Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Jak to jest być złą matką? Dokąd może zaprowadzić kobietę rozpacz i nuda? A co jeśli własne dzieci zaczynają przypominać spełnienie przepowiedni?
Do domu na skraju zagórzańskiej wsi wprowadzają się Wioletta i Jerzy – młode małżeństwo z miasta. On, herpetolog, bada lokalne gatunki płazów. Ona, niespełniona artystka, której studia przerwała ciąża, chłonie zapachy ziół i wmawia sobie, że słyszy i widzi więcej niż inni. Z czasem staje się chłodna wobec męża, jakby ich wspólne życie było błędem. Narodziny trzech córek nie przynoszą ukojenia. Wioletta bywa wobec nich okrutna – wycofana, obojętna, surowa. Nie pomagają ani ludowe rytuały, ani miłość męża.
Czy to szaleństwo, czy przemiana w leśnego demona – mamunę odbierającą dzieci? Gdy dochodzi do tajemniczego zaginięcia, na rodzinę pada cień oskarżenia, a granica między zabobonem a rzeczywistością zaczyna się zacierać.
Mamuna to mroczna kronika rozpadu rodziny — niepokojąca opowieść o macierzyństwie, zaniedbaniu i sile mitu, który wciąż potrafi pochłaniać żywych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 231
Data ważności licencji: 5/13/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Liza Korolova
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Helena Piecuch, 2026
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Marta Syrwid
Korekta Elżbieta Krok / d2d.pl, Agata Górzyńska-Kielak / d2d.pl
Skład Patrycja Pączek / d2d.pl
Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa – Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-330-3
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Wołowiec 2026
Wydanie I
Mieszkały koło polany, gdzie kiedyś wieszali złodziei. Zbudowały sobie szałas pokryty mchem, w środku miały klepisko i kamienie, na których skraplała się woda. Żyły tam we trójkę, choć pamiętały, jak cała rodzina składała się z dwudziestu.
Trudno było im samym w lesie. Zwłaszcza kiedy latem robiło się sucho. Chodziły po wykrotach i wąwozach, szukały wilgoci. Bez niej ich skóra stawała się szara, szorstka, a kolana i łokcie swędziały tak, że nawet nacieranie rdestem ptasim nie pomagało. Pomóc mogło jedynie niemowlę, miękkie i ciepłe, które przyciskałyby do swoich starych ciał i ssały jak matkę.
Zimą starały się spać. Był to czas odpoczynku i płodzenia, a dla nich czas melancholii. Godzinami patrzyły wtedy na zaśnieżone jodły i szukały w nich jakiegoś wzoru, byle tylko uciec od okropnego bólu, który nie był ani w ciele, ani w głowie. Chciały zasnąć, ale przewracały się z boku na bok na posłaniach z igliwia i wyciągały gołe odmrożone stopy na zebrane w czerwcu korzenie żywokostu. Sen jednak nie nadchodził całymi tygodniami.
Kiedy śnieg zaczynał topnieć, tuż przed świtem schodziły nad strumień. Wisząca ponad drzewami mgła opadała, dzieliła się na pasma, a potem na pojedyncze włosy, które zanurzały się w wodzie. Koło ich szałasu był głęboki banior. Tam chodziły prać bieliznę, zwłaszcza na przednówku, kiedy musiały rozbijać cienką skorupkę lodu długimi paznokciami. Chciały się przygotować na wiosnę i lato, a podczas prania zawsze najlepiej im się myślało. W baniorze czasem pojawiał się topielec – idiota owinięty długą pępowiną i w czerwonej czapeczce na głowie. Rozkładał kolorowe wstążki, swój największy skarb, jakby myślał, że to zwabi je do wody. Nie traktowały go poważnie. Wrzeszczały, żeby wracał do swojej groty, a on w popłochu nurkował w spienionym nurcie. Śmiały się z niego głośno i złośliwie, bo tak trzeba. Tak robiły od pokoleń.
Kiedy w lesie zakwitły żywce, a po nich zawilce, wiedziały, że nadszedł czas, by się wyprawić do wsi. Wcześniej myły się dokładnie w strumieniu, nacierały kaczym mydłem, a włosy pokrywały popielatą gliną. Patrzyły na swoje twarze ze smutkiem, ale żadna nie pamiętała, skąd on się wziął. Chyba był w nich zawsze, jak język w ustach.
Przed pierwszym wyjściem do wsi pojawiała się niezdrowa ekscytacja, niektóre z nich krzyczały, inne zanosiły się kaszlem i żuły koszyczki dziewięćsiłu. Stawały nago przy bramie lasu wyznaczonej przez dwa kalekie świerki. Na polnej drodze w kałużach zbierały się żaby. Ich ciała zmieniały kolor na niebieski i wszystkie oddawały się orgii. Właziły jedna na drugą, a nieraz łączyły się w trójki. Trzymały się wtedy pazurami za żebra i wrzeszczały, nadymając fałdy skóry. Niektóre płazy były już martwe, a mimo to inne zawzięcie z nimi kopulowały. Kiedy pierwsza z żab wypełzła z kałuży i ruszyła do wsi, znaczyło, że już pora.
Szły jedna za drugą przez szare i nagie pola, niknąc na ich tle. Potem wspięły się na grzbiet przecięty drogą i dalej, na pooraną bruzdami łąkę. Dzień był pochmurny i zanosiło się na deszcz, opuchnięte chmury wisiały tak nisko, że gdyby podskoczyć, można by dotknąć ich wilgotnego spodu.
Na rozstajach przy krzyżu spotkały płanetnika, który wracał ze wsi. Włosy miał mokre, a z kołnierza kapała mu woda. Kiwnął im głową i ruszył w stronę zagajnika. Tam rosły stare sosny, na które mógł się wspiąć, a z nich już łatwo było dosięgnąć chmur. W jego plecaku podzwaniał lód – zbierał go w dolnym biegu potoku, gdzie zawsze zalegał gęsty cień i pachniało łopianem.
Szły dalej przez błoto. Ich szerokie, płaskie stopy zapadały się w nim po kostki. Nie patrzyły na siebie. Najmłodsza z nich, która przyszła nie wiadomo skąd, miała usta pełne czerwonych jagód przestępu, bo dzięki nim myśli były bardziej zrozumiałe i w środku też mniej bolało. Trzymała się na końcu i rozglądała uważnie, co chwilę poprawiając obwisłe piersi opadające na brzuch. Ta pierwsza wiosenna wyprawa była po to, żeby wypatrzeć dziewczynę w ciąży, najlepiej samotną. Ważne, żeby to było jej pierwsze dziecko. Najlepiej bękart spłodzony gdzieś w szopie, nawet przez księdza albo diabła. Takiego noworodka ludziom mniej szkoda, wiedziała o tym. Skoro matka nie miała ślubu, zasługiwała na karę, z tym się zgadzały cała wieś i cały las.
Żaba, która szła z nimi od leśnej bramy, przyjęła teraz postać kobiety i ruszyła do domu, gdzie mieszkał stary Widłok, który miał kołtun i czekał, aż ten sam odpadnie. Bez słowa skręciła w boczną drogę i poszła w stronę gospodarstwa. Dzień jeszcze nie wstał, ale musiała się spieszyć, jeśli chciała odciąć mu kołtun we śnie.
One tymczasem dotarły do wioski. Stanęły na błotnistym placu otoczonym domami i zaczęły zaglądać w okna. Powoli zapalały się nieśmiałe, blade światła, ludzie wstawali i szli do stajni. Czarny pies wybiegł na drogę i obwąchał je dokładnie, tę najmłodszą polizał po łydce, a potem kichnął i uciekł z podkulonym ogonem. Szczeknął raz, kiedy był już daleko od nich.
To obudziło Bebloka. Podniósł się na swoim barłogu i wyjrzał przez szybę. Zobaczył je i przeklął, a potem znów się położył. Krowa mu zdechła jesienią i nie miał już do kogo wstawać. Nie miał rodziny, bo młoda żona zmarła dawno temu na gruźlicę. Nie poszedł przestrzec ludzi we wsi, a zresztą nikt by mu nie uwierzył, bo śmierdział wódką i przepoconym kożuchem, w którym sypiał.
One wymieniły spojrzenia zaczerwienionych z podniecenia oczu, oblizały fioletowe wargi i każda ruszyła w inną stronę. Żaden pies już się nie odezwał i tylko koty wychodziły im na spotkanie, ale po chwili odbiegały, kładąc uszy.
Najmłodsza poszła na północ. Zaczęło padać. To dobrze. Co roku czekała na taką pogodę. Domy po obu stronach pustej drogi były cofnięte w głąb podwórek, jakby udawały, że ich tu nie ma. Nikt nie wybiegł na ganek ani nie patrzył przez okno. Była sama, tylko ten chlupot i szum. Zimno przynosiło jej przyjemny dreszcz, dzięki wilgoci jej skóra błękitniała. Podobała się sobie.
Doszła na skraj wsi, nieco dalej stał jeszcze jeden dom. Ludzie we wsi źle o nim mówili, ale dla niej był taki sam jak inne. Spojrzała: za szybą w kuchni coś zajaśniało. Obeszła budynek. Za nim była szopa na drewno i dalej już tylko kałuże, a w nich znów żaby ze swoim wulgarnym śpiewem. Rozumiała każde ich słowo. Zbliżyła się do okna. W środku siedział mężczyzna pochylony nad stołem. Nie potrafiła rozpoznać, czy jest młody, czy stary. Szyba była zaparowana, w środku na kuchence stał biały czajnik. Tych ludzi nie było tu rok temu. Czuła, że nie są stąd. Wokół mężczyzny leżały rozłożone książki, żarówka nerwowo migotała.
Wspięła się na palce i węszyła. Jej bulwiasty nos z szerokimi nozdrzami potrafił wyczuć ten szczególny zapach krwi ciężarnej; taki słodki, miodowy, otumaniający. Gdy wybrała kobietę, towarzyszyła jej codziennie, podglądała ją, stawała się jej niewidzialną przyjaciółką. Kobieta nie czuła się więc samotna, słyszała głos, który raz ją chwalił, a raz z niej szydził – był jak głos matki, który wabi po to, by zdzielić po łapach.
Podeszła do wschodniego okna i łagodnie zawołała kobietę. Płoj, płoooj do mnie. Psewzimko. Panno. Płooj łobocyć. Płooj pogodoć. Płoj tu, pikno panno. Paradnico. Coś ci spokozuje. Coś ci dom. Ino płoj tu.
W domu coś zachrobotało, potem zaskrzypiały deski podłogi. W sieni zapełgało słabe światło i drzwi się uchyliły. W szczelinie pojawiło się szare oko.
– Czego chcesz? – spytało oko.
– Płoj ze mno. Spokozuje ci coś. Łobocys samo.
– Nie rozumiem cię – przyznało oko ostrym tonem.
– To płoj. Samo łobocys. Zrobis łoglyndziny.
Drzwi trzasnęły sucho.
Ona odeszła od drewnianej ściany domu i zanurzyła nogi w kałuży. Wokół szumiała cisza.
Po chwili na próg wyszła kobieta z szarym okiem, drugie było zielonkawe z ciemną obwódką. Miała na sobie wełniany sweter.
Ona czuła jego owczy, duszący zapach.
– Czego chcesz? – powtórzyła kobieta.
Ona popatrzyła na jej lekko zaokrąglony brzuch. Tuż za połową ciąży, pomyślała, to dobrze, urodzi się w czerwcu, dwunastego. Milczała i chwytała zapach w nozdrza. Kobieta się nie bała, jej krew była pełna… ufności.
– A ty cego kces? – spytała Ona, robiąc krok w tył. Błoto mlasnęło, za domem wzmógł się żabi śpiew pełen przekleństw.
– Czy… możesz to zabrać? – Kobieta rozpięła sweter i wskazała okrągły brzuch.
– Bżuk musi samo donosać.
– A potem?
– Potym łobacym. Ino płoj ze mno tera.
Kobieta zmarszczyła brwi i owinęła się swetrem. Spojrzała ponad głową Onej, na miękką linię lasu i szare niebo z niemą groźbą zwisające tuż nad drzewami.
– Ja… chciałam to wyjąć. – Jej głos dochodził z daleka.
– Musi zacekoć – odparła Ona. – As samo wnijdzie. A tera płoj.
Kobieta przestąpiła z nogi na nogę i popatrzyła bez lęku prosto na Oną: na jej sklejone gliną włosy, na długie puste piersi i stopy o owłosionych palcach z pożółkłymi paznokciami.
– Idź stąd. Nie chcę cię tu więcej widzieć.
Ona ani drgnęła, jej pokryte bielmem oczy wlepiały się bezmyślnie w kobietę.
– Słyszysz? Idź stąd. Dziecka ci nie dam, chciałam, żebyś zabrała ten brzuch, rozumiesz? Miałaś zabrać brzuch…!
Gdzieś nad polem głupio zakwilił skowronek, ale zaraz urwał, jakby się zorientował, że to nie dziś. Kobieta splunęła pod nogi, a Ona stała, przejęta nagle zapomnianym uczuciem, pierwotnym, z głębi poprzednich żyć, z czasów, gdy była ziarnem piasku unoszącym się w lodowatej kałuży. Bała się.
Tymczasem kobieta wróciła do domu. Minęła kuchnię i weszła na górę. Położyła się na łóżku i mocno nacisnęła brzuch, w którym spało dziecko. Nie miała już łez, został tylko gniew – zupełnie suchy, parzył ją od środka.
Jej ostatnia nadzieja zawróciła i mokrą drogą ruszyła na południe.
Ona, mamuna najmłodsza z tych, co mieszkały koło polany, gdzie kiedyś wieszali złodziei, tej wiosny nie znalazła żadnej kobiety, której mogłaby odebrać dziecko. Nie mogła podrzucić w zamian odmieńca, którego ludzie poiliby wódką ze skorupki jajka, a potem okładali pokrzywami – byleby wróciła i oddała niemowlę. Nikt nie skakał przez pryzmę gnoju, żaden parobek ani spłodzony przez wikarego bękart. Tej wiosny nie tuliła ciepłego ciałka, w którym krążyło świeże życie. Zostało jej tylko własne puste ciało, piersi bez mleka, z których już nikt nie mógł się napić.
Wysiedliśmy z autobusu wprost na drogę z błotnistym poboczem. Śnieg leżał nieregularnymi plamami na polach w górze i przykrywał zębatą linię lasu. Pachniało pięknie: wilgocią, ziemią, gliną.
To miejsce było mi zupełnie nieznane i cieszyłam się, że każdy ocenia mnie tu po raz pierwszy, że w mojej pustej kartotece pojawiają się nowe teczki. Na szczęście udało nam się przed wyjazdem kupić kalosze, bo błoto było wszędzie. Szybko przestałam jednak zwracać uwagę na jasne zaschnięte plamy na nogawkach spodni. Zresztą nie wiedziałam, jak długo będę je jeszcze nosić.
Wkładałam więc co rano te kalosze i chodziłam po nowych ścieżkach. Każdy krok zbliżał mnie do zadomowienia się w tej okolicy, a tego nie chciałam, dlatego starałam się przemykać bokiem tak, żeby nikt mnie nie zauważył. Las był pełen zielonego światła, z wykrotów wyskakiwały sarny i zające. Patrzyłam na ich szarą sierść znikającą między nagimi pniami i zastanawiałam się, czy czują się podobnie do mnie. Być może każda z samic miała w sobie pięć albo dziesięć małych żarłocznych ciałek.
Kiedy zaszłam z Jerzem w ciążę, byłam pewna, że poronię. Tak jak moja matka. Byłam szczupła, leczyłam się na anemię, do tego wrodzona wada serca i powikłanie po operacji w postaci zwężenia pnia płucnego. Dziecko po prostu musiało się odkleić i ze mnie wypaść.
Ale Jerz był zachwycony. Oczy mu się śmiały, nawet kiedy czytał te swoje książki o żabach. Współczułam mu, a to współczucie wyglądało jak zakochanie, nie umiałam ich od siebie odróżnić. Słowa, które wypowiadaliśmy, mijały się i leciały gdzieś dalej. Do kogo trafiały? Żal mi było moich, chciałam, żeby wróciły; przeczuwałam, że mogłyby mi się jeszcze przydać.
Nie poroniłam. Kiedy brzuch zaczął być widoczny, przestałam chodzić na zajęcia. Nie chciałam, żeby ktoś się dowiedział, zwłaszcza Szlaj, młody asystent. Zanim poznałam Jerza, byłam pewna, że jesteśmy na skraju romansu. Szlaj miał czarne zmarszczone brwi i przez cały rok nosił skórzaną kurtkę. Podobał się wszystkim dziewczynom z Akademii, ale wybrałby mnie.
W czerwcu po czwartym roku pojechaliśmy na plener. Szlaja nie było, ponoć jego żona poważnie się rozchorowała, mówiło się, że na głowę. Dlatego zajęłam się Andrzejkiem, zdolnym rzeźbiarzem. Sporo pił, a po alkoholu albo się awanturował, albo płakał. Nudziłam się. Wtedy pojawił się Jerz. Chudy i blady chłopak, student biologii, który prowadził tam badania terenowe. Zaprosił mnie na spacer nad rzekę. Szłam pół kroku za nim, przyglądając się jego dużym dłoniom. Okazały się ciepłe i suche. Często grzebał nimi w mule, szukając skrzeku, odchodów płazów czy czegoś jeszcze. Potem dokładnie mył ręce, jak lekarz, podwinąwszy rękawy aż po łokcie.
Kiedy pierwszy raz mnie dotknął, poczułam się jak dziecko kołysane przez matkę.
We wrześniu Jerz odebrał dyplom i zaproponowali mu pracę na uczelni. Zaczął doktorat, miał badać małe żabki z żółtymi plamistymi brzuchami. Pod wpływem stresu przewracały się na plecy i wyprężały ciało. Jerz zbierał martwe osobniki i kroił je, a potem szukał w ich wnętrznościach pasożytów. Chyba tego miała dotyczyć jego praca badawcza. Otwierał te maleńkie brzuszki i wątróbki. Rozczulało mnie to.
Wstawał o czwartej rano i jeździł autobusem za miasto. Nigdy z nim nie pojechałam. Wolałam sobie wyobrażać, jak chodzi sam po szarych polach, pojedyncza sylwetka między kałużami. Nie zdawał sobie sprawy, jakie uczucia wywoływał we mnie ten widok.
Wracał, a jego szare ruchliwe oczy się śmiały. Przytulał mnie mocno, szczerze. Pomiędzy nami był brzuch z dzieckiem w środku. Wszystko zaczęło się właśnie od tej ciąży, która nie znikła.
Szybko zaproponował, żebyśmy się przenieśli na wieś, a ja zgodziłam się bez zastanowienia. Tak samo ze ślubem. Ta ciąża to grzech, wiedziałam o tym. Grzech jest czymś, co przynosi cierpienie. Wszystko, co nadeszło po niej, było więc karą. Wiedziałam, że będzie trwała długie lata, ale na myśl o tym zalewała mnie trudna do opisania czułość.
Moja matka nie była szczególnie inteligentna, miała jednak rację, kiedy powtarzała mi: „Jesteś stworzona do wyższych celów”. Nazywała nas obie artystkami. Sama nieudolnie grała na pianinie, niemniej była przekonana, że gdyby nie zaszła z tatą w ciążę, występowałaby w filharmonii w P. Codziennie po południu, kiedy wracała z urzędu, kładła się na łóżku w sypialni. Służąca przynosiła jej obiad, którego matka nie jadła, leżała tylko na wznak, patrzyła w okno i nuciła. Sos zagęszczony mąką zastygał, tworzył brązową błonę. Wydawało mi się, że w tych godzinach matka prowadzi drugie życie, występuje na wielkich scenach i jest wielbiona przez tłum.
Mówiła mi też, żebym się bawiła, jeśli umiem. Ona już nie umiała. A ja? Ze spotkań zawsze wychodziłam jako jedna z ostatnich, zapraszano mnie na spacery i do kina. Chłopcy łapali mnie za kolana spoconymi dłońmi, odważniejsi całowali. Piłam wódkę, kiedy było trzeba. Nie miałam tylko pewności, czy o to jej chodziło.
Nie powiedziałam jej o ciąży. Właściwie odkąd zaczęłam wyglądać jak dorosła kobieta, matka zupełnie straciła mną zainteresowanie. Czasem tylko, kiedy mijałyśmy się przed drzwiami łazienki, jej spojrzenie ślizgało się po moim ciele, jakby obawiało się zatrzymać na jego wypukłościach. Przewracała wtedy oczami i niecierpliwie chwytała za klamkę. Wchodziła do łazienki, a ja stałam w korytarzu, wpatrując się w prostokątną szybę w drzwiach. Światło bijące ze środka miało ciepły odcień i przynosiło mi ulgę. Szybko jednak odrywałam się od niego w obawie, że matka zaraz wyjdzie, i ruszałam ciemnym korytarzem do mojej sypialni z nieszczelnym oknem.
Wieczorami kładłam się wcześnie i leżałam na boku, wpatrzona w błyszczącą w półmroku klamkę. Dom był wypełniony ciszą; miałam wrażenie, że z dnia na dzień jest jej coraz więcej. Zegar cykał i chrobotał jak owad, mijały kolejne godziny, a ja nie mogłam zasnąć. Nie byłam niczym zmęczona. Wyobrażałam sobie wtedy moją karierę artystyczną. Lubiłam rysować, co noc dostawałam więc nagrody za moje obrazy i rysunki. Stałam na scenie w czarnej sukni, z mocnym makijażem, zupełnie niepodobna do siebie.
Kiedy dostałam się na konserwację dzieł sztuki, matka przestała na mnie patrzeć. Widocznie nie o to jej chodziło; może malarstwo byłoby właściwsze, może rzeźba? Ale nie przyjęli mnie na nic innego na Akademii. Na roku było ze mną pięciu chłopaków, którzy znów zapraszali mnie do kina i na spacery. Wszyscy mieli kościste, chude nogi i długie szyje, które wyciągali do przodu z powodu swojej krótkowzroczności.
W październiku tamtego roku nie wróciłam na uczelnię. W moim brzuchu zgęstniała mętna kałuża. Przez skórę przebijało się słońce, które wpadało do wody. Dziecko pływało we mnie jak obła kijanka, a ja wcale go nie czułam, wciąż o nim zapominałam.
Nikomu nie dałam znać; nikt nie zapytał. Właściwie podobnie było w domu. Tatę i tak widywałam rzadko, Piotruś był nastolatkiem zajętym zapuszczaniem włosów, a matka jak zawsze po powrocie z pracy kładła się i patrzyła w okno sypialni. Odkąd wycięli dzikie wino, było przez nie widać tylko nagą ścianę sąsiedniego budynku i kwadrat jasnego październikowego nieba.
Ostatni raz widziałam matkę, kiedy wychodziłam z domu z małą skórzaną walizką. Minęła mnie w korytarzu i stanęła ze wzrokiem wbitym w moje buty. Jej twarz tamtego dnia była gładka, niezużyta, jak twarz młodej dziewczyny. Matka pokiwała głową, ale nic nie powiedziała. Zamknęła się cicho w łazience, ale nie zapaliła światła. Szyba w drzwiach pozostała matowoszara.
Wydawało mi się, że przyjęła moje odejście z wdzięcznością.
Jerz dogadał się z jakimś gospodarzem i właściwie od razu mogliśmy się wprowadzić do G., do dużego domu na skraju wsi. Mój mąż był szczęśliwy, widać to było w kącikach oczu i ust. Większość rzeczy przywieźliśmy pekaesem, zresztą niewiele mieliśmy. Guzik szarego płaszcza w jodełkę rozpiął mi się na brzuchu, kiedy szliśmy z przystanku do naszego nowego domu. Jerz szedł przede mną, włosy podkręcały mu się na karku. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Mój ojciec powiedziałby, że to niechlujne, matka westchnęłaby boleśnie. Może tak jak ona nie miałam wiele do powiedzenia.
Kiedy weszliśmy do środka, uderzył mnie zapach wilgotnego drewna. Wnętrze było puste, nie czułam w nim niczyjej obecności. Przez okna wpadało chłodne światło, osiadało na blacie z laminatu. Stanęłam w kuchni przed niedokładnie umytą szybą.
Wieczorem położyliśmy się na posłaniu z koców, bo materac jeszcze nie dojechał. Dziecko jak na złość spało w dzień, a w nocy budziło się i wierciło. Ogień w piecu trzaskał i szumiał, przez szpary w blasze rzucał na sufit jasne plamy. Nie chciałam zasypiać, pierwsza noc w nowym miejscu jest przecież tylko raz. Odgłosy z paleniska układały się chyba w jakąś wiadomość, ale nie umiałam jej odczytać, choć wydawało mi się, że jestem coraz bliżej. Wtedy zasnęłam.
Noce w G. były wielkie, nakrywały nas jak obrus. Gwiazdy nie mrugały, tylko gapiły się na nas zimno, pogardliwie. Czułam ich spojrzenia, kiedy rozpakowywałam pudła z książkami Jerza i malowane talerze, które dała nam jego matka. Te gwiazdy się ze mnie śmiały.
Mimo to lubiłam bezsenne noce. Kiedy byłam pewna, że Jerz głęboko śpi – oddychał cicho i miarowo jak szwajcarski pociąg – wstawałam z łóżka. Nareszcie byłam sama, mogłam na chwilę porzucić moją rolę i być tamtą sobą. Zastanawiałam się, czy było to widać na mojej twarzy, w ciele. Może dziecko wtedy znikało? Stopy dotykały szorstkiej sosnowej podłogi, a ja mówiłam sobie w myślach: Wioletta wróciła.
Dla Jerza zawsze byłam tylko Wiolą.
Potem siadałam przy stole pod nisko wiszącą lampą i przeglądałam książki, które zostały w domu po poprzednim właścicielu, weterynarzu. Umarł po Bożym Narodzeniu rok wcześniej. Powiesił się w nieużywanej stajni. Dowiedzieliśmy się tego od sąsiada, który przyszedł do nas tydzień po przeprowadzce z butelką wódki i oskubaną kaczką. Polubiłam go. Nazywał się Władek Myszogląd.
W książkach były modele anatomiczne, rysunki różnych organów, w innych opisy substancji zawartych w lekach. Poza tym znalazłam kilka powieści, w tym Zazdrość i medycynę. Zastanawiałam się, kim był weterynarz, bo poza książkami chyba nic po nim nie zostało. Nikt go nie wspominał. Pewnie też nie był stąd. Nie znałam jego imienia ani nazwiska, chyba nie miał rodziny.
Ale ja ją miałam.
Siedziała w moim brzuchu.
Z każdym tygodniem czułam się gorzej, choć matka i kobiety z G. mówiły, że powinno być na odwrót. Mdliło mnie i miałam ochotę jedynie na cytrusy, których nie dało się wtedy kupić. Przed świętami przyjechali do nas rodzice Jerza i przywieźli kubańskie pomarańcze, gorzkie, do niczego się nie nadawały, ale mimo to je zjadłam. Leżałam potem na wersalce i czułam, jak mój nadwrażliwy układ pokarmowy usiłuje przetrawić skórzaste łuski i suchy miąższ.
Julita chciała mnie odwiedzić, ale powiedziałam jej, że nie mam czasu. Kara wymagała zerwania kontaktu nawet z nią. Powiedziałam więc Jerzowi, że umarła. Podniósł głowę znad książki i popatrzył na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
– Ale jak?
– No wiesz – odparłam.
– No tak. – Opuścił głowę.
Nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy.
Julita była moją przyjaciółką od podstawówki, ale w tamtym czasie nie potrzebowałam już przyjaźni. Miałam mieć własną rodzinę, prać pieluchy i gotować obiad. Traktowałam to jako zadanie, które muszę wykonać, tak samo jak pokutę zadaną przez chudego kaszlącego proboszcza z tutejszego kościoła.
Chodziliśmy na mszę, bo tego chciałam. To też był element mojej kary, a wiedziałam, że muszę poświęcać się swoim obowiązkom gorliwie i bez wytchnienia. Dlatego modły i śpiew. Zostańmy na litanii, prosiłam. Lewe kolano odkształcało mi się od zimnej posadzki, zdawało się jej dotykać nagą kością.
Matko przedziwna
Wieżo Dawidowa
Królowo męczenników
Myłam podłogę szmatą i szczotką. Potem nakładałam śmierdzącą pastę, polerowałam. Równocześnie moje ciało nabrzmiewało w dziwnych miejscach. Stawałam przed mętnym lustrem i doszukiwałam się w nim dziewczyny z czarną grzywką i oczami w kolorze spatynowanego dachu. Z satysfakcją już jej nie odnajdywałam. Była tam tylko cicha kobieta patrząca przed siebie, tuż pod nogi, nigdy dalej. Dobrze. Tamta miała zniknąć, tamta sprowadziła na nas karę. Ciało miało być niedopasowaną powłoką, za ciasną dla dwóch zamieszkujących je osób. Dziecko zdawało się wypychać mnie z samej siebie, przez co trudno mi było chodzić, a nawet rozmawiać z Jerzem, jakbym odzywała się dwoma głosami naraz. Każdy mówił o czym innym.
W ciągu kilku miesięcy przerobiliśmy dziesięć lat wspólnego i osobnego życia, zestarzeliśmy się i zaschliśmy. Wydawało mi się wtedy, że będzie się dało ten czas odzyskać, muszę tylko być cierpliwa, do bólu i do krwi poświęcać się obowiązkom. Dni jednak nie chciały mijać, jakby kara podlegała wymiarowi innemu niż czas. Dlatego starałam się bardziej.
Zimą zrozumiałam, że tutejsze gwiazdy są jak dziury wygryzione w niebie przez mole. Za nimi było bezlitośnie białe światło, które tylko czekało, by nas wypalić.
Moją córkę chciałam nazwać Ruta. Dlaczego nie syna? Po prostu nie przyszło mi do głowy, że to mógłby być chłopiec. Nie zniosłabym w domu drugiego Jerza, jego głupiej miłości, szarych oczu tak ufnych i zawsze z ożywieniem patrzących w moją stronę.
To zresztą miała być tylko moja córka.
Jerz znalazł na strychu więcej książek, które zostały po zmarłym weterynarzu, wśród nich Zastosowanie ziół w weterynarii ludowej. To było stare wydanie z lat pięćdziesiątych. Odruchowo powąchałam strony. Książka miała zapach mojego dzieciństwa. Samotności, zimowych wieczorów, krótkich spacerów nad lodowatą, obojętną rzeką. Zaciągałam się stronami, nie mogąc połączyć kobiety – od tego słowa przechodził mnie nieprzyjemny dreszcz – którą miałam zostać, z dziewczynką, którą kiedyś byłam. Nie czułam się teraz żadną z nich.
Podniosłam nos znad książki. Pośród żółtawych, gęsto zadrukowanych stron znajdowały się lakierowane plansze z rycinami. Kolory zblakły, ale widać było wprawną rękę rysownika, linie gładko wystrzelały w górę. Przejrzałam kilka ilustracji, zatrzymałam się na rucie zwyczajnej. Od razu wiedziałam, że to bzdura. Ruta nie była zwyczajna.
Działała uspokajająco i przeciwbólowo, podawano ją krowom podczas porodu.
„Jeśli jednak dać kwiaty lub cięte ziele ciężarnemu zwierzęciu, mogłoby dojść do poronienia”.
Miałam wrażenie, że chłodne powietrze prześliznęło się przez nieszczelne okno i osiadło mi na twarzy.
Zgodnie z tradycją w XVIII wieku mieszkańcy wsi jedli surowe pędy ruty na chlebie z masłem, a w okresach tzw. morowego powietrza, czyli zarazy, podawali je także zwierzętom gospodarskim, co mogło u nich wywoływać objawy zatrucia. Zapach kwiatów ruty odstrasza owady i koty.
Wtedy jeszcze go nie znałam.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
