Do trzech razy Natalie - Olga Rudnicka - ebook
lub
Opis

Natalie powracają, by uciec w wielkim stylu...

W Międzyzdrojach, uroczej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej, gdzie zazwyczaj najgorszą plagą są kieszonkowcy, zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Nikt nie wie, kim była ofiara morderstwa. W tym samym czasie ktoś włamuje się do pustego pokoju w eleganckim hotelu. Nie ma żadnych śladów, nic nie ginie. Policja jest bezsilna. Traf chce, że właśnie wtedy nad polskim morzem odpoczywają siostry Sucharskie. Nieoczekiwanie mężczyźni ich życia sprawili im zawód, tak więc Natalie postanowiły uciec z domu. Ale jak długo można leżeć bezczynnie na plaży? I co robić, gdy z nieba leje się piekielny żar? Siostry na własną rękę zaczynają prowadzić śledztwo, wchodząc w drogę miejscowym stróżom prawa. Jak to Natalie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 445

Popularność


Copyright © Olga Rudnicka, 2015

Projekt serii

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcia naokładce

©Ayal Ardon / Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-905-5

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. zo.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

*

– Trzecia część? – Natalia z namysłem oblizała łyżkę, po czym ponownie zanurzyła ją w kremowej masie. – Trzecia część? – powtórzyła, nim ponownie wsunęła łyżkę do ust.

Tym razem nabrała więcej masy niż poprzednio. Czuła, że odrobina cukru dobrze jej zrobi, bo inaczej zabije tę swoją wiedźmowatą siostrzyczkę. Wprawdzie Nata twierdziła, że nowy styl to gotyk, ale Natalia wiedziała swoje. Mieszkała pod jednym dachem z krewniaczką Addamsów. Czarne włosy, czarne paznokcie, dziwne ubrania w tym samym kolorze i do tego taka ilość metalu, że lepiej, by nie przechodziła w pobliżu magnesu.

O lotniskach Nata może zapomnieć. Żadna ludzka instytucja nie wpuści jej na pokład samolotu, a jeżeli chodzi o wampiry… No cóż, jeśli istnieją, to nie latają samolotami. Zamieniają się w nietoperze. Nata ostatnio także przebąkiwała coś o spaniu w trumnie, na szczęście groźba użycia osinowego kołka podziałała. W pokoju nadal stało łóżko.

Anielka i Przemek, dziesięcioletnie bliźnięta z pierwszego małżeństwa Natalii, były zachwycone nowym wizerunkiem cioci Naty, nauczyciele mniej. W tym momencie Natalia doznała olśnienia.

– Chyba nie robisz tak po to, żeby nie chodzić na wywiadówki do szkoły? – zapytała, mierząc siostrę podejrzliwym spojrzeniem.

– Oszalałaś? Czytelnikom się podoba! Uwielbiają nas! Wydawca też przyjął entuzjastycznie pomysł napisania trzeciej części. Tylko muszę coś wymyślić. Ostatnio nic się w naszym życiu nie dzieje… – Nata westchnęła z niezadowoleniem.

– Nie mówię o książce! – Starsza siostra przewróciła oczami, nie kryjąc irytacji. – Pytam, czy robisz z siebie takie dziwadło tylko po to, żeby nie chodzić na zebrania do dzieci?

– Co? Nie! – zaoponowała zaskoczona tymi niecnymi podejrzeniami Nata. – I wcale nie wyglądam jak dziwadło! – zaprotestowała po chwili, gdy dotarł do niej w całości sens tej wypowiedzi. – Po prostu mam styl!

– Szkoda, że nie własny – zripostowała Natalia, mierząc ją krytycznym wzrokiem.

Młodsza siostra dziś wyglądała niemal normalnie. Wprawdzie nadal miała kruczoczarne włosy, ale na to bez odbarwienia lub ostrzyżenia do gołej skóry nie było rady. Żadne farbowanie takiej czerni nie pokryje. Czarne paznokcie, a raczej szpony, też kłuły w oczy, ale reszta dla odmiany wyglądała całkiem normalnie. Zwykłe dżinsy, wyciągnięta koszulka, której czasy świetności minęły gdzieś w okresie PRL-u, i zero makijażu, a gdyby nawet był, wyglądałby, jakby Nata posypała twarz mąką ziemniaczaną i zamiast tuszu do rzęs użyła węgla.

Wersję gotyk mini dawało się znieść, choć całość odstawała od wizerunku Barbie, który jeszcze do niedawna uważała za swój styl. Niebotyczne obcasy, cukierkowate sukienki i długie jasnoblond włosy zniknęły po ostatniej kłótni z chłopakiem Naty, komisarzem Marcinem Kurkiem. Wtedy postanowiła drastycznie zmienić swoje życie, choć zmianie uległ tylko jej wygląd. Ostatnie cztery lata składały się z ich rozstań i powrotów. Ten nowy image z pewnością nie zachęci Marcina do ponownego zaistnienia w jej życiu.

Człowiek musi w życiu spróbować różnych rzeczy, nim zdecyduje, kim chce być i jak wyglądać. To pierwsze Nata już wiedziała, tego drugiego dopiero poszukiwała. Przynajmniej tej myśli musiała się trzymać, choć w duchu przyznawała siostrom rację, że popadanie ze skrajności w skrajność niekoniecznie świadczy o osiągnięciu równowagi emocjonalnej. Tylko że trochę ją nosiło po ostatecznym zerwaniu z Marcinem.

– Proponuję wrócić do tematu – odezwała się Nata, gdy uznała, że jest w stanie zapanować nad ową równowagą, a ta część jej mózgu, która była odpowiedzialna za złośliwość, pozostanie uśpiona. – Co sądzisz o trzeciej części książki? Poza tym ubieram się normalnie – dodała z urazą.

– Właśnie. Ale dopiero od połowy czerwca. Miałam rację! – Natalia triumfalnie wymierzyła w nią łyżką.

– Nie, nie miałaś. – Na twarzy Naty pojawił się trudny do zinterpretowania grymas. – Gotyk nie jest dobry na te cholerne upały. Powyżej dwudziestu stopni się nie sprawdza. Ten maj niemal mnie wykończył. I nie mam nic przeciwko chodzeniu na zebrania do bliźniąt. Wolę to niż siedzieć w domu z tym małym. Ono mnie przerasta.

– Nie ono, tylko ona. I ma na imię Tosia – zirytowała się Natalia, przed pięciu laty Sucharska-Dębska, po rozwodzie z niewiernym małżonkiem tylko Sucharska, a jeśli Adrian w końcu dopnie swego, w przyszłości Sucharska-Potocka. Nie samo Potocka.

Wróciła w myślach do tego nieszczęsnego samolotu, który wciąż tkwił w jej głowie i nie chciał zniknąć. Nie potrafiła wyobrazić sobie sytuacji, gdy bez problemu i wyjaśnień na pokład wchodzi pięć kobiet o tym samym imieniu i nazwisku i nie zostaną oskarżone o przynależność do jakiegoś ugrupowania terrorystycznego. A one tak żyły od pięciu lat. Pięć Natalii Sucharskich i gdyby nie PESEL… Oj, byłoby ciężko. Ale przecież nie będą się przedstawiać, podając zamiast imienia szereg cyfr.

Co do nazwiska… Natalia od czasu rozwodu i odziedziczenia znacznego majątku – dwa razy – stała się kobietą wyemancypowaną i starannie manifestowała swoją niezależność, co nie przychodzi łatwo, gdy jest się matką trójki dzieci oraz jedyną z sióstr potrafiącą gotować i ogarnąć całe gospodarstwo domowe. W dodatku jej partner życiowy, który wytrzymał wszystkie kłamstwa, matactwa i manipulacje pięciu Sucharskich, nie dość, że nadal ją kochał i lubił jej siostry, a dzieci go uwielbiały, to wciąż nalegał na ślub, jakby nie wystarczyło, że są razem, a Tosia nosi jego nazwisko. Ostatecznie Tosia była córką Adriana, więc czemuż by nie miała nosić nazwiska ojca? Jej dzieci też noszą. Niestety, tego jakoś nie udało się uniknąć, bo gnida wprawdzie alimentów nie płaci, dzieci nie odwiedza, ale zrzec się praw rodzicielskich też nie chce. Gnida, czyli Tadeusz Dębski, eksmałżonek, przez którego Natalia uznała małżeństwo za stanowczo przereklamowane. Wprawdzie swego czasu wyraziła na nie zgodę i nosiła pierścionek na właściwym palcu, ale sam ślub i wesele zdecydowanie ją przerastały. Chociaż panem młodym byłby teraz Adrian, nie Tadeusz. Tamten już był i się nie sprawdził. Adrian na razie się sprawdzał, więc po co zmieniać coś, co już tak dobrze działa? Po ślubie może przestać, czego z niewiadomych przyczyn obawiała się Natalia, choć ten mężczyzna w niczym nie przypominał drania, który był błędem jej młodości i zauroczenia.

Rzecz w tym, że ostatnio Adrian jakoś mniej nalegał na ślub i teraz Natalia już nie wiedziała, czy pogodził się ze status quo, czy też przestał ją kochać i dlatego odpuścił temat. Niemożliwe, przestraszyła się własnych myśli. W końcu tyle razem przeżyli i skoro nie uciekł do tej pory, to teraz chyba nie zamierza?

– Przecież wiem.

– Co wiesz? – Natalia ocknęła się z zamyślenia i zwróciła oczy na Natę, znów nie mogąc oderwać wzroku od jej czarnych włosów, które absolutnie nie pasowały do bladej cery.

– Że Tosia to Tosia – wyjaśniła Nata.

– Aha, i włosy ci zostały – zauważyła trafnie starsza z sióstr.

– A gdzie miały się podziać?

– No czarne ci zostały. W tym sensie mówię.

– No i? – Nata nie zrozumiała, o co chodzi.

– No i nic. – Natalia wzruszyła ramionami. – Poza tym, że nie masz do nich cery.

– Mam dość. Ja do ciebie jak do starszej siostry, po poradę. A ty co? – Nata obraziła się ostatecznie.

– Niech ci będzie. Więc co chciałaś?

– Już nic. Sama sobie poradzę.

– OK. – Natalia wróciła do mieszania masy do tortu kawowego.

Nata, chociaż obrażona, nie zamierzała jednak wychodzić z kuchni. Oparła się o blat, oddzielający część kuchenną, do której nie zamierzała się zapuszczać, od jadalnej, i zapytała ponownie:

– Trzecia część przygód zwariowanych siostrzyczek. Pisać czy nie pisać?

– Chcesz to pisz, nie chcesz, nie pisz.

– Nie mogę uwierzyć, że tak spokojnie do tego podchodzisz – zdziwiła się autorka, której niejednokrotnie grożono linczem za uprawianą przez nią grafomanię, jak określały jej pasję siostry, niezadowolone ze swoich wizerunków prezentowanych na stronicach powieści. To, zdaniem Naty, potwierdzało regułę, że prawda w oczy kole.

– W naszym życiu nic się nie dzieje, a przynajmniej nie ma żadnych sytuacji kryminogennych, więc pisz sobie, co chcesz. Na szczęście wszyscy uważają te twoje wypociny za fikcję, więc niech tam sobie będzie – oświadczyła łaskawie Natalia, oblizując kolejną łyżkę masy.

Za dużo kawy, uznała. Trzeba dosłodzić. Z tą myślą sięgnęła po pudełko z cukrem i po chwili zastanowienia wsypała na oko kilka łyżek, a następnie ponownie sięgnęła po mikser.

– Niby tak… – smętnie zgodziła się z nią Nata. – Rzecz właśnie w tym, że nic się nie dzieje.

– Wymyśl coś.

– Staram się. Ale ludzie nas kochają i oczekują czegoś wyjątkowego. To znaczy kochają nie nas, tylko nasze literackie wizerunki. No wiesz, chodzi mi o to, że ludzie myślą, że my tak naprawdę wcale nie istniejemy. Jak mam wymyślić coś, co przebije rzeczywistość? – żaliła się Nata. – W dodatku ostatnio wcale się nie kłócimy!

– Jesteś pisarką czy nie? – Natalia nie zamierzała okazać wyrozumiałości. – Siadaj i pisz, zamiast biadolić, jaka to jesteś nieszczęśliwa, niespełniona twórczo i jak życie przemyka ci między palcami. Ostatnio tylko snujesz się po domu jak duch i jęczysz. Masz talent. Nie marnuj go.

– Tak myślisz? – W Natę wstąpiła nadzieja.

– Dokładnie tak. Zabij kogoś. Na niby. Tylko już żadnych spadków, nawet fikcyjnych – zastrzegła się szybko Natalia. – Tego może nie przeżyć nawet mój literacki sobowtór. I spadaj stąd. Muszę włączyć mikser.

Nata z ponurą miną wyszła z kuchni. Skrzywiła się, gdy mijała lustro wiszące w holu. Gotyk rzeczywiście nie był dobrym rozwiązaniem. Tak bardzo chciała coś zmienić w swoim wyglądzie, że przeholowała. Jak zwykle zresztą. Nie potrafiła ograniczać się do drobnych retuszów. Dobrze, że nadal jest kobietą, mimo tych koszmarnych włosów. Co do tego Natalia miała rację. To nie był dobry pomysł. Ale czy można być jasnowłosą gotką? Skończyła już dwadzieścia osiem lat. Kiedy wreszcie spoważnieje?

Zamknęła drzwi od swojego pokoju i usiadła przy biurku. Żałośnie wpatrywała się w monitor. Ostatnio nie miała natchnienia. W jej życiu musi się coś dziać, by mogła pisać. Potrzebowała emocji. Dużo emocji. A nie było nic. Chwilowy przypływ nadziei po tym, jak Natalia obwieściła mimochodem, że ona, Nata, ma talent – a żadna z sióstr Sucharskich nie szafowała komplementami, zwłaszcza pod adresem pozostałych – rozpłynął się gdzieś na schodach.

Zamknęła plik z napisem „tekst”, gdzie nie widniał żaden tekst, ale jakoś musiała go nazwać, by móc zapisać, i weszła na swój blog, który prowadziła anonimowo i w absolutnej tajemnicy przed całym światem, zwłaszcza przed siostrami. Był on tylko i wyłącznie jej.

I pokazywał kłębowisko negatywnych emocji, których doświadczała raz po raz, gdy tylko wpadła na swojego eks. Marcin Kurek nadal był partnerem komisarza Adriana Potockiego, narzeczonego Natalii. Adrian mieszkał z nimi już dwa lata, był ojcem małej Tosi i nic nie zapowiadało, że zamierza zniknąć z życia siostry. A skoro stał się trwałym elementem wyposażenia mechlińskiego domu, w którym Nata mieszkała z Natalią (pozostałe siostry przeniosły się do Poznania i wpadały tu tylko na weekendy), oznaczało to, że jego partner z pracy i najlepszy przyjaciel będzie stałym gościem w tymże domu. Niestety, Nata nie znalazła żadnego legalnego sposobu na wyeliminowanie byłego faceta z ich życia rodzinnego. Jedyne rozwiązanie, które przychodziło jej do głowy, groziło dożywotnim pozbawieniem wolności, a przecież nie warto poświęcać własnego życia tylko po to, żeby jakiś żałosny dupek przestał się plątać po tym pięknym świecie.

Dupków na tym świecie jest co niemiara i gdyby każda kobieta miała zamordować choćby jednego, system penitencjarny stałby na takim samym poziomie, jak ZUS. Na nieszczęście dla naszego systemu socjalnego w kraju mamy za dużo rencistów. Lekarze walczą o utrzymanie ich przy życiu aż do wieku emerytalnego, w odwecie państwo obcina coraz bardziej listę leków refundowanych, ale tamci się nie poddają i kupują tańsze zamienniki. I tak toczy się odwieczna walka między…

Właściwie między czym a czym? – zastanawiała się Nata, nie mogąc pojąć, skąd jej się wzięły te myśli. Ale skoro już zaczęła narzekać, kolejne słowa popłynęły same i kwadrans później umieściła wpis na swoim blogu. Wprawdzie trochę inny niż pozostałe, poświęcone sprawom damsko-męskim, ale przynajmniej coś napisała.

JAK WYGLĄDA TWOJA PRZYSZŁOŚĆ, EMERYCIE?

Kiedy tak obserwuję tę naszą politykę prorodzinną, to muszę Wam się przyznać, że do prokreacji mnie ona nie zachęca. Propagatorzy właściwych skojarzeń we mnie nie wywołują. Krótko mówiąc… seksem to oni nie emanują, a bez tego się nie obejdzie. Przy cyferkach zawsze zasypiam, a w dodatku mam niedobre przeczucie, że jak na stare lata sama sobie nie odłożę, to na tę prenatalną jeszcze młodzież nie mam co liczyć.

Na płatników świadczeń tym bardziej.

Pewnego dnia spłynęło na mnie objawienie. Zrozumiałam ideę podnoszenia wieku emerytalnego celem ratowania ZUS-u.

Bo to jest tak…

Pewnego dnia wstanę z łóżka ledwo, ledwo i wcale nie na kacu. Potem powlokę się na nogach wykręconych reumatyzmem do łazienki. Przed lustrem spędzę ze dwie godziny, żeby przypominać człowieka, bo na kobietę to już czasu nie wystarczy, zwłaszcza że dopadł mnie artretyzm i palce nie chcą się wyprostować, a podczas nakładania tuszu parkinson nie pomaga.

Dotrę do pracy, potykając się o własną laskę i modląc się po drodze, żeby nic mnie nie przejechało, nie potrąciło i żeby winda nie wysiadła, bo nitrogliceryna się skończyła, a kolejka do lekarza była za długa i serce mi wysiądzie już na półpiętrze.

Spędzę pół dnia, szukając hasła do komputera – w końcu pamięć już nie ta, a wtedy okaże się, że to nie moje biurko, a tak naprawdę to nawet nie moje biuro, tylko przez tę cholerną zaćmę cyferki mi się pomyliły i wysiadłam na niewłaściwym piętrze. Pewnie załapałabym wcześniej, ale recepcjonista zgubił okulary i się nie zorientował, że tam nie pracuję, a ja bez aparatu słuchowego i tak bym nic nie usłyszała.

Kiedy docieram do mojego stanowiska pracy, jestem tak zmęczona, że muszę uciąć sobie popołudniową drzemkę. Budzi mnie szef, który wprawdzie kawy nie dostał, ale z powodu alzheimera i tak o tym nie pamięta. Daję mu kartkę z adresem spotkania, na dole czeka taksówka, która zawiezie go na miejsce i przywiezie z powrotem, bo zabrali mu prawo jazdy z dwadzieścia lat wcześniej za jazdę pod prąd i zakłócanie ruchu ulicznego, bo jak się nie widzi i nie słyszy, to czego można się spodziewać?

Sama sprawdzam terminarz zajęć na resztę dnia, tylko… Gdzie, do diabła, on się podział? Resztę czasu poświęcam na szukanie, a gdy na zegarze wybija szesnasta, sięgam po dowód osobisty, żeby sprawdzić, czy jeszcze pamiętam swój adres.

Przed wyjściem zerkam w kalendarz wiszący na ścianie i wychodzi mi na to, że taki los czeka mnie jeszcze przez najbliższe naście lat. To jak dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia. Wychodzę z pracy. Idę po schodach. A co tam! Raz się żyje, nie? Wkładam okulary do torebki, wyrzucam laskę do kosza i albo trafię żywa do domu, albo nie.

Gdybym była samurajem i miała właściwy miecz, nóż czy co tam trzeba do seppuku bądź harakiri, nigdy nie pamiętam, które jest które, poszłoby szybciej. Ale nie te czasy. Teraz mamy cywilizowane rozwiązania.

Ustawowe.

– Niezłe – uznała zadowolona z odpowiedniej dawki jadu i złośliwości. Przez moment poczuła się jak obrończyni uciśnionych, zapominając zupełnie, że dzięki ojcu ona sama nie będzie musiała się martwić o emeryturę. Nie grozi jej los biednych niedoszłych emerytów, którym każą pracować jak niewolnikom, aż śmierć ich wybawi, jako że ZUS-owi się nie spieszy, a renty nikt im nie da, bo skoro w śpiączkę nie zapadli i oddychają samodzielnie, a nie za pomocą respiratora, to mają pełną zdolność do pracy.

Magda Sucharska, a właściwie Natalia Magdalena Sucharska, z triumfem przyglądała się ostatniej bili wpadającej do łuzy. Czarnej bili. Cmoknęła i wyciągając rękę w stronę stojącego obok niej chłopaka, powiedziała z satysfakcją:

– Płacz i płać.

– Szlag! – zaklął ów młody człowiek i sięgnął do kieszeni po portfel. Ostatni raz zakładał się z laską. Przegrać z facetem to nie wstyd. Ale z laską? Tfu! Masakra. – Pięć dych – powiedział, nie potrafiąc ukryć złości, gdy wciskał banknot w dłoń ciemnowłosej dziewczyny.

– Zgadza się. Daj znać, gdybyś chciał się odegrać… Znowu – dodała z ironią, odwracając się na pięcie.

Facet nie znał umiaru. Igrał, igrał i się doigrał. Zaczepiał ją na uczelni, śledził na Fejsie, wysyłał esemesy i wystawał pod uczelnią. Miała dość pajaca. Dostał nauczkę, i to przy kumplach. Więcej jej nie zaczepi. A jak się odważy, to nie będzie tak uprzejma. Facet dostanie w mordę i tyle.

Wyszła z klubu. Był ładny, ciepły wieczór, w sam raz na spacer. Dobrze, że już weekend. Chętnie pojedzie z Darkiem na kilka dni do Mechlina. Brakowało jej sióstr, mimo że sporą część wspólnego czasu zajmowały im kłótnie.

Mieszkała cały czas z Natką i Darkiem, swoim chłopakiem, rzecz jasna, w mieszkaniu odziedziczonym po Januszu Zawadzie, przyjacielu ich zmarłego ojca i przyszywanym wujku. Miała zatem obok siebie tylko jedną siostrę, a było ich przecież pięć. Jak dla Magdy, to magiczna liczba. Wprawdzie z gatunku czarnej magii, ale zawsze.

Telefon zawibrował w kieszeni kurtki. Dzwonił Darek. Znowu.

– Tak, słucham? – Odebrała, tłumiąc pełne zniecierpliwienia westchnienie.

– Kochanie, czekam na ciebie od godziny. Zapomniałaś?

– Zapomniałam? Oczywiście, że nie. Zaraz będę – zapewniła go, ale już po chwili klęła na czym świat stoi. Darek od kilku dni uparcie namawiał ją na romantyczną kolację. W końcu się zgodziła, jednak o tym zapomniała. Nie tylko o tym, że się umówiła, zapomniała również o miejscu spotkania. Pospiesznie zadzwoniła do najmłodszej siostry.

– Natka? Co tak długo? Dzwonię i dzwonię! – wybuchnęła, gdy młoda w końcu odebrała.

– Zajęta jestem! – wysyczała wściekle Natka, która tego wieczoru była na wymarzonej randce i zamierzała wypaść normalnie, jak na dorosłą kobietę przystało. Kontakt z siostrami to wykluczał.

– Wiesz może, dokąd Darek zaprosił mnie na kolację?

Natka oniemiała. Dopiero po chwili z trudem wydobyła z siebie głos:

– Żartujesz? – Nie mieściło jej się w głowie, jak można zapomnieć o miejscu spotkania z mężczyzną swojego życia.

– Wiesz czy nie? – denerwowała się Magda, spiesznie maszerując na parking, gdzie zostawiła samochód.

– No wiem. Do tej włoskiej knajpki na Starym Rynku. Ale…

– Dzięki. – Magda, nie słuchając dalej, rozłączyła się bezceremonialnie.

– Przepraszam cię. Siostra. – Natka uśmiechnęła się przepraszająco do Radka.

– Jasne. Rozumiem – zapewnił ją wyrozumiale.

Uśmiechnęła się więc ponownie. Tym razem z zach­wytem.

Oboje studiowali historię, byli na tym samym roku, przedostatnim, tylko że w różnych grupach, ale część zajęć mieli razem. Wysoki, ciemnowłosy Radek dużo pływał i biegał, co było widać po jego wysportowanej sylwetce. Wzdychały do niego nie tylko studentki, chociaż te przynajmniej bardziej jawnie. Kiedy zaproponował Natce pójście na kawę, była w stanie tylko pisnąć coś niezrozumiale, co chłopak potraktował jako zgodę. Na szczęście. W przeciwnym wypadku nie siedziałaby teraz naprzeciwko niego, pławiąc się w blasku ciemnych oczu przystojniaka.

– Magda? – zapytał.

Magda Sucharska robiła teraz studia podyplomowe, nie pamiętał dokładnie jakie, ale widywał ją często na uczelni. Była od nich dwa lata starsza i nie zwracała uwagi na młodsze roczniki.

– Tak, Magda. Poza nią mam jeszcze trzy siostry. ­Anna jest najstarsza, ale nie lubi, gdy jej się to przypomina, jakby sam fakt, że nie będzie się o tym mówić, sprawił, że odmłodnieje. – Natka przewróciła oczami na znak, iż jest to absolutnie niezrozumiałe. – Ma trzydzieści cztery lata i też mieszka w Poznaniu ze swoim facetem. Całkiem fajny jak na czterdziestolatka. Policjant, chociaż to zupełnie inna epoka – trajkotała. – Potem jest Natalia. Ma trzydzieści dwa lata i trójkę dzieci. Jestem ciocią, uwierzysz? – zachichotała. – Trzecia jest Nata. Wydała już dwie powieści. Jest dość znana jak na początkującą autorkę. Kiedyś pracowała w Warszawie jako dziennikarka, ale po śmierci naszego wspólnego ojca przeniosła się do Mechlina. Wiesz, sprawy spadkowe. Potem Magda, no i ja.

– No właśnie, bo ja chciałem zapytać…

– Tak, to prawda. Wszystkie nazywamy się tak samo, Natalia Sucharska. Używamy drugich imion albo zdrobnień, ale i tak jest zamieszanie. Po śmierci ojca dowiedziałyśmy się o swoim istnieniu. Nie dość, że był bigamistą, to jeszcze miał nas pięć. I wszystkie nazwał tak samo. Uwierzysz?

– Niesamowita historia…

– W dodatku prawdziwa. Życie pisze scenariusze, których najlepszy pisarz nie wymyśli, czy jakoś tak… Nie pamiętam dokładnie, ale mniej więcej o to chodziło.

– Tak, bo widzisz…

– Dobre dwa lata mieszkałyśmy razem, ale potem tak jakoś się złożyło, że Anna przeniosła się do swojego faceta, Magda i ja zamieszkałyśmy razem, bo i mieszkanie, i studia w Poznaniu, więc wygodniej i w ogóle. Natalia została z dziećmi w Mechlinie, a Nata nie miała powodu, żeby się wyprowadzać. Więc też została w Mechlinie. A ty? Masz rodzeństwo? Założę się, że twoja rodzina to jakaś taka bardziej normalna jest, nie? Bo bardziej walniętej od mojej to nie spotkałam. W dodatku nasze matki… Każda ma własną. Łącznie pięć. To jak zlot czarownic. Albo teściowych. Koszmar. Ale ogólnie jest całkiem sympatycznie. Wolę uprzedzić na początku znajomości o tych naszych rodzinnych realiach, bo potem i tak każdy pyta.

– Dasz mi numer do Magdy? – W końcu przerwał bezceremonialnie potok słów płynący z ust uroczej blondyneczki, na szczęście nie w jego typie, inaczej musiałby ją na każdej randce kneblować lub ogłuszać.

– Hę? – wykrztusiła osłupiała Natka.

Anna obgryzała paznokcie. Krzywiła się za każdym razem, gdy coś jej zgrzytnęło między zębami, ale nie mogła przestać. I tego fenomenu nie potrafiła zrozumieć. Nigdy nie miała żadnych natręctw ani złych nawyków. Nie piła, przynajmniej nie za często, nie brała ani nie paliła – nigdy. I nigdy wcześniej nie obgryzała paznokci.

A teraz właśnie zaczęła. I to tak od razu na całego, pomyślała, wkładając do ust środkowy palec. Mały i serdeczny już obgryzła do żywego mięsa. Nie pomogła nawet myśl, że gdyby siostry zobaczyły ją w tym stanie, drwinom nie byłoby końca. Anna, tak, ta Anna, która zawsze wygląda idealnie, której strój domowy to wyprasowane w kant spodnie i bluzka z kołnierzykiem, zawsze taka elegancka, opanowana, z perfekcyjnym makijażem na twarzy i gładko zaczesanymi platynowoblond włosami, sięgającymi do podbródka, z których ani jeden nie odważyłby się odstawać nawet na milimetr, siedziała teraz na kanapie równie chłodna i elegancka jak zawsze, oprócz tego, że przeżuwała paznokcie w sposób porównywalny wyłącznie z krową przeżuwającą trawę na pastwisku. Nie powstrzymywało jej nawet własne mlaskanie.

Było tylko jedno wyjaśnienie takiego stanu. Histeria. Co wydawało się dość dziwne, zważywszy na wydarzenia kilku ostatnich lat. Znalazła siostry, o istnieniu których nie miała pojęcia. Rzuciła pracę i przeniosła się z Bydgoszczy do Mechlina z dnia na dzień. Do tego kłamała, manipulowała i mataczyła wraz z pozostałymi, o czym wiedziała już cała Polska po przeczytaniu „Natalii 5” i „Drugiego przekrętu Natalii”. Na szczęście czytelnicy byli zupełnie nieświadomi, że ukazane w tych książkach postacie i sytuacje są prawdziwe. Poznanie pięciu przyrodnich sióstr, gwałtowna śmierć ich ojca, zagrożenie ze strony gangu, broń wycelowana w nią i pozostałe Natalie przez bandytę, wszystko to jednak pryszcz w porównaniu z tym, czego się dowiedziała dzisiaj.

Marianowi serce podeszło do gardła, gdy wszedł do domu i na nią spojrzał. Wydarzyło się coś strasznego. Na pewno coś się stało którejś z sióstr. Nim zdążył zapytać, piękna blondynka spojrzała na niego z paniką w oczach i nie wyjmując palca z ust, wysepleniła:

– Dzieci są brudne, śmierdzą, bałaganią i wciąż czegoś chcą.

– Coś w tym jest, kochanie, ale nie sądzisz, że to lekka przesada? – odpowiedział oszołomiony, nie widząc sensu w jej oświadczeniu.

Owszem, dzieci śmierdzą, ale tylko dopóki nie wyrosną z pieluch. Potem już da się je utrzymać w jakiej takiej czystości, aż same zaczną dbać o swój wygląd, szykując się na randki, na które jego córki zaczną chodzić zapewne dopiero po trzydziestce, a synowie chyba nigdy, bo jak wiadomo, mężczyźni dojrzewają z opóźnieniem. Przynajmniej tak twierdzą kobiety.

– I nie można ich oddać. One są już na całe życie – dodała Anna, wkładając do ust kolejny palec.

Marian sapnął tylko, a potem prychnął, nie wiedząc, co powiedzieć, jak zareagować i co zrobić z paznokciem leżącym na dywanie, bo jego kochająca czystość, nieskazitelna Anna, dzięki której wyglądał jak model z okładki kolorowego czasopisma, i to nie z powodu wrodzonej urody, tylko doskonale dobranych, wyprasowanych przez partnerkę ubrań, właśnie wypluła tam obgryziony paznokieć. Nic dziwnego więc, że zareagował jak ostatni kretyn, idiota i debil jednocześnie, gdy oświadczyła niespodziewanie:

– Jestem w ciąży.

– To moje dziecko? – zapytał bez zastanowienia.

Anna, słysząc to, uspokoiła się natychmiast. Spojrzała na niego z chłodną pogardą w bladoniebieskich oczach, które wydawały się zimne nawet wówczas, gdy się uśmiechała, a teraz tchnęły epoką lodowcową, i wycedziła:

– Nie, moje.

Po czym wzięła torebkę i wyszła z mieszkania. Marian natomiast nadal stał w miejscu jak kretyn, idiota i debil jednocześnie, w dodatku niemota i paralityk, i gapił się na drzwi, za którymi zniknęła cała jego przyszłość.

Magda zostawiła swoje małe, czarne auto na podziemnym strzeżonym parkingu w centrum miasta, zdecydowawszy się iść do restauracji pieszo. I tak była już spóźniona na spotkanie z wieloletnim chłopakiem, a swojego maleństwa za nic w świecie nie porzuciłaby na pastwę poznańskiego złodziejskiego światka. Nie dość więc, że dotarła do restauracji jakieś półtorej godziny po umówionej godzinie spotkania, to dopiero przed wejściem do lokalu zorientowała się, że jej strój może nie całkiem pasować do tego miejsca. Legginsy ze wstawkami ze skóry, czarna, asymetrycznie skrojona tunika, buty nabijane ćwiekami i nakładane na ramiona bransolety w kształcie wijących się węży były dla Magdy codziennością, dla personelu knajpki jednak niekoniecznie. Makijaż miała dziś raczej skromny. Rysunki robione henną lub eye-linerem, które zwykle zajmowały część twarzy, ciągnąc się od łuku brwiowego przez kość policzkową aż do żuchwy lub obojczyka, raczej w stylu Louisa Royo niż matki Polki, tym razem ozdabiały tylko skronie i były to fantazyjne esy-floresy, zakończone smoczymi łbami w miniaturze. W czarne długie włosy miała wplecione rzemienie z monetami, taka stylizacja na starożytność w szerokim pojęciu tego słowa, czyli było tam wszystko, co tylko dała radę znaleźć i zawiązać.

Jeden z kelnerów gapił się na nią jak zahipnotyzowany, gdy szła do stolika. Darek jednak nie był zaskoczony widokiem swojej dziewczyny, którą kochał nieprzerwanie już od kilku lat, i nie zniechęcało go kompletnie nic, nawet to, że sióstr Sucharskich jest aż pięć. Ani to, że czekał na Magdę ponad półtorej godziny, a ona nawet nie zadała sobie trudu, żeby włożyć sukienkę. Okazja miała być wyjątkowa, czego Natalia Magdalena Sucharska jeszcze nie wiedziała, nie wątpił jednak, że to również nie byłoby dla niej powodem, dla którego miałaby ubrać się bardziej konwencjonalnie.

Kiedy dotarła do stolika i zobaczyła na nim bukiet pięknych czerwonych róż, spytała podejrzliwie:

– Co to za okazja? Nie mam urodzin. Jakaś rocznica?

– To nie urodziny. I nie rocznica. Usiądź, to…

– Jak nie urodziny, to co? Podpadłeś? Nic o tym nie wiem. Zwykłe „przepraszam” też by wystarczyło, ale nie czekałbyś dwie godziny – dociekała, z uwagą lustrując Darka. Złotorude włosy miał staranie uczesane i chyba… tak, dobrze widziała, był u fryzjera! – Co jest grane?

– Siadaj – zdenerwował się w końcu.

Magda opadła na krzesło, splotła ręce na piersiach i rzuciła zirytowana:

– Lepiej, żeby to była dobra wiadomość. – A nim zdążył się odezwać, dodała: – Chyba nie zamierzasz mnie rzucić? Na to miałeś dość czasu i wystarczyło się wyprowadzić. Nie musiałeś mnie tu zapraszać. No i to nie byłaby dobra wiadomość. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, a złą wolałbyś przekazać mi na odległość, więc…

– Czy możesz na chwilę się uciszyć?! Chcę się ożenić! – wybuchnął w końcu. Ostatecznie mężczyzna oświadcza się raz w życiu, przynajmniej on zamierzał, ale oczywiście z nią nic nie jest proste.

– Aha… – bąknęła zaskoczona. – A z kim?

– Z tobą, ty kretynko!

W tym momencie przy stoliku znienacka pojawił się skrzypek, po nim kelner z butelką szampana i wtedy wszyscy goście spojrzeli w ich kierunku, a Magda… No cóż, Magda pierwszy raz w życiu spanikowała i uciekła. Goniło ją żałosne rzępolenie skrzypiec, gdy biegła ulicą.

Darek wiedział, że nie pójdzie łatwo, ale taka reakcja zaskoczyła nawet jego. Z drugiej strony, nie poszło źle. Przynajmniej nie powiedziała „nie”.

Adrian zajrzał do Tosi, która spała słodko jak mały ciemnowłosy aniołeczek, z kciukiem w buzi, zwinięta w kłębuszek, i posapywała przez sen. Naciągnął na nią rozkopany kocyk, sprawdził, czy elektroniczna niania działa, i wrócił do sypialni. Nie zdążył się położyć, gdy na zewnątrz rozległ się pisk opon.

– Sprawdzę – powiedział do Natalii, którą nieoczekiwany dźwięk wytrącił ze snu i oszołomiona usiadła na łóżku.

– OK. – Ziewnęła i położyła się na powrót, ale natychmiast głośne trzaśnięcie drzwiami poderwało ją do pozycji siedzącej. Już rozbudzona powiedziała: – To któraś z Natalii. Coś się musiało stać. – Zaniepokojona pobiegła za Adrianem. Na schodach wpadli na Natę, równie przejętą jak oni. Na dole stała Anna, z zapuchniętymi oczami, blada jak śmierć, rozczochrana, w pogniecionych spodniach.

– Wybaczcie, że o tej porze, ale obawiam się, że pewne okoliczności zmusiły mnie do bezzwłocznego powrotu do domu – oświadczyła dramatycznie. – Pozwolicie, że udam się do siebie.

Nie czekając na odpowiedź, minęła ich i poszła na górę. Adrian, Natalia i Nata patrzyli za nią zaskoczeni, po czym spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.

– Czy ona miała poobgryzane paznokcie? – spytała z wahaniem Nata, nie wierząc własnym oczom.

– Też to zauważyłam. – Natalia ze zdenerwowania zaczęła obgryzać własne.

– Myślicie, że coś się stało? – Adrian zdał sobie sprawę z absurdalności tego pytania w chwili, w której je zadał, ale było już za późno, słowa wyszły z jego ust i nie chciały się cofnąć. Obie siostry popatrzyły na niego z politowaniem. Nata otworzyła usta, by to odpowiednio skomentować, ale wtedy znów rozległ się warkot nadjeżdżającego auta, więc zamiast coś powiedzieć, otworzyła drzwi, by sprawdzić, kogo jeszcze przyniosło.

Przed dom zajechał mały, śliczny, czarny opel Magdy. Samochód zatrzymał się na wprost schodów. Długowłosa brunetka wysiadła i bez słowa weszła do domu, zatrzas­kując za sobą drzwi z siłą, która przyprawiła futryny o drżenie. Adrian zerknął w górę zaniepokojony, czy Tosia nadal śpi i pozwoli mu spędzić kilka miłych chwil z jej matką. Noc stawała się całkiem interesująca, choć nie tak, jak by sobie tego życzył.

– Co się dzieje? – zawołała za nią Natalia, ale siostra minęła ją bez słowa i śladem Anny zmierzała na piętro, gdzie znajdował się również jej pokój.

– Magda! – krzyknęła za nią Nata z irytacją. Jakaś odpowiedź im się należała. Choćby zwykłe: „Odczep się”.

– Moje życie straciło sens – oświadczyła dziewczyna, zatrzymując się na półpiętrze, by spojrzeć w dół. – Już nigdy nie będę mogła po prostu być sobą. To koniec.

– O co jej chodzi? – Nata zdenerwowała się jeszcze bardziej, gdy Magda, nie wyjaśniając nic więcej, pobiegła na piętro. – Myślisz, że Darek coś jej zrobił?

– Raczej ona jemu – skomentował kwaśno Adrian.

– No jasne, zabiła go i dlatego przyjechała o północy do domu, żeby tu się ukryć. – Natalia popukała się w czoło z politowaniem. – Za to ci płacą? Za wymyślanie głupich teorii? Dzwoń natychmiast do Mariana i Darka, spytaj, co się stało.

– Teraz? – zdziwił się Adrian.

– Super. Za intelekt to go chyba nie kochasz, nie? – zgryźliwie zapytała Nata. – Lepiej, żeby Tosia wdała się w ciebie. Chociaż – zaczęła drapać się po głowie, udając, że się głęboko zastanawia – twój pierwszy mąż też był kretynem, a dzieci masz inteligentne. To jeszcze o niczym nie świadczy. Zdaje się, że nasze geny są dominujące.

Potocki spojrzał na nią morderczym wzrokiem, ale nie zdążył odpowiedzieć jej ani słownie, ani ręcznie, choć tego drugiego jeszcze nigdy nie uczynił, a nieraz go korciło. Głośny huk na zewnątrz sprawił, że cała trójka drgnęła gwałtownie, trudno stwierdzić, czy ze strachu, czy z zaskoczenia.

– Zostańcie tutaj – polecił Adrian, na powrót przejmując dowodzenie. – Sprawdzę, co się dzieje.

Rzecz jasna, żadna z sióstr go nie posłuchała. To, że zadziałał w nim policjant, nie było dla nich żadnym argumentem. Ewentualność, że postanowił je chronić, bo diabli wiedzą, co się dzieje przed ich domem, tym bardziej. Genów odpowiedzialnych za wścibstwo miały więcej niż tych właściwych rozsądkowi. Stanęły więc za Adrianem i zerkały na podjazd. Koło schodów, tuż za autkiem Magdy, a tak naprawdę w bagażniku opla, zatrzymało się małe piździtko, jak nazywała samochód Natki Nata, i zza kierownicy wygramoliła się jego właścicielka.

– Boże! – jęknęła przerażona Natalia, unosząc dłonie do ust. – Jesteś cała?

– O choleres, Chryste Panie – dodała od siebie Nata, patrząc na Natkę, która zmierzała chwiejnym krokiem do domu.

– Spokojnie, nic mi nie jest! – zawołała najmłodsza z sióstr. – Za późno zaczęłam hamować, ale takie rzeczy się zdarzają!

– Tylko tobie – kwaśno skomentował Adrian i w ostatniej chwili złapał Natkę za ramiona, chroniąc ją przed upadkiem, gdy potknęła się o stopień.

– Trzeba wezwać pogotowie! – krzyknęła Natalia. – Ma wstrząs mózgu.

– Nic mi nie jest – zaprotestowała Natka, z wdzięcznością patrząc na prawie szwagra. – To tylko potknięcie.

– Ona nie ma okularów. Ani szkieł kontaktowych. – Nata prychnęła pogardliwie, zauważywszy, że młodsza siostra mruży oczy i szybko mruga powiekami, jak zawsze, kiedy prawie nic nie widzi.

– Jechałaś samochodem bez okularów?! – wrzasnął Adrian, potrząsając nią z bezsilną złością. – Czyś ty zwariowała?! Jesteś ślepa jak kret!!!

– Zostaw ją. – Nata odepchnęła go bezceremonialnie. – Nie widzisz, że jest w szoku? Trzeba spokojnie. Gdzie masz szkła kontaktowe, idiotko?! Chciałaś się zabić?! – wybuchnęła chwilę później, gdy znów spojrzała w oczy najmłodszej z córek Jarosława Sucharskiego.

– Musiałam je wyjąć, jak płakałam – odparła z godnością Natka, zaczynając akcję pociągania nosem. Ten wieczór okazał się kompletnym fiaskiem. W dodatku rozbiła auto. Znowu. – Przepraszam za wasz samochód, ale powinniście trzymać go w garażu, a nie na środku podjazdu, gdzie każdy może w niego wjechać – pouczyła Adriana.

– Zabiję ją – syknął wściekły Potocki.

– Nie ma za co. To nie nasz samochód – zauważyła całkiem przytomnie Natalia.

– Tak? A czyj? – chciała ustalić Natka.

– Magdy – poinformowała ją usłużnie Nata.

– Tak? To dobrze. – Winowajczyni uśmiechnęła się z satysfakcją. – Koniec końców ten wieczór nie był taki zły. Idę spać. Miałam ciężki dzień. – Minęła siostry i Adriana, po czym podreptała do siebie, potykając się dwa razy na schodach, nim udało jej się dotrzeć na piętro.

– Możesz mi wyjaśnić, jakim cudem ona nie potrafi odróżnić naszego mercedesa kombi od opla corsy Magdy? – Adrian teoretycznie wiedział, że nie powinien niczemu się dziwić. Nie, jeśli rzecz dotyczyła tej rodziny. W przypadku sióstr Sucharskich należało przyjmować wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, bo rzeczy niemożliwe stanowiły dla nich tylko pewien poziom trudności i przy odrobinie starań, a najczęściej nawet ich braku, były całkowicie realne.

– Przecież obydwa są czarne – wyjaśniła zaskoczona jego pytaniem Nata.

Natalia tylko wzruszyła ramionami, zastanawiając się, jakim cudem Tosia jeszcze się nie obudziła i dlaczego Przemek i Anielka nie byli tam, gdzie coś się działo. Odwróciła się, by wejść do domu i sprawdzić, co z dziećmi, lecz kłótnia między Adrianem a jej siostrą zmusiła ją do pozostania na miejscu.

– Ale to mercedes i opel! Na litość boską, te samochody są zupełnie różne!!! – Potocki nawet nie starał się zniżyć głosu. Najzwyczajniej w świecie był wściekły. Co więcej, uważał, że ma do tego prawo.

– Tylko dla ciebie. Mówimy o dziewczynie, która na pytanie, jaki chce mieć samochód, odpowiedziała, że błękitny, a przez przypadek kupiła czarny. Jeszcze coś, Einsteinie?

– Dobra. Dość tego. – Stanowczo wkroczyła do akcji Natalia. – Ty się zamknij i do pokoju – poleciła siostrze – a ty – dźgnęła palcem Adriana w pierś – zadzwoń do Mariana i Darka i dowiedz się, co się dzieje. Aha, obaj mają zakaz wstępu – dodała jeszcze, zatrzaskując za sobą drzwi i nie zwracając uwagi, że zarówno Nata, jak i Adrian pozostali na zewnątrz.

– Oni? – zadał pytanie, które nie tylko Nata uznała za głupie. I ze zdumieniem usłyszał wyjaśnienie Anielki dobiegające zza zamkniętych drzwi: – Bo to na pewno ich wina, tato Adrianie!

Potocki nacisnął klamkę i wszedł do domu. Spojrzał na dziewczynkę w różowej piżamce, przyglądającą mu się z powagą, i zapytał zgryźliwie:

– Tak? A skąd wiesz? Telepatia? – Zdawał sobie sprawę, że nie powinien wdawać się w polemikę z dziesięciolatką, ale jego instynkt samozachowawczy nie zadziałał.

– Telepatia nie została udowodniona naukowo – pouczyła go pobłażliwie pasierbica. – Wprawdzie teoria, że to mężczyźni są wszystkiemu winni, też nie została potwierdzona naukowo – zauważyła w zamyśleniu – ale wszystkie kobiety to mówią, więc musi istnieć spora doza prawdopodobieństwa, że tak jest.

– Dziecko kochane, wracaj do łóżka. – Interweniowała szybko Natalia, która zmaterializowała się tuż obok nich. Widząc osłupienie malujące się na twarzy Adriana, uznała, że musi działać natychmiast. Gdy tylko mężczyzna otrząśnie się z zaskoczenia, zacznie dociekać, które kobiety coś takiego powiedziały, a tego wolała uniknąć. Jej instynkt samozachowawczy działał bez zarzutu.

– Dobrze, mamusiu – odrzekła potulnie Anielka. – Dobranoc, tato Adrianie – zwróciła się do ojczyma.

– Dobranoc – odparł automatycznie.

– No dobra. Czyli wszystko jasne. Adrian dzwoni do chłopaków, a my idziemy spać – podsumowała z niejasnym zadowoleniem Nata i nie czekając na ciąg dalszy nocnych wydarzeń, jako że uznała, iż jej w zasadzie nie dotyczą, pobiegła do siebie. Padła na łóżko i klasnęła w dłonie, dając upust radości. Znów są wszystkie pod jednym dachem. Będzie się działo!

Adrian Potocki wszedł do komisariatu z uczuciem głębokiej ulgi, jakby schronił się w dobrze strzeżonym sanktuarium. Tu nie czaiło się żadne zło. Było cicho i bezpiecznie. Teraz mógł się zająć zwyczajnymi sprawami, może jakimś włamaniem albo zabójstwem, choć te zdarzały się rzadko. Ot, spokojna praca. Gdyby był wierzący, a niekiedy bywał, uznałby, że jeśli istnieją niebo i piekło, to on już za życia trafił do czyśćca. Po tym doświadczeniu mogło go czekać tylko wniebowstąpienie.

Zdziwił się, gdy w gabinecie zastał swojego partnera, komisarza Marcina Kurka.

– Jesteś godzinę przed czasem – zauważył, zamykając za sobą drzwi.

Rosły blondyn spojrzał na niego kpiąco i odpowiedział:

– Ty też. Ja mam powód, żeby tu być, a ty?

– Ewakuacja – wyznał Adrian, sięgając do szafki po kubek i kawę. – A ty?

– Ewakuacja? No kolego, musisz rozwinąć temat. Domyślam się, że masz w Mechlinie zlot czarownic. To jedyne, co mogło cię wyrwać z łóżka o świcie, a spędzasz tam sporo czasu. – Mrugnął znacząco do przyjaciela.

– Znacznie mniej niż bym chciał – odparował z uśmiechem Potocki, czując, że wraca mu dobry humor. – W środku nocy wparowała Anna w takim stanie, że gdybym nie był policjantem, sam zadzwoniłbym pod numer alarmowy.

– A co? Kreska nad jednym okiem była niesymetryczna? – zadrwił Marcin.

– Miała pogniecione ubranie, zapuchnięte oczy, do tego rozmazany makijaż i rozczochrane włosy, a jej koszmarnie obgryzione paznokcie śniły mi się w nocy – zreferował szybko Potocki.

– Ożeż… – szepnął Marcin tym razem z odpowiednią dozą powagi.

W gruncie rzeczy lubił Annę, właściwie lubił wszystkie siostry, choć związek z Natą był nie na jego nerwy. Mimo to nie potrafił ostatecznie wybić jej sobie z głowy i gdy spotykał się z inną kobietą, miał zwyczaj porównywać ją do byłej dziewczyny. Co gorsza, porównanie zawsze wypadało na korzyść Naty, choć była to cecha, której generalnie nie znosił.

– Rozstali się? – To było jedyne sensowne wyjaśnienie, które przyszło mu do głowy, a które tłumaczyłoby stan jej… ciała. O stan ducha aż bał się pytać.

– Trudno powiedzieć. Dzwoniłem do Mariana. Źle zareagował na wieść, że zostanie ojcem.

– Nie padł na kolana i nie dziękował kosmosowi? – zadrwił Marcin.

– Zapytał, czy to jego. – Adrian spojrzał na niego znacząco.

– O choleres… – sapnął przyjaciel. – Wkurwi… Zdenerwowała się?

– Wsiadła w samochód i przyjechała do nas w środku nocy. Ale to nie koniec. Przyjechały też następne dwie. Każda z osobna, ale jakby się umówiły. Nie wiem, co to było. Pełnia czy co? – żalił się Adrian. – Kilka minut po Annie zjawiła się Magda – relacjonował kolejne zdarzenia. – Z tą to zupełnie nie wiem, w czym rzecz. Darek jej się oświadczył, więc wyszła z restauracji i przyjechała do nas. Oświadczyła, że jej życie straciło sens i już nigdy nie będzie sobą. Jakby jakąś traumę przeżyła. A na ostatek zjawiła się Natka, bez okularów, i wjechała Magdzie w tył auta, ale co tej najmłodszej się stało, to już nie mam zielonego pojęcia. Z jakiegoś dziwnego powodu ucieszyła się, że rozwaliła opla Magdy, zapominając zupełnie, że użyła do tego własnego samochodu. Który też rozwaliła. Pomyślałem więc, że…

– Lepiej będzie przyjść do pracy, zanim wszystkie czarownice wstaną ze swoich trumien i wsiądą na miotły. Dobrze cię rozumiem, stary – powiedział ze współczuciem Marcin, choć kiedy się już zastanowił, był bardziej rozbawiony niż zaniepokojony.

Gdyby to były normalne kobiety, wiadomość o utracie aut stanowiłaby tragedię. Niektórzy ludzie muszą ciężko pracować, żeby kupić samochód, albo jeszcze ciężej, żeby spłacić kredyt za auto. Natalie odziedziczyły cztery lata temu po milion złotych każda po swoim ojcu plus piękny dworek w Mechlinie, a potem jeszcze niemałe pieniądze po przyszywanym wujku, niejakim Januszu Zawadzie, a Anna jeszcze je siostrom rozmnożyła. Do tego wpadło im sporo gotówki ze sprzedaży brylantów, w których posiadanie wprawdzie weszły legalnie, problem w tym, że same brylanty okazały się nielegalne.

Ale jak zwykle, Adrian i on dowiedzieli się o wszystkim po fakcie i nie mieli żadnych dowodów przeciwko siostrom Sucharskim, a gdyby mieli… No cóż, w końcu nikomu nie stała się krzywda, a same brylanty zostały oddane Europolowi przez nieznane osoby, więc cóż… Właściwie sprawy nie było.

– A co ty tu robisz? – Adrian nie krył ciekawości. Jego przyjaciel miał raczej skłonność do przychodzenia za późno niż wcześniejszego stawiania się na służbie.

– Wstyd się przyznać. – Marcin cmoknął z niezadowoleniem. – Ale co tam, i tak muszę cię prosić o przysługę, więc… – Wzruszył ramionami bagatelizująco, choć poczuł, jak na twarz wypływa mu zdradziecki rumieniec. – W skrócie wygląda to tak. Randka. Potem poszliśmy do niej. Przez przypadek powiedziałem do niej „Nata” i laska mnie wykopała. Klucze zostały u niej, nocowałem tutaj. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego stary Sucharski dał wszystkim córkom to samo imię. Człowiek naprawdę może się czasem pomylić.

Potocki patrzył na niego z osłupieniem, ale czerwona twarz kolegi świadczyła jednoznacznie, że powiedział prawdę. Parsknął śmiechem. Jednak Bóg istnieje i jednakowo doświadcza wszystkie swoje dzieci.

Nata odwiozła Anielkę i Przemka do Śremu. Po odebraniu solennej obietnicy, że nie przeznaczą pieniędzy na słodycze, fast foody ani nic innego, z czego ich matka nie byłaby zadowolona, wcisnęła im po dziesięć złotych na śniadanie w sklepiku szkolnym i odjechała z piskiem opon sprzed szkoły. Jedynym sprawnym samochodem, nie licząc stojącego w garażu mercedesa kombi, którym nie potrafiła parkować, bo zawsze coś jej gdzieś wystawało, było jej różowe cudeńko, jako że tamci wstydzili się nim jeździć. Rzecz jasna był jeszcze samochód Anny, lecz ta nie dzieliła się z nikim swoją własnością. Samochody Magdy i Natki były… niezdatne do użytku. I nadal stały przy schodach.

Kilkanaście minut później weszła do domu z rękoma przyciśniętymi do uszu, przekonana, że o tej godzinie wszystkie siostry już wstały i drą się na siebie wzajemnie jak opętane. Tymczasem wewnątrz panowała głucha cisza. Nata pożałowała, że odwiozła Anielkę i Przemka do szkoły. Dzieci zawsze wiedziały, co się dzieje, a teraz pozostała sama w jaskini lwa i znając jej szczęście, zaraz zostanie rozszarpana na strzępy.

Nabrała głęboko w płuca powietrza i dzielnie weszła do kuchnio-jadalni, przedzielonej szerokim barkiem z marmurowym blatem. Dziewczyny najzwyczajniej w świecie jadły z apetytem śniadanie, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Nata przez moment pomyślała, że Natka nie skasowała Magdzie ukochanego auta, Natalia nie została w środku nocy wyrwana z łóżka, a Marian nie posądził Anny o zdradę i wszystko to było tylko i wyłącznie wytworem jej wybujałej wyobraźni.

– Hej – odezwała się niepewnie. – Wszystko gra?

– Tak – odpowiedziała stanowczym tonem Natalia.

Pozostałe siostry pokiwały energicznie głowami, nawet Anna, choć była dziś bardziej blada niż w nocy. Właściwie wtedy była bardziej czerwona niż blada, a teraz jakaś taka zielonkawa, ale nie ma co roztrząsać szczegółów.

– Jecie śniadanie?

– Tak się nazywa poranny posiłek – zauważyła Natalia, odrzucając na plecy gęste, kasztanowe włosy, których część opadała jej przez jedno ramię.

– Aha. No tak. I tak spokojnie jecie? – dociekała Nata.

– Oczywiście. Anna ma mdłości, a Magda i Natka mają zakaz kłócenia się przy Tosi – wyjaśniła z uśmiechem na twarzy Natalia, ścierając dziewczynce z buzi tę część papki z banana, która nie trafiła do ust.

– Mama! – zawołała Tosia, patrząc na Natę.

– Ciocia – poprawiły ją chórem dziewczyny, przewracając komicznie oczami. Półtoraroczna Tosia była słodkim, kochanym dzieckiem. Miała tylko jedną wadę – poza tym, że nadal korzystała z pieluchy, choć potrafiła też siadać na nocnik – każdą Natalię nazywała mamą, a każdego mężczyznę w domu – tatą, co wywoływało pewną konsternację.

– Więc – wróciła do tematu Natalia – skoro nie mają do powiedzenia nic miłego, mają nie odzywać się wcale.

– Aha – skwitowała z ulgą Nata. Usiadła przy stole i nałożyła sobie na talerz jeszcze ciepłą jajecznicę i dwa tosty. – Super. Czy to znaczy, że nie odezwą się do końca życia?

– Nie, idiotko, tylko do siebie mamy się nie odzywać – warknęła Magda, patrząc na nią ze złością. Makijaż miała rozmazany, włosy skołtunione, bo poszła spać w pełnym rynsztunku; jeśli dodać do tego skasowane auto, nic dziwnego, że słoneczny poranek nie nastroił jej optymistycznie.

– Zachowuj się – pouczyła ją Natalia. – Jaki przykład dajesz dziecku? Tosia już wszystko rozumie.

– Szkoda, że nie może zapamiętać, kto jest jej ojcem. Może to genetyczne i moje dziecko też do każdego mężczyzny będzie mówiło „tato”. Co tylko potwierdzi tezę Mariana, że to nie jego dziecko – zdenerwowała się na powrót Anna, która rankiem doszła do wniosku, że przez większość swojego trzydziestoparoletniego życia obywała się bez mężczyzny i było całkiem dobrze, a co się jakiś przyplątał, to tylko sprawiał kłopot, więc nie ma powodów do rozpaczy. Żadna kobieta jeszcze nie umarła tylko dlatego, że jakiś cham i prostak złamał jej serce, a ona nie zamierzała być pierwsza. – Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że skoro nie chce naszego dziecka, to nie. Sama je wychowam. Lepszy żaden ojciec niż taki, co nie chce własnego potomka. Nasz pozostawiał wiele do życzenia jako człowiek i ojciec, nigdy go nie było, a i tak wyszłyśmy na ludzi. Damy sobie radę – uznała na koniec swojego średnio zrozumiałego wywodu najstarsza z sióstr.

– My? – zdziwiła się Nata.

– Oczywiście. Pomożecie mi. Nie potrafię się zająć nawet psem. Muszę się wiele nauczyć. Zacznę od razu. Daj mi ją – zwróciła się z desperacją do Natalii, wyciągając ręce po Tosię. – Zmienię jej pieluchę.

– Ale po co? – zdziwiła się matka dziewczynki. – Przecież ma czystą.

– Dobrze się składa. Dzięki temu nie będzie to tak traumatyczne doświadczenie – ucieszyła się przyszła matka.

– Nie będziesz dotykać mojego dziecka – odparła zirytowana Natalia. – Chociaż nie – zreflektowała się szybko. – Masz rację. Nauka ci się przyda. Nakarm ją. – Wstała i nie czekając na reakcję siostry, posadziła umorusaną jak nieboskie stworzenie dziewczynkę na jej kolanach, na białych dżinsach. Tosia właśnie rozmazywała po blacie stołu jajecznicę. Tylko patrzeć, jak wytrze paluszki w spodnie cioci Anny.

– Mama! – zawołała uradowana Tosia i brudną łapką plasnęła Annę w policzek.

– Jesteś w ciąży? – Natka zza grubych szkieł okularów wpatrywała się w Annę. – Jak to się stało?

– Cud, że ty nie jesteś, skoro zadajesz takie pytania – dogryzła siostrze Magda, która nie zamierzała darować młodej zniszczenia opla.

– Przestańcie natychmiast! – zażądała Natalia. – Anna jest w ciąży i nie wolno jej się denerwować. Wystarczy, że Marian podał w wątpliwość swoje ojcostwo, więc Anna go porzuciła i przyjechała do nas. Możliwe, że będzie samotną matką, a wy jeszcze ją denerwujecie.

Anna spojrzała na nią z rozpaczą i zdumieniem. To, że dziecko nie będzie miało ojca, jakoś jej nie przeszkadzało. Sama nie miała. Ale hasło „samotna matka” brzmiało tak jakoś… dramatycznie.

– Na zawsze go porzuciłaś czy tylko na trochę? – zapytała Natka, rzucając złe spojrzenie Magdzie, ale nie odważyła się odgryźć. Właśnie zaczynała dochodzić do wniosku, że zniszczenie samochodu, choćby nawet przypadkowe, nie może się równać ze złością z powodu faceta, który jest tylko zwyczajnym dupkiem.

– Oczywiście, że na trochę. Co on sobie myśli? Zrobił jej dziecko, a teraz umyje ręce? Nic z tych rzeczy! Będzie je wychowywał! – oświadczyła Nata. – Zmieniał mu pieluchy i te rzeczy.

– Jakie rzeczy? – zapytała słabym głosem Anna, z niedowierzaniem patrząc, jak siostrzenica zgarnęła z jej talerza sałatkę i wpycha ją sobie rączkami do buzi.

– Dokładnie te – potwierdziła Nata, sama nie wiedząc jakie, ale z pewnością te najmniej przyjemne.

– Skoro już ustaliłyśmy, że Marian to palant i trzeba będzie dokręcić mu śrubę, żeby pocierpiał, zanim Anna do niego wróci i łaskawie mu przebaczy, choć nigdy mu tego nie zapomni, to może wreszcie się dowiem, dlaczego Natka mnie nienawidzi? – zwróciła się do młodszej siostry Magda.

– Wróci? – zdziwiła się Natalia, która po rejteradzie Adriana z domu uznała, że gatunek męski powinien wymrzeć. Oprócz jej ukochanego syna, rzecz jasna, i ogrodnika, bo ktoś musi kosić trawnik.

– Ustaliłyśmy? – powtórzyła jak echo Anna.

– Tak – odparła zdecydowanym tonem Magda. – Niech sobie drań nie myśli, że się wykręci. Zrobił jej dziecko, to niech cierpi.

– Przypominam, że Anna też brała w tym udział. I to dobrowolnie, prawda? – zwróciła się do ciężarnej siostry Nata, po czym, nie czekając na odpowiedź, kontynuowała, tym razem do Magdy: – Zaraz nienawidzi… Ślepa jest jak kret, to walnęła ci w bagażnik. A czego się spodziewałaś, zostawiając auto przed schodami? Ale niewykluczone, że powinnyśmy ci podziękować. Gdyby tam nie było twojego opla, staranowałaby drzwi wejściowe.

– Wcale nie – zaprotestowała Natka. – Widziałam samochód!

– To dlaczego nie hamowałaś? – zdenerwowała się na powrót Natalia.

– Jak go zobaczyłam, to zahamowałam – wyjaśniła z urazą najmłodsza Sucharska. – Tylko trochę za późno.

– Za późno zobaczyłaś czy za późno zahamowałaś? – koniecznie chciała wiedzieć Magda.

– Nieważne – zbagatelizowała rzecz Nata. – Właśnie do mnie dotarło, że nadal nie wiemy, dlaczego młoda zjawiła się w środku nocy w domu!

Wszystkie siostry spojrzały wyczekująco na najmłodszą. Nawet Tosia, która na moment przerwała rozsmarowywanie masła po stole.

– To było tak... – zaczęła Natka i urwała. – E… – zająknęła się – wiecie co? To może ja zapłacę za naprawę, czy co tam sobie chcecie, i zapomnimy o sprawie?

– O nie, nigdy w życiu! Chcę wiedzieć, co się wydarzyło! – Nata była żądna krwi. Przecież musi napisać trzecią część „Natalii”, a dotąd miała materiał tylko na początek.

– To przez Radka – wyznała z niechęcią Natka, wbijając wzrok w stół.

– Jakiego Radka? Chyba nie znam żadnego Radka – zastanawiała się głośno Magda.

– No właśnie, ona go nawet nie zna! – zdenerwowała się na powrót siostra. – Umówił się ze mną tylko po to, żeby poprosić o twój numer telefonu!

– A to padalec! – rozzłościła się Magda. – Ja go… – Uderzyła pięścią w otwartą dłoń, zaciskając gniewnie zęby.

– Naprawdę? – rozpromieniła się Natka, na powrót patrząc z uwielbieniem na starszą o dwa lata siostrę.

– Jasne, młoda. Nikt nie będzie lekceważył mojej młodszej siostry. Pokażesz mi tylko, który to, i… – Groźna mina Magdy i wcześniejszy gest wskazywały jednoznacznie, że nie zamierza brać jeńców.

– Zaraz, zaraz, żadne „pokażesz”. – Powstrzymała je Natalia. – Żadnych rękoczynów. A teraz chcę wiedzieć, o co chodzi z Darkiem. Naprawdę spóźniłaś się na własne oświadczyny, a potem uciekłaś z restauracji?

– Tak jakby – przyznała Magda, rumieniąc się gwałtownie. Animusz, który zaprezentowała przed chwilą, znikł. Wprawdzie rumieniec brunetki nie jest tak pokazowy jak blondynki, ale u Magdy rumieniec z natury rzeczy był rzeczą nienaturalną, więc wywołał pewne zaskoczenie w gronie sióstr, które ucieczkę przed ślubem były w stanie pojąć, ale zażenowania z tego powodu – nie. Ostatecznie wystawienie faceta to żaden powód do wstydu. Każdy domorosły samiec doświadczył tego choć raz w życiu i jeśli nie zamierzał zmieniać orientacji i liczyć, że drugi facet nie wystawi go do wiatru, powinien mieć świadomość, że nie musiał to być ostatni raz.

– Ale dlaczego? – Natka nie rozumiała, w czym rzecz. – Przecież wystarczyło powiedzieć „nie”.

– Ale ja chciałam powiedzieć „tak”!

– Teraz to ja też już nie rozumiem – oświadczyła Nata. – Uciekłaś, bo się bałaś, że się zgodzisz?

– Tak jakby.

– Możesz rozwinąć to swoje tak jakby? – Natka koniecznie chciała coś z tego zrozumieć.

– Spójrzcie na mnie. Jak ja wyglądam? – Magda wskazała na siebie.

– Wyglądasz, jakbyś zeszła z plakatu Louisa Royo, tylko masz na sobie więcej ciuchów, ale w czym rzecz? Zawsze tak wyglądasz – zauważyła całkiem rozsądnie Natka.

– No właśnie. Czy tak wygląda kobieta zamężna? – W głosie Magdy jakby zabrzmiała rozpacz czy też inne trudne do zidentyfikowania uczucie, ale nie miało ono nic wspólnego z pewnością siebie, którą emanowała nawet we śnie.

– Sorka, siostra, ale ty to jakaś głupia jesteś. Mieszkasz z Darkiem dwa lata. Widział cię nawet bez makijażu i z nieumytymi zębami. Skoro się oświadczył, to chyba wie, co bierze? – wtrąciła się Nata, która za nic nie rozumiała, w czym rzecz.

Przecież Darek nie był głupi ani ślepy, w dodatku znał je wszystkie doskonale, brał udział w akcjach, w które zupełnie przypadkowo się wplątały, więc o co właściwie Magdzie chodzi?

– I w co się pakuje – poparła ją Natka. – Zna nas jak zły szeląg.

Magda zrobiła dziwną minę. Widać było, jak trybiki w jej mózgu obracają się we wszystkich kierunkach.

– To znaczy – zaczęła niepewnie – że niepotrzebnie spanikowałam?

– Tak jakby – zadrwiła Natalia, chociaż po prawdzie przemknęło jej przez myśl, że przyganiał kocioł garnkowi, bo sama poprzedniego dnia miała sporo przemyśleń na temat małżeństwa i tak naprawdę nie znalazła racjonalnego powodu, dla którego przez te dwa lata, jakie minęły od oświadczyn, nie wyszła za Adriana. – Dobra, skoro wszystko wiemy, jadę do kosmetyczki. Anna zajmie się Tosią dla nabrania wprawy. Aha, i posprzątaj kuchnię. – Spojrzała na siostrę z potępieniem, które wywołał rozgardiasz uczyniony na stole przez jej własne dziecko, za mało pilnowane przez Annę. – Karmienie nie polega na patrzeniu, jak dziecko bawi się jedzeniem – skarciła ją. – Jak sprzątniesz ten syf, to załapiesz tę regułę i podstawy wychowywania dziecka będziesz miała w małym palcu.

– Ja? – pisnęła przerażona Anna, odzyskując głos.

– Pani Fela ci pomoże – pocieszyła ją Natalia.

– Kim jest pani Fela? – zawołały chórkiem Magda i Natka.

– Pomaga nam w domu. A co sobie myślicie, że mam czarodziejską różdżkę i wszystko samo działa? A wy dwie – wskazała palcem Magdę i Natkę – załatwcie sprawę samochodów. Jak wrócę, ma ich tu nie być.

Nim dziewczyny zdążyły zareagować, w drzwiach kuchni ukazała się pani lat około sześćdziesięciu, w niebieskich rybaczkach i koszuli w kratkę. Dziewczyny utkwiły wzrok w ogromnym siwym koku na głowie kobiety.

– Pani Natalio, listonosz przyszedł. Ma polecony do którejś z pań.

– No, to jest właśnie pani Fela. Pracuje u nas od kilku tygodni. Wiedziałybyście o tym, gdybyście bywały tu częściej niż tylko w weekendy. Niech go pani zawoła, to od razu ustalimy, o którą z nas chodzi – zadecydowała, zwracając się do kobiety.

– Jestem, jestem, dzień dobry – odezwał się zza jej pleców listonosz. – Która z pań pokwituje?

– Tata! – pisnęła Tosia z zachwytem, wyciągając rączki w kierunku mężczyzny.

PIĘKNA I BESTIA

Czasem trzeba pocałować stado żab, żeby trafić na księcia. Tylko ile tych żab naprawdę trzeba pocałować, żeby trafił się książę? Albo jakiś lord chociaż? No i czy to na pewno będzie męski arystokrata, a nie jakaś utajona ropucha? Bo ropuchy mają to do siebie, że się świetnie kamuflują.

Już jako dziecko nie wierzyłam w bajki. Ani w Świętego Mikołaja. W ogóle jakiś taki niewierny Tomasz ze mnie był i został, a życie tego poglądu nie zweryfikowało. Ludzie są fajni albo niefajni, każdy coś tam ma za uszami, bez względu na płeć, i cudów nie warto oczekiwać. Świetnie obrazuje to dowcip znaleziony przeze mnie na jednym z portali.

Dziewczyna spacerująca po plaży znalazła zagrzebaną częściowo w piachu butelkę. Podniosła, oczyściła, wyjęła korek, a tu Duszek wyskoczył. Ta podekscytowana woła: – „Mam trzy życzenia?!” Duszek na to: – „Spełniam tylko jedno, więc dobrze się zastanów”. No to dziewczyna zażyczyła sobie, żeby na Bliskim Wschodzie wreszcie zapanował pokój. Duszek wyciąga mapę i patrzy, patrzy, a tu Żydzi, Arabowie, Amerykanie, wojna za wojną, zniechęcony mówi: – „Dziewczyno, te kraje się nienawidzą od tysięcy lat, a ty chcesz, żebym tak na szybko zaprowadził tam porządek? Nie da się. Wymyśl coś sensownego”.

Dziewczyna uznała, że skoro dla świata już się postarała, to może zażyczy sobie coś dla siebie. Mówi: – „Chciałabym spotkać wspaniałego mężczyznę i wyjść za niego za mąż. Musi być przystojny, wysoki, inteligentny, błyskotliwy, z poczuciem humoru, żeby mnie kochał, szanował, chronił, dobrze zarabiał i oddawał mi pieniądze, nie pił, nie palił, pomagał przy dzieciach, przy gotowaniu i sprzątaniu, był świetnym kochankiem, żeby był wierny i poświęcał mi czas zamiast gapić się w telewizor. Duszek podrapał się po głowie, westchnął głęboko i powiedział: – „Jednak popatrzmy na tę mapę”.

Pewnie byście teraz chcieli jakąś puentę? Brzmi ona tak: szukajcie, a znajdziecie… Nie, to nie ta książka. Sorry. Ludzie małej wiary… Nie, to też nie to. Zaraz, zaraz, co by to mogło być? O, już wiem! Prędzej wielbłąd przez ucho igielne się przeciśnie niż… kobiecie dogodzisz.

Zdziwieni? Niepotrzebnie. Bo na tym świecie są kobiety, które choć mają księcia, to, psia mać, królewicza im się zachciewa!

– Niech to diabli! – zaklęła Nata, zamykając laptop. To miał być inny wpis. Antymęski, a nie antykobiecy. Życie czasami tak się układa, przynajmniej co poniektórym, że już zaczęła wątpić, czy cały ten rodzaj żeński nie oszalał. Jak się trafi kobiecie jakaś ropucha obrzydliwa, co to ledwo z bagna wylazła i już człowieka udaje, to nie ma się co dziwić, że w końcu oczy się otworzą, i trzeba wiać jak najszybciej i jak najdalej.

Przypadków Mariana i Darka do takich nie zaliczała, choć ten Radek to już całkiem inna historia. Ropuch przebrzydły jak nic! Marian wprawdzie popłynął po bandzie, ale pewnie był w szoku. W końcu nie co dzień facet się dowiaduje, że zostanie ojcem. Można mu wybaczyć. Kiedyś. Nie tak od razu, bo odpowiednia dawka skruchy przyda się każdemu mężczyźnie.

O, chociażby taki Marcin. Gdyby tak przynajmniej raz potrafił powiedzieć „przepraszam”, to życie zupełnie inaczej by im się ułożyło. Wprawdzie Nata nie pamiętała, za co miałby ją przepraszać, ale to nieistotne. Liczyła się idea.

Marian skręcił na podjazd prowadzący do domu sióstr Sucharskich. Im bliżej był dwupiętrowego, stylizowanego na dworek budynku, tym więcej wątpliwości go ogarniało, czy dobrze trafił. Jeśli dobrze widział, a mimo chwilowego zaćmienia, które na mózg mu padło, oczy miał całkiem sprawne, przy schodach stała albo jakaś nowoczesna rzeźba, której treści wolał się nie domyślać, albo dwa samochody, z czego jeden tkwił częściowo w bagażniku tego drugiego.

– No tak, Natka wjechała w kufer Magdzie. Rewelacja – skwitował ponuro, wyobrażając sobie panującą w domu atmosferę, zupełnie niesprzyjającą jego planom pogodzenia się z Anną i ściągnięcia jej z powrotem do domu.

Nie odbierała telefonów. Na poczcie głosowej nagrał się tyle razy, że zabrakło miejsca na kolejne wiadomości. Do pozostałych sióstr nie odważył się zadzwonić. Przepraszanie za pomocą esemesów też nie wchodziło w grę. Zresztą za stary był, żeby się bawić w jakieś gierki. Namieszał, przeprosi i będzie po sprawie, pocieszał się, choć zbyt dobrze znał charakterki wszystkich sióstr Sucharskich, by choć przez chwilę sądzić, że pójdzie mu łatwo. To będzie droga przez mękę, wyboista, kolczasta, pełna rozpadlin i dzikiego zwierza, gdzie nie tylko trzeba uważać, żeby się nie potknąć, ale również by nie zarobić kopniaka w dolną część pleców. Ochraniacz na jądra też by się przydał, ale za późno na to wpadł.

Toteż teraz ominął ów swoisty performance i dzielnie wkroczył na schody. Nacisnął dzwonek i czekał, aż któraś z dziewcząt pofatyguje się, żeby otworzyć. Natalia pewnie zmierzy go złym wzrokiem, Nata nagada mu do słuchu i nie na temat. Najgorzej będzie jednak, jak trafi się Magda. O, od niej to można zarobić prawym sierpowym, a potem jeszcze poprawi z wykopu, a on nie jest w tej uprzywilejowanej pozycji, by choćby móc się obronić. Anna pewnie nawet się nie pofatyguje, żeby mu rany opatrzyć. Najlepiej byłoby, gdyby trafiła się Natka. Jak będzie miał szczęście, to młoda wyjdzie bez okularów i go nie rozpozna. Jego rozmyślania przerwało szczęknięcie otwieranych drzwi, w których stanęła nieznana mu kobieta.

– Kim pani jest? – zapytał obcesowo.

– A pan? – odparowała tamta, nie dając się zastraszyć stojącemu w drzwiach mężczyźnie.

– Zapytałem pierwszy!

– Ale to pan czegoś chce, a nie ja – zauważyła ze spokojem, mierząc intruza podejrzliwym wzrokiem. – Młody człowieku, wychowałam pięciu takich jak pan i żaden mi nie wszedł na głowę. Panu też się nie uda.

– Policja. – Marian wyjął odznakę i machnął nią kobiecie przed oczami.

To był jedyny argument, jaki przyszedł mu do głowy. Sądząc po minie jego rozmówczyni, zupełnie nietrafiony.

– No i? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach.

– Czy pani jest spokrewniona z którąś z sióstr Sucharskich? – Nie znał przecież wszystkich matek.

Zaczął się obawiać, że właśnie podpadł jednej z nich, a z jego szczęściem, które ostatnio w ogóle go opuściło, mogła to być matka Anny. Wtedy jedyne, co mu pozostanie, to przybić gwoździami kolana do podłogi i pozostać w tej pozycji do końca swego żałosnego życia.

– Nic panu nie powiem, dopóki nie dowiem się, kim pan jest i czego chce. A tą odznaką, synku, to możesz machać panienkom na ulicy. Może któraś się przestraszy. No więc? – Kobieta oparła ręce na biodrach i patrzyła na niego wojowniczo.

– Nazywam się Marian Jaglecki. Komisarz Jaglec­ki. Jestem tu prywatnie. Czy zastałem panią Natalię Annę Sucharską? – wyrecytował, kapitulując po raz kolejny.

– No widzisz, synku, nie było to takie trudne. Pani Anny nie ma w domu. Zostawi pan wiadomość?

– Jak to nie ma? To gdzie jest? Była tu w ogóle? – zasypał ją pytaniami Marian, przerażony, że być może Annie coś się stało i w ogóle nie dotarła do Mechlina.

Ale zaraz, przecież musiała dotrzeć, kretyn z niego, przecież inaczej Adrian by do niego nie dzwonił. Jaglecki odetchnął z ulgą. Anna jest cała, zdrowa i bezpieczna. Oczywiście, że tak. I pewnie nadal tu jest. Tylko nie chce go widzieć. To zrozumiałe.

– Rzecz w tym, proszę pani, że ja koniecznie, ale to naprawdę koniecznie muszę porozmawiać z Anną – powiedział głośno, przywołując uprzejmy uśmiech na zbolałą twarz.

– Przekażę pani Annie, jak wróci.

– Jak to wróci? Nie ma jej?

– Nie ma.

– A gdzie jest?

– Wyjechała.

– Jak to wyjechała?

– Tak to. Wsiadła do samochodu i pojechała.

– W jej stanie?! – wrzasnął Marian.

– Jest w ciąży. To nie choroba. Chociaż jak sobie przypomnę te wszystkie moje ciąże… – Starsza pani zastanowiła się przez moment. – Może i choroba. Na szczęście krótko­trwała, choć z nawrotami. Skutki uboczne prześladują człowieka latami, a i potem trzeba je wykopać na swoje, bo obiboki mamcinej spódnicy się trzymają.

– A mogę wejść?

– A po co? – Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem. – Przecież pani Anny nie ma.

– Ale ja jestem rodzina. Tak jakby…

– Rodziną się albo jest, albo nie. Niech pan się zdecyduje.

– Jestem ojcem dziecka Anny.

– Czyżby? – Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem. – Pani Anna powiedziała, że jej dziecko nie ma ojca.

– Jak to nie ma?! A ja?! – zdenerwował się Marian.

– Ja tam nic nie wiem, synku. Ale te wrzaski w niczym ci nie pomogą.

– To ja poproszę z inną Natalią. – Marian za wszelką cenę starał się uspokoić. Normalnie po prostu wszedłby do domu, ale przecież nie będzie się szarpał ze starszą kobietą.

– Którą?

– No może… Po prostu z Natalią Sucharską. Bez drugiego imienia – uściślił.

– Nie ma. Wyjechała.

– Aha, to może jest Nata?

– Też nie ma. Wyjechała.

– A jest którakolwiek z pań Sucharskich?

– Nie ma.

– To dlaczego pani od razu nie mówi?!

– A co to ja obcemu mam mówić, że właścicielek nie ma w domu? – zapytała jego rozmówczyni zbulwersowana.

– Czy pan komisarz Adrian Potocki jest w domu? – zapytał z nadzieją.

– Pan Potocki jest – potwierdziła, ku wielkiej uldze Mariana.

– Może go pani poprosić?

– Czemu nie? – zgodziła się pani Felicja i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Marian nie wiedział, czy ma czekać, czy też nie. Ogólnie rzecz biorąc, nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Jakby nie dość było kłopotów natury osobistej, to do tego wszystkiego doszły problemy natury służbowej. Awans mu się szykował. Z przeniesieniem. Przeniesienie nie było złe. Zamiast łapać pojedynczo przestępców, ścigałby ich masowo. To znaczy rozpracowywał zorganizowane grupy, a nie przypadkowe jednostki, jak robił to dotąd. Zmiana nawet nie pociągała za sobą konieczności przeprowadzki.

Rzecz w tym, że najpierw musiałby zaliczyć kurs. Kilkumiesięczny, wyjazdowy. Annę dopiero wówczas szlag trafi. W zaistniałych okolicznościach taki awans był ostatnią rzeczą, której by sobie życzył. Miał zostać ojcem, do jasnej cholery! I zamierzał nim być już w okresie prenatalnym! Jak ta wiedźma do niego wróci, rzecz jasna.

– Psia jego mać i wszyscy święci! Jestem w tak głębokiej dupie, że odbytu nie widać! – zaklął. Pech chciał, że w tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Adrian, który usłyszał ostatnie słowa przyszłego szwagra. Mimo braku formalnych więzi jakiegoś określenia musieli używać, wybrali więc standardowe. Byle nie przy Nataliach.

– To chyba nie o mnie chodzi? – zapytał niepewnie, widząc Jagleckiego, który stał przed drzwiami z bukietem czerwonych róż – jakże stereotypowo – i walił nimi bez opamiętania o udo, najwyraźniej nie będąc świadomym tego, co czyni.

– Nie. O mnie – odparł ponuro Marian. – Mogę wejść?

– No jasne. Też pytanie. – Potocki odsunął się od drzwi i zapytał: – Dlaczego sam nie wszedłeś?

– Cerber mnie nie wpuścił. Oznajmił, że pani nie ma w domu i nie będzie – podwyższył głos niemalże do falsetu, pewien, że właśnie cytuje jakieś wiekopomne dzieło, choć nie miał pojęcia, jakie i czy w ogóle. Ale tak jakoś mu się skojarzyło i już.

– A po kiego grzyba dzwonisz do drzwi? – Adrian wszedł pierwszy do gabinetu i czekał, aż Jaglecki do niego dołączy.

Poznali się podczas dochodzenia w sprawie śmierci Janusza Zawady, przyszywanego wujka sióstr i dawnego wspólnika ich bigamicznego ojca. Tylko że domniemany nieboszczyk wcale nie był tak martwy, za jakiego chciał uchodzić. Dziewczyny, rzecz jasna, uwikłały się w sprawę zabójstwa i wpadły w sam środek afery brylantowej, ale nie zamierzały się przyznać do posiadania kamieni ani tym bardziej nikomu ich oddać, przynajmniej nie za darmo. I wyszły na swoje.

– Po prośbie przyszedłem, to mogłem zacząć błagać już od progu. – Jaglecki usiadł w fotelu stojącym naprzeciwko regałów z książkami.

Gabinet pełnił teraz bardziej funkcję biblioteki i miejsca spotkań; po usunięciu biurka i obrotowego fotela dziewczyny wstawiły do pokoju narożnikową sofę, kilka foteli i stoliczek. Było tu miło, sympatycznie i przytulnie. Zupełnie jak reklama piekła.

– Dobre nastawienie, tylko obiektu brak – skomentował kwaśno Adrian. – Napijesz się czegoś mocniejszego? – Otworzył barek z alkoholami.

Nim Marian zdążył odpowiedzieć, obok nich zmaterializowała się pani Felicja z dzbankiem kawy i ciasteczkami. Zmierzyła surowym wzrokiem Adriana i zapytała potępiającym tonem:

– Przy dziecku będzie pan pił?

– Nie, no co pani – zaprotestował Potocki. – Przecież Tosia jest w swoim pokoiku…

– A jest. Jest. To po pijaku będzie pan się dziećmi zajmował? Toż to kryminał!

– Matko Boska! – jęknął Adrian. – Pani Felu, przecież ja jestem policja!

– Tym bardziej wstyd.

– Mówi pani tak, jakby tu jakieś orgie się odbywały i libacje. Nic się nie stanie, jeśli ze szwagrem wypijemy odrobinę czegoś mocniejszego…

– A dzieci?

– Przecież mają matkę i cztery ciotki! – Marian zdecydował się zabrać głos.

– A mają, mają, tylko że teraz nie mają!

– Jak Natalie wrócą, to będą miały, a teraz jest pani i może pani…

– Za dwie godziny idę do domu – przerwała mu bezceremonialnie. – Kolacja do odgrzania będzie w piekarniku. Rano przyjdę i domem się zajmę, ale dzieci do szkoły sam pan musi odwieźć. I pamięta pan, że weekendy mam wolne. Tak było uzgodnione z panią Natalią i Bóg świadkiem, że nie ma siły na tym świecie ani na tamtym, żebym zmieniła zdanie.

Odwróciła się na pięcie, by wyjść z pokoju, gdy obaj mężczyźni zawołali jednocześnie:

– Stać!

– Pani Felu, czy mogłaby pani wyjaśnić, o co właściwie chodzi? – Potocki silił się na spokój, lecz zimny pot na czole, a także cisza panująca w domu, co właśnie zauważył, uświadomiły mu, że dzieje się coś złego. Coś bardzo, bardzo złego, a on za chwilę dowie się co i wtedy kogoś zamorduje.

– To pan nic nie wie? – zdziwiła się starsza pani. – Panie wyjechały na wakacje.

– Na wakacje… – powtórzył bezwiednie Adrian.

– Wszystkie? – Z niedowierzaniem zapytał Marian, po czym odpowiedział sam sobie, bynajmniej niezdziwiony: – Oczywiście, że wszystkie.

– Kiedy wracają? – dociekał Adrian, sięgając jednocześnie po telefon komórkowy, by zadzwonić do Natalii, która jako osoba dorosła, odpowiedzialna, matka trójki dzieci, z pewnością nie wyjechałaby pod wpływem chwili, pozostawiając całą trójkę pod jego opieką, i to bez porozumienia z nim, jej partnerem.

– Nie powiedziały.

– Dokąd pojechały? – zadał kolejne pytanie, czekając, aż usłyszy w telefonie głos przyszłej żony, ale nic z tego. Włączyła się poczta głosowa, bo wiedźma wyłączyła telefon.

– Tego też nie powiedziały.

– Czym pojechały? – Dalsze przesłuchanie wziął na siebie Jaglecki, widząc, że przyjaciel z rozpaczą patrzy na komórkę, jakby oczekiwał od niej jakiegoś cudu.

– Samochodami pani Natalii i pani Anny. Tylko te były sprawne. No jeszcze autko pani Naty, ale do niego żadna nie chciała wsiąść.

– I nic nie powiedziały?

– Nic a nic – oświadczyła stanowczo przesłuchiwana.

– A gdyby powiedziały, powtórzyłaby nam pani?

– Oczywiście, proszę pana – odparła z godnością pani Felicja. – Czy coś jeszcze? Za godzinę wychodzę do domu.

– To wszystko. Dziękujemy – zakończył przepytywanie Marian. Podszedł do kolegi i odebrał mu komórkę. – Zwiały z domu bez uprzedzenia, a ty myślisz, że odbiorą telefon?

– Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę – powtarzał oszołomiony Adrian. – Nie było mnie w domu tylko kilka godzin. Przecież muszę chodzić do pracy. Mam za sobą prawie bezsenną noc, bo co chwila któraś tu się pojawiała, a kiedy wróciłem z pracy, to nie ma żadnej?! Jakim cudem tak szybko zdołały się zorganizować?! – Nie mógł ogarnąć sytuacji. Rano uciekł z domu, żeby nie wpaść na którąś z sióstr, póki atmosfera się nie poprawi. A teraz?

– Co robimy? – Marian był bezradny.

Wcześniej to uczucie było mu zupełnie nieznane, a od dwóch lat, gdy pojawiły się w jego życiu siostry Sucharskie, często tak się czuł. Zwłaszcza że ta jedna, która potrafiła stworzyć mu niebo, potem w ułamku sekundy strącała go do piekła.

– A co mamy robić? – denerwował się Adrian. – Muszę wziąć wolne w pracy, chociaż na kilka dni i… Mam ich szukać? A może nie szukać? Co one właściwie sobie myślały? A Natalia! To niewiarygodne! Jak ona mogła mnie tak po prostu zostawić?

– Gdyby cię zostawiła, zabrałaby ze sobą dzieci. Co ja mówię, przecież to jej dom. Gdyby chciała cię zostawić, to by cię wykopała. – Marian starał się pocieszyć przyjaciela, ale ten zdawał się go nie słyszeć, pogrążony w myślach.

– Trzeba przesłuchać dzieci! Przemek i Anielka na pewno coś wiedzą! – Zerwał się gwałtownie z fotela i wybiegł z gabinetu.

Jaglecki poszedł za nim. Że dzieci coś wiedzą, to i owszem. W to był skłonny uwierzyć. Że powiedzą? Hm, na to by już nie liczył. Siostry musiały się upewnić, że dzieciaki ich nie wsypią. Adrianowi trudno będzie przebić ich ofertę.

To niewiarygodne, ale jedno przypadkowo rzucone bezmyślne hasło spowodowało, że wszystkie tłoczyły się w jednym przedziale i jechały w nieznane. No może z tym nieznanym to lekka przesada. Jechały na spotkanie autorskie Naty, które miało się odbyć w najbliższy piątek, czyli już jutro, w Międzyzdrojach. Natalia odwołała wizytę u kosmetyczki, zostawiła bałagan w kuchni pani Felicji, a sama pobiegła się pakować. Zadzwoniła do dzieci, by powiedzieć, że robią sobie babskie wakacje i bliźnięta mają się niczym nie martwić. Anna nadal była w szoku, więc wyjazd na wariackich papierach potraktowała z całkowitą obojętnością. Magda wysłała Darkowi esemes, że wyjeżdża i nie wie, kiedy wróci, ale zasadniczo to go kocha, tylko teraz tak jakoś na odległość. Natka nie uprzedzała nikogo, bo i kogo miałaby zawiadomić? Nata zastanawiała się, czy nie poinformować organizatorów, że będzie dzień wcześniej, ale po zastanowieniu zrezygnowała z tego pomysłu. Bo i co jej po tym? Przecież w sezonie tamci nie załatwią jej hotelu dla pięciu osób tak w ostatniej chwili. Coś sobie znajdą. Chyba nie będą spały na plaży.

Hasłem tak do końca nie były Międzyzdroje, lecz wakacje z dala od zła tego świata. Nata nie pamiętała, która z nich rzuciła te znamienne słowa, ale wszystkie owemu pomysłowi przyklasnęły.