Dwie lewe ręce - Olga Rudnicka - ebook + audiobook + książka

Dwie lewe ręce ebook i audiobook

Olga Rudnicka

4,5

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Matylda ma dość pracy u Salomei Gwint. Odchodzi z agencji i rozpoczyna działalność na własny rachunek. Pierwsze zlecenie wydaje się proste. Ma odnaleźć eksmęża klientki.

Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że jej klientką została Salomea Gwint. Matylda jest pewna, że sprawa ma drugie dno, nie przypuszcza jednak, że była szefowa wepchnie ją pod rozpędzony pociąg. Ale, jak od dawna wiadomo, pieniądze nie śmierdzą…

Kolejna opowieść o losach eksbibliotekarki, obecnie przyciągającej wszelkie komplikacje prywatnej detektyw Matyldy Dominiczak.

Olga Rudnicka (ur. 1988) - znana autorka powieści sensacyjnych "Natalii 5", "Cichy wielbiciel", "Były sobie świnki trzy" i wielu, wielu innych. Miłośniczka zwierząt, natury i dobrego jedzenia. Kocha jazdę konną i dobrą książkę. Nigdy nie polubi kawy i hipokryzji. Zawsze będzie podążać za swoimi marzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 52 min

Lektor: Mateusz Kwiecień

Oceny
4,5 (392 oceny)
235
114
33
9
1
Sortuj według:
Kotelina1149

Nie oderwiesz się od lektury

Nie tak zabawna jak 1.część,ale równie interesująca.
00
doctus

Dobrze spędzony czas

Każda kolejna książka Olgi Rudnickiej jest coraz lepsza, humor, akcja, postaci. Lektor pan Kwiecień jest fenomenalny. Polecam audiobook
00
DanutaJagoda

Całkiem niezła

rozkręca się dopiero po połowie
00
Grazkak2206

Dobrze spędzony czas

Choć banalna fabuła to książka świetna na poprawę nastroju. Brawa dla autorki za ogromne poczucie humoru. Dodatkowym atutem audiobooka jest doskonały lektor.
00
AgnieszkaMrozek

Całkiem niezła

Ja potrzebuje następnej części 🫣
00

Popularność




Copyright © Olga Rudnicka, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© PhotoMelon/iStockphoto;

urfinguss/iStockphoto;

Mizina/iStockphoto

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-450-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

16 maja 2011 roku, poniedziałek

Największe osiągnięcie diabła to przekonanie ludzi, że nie istnieje, pomyślała Matylda, patrząc z niechęcią na byłą szefową, której miała szczęście nie oglądać od wielu miesięcy. Dobra passa jednak się skończyła. Salomea Gwint siedziała w jej gabinecie i z nieskrywaną dezaprobatą rozglądała się po ścianach lokalu, który Matylda dopiero zamierzała przekształcić w biuro z prawdziwego zdarzenia.

Lokal udało się wynająć bardzo tanio, co, zważywszy na jego stan, nie wydawało się szczególnym sukcesem. Sukcesem było to, że ubiegła innych chętnych, bo tych znalazło się mnóstwo.

Zdecydowany walor poza ceną stanowiła lokalizacja. Kamienica znajdowała się w centrum miasta wśród innych biurowców, firm, banków oraz kilku podziemnych i naziemnych parkingów, gdzie ewentualni klienci mieli możność pozostawienia samochodu. Poza tym do lokalu przypisane było miejsce parkingowe, co przeważyło szalę na korzyść zaniedbanego, proszącego się o generalny remont biura, a właściwie mieszkania, które straciło swój status na rzecz lokalu użytkowego.

Wyblakła farba na ścianach nie wyglądała tak źle jak stare, rozjeżdżające się panele. Większym problemem wydawały się zdobienia na ścianach, zwane barankiem czy też kornikiem, Matylda nie była pewna, poza tym, że taki wzór powinien znajdować się na elewacji zewnętrznej, a nie wewnątrz budynku. Zdobienia te przypominały kopce termitów. Poprzedni właściciel miał fantazję.

Albo urojenia, szepnął drwiąco jej wewnętrzny głosik. I nie jest to żaden baranek ani kornik, tylko termit.

Nie ma takiego wzoru, zaprzeczyła w myślach Matylda.

Czyżby? – Głos również powątpiewał.

– Te ściany wyglądają, jakby wpadło tu stado dzięciołów – odezwała się Salomea, odrywając w końcu wzrok od ściany.

– Wynajęłam lokal zaledwie kilka dni temu. Nie opracowałam jeszcze planu remontu – odpowiedziała Matylda obronnym tonem, za który niezwłocznie zbeształa się w myślach.

Mamo, jestem już całkiem duuuzzza, drwiący głosik naśladował małą dziewczynkę z wadą wymowy.

– Dobra lokalizacja – pochwaliła Salomea.

– Dziękuję – odparła lakonicznie, po czym nie siląc się na uprzejmość, przeszła do rzeczy: – O co chodzi?

Jej eksszefowa z piekła rodem obrzuciła ją ponurym spojrzeniem, ale przywołała na twarz uśmiech, od którego Matyldzie przeszły ciarki po plecach. Tak mógł się uśmiechać rekin tuż przed pożarciem małego Nemo albo szykujący się do ataku Kuba Rozpruwacz.

– Też kiedyś zaczynałam. Jestem pewna, że osiągnie pani sukces. Ludzie ciągną do pani jak muchy do miodu – powiedziała jakby z przymusem jej rozmówczyni.

Matylda doskonale wiedziała, do czego pije Salomea. Nie chciała nikogo nikomu podbierać. Klienci sami się zgłaszali, a ona nie miała ochoty odmawiać świadczenia usług, zwłaszcza tych legalnych. Pani prezes lubiła działać na pograniczu prawa, a nawet czasami zdarzało jej się przeskoczyć na mroczną stronę, a Matylda nie zamierzała nigdy więcej tego robić. Zrobiła to raz i czuła się, jakby wpadła do króliczej nory.

Dobre słowo w ustach Salomei Gwint należało do rzadkości. Do tego miały ze sobą na pieńku, gdyż Matylda, rzucając pracę, zabrała dwie firmy, które regularnie podrzucały zlecenia na sprawdzanie nowych klientów, nim dały im towar na przysłowiową krechę. Firmy wydmuszki, naciągające przedsiębiorców, w ostatnim czasie mnożyły się jak grzyby po deszczu, więc usługa detektywistyczna była tańsza niż nieopłacona faktura na kilkadziesiąt tysięcy złotych albo i więcej. Do tego Matylda odeszła w okolicznościach, za które szefowa powinna odpowiadać karnie, więc nic dziwnego, że detektyw Dominiczak teraz wietrzyła podstęp. Potwierdzał to drapieżny uśmiech, który szedł w parze ze zgryźliwym tonem pani prezes. Na pewno coś kombinowała. Wepchnie ją pod metaforyczny pociąg albo wysadzi minę, na którą sama wcześniej ją naprowadzi.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się nieszczerze.

– Naprawdę tak uważam.

Na pewno, pomyślała z przekąsem Matylda.

– Dobrze pani wygląda – zwróciła się do byłej pracodawczyni, podejmując grę czy cokolwiek robiła Salomea.

Tamta najwyraźniej nie była gotowa, by powiedzieć, w czym rzecz, więc równie dobrze można pociągnąć rozmowę, aż eksszefowa wreszcie powie, pod jaki pociąg zamierza ją wepchnąć – pospieszny, ekspres czy intercity, bo zwykłą ciuchcią by się nie zadowoliła.

Pani prezes wyglądała znacznie lepiej niż kilka miesięcy temu, gdy widziały się po raz ostatni. Włosy jej odrosły, a twarz wyglądała naturalnie, pozbawiona nadmiaru pudrów i fluidów, nakładanych przez Salomeę całymi warstwami. Zniknęły też skutki nieudanego makijażu permanentnego, który rozmnożył brwi szefowej ze sztuk dwóch, jak u większości ludzi, do sztuk czterech, do tego układających się w dziwaczne łuki, jakby ich właścicielka żyła w stanie wiecznego zdziwienia. Salomea Gwint miała teraz tylko jedną parę brwi, pozbyła się wąsika à la Rhett Butler spod nosa, a włosy, dawniej w kolorze ugotowanej marchewki, zyskały teraz subtelny, platynowy odcień. Wyglądała na zadbaną pięćdziesięciolatkę plus, którą była.

– Medycyna estetyczna – wyjaśniła z grymasem na twarzy. – Laser pomógł, ale włosy musiałam ściąć na zapałkę.

Przed nieudanym eksperymentem z marchewką Salomea Gwint na ogół miała wiecznie natapirowane tlenione blond siano na głowie i makijaż rodem z PRL. Teraz, z jasnymi, krótko ściętymi włosami i delikatnie umalowaną twarzą, wyglądała znacznie młodziej.

Chyba przestała też popijać, bo nie jest już taka spuchnięta, zauważył z wahaniem głosik w głowie Matyldy.

– Próbowałam odbarwić, ale efekt był taki, że włosy wypadły – przyznała eksszefowa z zażenowaniem. – Plus tego jest taki, że bardzo mi wygodnie z krótkimi. Polecam. – Spojrzała z niesmakiem na przylizane i lekko przetłuszczone włosy Matyldy, która nie dała po sobie poznać, że poczuła się zakłopotana. Z niczym nie mogła zdążyć, a zaplanowane na dziś rano mycie włosów odsunęło się w czasie do… przynajmniej wieczora.

Skoro wymieniłyście uprzejmości, to może czas przejść do rzeczy, zaproponował głos. Skrytykowała biuro, włosy, został jej jeszcze twój tyłek. Nie ma na co czekać.

Włosy przy tyłku to pryszcz, zgodziła się ze sobą Matylda. Potem może być już tylko gorzej.

– Co panią do mnie sprowadza, pani Gwint? – zapytała z profesjonalną uprzejmością, z którą zwykła zwracać się do klientów.

Nie musieli wiedzieć, że rozmawia sama ze sobą, gubi się w domysłach i czasami nie jest pewna, jaki mamy dzień tygodnia. Grunt to zrobić dobre wrażenie.

Jeśli sądzi, że wrócę, to odbarwianie wniknęło głębiej niż w cebulki włosowe, zakpiła w duchu.

– Mam sprawę. Prywatną – obwieściła dramatycznym tonem Salomea.

Uważaj, bo zaraz wyciągnie chusteczkę i zacznie ronić krokodyle łzy, ironizował głosik.

– Rozumiem – powiedziała z wyuczonym współczuciem, którego oczekiwali klienci.

Czyli nie chce, żebym wróciła. Nie powinnam czuć się urażona, ale jakoś tak mi dziwnie. Miło by było poczuć się docenioną.

Chce cię wynająć. Większego komplementu nie mogłabyś dostać.

No, nie wiem, wahała się przed przyznaniem sobie racji. Raczej znów chce mnie wepchnąć w coś śmierdzącego.

– Muszę kogoś znaleźć i chciałabym panią wynająć.

– Nie może pani zlecić tego komuś z pracowników? – zdziwiła się Matylda.

– Jak mówiłam, to sprawa prywatna. I do tego dość krępująca. Mam do pani zaufanie.

Mina byłej pracownicy musiała wyrażać przynajmniej sceptycyzm, gdyż Salomea powiedziała to ostro, najwyraźniej oburzona brakiem wiary w jej słowa.

– Do kogoś muszę, a sama się tym nie zajmę, bo nie mogę.

Matylda odchyliła się w fotelu do tyłu i z namysłem przyglądała pani prezes.

Tamta na pewno coś knuła.

Zemsta?

Po roku?

Ledwo sześć miesięcy minęło.

Nie czekałaby jednego dnia, by mi dowalić, a tym bardziej roku, uznała Matylda.

Sześciu miesięcy, poprawiła ją podświadomość.

– Bierze pani czy nie?

– Kto zaginął? – spytała bardziej z ciekawości niż chęci wzięcia sprawy.

– Nikt nie zaginął.

– Powiedziała pani, że chce kogoś znaleźć.

– Zaginięcie bym zgłosiła. Muszę znaleźć kogoś, z kim jakiś czas temu straciłam kontakt. Chcę wiedzieć, co robi, a tak dokładnie to z kim jest i co z tym kimś robi. I potrzebuję mieć to udokumentowane.

– Aha… A ten ktoś to kto?

– Mój mąż – oświadczyła bez ogródek jej niedawna pracodawczyni.

– Zgubiła pani męża?

– Nie zgubiłam, tylko zostawiłam, a potem gdzieś się zawieruszył. Bierze pani tę robotę czy nie?

Mimo agresywnego tonu wyglądała na zdenerwowaną i nieszczęśliwą.

Nie daj się nabrać. To cwane babsko. Może udawać.

– O którego męża chodzi? – Matylda nie wiedziała, ilu dokładnie małżonków miała Salomea, a plotki krążące po firmie mogły doprowadzić do cudownego rozmnożenia. Sama doliczyła się przynajmniej trzech, a podobno zdarzyło się ich co najmniej sześciu.

– O poprzedniego.

– Czyli byłego?

– Niezupełnie. Jesteśmy tak jakby… w separacji.

– Czyli nie chodzi o poprzedniego męża, tylko o aktualnego?

– Aktualny mąż nie jest mężem, a ja potrzebuję poprzedniego męża, żeby wyjść za mąż za obecnego męża.

– Czyli chodzi o rozwód z mężem, by móc poślubić aktualnego… – zawahała się, nie wiedząc, jak ładnie nazwać kochanka szefowej. Konkubent? Absztyfikant? – Partnera? – dokończyła nieporadnie.

– Pani i ta pani drobnomieszczańska naiwność! – prychnęła wzgardliwie Salomea Gwint. – Niech pani w końcu dorośnie. Większość ludzi to robi.

– Przypominam, że to pani przyszła do mnie, a ja jeszcze nie podjęłam decyzji, czy przyjmę jakiekolwiek zlecenie od pani. Jak dotąd nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym pani pomóc. Jestem pewna, że z pani znajomościami w policji nie potrzebuje pani moich usług, by znaleźć męża, czy to aktualnego, czy poprzedniego, a może nawet przyszłego, więc o co właściwie chodzi?

Sprawa na pewno miała drugie dno. A równie dobrze trzecie i czwarte. Z tą kobietą nigdy nie wiadomo, co knuje za drzwiami gabinetu. Matylda za dobrze znała eksszefową, by uwierzyć w powód, który ta jej podała. Może i chciała się rozwieść, by ponownie wyjść za mąż, ale z pewnością nie jest to jedyna przyczyna zlecenia. Pewnie chce mieć haka na prawie byłego męża, by go przygwoździć i ogołocić, z czego tylko się da. Do tego nie zamierzała przykładać ręki. Facetowi należało się odszkodowanie za sam fakt bycia mężem Salomei Gwint.

– Pani Matyldo, znamy się nie od dziś. Mogę być miła, ale obie wiemy, że nie jestem i nie zamierzam, bo niby po co? Jestem suką i nie zamierzam tego zmieniać. Sądziłam, że ceni pani szczerość.

– Uprzejmość również – zauważyła rozbawiona wbrew sobie Matylda.

– Jeśli przyjmie pani zlecenie, postaram się być… hm… uprzejma. O tyle, o ile to możliwe.

Matylda miała wrażenie, że wypowiadając te słowa, jej była pracodawczyni omal się nie zadławiła, ale doceniła, że ta kobieta nie żywi co do siebie złudzeń. Niemniej nie powinna przyjmować od niej żadnej sprawy.

A pieniądze? Potrzebujemy pieniędzy! – zdenerwowała się podświadomość.

– Pani Salomeo, będzie lepiej dla nas obu, jeśli odmówię. – Matylda zignorowała wewnętrzny głos.

– Dlaczego?

– Nie widzę możliwości współpracy.

– Nie chcę z panią współpracować, tylko panią wynająć. Nie będę się wtrącać w pani metody, bylebym mogła liczyć na poufność i wykonanie zadania. Mogę zapłacić z góry, jeśli sobie pani życzy.

– Nie mogę wziąć pieniędzy z góry. Z reguły przyjmuję tylko zaliczkę.

– Jednak czegoś się pani u mnie nauczyła – stwierdziła z zadowoleniem tamta. – Zapłacę pani tygodniówkę plus przewidywane koszty i tak za każdy kolejny tydzień. To dobra propozycja, a pani lokal to ruina.

– Nie mogę…

– Oczywiście, że pani może. Potrzebuje pani tego zlecenia.

To akurat prawda, przyznał głos, a z reguły wyzłośliwiający się głosik również poparł go niechętnie, chociaż żaden z nich nie wydzierał się, że chcą pieniędzy.

– Nie da się ukryć, że wszyscy troje jesteśmy co do tego zgodni, niemniej…

– Jacy troje? – przerwała jej wzburzona Salomea. – Ktoś słucha naszej rozmowy?!

– Oczywiście, że nie! – zaprzeczyła z zażenowaniem Matylda, zdając sobie sprawę, że zamiast odpowiedzieć swojej podświadomości mentalnie, zrobiła to werbalnie.

Ty idiotko! – zbeształa się w myślach.

– To skąd „nas troje”, jak jest nas dwoje? A właściwie dwie? – dociekała zgryźliwym tonem Salomea, bynajmniej nieprzekonana.

Zarumieniona twarz byłej podwładnej wyglądała podejrzanie.

– Myślałam o czymś innym, a właściwie o kimś innym – skłamała Matylda. – Ale to bez znaczenia, bo… – Nie zamierzam przyjąć tego zlecenia, chciała powiedzieć, choć oferta Salomei była kusząca. – Bo nie mogę podjąć decyzji bez bardziej szczegółowych informacji.

– Jak bardzo szczegółowych? – spytała nieufnie Salomea.

– No cóż… – zakłopotała się.

Jak miała powiedzieć tej kobiecie, że uważa ją za łasą na pieniądze krętaczkę, która utopiłaby niemowlę w łyżce wody, gdyby pomogło jej to wspiąć się o szczebel wyżej na wyimaginowanej drabinie sukcesu czy co tam nakręcało Salomeę do działania. Samo przyjęcie zlecenia i donoszenie na tego biedaka byłoby niemoralne.

Matylda nie miałaby oporów, gdyby chodziło o innego męża z inną żoną, ale w tym wypadku ktoś na pewno będzie pokrzywdzony, niewykluczone, że ona sama także. Tylko że elektryka do zrobienia, ściany do zrobienia, podłogi do zrobienia, meble do kupienia, o sprzęcie prawdziwego detektywa nie wspominając…

Czy mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie? Przez ostatnie kilka miesięcy łapała fuchy z dwóch innych agencji detektywistycznych, miała dwóch stałych klientów i nie wydała jeszcze pieniędzy od niejakiego Wujka, od którego należało trzymać się jeszcze dalej niż od Salomei.

Wujek bez wahania kazałby Matyldzie wykopać w lesie dół, w którym pochowałby ją żywcem. Salomea może i miałaby na to ochotę, ale tak daleko raczej by się nie posunęła. I zawsze może odmówić albo wycofać się ze zlecenia, gdyby odkryła, że tamta pakuje ją w coś nielegalnego.

– Bardzo szczegółowych – oświadczyła w końcu zdecydowanie. – Mam wątpliwości co do motywów pani działań i nie zamierzam przekraczać granic.

– Jakich? Prawnych?

– Też – odparła enigmatycznie.

– Na litość boską, pani Matyldo, ta pani drobnomieszczańska mentalność doprowadza mnie do szału. Jak z takim nastawieniem do życia może pani być ateistką?!

– Nie mieszajmy religii do kwestii moralnych, bo historia pokazuje, że to nie zawsze szło w parze – ucięła stanowczo Matylda. – W swojej pracy mogę mieć zasady i światopogląd, również taki, który nie odpowiada klientom, ale oni nie zatrudniają mnie z powodu moich poglądów, tylko umiejętności.

Tych klientów aż tak dużo nie było, zwłaszcza własnych, ale tego jej rozmówczyni nie musiała wiedzieć.

Salomea zacisnęła gniewnie usta, bruzdy na jej twarzy się pogłębiły. Wyglądała teraz na swoje pięćdziesiąt kilka lat, a może i więcej. Jej wiek, tak samo jak liczba mężów, owiany był ponurą tajemnicą. Mareczek podejrzewał, że mogła być krewną Draculi, a Tobiasz wręcz był o tym przekonany.

– Zamierzam ponownie wyjść za mąż, a nie mogę tego zrobić, dopóki się nie rozwiodę. Mój mąż nie da mi rozwodu, zwłaszcza gdy się dowie, że zamierzam ponownie wziąć ślub. Jestem przekonana, że będzie utrudniał postępowanie, ile się da i jak się da, i najzwyczajniej w świecie chcę mieć na niego haka. Dlatego muszę wiedzieć, co i z kim robi, może ma jakąś partnerkę i wtedy problem sam się rozwiąże, może jakieś lewe dziecko mu się trafiło albo może przejechał kogoś samochodem, a ciało ukrył w lesie. Nie wiem i mam to w dupie, co zrobił i komu, byle znalazła pani coś, co mi pomoże przy rozwodzie. Czy taka szczegółowość pani wystarczy?! – wybuchnęła gniewem.

– Na początek – odpowiedziała spokojnie Matylda, uzmysławiając sobie, że wrzaski byłej pracodawczyni nie robią już na niej wrażenia.

Salomea nie może już jej grozić, że wywali ją na zbity pysk.

Przyszła koza do woza, zakpił głosik.

– Kiedy pani widziała męża po raz ostatni?

– Kiedy co?

Zadane spokojnym tonem pytanie zbiło jej rozmówczynię z pantałyku.

– Kiedy widziała pani męża po raz ostatni? – Matylda powtórzyła pytanie, wyciągając notes.

– Jakieś… czy ja wiem… kilka lat temu?

– Kilka to znaczy ile?

– Ehm… – zawahała się, a Matylda po raz pierwszy ujrzała na twarzy prezes Gwint niepewność. – Piętnaście…

– Ile?!

– Piętnaście… mniej więcej… – Tamta wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się zdawkowo. – Kto by tam dokładnie liczył… Nasze drogi rozeszły się, więc co to ma za znaczenie, kiedy to było.

– Ostatnie miejsce zamieszkania?

– Nasze? Bez znaczenia, bo mieszkanie było moje, i chociaż to ja się wyprowadziłam, to gdy wróciłam, jego już nie było, a zapewniam panią, że nie przegapiłabym męża przebywającego w mieszkaniu. Ale ma dom po rodzicach, więc może pani od tego zacząć. To taka mała miejscowość, Cicha Wólka. Z tego, co wiem, może tam mieszkać.

– Tam, gdzie ta stadnina koni?

– Jeździ pani? – zdumiała się Salomea.

– Nie, ale kojarzę to miejsce. Nie da się włączyć radia, żeby nie słyszeć reklamy sprzedaży domów deweloperskich w tamtej miejscowości. Bardzo ładnie tam jest, ale, pani Salomeo, jeśli mąż nadal tam mieszka, to trudno będzie go śledzić. O ile dobrze kojarzę, to taka wioska, gdzie dom stoi przy domu, a jeszcze te nowe osiedla, gdzie budynków nie oddziela nawet płot. Nie mogę wystawać pod jego bramą, bo zaraz ktoś przyuważy obcego. To trudne zlecenie – powiedziała.

Obserwowanie kogoś w miejscu, gdzie wszyscy się znają, a każdy obcy zostaje natychmiast dostrzeżony, jest niemożliwe. Z drugiej strony tam, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą, wielu rzeczy można się dowiedzieć, pod warunkiem że się namierzy chętną do plotek osobę.

– Pojedzie tam pani jako letniczka.

– W maju?

– Ciepło jest.

Matylda spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Zarezerwowałam pani miejsce w agroturystyce – zachęcała ją Salomea. – Na tydzień.

Matylda zmarszczyła czoło. Rezerwacja na tydzień? Jeśli faceta tam nie ma, to po co tak długa rezerwacja? Czyżby ta kobieta coś wiedziała? Nie, nie może podważać każdego jej słowa, bo oszaleje. Wysłucha do końca i wtedy zdecyduje.

– Na plebanii.

– Mam mieszkać u księdza? – Matylda niemal zachłysnęła się ze zdumienia.

– Agroturystyka nosi nazwę „Na Plebanii”. Fantazja właściciela, jak mniemam. Są tam bardzo ładne pokoje. A tu mam zdjęcie Ernesta.

Nim Matylda zdążyła zwerbalizować kolejne podejrzenia, na jej biurku wylądowało kilka zdjęć mężczyzny koło pięćdziesiątki, o szpakowatych skroniach, ostrych rysach twarzy i ciemnych oczach.

– Ile lat ma pani mąż? – spytała.

– Jakieś pięćdziesiąt z ogonkiem.

Jakieś pięćdziesiąt? Nie wie, ile lat ma jej własny, osobisty mąż?

Zerknęła ponownie na fotografie uchwyconego w różnych pozach mężczyzny. Na jednym ze zdjęć siedział na motorze, uśmiechając się szeroko, na kolejnym stał na plaży, prężąc muskuły. Jeśli widziany piętnaście lat temu Ernest był teraz po pięćdziesiątce, to musiał mieć kiepskie geny. Skoro przed czterdziestką wyglądał jak własny ojciec, teraz może wyglądać jak stulatek albo najzwyczajniej w świecie, co uznała za bardziej prawdo­podobne, Salomea ściemnia.

– To nie są fotografie sprzed piętnastu lat – powiedziała.

– Oczywiście, że nie. Znalazłam jego profil na Face­booku i wydrukowałam kilka aktualnych zdjęć. Po co pani stare? Nie szuka pani trzydziestoparolatka.

Tylko dziadka, pomyślała z zażenowaniem Matylda. Omal nie zarzuciła tej kobiecie kłamstwa. Musi przestać się nakręcać.

– Nie ma tam żadnych informacji o żonie i dzieciach. To znaczy o mnie i naszych dzieciach – szybko poprawiła się Salomea.

– A dzieci nie mają kontaktu z ojcem?

– Jakie dzieci?

– Wasze dzieci.

– Nie mieliśmy dzieci.

– Powiedziała pani, że na jego profilu nie ma żadnych informacji o pani i waszych dzieciach…

– Nie ma, bo nie mamy dzieci, ale chodziło mi o to, że nie ma informacji o tym, że jest żonaty.

– Nie może być żonaty z kimś innym, skoro jest żonaty z panią.

– Ale pani czepia się słówek – zirytowała się pani prezes. – Nie zaznaczył statusu, więc albo ma w dupie nasze małżeństwo, albo nie przyznaje się do tego, że jest żonaty, co może oznaczać, że ma gdzieś babę albo nie wyklucza, że będzie miał babę. Większość rodziców w „znajomych” ma swoje dzieci, a ja nie znalazłam wśród jego znajomych żadnych dzieci, więc zakładam, że ich nie ma albo że starannie je ukrywa.

W piwnicy bądź na strychu, dopowiedziała w myślach Matylda.

Dawna szefowa zachowywała się jak nie ona. Bredziła jak potłuczona. Matylda czuła się, jakby rozmawiała z… samą sobą. Takie wypowiedzi były bardziej w jej stylu niż twardzielki, która zaczynała karierę za czasów, gdy funkcjonariusze poruszali się po ulicach miast dużymi fiatami z emblematem MO.

– Ja wiem, pani Matyldo, że między nami nie zawsze było dobrze, ale teraz błagam panią. Pani musi mi pomóc. Bo jak nie pani, to ja już nie wiem kto – oznajmiła Salomea tak dramatycznym tonem, jakby stała nad przepaścią, a ziemia usuwała jej się spod stóp.

Kręciła, tego Matylda była pewna. Była pewna również tego, że jeśli ona nie przyjmie zlecenia od Salomei, znajdzie się ktoś, kto je weźmie, i nie będzie zadawał pytań. Lepiej więc, żeby to zrobiła ona. Przynajmniej dopilnuje, by facetowi nie stała się krzywda. Kto wie, czy ta kobieta nie uzna, że odstrzał może być tańszy niż rozwód.

– Tygodniówka z góry? – spytała z westchnieniem, już czując, że popełnia błąd.

– I zaliczka na koszty. Mogę wykonać przelew choćby zaraz.

Tamta nie kryła ulgi. Nawet uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– I jak niczego nie ustalę, nie będzie zwrotu pieniędzy.

– To oczywiste, płacę za pani czas – zapewniła ją z powagą klientka. – Nie za sukces.

– Ale jeśli się zorientuję, że kroi się coś nielegalnego, powiadomię policję – uprzedziła Matylda.

Jak się przekonała podczas pracy dla swojej szefowej, ta nie zawsze wypełniała ciążące na niej obowiązki, zwłaszcza jeśli jej nie odpowiadały albo mogły utrudnić zapłacenie faktury przez klienta.

– Oczywiście, to zrozumiałe. Takie jest prawo. Nie chciałabym, by straciła pani licencję przez jakieś niedopatrzenie – zapewniła ją z zadowoleniem pani prezes. – Jestem jednak pewna, że nie będzie takiej potrzeby. Ernest zawsze był taki świętoszkowaty, że nigdy nie przejechał na czerwonym świetle, nawet w środku nocy, kiedy nikogo nie było, i stał samotnie na skrzyżowaniu jak… jak…

Samotny jeździec, dopowiedziała w myślach Matylda.

– Jak taka pizda – dokończyła Salomea, zadowolona z porównania, które jej się nasunęło.

Ernest Korcz skończył pięćdziesiąt pięć lat – tego się Matylda dowiedziała z informacji na FB – i był emerytowanym policjantem, co wyjawiła z wyraźną niechęcią jego żona. Do tego uczciwym – te słowa wycedziła z lekką wzgardą. Miał motocykl i ostatnie wakacje spędził nad morzem – to wynikało ze zdjęć na portalu. Należał do kilku grup survivalowych oraz grupy interesującej się kryminalistyką i kryminologią. To ostatnie było zrozumiałe z racji wykonywanego przezeń zawodu.

Matylda przejrzała zamieszczone na profilu zdjęcia. Korcz nie zamieścił ich wiele. Kilka z lasu, znad morza, na jednym z nich widniał krajobraz pustynny, jeszcze to z motorem i tyle. Na żadnym z nich nie był ze znajomymi ani z kobietą. Z komentarzy umieszczanych pod zdjęciami też nic nie wynikało. Wśród znajomych miał kilka osób podobnych do siebie, których profile wyglądały całkiem jak jego. Widać było wyraźnie, że ci ludzie nie szukali hordy znajomych, łączyły ich wspólne pasje. Niewiele informacji osobistych, co należało uznać za dość rozsądne, zważywszy na szerzący się na portalach ekshibicjonizm. Facet cenił sobie prywatność. Komentarze, które wypisywał pod postami znajomych, były krótkie i na temat.

Niemniej sprawa śmierdziała jak skarpetki komisarza Tomczaka. Gdyby nie hojna oferta finansowa, Matylda pogoniłaby dawną szefową, gdzie raki zimują, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. Rzecz w tym, że owa szczodrość pani prezes była niezwykle podejrzana. Ernest Korcz musiał być miliarderem, choć nie wyglądał, a Salomea liczyła, że szantażem go oskubie. Zresztą cokolwiek tamta planowała, z pewnością miała złe intencje; jedyne, co Matylda mogła zrobić, to dopilnować, żeby jej klientka nie zrobiła facetowi jakiegoś świństwa. Po chwili namysłu sięgnęła po telefon i zadzwoniła do teraz już emerytowanego komisarza policji, Stanisława Tomczaka, który dorabiał sobie u niej małymi zleceniami.

– Witam, pani Matyldo! – powitał ją radośnie. – Rybki sobie łowię, ale jakby co, wskakuję w samochód i jestem u pani.

– Dziękuję, panie Staszku, ale nie trzeba. Kilka pytań tylko mam.

Zastanawiała się chwilę, jak przedstawić sprawę, nie zdradzając zarazem nazwiska klientki.

Tomczak pałał niezrozumiałą dla niej sympatią do Salomei Gwint, uważając ją za wcielenie wszelkich cnót niewieścich. Długo czekał na okazję, by zostać przedstawionym swojemu ideałowi. Niestety, Matylda wybrała nieodpowiednią porę na zapoznanie go z szefową. To było krótko po nieudanym zabiegu makijażu permanent­nego i na ów widok komisarz prawie zemdlał z wrażenia. Wypominał to Matyldzie kilka tygodni, jakby to była jej wina, że obiekt jego westchnień nie wygląda tak, jak to sobie wymarzył.

Wieść o zleceniu mogłaby przyprawić go o szybsze bicie serca i zawał, a tego zdecydowanie wolała uniknąć. Nawiązywanie znajomości w środowisku policyjnym, zwłaszcza gdy się z takiego środowiska nie pochodzi, było czasochłonne i żmudne. W przeciwieństwie do wielu prywatnych detektywów, którzy zdobywali doświadczenie w organach ścigania, ona pracowała wcześniej tylko jako bibliotekarka, co niejednokrotnie wypomniała jej komisarz Mizera, uważając, że Matylda nie jest „prawdziwym” detektywem.

Pod wpływem partnerki Marecki też jakoś krzywo na nią spoglądał, co nie zaszkodziło mu dzwonić do niej od czasu do czasu z pytaniem, czym się zajmuje, jakby obawiał się, że ponownie wejdzie mu w drogę, rozwiąże sprawę za niego, a on dostanie niezasłużoną pochwałę do akt. Został jej tylko komisarz Tomczak.

– Kojarzy pan Ernesta Korcza z Cichej Wólki?

– Nie mój rejon.

– Ale kojarzy go pan czy nie?

– A co on zrobił?

Ożenił się pechowo, pomyślała Matylda, a głośno powiedziała:

– Prawdopodobnie nic. Mam zlecenie od żony, która chce się rozwieść, ale obawia się trudności z jego strony.

– Chce znaleźć haka na gościa?

– Właśnie tak, a pytam pana o niego, bo to emerytowany policjant.

– A gdzie służył?

Kurde melek, o to Salomei nie zapytała. Tamta raczej niechętnie ujawniała szczegóły dotyczące swojego małżeństwa, uważając, że nie ma to aktualnie znaczenia, więc Matylda nie naciskała. Najwyraźniej za szybko odpuściła. Brakowało jej podstawowych informacji, które jednakże z punktu widzenia sprawy nie były jej potrzebne. Nie miała szukać na niego starych brudów, tylko znaleźć nowe.

– Nie wiem, panie Staszku. Nie zapytałam klientki… Ale nie chodzi o stare sprawy, tylko o bieżące. Są w separacji od kilkunastu lat i mieszkają osobno. Klientka nie ma pojęcia, czym aktualnie zajmuje się mąż, czy kogoś ma i czy może ma coś na sumieniu. Tak z ciekawości zapytałam, bo pomyślałam, że może akurat coś się panu obiło…

Westchnęła. To było głupie. Korcz mógł pracować na drugim końcu Polski. Skąd niby Tomczak miałby coś o nim wiedzieć?

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecał były komisarz, sięgając po kolejnego papierosa.

– Dziękuję.

– Niech tylko pani cudów nie oczekuje.

– Oczywiście – zapewniła go.

– Gdyby miał na sumieniu coś z dawnych czasów, to pewnie jest już tak pozamiatane pod dywan, że nikt słówka nie piśnie. Inaczej obiłoby mi się o uszy co nieco, gdyby był nasz.

Matyldę dobiegł odgłos splunięcia, potem coś w rodzaju charczenia i ponowne splunięcie. Zamknęła oczy. Tomczak był niereformowalny. Wprawdzie po tym, jak pozbył się wąsa i radioaktywnej chusteczki w kratkę, która służyła mu do wszystkiego poza podcieraniem tyłka – oby! – i zaczął korzystać z usług fryzjera, przestał wyglądać jak zapuszczony dziadyga, ale jeszcze sporo mu brakowało, by uznać go za zadbanego, eleganckiego, starszego pana.

– Halo, jest tam pani?

– Jestem – powiedziała, z trudem powstrzymując się od zwrócenia mu uwagi.

Osiągnęła tyle, że przynajmniej przestał spluwać w jej obecności. O telefoniczne spluwanie nie warto się czepiać.

– To czego nic nie mówi?

– A co mam mówić? Słucham, co pan mówi.

– A ja już swoje powiedziałem, więc co jeszcze mam mówić? – zdziwił się Stanisław.

– Proszę zadzwonić, jak tylko pan się czegoś dowie, dobrze? – poprosiła, ucinając bezsensowną rozmowę. – Do usłyszenia.

– Czemu by nie, do usłyszenia… – Tomczak rozłączył się i spojrzał na kolegę, emerytowanego inspektora Mariana Kotka. – Marianek, kojarzysz Ernesta Korcza?

Starszy kolega spojrzał na niego z niechęcią. Nadal nie wybaczył mu rozbitego samochodu. Jedyne, co miał na swoje usprawiedliwienie winowajca, to to, że ktoś usiłował go zabić, ale Kotek nie mógł się pozbyć urazy, chociaż tamta kraksa nie była z winy Tomczaka.

– A co zrobił?

– Chyba nic, ale to jeden z naszych. Emeryt. Żonka chce na niego coś znaleźć, żeby się rozwieść – wyjaśnił komisarz.

– Pierdolone baby. Świat byłby bez nich znacznie lepszy. Nawet nie dadzą chłopu spokojnie odejść. Muszą mu obciąć jaja i wepchnąć w gardło, żeby się zadławił, a do tego robią to publicznie – narzekał Kotek.

– Co racja, to racja – przyznał markotnie Tomczak, choć jego rozwód przebiegł bezboleśnie.

Żona po prostu się z nim rozstała i tyle, nie wdeptała go w ziemię, bo niby za co. Może jednak nie była taka zła, pomyślał.

– Szkoda chłopa – kontynuował Marianek, popijając z piersiówki.

– Ano szkoda – poparł go kolega, sięgając po termos z herbatą.

– Napijesz się?

Staszek spojrzał tęsknie na wyciągniętą w jego stronę piersiówkę i z żalem pokręcił głową.

– Nie mogę. Po tym wypadku kardiolog dobrał mi się do dupy i zabronił.

– Kardiolog nie jest od dupy – zdziwił się inspektor Kotek, już nieco bełkotliwym głosem.

Łowił ryby od bladego świtu i to nie była pierwsza piersiówka.

– Nie pić, nie palić, ruszać się i zdrowo odżywiać. Moje życie jest do dupy – stwierdził z przekonaniem Tomczak, wrzucając niedopałek do wody.

– Dalej palisz – zauważył tamten.

– Ale mniej. To co, Marianek? Podzwonisz? Zapytasz o tego Korcza?

– Zapytam, a czemu by nie – zgodził się kolega. – Ale i tak chłopa żal.

– Ano żal… – westchnął Tomczak, sięgając po kolejnego papierosa.

Rezerwacja w Cichej Wólce zaczynała się dopiero od jutra, więc resztę dnia Matylda postanowiła poświęcić na wykonanie listy rzeczy koniecznych do zrobienia w lokalu na JUŻ, a także mniej koniecznych, aczkolwiek niezbędnych na POTEM, i tych, które mogą poczekać, czyli na ZAŚ, oraz rozwiązaniu kilku niecierpiących zwłoki kwestii, jak zapewnienie opieki dziecku i mężowi. Zamierzała też znaleźć sobie asystenta, bo przecież nie będzie pracować siedem dni w tygodniu i ktoś będzie musiał zastąpić ją w weekend lub weekendy, gdyby zaszła taka potrzeba. Delegacja służbowa mogła potrwać dłużej, niżby sobie tego życzyła, skoro Salomea oferowała jej tygodniówki.

Kilka rzeczy w lokalu, jak choćby malowanie, zamierzała zrobić sama. Musiała jednak wynająć kilku fachowców albo liczyć na pomoc Romana.

Na tę myśl skrzywiła się nie tylko ona sama, ale również wszystkie jej głosy i głosiki. Gdyby chodziło o skomputeryzowanie systemu, zamontowanie kabelków, a nawet zbudowanie superkomputera, bez obaw powierzyłaby to zadanie mężowi. Lecz danie mu do ręki młotka i gwoździ mogło się skończyć powtórnym ukrzyżowaniem z Romanem w roli głównej.

W chwili obecnej pogrążonemu w cyberprzestrzeni mężowi nie mogła nawet zlecić odbierania dziecka ze szkoły, gdyż niejednokrotnie już udowodnił, że czas nie ma dla niego znaczenia. Pozostawienie Moniki pod opieką ojca mimo pomocy pani Ewy, która zajmowała się dziewczynką popołudniami, doprowadziłoby Matyldę do rozstroju nerwowego.

Matyldy nie stać było na opłacanie pomocy domowej, ale jak się okazało przed kilkoma miesiącami, Romana jak najbardziej. Wyszło na to, że jej pochłonięty grami komputerowymi małżonek całkiem nieźle zarabia na dodatkowych projektach, takich jak projektowanie stron – ale doprosiła się od niego własnej – i pisaniu programów. Niestety, rozliczeniowy sama musiała kupić.

Zawarli porozumienie, Matylda przestanie zrzucać na męża obowiązki domowe, a on będzie opłacał zatrudnioną przez nią pomoc. Roman będzie mógł żyć we własnym świecie, a Matylda będzie miała możliwość realizowania się w wymarzonym zawodzie.

Podświadomie czuła, że to kolejny gwóźdź do trumny, którym było jej małżeństwo. Mimo że głos i głosik nie raz i dwa wspominały zgodnie o rozwodzie, póki jeszcze ma czas na poznanie kogoś nowego, gdyby tego chciała, Matylda nie oswoiła się jeszcze na tyle z tą myślą, by podjąć ostateczną decyzję. Wstyd jej było przyznać się przed samą sobą, że jednym z powodów, dla których nie zażądała rozwodu, jest obawa przed samodzielnością finansową. Owszem, zarabiała tyle, by utrzymać siebie i dziecko, nawet bez alimentów od Romana, ale wtedy musiałaby pracować u kogoś, a nie na własny rachunek. Czy to samolubne podejście?

Zajmujesz się nim jak dzieckiem. Bez ciebie przepadłby z kretesem. To on jest samolubem, oświadczył wzburzony głosik.

Coś w tym jest, przyznał niechętnie głos.

W życiu trzeba czasami postawić na egoizm, przekonywał ją drwiący zazwyczaj głosik. Gdybyś była sama, już dawno przecięłabyś ten węzeł gordyjski bez oglądania się na udział finansowy Romana w waszym życiu rodzinnym, ale masz dziecko, za które tylko ty będziesz odpowiedzialna, bo twój mąż nie odpowiada nawet za samego siebie.

To fakt, przyznała Matylda, przypominając sobie sytuację sprzed tygodnia, gdy zafrasowany małżonek wrócił do domu pełen obawy, że jego firma zbankrutowała. Budynek był zamknięty na cztery spusty i nie udało mu się wejść do biura. Matylda spojrzała wówczas na zegarek. Dochodziła dziewiąta rano. Następnie zerknęła znacząco na wiszący na ścianie kalendarz, popukała męża w czoło, w nadziei, że klepki zajmą swoje miejsce, ale w jego oczach nie dostrzegła zrozumienia, tylko jeszcze większe zagubienie.

– Roman, jest niedziela! – poinformowała go w końcu.

– Od kiedy? – zdziwił się.

– Od północy!

Ty idioto, chciała dodać, ale się powstrzymała.

Nie zwykła obrażać własnego męża.

– Coś takiego – zdziwił się jeszcze bardziej. – Jak to się stało?

– Normalnie. Tak samo jak każdego innego tygodnia. Poniedziałek, wtorek, środa…

– Wiem, jakie są dni tygodnia – przerwał jej zniecierpliwiony. – Tylko nie rozumiem, jak to się stało, że w dzień wolny od pracy poszedłem do firmy.

– Może za dużo czasu spędzasz w sieci, a za mało w realnym życiu – podpowiedziała bynajmniej niezłośliwie.

Jak na kogoś, kto rzadko kiedy wiedział, jaki jest dzień tygodnia, zawodowo radził sobie znakomicie, zajmując się tym, co najbardziej lubił. Tam o niczym nie zapominał i niczego nie zawalał.

– Nie przesadzaj – zirytował się lekko. – Nie jestem jakimś uzależnionym od gier komputerowych nastolatkiem. Jestem świadomym użytkownikiem…

– Mamy maj – przerwała mu, widząc, jak na twarzy Romana po raz kolejny tego dnia pojawia się wyraz niezrozumienia.

– Wiem, jaki mamy miesiąc…

– Czyżby? – Spojrzała znacząco na jego wysokie za kostkę trampki.

Jego wzrok podążył za jej spojrzeniem.

– O co chodzi? Są czyste – wymamrotał, nie wiedząc, o co właściwie chodzi Matyldzie i co ma miesiąc do jego butów.

– Są ocieplane.

– I co?

– Mamy maj – powtórzyła, ciężko wzdychając.

Roman mrugał oczami jak oślepiona sowa, co w ostatnich dwóch latach zdarzało się coraz częściej. Czekała spokojnie, aż wreszcie zaskoczy właściwa zapadka. Stało się. Spojrzał na Matyldę z wyrzutem.

– Nie mogłaś powiedzieć mi wcześniej? – zapytał z pretensją w głosie.

Tak, bo cztery pory roku to moja wina, pomyślała zgryźliwie, ale głośno odpowiedziała:

– Mówiłam. W kwietniu.

Burknął coś pod nosem i wyszedł z kuchni.

Tak, to właśnie jest powód, dla którego Roman też potrzebuje opiekunki.

– No dobrze, rozejrzyjmy się i zróbmy listę – powiedziała teraz do siebie, wstając zza biurka i biorąc notes.

Nim biuro stało się biurem, było mieszkaniem zajmowanym przez rodzinę z kilkorgiem dzieci. Teodor Masełko z zaskoczeniem dowiedział się – jak wyznał Matyldzie – o nieoczekiwanym spadku, którym okazała się kamienica. Ktoś z dalszej rodziny wywalczył zwrot nieruchomości, przed śmiercią zdążył pozbyć się z budynku lokatorów, zmienić sposób użytkowania mieszkań i napisać testament.

I na tym jego wielkie plany się zakończyły.

Masełko był zachwycony spadkiem, podatkiem znacznie mniej, bo pochłonął lwią część odziedziczonych środków finansowych, więc zależało mu przede wszystkim na tym, by nie musiał dokładać do kamienicy, ale w jakimś rozsądnym okresie zdołał wykonać niezbędne remonty i zaczął zarabiać na swojej schedzie.

Nie mając teraz pieniędzy na generalny remont całego budynku, zobowiązał więc najemców do remontu zajmowanych lokali, w zamian oferując niższe stawki czynszu. Sam miał odnowić schody, klatkę schodową, windę i elewację, by kamienica przynajmniej sprawiała wrażenie odrestaurowanej.

Matylda była z tego układu zadowolona. Pan Masełko nie miał wielkich wymagań co do remontów. Nalegał jedynie na zrobienie nowej sieci elektrycznej, by budynek nie poszedł z dymem, a także wymianę rur kanalizacyjnych, odświeżenie lokali i dbanie o nie. Matylda nie miała zielonego pojęcia, jakie koszty ją w związku z tym czekają, ale wraz z nią lokale oglądało jeszcze kilku innych przedsiębiorców i podsłuchała, jak dwóch z nich szeptało między sobą, że po pięciu latach poniesione nakłady im się zwrócą, a umowy miały zostać podpisane na lat dziesięć z gwarancją stałego czynszu. Nic tylko brać.

No to wzięła. Wymyśliła sobie nawet, że nie potrzebuje aż trzech pomieszczeń, więc jedno z nich, a może nawet dwa, podnajmie jakiemuś agentowi ubezpieczeniowemu. Po tym, jak obejrzała kilka lokali w okolicy i poznała wysokość czynszów, uruchomiła swoje marne zdolności matematyczne i wyszło jej, że nic korzystniejszego jej się nie trafi.

Kuchnia.

Wymienić szafki. Kupić czajnik elektryczny. Zawahała się. Coś skromna ta lista. Ano tak, zdjąć tapetę, odmalować ściany. Wyprostować narożnik, chyba że się rozpadnie po wyjęciu trzydziestu kołków rozporowych. Ciekawe, co tu wisiało? Wystawa fotograficzna w miniaturze?

Toaleta.

PRZEMALOWAĆ KONIECZNIE. Na wszelki wypadek napisała to drukowanymi literami. Poprzedni lokator bardzo lubił wyraziste kolory, sądząc po kobalcie w ubikacji. Muszla klozetowa do wymiany. Płytki na podłodze mogą zostać, postanowiła. Może zmieści się umywalka? Zobaczy się.

Łazienka.

Kurde melek, jęknęła. Wanna musiała pochodzić z dziewiętnastego wieku albo nigdy wcześniej nikt jej nie mył. Żółte zacieki, rdzawe plamy, nie zdziwiłaby się, gdyby ci ludzie myli się w misce albo umywalce, bo tam aż strach nogę włożyć.

Wywalić wannę, płytki mogą zostać, zamontować kabinę prysznicową. Po chwili namysłu wykreśliła kabinę i w to miejsce wpisała brodzik z zasłonką. Wyjdzie taniej, najważniejsze, żeby miała gdzie się umyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Większość jej oszczędności na pewno pochłonie elektryk, hydraulik i fachowiec od całej reszty, który poradzi sobie z tym, z czym ona sama nie da rady.

Pokoje. Panele ździebko się porozjeżdżały, więc…

Ździebko? – zakpił głosik.

No dobrze, wcale nie ździebko, ale tylko na środku. Nie stać mnie na nowe podłogi.

Trudno, podłogi będą musiały poczekać, zadecydowała.

Odmalować ściany, zanotowała kolejny punkt na liście.

Wielokrotnie, poradził jej głos.

Skrzywiła się. Jeden z pokoi był czerwony, drugi pomarańczowo-zielony, trzeci na szczęście w kolorze wyblakłego seledynu, ale to w nim właśnie ściany zostały zjedzone przez termity, które na dodatek zostawiły swoje kopce. Nie miała pojęcia, jak to malować, a na szpachlarza też nie było jej stać.

Najmniejszym problemem wydawał się przedpokój. Położone przez poprzednich lokatorów płytki nadal bardzo ładnie wyglądały, a ściany były proste, gładkie i nie powinna mieć trudności z pokryciem ich farbą. W przeciwieństwie do pstrokatych pokoi, przedpokój został pokryty białą farbą.

Kto maluje przedpokój na biało, mając kilkoro dzieci? – zdumiał się głos.

Matylda rzuciła okiem na ślady rąk na ścianie przy drzwiach wejściowych, ale nie odpowiedziała. Jak można oczekiwać logicznej odpowiedzi w sytuacji, gdy w jednym z pokojów szalał Picasso, w drugim stado dzięciołów, a w trzecim bywalcy dzielnicy czerwonych latarni.

– No dobra, mam plan – uznała, nie myśląc, że taki plan to nie plan, tylko błaganie o cud.

Salomea skinieniem głowy zaprosiła do gabinetu czekającego w sekretariacie wspólnika. Sekretarka obrzuciła ich uważnym spojrzeniem, ale gdy szefowa, zamykając drzwi, spojrzała na nią nieufnie, kobieta miała wzrok utkwiony w monitorze komputera, a jej palce śmigały po klawiaturze.

– Załatwiłaś? – odezwał się mężczyzna, nim prezeska zamknęła za nimi drzwi.

– Ciszej – syknęła. – Nie chcę, żeby ktoś usłyszał, o czym rozmawiamy.

– Załatwiłaś? – powtórzył pytanie znacznie ciszej, gdy podeszli do biurka.

Salomea bez słowa zajęła swoje miejsce, spojrzała z niechęcią na swego towarzysza i dopiero wówczas odpowiedziała:

– Nie. Wynajęłam detektywa.

– Oszalałaś?! Rozmawialiśmy o tym! Nikt od nas nie może się dowiedzieć!

– Dlatego wysłałam kogoś innego.

– Nie będziemy mieć kontroli!

– Dość tego – warknęła. – To wy chcieliście kogoś z zewnątrz.

– Bo nie sądziliśmy, że kogoś wynajmiesz!

– Za późno, Bogdan.

– Kogo wzięłaś?

– Matyldę Dominiczak.

– Tę kretynkę, która u nas pracowała?

– Nie jest kretynką. Jest tylko niekonwencjonalna.

– Co jej powiedziałaś?

– Że chcę się rozwieść i szukam haka na męża.

– Podejrzewa coś?

– Oczywiście, że tak – sarknęła. – Nie jest idiotką, choć czasami ją udaje. Ale bez obaw, wszystko dobrze przemyślałam. Zajmę się tym.

– Możemy wpaść w niezły syf, i to niepotrzebnie.

– Nie wiemy, czy mamy problem. Jeśli tak, zajmiemy się tym – zapewniła go, ledwo panując nad głosem.

– Albo pogrążymy się całkowicie – syknął. – Jak Dominiczak dogrzebie się za głęboko, już po nas.

Salomea nie odpowiedziała. Miała własne plany, o których jej wspólnik nie wiedział. Trzy osoby mogą dochować tajemnicy, pod warunkiem że dwie z nich nie żyją. Benjamin Franklin wiedział, co mówi, niestety, nie mogła zabić wspólników. Miała za dużo trupów w szafie, by dokładać kolejne, ale gdy tylko pogrzebie ostatnie dowody z przeszłości, poczeka, aż Dominiczak sama upoluje tamtych dwóch.

Matylda z zaskoczeniem spoglądała na męża. Na ogół to on nie rozumiał, co mówiła, i mrugał jak oślepiona sowa. Tym razem to ją dopadł nerwowy tik. Częstotliwość mrugania była odwrotnie proporcjonalna do jej możliwości werbalnych.

– Co… Co… Co… – Próbowała sklecić rozsądne zdanie, ale trudno jest zadać pytanie, gdy nie rozumie się treści wypowiedzi.

Zażenowany Roman pogładził się po przydługich włosach.

– Powiedziałem, że mogę ci pomóc przy remoncie biura – powtórzył głośniej.

– Ale… ale… ale… – jąkała się w dalszym ciągu, nie mogąc się pozbyć uczucia pustki w głowie.

– Ale co?

Matylda uniosła rękę w górę, dając znak, żeby nic nie mówił, i okrakiem usiadła na krześle. Pustka stopniowo zaczęła być wypierana przez lęk i podejrz­liwość, która pojawiła się na końcu. Sam fakt, że Roman zaproponował pomoc, był tak zaskakujący, że nic dziwnego, że w jej głowie pojawiła się całkowita próżnia intelektualna. Potem zastąpił ją lęk, że mąż został podmieniony przez nieznane siły i albo ma w domu kosmitę, albo demona. Po odrzuceniu teorii podmiany, bo na pewno ów ktoś już by dokonał zwrotu, pojawiła się podejrzliwość.

– Dlaczego chcesz mi pomóc przy remoncie? I co dokładnie masz na myśli, mówiąc o pomocy? Przypominam, że nie umiesz trzymać nawet młotka.

Nie chciała, by jej słowa zabrzmiały, jakby miała o to urazę, ale miała. Ona też nie najlepiej radziła sobie z młotkiem, ale ktoś w tym domu musiał nosić spodnie. Padło na nią.

– Przemyślałem sobie twoją wczorajszą uwagę.

– Którą? – spytała.

Nie przypominała sobie, by wczoraj rozmawiali. Roman nie wychodził z pokoju. W drodze z toalety, bo z tej musiał korzystać, wpadał do kuchni, zjadał pierwszą rzecz, która weszła mu w ręce po otwarciu lodówki, i ruszał truchcikiem do siebie.

– O tym, że zbyt dużo czasu spędzam w sieci, a zbyt mało w realnym życiu.

– I to ci powiedziałam wczoraj?

– Wczoraj była niedziela.

– Zgadza się.

– Więc powiedziałaś mi to wczoraj – oświadczył z zadowoleniem.

– Zgadza się, że wczoraj była niedziela, ale powiedziałam ci to w poprzednią niedzielę.

Powinien iść do laryngologa czy neurologa? Ma problem z uszami czy z przetwarzaniem dźwięków przez mózg? Ciekawy przypadek, uznała Matylda.

– To… – urwał i niemal widziała te szeregi zero-jedynek przelatujących mężowi przed oczami jak w Matriksie. – Możliwe – dokończył kilkanaście sekund później. – Ale myślałem wczoraj o tym, co powiedziałaś wcześniej, więc to tak, jakbyś powiedziała mi wczoraj.

– Czy to znaczy, że o wynoszeniu śmieci też powinnam mówić z tygodniowym wyprzedzeniem?

Spłoszył się lekko. Matylda wiedziała, o czym myślał. Kolejny obowiązek, o którym nikt mu nie powiedział? Czy może powiedział? Oto jest pytanie.

– A pani Asia nie wynosi śmieci?

– Nie, pani Asia nie wynosi śmieci. Robi to pani Ewa.

– Zatrudniasz dwie pomoce domowe? – zdziwił się.

Nie miała ochoty brnąć w tę rozmowę. Musieli koniecznie wrócić do remontu, nim ona wyjedzie. Oczywiście Roman niczego nie naprawi, ale kilka rzeczy w lokalu trzeba było zepsuć, więc mógł się okazać całkiem kompetentny.

– Pomoc domowa to Ewa, a nie Asia.

– Zwolniłaś panią Asię? – zdziwił się.

– Nie mogłam zwolnić kogoś, kto nigdy nie istniał.

– Więc nie było pani Asi?

– Nie było.

– A co się stało z tą blondynką, która u nas pracowała? To nie była Asia? – Wyraźnie zdeprymowany mąż brnął w temat.

– Blondynką była i jest pani Ewa, tylko przefarbowała się na rudo.

– Dlaczego nie zwróciła mi uwagi, że używam niewłaściwego imienia? – dopytywał się podejrzliwie, wyraźnie nie dowierzając żonie.

– Jestem pewna, że zwróciła, i to wielokrotnie, aż wreszcie pewnego dnia po prostu się poddała. Zatem chcesz pomóc mi w remoncie, bo w końcu zacząłeś traktować moją pracę poważnie? – Postanowiła skierować rozmowę na właściwe tory.

– Powinnaś mieć swoje własne miejsce pracy, żebyśmy oboje nie pracowali w domu. Zwłaszcza w tym samym czasie – odpowiedział z zadowoleniem, zapominając o pani Asi czy też Ewie.

Aha! Tu jest pies pogrzebany! – wykrzyknął zadziornie głosik.

Od czasu do czasu wpadał do niej ktoś ze współpracowników i siedzieli do późna w nocy, przeglądając dokumenty, zdjęcia, nagrania, a także omawiając sprawy, co przeszkadzało Romanowi.

I wszystko jasne. Wczoraj był u niej Mareczek, z którym odnowiła kontakt po tym, jak odeszła od Salomei, i dotykał laptopa Romana. To wiele wyjaśniało.

– W takim razie przyjmuję twoją pomoc – oświadczyła z radosnym uśmiechem.

– Mogę pomóc w malowaniu – zaproponował Roman.

– Świetnie, ale najpierw trzeba zdemontować kilka rzeczy. To praca w sam raz dla prawdziwego mężczyzny!

Roman drgnął i obejrzał się za siebie.

Tak, mówię o tobie, gamoniu, chciała dodać i natychmiast ugryzła się w język. Nie ma co zaglądać darowanemu koniowi w zęby ani zniechęcać darczyńcy do sprezentowania kolejnych.

– Zrobię ci listę – zaproponowała.

Drgnął ponownie, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

– Listę? To nie wystarczy wymalować?

– Nie, ale bez obaw. Malowaniem sama się zajmę. Ty przygotujesz mieszkanie do malowania. Do mojego powrotu…

– Powrotu skąd? – przerwał.

– Z delegacji. Mówiłam ci, że jadę do Cichej Wólki. Mam zlecenie. Monika przez ten czas będzie mieszkać u moich rodziców, a…

– Zostanę sam?

Wyraźnie nie podobała mu się ta perspektywa. Matylda nawet wiedziała dlaczego.

– Bez obaw. Pani Ewa zrobi zakupy. – Widząc, jak z twarzy męża znika strach przed pustą lodówką, kontynuowała: – Wyjmiesz ze ścian wszystkie kołki rozporowe.

– Dam radę.

Doceniła, że nie zapytał, co to. Może nie będzie tak źle.

– W kuchni zedrzesz tapetę do gołej ściany.

– Żaden problem – zapewnił.

– Wymontujesz umywalkę i wyniesiesz ją na śmietnik.

– Zrobi się.

– Wannę też.

– Eeee… nie dam rady sam wynieść wanny…

– Poprosisz hydraulika, który w tym tygodniu przyjdzie wymieniać rury.

– Niech będzie.

– Hydraulik będzie od piątku. Poradzisz sobie?

– Jasne. Wyciągnąć kołki, zdjąć tapetę, wyrzucić ubikację i wannę, i umywalkę, i…

– Ubikacja zostaje – przerwała mu. – Nie dotykaj ubikacji. Ją wyrzucimy na końcu.

– OK, nie dotykać ubikacji – zapisał. – Tylko tyle? Nic więcej nie trzeba robić?

– Dopóki nie będzie rurek i kabelków, nie. Później trzeba będzie umyć dokładnie sufity i ściany, zanim przystąpimy do malowania.

– A dziurki?

– Jakie dziurki?

– Te po kołkach?

– Trzeba zaszpachlować.

– To też mogę zrobić.

Hm, tego akurat nie była pewna, ale w końcu jak miałby to zepsuć? Najwyżej wyrówna się papierem ściernym. A może skorzysta z pomocy ojca. Jak nazywał się ten fachowiec, który kładł im płytki i podłogi? Marcinek?

– Bardzo ci dziękuję, Roman – powiedziała z głębi serca.

Od tak dawna nie angażował się w życie rodzinne, że ta propozycja odsunęła widmo rozwodu na czas bliżej nieokreślony.

Aha! A jednak znów myślisz o rozwodzie!

Wcale nie myślę o rozwodzie, tylko o nierozwodzie, sprzeciwiła się zawstydzona Matylda, która od wielu miesięcy nie mogła opędzić się od uporczywego głosiku, nakłaniającego ją do uregulowania kwestii małżeńskich.

– A jak już zrobimy ten remont, to przestaniesz zapraszać do domu tych dziwnych ludzi? – zapytał z taką nadzieją w głosie, że jedynie świadomość zyskania darmowej pomocy przy remoncie powstrzymała Matyldę przed popełnieniem morderstwa.

I to, że takie czyny są karalne, a córka mogłaby jej nie wybaczyć uśmiercenia ojca. Dwunastolatka jest stanowczo zbyt młoda, by rozumieć, że kobieta może mieć chęć zrobienia krzywdy swojemu mężczyźnie i mogą w życiu zaistnieć sytuacje, gdy bardzo trudno jest powstrzymać wewnętrznego demona, gdy ten rwie się do przemocy.

– Roman, to nie są dziwni ludzie, tylko osoby, z którymi pracuję! – podniosła głos. – Niektórzy z nich to byli policjanci.

– Dotykają moich rzeczy – poskarżył się. – A ten wczoraj nie tylko dotykał mojego laptopa, ale wyżarł mi jogurt.

– I tak był przeterminowany. Nic nie straciłeś – burknęła, a w pamięci zanotowała: „Nie dopuszczać Mareczka do lodówki i do Romana”. – I przestań obrażać moich kolegów. Wcale nie są dziwni!

– Tylko jeden twój kolega z pracy był do rzeczy. Ten od konsoli – poinformował ją triumfalnie. – Mógłby czasem wpaść. Pogralibyśmy sobie.

Jasne, ten, co doprowadził do mojego uprowadzenia, wpakował mnie we współpracę z przestępcami, a potem wręczył mi brudne pieniądze, które musiałam przyjąć, żeby boss uwierzył, że będę trzymała gębę na kłódkę. W przeciwnym wypadku upewniłby się w inny sposób, że nic nie powiem.

Tak, Roman, tak właśnie wygląda twój superkumpel od konsoli, chciała wykrzyczeć, ale nie mogła, bo trzy osoby mogą zachować tajemnicę tylko wtedy, gdy dwie z nich nie żyją, a dotąd żyli wszyscy i chciała, by tak pozostało.

– Już się nie przyjaźnimy – powiedziała ponuro. – Ksawery nie jest dobrym człowiekiem. To kłamca i oszust. Zapamiętaj sobie! Nie będzie żadnego wpadania na wspólne gry!

– Nie to nie – odpowiedział lekko urażony, oczywiście nie wnikając w szczegóły. – Ale nie powinnaś swoich relacji z pracy przenosić na grunt osobisty!

– Roman, nie będę się powtarzać. Ksawery nie jest ani twoim, ani moim kolegą. I tyle w temacie. Karnisze lepiej wykręć.

– Teraz? – zdumiał się mąż.

– Nie, nie teraz. Jak będziesz wyciągał kołki, wykręć też karnisze. Nie będą mi potrzebne.

Milczał chwilę, zastanawiając się zapewne, co Ksawery ma wspólnego z karniszami, ale ostatecznie dał sobie spokój. Kiwnął tylko głową niechętnie i wyszedł z kuchni.

– No i git – uznała Matylda, czując, jak dopada ją zmęczenie.

Nie licząc kilku rozmów telefonicznych, które odbyła, tego dnia nie pracowała. Nie miała pojęcia, dlaczego jest tak zmęczona, ale po chwili zastanowienia uznała, że to raczej znużenie emocjonalne niż fizyczne.

Spojrzała na zegarek. Dwudziesta. Monika na szczęście spakowała się sama i dwie godziny wcześniej odjechała z dziadkiem. Jedyne, co jeszcze musi zrobić tego wieczoru, to spakować się na jutrzejszy wyjazd i wziąć prysznic, a potem będzie mogła po prostu pójść spać. Żadnego zmywania, prania czy prasowania. Pani Ewa to najlepsza inwestycja Romana w ich małżeństwo, pomyślała, ku swemu zaskoczeniu raczej smętnie niż radośnie. Tego wieczoru postanowiła nie rozkładać zagadnienia na czynniki pierwsze, jak miała to w zwyczaju. Może matka ma rację, pomyślała. Do męża trzeba się przyzwyczaić.

Do grzybicy stóp też, szepnął wewnętrzny głosik.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI