Wadliwy klient - Olga Rudnicka - ebook + audiobook + książka

Wadliwy klient ebook i audiobook

Olga Rudnicka

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie ma głupich zleceń, są tylko wadliwi klienci. Detektyw Dominiczak jedzie na spotkanie z kolejnym zleceniodawcą. Sytuacja nie należy do przyjemnych, jako że szoferem Matyldy jest grabarz. Zdecydowanie nie sprzyja to negocjacjom, a co dopiero odmowie. Sprawę próbuje ratować towarzyszący pani detektyw mecenas Piasecki. Matylda przyjmuje na pozór proste zlecenie. Ma udawać najnowszą zdobycz bogatego klienta, prześladowanego przez jedną ze swoich byłych kochanek. Znudzona wiszeniem na ramieniu kobieciarza i wypatrywaniem nieuchwytnej prześladowczyni, wykracza poza ramy zlecenia i odkrywa, że w szafie można znaleźć trupa, a nawet dwa.

Olga Rudnicka (1988 r.) - autorka poczytnych powieści kryminalnych. Wielbicielka koni, psów i gryzoni. Wolny czas najchętniej spędza na łonie natury. Po wielu latach wewnętrznych zmagań polubiła kawę, do hipokryzji nie zamierza się przekonać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 42 min

Lektor: Marcin Stec

Oceny
4,6 (330 ocen)
234
70
16
6
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Aleksandra_79

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam, tylko się pytam jak tak można zakończyć książkę??? To skandal, chyba że zaraz będzie kolejna część
70
Solind

Dobrze spędzony czas

Matylda w swoim żywiole, historia bardzo przyjemna, tylko zakończenie zupełnie mi się nie podobało, konieczna jest szybka kontynuacja ☺️
40
Jocher1949

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytałam , przyjemnościa. Chciałabym wiedzieć kiedy ciąg dalszy? Nie mogę się doczekać
30
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

Detektyw Matylda Dominiczak otrzymuje pozornie proste, ale niecodzienne zlecenie. Przez pewien czas musi udawać najnowszą partnerkę bogatego architekta, którego poprzednie kobiety otrzymywały pogróżki. Co ciekawe wszystkie były do siebie bliźniaczo podobne, więc dodatkowo przechodzi wizerunkową przemianę, by odpowiadać specyficznym upodobaniom klienta. Tak więc wciśnięta w rozmiar XS, na kilkucentymetrowych szpilkach wkracza do akcji! Uwierzcie mi, nie chcecie tego przegapić. ... Książki autorki uwielbiam, a na przestrzeni lat trochę się ich uzbierało. I tym razem bawiłam się świetnie, często wybuchając głośnym śmiechem. Przezabawne sytuacje, genialne dialogi i barwni bohaterowie. Matyldzie nie można odmówić błyskotliwej inteligencji, oryginalnej dedukcji i talentu do pakowania się w kłopoty. Chociaż detektyw Dominiczak jest jedyna w swoim rodzaju i jak zwykle wymiata, to jednak tym razem przyćmił ja bezbłędny Pan Miecio. Ale końcówka! No jak? Trzy razy sprawdzałam, gdzie brakują...
20
agnieszka_1956

Nie oderwiesz się od lektury

To nie jest w porządku, żeby książkę kończyć w takim momencie
20

Popularność




Copyright © Olga Rudnicka, 2023

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

Ziemia i listek:

© Menno Van Der Haven/Dreamstime.com

Czaszka:

© qback/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8295-459-3

Warszawa 2023

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

11 czerwca 2012 roku, taki sobie poniedziałek

Stanisław Tomczak, emerytowany komisarz policji, patrzył z zażenowaniem na szefową. Jeszcze kilka lat temu była podejrzana w sprawie o zabójstwo dyrektora biblioteki i wtedy on ją przesłuchiwał, a teraz to ona zadawała mu niewygodne pytania i nawet nie czekała na odpowiedź. Ujeżdżała się po nim jak po łysej kobyle.

– I co pan na to, komisarzu? Co pan na to? Mnie jest wstyd za pana, za siebie i przed panem, że jestem zmuszona do tej rozmowy, jednak tak dalej być nie może. Menda, nie menda, ale klient. A co ja mówiłam o klientach? Co mówiłam? Dużo mówiłam, ale najważniejsze jest co? Nie obrażamy klienta! Nie obrażamy! A dlaczego tego nie robimy, panie komisarzu? Bo obrażony klient nie płaci. A klient, który nie płaci, to klient kłopotliwy, bo zamiast brać kolejną sprawę, muszę się prosić o pieniądze! A za to już mi nikt nie płaci! A jak nikt mi nie płaci, to i panu nikt nie płaci! Dlatego czego nie robimy?

– Nie obrażamy klienta? – spytał smętnym tonem, pociągając nosem.

Żałował, że nie ma chustki, którą mógłby wytrzeć sumiasty wąs. Chustka została skonfiskowana, a następnie zabroniona. W zamian dostał opakowanie chusteczek higienicznych.

– Właśnie! Nie obrażamy klienta! Nie nazywamy go chujkiem! Nie nazywamy impotentem! Nie plujemy mu pod stopy! I czego jeszcze nie robimy?! No, komisarzu Tomczak?

Pociągnął nosem i tym razem odruchowo sięgnął do kieszeni po kraciastą chustkę, lecz natrafił jedynie na opakowanie chusteczek higienicznych.

– Komisarzu! – huknęła Matylda, uderzając dłonią w blat biurka.

Opanuj się, syknął głos. Zachowujesz się jak Salomea Gwint!

Nio… – zachichotał potakująco głosik.

Matylda nie zdążyła zganić się za to „nio”, które podłapała od jednego z asystentów, zatrudnianych od czasu do czasu na zlecenia, gdy przemowę przerwał jej dzwonek telefonu. Spojrzała na wyświetlacz. Dziecko dzwoniło. Uniosła palec w górę i groźnie spoglądając na komisarza, by ten wiedział, że to jeszcze nie koniec, odebrała połączenie.

– Co tam, dziecko moje kochane? – spytała w nadziei, że córka nie dzwoni ze strasznymi wieściami.

– Mamuś, chciałam tylko powiedzieć, że nakarmiłam tatę, włączyłam pralkę, a pani Ludmiła wyjmie pranie i rozwiesi, tylko trzeba do niej zadzwonić i jej to przekazać, bo zapomniałam zostawić dla niej kartkę. Zakupy zrobimy z babcią po szkole i zjem obiad u dziadków, a jedyne, czego nie ogarniemy, to zepsuta spłuczka w toalecie. Potrzebujemy jakiegoś mężczyzny, i to pilnie. Dziadek odpada, bo ma rwę kulszową, i babcia mówi, że czołga się po dywanie, więc nie ma co na niego liczyć, bo jeszcze zabije się na schodach – wyrecytowała Monika na bezdechu, czym przypominała swoją rodzicielkę. – Pa!

– Pa – odpowiedziała machinalnie Matylda, lekko skołowana strumieniem informacji.

Po kim ona to ma? – zastanawiała się, próbując uszeregować w głowie złożony przez córkę raport. Mąż nie umrze z głodu, pranie może zgnić w pralce, ale skąd wziąć hydraulika? Wszyscy wyjechali z kraju.

– Wszystko gra, pani Matyldo? – spytał niepewnie komisarz Tomczak.

– Nie jestem pewna – odparła. – Zdaje się, że potrzebujemy mężczyzny.

– My? – zdziwił się.

– Nie my, tylko ja.

– Dawno to mówiłem. – Tomczak ucieszył się ze zmiany tematu. – Ja tam do pana Romana nic nie mam, ale pizda z niego, nie chłop! Niemota taka, że słów brak! Znam paru fajnych chłopaków, wprawdzie po rozwodzie, ale niealimentacyjni, bo dzieciaki duże. W pani wieku to już tylko kawaler z odzysku. Ale pani to babka z ikrą i byle szmondaka bym nie polecił! – Z zapałem kiwał głową. – Tylko rozwód pani załatwi i…

– Komisarzu Tomczak, do wydmuchiwania nosa używamy chusteczki. Nie strzelamy smarkami w buty klienta – dokończyła reprymendę zrezygnowana Matylda.

Mimo że się uniosła, w duchu przyznawała rację swemu podwładnemu. Klient to chujek, ale z kasą, więc mówienie mu przykrej prawdy przed opłaceniem faktury nie wydawało się rozważne. Pewnie trzeba będzie go przydusić, ale duszenie klientów nie jest jej mocną stroną. Salomea nie miała problemów ze ściągalnością. Może kilka porad od eksszefowej nie byłoby złym pomysłem. Przydałby się poradnik Jak trzymać klienta za pysk i nie stracić licencji.

– Aha… no tak… – Komisarz zmarkotniał. Czyli jednak Matylda nie odpuści. – To może ja go tego… no… przeproszę? – zaproponował w nadziei, że szefowa jednak nie zażąda takiego poświęcenia. Płaszczenie się nie było jego mocną stroną, nawet gdy się starał.

– Nie wpadajmy w przesadę – skrzywiła się. – Menda i tak już więcej nas nie zatrudni, więc kij mu w oko. Tylko proszę nigdy więcej tego nie robić! To już drugi raz!

– Pierwszy! – sprzeciwił się Tomczak.

– A co było z poprzednią klientką? – spytała z wyrzutem.

– Aaa – zawstydził się. – To… No, tego… Kobitka do rzeczy była, więc… No, ja ten tego… ale że to obraźliwe? Nawet się ogoliłem!

– Zapytał pan, czy jak już pogrzebie męża, to czy reflektowałaby na kolejnego.

– Aha… no tak… No, tego… dobre intencje miałem… smutna kobitka była, aż żal patrzeć – tłumaczył się jak nastolatek przyłapany na wąchaniu ukradzionych sąsiadce majtek.

– Dobór słów wyjątkowo nieszczęśliwy – stwierdziła tonem pełnym nagany.

– To akurat racja… – przyznał niechętnie.

Podrapał się po siwej, dawno nieprzycinanej czuprynie. To jedyna rzecz, którą Matylda mu odpuściła. Od czasu do czasu udawał bezdomnego, wówczas fryzura była jak znalazł. Bardziej jednak męczył go nakaz regularnego mycia włosów, gdy nie musiał wyglądać jak menel spod budki z piwem. I jeszcze ta odżywka! Kiedyś ludzie myli się tylko w soboty – i to cała rodzina w tej samej wodzie – i żyli, a teraz? Żel! Szampon! Odżywka! Balsam! Maść na hemoroidy! Co za czasy! Nawet w policji nie mieli takich wymagań.

– Ale wie pani, żałobę miałem i pomyślałem, że nikt tak nie zrozumie wdowy jak… – Pod ironicznym spojrzeniem Matyldy chrząknął i zamilkł.

– Panie Staszku, pan nie jest wdowcem.

– No nie – zgodził się niechętnie. – Ale jak mnie Salcia pogoniła, to tak jakoś… – Podrapał się smętnie po głowie i oświadczył z westchnieniem: – Niech będzie. Kończę z babami. Pożytku z nich żadnego, a jeszcze naoglądają się diabli wiedzą czego i jakieś wymagania mają. Mnie tam bliżej do sześćdziesiątki niż dalej i do kibelka to ja ze cztery razy w nocy wstaję…

– Stop! – zawołała. – Nie chcę wiedzieć!

– A może to i lepiej. – Z rezygnacją machnął ręką. – To co? Zwalnia mnie pani?

– Za co? – zdziwiła się Matylda.

– Za tego chujka.

– No wie pan! – obruszyła się. – Nigdy w życiu, ale prośbę mam.

– Strzela pani jak w dym! – zapewnił gorąco.

Z policji odszedł, bo praca mu nie służyła, a swoje lata już miał. Na emeryturze odkrył, że z takim życiem też jakoś mu nie po drodze. Ile można rybki łowić? Nawet po pijaku trudno było z wędką na krzesełku wysiedzieć, a na trzeźwo to w ogóle. Gdyby nie Matylda, pewnie już dawno pływałby z tymi rybkami. Niby miał wnuki i mógłby dziadkować, ale te współczesne dzieciaki to takie wymoczki, że ani głosu podnieść, ani krzywo spojrzeć, bo zaraz płacz i lament, i psychoterapia, za którą jeszcze musiałby płacić.

– Spłuczkę umie pan naprawić?

– A co mam nie umieć? Pewno, że umiem.

– Świetnie! – ucieszyła się. – To wpadnie pan do mnie do domu jakoś wieczorkiem?

– Mogę nawet zaraz.

– Zaraz to nie, bo po obserwacji nocnej jesteśmy. Oboje musimy odpocząć, a ja to nawet powinnam się umyć i przebrać. I to najlepiej od razu – stwierdziła, spoglądając z niesmakiem na ubłocone spodnie.

Nocna obserwacja na ogół nudna rzecz, choć skok przez płot, gdy trzeba uciekać przed psami, potrafi ją urozmaicić. Ale wylądować na kolanach w jedynej kałuży w promieniu kilometra – to trzeba mieć pecha!

– To znaczy, że dziś już nie będę potrzebny?

– Nie, panie komisarzu. Bardzo dziękuję za wsparcie.

– Nie ma za co – odparł łaskawie, w ułamku sekundy zapominając o reprymendzie, którą właśnie otrzymał. Kto by tam za babą nadążył? – pomyślał jeszcze i korzystając z łaskawości Matyldy, zdecydował się wspomnieć o koledze: – Bo jakby pani potrzebowała chłopa na schwał, to ja Bronka bym polecał. Też emeryt, ale po piętnastu latach uciekł i teraz pracuje jako ratownik na basenie. Pięćdziesiątki jeszcze nie ma. Spłuczkę to by bez proszenia naprawił.

– Super – mruknęła Matylda.

– Też tak sądzę – rozpromienił się Tomczak, zawadiacko podkręcając siwego wąsa, który wreszcie odrósł w pełnej krasie po tym, jak podczas pobytu komisarza w szpitalu na oddziale intensywnej terapii jakaś podstępna harpia, korzystając, że był nieprzytomny, zgoliła mu ową imponującą ozdobę twarzy.

– Dobry prawnik od rozwodów rozwiąże ten supeł gordyjski, a ja…

– A pan naprawi mi spłuczkę bez wtrącania się w moje małżeństwo – dokończyła za niego groźnym tonem Matylda.

Nie dość, że ostatnio jej matka doszła do wniosku, iż mąż manekin, nawet zarabiający na siebie, nie jest tym, czego jej córka mogłaby oczekiwać od małżeństwa, to i ojciec coś zaczął przebąkiwać, że Roman może i jest nieszkodliwy, ale Matyldzie coś więcej od życia się należy.

Ona też tak uważała, ale jako że nie miała dość czasu, by przemyśleć sens swojego małżeństwa, choć chyba nie bardzo już było o czym myśleć, więc wciąż odwlekała podjęcie ostatecznej decyzji. Gdy poprzednio odeszła od Romana, tak na próbę, by sprawdzić, czy mąż zauważy jej nieobecność, to wprawdzie się po nią pofatygował, ale później zupełnie o niej zapomniał i nawet nie pytał, gdzie była, kiedy jej nie było, a zdarzało jej się to często. Nie wiedziała, czy pochłonięty pracą zauważał jej nieobecność.

Nie dość, że nie miała czasu na przemyślenia, nie miała go też na działania, a porada prawna bardzo by jej się przydała, bo mieszkania nie zamierzała mężowi oddawać, a spłacić Romana też nie miała z czego. Dzieci więcej nie planowała, więc może zgodziłby się przepisać swoją część mieszkania córce, a Matylda w zamian zrezygnowałaby z alimentów.

No dobra, myślała o rozwodzie, i to sporo. Najistotniejszą jednak przeszkodą była Monika, bo pozbawiać dziecka ojca nie zamierzała, a obawiała się, że Roman może zapomnieć odwiedzać córkę, gdy się wyprowadzi. To nawet więcej niż możliwe.

Trzydziestka stuknęła ci kilka lat temu, młodsza nie będziesz, zauważył głosik.

Racja, pomyślała. Za kilka lat przeterminuje się i już nie będzie jej się chciało nic zmieniać. No, może za kilkanaście. Pogrążona w myślach nie zauważyła rejterady byłego komisarza policji, który czmychnął natychmiast, gdy tylko się zorientował, że Matylda odpłynęła za horyzont świata alternatywnego.

– Kurde melek – mruknęła do siebie. – Tyle decyzji do podejmowania i zero wsparcia. Dobrze, że chociaż nikt już człowiekowi kłód pod nogi nie rzuca za często.

Zamknęła drzwi wynajmowanego w kamienicy biura i poszła do łazienki, gdzie z ulgą zdjęła z siebie ubłocone rzeczy i weszła pod gorącą wodę.

Niejaki Teodor Masełko, który nieoczekiwanie dla siebie i pominiętych spadkobierców odziedziczył kamienicę niemalże w centrum miasta po śmierci bliżej nieznanego mu pociotka, niemal zbankrutował, płacąc podatek spadkowy, i gdyby nie pomoc banku – bynajmniej nie charytatywna – musiałby sprzedać schedę, by oddać cesarzowi, co cesarskie. Stety czy też niestety, nie stać go już było na remont generalny sypiącego się budynku, wynajął więc mieszkania na biura, zobowiązując najemców do remontu zajmowanych lokali. W zamian oferował im niższe stawki za wynajem. Sam miał odrestaurować schody, klatkę schodową, windę i elewację, by kamienica przynajmniej sprawiała wrażenie odnowionej. Zdaniem Matyldy na tak zupełnie biednego nie trafiło, ale podatki samego Ala Capone zaprowadziły za kratki, więc kto wie, ile naliczono Teodorowi.

Wprawdzie remont lokalu wymagał pewnych nakładów, ale co się dało, zrobiła we własnym zakresie, na przykład osobiście wymalowała ściany. Resztę – między innymi wymianę kabli elektrycznych w ścianach, żeby nie puścić kamienicy z dymem, a także rur kanalizacyjnych, żeby nie spowodować biblijnego potopu – wykonali fachowcy, którzy próbowali obedrzeć Matyldę ze skóry, myśląc, że trafili na naiwniaczkę, co to na niczym się nie zna. Może i się nie znała, ale znała takich, co się znali. I nie, nie był to jej mąż, który przez przypadek zmasakrował całkiem dobre podłogi, tylko sam komisarz Tomczak, który wparował do biura z bronią, klnąc na czym świat stoi, co natychmiast spowodowało znaczne obniżenie kosztów remontu. Oburzenie komisarza nie miało nic wspólnego z fachowcami, jednak ci przyczyn nie dociekali. Wściekły facet z bronią to argument nie do odparcia.

Wynajęty w ubiegłym roku lokal po generalnym remoncie wreszcie stał się biurem z prawdziwego zdarzenia. Panele w kolorze jakiejś tam brzozy, chyba kanadyjskiej (lub syberyjskiej), wyglądały całkiem ładnie, i choć nawet nie leżały obok wysokiej półki, powinny na kilka lat wystarczyć. A może to był dąb? Matylda nie miała pojęcia, na co ostatecznie się zdecydowała, poza tym, że przypominały szare drewno.

Ściany również pomalowała na szaro; ten kolor nosił jakąś wymyślną nazwę, ale, tak po prawdzie, niespecjalnie odróżniała odcienie. „Niewzruszona szarość” czy też „odporny popielaty” wyglądały według niej identycznie z bezbłędnym błękitem. Kto wymyśla tyle nazw dla jednego koloru?!

Różnice były niewidoczne dla jej oka, ale „odporny popielaty” brzmiał najlepiej, i do tego prezentował się doskonale na wyszpachlowanych ścianach – po prostu szaro. Meble udało się Matyldzie kupić na licytacji komorniczej. Tu nikt nie wymyślał wyszukanych nazw i kolorów. „Meble biuro czarne” – koniec opisu. Jedyną ich wadę stanowił widoczny kurz, ale nie było go aż tyle, by Matyldzie nie udawało się ogarnąć porządków. Biurko, kilka regałów, wysoka szafa na dokumenty, do tego kilka niezbyt wygodnych krzeseł i kupiona na wyprzedaży sofa, na której nie raz i nie dwa ucinała sobie drzemkę.

Matyldzie udało się nawet zagospodarować przechodnie pomieszczenie i urządzić tam sekretariat, w którym jednak aktualnie nikt nie pracował. Na sekretarkę nie było jej jeszcze stać, ale powoli do przodu – jak spłaci kredyt za remont, pomyśli o zatrudnieniu jakiejś Wonder Woman, która zajmie się nie tylko obsługą sekretariatu, ale przede wszystkim prowadzeniem księgowości i sprawami administracyjnymi, tak żeby Matylda mogła poświęcić się wyłącznie pracy detektywistycznej.

Czekaj tatka latka, zakpił głosik. Jak nie przestaniesz wybrzydzać ze zleceniami, to nawet nie spłacisz kredytu.

Nie przesadzajmy, ostatnie miesiące wreszcie zamykam zyskiem, a w maju udało mi się nawet odłożyć co nieco na czarną godzinę.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, zauważył złowróżb­nie głos.

Racja, pomyślała, wszystkie zlecenia zamknięte, nie mam nic nowego.

Trzeba było brać tę sprawę rozwodową, powiedział z wyrzutem głos.

Po co jej cudza, jak ma własną? – nieprzyjemnie zachichotał głosik.

Dajcie spokój, zirytowała się. Nie mam, tylko rozważam.

Od roku!

A nie dwóch?

Zakręciła wodę. Jedno z pomieszczeń zamierzała podnająć, ale coś jej nie szły rozmowy z kandydatami. Decyzja o dzieleniu łazienki i toalety z kimś zupełnie nieznanym była bardzo trudna, ale będzie musiała ją podjąć.

Albo trzeba zacząć zarabiać więcej, a jak nie więcej, to chociaż częściej.

Mimo natłoku ponurych myśli po części przeplatanych planami zmuszenia chujka do zapłacenia faktury – może prześle ją teściowi klienta – pół godziny później stała przed kamienicą i uśmiechała się do zamontowanej na elewacji tablicy.

MATYLDA DOMINICZAK

PRYWATNY DETEKTYW

Uśmiechnęła się przepraszająco do wychodzącego z budynku młodego mężczyzny w eleganckim grafitowym garniturze – ten odcień odróżniała, nazywając go najczęściej ołówkowym, póki Monika jej nie poprawiła, i białej koszuli. Tamten nie odwzajemnił uśmiechu, rzucił jej tylko znad okularów nic niemówiące spojrzenie i odszedł. Pod pachą niósł niedomykającą się aktówkę, przez ramię miał przewieszoną czarną togę z zielonymi wstawkami.

To pewnie jeden z adwokatów, którzy wprowadzili się tu w ubiegłym tygodniu, przemknęło jej przez myśl, a ona właśnie wyszczerzała się do zamontowanej na budynku tablicy i na pewno robiła dziwne miny. Obejrzała się kiedyś w lustrze podczas trwającej w jej głowie dyskusji i z zaskoczeniem odkryła, że jej twarz nie tylko żyje wówczas własnym życiem, ale w dodatku lewa połowa nie wie, co czyni prawa. Efekt tego był taki, że ta część, którą zaanektował głos, wyglądała jak porażona, a ta od głosiku miała nerwowe tiki. Tylko oczy pozostały jej własne – wielkie i przerażone, z rozbieganymi tęczówkami.

Łap go! – pisnął głosik.

Goń go, goń, ponaglał ją głos. Biuro detektywistyczne i kancelaria adwokacka pod jednym dachem! To może być niezła symbioza!

Matyldzie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pognała za mężczyzną jak sarenka. Kilka zgubionych kilogramów i regularne treningi okazały się zbawienne dla jej kondycji, co przydało się również tej nocy, gdy uciekała przed goniącymi ją psami. Rok temu mogłaby się najwyżej wkomponować w płot, a nie go przeskoczyć.

– Mecenas Piasecki czy wspólnicy?! – zawołała za nim.

– Jestem zajęty. Proszę się umówić – odparł ścigany, nie odwracając się, by na nią spojrzeć.

Skręcił za róg budynku, gdzie znajdował się niewielki parking.

– Matylda Dominiczak. Prywatny detektyw. Wynajmuję biuro pod panem.

– Gratuluję. Świetna lokalizacja – powiedział, nie oglądając się za siebie.

– Gdyby poświęcił mi pan chwilę… – zaczęła, ale mężczyzna zatrzymał się przy prostokącie dla niepełnosprawnych, gdzie stał samochód nieposiadający wymaganych oznaczeń, by móc korzystać z takiego miejsca. Nie spoglądając na Matyldę, wręczył jej wizytówkę i powiedział stanowczo:

– Proszę się umówić. Teraz jestem zajęty.

– Czym? – zdziwiła się.

– Mam spotkanie z klientem.

Rozejrzała się dookoła. Poza zaparkowanym kombi i jej Duśką na parkingu nie znajdował się żaden inny pojazd. I na pewno nie klient. Na pobliskim drzewie było gniazdo srok, ale ich nie mógł mieć na myśli. Na wariata nie wyglądał.

A kto wygląda? – spytał z zaciekawieniem i jakąś ironiczną zaczepnością głosik.

– Zaparkował pan na miejscu dla niepełnosprawnych? Ma pan uprawnienia?

Postanowiła nie wnikać w spotkanie z niewidzialnym klientem, ale była cięta na cwaniaków korzystających z ulg, do których nie mieli prawa, jednocześnie pozbawiając osoby niepełnosprawne możliwości dogodnego zaparkowania auta.

Problem ten dostrzegła, śledząc niewiernego małżonka jednej z klientek, gdy sama bezczelnie i właściwie bezmyślnie zaparkowała na jedynym wolnym miejscu przeznaczonym dla niepełnosprawnych, uruchamiając tym samym lawinę zdarzeń. Zajechała wówczas drogę osobie uprawnionej do skorzystania z tego miejsca, która następnie, posługując się kulą inwalidzką, usiłowała rozbić lampę w ukochanym oplu Matyldy. Duśka jakoś przeżyła, ale afera parkingowa przyciągnęła uwagę niewiernego małżonka, menedżera motelu i przejeżdżającego obok radiowozu. Mandat był najmniejszym problemem Matyldy, gdy panowie policjanci z nią skończyli. Klientka zrezygnowała ze zlecenia, a że to Matylda nawaliła, musiała zwrócić całą zaliczkę. Dobrze, że tamta nie podała jej do sądu za szkody, bo mąż dowiedział się o planach rozwodu i się wściekł, na szczęście tylko trochę, gdyż nie wiedział, co pani detektyw już wie, a czego nie, i wolał się nie wychylać.

– Nie i nie. Proszę odejść. Zakłóca pani mój plan dnia – powiedział oschle prawnik.

– Więc to nie pańskie auto?

– Nie.

– Hm…

Spojrzała podejrzliwie na zaparkowany samochód i na stojącego tuż obok adwokata. Jego twarz nie wyrażała zupełnie niczego. Stał tak sobie absolutnie obojętny na sprawy tego świata i patrzył w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Gdyby nie ceglany mur, uznałaby, że patrzy za horyzont, ale ten był zbyt blisko, by przyjąć takie założenie. Zawiesił się, uznała Matylda. Może to jakiś nietypowy atak padaczki?

Trudno też było stwierdzić, co wyraża twarz kierowcy nieprawidłowo zaparkowanego pojazdu, gdyż auto miało przyciemniane wszystkie szyby i właściwie nie było wiadomo, czy samochód ma aktualnie na stanie kierowcę. Może kierowca sobie poszedł i nie wiadomo, kiedy wróci i czy wróci.

Samochód długością i kształtem przypominał karawan. Nie miał żadnych oznaczeń pogrzebowych, ale kto normalny potrzebuje takiego długiego bagażnika? Złodziej słupów telegraficznych?

– Pani nadal tu jest – stwierdził obojętnie adwokat i po raz pierwszy odwrócił się do niej przodem, obrzucając Matyldę równie obojętnym spojrzeniem brązowych oczu.

Ładny, pomyślała Matylda. Tylko jakiś taki chudy. Jak przerośnięty chłopiec.

– No jestem – przyznała zakłopotana, nie wiedząc, jak właściwie miałaby wyjaśnić swoją obecność.

– Niestety – westchnął. – Zatrudniam panią.

– Naprawdę? – zdziwiła się. – Tak od razu?

– Niestety – westchnął ponownie.

– Dlaczego niestety? – spytała podejrzliwie. – Słyszał pan coś o mnie?

– A powinienem? – Teraz jego spojrzenie przybrało bardziej badawczy wyraz, jakby sondował jej CV.

– Niekoniecznie.

– Tak sądziłem – odrzekł, na powrót tracąc zainteresowanie Matyldą, i wbił wzrok w ceglany mur. – Zakładam, że artykuł dwunasty ustawy o usługach detektywistycznych jest pani znany?

– Obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej?

– Pani wie czy pyta?

– Wiem – odparła niepewnie.

– Doskonale. Ma pani przy sobie wzór umowy?

– Nie…

– Nie szkodzi. – Adwokat otworzył teczkę i wyjął z niej kartkę i długopis. Nakreślił kilka linijek tekstu. – Numer licencji poproszę.

Matylda wyrecytowała ciąg cyfr, które tamten skrzętnie zapisał, po czym odwrócił opartą na aktówce kartkę w jej stronę i powiedział:

– Tu jestem ja, tu jest pani, tu jest czas i zakres usługi. Czas: trzy godziny, zakres usługi: obserwacja. Wynagrodzenie sto pięćdziesiąt złotych za godzinę plus zwrot kosztów. Stawki wahają się od stu pięćdziesięciu do dwustu złotych za dniówkę, zatem oferta jest więcej niż uczciwa. Podpis proszę.

Uciekaj, syknął głos. Coś tu śmierdzi!

To może być okazja! Bierz! – mamrotał głosik.

A może to wariat?

Cztery i pół stówki piechotą nie chodzi, lecz aż tak biedna nie była, by z powodu tej kwoty wpakować się w jakąś kabałę. Mimo to podpisała bez słowa. Ciekawość to samo zło, pomyślała, ale cóż zrobić, droga do nieba brukowana jest dobrymi uczynkami, a z tymi ostatnio jakoś miała kłopoty.

– Nie napisał pan, czego ma dotyczyć obserwacja – zauważyła.

– Mojej skromnej osoby.

– Mam pana śledzić? – zdziwiła się.

– Towarzyszyć mi i nie spuszczać z oka.

– Kiedy zaczynam?

– Teraz.

– Więc… będziemy tu tak sobie razem stać przez – zerknęła na zegarek – kolejne dwie godziny i pięćdziesiąt dziewięć minut?

– Ależ skąd! – Błysnął zębami w uśmiechu, który nadał mu iście szatański wygląd.

W tym momencie była pewna, że gdyby przyszło do pojedynku dwóch wielkich umysłów, czyli mecenasa Piaseckiego i prokuratora Obszmurka, legendy prokuratury wojewódzkiej, po nogawce prokuratora pociekłaby strużka moczu. Matyldę też przeszedł zimny dreszcz. O seryjnych zabójcach też mówiono: „To był taki miły chłopiec, tylko koty w okolicy wyginęły”.

– Ma pani przy sobie broń?

– Nie używam – bąknęła niepewna, czy właśnie zaprzepaściła szansę na dalszą współpracę, gdyby się na nią zdecydowała i mecenas się zdecydował.

– To nawet lepiej.

– To prowadzi do eskalacji przemocy, której jestem zdecydowaną przeciwniczką – usprawiedliwiała swoją decyzję, nie wiedząc, czy facet przypadkiem z niej nie kpi.

– Rozsądnie.

– Też tak sądzę – stwierdziła, nie dopowiadając, że jej decyzja, by nie starać się o pozwolenie na broń, przez większość znajomych osób uważana była za co najmniej dziwną. On też mógł ironizować, a owo „rozsądnie” mogło tak naprawdę znaczyć „idiotycznie”.

– Uwaga! Zaczynamy! – powiedział nagle mecenas.

Co zaczynamy? – chciała zapytać, ale nie zdążyła. Adwokat skinął głową niewidzialnemu kierowcy karawanu. Drzwi samochodu otworzyły się i wysiadło z niego dwóch napakowanych osiłków w czarnych garniturach i białych rękawiczkach, na głowach mieli meloniki. Matylda nie mogła oderwać wzroku od tych kapeluszy. Na cylindry były za niskie, na berety za wysokie. Melonik, jak nic!

– Proszę zatem stanąć obok mnie, zachować spokój, nie kwestionować poleceń, uważnie słuchać i nie podejmować żadnych działań. Żadnych – powtórzył stanowczo. – Rozumie pani?

Matylda tylko skinęła głową, zbyt osłupiała, by cokolwiek odpowiedzieć. Jeden z osiłków otworzył tylne drzwi, drugi skinął im głową, wskazując kierunek. Piasecki ruszył przed siebie, Matylda po chwili wahania dołączyła do niego i spojrzała do środka pojazdu.

Ożeż kurwa jego mać! – zaklął głos dokładnie jak sławetny komisarz Tomczak, po czym dodał jego słowa: – Ni chuja nie wejdę!

Ojcze nas, któryś jest w niebie, i wszyscy święci… – zaczął głosik.

Morda w kubeł! – Matylda stanowczo uciszyła panikujące głosy, a potem śladem mecenasa, który wydawał się w najmniejszym stopniu nieprzejęty takim środkiem lokomocji i po prostu wsunął się do kombi, weszła do bagażnika.

– Sorki, panie mecenas, nie wiedzieliśmy, że będzie was dwoje, babeczka chuderlawa, to się zmieści obok – powiedział jeden z osiłków.

– Ciasne, ale własne – zarechotał drugi, ale zgromiony spojrzeniem kolegi wzruszył lekko ramionami i powiedział skruszonym tonem: – Pan wybaczy, panie mecenas, my nie chcieli. Ale babeczka faktycznie chuderlawa. Następnym razem weźmiemy większy rozmiar. Słowo, panie mecenas.

– Pani Matyldo, zapraszam – powiedział z naciskiem Piasecki, wskazując miejsce koło siebie w otwartej trumnie.

Mowy nie ma! – zapiszczał przelękniony głosik.

Głos dla odmiany zaniemówił.

Nie będzie następnego razu, postanowiła Matylda, kładąc się w trumnie obok swojego nowego zleceniodawcy. Nie dość, że było ciasno, to jeszcze mężczyzna wsunął między nich wypchaną teczkę, która teraz uwierała ją w plecy.

– Trzy godziny! – syknęła wściekle, gdy wieko trumny opadło i już nic nie było widać. – I ani minuty więcej!

– Oczywiście. Nie sądzę, żeby spotkanie z klientem miało potrwać dłużej. Dojazd na miejsce zajmie nam dobrą chwilę, więc może poruszymy przy okazji nurtujący panią problem. W jakiej sprawie chciała się pani ze mną spotkać?

Z panem? Niekoniecznie, pomyślała Matylda. Przedłużające się milczenie stanowiło wyraźny sygnał, że prawnik czeka na odpowiedź.

Albo i nie, odezwał się niepewnie głos. Zagadał przy okazji, bo krajobrazy kiepskie, żeby czas mu szybciej zleciał.

Powiedz, że chodzi o rozwód! – syknął ponaglająco głos. Już czas rozważyć możliwości.

O współpracę! – Głosik podskakiwał szaleńczo w rytm galopującego serca Matyldy. Ostatni raz tak jej waliło, gdy skutkiem ubocznym brania jednego z antybiotyków okazało się kołatanie serca. Miała wtedy wrażenie, że zaraz wystartuje w kosmos. Teraz czuła się tak samo. A jak się uduszą? Trumna była przewidziana na jedną osobę, nie dwie!

Nie bądź głupia, żadnej współpracy, stanowczo polecił głos. Facet ma za klienta samego hrabiego Drakulę! To jak spacer po polu minowym. Rozwód to bezpieczniejszy temat.

– Chciałam zaoferować usługi detektywistyczne, ale w zaistniałej sytuacji będę zmuszona to przemyśleć – odpowiedziała w końcu. – Wie pan, dokąd jedziemy?

– Pojęcia nie mam.

– I pana to nie martwi?!

– A powinno? – W głosie adwokata dało się słyszeć lekkie zaskoczenie, jakby pytanie Matyldy było przynajmniej dziwne.

– Pan poważnie pyta?! – pisnęła. – Wywożą nas nie wiadomo dokąd! W dodatku w trumnie! I pana to nie rusza?!

– Klienci mają niekiedy ekscentryczne wymagania. Skoro jeszcze tego pani nie odkryła, to albo jest pani świeżynką w zawodzie, albo długo pani nie pociągnie.

– To groźba?

– Raczej przewidywanie.

Odetchnęła głęboko, by uspokoić nerwy, i spytała:

– Klienta, do którego jedziemy, pan zna?

– Oczywiście.

– Dlaczego nie spotykacie się w kancelarii?

– Klient czuje się bezpieczniej, gdy nikt nie wie, gdzie jest.

– Poszukiwany przestępca?

– Paranoik.

– Nie przeszkadza to panu?

– Przeszkadza mi niewypłacalny klient. Paranoja bywa uzasadniona.

– Bierze pan każdego jak leci?

– To zależy.

– Od czego?

– Od wypłacalności.

– No tak, to oczywiste… – Sama dopiero co poruszyła ten temat w rozmowie z Tomczakiem. Wypłacalność. Nie powinna więc się czepiać. – Nie przeszkadza panu praca dla przestępców?

– Moi klienci są niewinni do czasu skazania prawomocnym wyrokiem.

– Pewnie. – Moralizować też nie powinna. Swego czasu pracowała dla niejakiego Wujka. Nie żeby chciała, ale jakoś tak wyszło. Nieprzyjemne doświadczenie, choć pouczające. – Czy jest klient, któremu odmówiłby pan swoich usług?

– Oczywiście.

– O – ucieszyła się. – A jednak! Jaki byłby to klient?

– Niewypłacalny.

– Nie rozumiem, dlaczego w ogóle zapytałam – westchnęła z rezygnacją. – Daleko jeszcze?

– Nie wiem.

– Dobrze, że nie mam choroby lokomocyjnej ani klaustrofobii – burknęła. – Czy w ramach premii udzieli mi pan porady prawnej?

Adwokat zachichotał, po czym mruknął coś, co Matylda wzięła za zgodę.

– Rozważam rozwód – oświadczyła głosem, który zabrzmiał dość dramatycznie przy tak prozaicznej dla prawnika sprawie, ale okoliczności transportu uzasadniały taki ton.

– Z jakiegoś szczególnego powodu?

– A musi być?

– Powinien. W bananowej republice nie ma jeszcze rozwodów na żądanie. Czy nastąpił rozkład pożycia?

– Zdecydowanie – oświadczyła z determinacją.

Lepsza okazja może się nie trafić, a może i żadnej już nie będzie. Jeśli wiozą ich na drugi świat, to niekoniecznie stamtąd wrócą. Nie wierzyła specjalnie w życie pozagrobowe, zaczynała jednak rozumieć teorię, że osoby, które zmarły gwałtowną śmiercią, zamieniają się w poltergeisty. Ona na pewno nim zostanie. Lista osób, które zacznie straszyć, będzie długa. Piasecki też na nią trafi zaraz po jej zabójcach.

– Zupełny i trwały?

– Gdybym była zwłokami, znajdowałabym się w stanie zaawansowanego rozkładu – odpowiedziała.

– Więź emocjonalna?

Westchnęła.

– Na jakimś poziomie jestem do niego przywiązana, ale gdy tak jadę w trumnie na spotkanie z wariatem w jakimś odosobnionym miejscu i nie wiadomo, czy wrócę, to czuję, że chciałabym od życia czegoś więcej. Mąż po prostu sobie jest i poza finansową żadnej innej funkcji nie pełni.

– Prowadzą państwo wspólne gospodarstwo domowe?

– Mamy osobne konta, a na koniec miesiąca wystawiam mężowi rachunek, żeby wiedział, jaką kwotę ma mi przelać jako swoją część kosztów związanych z utrzymaniem mieszkania i opłaceniem pomocy domowej.

– Dzieci?

– Jedno. Córka. Trzynaście lat.

– Mąż jest dobrym ojcem?

– Zależy. Finansowo nie mam do niego zastrzeżeń, ale córką nie zajmuje się w najmniejszym stopniu, co niekoniecznie powinnam mu wypominać, bo moje godziny pracy powodują, że gdyby nie pani Ludmiła i moja matka, Moniką często nie miałby kto się zająć. Na szczęście jest bardzo samodzielna. Gdyby zniknęła, Roman mógłby się zorientować dopiero wówczas, gdy policja zapukałaby do drzwi z prośbą o identyfikację zwłok, i jeśli mam być szczera, nie jestem pewna, czyby ją rozpoznał. Nie wie nawet, do jakiej szkoły chodzi Monika, niemniej wierzę, że kocha swoje dziecko, gdy o nim pamięta…

– Alkohol?

– A skąd! Siedzi i pisze te swoje programy komputerowe! Przynajmniej pracę rzucił, bo wcześniej to już nawet nie sypiał. Teraz ma więcej czasu na własną firmę programującą i jeszcze więcej czasu na łupanie w gry. Kawę tylko żłopie hektolitrami.

– Agresja?

– Prędzej ja mu coś zrobię – odparła Matylda – gdy już nie zdzierżę takiego małżeństwa. Wie pan, że schudłam jakieś dziesięć kilo, a on nawet nie zauważył? A jak nie wracam na noc, to nie pyta, gdzie byłam. Kiedyś to chociaż marudził, że mu moja praca nie odpowiada.

– Stosunki pozamałżeńskie?

– Wolałabym się najpierw rozwieść, nim zacznę kogoś szukać – przyznała zażenowana.

– Pytam, czy mąż panią zdradza.

– A gdzie tam! – żachnęła się. – Nawet nie wiedziałby, jak się do tego zabrać! Unika seksu jak diabeł wody święconej, a może i bardziej. Roman nigdy nie miał wysokiego libido, ale jeśli nie zabawia się sam ze sobą, buszując po stronach porno, musiał zostać etatowym impotentem.

Co ty wygadujesz? – zdziwił się głos. To intymne sprawy!

Prawdę mówi! – zbuntował się głosik.

– Hazard?

– Zarabia więcej ode mnie i nic nie traci. Chodziłby w dziurawych skarpetkach, gdybym mu nie kupiła nowych.

– Czy mąż może mieć argumenty przeciwko pani?

– Nie – odparła zdecydowanie. – Nie piję, nie uprawiam hazardu i nie mam romansów, wychowuję dziecko, ale boję się, że jak nie zostanę rozwódką, to mogę zostać wdową, rozumie pan?

– Kryminalne sprawy też prowadzę, niemniej proponowałbym rozwód bez orzekania o winie. Będzie szybciej i prościej.

– Nie zamierzam obarczać go winą. Po prostu rozważam rozwód. Mam dopiero trzydzieści… khe, khe, lat – dokończyła niepewnie. – Fajnie byłoby pożyć. Wie pan, że wcześniej byłam bibliotekarką? Teraz wreszcie robię coś, co jest moją pasją. To samo czuję wobec męża, a właściwie chodzi o to, że nie czuję. Nie jest moją pasją. Jest jak ta nudna praca w bibliotece, tylko tam wkurzał mnie dyrektor, a w domu mąż. Przy nim odechciewa mi się żyć. Nie żebym miała myśli samobójcze, ale dopada mnie mgła mózgowa i zapadam w otępienie. Takie jak na tych filmach o zombi, a one źle się kończą. Najczęściej masową zagładą.

– Od dawna trwa ta sytuacja?

– Jak pracowałam w bibliotece, było mu wygodnie, wracałam do domu o tej samej porze, dźwigałam siaty zakupów i podstawiałam mu obiad pod nos. Niczego od niego nie żądałam, a gdy zaczęłam prosić go o większe zaangażowanie w nasze życie rodzinne, wszystko zaczęło się sypać. Tak szczerze, to sypało się już dawno, ale byłam jak ta przysłowiowa ślepa kura, która cieszyła się, że trafiła na ziarno. Pracowałam, robiłam licencję, a Roman tylko miał pretensje, że znowu pizza, ale przynajmniej coś do mnie mówił. Co pan tam tak klika? – zaciekawiła się nagle.

– Robię notatki w telefonie.

– I co pan tam wynotował?

– Zachowanie pozwanego dotkliwie godziło w konstytucyjnie zastrzeżone prawa kobiety.

– Do seksu? – zdziwiła się Matylda.

– Do samorozwoju.

– Aha…

– Złośliwe sprzeciwianie się pozwanego decyzji powódki było sprzeczne z dobrem rodziny.

– Roman nie jest złośliwy – sprzeciwiła się Matylda.

– Wspierał panią w pani rozwoju zawodowym?

– Właściwie to nie – odrzekła po chwili zastanowienia.

– Zniechęcał?

– Jakoś jawnie to może nie, ale za bardzo nie pomagał. Wciąż zapominał o zakupach, sprzątaniu, odbieraniu Moniki ze szkoły. I narzekał.

– Czy to były jednorazowe incydenty?

– A skąd! – żachnęła się. – Żeby tylko chleba nie kupił czy pralki nie włączył, to pal tam licho, ale o Monice wciąż zapominał.

– Zaniedbywał córkę?

– Nie że zaniedbywał. Po prostu… zapominał o niej… albo mylił godziny. A nawet daty… Raz nawet zadzwonił do mnie, że jak ma Monikę odebrać, skoro do szkoły nie chcą go wpuścić, a to była niedziela, Monika w tym czasie przebywała u dziadków. Muszę panu powiedzieć, że nie pojmuję tego fenomenu. Program czy stronę zaprojektuje na czas, o fakturze, żeby klientowi ją wystawić, też pamięta. Nawet sam sobie księgowość prowadzi, to znaczy napisał sobie program, co mu ją prowadzi, ale przecież dane same się nie wprowadzą, więc musi sam to robić, i to na czas, urząd skarbowy nie ma litości, a ZUS jeszcze gorszy. A dziecka nie potrafi odebrać na czas ze szkoły ani na angielski zawieźć. Wie pan, ile czasu prosiłam się o program dla siebie? No wie pan?

– Niestety, nie posiadam takiej wiedzy.

– Rok. I wie pan co? I dupa. Kolegę po fachu poprosiłam o pomoc. A jak wreszcie zmusiłam Romana do pomocy w remoncie biura, to mi zdewastował lokal, a potem jeszcze twierdził, że sama tego chciałam. A najgorsze jest to, że w tym wszystkim jest taki flegmatyczny, że nawet jeśli robi coś specjalnie, to nie posądzam go o złośliwość. To raczej pasywna agresja. Czytałam kiedyś artykuł na ten temat. Chociaż nie, on by na to nie wpadł. Sądzę, że… Właściwie to nie wiem, co sądzę, ale jak tak z panem rozmawiam w tych ciemnościach, a w dodatku łupie mnie w krzyżu przez tę pańską teczkę, która wbija mi się w plecy, to rozwód niemal jest postanowiony…

Sama słyszała, że gada bez sensu, ale nie mogła przestać. Ten sposób transportu zdecydowanie działał jej na nerwy. Bardziej niż niewiadoma, którą okaże się miejsce docelowe i klient. Paranoik w napadzie paranoi może zabić niewygodnego świadka, choćby dotąd nie był przestępcą, a jeśli już jest paranoicznym przestępcą, to nawet więcej niż pewne, że oboje mogą skończyć w tej trumnie na zawsze. I żaden rozwód nie będzie jej potrzebny.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI