko powiedzieć, czy jeśli się okaże, że nie jest pani dzieckiem adoptowanym, życzy pani sobie dalszego prowadzenia sprawy?

– Oczywiście. Chcę poznać prawdę.

– To może nie być takie proste. Jeśli wgrę wchodzi zdrada małżeńska, odnalezienie po latach winowajcy może być niemożliwe, zwłaszcza że urodziła się pani, jeśli dobrze zapamiętałem, wStanach.

– Owszem, ale matka była tam tylko pół roku. Do poczęcia musiało dojść wPolsce – oznajmiła beznamiętnym tonem, nie zwracając uwagi na zmieszanie detektywa. Zawsze lubiła nazywać sprawy po imieniu. Krążenie wokół tematu uważała za stratę czasu.

– Nie chciałaby pani jeszcze tego przemyśleć? Zdoświadczenia wiem, że takie sprawy są trudne, burzą życie rodzinne. Powinna pani zdawać sobie sprawę zkonsekwencji…

– Ja nie mam życia rodzinnego – przerwała mu bezceremonialnie. – Ichcę wiedzieć dlaczego. Jestem wdzięczna za troskę, ale nie można zburzyć czegoś, czego nie ma, iczego wzasadzie nigdy nie było.

Macierzak przyjął uwagę wmilczeniu. Sprawy rodzinne zawsze były trudne. Do biura nie przychodzili ludzie szczęśliwi, lecz zdesperowani.

– Co za dzień – pomyślała Beata, wjeżdżając na parking. Był chłodny październikowy wieczór, światła latarni rozjaśniały mrok, kładąc długie cienie naalejkach parku ipłytach chodnikowych. Mieszkała na tym osiedlu od roku razem zprzyjaciółką, zktórą znały się od czasów studenckich. Miały szczęście. Trzypokojowe lokum udało im się wynająć od starszej pani, która wyjechała do Niemiec do córki.Wolała nie sprzedawać mieszkania, na wypadek gdyby „złota jesień” ucórki okryła się patyną albo śniedzią. Beata nie była pewna, który ze szlachetnych metali czym się pokrywa. Zasadniczo chodziło oto, że starsza pani wolała zabezpieczyć sobie tyły, na wypadek gdyby życie za granicą jej nie odpowiadało. Poza tym dodatkowe fundusze zwynajmu stanowiły ,,kieszonkowe” do skromnej renty, jak zwykła mawiać. To kieszonkowe nie było wcale aż tak małe. Ale wgruncie rzeczy nie miały powodu do narzekań. Kuchnia połączona zpokojem jadalnym, który pełnił zarazem funkcję salonu, wspólna łazienka idwie niewielkie sypialnie gwarantowały wygodę ipoczucie prywatności, czego wprawdzie jej przyjaciółka iwspółlokatorka nie mogła pojąć iustawicznie buszowała po jej szafie, ato wposzukiwaniu paska od spodni, ato torebki. Beatę trochę to irytowało, ale zasadniczo nie miała tajemnic, awszafie nie chowała rozkładających się zwłok. Dopóki Ulka trzymała się zdaleka od jej komputera, dokumentów irzeczy bardziej osobistych niż obuwie czy nowa torebka, wbudowanie sejfu wścianę nie było konieczne. Beata tak naprawdę dziękowała losowi za przyjaciółkę, która znosiła jej humory idzieliła się znią własną rodziną. Czasem aż za bardzo, pomyślała zironią. Ciekawe, jak długo uda mi się unikać tych nieudolnych prób wyswatania mnie zjej bratem… – zastanawiała się, wyciągając torby zzakupami zbagażnika.

– Do diabła – mruknęła. – Jak mam się ztym zabrać? Nie ma siły, będę musiała obrócić dwa razy. – Patrzyła ze zniechęceniem na przeładowaną dokumentami aktówkę, zsuwającą się zramienia torebkę oraz foliowe reklamówki zzakupami spożywczymi.

– Dobry wieczór, sąsiadeczko! – Aż podskoczyła, słysząc za sobą bełkotliwy pijacki głos.

– Panie Zenku! – zawołała zwyrzutem. – Nie może pan tak się skradać iludzi straszyć.

