Miłe Natalii początki - Olga Rudnicka - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Skąd się wzięły Natalie? Ich ojcem był Jarosław Sucharski - kłamca i bigamista, przestępca czy tajny współpracownik?

Dziesięcioletni Jarek - zdolny, inteligentny, sprytny i ambitny - zwrócił uwagę Kazimierza Kozibrody, oficera służb bezpieczeństwa. Ten wziął chłopca pod swoje skrzydła i pokierował jego dalszym życiem oraz karierą. Spełniwszy marzenie swego podopiecznego o studiach na wydziale historii sztuki, wychował sobie oddanego współpracownika, którego wykorzystywał do własnych celów.

Ale wkrótce się okazało, że uczeń przewyższył mistrza…

Jarosław Sucharski, zręcznie poruszając się w realiach socjalistycznej Polski, wkracza w niebezpieczny świat czarnego rynku, przemytników dzieł sztuki, fałszerzy obrazów, handlarzy złotem i brylantami. Niebawem przenosi swoje interesy na arenę europejską.

Olga Rudnicka (ur. 1988) - znana autorka cyklu powieści sensacyjnych "Natalii 5" i wielu innych powraca w prequelu serii.

Miłośniczka zwierząt, natury i dobrego jedzenia. Kocha jazdę konną i dobrą książkę. Nigdy nie polubi kawy i hipokryzji. Zawsze będzie podążać za swoimi marzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Olga Rudnicka, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Sucharas Wongpeth/Shutterstock.com

Zdjęcie autorki © Tatiana Jachyra

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-671-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszelkie niedociągnięcia na tle historycznym są nie­zamierzone, a wina pozostaje całkowicie po stronie boha­terów powieści.

Bydgoszcz, 1964

– Jareczku, dziecko kochane... – Babcia Rozalka z czułością popatrzyła na wnuka.

Chłopiec podniósł wzrok znad zeszytu w linie i spojrzał pytająco wielkimi oczami, przepastnymi jak błękit nieba. Jasne włosy miał starannie zaczesane na bok, niebieską koszulę – uszytą przez matkę z materiału „spod lady”, wyniesionego przez ciotkę Hankę ze sklepu, gdzie pracowała – zapiął na ostatni guzik pod szyją. Ciemne, grube spodnie, zaprasowane na kant, wydawały się trochę za długie, ale lada moment do nich dorośnie. Miał już dziesięć lat i był wyższy niż większość chłopców w klasie. O ile oczy odziedziczył po matce, o tyle wzrost zdecydowanie po ojcu, szczupłym, wysokim mężczyźnie – Jarek takim go znał z czarno-białych zdjęć, gdyż sam taty nie pamiętał. Ojciec zmarł, gdy chłopiec miał ledwo dwa lata.

– Tak, babciu? – zapytał uprzejmie, starannie ukrywając irytację.

Nie lubił, gdy mu przerywano, nieważne, czy odrabiał lekcje, czy też czytał książkę. Jednak był już wystarczająco duży, by wiedzieć, że okazywanie prawdziwych odczuć nie przyniesie mu nic dobrego. Babcia Rozalka wygłosi kazanie na temat zachowania wnuka, co tylko opóźni odrobienie lekcji, a na strychu czekała na niego kopalnia skarbów godna samego króla Salomona.

– Nie widziałeś mojej portmonetki, Jareczku?

– Nie, babciu.

– Przysięgłabym, że zostawiłam ją w kuchni – mówiła przejęta Rozalia.

– Więc musi gdzieś tam być, babciu – zapewnił ją chłopiec.

– Sprawdziłam, Jareczku, nie ma.

– Jeśli babcia sobie życzy, później odrobię zadanie, a teraz pomogę szukać – zaproponował.

– Kochane dziecko. – Pogłaskała go czule po głowie. – Ale ucz się, ucz. Matka nie będzie zadowolona, jak wróci z pracy i zobaczy, że jeszcze nie odrobiłeś lekcji.

– Dobrze, babciu. – Jarek na powrót pochylił głowę nad zadaniem.

Nie było trudne i gdyby nie babcia, już dawno by je skończył.

Rozalia, mamrocząc coś pod nosem, wyszła z pokoju wnuka. Chłopiec szybko skończył ostatnie zadanie z matematyki, po czym podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Zorientował się po dobiegających odgłosach, że babcia prowadzi poszukiwania w kuchni. Po cichu otworzył tornister i wyjął czerwoną podniszczoną portmonetkę. W środku znajdowało się kilka czerwonych stuzłotowych banknotów z portretem hutnika, dwie pięćdziesiątki z rybakiem oraz kilkanaście pięciozłotowych monet.

Matka zarabiała niecałe tysiąc pięćset złotych, Jarek potrafił już całkiem dobrze liczyć, wiedział więc doskonale, jaka jest wartość pieniądza. Po chwili zastanowienia wyjął jedną pięćdziesiątkę, zamknął portmonetkę i cichutko uchylił drzwi. Przemknął do łazienki znajdującej się dokładnie naprzeciw jego pokoju. W rogu niewielkiego pomieszczenia stał wiklinowy kosz na brudną bieliznę, obok pralka wirnikowa, którą matka dostała od żony swojego pracodawcy. Podrdzewiała i odrapana frania wprawiła babcię Rozalkę w prawdziwy zachwyt. Skończył się czas prania ręcznego, chociaż drobne rzeczy nadal przepierała w misce, by – jak mówiła – nie wyjść z wprawy.

Niejednokrotnie – gdy babka i mama myślały, że chłopiec już śpi – słyszał ich rozmowy. Babcia narzekała na wzrok, nadal jednak słyszał nocami starą, terkoczącą maszynę do szycia, dzięki której mogła się dokładać do domowego budżetu. Obawiała się, że niedługo nie zdoła wykonywać swojej pracy wystarczająco dokładnie, by nadal zarabiać w ten sposób na życie. Do tego wciąż czegoś brakowało – a to jajek, a to mąki, a to mięsa. Jarek miał dopiero dziesięć lat, ale już zdążył się zorientować, że są ludzie, którzy nie narzekają na braki w zaopatrzeniu. Matka czasami przynosiła do domu coś, czego nie można było kupić, a co jej pracodawca potrafił zdobyć. Ostatnio przyniosła kawę, której chłopiec nie dostał, bo był za mały, widział jednak, jak obie najpierw długo wdychały jej aromat, zanim wypiły po filiżance. Resztę mama wsypała do szczelnie zamykanej puszki.

Z wahaniem dotknął kieszeni spodni, w której spoczywał ukradziony banknot. Przełknął gwałtownie ślinę, po czym, trzaskając drzwiami, wyszedł z łazienki, krzycząc głośno:

– Babciu, babciu! Znalazłem twoją portmonetkę! Zostawiłaś ją w łazience!

– Nie może być! – zawołała z radością i jednocześnie skrępowaniem Rozalia, wychodząc z kuchni. – Złote dziecko z ciebie, Jareczku. – Pogłaskała go po głowie. Ponownie.

Nie przepadał za czułościami babci, gdy ta mierzwiła mu krótko obcięte jasne włosy, ale bywało gorzej. Miała nieznośny zwyczaj mycia go własną śliną. Śliniła chusteczkę, którą nosiła w kieszeni fartucha, i wycierała chłopcu policzki albo usta, gdy ten – znacznie młodszy – ubrudził się jedzeniem. To bardzo szybko nauczyło Jarka dbać o higienę. Już jako pięciolatek sam szorował dłonie do czysta, a jego twarz lśniła jak księżyc w pełni.

Odwzajemnił uśmiech starszej kobiety, zręcznie uchylając się przed dalszymi czułościami. Kochał ją, ale były rzeczy, których nie mógł znieść, jak choćby to, że w przeciwieństwie do niego babcia nie myła zbyt często rąk. Na ogół tylko wycierała je w ścierkę wiszącą przy zlewie. Nieważne, czy zagniatała ciasto, kroiła mięso czy też smarowała smalcem blachę do pieczenia, zawsze wycierała dłonie w szmatę. Te ręce nie mogły być czyste i w dodatku miewały dziwny zapach, którego nie potrafił określić. Niekiedy wszakże pachniały ciasteczkami, które uwielbiał, dlatego też nigdy nie powiedział babci, co myślał. Miał dopiero dziesięć lat, ale już wiedział, że ludzie wcale nie chcą słyszeć prawdy. Wolą słyszeć to, dzięki czemu dobrze się czują.

– Czy babcia miałaby coś przeciwko, gdybym się pobawił z chłopcami na podwórku?

– Odrobiłeś lekcje, Jareczku?

– Ależ oczywiście, babciu.

– Zatem idź, wnusiu, idź – zgodziła się Rozalia.

Młodemu Sucharskiemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.

– Bardzo babci dziękuję. Babcia jest najlepszą babcią na świecie – powiedział z nieodłącznym uśmiechem, z którym zwracał się do wszystkich dorosłych.

Jak dobrze wychowany, grzeczny chłopiec, którym przecież był.

W rzeczywistości nie zamierzał iść na podwórze, gdzie chłopcy kopali piłkę. Grywał z nimi regularnie, gdyż tego od niego oczekiwano, nie przepadał jednak za ich towarzystwem ani taką formą spędzania czasu. Wolał książki. A teraz odkrył coś znacznie lepszego niż powieści przygodowe. Był to strych, na który wprawdzie nie pozwalano mu wchodzić, ale uważał – całkiem słusznie w swoim mniemaniu – że zakaz jest nonsensowny. Matka zabraniała mu tam myszkować, gdyż strych nie należał do nich. Z tego, co Jarek się zorientował, nie należał jednak do nikogo.

Kamienica, w której mieszkali, tak naprawdę nie była żadnym wielkim budynkiem, tylko przedwojennym piętrowym domem, podzielonym na kilka mieszkań. Babcia upierała się, by nazywać go kamienicą, a pozostali lokatorzy podchwycili to określenie. Mieszkań było w sumie sześć. Wszystkie wyglądały podobnie – dwa pokoje, kuchnia, przedpokój i łazienka. W porównaniu z wieloma innymi domostwami, gdzie toaleta często mieściła się na półpiętrze i była wspólna, mieli tutaj luksusowe warunki, jak twierdziła babcia Rozalia. Jarek wiedział jednak, że tak nie jest. Widział kilka mieszkań, które mama sprzątała, by dorobić do niewielkiej pensji. Ich skromne lokum zdecydowanie nie wydawało się luksusowe. Chłopiec był jednak dość rozumny, by nie zadawać pytań, dlaczego nie mają przestronnego wielo­pokojowego mieszkania z ciepłą wodą, lecącą z kranu wprost do wanny, i ogromnym balkonem, gdzie można by postawić stół i kilka krzeseł.

Wystarczyła odrobina sprytu, by dostać się na strych. Przepiłowanie kłódki zajęło Jarkowi kilka dni. Teraz na łańcuchu wisiała jego własna kłódka, a właściwie znaleziona w schowku sąsiada, gdzie ten trzymał różne narzędzia, w tym piłkę do metalu, którą Jarek sobie pożyczył. Sąsiad trochę popijał i miał zwyczaj zapominać o różnych rzeczach, a nawet je gubić, co chłopiec skrzętnie wykorzystał.

Strych sam w sobie nie był zbyt ciekawym miejscem – zakurzona, drewniana podłoga pełna szczurzych bobków, kilka sznurów rozwieszonych między drewnianymi słupami podtrzymującymi konstrukcję dachową. Kiedy po raz pierwszy chłopcu udało się dostać do środka – poczuł wyłącznie rozczarowanie. Zobaczył puste pomieszczenie, po którym hulał wiatr, wciskający się w szpary między dachówkami. W kącie strychu Jarek odkrył jednak prawdziwy skarb. Wśród stert przewiązanych sznurkami gazet znalazł jakieś stare listy i kilka klaserów ze znaczkami. Nie potrafił okreś­lić ich wartości, ale nie miało to dla niego znaczenia. Znaczki należały do niego i jako takie były bezcenne. Jarek już jako dziecko lubił mieć, a zdecydowanie nie lubił się dzielić.

Początkowo listy nie zainteresowały go specjalnie. Jakiś Antoni Domagała pisał je do żony i syna, który – sądząc po datach – teraz powinien mieć około trzydziestu lat, gdyż kiedy ojciec do niego pisał, adresat był mniej więcej w wieku Jarka. Ostatni list pochodził z tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku i nie był otwarty. Chłopiec poczuł dreszcz ekscytacji na myśl, że będzie pierwszą osobą – po niemal dwudziestu latach – która przeczyta te słowa.

Stasiu,

Jesteś za młody, by to pojąć, ale znalazłem coś. Coś wielkiego, co może naszą rodzinę zgubić albo pozwoli nam zacząć życie w nowym kraju. Na tę ciężarówkę natknąłem się przypadkiem. Niemcy już nie żyli. Przeniosłem wszystko tam, gdzie zaczęła się historia naszej rodziny. Gdybym nie wrócił, przypomnij sobie wszystkie opowieści, które słyszałeś, a będziesz wiedział, gdzie szukać. Wybacz, synu, że Ciebie tym obarczam, ale matka nie może wiedzieć. To nie na jej nerwy.

Stasiu, gdybym nie wrócił, wszystko będzie Twoje. Oni dość zrabowali w czasie wojny, a nie ma sensu szukać prawowitych właścicieli, bo pewnie nie żyją. Taki skarb pozwoli nam wszystkim rozpocząć nowe życie. Mam nadzieję, że ten list dotrze do Ciebie nienaruszony. Ostatnią rzeczą, której bym sobie życzył, byłoby narażenie Ciebie i mamy. Spal ten list, jak tylko go przeczytasz, i nikomu o nim nie mów, dopóki nie wrócę.

Pamiętaj o mnie

ojciec

Bydgoszcz, 1970

Jarek lubił majora Kozibrodę. Wiedział, gdzie ten pracuje i co robi, w domu mówiło się o tym szeptem. Matka najchętniej nie sprzątałaby u niego, ale poleciła ją jedna z zatrudniających ją rodzin, a major Kozibroda nie był człowiekiem, któremu się odmawiało. Zawsze uprzejmy i szarmancki, nosił wiecznie zaparowane okulary, sprawiające, że wyglądał niepozornie i łagodnie jak roztargniony profesor. Jarek jednak doskonale wiedział, że starszy major w służbach bezpieczeństwa to nie byle kto. Nie dosłużysz się takiego stanowiska, przekładając papierki i uśmiechając się do ludzi.

Kozibroda nie miał własnej rodziny i całkowicie poświęcił się pracy. Przynajmniej tak brzmiała wersja oficjalna. Chłopiec czuł przez skórę, że to niekoniecznie musi być prawda. Major był sympatycznym człowiekiem i niekiedy matka dostawała od niego dla Jarka różne drobne prezenty, zeszyty, książki, ołówki, ubrania. Jej pracodawca tłumaczył, że jest samotny i chciałby wspomóc matkę samotnie wychowującą dziecko.

„Dziecko” miało już szesnaście lat i chętnie odwiedzało majora, gdy tylko była ku temu okazja. Sucharska sprzątała u niego regularnie dwa razy w tygodniu, choć, jak sama mówiła – nie bardzo miała co robić. Mieszkanie zawsze było tak czyste, jakby nikt nigdy tam nie zaglądał. Jedynym śladem obecności właściciela była łazienka i kosz pełen brudnych ubrań, które matka prała, prasowała i kiedy zaszła potrzeba – cerowała.

Jarek z napięciem wpatrywał się w rozstawione na szachownicy figury. Kozibroda zaczął go uczyć gry w szachy, gdy miał dwanaście lat, i od tej pory grywali regularnie. Babcia twierdziła, że nawet taki zatwardziały esbek potrzebuje choć namiastki zwyczajnego życia, a że jest sam jak przysłowiowy kołek w płocie, dzięki kontaktom z rodziną Sucharskich może przez chwilę wierzyć, że ktoś go lubi dla niego samego.

Mama zawsze uciszała ją syknięciem, jakby się obawiała, że ktoś usłyszy. I zaraz doniesie. Takie sytuacje się zdarzały. W kręgu znajomych ktoś znał kogoś, po kogo przyszła Służba Bezpieczeństwa, i ów ktoś już nie wrócił. Jarek osobiście nie znał żadnej takiej rodziny, ale wierzył w te opowieści. Widział, jak ludzie reagowali na widok majora Kozibrody, gdy ten był w mundurze. Babka Rozalia robiła znak krzyża na samo wspomnienie jego nazwiska. Nikt dokładnie nie wiedział, czym się zajmuje Kozibroda, ale sam mundur wzbudzał lęk.

– Powiedz mi, chłopcze – zaczął swobodnie esbek, zapalając papierosa i wydmuchując dym w górę – co sądzisz o swoim dyrektorze?

– O panu Matuszce? – Zdekoncentrowany Jarek oderwał wzrok od figur.

– Panu Matuszce – potwierdził spokojnie Kozibroda.

Młody Sucharski z trudem opanował dreszcz. Twarz jego rozmówcy była nieprzenikniona. Niebieskie oczy, ukryte za szkłami okularów, wydawały się równie pozbawione wyrazu, jak cała postawa mężczyzny. Jarek czuł przez skórę, że właśnie dzieje się coś ważnego. Zdaje egzamin, o którym nie wiedział, że się zaczął, i nie miał pojęcia, czego powinien był się nauczyć.

– Pan dyrektor Matuszko cieszy się nieposzlakowaną opinią – odpowiedział ostrożnie.

– Owszem. Ma dobrą opinię jak na swoje pochodzenie – odparł major, nie spuszczając z niego wzroku. – Są jednak osoby, które się zastanawiają, czy tego stanowiska nie powinien piastować ktoś odpowiedniejszy.

Chłopak bąknął coś niezrozumiale, wbijając wzrok w szklankę z herbatą. Obaj milczeli przez dłuższą chwilę.

– Pan Matuszko zdaje się dobrze wykonywać swoje obowiązki i dba o właściwe kształtowanie młodych umysłów – rzucił od niechcenia Kozibroda.

– Bardzo się stara – odrzekł Jarek, podnosząc w końcu niepewnie wzrok na starszego mężczyznę.

Tamten siedział wygodnie w fotelu, strzepując popiół z papierosa do popielniczki, którą trzymał w drugiej ręce, opartą na kolanie. Jego twarz wciąż miała wcześniejszy obojętny wyraz, gdy tak przyglądał się chłopakowi.

– Sprawiać takie wrażenie – dokończył Jarek, mając nadzieję, że właściwie odczytał intencje majora.

Na ogół dobrze rozumiał ludzi i ich oczekiwania. Miał nadzieję, że odczuwany teraz stres nie spowoduje błędu, który zaważyłby na życiu jego rodziny. Postawa majora zmieniła się nieznacznie. Lekko napiął ramiona, zacisnął palce na papierosie, drgnął mu kącik ust. Niby nic takiego, ale coś się zmieniło. Jarek czekał na wyraźniejszą i bardziej jednoznaczną reakcję mężczyzny. Nie odważył się podjąć żadnego działania na wypadek, gdyby źle pojął intencje swego rozmówcy.

Kozibroda pozwolił sobie na lekki uśmiech. Chłopak był inteligentny, sprytny i – co zdołał zaobserwować przez te kilka lat, gdy Sucharska zajmowała się jego domem – zmieniał się jak kameleon. Błyskawicznie dostosowywał się do sytuacji i do drugiego człowieka.

Teraz sprawiał wrażenie grzecznego i dobrze wychowanego, a chwilę później był cwaniaczkiem z podwórka stawiającym się starszym chłopakom. Za każdym razem wydawał się prawdziwy. Jak aktor, wcielający się w kolejne role, stawał się na kilka minut tym, kim chcieli go widzieć inni. Kozibroda nie zauważył, by tym zmianom towarzyszyły jakiekolwiek emocje. Jarek był znacznie dojrzalszy od swoich rówieśników; już jako dwunastolatek zainteresował majora, gdy ten odkrył u niego skłonności do manipulacji, których chłopiec wydawał się zupełnie nieświadomy. Esbek obserwował go czujnie przez te kilka lat, pozwalając sobie tylko od czasu do czasu na pozornie nieistotne uwagi i starannie analizując reakcje młodego Sucharskiego.

Trochę pogrzebał w historii rodziny. Nic, do czego można by się przyczepić. Nikt z Sucharskich nie był wystarczająco inteligentny czy ambitny, by chłopak mógł odziedziczyć po nim owe cechy. A o ile poznał Hannę Sucharską, jej syn nie był dzieckiem zaprzyjaźnionego sąsiada czy listonosza. Kobieta po śmierci męża nie związała się z nikim, a sam fakt, że nadal mieszkała z teściową, opiekując się nią, ostatecznie rozwiewał wszelkie podejrzenia. Jarek był jak nieoszlifowany kamień.

Chłopak wykonał teraz ruch na emocjonalnej szachownicy i czekał na odpowiedź partnera, czyli oficera służb bezpieczeństwa. Kozibroda czuł, że dostanie to, czego potrzebuje, musi tylko ułatwić sprawę swojemu rozmówcy. Pokazać, że młody Sucharski odczytał właściwie jego intencje. Rzucić koło ratunkowe komuś, kto świetnie pływa, ale komu brak pewności w głębokiej wodzie, w której znalazł się po raz pierwszy.

– Jestem pewien, że sprawia takie wrażenie – powiedział z westchnieniem. – Niestety, obawiam się, że to tylko pozory. To niebezpieczny człowiek, ale żyjemy w państwie prawa i sprawiedliwości, Jarku. Nie możemy bez twardych dowodów niszczyć człowiekowi życia…

– Dowodów?

Jarek doskonale wiedział, że tamci nie potrzebują żadnych dowodów. Wystarczył zwykły donos, podejrzenie, niezadowolenie, by człowiek zniknął z dnia na dzień. Nie dosłownie, rzecz jasna, choć i takie przypadki się zdarzały. Teraz już był pewien, że ich gra przeniosła się z szachownicy w inny wymiar.

– Dowodów – przytaknął major, gasząc niedopałek papierosa.

Szesnastolatek ze zrozumieniem pokiwał głową. Skulił ramiona, wbił wzrok w szklankę z zimną już herbatą i jakby z zawstydzeniem spuścił głowę.

– Mamy tylko po szesnaście lat, panie majorze. Nie może pan oczekiwać od moich kolegów i ode mnie, że oficjalnie wystąpimy przeciwko dyrektorowi. To mogłoby zaważyć na całym naszym życiu.

Starannie zaakcentował liczbę mnogą. Jego ton świadczył o postawie, którą przyjął. I o decyzji, jaką już podjął. Wiedział, że da majorowi to, co tamten chciał otrzymać. Esbek też to wiedział.

– Oficjalnie… – Kozibroda wzgardliwie machnął ręką. – Nie wszystko da się zrobić oficjalnie, młody człowieku. Nie potrzeba nam rozgłosu. To nader delikatna sprawa. Ale masz rację, tu chodzi o przyszłość. – Nie musiał dodawać czyją. Wiedział, że chłopak świetnie go rozumie.

– W takim razie, panie majorze, myślę, że powinien pan o czymś wiedzieć.

Bardzo lubił dyrektora Matuszkę, ale, jak podobno mawiał ojciec, trzeba się przystosować do czasów, w jakich się żyje. Wprawdzie chłopak znał go wyłącznie z opowieści matki i babki, wiedział jednak, że ojciec nie miał na myśli tego, co on, Jarek, zamierzał zrobić. No cóż, przystosować się można na różne sposoby.

Jarek niepewnie przekroczył próg gabinetu, do którego zaprosił go major Kozibroda. Po raz setny obrzucił zazdrosnym spojrzeniem masywne meble. Dębowe, dziewiętnasty wiek – tak powiedział mu kiedyś major, gdy zobaczył, jak chłopak delikatnie dotyka drewna, jakby chciał je pogłaskać. Takich mebli nie widywało się często. Antyki, tak matka na nie mówiła. Oni sami mieli w domu zbieraninę różnych, często niepasujących do siebie sprzętów. A zamiast grubych dywanów była drewniana podłoga. Zamiast centralnego ogrzewania – kaflowe piece.

Kilka dni po owej pamiętnej rozmowie odbyła się kolejna, ale ta druga przebiegała w zupełnie innej atmosferze. Prócz Jarka uczestniczyło w niej dwóch kolegów z klasy oraz ich rodzice, a także dwóch podwładnych majora Kozibrody, którzy spisali zeznania chłopców. Gdyby nie zmiana dyrektora liceum, można by pomyśleć, że w życiu Sucharskiego nic się nie zmieniło. Nadal chodził do szkoły i pomagał w domu.

– Wejdź, chłopcze – zaprosił go teraz serdecznie gospodarz. – I siadaj. – Wskazał mu fotel naprzeciw siebie, gdzie Jarek zwykł siadać, gdy grywali w szachy. – Dobrze się spisałeś – powiedział, gdy chłopak bez słowa zajął miejsce.

– Dziękuję, panie majorze – odparł machinalnie Jarek, starając się odsunąć sprzed oczu obraz matki i babki, które przy kuchennym stole rozmawiały półgłosem o odwołaniu dyrektora Matuszki, zdumione takim obrotem sprawy.

Żadna z nich nie powątpiewała w słuszność oskarżeń. Żadna ani przez moment nie pomyślała, że Jarek mógł skłamać. Wręcz przeciwnie – martwiły się, że szesnastoletni chłopiec został narażony na taką sytuację.

– Pamiętasz ojca?

– Ojca? – Pytanie majora wytrąciło go z równowagi. – Nie bardzo…

– Twoja matka jest dobrą kobietą.

– Tak, ale co to…

– Moi rodzice też nie byli nikim szczególnym. – Kozibroda nie wydawał się zainteresowany odpowiedzią na zadane pytanie. – Ojciec był szewcem. Matka ledwo potrafiła się podpisać. Los obdarzył mnie pewnymi talentami, których nie zmarnowałem. Ojciec jeszcze żyje, jednak nigdy nie wybaczył mi, że nie poszedłem w jego ślady. Ty jesteś do mnie podobny. Zbyt mądry, by wierzyć we wszystko, co słyszysz, ale dość inteligentny, by zachować dla siebie opinie na temat tego, co widzisz.

Jarek milczał. Nie miał pojęcia, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

– Dziwisz się, że tak szczerze z tobą rozmawiam? – Tamten patrzył na niego bacznie.

– Nie wiem, panie majorze – z wahaniem odparł Sucharski.

– Nie wiesz, czy się dziwisz, czy też nie wiesz, czy jestem z tobą szczery?

– Sam pan powiedział, że nie szczerość się liczy, lecz wiarygodne kłamstwo. Kiedy powtarza się je długo i z przekonaniem, staje się prawdą – wyrecytował.

– Co jeszcze mówiłem?

– O czym? – zapytał niepewnie.

– O czymkolwiek. Powiedz mi, co zapamiętałeś – polecił niedbałym tonem Kozibroda.

– Prawdziwa i lojalna przyjaźń nie istnieje. Miarą przyjaciela jest jego przydatność. – Jarek wyrecytował pierwsze, co przyszło mu do głowy.

Nie wiedział, czego tamten dokładnie chce, ale był gotów przypomnieć sobie każde słowo Kozibrody, wypowiedziane doń przez ostatnich kilka lat.

– Ufać należy tylko sobie. Innym ludziom można najwyżej uwierzyć, to znaczy uwierzyć w ich słowa, ale nie w ich intencje... Jedynym człowiekiem, który nigdy mnie nie zdradzi, jestem ja sam… Muszę uważać na każde słowo. Nie każda myśl powinna zostać usłyszana… Zawsze jestem świadom własnych wad i słabości, ale pamiętam, że nie każda wada jest słabością… Zmiana jest dobra pod warunkiem, że to ja ją inicjuję. Jeżeli nie jest to możliwe, nie myślę o tym, czego pragnę, lecz o tym, co mogę osiągnąć w zmienionych warunkach. Miarą sukcesu jest umiejętność przystosowania się.

– Bardzo dobrze – przerwał mu major. – A pamiętasz, co mówiłem o lojalności?

– Na lojalność trzeba zasłużyć – wyrecytował posłusznie, choć z wahaniem.

– Nie zgadzasz się z tym? – Tamten bezbłędnie wychwycił niepewność w jego głosie.

– Zgadzam się, panie majorze. Zastanawiam się tylko, jak to pogodzić z tym, co pan mówił o zaufaniu.

– Tu pojawia się kwestia okoliczności i umiejętność ich właściwego rozpoznania. Odczucie, kiedy i wobec kogo pozostać lojalnym. Jak budować lojalność innych. Nie mogę cię tego nauczyć. Taka wiedza przychodzi z doświadczeniem, a ty nie masz go za wiele. Ale masz coś, czego brakuje większości ludzi.

– Co takiego, panie majorze? – odważył się spytać Jarek.

– Masz dar. Potrafisz dostosować się do okoliczności. Potrafisz odczytać drugiego człowieka. To coś, czego moi ludzie uczą się latami, a wciąż popełniają błędy.

– Dziękuję panu.

– Nie dziękuj, tylko słuchaj. Jesteś jeszcze nieopierzonym dzieciakiem, ale możesz wiele osiągnąć. Zrobiłeś dla mnie coś, co w gruncie rzeczy nie było istotne.

– Nie rozumiem…

– Nie musisz. Potraktuj to jak egzamin. Zdałeś go. – Kozibroda powoli wyjął papierosa.

– Hm… – Sucharski był zdeprymowany. Czyżby major próbował go zwerbować? – Mam dopiero szesnaście lat… – wymamrotał niepewnie.

– Nie próbuję cię zwerbować – zachichotał tamten, jakby słyszał jego myśli. – Za mądry jesteś, by tonąć w esbeckim błocie.

Chłopak z trudem ukrył zaskoczenie. Kozibroda miał jakieś czterdzieści pięć lat. Nie był staruszkiem z demencją. Nic nie usprawiedliwiało słów, które wypowiedział.

– Świat się zmieni, Jarku. Nie dziś i nie jutro, ale się zmieni. Ja będę już starcem, kiedy to nastąpi, ale ty nie. To będzie twój świat, zaczniesz go tworzyć już dziś. A ja ci w tym pomogę. Powiedz mi, chłopcze, co chcesz studiować.

– Studiować? – zdumiał się Sucharski.

– Tak, chłopcze, studiować. Pójdziesz na studia. Podaj mi tylko kierunek – polecił jego rozmówca.

– Dlaczego pan to robi? Z powodu dyrektora Matuszki?

Młody Sucharski nie miał wyrzutów sumienia, jeśli chodzi o dyrektora, mimo że go lubił. Czuł się trochę nieszczególnie w związku z ową sprawą, ale nie na tyle, by spędzała mu sen z powiek.

– Zapomnij o Matuszce. – Major pogardliwie machnął ręką. – On nie ma znaczenia. Nadejdą zmiany i w tej nowej rzeczywistości nie będzie miejsca dla takich jak ja. Wszystkie wielkie rewolucje zaczynały się od ludzi, którzy wyszli na ulice. A możesz być pewien, że to wkrótce nastąpi.

Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. Milczał dłuższą chwilę. Jak wytłumaczyć szesnastolatkowi, że ten system to jedno wielkie bagno i za dziesięć, dwadzieścia lat padnie z hukiem?

Od pewnego czasu Kozibroda rozglądał się za wspólnikiem w interesach, w końcu odkrył, że może go sobie wyuczyć. Miał jeszcze czas, by zrealizować swoje plany.

– Powiedz mi, chłopcze, co chcesz studiować – powtórzył stanowczo. – Nie wierzę, że o tym nie myślałeś. Za mądry jesteś, żeby pracować na taśmie. Wolisz czystą, schludną, dobrze płatną pracę czy chcesz się zatyrać w jakiejś kopalni?

– Chciałbym studiować historię sztuki – oznajmił Jarek.

Od czasu, gdy przeczytał list Antoniego Domagały do syna, zaczytywał się we wszelkiej maści powieściach przygodowych i książkach historycznych, poszukując informacji o skradzionych przez Niemców dziełach sztuki, złocie, biżuterii, bursztynie. Skarbem, o którym pisał tamten człowiek, mogła być każda z tych rzeczy. Hitlerowcy rabowali wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Babka często mówiła, że byli jak sroki – co się błyszczało, trafiało do ich kieszeni.

Wyjawił swoje skrywane marzenie, po czym wbił wzrok w stół. Był pewien, że major nie takiej odpowiedzi oczekiwał, ale czuł, że kłamstwo zostałoby natychmiast rozszyfrowane.

– Historię sztuki, powiadasz… Zatem dobrze, niech będzie historia sztuki.

Kozibroda uśmiechnął się do siebie. Było mu obojętne, co wybierze jego podopieczny, byle nie trafił potem do wojska, milicji albo innej bojówki. Ale historia sztuki? Tego się nie spodziewał. To dobre dla maminsynka, a młody Sucharski do takich się nie zaliczał.

– Dziękuję – wyszeptał Jarek. Z wrażenia zabrakło mu tchu. Nie wierzył własnym uszom.

– Nie dziękuj, tylko słuchaj.

– Tak, panie majorze.

– Nikomu ani słowa.

– Tak, panie majorze.

– W każdą sobotę będziesz tu przychodził na dwie godziny.

– Tak, panie majorze… – Zacisnął wargi, by nie zapytać po co.

– Będziesz się uczył angielskiego. Jak matka zapyta, czego od ciebie chcę, powiesz, że porządkujesz księgozbiór.

– Tak, panie majorze.

– I niemieckiego. Zmiany idą zewsząd. Niemiecki też ci się przyda.

– Tak, panie majorze – przytakiwał posłusznie.

– Pomyślę jeszcze, co ci się w życiu może przydać. Nie zawiedź mnie, chłopcze. – W głosie tamtego zabrzmiała pogróżka.

– Nigdy, panie majorze – obiecał solennie Jarek, zastanawiając się przez ułamek sekundy, czy przypadkiem Kozibroda nie jest jego biologicznym ojcem, ale szybko odrzucił tę myśl. Matka w obecności esbeka zachowywała się zupełnie tak samo, jak przy każdym swoim pracodawcy, co nie byłoby proste, gdyby w przeszłości łączyła ich zażyłość tego rodzaju. No i na ścianie w pokoju mamy wisiała fotografia ślubna. Jarek widział, że jest bardzo podobny do ojca. Postanowił nie zagłębiać się w motywy decyzji majora, lecz korzystać z szansy. Czegokolwiek sobie zażyczy w przyszłości jego opiekun, on, Jarek, gotów był mu to dać.

Bydgoszcz, maj 1976

– Moje gratulacje. – Pułkownik Kozibroda uścisnął dłoń swojego protegowanego.

Nie mógłby być bardziej dumny z własnego syna, gdyby go miał. Sucharski skończył studia z wyróżnieniem i do tego rok przed czasem. To było znacznie więcej, niż oczekiwał jego mentor. Biegle posługiwał się angielskim i niemieckim. Francuski też szedł mu nieźle, chłopak sam o niego poprosił. Lubił uczyć się języków, a Kozibrodzie to odpowiadało. W państwach bloku wschodniego Jarek mógł się dogadać po rosyjsku, miał go w szkole i na studiach. Zaprzyjaźniony instruktor uczący Sucharskiego podstaw samoobrony dość oględnie stwierdził, że mistrzem sztuk walki chłopak nie zostanie, ale ofiarą losu też nie będzie. Młody człowiek stał się także dumnym posiadaczem prawa jazdy, choć nie pojazdu. Na to jeszcze za wcześnie.

– Dziękuję, panie pułkowniku. – Jarek chętnie by zasalutował, gdyby potrafił.

Nie odbył służby wojskowej. Nie musiał, Kozibroda załatwił mu odpowiednią pieczątkę. Matka popłakała się ze szczęścia i gotowa była sprzątać mieszkanie esbeka za darmo i dożywotnio. Ten jednak nie wyraził zgody, twierdząc, że nie ma własnych dzieci, a Jarek wyjątkowo przypadł mu do serca, więc chętnie mu pomoże. Hanna nie domyślała się, jakie intencje kryją się za tą propozycją.

– Za mądry jest, żeby szczoteczką do zębów kible czyścić – powiedział pułkownik matce Jarka, gdy ta dziękowała mu wylewnie.

Na szczęście Jarek nie miał aspiracji, by służyć ojczyźnie, ale i tak jego mentor nie zostawiał niczego przypadkowi. Nie istniały okoliczności, które uzasadniałyby danie chłopakowi broni do ręki. Kategoria, którą otrzymał, czyniła go całkowicie niezdolnym do służby, choć miał sprawne wszystkie kończyny i komplet klepek w głowie.

Kozibroda zadbał, by jego podopieczny ich nie stracił, poddany absurdom życia w wojsku, gdzie trafiłby do jednego koryta wraz z tymi, którzy pierwszy raz wsiedli do pociągu, kiedy jechali do jednostki, a podstawówkę ukończyli dzięki butelce wódki, podrzuconej wiejskiemu nauczycielowi.

Jarek widział absurdy życia codziennego, zdaniem pułkownika nie musiał doświadczać ich w armii, gdzie wydawano najbardziej bzdurne rozkazy, by utrwalić w poborowych nawyk ich wykonywania. Trudno było uwierzyć w skuteczność szorowania szczoteczką do mycia zębów korytarza czy zamiatania schodów pod górę, ale po dwóch latach takich absurdów żołnierz na rozkaz chwyciłby ową szczoteczkę do zębów i z wojennym okrzykiem na ustach ruszył, by popędzić kota imperialiście, nie dziwiąc się nawet, że szczoteczka nie strzela, zapewniał z rozbawieniem Kozibroda.

– Za dużo w ciebie inwestuję, żebyś miał tracić dwa lata życia i do tego zidiocieć. Musisz myśleć samodzielnie, niezależnie i umieć improwizować, gdy zajdzie potrzeba, a nie wykrzykiwać bezmyślnie „tak jest” czy „ku chwale ojczyzny” i tym podobnej maści bzdety, których uczą w tym pierdolniku – oświadczył stanowczo Jarkowi, gdy ten dziękował mu za pomoc. – Powiedz mi, chłopcze, jakie masz teraz plany? – zapytał pogodnie, gdy Jarek, po rodzinnym obiedzie, na który został zaproszony również pułkownik, odprowadził swego mentora do służbowego samochodu, stojącego kilka budynków dalej od kamienicy, w której mieszkali Sucharscy.

Pułkownik nie zwykł ich odwiedzać, ale dzisiejsza sytuacja była wyjątkowa. Wolał jednak nie rzucać się w oczy, stąd też oddalone miejsce parkowania, mimo że Kozibroda wyglądał jak przeciętny obywatel – spodnie w kant, marynarka, koszula z krawatem, kapelusz. Tym, co go odróżniało od przeciętnego robotnika, nie był garnitur noszony w niedzielne popołudnie, lecz jakość materiału i fakt, że garnitur został uszyty na miarę przez krawca, a nie kupiony spod lady i dopasowany w domu zręcznymi palcami kogoś, kto trochę się na tym znał.

– To zależy – odpowiedział chłopak spokojnie.

– Od czego?

– Od pana, panie pułkowniku.

Kozibroda nie dał poznać po sobie satysfakcji, słysząc odpowiedź świeżo upieczonego magistra.

– Bądź jutro o ósmej w moim biurze – powiedział krótko.

– Oczywiście.

– Nie zapytasz, po co?

– Dowiem się jutro, panie pułkowniku – odparł z przekonaniem jego podopieczny.

Kozibroda uśmiechał się, zajmując miejsce w samochodzie. Jarek nie był już dzieciakiem. Był przystojnym młodym mężczyzną. Wysokim, muskularnym, wyszkolonym i nieopierzonym.

Stał się tym, kim chciał go widzieć pułkownik, jednak czy naprawdę nim był? Kozibroda obawiał się, że za dobrze go wyszkolił, by mógł mu ufać w przyszłości, ale to nie miało znaczenia. Są sobie potrzebni, a przyszłość dopiero nadejdzie.

Gabinet pułkownika na pozór wyglądał skromnie. Zielonkawe ściany, szara wykładzina, regały po sam sufit. Wrażenie robiło dopiero ogromne biurko z kilkoma aparatami telefonicznymi. Uwagę Jarka zwróciły drzwi łączące ten pokój z innym pomieszczeniem.

– Dzień dobry, panie pułkowniku – przywitał się grzecznie Sucharski.

Zatrzymał się przy drzwiach, które zatrzasnął za nim mężczyzna w cywilnym ubraniu, oczekujący na jego przybycie przy wejściu do budynku.

– Witaj, chłopcze. Siadaj. – Kozibroda wskazał jeden z foteli obitych purpurowym aksamitem.

– Dziękuję, panie pułkowniku.

Jarek zajął miejsce dopiero na jego zaproszenie. A właściwie na rozkaz. Mimo życzliwości, którą darzył go esbek, chłopak nigdy nie popełnił błędu, traktując go jak dobrotliwego wujaszka. Pułkownik nim nie był. Nawet nie starał się być. Dobry humor, akceptacja, zadowolenie objawiały się na jego twarzy w postaci lekkiego uśmieszku albo chmury dymu unoszącej się po sam sufit.

Kozibroda miał już chyba z pięćdziesiąt lat. Ile dokładnie – tego chłopak nie wiedział. Tamten nigdy nie mówił, a on nie pytał. Pułkownik posiwiał przez ostatnich kilka lat, przybyło mu kilka bruzd na twarzy, zakola nad czołem się pogłębiły.

Młody mężczyzna siedział nieruchomo, czekając spokojnie na to, co powie jego mentor. Emocje jednak w nim wrzały. Od dawna się zastanawiał, do czego przygotowuje go pułkownik. Czy miał zostać tajnym agentem?

Powiedzieć, że zapalił się do owego pomysłu – to zdecydowanie za dużo, ale było coś podniecającego w przypuszczeniu, że miałby zostać szpiegiem. Opanował nie tylko podstawy walki wręcz, potrafił również posługiwać się nożem i bronią palną. Do tego znajomość języków obcych…

Przeszedł go dreszcz na samą myśl, jak ekscytujące i pełne niebezpieczeństw życie będzie wiódł. Nie był pewien, czy potrafiłby fizycznie skrzywdzić drugiego człowieka. Do tej pory pułkownik zabraniał mu angażować się w jakiekolwiek ruchy studenckie, robotnicze czy choćby sprzątanie zieleni pod uniwersytetem.

Miał pilnie się uczyć i nie wychylać, nie uczestniczyć w bójkach, by nie wyszło na jaw jego wyszkolenie. A także nie zdradzać się ze swoimi poglądami politycznymi czy ich brakiem.

– Nigdy nie wiesz, kto słucha i komu doniesie – przypominał przy każdej okazji.

Nie prosił Jarka, by ten donosił na kogokolwiek, choć wiele razy powtarzał, że władza to nie broń, tylko informacja. Dlatego też chłopak starannie zbierał wszelkie plotki, pomówienia i sensacyjne wiadomości na temat wykładowców i kolegów ze studiów, choć nigdy nie miał okazji ani sprawdzić, ani wykorzystać żadnej z nich. Traktował to jako rodzaj ćwiczenia.

– W urzędzie miasta jest wakat. Na stanowisku referenta. Złożysz podanie. Pracę zaczniesz od poniedziałku – oznajmił mu teraz Kozibroda.

Sucharski zamarł ze zdumienia. Referent? W urzędzie miasta?

– W naszym urzędzie? W Bydgoszczy? – zapytał, z trudem panując nad głosem.

– Zgadza się.

– Rozumiem… – wybąkał w nadziei, że jego twarz nie objawia targających nim uczuć.

W rodzinnym mieście? Nigdzie stąd nie wyjedzie?!

– Rozczarowany? – Pułkownik uśmiechnął się do niego.

Jarek pierwszy raz miał okazję zobaczyć prawdziwe rozbawienie na twarzy swojego mentora. Nie był pewien, czy to dobrze. Nie potrafił rozgryźć intencji esbeka.

– Ależ skąd – zaprzeczył stanowczo, starając się za wszelką cenę ukryć prawdziwe emocje.

– Każdy od czegoś zaczyna. To tylko przejściowe stanowisko – oznajmił litościwie Kozibroda.

– Rozumiem.

Tamten przyglądał mu się dłuższą chwilę. Chłopak był przystojny jak sam diabeł. Złote włosy, wielkie błękitne oczy, za które kobiety dałyby się żywcem pokroić, zabić, zakopać i zmumifikować. Będzie łamał im serca. Albo wykorzysta to, co mu dała natura, w mądrzejszy sposób, niż zaciągając kolejne naiwne do łóżka tylko dla chwili przyjemności.

Kobiety miały wpływ na swoich mężczyzn. Dzięki temu można było wiele się dowiedzieć o ich mężach, braciach i ojcach. Dlatego on sam nigdy się nie ożenił. Nie ufał też żadnej kobiecie na tyle, by zaprosić ją do swego mieszkania. Męskie potrzeby zaspokajał w inny sposób. Bezpieczniejszy. Za pieniądze.

– Drogi chłopcze, możesz być pewien, że nie zainwestowałem w ciebie tyle jedynie po to, byś pierdział w stołek – zapewnił swojego podopiecznego. – Twoim zadaniem będzie poznawać ludzi. Zdobywać informacje. Musisz mieć oczy i uszy otwarte. Jeśli ktoś chce coś ukryć, znajdź to. I wykorzystaj, by piąć się wyżej.

– Nie jestem pewien, czy rozumiem…

– Masz osiągnąć sukces, drogi chłopcze. W razie problemów służę pomocą, ale zakładam, że poradzisz sobie sam.

– Oczywiście, tylko nie rozumiem, co jest moim celem – przyznał się Jarek.

– Znajomości, mój drogi. Znajomości. – Kozibroda spojrzał na niego z rozbawieniem.

– Rozumiem, panie pułkowniku.

– Jeszcze nie, drogi chłopcze, jeszcze nie rozumiesz. Za jakiś czas powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć, lecz najpierw musisz udowodnić swoją wartość. O pieniądze się nie martw. Formalnie jesteś na liście płac jako mój nieoficjalny współpracownik. Będziesz dostawał dwie pensje – od nas i z urzędu, gdzie zaczniesz pracować. Będziesz potrzebował więcej na wydatki, to przyjdź i powiedz. Ale masz się obracać wśród odpowiednich ludzi, Jarku. Poznawać urzędników, prawników i lekarzy. Spotykać się z dyrektorami i prezesami. Z tymi, którzy mają władzę i pieniądze.

Sucharski słuchał tego z osłupieniem. Niby jak on, żałosny referent niższego szczebla, miałby tego dokonać?

– Informacja, mój chłopcze. Informacja zapewni ci wszystko, czego będziesz potrzebował – wyjaśnił pułkownik, doskonale odczytując wyraz twarzy młodego człowieka.

Chłopak nie miał zielonego pojęcia, od czego zacząć. I dobrze. Albo wypłynie na głęboką wodę i nie da się utopić, albo utonie na płyciźnie.

Młody Sucharski miał pecha. Gdyby urodził się w innym kraju, zostałby biznesmenem, politykiem albo jednym i drugim. Tutaj mógł się piąć po szczeblach kariery, tylko liżąc tyłki odpowiednim ludziom. W ten sposób wielu zaszło daleko, ale o ile lizanie mogło wypchnąć kogoś w górę, było to jednak za mało, by tam pozostać. Zawsze przychodziła chwila, gdy należało wykazać się umiejętnościami, a lizodupom na ogół ich brakowało.

Kozibroda zaszedł daleko dzięki umiejętności przewidywania, zdobywania informacji i odpowiedniego ich wykorzystywania. Stał się mistrzem przysług. Ktoś komuś zrobił dobrze, ale tylko niewielka grupa osób wiedziała, kto za tym stał. Takie talenty były warunkiem utrzymania się na stanowisku i awansowania. Doskonale rozumiał, że jego obecna funkcja zastępcy jest tymczasowa i wkrótce znajdzie się wyżej, a najdalej za rok przejmie obowiązki swojego zwierzchnika, który poleci go na swoje miejsce.

Kozibroda, w przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu, nie uciekał się do przemocy. Nie musiał. Wystarczało zdobyć dowody. Czy prawdziwe? Tym nie zaprzątał sobie głowy, ważna była skuteczność. Na ogół szanował ludzi, których przyszło mu infiltrować. Trzeba mieć odwagę, by występować przeciwko państwu, a odwagę cenił wysoko. Głupota nie mieściła się w ramach jego tolerancji. Niemniej jestem pospolitą świnią z gwiazdkami oficerskimi na pagonach, myślał o sobie.

Umiejętność przewidywania zaprowadziła go za biurko, które teraz zajmował, i uważał, że nie będzie ono ostatnie w jego karierze. Jarek świetnie sprawdziłby się w jego zawodzie, ale ludzie zaczęli wychodzić na ulicę. Rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty zasygnalizował to, co miało nadejść. Podwyżki cen w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku, protest robotników – cokolwiek wydawało się tym na górze, był to początek końca. W ciągu kilku, może kilkunastu lat dla takich jak on nie będzie miejsca. Musiał przygotować sobie nową przyszłość.

Dobrze wiedział, co krążyło po głowie jego podopiecznego. Pewnie marzyła mu się tajna misja do zachodniego kraju. Sucharski był młody i mógł sobie wyobrażać coś w tym stylu. Kozibroda nie wątpił, że chłopak byłby całkiem niezły w tym fachu, chociaż nie z przekonań politycznych.

Jarek w przeciwieństwie do niego nie był idealistą, który pewnego dnia zderzył się z rzeczywistością. Chłopak od początku widział świat takim, jaki jest, a dzięki otrzymanej pomocy będzie przygotowany, by zapewnić przyszłość im obu. Kozibroda zamierzał wykorzystać swojego podopiecznego do tego, czego sam nigdy nie będzie mógł zrobić. Jarek natomiast wypłynie na szerokie wody, czego bez odpowiednich znajomości nigdy by nie zdołał uczynić.

– Poznasz bogatych ludzi z koneksjami i zostaniesz przyjacielem ich wszystkich – kontynuował.

– Jak mam to zrobić?

Pożałował, że zadał to pytanie, już w chwili, gdy padło. Pułkownik pewnie oczekiwał od niego czegoś więcej.

– Wymyślisz coś, drogi chłopcze – rzucił lekko Kozibroda, nie dając jednak poznać po sobie zawodu, jeżeli go doświadczył.

– Oczywiście, panie pułkowniku – zapewnił go stanowczo Jarek, starannie artykułując poszczególne słowa.

Nie będzie więcej wahania i wątpliwości, postanowił. Cokolwiek go czeka, da radę.

– Podpisz dokumenty. – Pułkownik przesunął teczkę w jego stronę. – Dostaniesz też legitymację, ale pokazuj ją tylko w ostateczności, rozumiesz?

– Tak.

Jarek bez słowa sięgnął po długopis. Matka spaliłaby się ze wstydu, gdyby wiedziała, co zamierzał zrobić, ale za daleko zabrnął, by się wycofać. I nie miał wyjścia. Nie wierzył, by ten człowiek tak po prostu pozwolił mu żyć własnym życiem. I, szczerze mówiąc, nie chciał życia, które musiałby wieść, nie mając poparcia Kozibrody. To, co zwyczajne, nigdy go nie interesowało. Zawsze chciał więcej.

– Jarek, ty nie wierzysz w te pierdoły – powiedział niemal ojcowskim tonem jego mentor, gdy chłopak składał podpisy we wskazanych mu miejscach. – Żaden z nas nie wierzy. Nie potrzebuję kolejnego szpicla w tym pierdolniku. Potrzebuję kogoś, kto spojrzy w przyszłość i złapie ją za jaja.

– Tak jest, panie pułkowniku.

– Jestem jedyną osobą na świecie, której będziesz ufał. Wiem, co mówiłem o zaufaniu, ale miarą naszej wzajemnej lojalności jest wzajemna przydatność. Beze mnie nie zajdziesz daleko, a ja bez ciebie nie osiągnę tego, co chcę.

– A czego pan chce?

– Pokaż mi, co potrafisz, a potem pomyślimy, co dalej.

Uśmiechnął się szeroko, ukazując lekko żółtawe zęby, a Jarka przeszedł zimny dreszcz. W uśmiechu esbeka nie było nic przyjemnego. Czuł się tak, jakby szczerzyła się do niego kostucha.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI