Oddaj albo giń ! - Olga Rudnicka - ebook + audiobook + książka

Oddaj albo giń ! ebook i audiobook

Olga Rudnicka

4,3

Opis

A podobno nie ma nic nudniejszego niż praca w bibliotece! Takie spostrzeżenie pojawiło się w głowie Matyldy Dominiczak, gdy stała nad leżącym w archiwum trupem jednego z czytelników, o którym mogła powiedzieć tylko tyle, że zazwyczaj nie zwracał książek w terminie. Jeszcze tego ranka niewinna bibliotekarka staje się główną podejrzaną w sprawie o zabójstwo.

Matylda nie zwykła pozostawiać w rękach innych osób tego, co da radę zrobić sama. Wbrew przeciwnościom losu, protestom męża, zakazom naczelnika policji i niechęci dyrektora biblioteki postanawia odkryć prawdę, a przynajmniej oczyścić się z zarzutów i podsunąć śledczym innego podejrzanego.

Olga Rudnicka (ur. 1988) - znana autorka powieści sensacyjnych "Natalii 5", "Cichy wielbiciel", "Były sobie świnki trzy" i wielu, wielu innych. Miłośniczka zwierząt, natury i dobrego jedzenia. Kocha jazdę konną i dobrą książkę. Nigdy nie polubi kawy i hipokryzji. Zawsze będzie podążać za swoimi marzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 9 min

Lektor: Mateusz Kwiecień

Popularność




 

Copyright © Olga Rudnicka, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Jake Hegel/Arcangel Images; HomeStudio/Shutterstock.com; Neustockimages/iStock.com

Zdjęcie autorki

© Tatiana Jachyra

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-935-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

Piątek, 12 czerwca 2009 roku

Były tylko dwie rzeczy, które Matylda uwielbiała ślepo, bezwarunkowo i bezinteresownie: jej córka Monika i podglądactwo. Szczyciła się tą pierwszą, do tego drugiego oficjalnie się nie przyznawała.

„Tylko zboczeńcy to robią!” – oświadczyła jej matka, gdy Matylda jeszcze była małą dziewczynką i została przyłapana na podsłuchiwaniu sąsiadów. Obecnie miała świadomość, że dywan może być tylko dywanem i w epoce paneli najzwyczajniej w świecie ląduje w śmietniku, a wściekła żona często po prostu wyjeżdża do matki. Jako dwunastoletnia dziewczynka była przekonana, że mieszka obok Kuby Rozpruwacza i fakt, że ten działał w Anglii w dziewiętnastym wieku, a nie w polskich realiach wczesnych lat dziewięćdziesiątych, nie miał dla niej żadnego znaczenia. Cóż bowiem jak nie ciało żony mógł nieść na ramieniu sąsiad ciemną nocą i ukradkiem wrzucić do kontenera na śmieci?

Mimo nieszczęsnej wpadki z sąsiadem, gdyż nie był on reinkarnacją seryjnego mordercy, Matylda odkryła, że wokół niej krążą fakty, które aż proszą się o poznanie. Ci, którzy nie chcieli być podglądani, montowali rolety i żaluzje. Mogli też mieć coś do ukrycia, więc Matylda z tym większym uporem usiłowała przebić wzrokiem kuloodporne – jak sobie czasami wyobrażała – rolety zewnętrzne. Rolety owe, z początku sporadycznie montowane na osiedlach domków jednorodzinnych, pewnego dnia zagościły i na blokowiskach.

Weźmy taką Nowakową… Pierwszą rzeczą, którą zrobiła po rozwodzie z mężem, było zamontowanie rolet. Na kredyt. Matylda nie widziała w tym racjonalnego uzasadnienia. Wszak jedyny widok, który mógł razić subtelne uczucia świeżej rozwódki, to rosnące w parku drzewa.

Młoda kobieta rozumiała, że nie wszyscy muszą lubić naturę, zieleń i szum drzew, ale robić w mieszkaniu całkowite zaciemnienie? Po co? Czego się obawiała? Zezującej z odległości kilkudziesięciu metrów wiewiórki? Himalaisty wspinającego się ciemną nocą po budynku?

Zdecydowanie podejrzane. Ta sprawa aż się prosiła o zbadanie.

Roman nie wykazywał zrozumienia dla życiowej pasji żony, podobnie nie rozumiał także, jak można się zaczytywać w historiach nieistniejących ludzi, którzy padli trupem na pierwszej stronie książki, i godzinami opowiadać o fikcyjnym detektywie, fascynującym Matyldę swymi umiejętnościami dedukcji. Tym bardziej nie mógł zrozumieć, że jego żona znalazła się na życiowym zakręcie, a służąca jako zakładka ulotka, którą jeden z czytelników oddał do biblioteki wraz z książką, natchnęła młodą bibliotekarkę do życiowych przemyśleń.

Na razie jednak musiała się zająć sprawami administracyjnymi, zleconymi jej przez dyrektora biblioteki. Mariusz Pawlicki, wyjątkowa menda, awansował jedynie dzięki znajomościom, o czym mówił otwarcie i bez cienia żenady, pusząc się i chwaląc koneksjami swojej małżonki.

Matyldy serdecznie nie znosił, czego zresztą nie krył, i patrzył na nią z odrazą, gdy jego podwładna stawała przed nim z kolejnym pomysłem lub projektem. Zgłaszane przez nią uwagi przyjmował z miną stanowiącą pomieszanie wstrętu i złości. Były dni, gdy czuła, jak jej szef w wyobraźni podnosi coś ciężkiego i upuszcza na jej głowę. Robi to raz za razem, przez długą chwilę, aż w końcu bezgłowe ciało Matyldy osuwało się na dywanik w kratkę, pasujący do wystroju gabinetu jak pięść do nosa, ale o gustach się nie dyskutuje. Dyrektor miał jakieś czterdzieści lat i zamiast krawata nosił muszkę! Muszkę! Na litość boską, kto na co dzień nosi muszkę do dżinsowych spodni i koszuli w kratkę?!

Ona sama właśnie przekroczyła trzydziestkę i teoretycznie zrealizowała życiowy plan przeciętnej Polki. Skończyła studia, wyszła za mąż, urodziła dziecko – mniej więcej w takiej kolejności.

Tak dokładnie to wyszła za mąż zaraz po skończeniu ogólniaka, chociaż z perspektywy czasu nie mogła sobie przypomnieć dlaczego. Córka urodziła się po ślubie, zatem nie można było mówić o sytuacji przymusowej, która zresztą współcześnie nie stanowiła już wystarczającego powodu do ślubu, ale kilkanaście lat temu jak najbardziej.

Małżonek był przeciwieństwem Matyldy pod każdym możliwym względem, co wówczas bardzo ją pociągało. Jego sposób bycia, który kiedyś brała za powagę i swo­istą filozofię życiową, z biegiem czasu zaczęła postrzegać jako flegmatyzm. Działał jej na nerwy do tego stopnia, że czasami sama się sobie dziwiła, budząc się obok niego każdego ranka i odkrywając, że nie udusiła go poduszką, gdy zasnął.

Powolne ruchy Romana, kiedy ten zmywał naczynia, doprowadzały ją do takiego szału, że miała ochotę wyrwać mu talerz z ręki i cisnąć nim o podłogę. Nie robiła tego z obawy, że małżonek najpierw długo i dokładnie będzie sprzątał okruchy; następnie wyciągnie zmiotkę ze schowka i odsunąwszy wszystko, co tylko nie zostało przymocowane, zacznie zamiatać podłogę, po czym umyje ją i na samym końcu – z lupą w ręku – sprawdzi jeszcze raz wszystkie zakamarki.

Gdy ostatnim razem uprawiali seks – czyli jakiś rok temu – skończyło się na grze wstępnej, ponieważ Roman tak długo walczył z prezerwatywą, że Matylda straciła zapał. Kiedy kilka dni temu usiłowała namówić go na małe co nieco, czyli szybki numerek tuż przed pracą, mąż spojrzał na zegarek, potem na nią i znów na zegarek. W tym czasie Matylda szybko dotknęła biustu, ale mimo karmienia piersią był jędrny i na miejscu, zatem nie w tym tkwił problem.

Za to dziecko miała absolutnie idealne i wyjątkowo przemądrzałe. Monika wygłaszała poglądy absolutnie nielicujące z jej wiekiem i uważnie obserwowała otoczenie, wysuwając własne wnioski. Na szczęście w końcu nauczyła się nie ujawniać ich głośno wszem wobec, ku głębokiej wdzięczności Matyldy, która obawiała się, że jej ciągłe zażenowanie zostanie utrwalone dożywotnio na twarzy w postaci rumieńca charakterystycznego dla notorycznego alkoholika.

Miała trzydzieści lat – no dobra, trzydzieści dwa, ale dwa lata zajęło jej pogodzenie się z faktem, że mniej ich już nie będzie – i głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że z jej życiem jest coś nie tak. Czegoś w nim brakuje. Ulotka, od tygodnia noszona w torebce, rozpaliła w sercu Matyldy żar, którego młoda kobieta nie czuła od lat.

– Jak ci stuknęła trzydziestka, poczułaś, że czas zmienić swoje życie? – zapytała Hankę, która przy biurku obok podklejała właśnie Zbrodnię i karę, wykorzystaną przez czytelnika w sposób niegodny tak wielkiego dzieła.

– Nie sądzisz, że użalanie się czterdziestolatce, że skończyło się trzydzieści lat, jest przynajmniej nie na miejscu? – odpowiedziała pytaniem na pytanie koleżanka, nie podnosząc wzroku znad Dostojewskiego.

– Nie miałaś poczucia, że czegoś w nim brak? – dociekała Matylda.

– Wtedy nie. Jakieś pięć lat później tak.

– A czego było brak?

– Kochanka.

Hanka zaczytywała się w kieszonkowych powieścidłach. Twierdziła, że uratowały jej małżeństwo. To była jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy Matylda nie chciała znać szczegółów, prozaicznych, nudnych i wałkowanych na okrągło. Jeśli się ma męża idiotę, jak nazywała swojego Hanka, to wielokrotne powtarzanie owej opinii każdego dnia nie sprawi, że małżonkowi nagle przybędzie szarych komórek.

– Nie wspominałaś, że miałaś romans… – bąknęła więc niepewnie.

Jak mogło jej to umknąć?! Gdzie? Kiedy? Z kim?!

– Bo nie miałam.

– Ale powiedziałaś, że…

– Brakowało mi kochanka. Co nie znaczy, że go sobie znalazłam.

Matylda w milczeniu przetrawiała słowa koleżanki. Dojść do właściwych wniosków to jedno, a wprowadzić je w czyn to drugie, uznała. Tę sytuację akurat rozumiała doskonale. Jej też brakowało seksu, ale nie na tyle, by szukać kogoś na boku.

– A wracając do tej trzydziestki… Może poczułaś, że czegoś w twoim życiu jest za dużo? No wiesz… Jakiś taki natłok... Natłok… Sama nie wiem czego. – Nie potrafiła sprecyzować swoich odczuć. – Po prostu czegoś?

– Wtedy nie. Jakieś dziesięć lat później tak.

Hanka odłożyła sklejoną książkę na stertę naprawionych po prawej stronie biurka i sięgnęła po kolejną, znajdującą się z jej lewej. Zdaje się, że to również była lektura szkolna.

– A czego?

– Kochanka – odparła krótko, krzywiąc się z niesmakiem na widok tłustych plam. Uniosła książkę do nosa i powąchała.

– Smalec. Fuj! – Książka z hukiem wylądowała obok biurka.

– Nie rozumiem… – wyznała Matylda, marszcząc nos, tak jakby to ona sama zaciągnęła się zapachem zjełczałego smalcu wtartego w papier. – Powiedziałaś, że nie miałaś…

– Bo nie miałam, ale po czterdziestce odkryłam, że potrzebuję jakiegoś hobby, żeby odetchnąć od dzieci i męża, a nie kolejnego faceta. Jednego nie mogę się pozbyć, bo mamy trójkę dzieci, które trzeba utrzymać, po co więc szukać następnego? Mało jest roboty na co dzień? Znowu musiałabym zacząć golić nogi i pachy? Teraz kobiety depilują też bikini. Sama wiesz gdzie… Mojemu staremu bez różnicy, ale nowy facet może mieć jakieś oczekiwania.

– Hm…

Matylda wolała nie wnikać w życie depilacyjno-erotyczne Hanki. Pewnych rzeczy warto nie wiedzieć. Co do hobby, koleżanka mogła mieć rację. Człowiek musi sobie znaleźć coś wyłącznie dla siebie, a nie tylko praca, dom, praca, dom i mąż.

Matylda znalazła sobie hobby. Nie miała seksu, ale miała hobby. Nie musiała odpoczywać od swojego dziecka. Lubiła je. Kochała je tak, jak rodzice kochają swoje dzieci, a przynajmniej większość, ale w przeciwieństwie do wielu z nich lubiła też swoją córkę jako osobę. Monika kipiała energią, miała sporo ciekawych pomysłów, była bystrą dziewczynką, która nie obawiała się mówić, co myśli, i zadawać pytań. Szkoła jakoś tego nie pochwalała. Szkoła kochała małych Romanów. Może moja trzydziestka jest znacznie lepsza, niż była trzydziestka Hanki?, pomyślała. Czy dziesięć lat różnicy między nami można uznać za przestrzeń pokoleniową? Świat zmieniał się tak szybko, a ulotka, którą znalazła…

– Pani Matyldo! – huknął Pawlicki, rzucając teczką o jej biurko.

Podskoczyła nerwowo. Zbyt zaaferowana nieuchronnym przyjściem starości, która wyciągała ku niej swoje szpony, nie usłyszała zbliżających się kroków dyrektora.

– Oddaj albo giń?! Co to ma być?!

– Projekt zachęcający do oddawania książek w terminie. Wszystko dokładnie opisałam w moim autorskim projekcie…

– Oszalała pani?! Chce pani grozić czytelnikom?!

– W niektórych przypadkach byłoby to wskazane i efektywne, ale nie, panie dyrektorze, nie to było moim zamiarem. Chciałam w żartobliwy sposób zwrócić uwagę…

– To ostatnie się pani udało! Zwróciła pani uwagę! Moją!

– To niekoniecznie było moim zamiarem, chociaż właściwie powinno.

– Kpi sobie pani ze mnie?!

– Nigdy bym się nie ośmieliła, panie dyrektorze! Przenigdy! – zapewniła, otwierając niebieskie oczy tak szeroko, jak tylko potrafiła, w nadziei, że będzie przy tym wyglądać na tak przerażoną, jak tylko władza dyrektorska sobie życzy, by poczuć się usatysfakcjonowaną.

– Pani Olejniczak… – wycedził przez zęby tak zaciśnięte, że artykułowanie rozpoznawalnych przez ludzkie ucho dźwięków zakrawało niemalże na cud. – Pani Olejniczak – powtórzył z wyraźną groźbą w głosie.

– Dominiczak, panie dyrektorze – poprawiła go drżącym głosem, wciskając się przy tym w krzesło, by wyglądać na odpowiednio małą i przestraszoną.

– Pani Dominiczak – powtórzył jej nazwisko, jakby chciał dokładnie wryć je sobie w pamięć – jeśli jeszcze raz w godzinach pracy będzie pani się zajmować głupotami, zabiorę pani premię. Rozumie pani?

– Tak, panie dyrektorze, ale chciałabym na swoje usprawiedliwienie powiedzieć, że…

– Tak? Co pani chciała powiedzieć?! – zapytał takim tonem, że Matylda błyskawicznie dokonała cenzury cisnących się na usta słów.

Nie dostaję premii, zamierzała powiedzieć, jednak zamiast tego wyrecytowała tylko tonem posłusznej uczennicy:

– Zajmowałam się tym projektem po pracy. Nasi czytelnicy…

– Mam to w dupie, pani Matyldo. Tak samo jak czytelników – poinformował ją Pawlicki tonem dla odmiany uprzejmym, lecz nie wyglądał przy tym na mniej wściek­łego.

Instynkt samozachowawczy nie pozwolił jej na zamanifestowanie zdziwienia wielkością odbytu dyrekcji. Coś z tych przemyśleń musiało jednak odbić się na jej twarzy, gdyż przełożony spojrzał na nią podejrzliwie. Matylda przybrała jeszcze bardziej niewinną minę, mając wrażenie, że cofa się do lat swojego dzieciństwa, gdy babcia groźnym tonem pytała, kto wyjadł całą kruszonkę z ciasta.

– Rozumie pani, co do niej mówię? – zapytał tylko.

– Żadnych projektów. Żadnych premii.

– Mam panią na oku. Jedna wpadka i pożegna się pani z pracą. Jeżeli w związku z tym pani projekcikiem choć jedna osoba złoży skargę, zwolnię panią. I to dyscyplinarnie. Rozumiemy się?

– Rozumiemy – potwierdziła.

– Doskonale. – Poprawił idealnie zawiązaną muszkę i wyszedł równie bezszelestnie, jak się pojawił.

– To był dobry pomysł – powiedziała, pocieszając ją, Hanka, gdy zostały same.

– Wydrukowałam już takie małe zakładki do książek – wyznała zrozpaczonym tonem Matylda.

– Wyrzuć je, nim zobaczy i wyrzuci ciebie.

– Zdążyłam włożyć do kilku książek – wyznała.

– Wyciągnij.

– Nie mogę. Włożyłam je do książek tego padalca, który używa ich jako podkładki pod drzwi i zawsze oddaje po terminie.

– Tego od paprykarza?

– Właśnie tego.

Koleżanka doskonale skojarzyła książkowego złoczyńcę. Wszystkie książki, które oddawał, cuchnęły paprykarzem. Ktoś powinien mu powiedzieć, że nie je się palcami. A on sam cuchnął zjełczałym potem. Matylda miała ochotę powiedzieć mu, że dres się pierze, a nie tylko nosi.

– Oszalałaś – oświadczyła ze zgrozą Hanna.

– Najwyraźniej – przyznała Matylda. – Mam przerąbane.

– I co teraz zrobisz?

– Muszę je odzyskać.

– Jak?

– Pójdę do niego i zażądam zwrotu.

Tak, to jedyne wyjście. Paprykarzowy złoczyńca może nie mieć poczucia humoru i naskarżyć na nią bibliotecznemu tyranowi w osobie Pawlickiego, który pęknie z satysfakcji, mogąc jej wręczyć wypowiedzenie. Tylko czy to naprawdę byłoby takie złe?, przemknęło przez głowę Matyldzie, a jej myśli znów skierowały się ku ulotce.

– Adres przecież mam.

Z trudem powstrzymała cisnący się na usta uśmiech. Zmiana nastroju zaskoczyła ją do tego stopnia, że myślami cofnęła się w czasie do ostatniego okresu. Kilka dni przed trochę ją roznosiło. Syndrom napięcia przedmiesiączkowego. Fachowa nazwa nieźle brzmiała. Jak diagnoza lekarska.

Czekała ją prawdziwa akcja w terenie. Może to znak? Miała misję do wypełnienia i nie było to uczenie przedszkolaków szacunku do książek! Chodziło o prawdziwą misję! Rozpracuje książkowego bandytę! Pieprzyć Pawlickiego!

Nie dosłownie, rzecz jasna. Matylda wzdrygnęła się ze wstrętem. Nieważne, że facet wizualnie był całkiem interesujący, ale ta muszka!? Na litość boską, znała tylko jednego człowieka noszącego muszkę, był to jej dawny profesor, piernik tak stary, że lukier z niego spadał, gdy szedł!

Postanowienie dożywotnie, zadecydowała w ułamku sekundy. Nigdy nie uprawiać seksu z facetem w muszce. Nigdy!

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI