Mam na imię Lucy - Elizabeth Strout - ebook + audiobook + książka

Mam na imię Lucy ebook i audiobook

Elizabeth Strout

0,0

Opis

Najnowsza, doskonała powieść jednej z najważniejszych pisarek ostatnich lat, nagrodzonej Pulitzerem autorki powieści Olive Kitteridge, przeniesionej na ekran w serialu HBO.

Powieść zachwycająco prosta i powściągliwa... Rzeczy, o których trochę wiedzieliśmy, ale nie potrafiliśmy ich wyrazić, zostały nam wreszcie wytłumaczone. Czujemy ulgę, czujemy się zrozumiani. Myślimy sobie wtedy: „To właśnie to. Tak wygląda życie”.

– National Public Radio

Elizabeth Strout dowiodła po raz kolejny, że jest mistrzynią w tworzeniu niezapomnianych postaci. Jej opowieści otwierają się przed czytelnikiem w sposób, który wydaje mu się znajomy i może się z nimi utożsamiać, ale wtedy Strout uderza i można jedynie zachwycić się jej talentem

– The Post and Courier

Lucy Barton, dojrzałą kobietę, pisarkę wychowującą dwójkę dzieci, podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu odwiedza niewidziana od lat matka. Niewinne rozmowy o ludziach z przeszłości otwierają furtkę do bolesnych wspomnień: biedy, wykluczenia i rodzinnych tajemnic. W oszczędnej narracji Strout buduje kruchą nić porozumienia pomiędzy kobietami, dla których ta niespodziewana pięciodniowa wizyta staje się najintymniejszym momentem ich relacji. Strout misternie konstruuje, wydawać by się mogło, uporządkowany świat, który na naszych oczach się rozpada. Nie znajdujemy w tym jednak dramatu, lecz cichą akceptację i zrozumienie dla ludzkich słabości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 133

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 50 min

Lektor: Danuta Stenka

Popularność




Przyjaciółce, Kathy Chamberlain

Kiedyś, wiele lat temu, zdarzyło się, że musiałam pójść na dziewięć tygodni do szpitala. To było w Nowym Jorku. Z łóżka miałam bezpośredni widok na rozświetloną geometrię wieżowca Chryslera. Za dnia jego uroda przygasała. Przemieniał się z wolna w jeszcze jedną wysoką budowlę odcinającą się na tle błękitnego nieba. Wszystkie miejskie gmachy zdawały mi się odludne, milczące, dalekie. Minął maj, później czerwiec. Pamiętam, jak stałam przy oknie i wyglądałam na chodnik w dole, przypatrując się młodym kobietom – moim rówieśniczkom – w wiosennych strojach, korzystającym z przerwy na lunch. Widziałam, jak podczas rozmowy poruszają głowami i jak wiatr marszczy im bluzki. Myślałam o tym, że kiedy mnie wypiszą, już zawsze, chodząc tymi ulicami, będę dziękować za to, że jestem jedną z nich. Przez wiele lat rzeczywiście to robiłam. Przypominałam sobie widok ze szpitalnego okna i cieszyłam się z chodnika, po którym stąpałam.

Tak w ogóle to była prosta historia. Poszłam do szpitala na wycięcie wyrostka. Po dwóch dniach zaczęli dawać mi jedzenie, ale wszystko zwracałam. Później pojawiła się gorączka. Nikt nie potrafił nazwać tej bakterii ani wyjaśnić, co jest ze mną nie tak. Nigdy im się nie udało. Podali mi kroplówkę z płynami i drugą, z antybiotykami. Zwisały z metalowych drążków na chybotliwych kółeczkach i wszędzie je za sobą ciągnęłam, jednak szybko się męczyłam. Na początku lipca kłopoty zdrowotne, które mnie dotknęły, nagle znikły. Do tego czasu znajdowałam się w bardzo dziwnym stanie – dosłownie gorączkowego wyczekiwania – i przeżywałam prawdziwe katusze. W domu czekał na mnie mąż i dwie małe córeczki. Za dziewczynkami okropnie tęskniłam i martwiłam się o nie tak bardzo, iż miałam wrażenie, że przez to czuję się jeszcze gorzej. Mojemu lekarzowi, do którego mocno się przywiązałam – Żyd z podwójnym podbródkiem noszący na swych barkach masę łagodnego smutku, jego dziadkowie i trzy ciotki, co wyznał w podsłuchanej przeze mnie rozmowie z pielęgniarką, zginęli w obozach, żonaty, czwórka dorosłych dzieci tu, w Nowym Jorku – otóż temu uroczemu człowiekowi widocznie zrobiło się mnie żal, bo sprawił, że moje córki, które miały pięć i sześć lat, mogły mnie odwiedzić, o ile nie były chore. Przyprowadziła je do mnie przyjaciółka rodziny. Kiedy zobaczyłam, jakie mają brudne buzie i włosy, zaciągnęłam je razem z moją kroplówką pod prysznic. „Mamusiu, jaka ty jesteś chuda!”, zawołały naprawdę przestraszone. Później usiadły ze mną na łóżku, a ja wytarłam im włosy ręcznikiem. Potem rysowały obrazki, ale były zatroskane, bo nie przerywały co chwilę, nie pytały i nie wołały: „Mamusiu, podoba ci się? Mamusiu, patrz, jaką suknię ma moja dobra wróżka!”. Prawie się nie odzywały, zwłaszcza młodsza miała z tym wyraźny kłopot. Gdy ją objęłam, zauważyłam, że wysunęła dolną wargę i że drży jej podbródek. Była taka maleńka i tak bardzo próbowała być dzielna. Kiedy wyszły, nie wyjrzałam przez okno, żeby popatrzeć, jak idą z moją przyjaciółką, która je do mnie przyprowadziła i która nie miała własnych dzieci.

Mój mąż był oczywiście zajęty prowadzeniem domu i pracą i nie miał zbyt wielu okazji, żeby mnie odwiedzić. Kiedy przyszedł, wyznał mi, że nie znosi szpitali – miał czternaście lat, gdy jego ojciec umarł w jednym z nich – i teraz zrozumiałam dlaczego. W pierwszej sali, w której mnie umieszczono, na łóżku obok umierała jakaś staruszka. Wciąż wzywała pomocy. Uderzyło mnie, jak bardzo nieczułe są pielęgniarki, kiedy wołała do nich, że umiera. Mój mąż nie mógł tego znieść – to znaczy nie mógł znieść tych wizyt – i załatwił mi przeniesienie do jedynki. Ubezpieczenie nie pokrywało takich luksusów, więc każdy dzień przynosił uszczerbek naszym oszczędnościom. Byłam wdzięczna, że już nie muszę wysłuchiwać krzyków tamtej biednej kobiety, lecz gdyby ktoś wiedział, jak bardzo byłam samotna, czułabym się zażenowana. Za każdym razem, gdy pielęgniarka mierzyła mi temperaturę, starałam się zatrzymać ją na parę minut, ale one były zajęte i nie miały czasu na pogawędki.

Po trzech tygodniach pobytu w szpitalu któregoś późnego popołudnia oderwałam wzrok od okna i zobaczyłam moją matkę siedzącą na krześle w nogach łóżka.

– Mama?

– Cześć, Lucy.

Po głosie poznałam, że jest skrępowana, ale odczuwa potrzebę rozmowy. Pochyliła się i ścisnęła moją stopę przez prześcieradło.

– Cześć, Smutasku – powiedziała.

Nie widziałam jej od lat i wciąż się w nią wpatrywałam. Nie umiałabym powiedzieć, dlaczego wydaje się taka odmieniona.

– Mamo, jak tu dotarłaś? – spytałam.

– Samolotem.

Zafalowała palcami i już wiedziałam, że górę biorą emocje. Odpowiedziałam machnięciem ręki i padłam na wznak.

– Myślę, że wyzdrowiejesz – dorzuciła tym samym skrępowanym, a jednocześnie gorliwym tonem. – Nie miałam żadnych snów.

To, że przyjechała i użyła mojego czułego przydomka, którego nie słyszałam przez całe wieki, sprawiło, że zrobiło mi się ciepło i łzawo, jakby całe to moje spięcie było ciałem stałym, które teraz przemieniło się w ciecz. Zwykle budziłam się o północy, a później już tylko niespokojnie drzemałam lub wpatrywałam się przez okno w światła miasta. Tymczasem tamtej nocy spałam normalnie, a rankiem matka wciąż siedziała tam gdzie poprzedniego dnia.

– Nieważne – odpowiedziała, gdy ją o to spytałam. – Wiesz, że mało sypiam.

Pielęgniarki zaproponowały, że wstawią jej leżankę, ale potrząsnęła głową. Potrząsała nią za każdym razem, gdy pielęgniarka jej to proponowała. Po jakimś czasie przestały pytać. Matka przesiedziała przy mnie pięć nocy, sypiając wyłącznie na krześle.

Pierwszego dnia, który w całości spędziłyśmy razem, rozmawiałyśmy z przerwami. Pewnie żadna z nas nie wiedziała, jak ma się zachować. Matka zadała mi kilka pytań o dziewczynki, a ja odpowiedziałam rozpromieniona:

– Są niesamowite. Po prostu niesamowite.

O mojego męża matka nie spytała, choć jak wyznał mi przez telefon, to on do niej zadzwonił i poprosił, żeby ze mną pobyła, kupił jej bilet i zaproponował, że odbierze ją z lotniska. Mojej matce, która nigdy przedtem nie leciała samolotem. Mimo iż odpowiedziała, że przyjedzie taksówką, i choć nie chciała się z nim spotkać twarzą w twarz, mój mąż udzielił jej wskazówek i wyłożył pieniądze na podróż. Siedząc na krześle w nogach łóżka, matka nie wspomniała także o moim ojcu, więc i ja o nim nie mówiłam. Liczyłam, że powie: „Ojciec ma nadzieję, że wyzdrowiejesz”, ale się nie doczekałam.

– Bałaś się złapać taksówkę, mamo?

Zawahała się, a ja wyobraziłam sobie przerażenie, jakie musiało ją ogarnąć, kiedy wysiadła z samolotu.

– Koniec języka za przewodnika – odpowiedziała.

– Naprawdę się cieszę, że tu jesteś – rzuciłam po chwili.

Uśmiechnęła się zdawkowo i spojrzała za okno.

Była połowa lat osiemdziesiątych, czasy sprzed telefonów komórkowych, więc kiedy zadzwonił beżowy telefon stojący obok łóżka, matka z miejsca się domyśliła, że to mój mąż, po żałosnym tonie, jakim go przywitałam, jakbym zaraz miała się rozpłakać. Po cichu wstała z krzesła i wyszła. W takich chwilach chodziła coś zjeść do bufetu, albo prędzej dzwoniła do mojego ojca z automatu w korytarzu, bo przy mnie nigdy nie jadła, a ojciec na pewno się zastanawiał, czy u niej wszystko w porządku. Kiedy już porozmawiałam z każdą z córek, całując po kilkanaście razy słuchawkę, opadłam na poduszki i zamknęłam oczy, matka po cichu wracała, bo gdy otwierałam oczy, znów siedziała na krześle.

Tamtego pierwszego dnia rozmawiałyśmy o moim bracie, najstarszym z trójki rodzeństwa, starym kawalerze, który mieszkał z moimi rodzicami, mimo że miał trzydzieści sześć lat, i o mojej starszej siostrze, trzydziestoczterolatce, która mieszkała dziesięć mil od domu rodziców, miała piątkę dzieci i męża. Spytałam, czy mój brat znalazł pracę.

– Nie pracuje – odparła matka. – Spędza noce ze zwierzakami, które nazajutrz zabijają.

Poprosiłam, żeby powtórzyła to, co przed chwilą powiedziała. Spełniła moją prośbę i dorzuciła:

– Chodzi do obory Pedersonów i zasypia przy świniach, które nazajutrz idą na rzeź.

Zdziwiło mnie to, co usłyszałam, i jej to powiedziałam, ale tylko wzruszyła ramionami.

Później rozmawiałyśmy o pielęgniarkach. Matka z miejsca nadała im przezwiska. „Ciasteczko” – takiej chudej i dziarskiej, „Zbolała” – stroskanej i starszej, a „Poważne Dziecko” – Indiance, którą obydwie polubiłyśmy.

Byłam zmęczona, więc matka zaczęła opowiadać mi historyjki o ludziach, których znała wiele lat temu. Mówiła o nich w sposób, którego nie pamiętałam, jakby przez lata dusiła w sobie emocje, słowa i spostrzeżenia. Wspominała ich lekko zachrypniętym głosem i bez skrępowania. Czasami zapadałam w drzemkę, a kiedy się budziłam, prosiłam ją, żeby kontynuowała te opowieści.

– Smutasku mój, musisz odpoczywać.

– Przecież odpoczywam! Mamo, proszę cię. Opowiedz mi coś. Cokolwiek. Opowiedz mi o Kathie Nicely. Zawsze uwielbiałam jej nazwisko[*].

– A, tak. Kathie Nicely. Dobry Boże, marnie skończyła.

Dziwaczna była ta nasza rodzina, nawet jak na maleńkie, prowincjonalne Amgash w Illinois, gdzie były też inne zapuszczone i niepomalowane domy bez okiennic i ogródków, bez krzty piękna, na którym warto by zawiesić oko. Tamte jednak stały w grupie w miasteczku, a nasz nie. Mówi się, że dzieci przyjmują okoliczności, w jakich żyją, za normalność, ale ja i Vicky wiedziałyśmy, że jesteśmy inne. Dzieci mówiły nam na placu zabaw: „Wasza rodzina śmierdzi” i uciekały, zatykając nosy. W drugiej klasie nauczycielka powiedziała mojej siostrze – przy wszystkich uczniach – że bieda nie może być wymówką dla brudnych uszu, bo nikt nie jest aż tak biedny, żeby nie było go stać na mydło. Mój ojciec obsługiwał maszyny rolnicze, ale często go zwalniali, bo nie zgadzał się z szefem, a później znów zatrudniali, pewnie dlatego, że dobrze pracował i był im potrzebny. Mama zajęła się szyciem. Na ręcznie wymalowanym znaku wetkniętym w miejscu, gdzie długi podjazd do naszego domu krzyżował się z szosą, widniał napis: SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE. Mimo że ojciec, odmawiając modlitwę przed wieczornym posiłkiem, kazał nam dziękować Bogu za to, że nie brakuje nam jedzenia, często bywałam głodna jak wilk, a na kolację był tylko chleb z melasą. Kara spotykała nas zawsze za marnowanie jedzenia i kłamstwo. Poza tym czasami bez ostrzeżenia rodzice – zwykle matka i zwykle w obecności ojca – bili nas odruchowo i mocno, czego niektórzy mogli się domyślać, widząc nasze sińce i ponure miny.

No i jeszcze odizolowanie.

Mieszkaliśmy w dolinie Sauk, gdzie można ruszyć przed siebie i dojrzeć najwyżej jeden albo dwa domy otoczone polami. Jak już wspomniałam, obok naszego nie stał żaden. Żyliśmy wśród ciągnących się po horyzont łanów kukurydzy i soi, a za horyzontem była świńska farma Pedersonów. Pośrodku pola kukurydzy rosło drzewo. Uderzała nas jego surowość. Przez wiele lat uważałam je za przyjaciela. Było moim przyjacielem. Nasz dom stał przy bardzo długiej polnej drodze nieopodal Rock River i kilku drzew chroniących pola kukurydzy przed wiatrem. Nie mieliśmy w pobliżu żadnych sąsiadów. Nie mieliśmy też telewizora, gazet, czasopism ani książek. Przez pierwszy rok po ślubie matka pracowała w bibliotece w miasteczku i najwyraźniej, o czym dowiedziałam się później od brata, uwielbiała książki. Nagle oświadczyli jej, że zmieniły się przepisy i mogą zatrudniać wyłącznie osoby z odpowiednim wykształceniem. Matka nigdy im nie uwierzyła. Przestała czytać i dopiero po wielu latach poszła do biblioteki w innym miasteczku i znów przyniosła do domu książki. Wspominam o tym, bo tak dzieci poznają świat i to, jak należy się w nim zachowywać.

Na przykład skąd można się dowiedzieć, że niegrzecznie jest pytać bezdzietną parę o to, dlaczego nie ma dzieci? Albo jak nakrywać do stołu? Skąd masz wiedzieć, że nie przeżuwa się z otwartą buzią, skoro nikt ci o tym nie powiedział? Skąd masz wiedzieć choćby, jak wyglądasz, skoro w domu jest tylko jedno małe lustro, które w dodatku wisi nad zlewem w kuchni? Jak masz się czuć, skoro nikt ci nigdy nie powiedział, że jesteś ładna, a kiedy rosną ci piersi, matka mówi, że zaczynasz wyglądać jak krowa z obory Pedersonów?

Do dziś nie wiem, jak Vicky sobie z tym poradziła. Nie byłyśmy tak zżyte, jak można by się było spodziewać. Tak samo nie miałyśmy przyjaciółek i tak samo nami gardzono; spoglądałyśmy na siebie równie podejrzliwie jak na resztę świata. Teraz zdarza się – a przecież moje życie całkiem się odmieniło – że sięgam wstecz do tamtych lat i myślę sobie, że nie było aż tak źle. Może i nie było. Ale zdarza się też, że gdy idę po zalanym słońcem chodniku, spoglądam na rozkołysaną na wietrze koronę drzewa lub wpatruję się w niskie listopadowe niebo nad East River, nieoczekiwanie wypełnia mnie mrok tak wielki, że z moich ust mógłby wyrwać się jakiś dźwięk. Wchodzę do najbliższego sklepu z ubraniami i rozmawiam z obcą osobą o nowym fasonie swetrów. Zapewne w taki sposób większość z nas lawiruje w tym świecie, na wpół świadomie, nawiedzana przez wspomnienia, które przecież nie mogą być prawdziwe. Kiedy patrzę, jak inni pewnie kroczą chodnikiem, jakby byli całkowicie wolni od grozy, dociera do mnie, że nie wiem, jacy są. Tak wiele w życiu wydaje się domysłem.

– Prawda o Kathie... – zaczęła moja matka. – Prawda o Kathie była taka...

Zgięła się na krześle i odchyliła głowę, podpierając dłonią podbródek. Coraz wyraźniej dostrzegałam, że przez te lata, kiedy się nie widziałyśmy, przytyła dokładnie tyle, by jej rysy stały się łagodniejsze; oprawki okularów już nie były czarne, tylko beżowe, a włosy okalające twarz pojaśniały, ale nie posiwiały, zatem wydawała się tylko nieco większą, pulchniejszą wersją dawnej siebie.

– Prawda o Kathie jest taka, że była miłą dziewczyną – powiedziałam.

– Nie wiem – odpowiedziała moja matka. – Nie wiem, czy była miła.

Przeszkodziła nam Ciasteczko, która weszła do sali z podkładką do pisania z klipsem, uniosła moją rękę i zmierzyła tętno, wpatrzona błękitnymi oczami przed siebie, gdzieś w dal. Zmierzyła mi też temperaturę, zerknęła na termometr, zapisała coś w karcie i wyszła. Matka, która ją obserwowała, spojrzała za okno.

– Kathie Nicely zawsze chciała więcej. Podejrzewałam, że przyjaźni się ze mną wyłącznie dlatego, że... Chociaż nie wiem, czy na pewno można było nazwać nas przyjaciółkami, bo tylko szyłam dla niej ubrania, za które mi płaciła... Często myślałam, że zostaje dłużej i ze mną rozmawia... Ale kiedy zaczęły się jej kłopoty, rzeczywiście zapraszała mnie do siebie... Chcę po prostu powiedzieć, że zawsze podejrzewałam, że mnie lubi, bo byłam dużo niżej od niej. Nie mogła mi niczego zazdrościć. Kathie zawsze pragnęła tego, czego nie miała. Miała piękne córki, ale to było za mało, chciała mieć syna. Miała ładny dom w Hanston, ale nie dość ładny, chciała mieć dom bliżej miasta. Jakiego miasta? Taka właśnie była.

Mrużąc oczy, matka strzepnęła jakiś paproch z kolan i dorzuciła cicho:

– Była jedynaczką. Myślę, że to sporo tłumaczy. Jedynacy bywają bardzo samolubni.

Poczułam przypływ zimna i gorąca, jak zawsze, kiedy coś atakuje bez ostrzeżenia; mój mąż był jedynakiem i matka już dawno temu przepowiedziała, że taka „przypadłość”, jak to określiła, musi prowadzić do egoizmu.

– Była zazdrosna – ciągnęła. – Oczywiście nie chodziło o mnie. Na przykład marzyła o podróżach. Za to jej mąż był zupełnie inny. Chciał, żeby była zadowolona, że siedzi w domu i żyją z jego pensji. Dobrze mu się powodziło, zarządzał farmą produkującą kukurydzę na paszę. Bardzo miło im się żyło, każdy by tak chciał. Jeździli na tańce do klubu! Ja nie byłam na zabawie, odkąd skończyłam ogólniak. Kathie przychodziła i zamawiała nową sukienkę tylko po to, żeby pojechać na tańce. Czasami przywoziła córki, śliczne były i dobrze wychowane. Nie zapomnę, jak przyjechała z nimi pierwszy raz. Powiedziała: „Przedstawiam ci śliczne córki państwa Nicely”. „Rzeczywiście, śliczne”, odpowiedziałam, a ona na to: „Nazywają je tak tylko w szkole. Śliczne córki państwa Nicely”.

Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest być śliczną córką państwa Nicely.

– Ale pewnego razu usłyszałam, jak jedna szepcze do drugiej, że w naszym domu dziwnie pachnie – dodała wzburzona.

– Jak to dzieci, mamo – odpowiedziałam. – Im zawsze coś dziwnie pachnie.

Matka zdjęła okulary, chuchnęła na szkła i przetarła je rąbkiem spódniczki. Przemknęło mi przez głowę, jak bardzo naga stała się jej twarz; nie mogłam przestać się w nią wpatrywać.

– Aż tu pewnego dnia czasy się zmieniły. Ludzie myślą, że wszyscy poszaleli w latach sześćdziesiątych, ale to się stało dopiero w latach siedemdziesiątych.

Okulary wróciły na swoje miejsce. Wróciła na swoje miejsce twarz mojej matki.

– A może aż tyle czasu było potrzeba, żeby zmiany trafiły do tej naszej dziury – kontynuowała. – Któregoś dnia zjawiła się u mnie Kathie, cała rozchichotana i jakaś taka dziwna, dziewczęca. Ale wtedy już wyjechałaś do...

Matka uniosła rękę i pomachała palcami. Nie powiedziała „na uczelnię” ani „na studia”, więc ja też nie wypowiedziałam tych słów.

– Najwyraźniej spodobał jej się ktoś, kogo właśnie poznała – ciągnęła matka. – Od razu się domyśliłam, chociaż nie powiedziała tego wprost. Doznałam wizji, a dokładnie mówiąc, objawienia. Dotarło to do mnie, kiedy tak siedziałam i na nią patrzyłam. Pomyślałam wtedy: „Oho, Kathie ma kłopoty”.

– I tak było – przytaknęłam.

– Owszem.

Kathie Nicely zakochała się w nauczycielu jednej z córek – wszystkie trzy uczyły się już wtedy w liceum – i zaczęła potajemnie się z nim spotykać. Później oznajmiła mężowi, że musi pełniej się realizować i nie może tego robić usidlona w domu. Wyprowadziła się, zostawiła męża, córki i dom. Moja matka poznała szczegóły dopiero wtedy, gdy Kathie zadzwoniła do niej zapłakana. Pojechała do niej. Kathie wynajęła niewielki domek. Siedziała tam na wypełnionym grochem pufie, dużo chudsza niż przedtem. Wyznała mojej matce, że się zakochała, ale kiedy wyprowadziła się z domu, facet ją rzucił. Powiedział, że nie może dłużej tego ciągnąć. Doszedłszy do tego momentu, matka uniosła brwi, jakby chciała pokazać, że była to dla niej duża niespodzianka, ale nie niemiła.

– Jej mąż był wściekły. Czuł się poniżony i nie zgodził się, żeby wróciła.

Nie pozwolił jej wrócić do domu. Przez ponad dziesięć lat nawet się do niej nie odzywał. Kiedy ich najstarsza córka, Linda, wychodziła za mąż tuż po skończeniu ogólniaka, Kathie zaprosiła moich rodziców na ślub, bo – jak podejrzewała matka – nikt inny by się tam do niej nie odezwał.

– Linda tak się śpieszyła z tym ślubem – ciągnęła teraz już szybko moja matka. – Wszyscy myśleli, że jest w ciąży, ale później nie słyszałam, żeby urodziło się jakieś dziecko. Rozwiodła się po roku i wyjechała bodajże do Beloit. Szukała bogatego męża i zdaje się, że znalazła.

Matka powiedziała, że na weselu Kathie fruwała tu i tam, straszliwie zdenerwowana.

– Aż przykro było na nią patrzeć. Rzecz jasna nie znaliśmy tam żywej duszy i oczywiście prawie wyszło na to, jakby nas wynajęła. Siedzieliśmy na krzesłach... Pamiętam, że na jednej ścianie... To było w tym niedorzecznym eleganckim klubie w Hanston... Wisiały w szklanych gablotach indiańskie strzały. Zastanawiałam się po co. Kogo one obchodzą? Kathie kogoś zagadnęła, a później od razu podeszła do nas. Nawet Linda, wystrojona w białą suknię... Kathie nie zamówiła jej u mnie, jej córka kupiła gotową... Nawet panna młoda prawie nie zwracała uwagi na swoją matkę. Kathie mieszkała w tym małym domku, parę mil od męża, teraz już byłego, przez niemal piętnaście lat całkiem sama. Córki stanęły po stronie ojca. Kiedy o tym myślę, dziwię się, że w ogóle zaprosili Kathie na to wesele. Jej mąż nie miał już potem innej.

– Powinien był się zgodzić, żeby wróciła – powiedziałam ze łzami w oczach.

– Pewnie uraziła jego dumę – wzruszyła ramionami matka.

– Teraz on jest sam i ona jest sama, a kiedyś umrą.

– To prawda.

Byłam tamtego dnia rozkojarzona, gdy tak rozmyślałam o Kathie Nicely, a matka siedziała obok łóżka. Przynajmniej tak to zapamiętałam. Wiem, że powiedziałam matce ze ściśniętym gardłem i piekącymi oczami, że mąż Kathie powinien był się zgodzić, żeby wróciła. Prawie na pewno powiedziałam:

– Będzie tego żałował, mówię ci.

Matka odparła:

– Podejrzewam, że to ona żałuje.

Ale może wcale tego nie powiedziała.

Dopóki nie skończyłam jedenastu lat, gnieździliśmy się w garażu. Należał do mojego stryjecznego dziadka, który mieszkał w stojącym obok domu. W garażu ledwie ciurkała zimna woda do zamontowanego naprędce zlewu. Za przybitą do ścian izolacją upchnięto wypełnienie przypominające różową watę cukrową, ale to była wata szklana, która – jak nas ostrzegano – może pokaleczyć. Dziwiło mnie to i często się w nią wpatrywałam, w ten śliczny róż, którego nie wolno mi było dotykać. Dziwiło mnie też, że nazywają to „szkłem”. Teraz wydaje mi się to niesamowite, ile czasu potrzebowałam, żeby ułożyć to sobie w głowie, tę zagadkę ślicznego różu i groźnej waty szklanej, które na co dzień były tuż obok nas. Ja i moja siostra spałyśmy na płóciennych płachtach rozwieszonych jedna nad drugą na metalowych słupkach. Rodzice sypiali pod jedynym oknem z widokiem na bezkresne pola kukurydzy, a brat miał łóżko w przeciwległym kącie. Nocą wsłuchiwałam się w pomruki małej lodówki, która co rusz się włączała i wyłączała. Niekiedy przez okno wpadało światło księżyca, ale inne noce bywały bardzo ciemne. Zimą było tak chłodno, że często nie mogłam zasnąć. Czasami mama grzała wodę na kuchence, wlewała ją do czerwonego gumowego termofora i wsuwała mi do łóżka.

Kiedy zmarł mój stryjeczny dziadek, przeprowadziliśmy się do jego domu, gdzie mieliśmy gorącą wodę i toaletę ze spłuczką, chociaż zimą było w nim bardzo zimno. Od zawsze nie cierpię chłodu. Istnieją takie detale, które determinują nasze decyzje. Rzadko umiemy je odnaleźć lub dokładnie wskazać, ale czasami wspominam, jak zostawałam dłużej w szkole, gdzie było ciepło, żeby nie marznąć. Woźny z wypisaną na twarzy dobrocią kiwał tylko głową i zawsze wpuszczał mnie do klasy, gdzie wciąż jeszcze bulgotały kaloryfery, żebym mogła odrobić tam lekcje. Często słyszałam niosące się słabym echem okrzyki cheerleaderek ćwiczących w sali gimnastycznej, odgłosy kozłującej piłki do koszykówki albo zespołu grającego w sali muzycznej, ale wolałam siedzieć sama w ciepłej klasie. To wtedy się przekonałam, że aby coś było zrobione, trzeba to po prostu zrobić. Nie wpadłabym na to, gdybym odrabiała lekcje w domu. A kiedy już były odrobione, czytałam je jeszcze raz, dopóki nie musiałam stamtąd wyjść.

Nasza szkoła podstawowa była za mała, żeby pomieścić bibliotekę, ale w salach lekcyjnych leżały książki, które mogliśmy zabierać do domu i czytać. W trzeciej klasie przeczytałam powieść, która sprawiła, że sama zamarzyłam o napisaniu książki. Opowiadała o dwóch dziewczynkach, które miały miłą mamę i wyjechały na lato do innego miasta. Były szczęśliwe. W tym nowym mieście poznały dziewczynkę o imieniu Tilly. Wydała im się dziwna i nieciekawa, bo była brudna i biedna. Nie były dla niej miłe, ale ich miła mama kazała im dobrze ją traktować. Właśnie ją zapamiętałam z tej książki, tę Tilly.

Nauczycielka zauważyła, że uwielbiam czytać, i dawała mi książki, nawet takie dla dorosłych. Potem, w ogólniaku, też czytałam, kiedy już odrobiłam lekcje w tej ciepłej szkole. Książki dały mi różne rzeczy. I właśnie to chcę powiedzieć. Dzięki nim czułam się mniej samotna. Właśnie o to chodzi. Pomyślałam: będę pisać i ludzie nie będą się czuli tacy samotni! (Ale to była tajemnica. Nawet kiedy poznałam mojego męża, nie od razu mu powiedziałam. Nie umiałam traktować siebie serio. Tyle że właśnie traktowałam siebie serio. Traktowałam siebie – po cichu – bardzo serio! Wiedziałam, że jestem pisarką, ale nie wiedziałam, jakie to będzie trudne. Choć to bez znaczenia, bo nikt tego nie wie z góry).

Dzięki godzinom spędzanym w ciepłej klasie, lekturom i świadomości, że jeśli starannie odrobisz pracę domową, ma ona sens, miałam doskonałe oceny. W ostatniej klasie liceum szkolna pedagog wezwała mnie do gabinetu i poinformowała, że uczelnia na przedmieściach Chicago zaprasza mnie na studia, pokrywając wszystkie wydatki. Rodzice nie wypowiadali się dużo na ten temat, pewnie przez wzgląd na moją siostrę i brata, którzy nie mieli celujących czy nawet dobrych ocen. Żadne z nich nie poszło na studia.

Ta sama pedagog zawiozła mnie do college’u w pewien niemożliwie upalny dzień. Pokochałam to miejsce bez namysłu, bez słów, bez tchu! Uczelnia wydała mi się ogromna, wszędzie jakieś budynki, olbrzymie jezioro, studenci w kółko wchodzący i wychodzący z sal. Byłam przerażona, ale jeszcze bardziej podekscytowana. Szybko nauczyłam się naśladować ludzi i tuszować luki w wiedzy na temat kultury masowej, choć akurat to nie było takie proste.

Pamiętam jedno. Kiedy przyjechałam do domu na Święto Dziękczynienia, w nocy nie mogłam zasnąć, bo bałam się, że moje życie na uczelni to tylko sen. Bałam się, że po przebudzeniu znów utknę w tym domu i zostanę w nim na zawsze, a wydawało mi się to nie do zniesienia. Pomyślałam: nie, i powtarzałam to słowo w myślach tak długo, że w końcu zasnęłam.

Znalazłam pracę w pobliżu uniwersytetu i ubierałam się w sklepie z używaną odzieżą. Była połowa lat siedemdziesiątych i takie stroje były akceptowane, nawet jeśli ktoś nie był biedny. O ile mi wiadomo, nikt nie komentował moich ubrań, ale raz, jeszcze zanim poznałam mojego męża, zakochałam się w wykładowcy i miałam z nim przelotny romans. Był malarzem i podobały mi się jego prace, choć wiedziałam, że ich nie rozumiem, ale to jego kochałam, jego szorstkość, inteligencję, świadomość, że z pewnych rzeczy musi zrezygnować, jeśli ma mieć takie życie, jakie mu się marzy. Na przykład zrezygnował z dzieci. Piszę o tym tylko z jednego powodu. Był jedyną osobą z mojej młodości, która skomentowała mój ubiór; porównał mnie z wykładowczynią ze swojego wydziału, która w przeciwieństwie do mnie była tęga i chodziła w drogich ciuchach.

– W tobie jest więcej treści, ale Irene jest bardziej stylowa – powiedział.

– Przecież styl to treść – odparłam.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to prawda. Zapisałam to po prostu któregoś dnia podczas zajęć z Szekspira, bo tak powiedział wykładowca i to stwierdzenie wydało mi się prawdziwe.

– W takim razie w Irene jest więcej treści – skomentował malarz.

Czułam się trochę zażenowana tym, że pomyślał, że nie mam stylu, bo ubrania, które nosiłam, to byłam ja. I nawet jeśli kupowałam je w sklepach ze starzyzną i nie były to zwykłe stroje, nie przyszło mi do głowy, że ktoś zwraca na to uwagę, chyba że ktoś bardzo płytki.

Innego dnia rzucił:

– Podoba ci się ta koszula? Kupiłem ją w Bloomingdale’s, kiedy byłem w Nowym Jorku. Gdy ją wkładam, zawsze o tym pamiętam.

Znowu poczułam się zażenowana, bo uważał, że to ważne, a ja sądziłam, że jest głębszy i mądrzejszy; był malarzem! (Bardzo go kochałam). Był pierwszą osobą, jaką pamiętam, która zastanawiała się nad moim pochodzeniem społecznym – mimo że wtedy nawet brakowało mi słów, żeby tak to nazwać. Woził mnie po różnych dzielnicach i pytał: „Czy twój dom wygląda tak?”. Domy, które mi pokazywał, nie przypominały żadnego z tych, jakie znałam. Nie były duże, ale w żadnym wypadku nie wyglądały jak garaż, w którym się wychowałam i o którym mu opowiedziałam. Nie były też podobne do domu mojego stryjecznego dziadka. Nie było mi przykro z powodu tego garażu, w każdym razie nie tak, jak jego zdaniem mogło, bo najwyraźniej myślał, że jest mi przykro. Mimo to kochałam go. Spytał, co jadaliśmy, kiedy byłam mała. Nie powiedziałam mu: „Zwykle chleb z melasą”, tylko „Najczęściej fasolkę po bretońsku”. „A co robiliście później? Siedzieliście i pierdzieliście?” Wtedy zrozumiałam, że nie wyjdę za niego za mąż. Zabawne, że coś takiego może ci uświadomić coś dużo ważniejszego. Możesz zrezygnować z dzieci, o których zawsze marzyłaś, możesz znieść uwagi na temat swojej przeszłości albo ubrań, a nagle jedna drobna wypowiedź – i schodzi z ciebie całe powietrze.

Zaprzyjaźniłam się od tamtego czasu z wieloma kobietami i mężczyznami i wszyscy mówią to samo: zawsze ten jeden znaczący szczegół. Chodzi mi o to, że nie jest to przypadek jednej kobiety. Zdarza się to wielu ludziom, jeśli mają szczęście usłyszeć takie byle napomknięcie i zwrócą na nie uwagę.

Gdy