– Proszę o... – czknął potężnie, chwiejąc się na nogach – owybaczenie… Łaskawa sąsiadeczka poratuje wpotrzebie? Co? – ciągnął niezrażony potępiającym spojrzeniem dziewczyny. – Da pani piątaka potrzebującemu? – dodał, błagalnym spojrzeniem dając do zrozumienia, że ten potrzebujący to właśnie on.

– Panie Zenku… – powiedziała zwyrzutem, patrząc karcąco. – Nie wstyd panu? Pije pan, żebrze ijeszcze straszy ludzi. Ładnie to tak? – Patrzyła surowo na niewysokiego mężczyznę, wiecznie mającego problemy zutrzymaniem pionowej postawy.

– Ładnie to może nie. – Pan Zenek zgodził się zopinią sąsiadki, co wcale nie znaczyło, że zamierzał odpuścić. – Ale swój honor mam iwcale nie że... że... wołam opiątaka za darmola – wyjąkał po chwili zwyraźnym trudem. – Ja sąsiadeczce pomogę ztymi torebkami. Pod same drzwi zaniosę, to będzie... – znów czknął – ...uczciwie zapracowane.

Pan Zenek był wgruncie rzeczy nieszkodliwym pijakiem, ale jego żona nie miała znim lekko – już od kilku lat samodzielnie utrzymywała ich oboje, dorabiając szyciem do skromnej renty.

– To jak będzie, sąsiadeczko? Bo koledzy czekają… – Pan Zenek uznał za stosowne przypomnieć osobie zamyślonej dziewczynie.

– Dobrze, dobrze – zgodziła się zwestchnieniem. – Ale tylko do klatki. Ze schodami sobie poradzę.

– Ale ja pod same drzwi mieszkanka mogę zanieść – zaoferował się rycersko.

– Tak, panie Zenku. Tylko kto zaniesie pana? – Zubolewaniem pokręciła głową, żywiąc uzasadnione podejrzenie, żeschody dla pana Zenka toaktualnie przeszkoda nie dopokonania. – Doklatki wystarczy – powiedziała stanowczo.

– Bo ja zawsze mówiłem – pan Zenek tylko dzięki torbom zachowywał pion – że zpani to dobra kobieta, nie to, co moja żona, świeć Panie nad jej duszą…

– Ależ panie Zenku! – Beata aż zatrzymała się ze zdumienia na środku parkingu. – Przecież pana żona żyje!!!

– Owszem – zgodził się pan Zenek. – Ale to zła kobieta imuszę modlić się za jej duszę już teraz.

Beata parsknęła śmiechem. Pijak był uciążliwy jak rzep itrudno było się go pozbyć, ale nie można było go nie lubić. Podobno rozpił się dopiero kilka lat temu, kiedy najstarsza córka zginęła wwypadku samochodowym, co wcale nie znaczy, że wcześniej stronił od kieliszka.

– Panie Zenku, nie powinien pan tyle pić – westchnęła, zdając sobie sprawę, że żadne napomnienia nie pomogą, zwłaszcza że sama właśnie zgodziła się wspomóc jego nałóg. – Dziękuję za pomoc – powiedziała, otwierając drzwi prowadzące do wnętrza budynku. – Proszę tu położyć. Dalej sama sobie poradzę albo poproszę koleżankę, to zejdzie… Już daję tego piątaka…

– Dziękuję, sąsiadeczko, dziękuję – zaczął się kłaniać, próbując niezdarnie pocałować wrękę Beatę, która pośpiesznie zaczęła podnosić torby, chcąc uniknąć śliniącego się ze szczęścia sąsiada.

– Iproszę pozdrowić koleżankę – perorował pan Zenek. – Proszę powiedzieć, żetylko słowo… tylko słowo – zająknął się zwrażenia – ajatunakolana padnę… i…

– Tak, tak. Wierzę panu. Na pewno powtórzę. Ale proszę… – Beata próbowała zakończyć tę rozmowę. – Koledzy na pana czekają – rzuciła desperacko, wnadziei że wreszcie uda jej się uwolnić od niechcianego towarzystwa.

– Aaa… koledzy to rzecz święta – wymamrotał, odwrócił się gwałtownie ichwiejąc się na nogach, pomaszerował wstronę parku.

– Iwtym problem – mruknęła Beata, wzdychając zulgą. – Koledzy – prychnęła. Wszyscy do AA powinni trafić, ito najlepiej wpasach, pomyślała.

– Jestem! – krzyknęła, opierając się ciężko odrzwi, które na szczęście zatrzasnęły się same. – Pomóż mi ztymi torbami, bo już tracę czucie wpalcach!

Ula wynurzyła się zkuchni wkucharskim fartuchu, spoglądając zwyrzutem na spoconą izaczerwienioną przyjaciółkę.

– Nareszcie – powiedziała, biorąc torby imaszerując energicznie do kuchni. – Już myślałam, że wystawili cię wsklepie jako eksponat… Miałaś ciężki dzień wpracy? – spytała znagłym przypływem współczucia, widząc pośród zakupów swoje ulubione chipsy serowe.

– Mało powiedziane – westchnęła Beata, niosąc resztę pozostawionych pod drzwiami reklamówek. Aktówkę, torebkę ibuty porzuciła wprzedpokoju. – Mamy nowegoklienta – kontynuowała, wchodząc do kuchni istawiając torby na stole. – Chce kupić spółkę wlikwidacji, ale wpapierach jest taki bałagan, że nikt nie może dojść, co to właściwie za twór ido czego służy. Rzucili nam to dzisiaj, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, że rzucili mnie na pożarcie. Czuję się, jakby ktoś mnie znokautował.

– Nie ma sposobu, żeby to jakoś bezproblemowo załatwić?

– Oczywiście, że jest. Rozpalić wielkie ognisko – kąśliwie rzuciła Beata, patrząc na przyjaciółkę zdezaprobatą. – Gdyby to było takie proste, nie potrzebowałby firmy doradczej…

– Fakt, tobyło głupie pytanie – zgodziła się radośnie Ulka, dobrawszy się dochipsów. Chrupiąc głośno, rzuciła mimochodem: – Powinnaś przejrzeć pocztę. Przyszło dociebie coś zdomu. Napewno jakieś dobre wiadomości.

Beata popatrzyła ze zmarszczonymi brwiami na Ulkę ispytała podejrzliwie:

– Skąd pomysł, że to dobre wiadomości?

– No wiesz?! – obruszyła się przyjaciółka. – Nie otwieram przecież twojej poczty! Nie patrz na mnie, jakbym popełniła zbrodnię stulecia!

Beata wzięła koperty leżące na stoliku izaczęła je powoli przeglądać. Wwiększości były to rachunki, czyli ulubiona korespondencja wszystkich ciężko pracujących ludzi, zwyjątkiem jednej kredowej koperty. Patrzyła na nią wmilczeniu. Od dwóch lat nie miała żadnych wiadomości zdomu. Wyrzucili ją ostatecznie ze swojego życia iniewątpliwie zulgą odnotowali fakt, że nie starała się do niego wrócić. Wtakiej sytuacji to nie mogły być dobre wiadomości.

– Ciekawe, skąd mieli adres? – mruknęła cicho, nie mogąc się zdecydować na otwarcie koperty.

– Na co czekasz? – niecierpliwiła się Ulka. – Dlaczego nie otwierasz?

– Dziwię się, że ty jeszcze tego nie zrobiłaś... – rzuciła cierpką uwagę Beata, cały czas przyglądając się kopercie.

– Tajemnicę korespondencji akurat potrafię uszanować! – oburzyła się przyjaciółka.

Beata popatrzyła na nią iuśmiechnęła się lekko.

– Amam ci przypomnieć, jak…

– To się nie liczy. – Zpoczuciem winy Ulka wróciła do kuchenki izaczęła energicznie mieszać porzucony sos, który mimo jej wysiłków miał co najmniej dziwną konsystencję izapach. – To był wypadek przy pracy… – dodała obronnym tonem.

– Jasne. Powiedzmy, że przyjęłam do wiadomości. – Beata usiadła przy stole, obracając wdłoniach kopertę. Jeśli ją otworzy, treść zmusi ją do reakcji, nie będzie mogła udawać, że nic nie było wśrodku. Jeśli jej nie otworzy, wciąż będzie się zastanawiać, co mogła zawierać. Dalej, idiotko!, ponagliła się wmyślach. Nie bądź tchórzem…

– Co nie znaczy, że mnie nie korciło, rzecz jasna. – Głos Uli wyrwał ją zzamyślenia. – Ale możesz być pewna, żepotrafię uszanować uczucia mojej najlepszej przyjaciółki i… Jeszcze tego nie otworzyłaś? – spytała zdumiona, odwracając się od kuchenki.

– Zastanawiam się, skąd mają adres. Mieszkam tu dopiero od roku, aznimi nie kontaktuję się od dwóch lat. Nie wysyłam kartek, nie dzwonię, nie składam wizyt.

– No właśnie! – triumfalnie oznajmiła Ulka. – Jednak zależy im na kontakcie ztobą. Po co inaczej zadawaliby sobie tyle trudu?

– Właśnie, po co? – Beata nie podzielała entuzjazmu Uli.

– Jak nie otworzysz, to się nie dowiesz. – Przyjaciółka usiadła naprzeciwko iwymierzyła wnią drewnianą łychą. – No dalej... Otwieraj albo ja to zrobię!

Beata przez chwilę przyglądała się Ulce. Niska, okrągła blondyneczka, wiecznie wesoła, podskakiwała teraz na krześle zniecierpliwości inieukrywanej ciekawości. Beata rozcięła kopertę długim paznokciem. Przez chwilę wpatrywała się zniedowierzaniem wzawartość. Po chwili niedowierzanie zaczął zastępować narastający gniew. Zaproszenie na ślub na sztywnym kredowym papierze zwykaligrafowanymi złotymi literami było jak cios wpoliczek!

– Ico? Ico? – niecierpliwiła się Ulka, widząc zmarszczone brwi inagłą bladość twarzy Beaty.

– Pieprzona suka! – warknęła Beata, ze złością rzucając list na stół.

– Wysoki sądzie, jestem niewinna! – zawołała Ulka, unosząc dłonie do góry, nadal trzymając drewnianą łychę wycelowaną teraz wsufit. – Cokolwiek się stało…

– To nie do ciebie! – Beata zerwała się gwałtownie izaczęła szperać po szafkach, ztrzaskiem otwierając izamykając drzwiczki.

– Powiesz mi, ocochodzi? – Ulka przestraszyła się nagłym wzburzeniem zwykle opanowanej współlokatorki.

– Anka zaprosiła mnie na ślub! – Beata usiłowała domknąć kolanem zacinającą się szufladę.

– Swój?

– Oczywiście, że swój! – Rozdrażniona Beata spojrzała na nią jak na idiotkę. Przyjaciółka czasami zadawała co najmniej dziwne pytania.

– OK, skoro kwestia ślubu to taka drażliwa sprawa, daję słowo, że na swój cię nie zaproszę. – Ulka próbowała rozładować nastrój.

– Co ty…! – Beata żachnęła się. Ulka patrzyła na nią zlekkim uśmiechem na ustach. – Przepraszam. – Westchnęła ciężko. – Zachowuję się, jakbyś była czemuś winna, a... Zmarszczyła nos. – Chyba coś się pali…?

– Boże, sos! – Ulka rzuciła się do garnka. – Wiesz… – powiedziała po chwili – moim zdaniem to miłe. Nie pomyślałaś, że może to zaproszenie to jak wyciągnięcie ręki na zgodę?

– Zgodę?! – zniedowierzaniem zapytała Beata.

– Jadalne. Prawie – mruknęła do garnka iodwróciwszy się wstronę koleżanki, mówiła, machając łyżką. – Sama pomyśl. Przez tyle lat cisza weterze. Ateraz zaproszenie na ślub… to przecież ważna uroczystość rodzinna ichcą, żebyś była znimi.

– Jasne, idlatego wysyłają mi zaproszenie tydzień przed ślubem. Nie dość, że mam potwierdzić przybycie, to jeszcze przybyć zosobą towarzyszącą. Oprezencie nie wspominam…

– Fakt, termin niezbyt fortunny. Ale przecież sama przed chwilą powiedziałaś, żenie mieli adresu. Ustalenie musiało trochę potrwać. Może todlatego? Czego tywłaściwie szukasz? – popatrzyła naBeatę grzebiącą wlodówce.

– Ja? – odwróciła się. – Niczego. Acoś zginęło?

– Tak. Zdrowy rozsądek. Ale nie przejmuj się. To problem globalny. Wyciągnij talerze. Zaraz będzie kolacja. Albo nie… lepiej usiądź. Ja wyciągnę talerze. – Ula krzątała się po kuchni. Beata posłusznie usiadła izapatrzyła się tępo wprzestrzeń. Dopiero po chwili dotarł do niej bezruch przyjaciółki, która zastygła nad kuchenką.

– Coś się stało?

Ulka odwróciła się zrozpaczą na twarzy.

– Zapomniałam omakaronie!

– Co?

– Zapomniałam wstawić makaron! Mamy sos, anie mamy makaronu! Ryżu!… Niczego!

Beata przyglądała jej się chwilę zniedowierzaniem. Rozpacz wgłosie Ulki brzmiała porażająco, jakby przed chwilą dowiedziała się, że zaprzestano produkcji serowych chipsów. Po chwili parsknęła śmiechem.

– Zamiast spaghetti... przypalony sos bez makaronu? Cóż za wyborne danie!

– To wcale nie jest śmieszne – obruszyła się Ulka. – Po pierwsze, sos wcale nie jest przypalony, ajeśli nawet, to wstopniu minimalnym. Apo drugie... każdemu może się zdarzyć…

– Może, ale zdarzyło się tobie. Itonie pierwszy raz. Zresztą, jak można przypalić sos tylko trochę?! – zaśmiewała się Beata. – Jeśli zrobiłaś tospecjalnie, żeby poprawić mihumor…

– Co będziemy jadły? – Ulka nie podzielała rozbawienia przyjaciółki.

– Kupiłam bagietki. Będą akurat do minimalnie przypalonego sosu.

– Jest przypalony – westchnęła ciężko. – Ito wcale nie minimalnie… Nie ma co ściemniać. – Ulka pociągnęła nosem.

– Nie szkodzi. Umieram zgłodu, zjem wszystko. Przez ten list zupełnie otym zapomniałam.

– Racja. Zresztą jadłyśmy gorsze rzeczy. Pamiętasz te koszmarne zupki chińskie? Były super, dopóki nie nauczyłyśmy się trochę gotować. Potem mogłam się tylko zastanawiać, jakim cudem dałyśmy radę to wcinać?! Dobra, dobra, już się zamykam. Jak ty ze mną wytrzymujesz?

– Ztrudem – zminą cierpiętnicy odparła Beata. – Ale moja babcia cierpiała na alzheimera. Jestem przyzwyczajona.

– Bardzo śmieszne – zustami pełnymi chipsów wymamrotała Ulka. – Poza tym ty nie masz babci… Swoją drogą to świetna kuracja odchudzająca. Tracisz apetyt na myśl orodzinie. Mogłybyśmy to opatentować. Patrzysz na tort zbitą śmietaną imigdałami… – rozmarzyła się Ulka – atu nic. Uśmiechasz się iodchodzisz zgodnością…

– Proszę cię… – zaśmiała się Beata. – Jedzmy.

– Jak sobie życzysz, choć uprzedzam, że jeszcze nie skończyłam. Ale ważne, że wreszcie się śmiejesz – cieszyła się Ulka.

– Muszę… Śmiech to moja jedyna obrona przed obłędem. Muszę się zastanowić nad tym wyjazdem – wróciła do tematu.

– Fakt. Ito szybko. Przecież jest jeszcze kwestia urlopu, prezentu… to znaczy jeśli się zdecydujesz – poprawiła się szybko.

– Wiesz, jak wygląda sytuacja – znów nachmurzyła się Beata, ale nie przerwała jedzenia, co było dobrym znakiem, że emocje opadły.

– Wiem tylko to, co mi powiedziałaś, anie było tego wiele – indagowała uparcie Ulka. – Nie mogą być aż tak źli…

– Mogą – zprzekonaniem odparła Beata. – Anawet jeszcze gorsi. Proszę cię, nie rozmawiajmy teraz otym, dobrze?

Ula serdecznie współczuła koleżance, ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała znowu podjąć tematu.

– To, co Ania zrobiła, było podłe, to fakt, ale dwa lata to chyba wystarczająco dużo czasu na…

– Na co? – przerwała jej. – Na przedawnienie? Ona nie ukradła mi szminki ztorebki, tylko przespała się zmoim chłopakiem, zktórym byłam prawie trzy lata!

– Nie mówię, że masz zapomnieć. Ale mogłabyś jej wybaczyć…

– Nie zamierzam – stanowczo oznajmiła Beata. – Przykro mi, jeśli czujesz się rozczarowana, ale widocznie jestem zawzięta ipamiętliwa. Bogu dzięki nie jestem mściwa! Ato, co się stało, to była przysłowiowa kropla…!

– Itak uważam, że powinnaś przyjąć tę gałązkę oliwną… ARobert to był zwykły dupek!

– Może itak, ale mój! Własny, prywatny, anie publiczny. Inie mam żalu do niego, tylko do niej!

– Nie rozumiem – zdziwiła się. – Jemu wybaczyłaś, asiostrze nie?

– Jego mam gdzieś, ale tomoja siostra, namiłość boską! Itu nie chodzi owybaczenie – westchnęła ciężko. – My się wtedy rozstaliśmy. Robert mi się oświadczył, aja się nie zgodziłam. Wściekł się. Powiedział, że albo ślub, albo nic. Więc powiedziałam... nic. De facto nie była to zdrada, inie obchodzą mnie jego pobudki, czy chciał mnie ukarać, czy był zwykłym dupkiem korzystającym zokazji, bo to nie ma dla mnie znaczenia. Ale Anka nie wiedziała ozerwaniu. Chciała mnie zranić… Wbiła mi nóż wplecy zuśmiechem na twarzy, ito nie jest metafora.

– Nie wiedziałam. – Ulka była zbulwersowana. – Ale dlaczego odwróciłaś się od całej rodziny?

– To oni odwrócili się ode mnie. Powiedziała im, że ją napastował. I– podniosła rękę, gdy Ulka chciała jej przerwać – zanim zapytasz, kłamała. Jestem pewna, bo przyłapałam ich na finiszu, że się tak wyrażę. Nie mam, niestety, żadnych wątpliwości, które mogłabym rozstrzygnąć na jej korzyść. Tak to mówicie wy, prawnicy, zgadza się? Jakby tego było mało, rodzice oznajmili, że zawsze miałam plebejskie skłonnościi zadawałam się zhołotą. Nie pozwolą, żebym plugawiła – to cytat – ich dom inie jestem tam mile widziana.

– Beatko, rozumiem, ale to twoja jedyna rodzina. Minęło dużo czasu. Wiele mogło się zmienić…

– T…ak... mojej mamie wyrosły rogi, aojcu ogon. Teraz już nie będę miała wątpliwości co do swojego pochodzenia.

– Boże, jaka ty jesteś złośliwa – westchnęła Ulka. – Ale skoro już otym wspomniałaś, to ten detektyw się odezwał?

– Nie, ale to musi potrwać, minął niecały miesiąc, od kiedy przyjęli zlecenie. Nie oczekuję cudów…

– Wiesz… strata pieniędzy moim zdaniem, gdyby ktoś mnie pytał ozdanie oczywiście, ale nikt nie pyta… zaraz, zaraz… – przerwała swoją przemowę Ulka. – Chyba się zaplątałam… co to ja chciałam… no właśnie, nadal nie wiem, skąd ten pomysł, że nie jesteś ich rodzonym dzieckiem? To, że mieliście konflikty, to jeszcze nic nie znaczy.

– Na potrzeby dyskusji przyjmijmy, że to moje urojenia, dobrze?

– Adlaczego ich po prostu nie zapytasz? Skoro itak jedziesz…

– Świetny pomysł, doprawdy – zauważyła zsarkazmem. – Mamo, tato, gdzie jest bocian, który mnie przyniósł? Mam do niego parę pytań. Inie powiedziałam, że pojadę – zastrzegła. – Nie próbuj na mnie swoich sztuczek.

– Dobrze, dobrze. Poddaję się. Zrobisz, jak będziesz chciała. Ale uważam, że skoro masz wątpliwości, tym bardziej powinnaś jechać, przejrzeć dokumenty rodzinne… – spojrzała wyczekująco.

– Jesteś pewna, że to nie ty skusiłaś Ewę wraju? – uśmiechnęła się Beata.

– Ja? Nigdy! Co najwyżej mogłabym skusić Adama… Askoro mowa omężczyznach… Mój brat zchęcią by ci towarzyszył – wykrzyknęła radośnie. – Chyba nie pojedziesz sama?!

– Wiedziałam. – Beata wstała iwłączyła ekspres. – Znowu to samo! Dlaczego uparłaś się, żeby wyswatać mnie ze swoim bratem?

– Macie podobne poczucie humoru iwogóle. Ładna para by zwas była…

– Ula, kochanie, wierzę, że Jacek jest OK, ale czy nie mogłaby się otym przekonać jakaś miła dziewczyna? Skoro jest taki wspaniały, na pewno będzie miał wzięcie.

– Ty jesteś miła dziewczyna. Przeważnie – poprawiła się. – No dobrze! Czasami jesteś miła, ale Jacek mówi, że dziewczyna powinna być interesująca, bo jak już będzie stara ibrzydka iseks nie będzie ich już kręcił, to byłoby miło, gdyby mieli sobie coś do powiedzenia!

– Skoro Jacek tak mówi. – Beata ztrudem ukryła uśmiech.

– Właśnie tak. Aty jesteś iładna, iinteresująca, inie waż się śmiać zmojego brata, imogę ci pożyczyć sukienkę – jednym tchem wyrzuciła zsiebie Ulka. – Wiesz którą, tę wiśniową, co ci się tak podobała…

– Muszę przyznać, że twoja strategia marketingowa powala mnie na kolana. Minęłaś się zpowołaniem. Powinnaś pracować wreklamie, anie zajmować się prawem autorskim. Dorzuć do tego pantofelki, torebkę iswoich rodziców, ana pewno się dogadamy – przekomarzała się Beata, nalewając kawę do filiżanek.

– Rodziców nie oddam. Ale możemy cię adoptować, chcesz?

– Już mnie adoptowaliście – stwierdziła. – I– dodała zpowagą – to najlepsza rzecz, jaka mnie mogła spotkać… Nie mam nawet kota…

– To akurat kwestia dyskusyjna – ze złośliwym rozbawieniem skwitowała Ulka. – Jedz!

Beata przyglądała się chwilę koleżance. Poznały się na imprezie studenckiej, iod tej pory przyjaźniły. Ulka studiowała prawo, kierunek – jak twierdziła – dla osób bez szczególnych talentów izainteresowań, aBeata ekonomię. Po ukończeniu studiów pięć lat temu wynajęły wspólnie mieszkanie na obrzeżach miasta. Tutaj też przeniosły się wspólnie, zarobki wprawdzie pozwoliłyby im na samodzielne mieszkanie, ale czuły się jak siostry. Beacie dobrze mieszkało się zprzyjaciółką. Zastanawiała się, czy wtajemniczać ją wszczegóły. Dziewczyna pochodziła zdużej rodziny, pełnej ciotek, wujków. Wjej domu wciąż było gwarno iwesoło. Czy mogła zrozumieć, co to znaczy wychowywać się wdomu, wktórym jedyne ciepło można było otrzymać od grzejników elektrycznych? Zdrada siostry istanowisko rodziców tylko ugruntowały przekonanie, że oni po prostu jej nie chcą. Więc skąd to zaproszenie? Beata bała się potraktować je jako przejaw uświadomionej zopóźnieniem miłości. Jej analityczny umysł podejrzewał ukryte motywy, ale na razie nie potrafiła znaleźć żadnego logicznego argumentu na potwierdzenie swoich podejrzeń…

– Masz pozdrowienia – przypomniało się nagle Beacie.

– Od? – Ulka spojrzała na nią pytająco, zadowolona, że Beata przerwała, sądząc po minie, ponure rozmyślania.

– Od swojego stałego absztyfikanta, oczywiście.

– N….ieee… – jęknęła przeciągle Ulka. – Pan Zenek? Uwierzysz, że nie dalej jak trzy dni temu mi się oświadczył?

– Wierzę – roześmiała się Beata. – Dzisiaj ponowił propozycję. Muszę przyznać, że jest dość stały wuczuciach.

– Daj spokój, kocha mnie tylko wtedy, gdy jest pijany.

– On wciąż jest pijany, więc może to gwarancja trwałego uczucia? – ironizowała Beata.

– Śmiej się, śmiej. – Ulka ostrzegawczo podniosła palec. – Ale dzisiaj twoja kolej na sprzątanie. Ja gotowałam.

– Skoro tak twierdzisz. – Włożyła filiżankę do zmywarki. – Przepraszam cię, ale wezmę prysznic idopiero posprzątam, OK?

– OK, ale pamiętaj, że jutro ty gotujesz.

– Iobie powinnyśmy być za to wdzięczne losowi. – Beata uchyliła się zgrabnie przed nadlatującą ścierką.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI