Malwina i Eliza na tropie. Niespotykanie spokojne ciało - Małgorzata J. Kursa - ebook
NOWOŚĆ

Malwina i Eliza na tropie. Niespotykanie spokojne ciało ebook

Małgorzata J Kursa

0,0

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Malwina i Eliza wybierają się na zakupy do lokalnego supermarketu. Przypadkiem stają się świadkami próby obrabowania siedzącego na przystanku mężczyzny, którego uznają za pijanego. Kiedy udaje im się przepłoszyć złodzieja, odkrywają, że niedoszła ofiara rabunku jest… martwa

Przybyła na miejsce policja nie ma pojęcia, kim jest nieboszczyk. Za to dla naszych dwóch rzutkich bohaterek nie jest to problem i szybko ustalają jego tożsamość. Tymczasem na jaw wychodzą wstydliwe sekrety denata, a nietypowe zachowanie jego rodziny budzi podejrzenia policji.

Czy dwie pomysłowe pięćdziesięciolatki po raz kolejny przeprowadzą własne śledztwo? Gwarantujemy, że kibicując ich poczynaniom, padniecie trupem z wrażenia!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 157

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Małgorzata J. Kursa, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Magdalena Białek

Korekta: Bogusława Brzezińska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © olegdudko, © sabphoto,

© fotoforce, © geraktv, © stokkete, © whilerests/123RF,

© KlaraSturm, © DariuszSankowski, © paulbr75,

© Królestwo_Nauki/Pixabay,

Zdjęcie autorki: © archiwum prywatne

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68817-73-7 (EPUB); 978-83-68817-74-4 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Nad Kraśnikiem szalała sierpniowa burza. Niebo raz za razem przecinały błyskawice, a huk grzmotów sprawiał, że Ada Płatek, mieszkająca w jednym z ostatnich budynków stojących przy małej uliczce na osiedlu domków jednorodzinnych, siedziała w egipskich ciemnościach skulona na kanapie, zaciskając powieki i zasłaniając uszy. Bębniąca ulewa, którą porywisty wiatr ciskał o szyby, wzmagała poczucie grozy. Ale właścicielka niewielkiego domu nie bała się samej burzy. Siedziała w pokoju, sztywna ze strachu, że za chwilę straci jedyny dach nad głową. W duchu błagała wszystkich bogów świata, by dachówki wytrzymały tę nawałnicę, i przysięgała sobie, że się zapożyczy, gdzie się da, ale naprawi ten cholerny dach. Nawet gdyby miała to zrobić samodzielnie.

– Tato, nie mogłeś postawić zwykłego klocka z dachem z papy? – wymamrotała z żalem. – Po co ci były te dachówki?

I w tym momencie do jej świadomości dotarło, że ktoś dobija się do drzwi. Głośno i natarczywie.

Jedyną osobą, która w taką pogodę miałaby ochotę sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, był sąsiad, ale on raczej najpierw by zadzwonił... Odruchowo włączyła telefon. Ekran rozbłysnął, więc chyba działał normalnie... Cholera, może sąsiad wyjrzał przez okno i zobaczył, że coś się dzieje z dachem? Grzmoty i szum ulewy zagłuszały wszystko. Cud boski, że w ogóle usłyszała ten łomot do drzwi.

Ada, zdopingowana myślą, że nieszczęśnik za progiem przemoknie do suchej nitki, poderwała się z kanapy i z telefonem w dłoni ruszyła pośpiesznie ku drzwiom. W przedpokoju ją zastopowało, bo poprzez odgłosy burzy usłyszała głos, którego nienawidziła najbardziej na świecie. Prześladował ją na jawie i w sennych koszmarach. Był to głos jej szefa.

– Otwieraj, gówniaro! Rezygnujesz z pracy, bo cię po tyłku klepnąłem?! Myślisz, że będziesz mi dyktować warunki?! Sam cię jutro wyrzucę! I dopilnuję, żebyś nie znalazła roboty w całym Kraśniku! Otwieraj, złodziejko! Oddaj mi teczkę! Bo rozwalę te cholerne drzwi!

Wpadła w panikę. Przez chwilę, na samą myśl o tym, że ten zboczony bęcwał mógłby wejść do środka, miała ochotę ukryć się gdziekolwiek. Był zdolny do wszystkiego i uważał, że jest bezkarny. Od początku robiła wszystko, by trzymać się jak najdalej od jego nachalnych łap, ale uznała, że dłużej nie wytrzyma. Ostatnią kroplą okazał się kusy strój służbowy, który z obleśnym uśmieszkiem położył jej na biurku i zażądał, by od jutra zakładała go do pracy w sekretariacie. Nie skomentowała tego, choć język ją swędział. Dotrwała jakoś do końca dnia, przed wyjściem położyła w gabinecie szefa ów strój i pisemną rezygnację, z satysfakcją zrzucając przy tym na podłogę jakieś papiery, zostawiła wszystkie klucze, którymi dysponowała jako sekretarka, i wyszła z przyjemną świadomością, że ma to już za sobą. Właśnie okazywało się, że nie do końca...

Wrzaski za drzwiami nie cichły. W przebłysku olśnienia Ada przypomniała sobie, że Tobiasz, jej sąsiad i kumpel, z którym łączyła ją przyjaźń od czasów dzieciństwa, wgrał jej do telefonu szczekanie psa. „Na wszelki wypadek”, jak powiedział. Gdzieś wyczytał, że to niezły sposób na odstraszenie nieproszonych gości. Usiłując powstrzymać rosnący strach, przeszukiwała pośpiesznie zawartość smartfona i wreszcie znalazła nagranie. Aż podskoczyła, kiedy rozległ się warkot, a potem głębokie, basowe, wściekłe ujadanie. Łomoty nagle się urwały. Do jej uszu dotarło najpierw przekleństwo, potem głośny grzmot i wreszcie nastała upragniona cisza. Nie na długo. Dźwięk telefonu sprawił, że podskoczyła. Odebrała dopiero, gdy spojrzała na numer dzwoniącego. To był Tobiasz.

– Ten typ, co się do ciebie tak po chamsku dobijał, chyba dostał w łeb dachówką. Widziałem, jak leciała. Akurat błysnęło – oznajmił bez ogródek. – Nie wiem, kto to, ale może potrzebuje pomocy.

– Jeszcze tego mi brakowało! – jęknęła ze zgrozą. – To mój szef! Były! Dziś złożyłam wymówienie! Mówiłam ci, że próbował się do mnie dobierać!

– To po co tu przyjechał? Bo jego fura stoi przed twoją bra...

– Wrzeszczał na mnie! Straszył, że nikt mi nie da pracy!

– Niedobrze. Po takim uderzeniu może się okazać, że facet potrzebuje już tylko pochówku – stwierdził po namyśle sąsiad. – Wiesz co? Ty lepiej się nie pokazuj. Ja tam podejdę i sprawdzę, co z nim. Coś wymyślę. W razie czego odstawię go do szpitala. Tylko nie wyłaź z domu – powtórzył z naciskiem.

– A przez okno mogę patrzeć? Bo może jednak ci się przydam?

– Przez okno możesz. Tylko światła nie zapalaj... Dobra, to idę. Potem do ciebie zajrzę. Nie przestrasz się. Nara.

Z telefonem w garści pognała do okna i prawie przylepiła nos do szyby, usiłując wypatrzeć, co się dzieje przed domem. Burza wprawdzie powoli przechodziła, ale wciąż na pociemniałym niebie pojawiały się zygzaki błyskawic. Przez ścianę deszczu Ada dojrzała wreszcie poruszające się światełko i ciemną postać pochylającą się nad podłużnym kształtem rozciągniętym u stóp schodków wiodących do domu. Chyba wolała nie patrzeć, jak rozwinie się akcja. I tak się wszystkiego dowie, bez względu na swoje chęci. Sąsiad, w przeciwieństwie do niej, był przeraźliwie rozwlekły w swoich wypowiedziach. Szczególarz.

Przez głowę przemknęło jej, że chyba powinna się jakoś odwdzięczyć za jego poświęcenie, a ponieważ doskonale wiedziała, że – poza informatyką – ulubionym zajęciem Tobiasza jest jedzenie, podreptała do kuchni, by sprawdzić, co ma w lodówce.

Zdążyła sprokurować jakąś nieskomplikowaną zapiekankę, kiedy wreszcie jej komórka pisnęła sygnałem SMS-a. Wiadomość była krótka: Wpuść mnie.

– I co? – zapytała bez tchu, ledwie otworzyła drzwi. – Żyje ten buc? Nie wściekał się?

Tobiasz Kłyś porządnie wytarł ubłocone buty, nim wszedł do środka, pociągnął z lubością nosem i podsunął jej pod nos brudne dłonie.

– Najpierw muszę się domyć – oznajmił, po czym ominął gospodynię i zniknął w łazience.

Ada przez chwilę stała, gotując się w duchu ze złości, a potem nagle ją puściło. Na wszelki wypadek wytknęła głowę na zewnątrz, usiłując – bez rezultatów – wypatrzeć, co się dzieje na podwórku. Wreszcie zamknęła drzwi wejściowe i uznała, że Tobiasz skutecznie poradził sobie z niespodziewanym problemem. Zasługiwał na posiłek.

Wróciła do kuchni, położyła na stole jeden talerz i dwa kubki. Ustawiła naczynie z zapiekanką, dołożyła sztućce i dzbanek z herbatą. Usiadła na krześle, niecierpliwie czekając na Tobiasza, i odetchnęła, kiedy w końcu pojawił się w drzwiach.

– No i? Co z nim zrobiłeś?

– To dla mnie? – Sąsiad łakomie spojrzał na stół i rozbrajająco wyznał: – Nie masz pojęcia, jaki jestem głodny. Właśnie sobie przypomniałem, że dzisiaj nie miałem czasu, żeby zamówić coś z knajpy. Już prawie wpadłem na rozwiązanie jednego problemu, kiedy te wrzaski mi...

– Tobi! – Ada nie wytrzymała. – Odczep się na chwilę od swojej informatyki i powiedz, co z tym bucem! Teraz! Zanim zaczniesz jeść! Bo jak zatkasz sobie gębę, będę czekała do uśmiechniętej śmierci, dopóki nie wchłoniesz wszystkiego! Mów!

– Ale to pach... Dobra, już mówię. – Dojrzał jej minę, z żalem popatrzył na poczęstunek, westchnął i usiadł, nie spuszczając oczu z naczynia. – Twojego buca trafiło w łeb. Chyba stracił przytomność, ale udało mi się go docucić. Podniosłem go, zaproponowałem, że pojadę z nim na SOR, ale mnie olał. Zażądał tylko, żebym go podprowadził do samochodu. Kiedy zapytałem, co tu robi, powiedział, że nie wie. To mnie trochę zaniepokoiło. Próbowałem mu tłumaczyć, że bezpieczniej będzie, jeśli jednak zawiozę go do szpitala, ale bez słowa wsiadł do auta i odjechał. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało, bo nie wyglądał najlepiej. – Pokręcił głową i tęsknie spojrzał na zapiekankę. – Już mogę? Bo strasznie mnie ssie.

– Jedz. Jak zostanie, zapakuję ci na wynos. – Ada zobaczyła, ile sobie nakłada, i mruknęła: – Chyba nie będę musiała... Mam nadzieję, że nie oskarży mnie o napaść czy jakieś inne przestępstwo. To wyjątkowa gnida...

Tobiasz spojrzał na nią pytająco, ale głosu z siebie nie wydał, ponieważ zajęty był jedzeniem.

– Jak chcesz, to ci opowiem, co ja miałam w pracy...

Pokiwał głową i z pełnymi ustami coś wybełkotał.

– Jak się nazywa? Mirosław Przybył. Jest właścicielem hurtowni z materiałami budowlanymi. Nazywa się to, jakżeby inaczej, MiroHurt...

***

Jechał powoli przez osiedle domków i usiłował sobie przypomnieć, skąd się tu w ogóle wziął. Coś niepokojącego działo się z jego wzrokiem. Zegarek pokazywał prawie dwudziestą pierwszą. O tej porze dawno powinien być w domu i po spóźnionym obiedzie odpoczywać w swoim gabinecie, do którego rodzina nie miała prawa zaglądać. Relaks po męczącym dniu... Nie mógł sobie teraz przypomnieć, dlaczego był taki męczący, ale czuł to zmęczenie, słabość właściwie, całym sobą. Uznał, że powinien chwilę odpocząć.

Wyjechał na Słowackiego i zatrzymał się w pobliżu Kauflandu. Oparł się wygodnie o zagłówek, odetchnął głęboko i nagle poczuł palący ból w szyi. Serce zaczęło kołatać jak szalone. Miał wrażenie, że się dusi. Przesunął odruchowo dłonią po szyi i ten palący ból wrócił. Chyba jednak ta jego głupia żona miała rację. Powinien się przebadać. Miał wielkie plany. Teraz, gdy wśród kraśnickich włodarzy miał dobrze umocowanych znajomych, mógł wreszcie pomyśleć o ich realizacji. Chwilowo nie pamiętał, co właściwie chciał osiągnąć, ale za to przypomniał sobie, że w schowku ma przecież wzmacniający medykament, który już niejeden raz go wspomógł w takich sytuacjach.

Łapiąc powietrze jak wyjęta z wody ryba, z wysiłkiem sięgnął do skrytki, wyjął posrebrzaną piersiówkę, ostatkiem sił odkręcił i wypił resztkę jej zawartości. Nie zdołał już schować naczynia, więc pozwolił mu opaść na podłogę samochodu. Poczuł najpierw, jak ciężar ciała wciska go w fotel, a potem – że nie może złapać powietrza. Ostatkiem sił zwolnił blokadę i uchylił drzwi samochodu, ale nic więcej nie zdołał zrobić...

Na zewnątrz wciąż szumiała ulewa, przecinana zygzakami błyskawic.

***

Trzech młodych mężczyzn stało pod Kauflandem, dopijając ostatnie puszki piwa. Nie uśmiechało im się wychodzić spod bezpiecznej wiaty na ten deszcz, ale nie mieli wyboru. Nie mogli tu wiecznie tkwić, bo sklepowa ochrona nie spuszczała ich z oka od chwili, kiedy przy kasie musieli zrobić zrzutkę, żeby zapłacić.

Wreszcie narzucili kurtki na głowy i pognali pędem przez wielki parking, by jak najszybciej znaleźć się na przystanku MPK.

– Ej, biletów nie mamy – zauważył jeden. – A jak nas kanar złapie?

– O tej porze? – zarechotał drugi i wzruszył ramionami.

– A co? Pierwszy raz bez biletu jedziesz? – Trzeci splunął i zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu papierosów. – Kto nas ruszy? Myślisz, że kierowca będzie się z nami szarpał? Trzech nas jest!

– Chłopaki! Tam! – Pierwszy wskazał palcem stojący po drugiej stronie samochód. – Chyba jakiś palant nie zamknął fury! Może się przejedziemy? Leje jak z cebra. Dojedziemy na sucho jak paniska! Co wy na to?

Nie zastanawiali się ani chwili. Na wszelki wypadek rozejrzeli się, czy nikt ich nie zobaczy, ale burza i pora zniechęciły spacerowiczów. Ruch na drodze też był niewielki.

Przygarbieni, przebiegli przez ulicę i dopadli samochodu.

– Tu ktoś jest! – wyrwało się jednemu ze strachem.

– Chyba nawalony jak stodoła – stwierdził ze znawstwem drugi. – Protestował nie będzie. Jego strata, nasz zysk... Bierzcie go, chłopaki. Posadzimy go na przystanku, a bryką się zajmiemy.

Dwaj mężczyźni wyciągnęli bezwładnego kierowcę z samochodu, wzięli go pomiędzy siebie i zaciągnęli na przystanek.

– Ej, posadźmy go porządnie, żeby nie zleciał. W końcu swój. Też chłopina lubi się napić, nie? Trzeba mu wybebeszyć kieszenie. Szkoda by było, jakby go okradli, nie?

Zarechotali i usadzili go w rogu przystankowej ławki tak, by się nie zsunął. Fakt, że zupełnie nie reagował na to, co z nim robią, nie zaprzątał ich uwagi. Z kieszeni kurtki wyciągnęli elegancki portfel i pognali do samochodu, bo kumpel wymachiwał ku nim wyraźnie podekscytowany.

– Patrzcie! Kluczyki są, można odpalać. Gdzie jedziemy? – Samozwańczy kierowca aż podskakiwał na siedzeniu z ekscytacji.

– Możemy wszędzie. – Ten, który siadł obok, pomachał mu przed nosem wypchanym portfelem. – Karty, kasa, co chcesz!

– Ty, ale z kartami to wiesz... – Ten z tyłu pokręcił głową. – PIN-y...

– Bez PIN-ów też damy radę zapłacić – przerwał mu kumpel. – Jakby co, to żywy szmal też jest! O! – Wyciągnął plik banknotów. Coś mu błysnęło pod nogami. – Ej! Co to? Piersiówka chyba? – Podniósł, potrząsnął, ale nic nie chlupnęło. – Pusta. Szkoda. Ale błyszczy jak ze srebra, może gdzieś opchnę.

– To do knajpy – zdecydował kierowca i włączył silnik.

***

Była szósta rano. W domu przy ulicy Granicznej rodzina Przybyłów szykowała się na powitanie nowego dnia. Pobudkę zrobiła, jak zwykle, nestorka rodu, osiemdziesięcioczteroletnia Franciszka, zwana przez wszystkich babcią Franią. Natychmiast po przebudzeniu zaczynała przejmująco i żarliwie zawodzić Godzinki. Jako że była przygłucha, darła się niemiłosiernie, okropnie przy tym fałszując, co dwa lata temu wymusiło na całej rodzinie konieczne do przeżycia przetasowania – najmłodsze pokolenie zajęło poddasze, ich rodzice i dziadkowie pierwsze piętro, bogobojną prababcię pozostawiono zaś na parterze.

Kwadrans po szóstej Danuta Przybył, która zawsze była rannym ptaszkiem, a rzewne wycie babci Frani traktowała jak sygnał budzika, umyta i ubrana zeszła do kuchni, by zabrać się za przygotowanie śniadania dla swojego jedynaka. Trzydziestoośmioletni Damian miał co prawda żonę, ale Danuta była zdania, że nikt mu nie poda tak smacznej jajecznicy, jak matka. I nie, nie była upiorną teściową z dowcipów. Z równą przyjemnością rozpieszczała kulinarnie synową Hanię, dzięki której wokół domu rozpościerał się wielki, najpiękniejszy w Kraśniku ogród. Danuta z miłością dokarmiała wnuki. Z wdzięcznością – babcię Franię, bo pamiętała czasy, kiedy teściowa zajmowała się małym Damianem i domem, żeby ona mogła pracować, zanim mąż się nie wtrącił i nie kazał jej rzucić pracy, bo teść się rozchorował i zaczął wymagać opieki. Teść już od lat nie żył, a Mirek przejął po nim firmę i uznał, że miejsce żony jest w domu.

– Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą! – ryknęło znienacka z pokoju babci Frani i Danucie jajko niemal wyleciało z ręki. – Zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą!

Pokręciła zmartwiona głową i westchnęła. Umysłowa kondycja teściowej ewidentnie się pogarszała, a każda próba namówienia jej na wizytę u lekarza kończyła się awanturą.

– Cześć, mamo. – Do kuchni wszedł Damian i nim usiadł przy stole, cmoknął matkę w policzek na dzień dobry. – Nie wydaje ci się, że babcia ostatnio coraz częściej się zawiesza?

– Owszem. I to jest przykre, bo pamiętam czasy, kiedy była podporą całej rodziny – powiedziała ze smutkiem Danuta. – Już dawno zostawiłabym twojego ojca, gdyby nie ona... To się pogłębia. Kiedyś znała na pamięć całe Godzinki, teraz w kółko powtarza tę jedną zwrotkę... – Przemieszała widelcem zawartość patelni i ostrożnie zapytała: – Rozmawiałeś wczoraj z ojcem?

– Nie. A o czym miałem rozmawiać? – Damian wzruszył ramionami. – Nawet go nie widziałem. Cały dzień byłem w trasie. A co? Znowu miał jakieś pretensje?

– Nie, ale... Znowu gdzieś się zawieruszył. Chyba nie wrócił na noc...

– A bo to pierwszy raz, mamo? Jak dla mnie to w ogóle może nie wracać – stwierdził twardo Damian i przysunął sobie talerz, który postawiła przed nim matka. – Myśli, że Pana Boga za nogi złapał, bo znajomości sobie wyrobił. Biedy sobie napyta prędzej, niż mu się zdaje. Dla tego towarzystwa wydoić, przeżuć i wypluć to żaden problem. Sam się prosi o kłopoty. Ludzi traktuje jak bydło. Za chwilę zostanie bez pracowników.

– Zawsze to ojciec. – W głosie Danuty nie było przekonania.

Syn tylko przewrócił oczami i zabrał się do jedzenia.

Danuta powstrzymała westchnienie i zalała przygotowaną dla teściowej owsiankę ciepłym mlekiem. Nauczona doświadczeniem, do osobnej miseczki pokroiła owoce, dodała jogurt, wymieszała całość i z tacą poszła do pokoju babci Frani.

– Babciu, śniadanie – oznajmiła zachęcająco, wchodząc do środka.

Nestorka rodu, niegdyś wysoka i postawna, ostatnio jakby się skurczyła i schudła. Siedziała teraz na łóżku, czujna i nastroszona jak sowa, wbijając w synową podejrzliwe spojrzenie ciemnych oczu. Nie popatrzywszy nawet na owsiankę, oznajmiła gniewnie:

– Zabierz tę breję. Nie jestem niemowlakiem. To drugie mogę zjeść. I omlet. Z konfiturą.

– Zaraz usmażę. – Danuta postawiła na stoliku miseczkę z sałatką owocową, rozsunęła zasłony i wyszła, zabierając owsiankę.

– Damian już pojechał do pracy. – W kuchni powitała ją Hanka, która już zdążyła zaparzyć sobie kawę. – Babcia znowu strajkuje? – Dojrzała miskę w ręku teściowej.

– Owsianki nie chciała. – Danuta westchnęła. – Zamówiła omlet. Tobie też zrobić?

– Na razie nie. Wypiję tylko kawę i lecę do ogrodu. Po deszczu dobrze się plewi. Chcę ogarnąć warzywnik, zanim upał się zacznie. Przy okazji poprzerywam buraki, bo za gęsto rosną. Może chłodnik zrobimy, co?

– Mirek nie lubi – wyrwało się Danucie.

– Ale my lubimy – ucięła dyskusję Hanka. – Wszyscy. Babcia też. A ojciec i tak stołuje się głównie po knajpach ze swoim towarzystwem. Słyszałam... – nagle urwała i machnęła ręką. – A tam. Ludziom chyba bardzo się nudzi, jeśli mają czas na plotki...

– Jakie plotki? – przejęła się teściowa i przycupnęła na krześle.

– Głupie gadanie, mamo. – Hanka poklepała ją po dłoni. – Ludzie zawsze gadają.

– Co gadają? – Danusi lekko drgnął głos. – Słyszałaś jakieś nazwisko? Bo wiesz, ja się boję, że w końcu naprawdę sobie kogoś sprowadzi, a nas wyrzuci z tego domu. Na niego jest zapisany.

– Na babcię! – Hanka podniosła głos. – Nic nie zrobi bez jej zgody, a babcia nas nie wyrzuci! Prędzej jego! A na pewno nie wpuści tu żadnej obcej baby!

– Haniu, babcia ma demencję. Podsunie jej papier do podpisu i...

– Na razie niczego nie podsunął – mruknęła synowa. – Pilnujemy babci. Jeśli ja nie mogę, dzieciaki przy niej siedzą.

– Czyli jest coś na rzeczy – szepnęła Danuta ze ściśniętym gardłem. – Powiedz, co słyszałaś. Wolę dowiedzieć się od ciebie niż od „życzliwych”.

– Nic konkretnego. – Hanka skrzywiła się pogardliwie i pokręciła głową. – Że ojcu imponują znajomości z lokalną wierchuszką, wiemy obie. Pcha się do tego towarzystwa jak tajfun. Funduje im kolacyjki, daje duże rabaty na towar. A wczoraj spotkałam Renię z kadr. Mówiła, że już trzecia sekretarka złożyła wymówienie po kilku miesiącach pracy i ludzie zaczynają gadać – powiedziała niechętnie.

– Co gadać? – Danuta struchlała.

– Że oprócz umiejętności biurowych, chętnie by sprawdził łóżkowe... Mamo, one się zwalniają! – powtórzyła z naciskiem. – Żadna się do niego nie pcha! Na razie nie mamy czym się martwić!

– Na razie...

– Nie chcę cię obrażać, ale, na litość boską, coś ty w nim widziała? – wypaliła Hanka. – Ja bym go z dopłatą nie chciała!

– Miałam dwadzieścia cztery lata i bardzo chciałam wyrwać się z domu – wyznała smętnie Danuta i westchnęła. – O studiach nie było mowy. Miałam trzy siostry. Matce zależało, żeby jak najszybciej powydawać nas za mąż. Byłam najstarsza, więc chciała mnie pierwszą wypchnąć z domu. Zaraz po maturze ojciec załatwił mi pracę u starego Przybyła. To były ciężkie czasy. Żeby jeść, trzeba było mieć kartki, a żeby mieć kartki, trzeba było mieć pracę... Mój przyszły teść był kierownikiem sklepu budowlanego. Po transformacji to wszystko padło, ale zdążył kupić plac i postawić ten dom. Kierownik takiego sklepu to wtedy był ktoś. Zwłaszcza, jak umiał to i owo załatwić. A on umiał. Biedy nie cierpieli... Byłam zdolna. Szybko połapałam się w księgowości, nie pyskowałam, nie dopominałam się o podwyżkę... To nie była miłość, Haniu. Chciałam tylko uciec od swojej rodziny. Wszyscy mi dokuczali staropanieństwem. Siostry też...

– Miałaś dwadzieścia cztery lata, na litość boską! – Synowa nie wytrzymała. – Co to za wiek! Nie mogłaś się wyprowadzić? Albo w ogóle gdzieś wyjechać?

Danuta westchnęła.

– Mogłabym powiedzieć, że to presja rodziny, ale... Chyba byłam tchórzem. Bałam się wielkiego miasta, tego, że nikt mnie nie zatrudni i wyląduję pod mostem... Właściwie wszystkiego się bałam. Małżeństwa też. I teścia, bo babcia Frania od razu wzięła mnie pod swoje skrzydła. To dzięki niej tyle wytrzymałam. Teraz – wzruszyła ramionami – już mnie nie obchodzą Mirkowe pretensje o wszystko. Boję się tylko, żeby jakaś baba go nie omotała, bo możecie stracić dach nad gło...

– Nie możemy – przerwała jej Hanka ze złośliwym błyskiem w oku. – Miałam tego nie mówić, ale dwa lata temu babcia kazała się zawieźć do notariusza, zabrała ze sobą lekarza jako świadka i zapisała wszystko Damianowi. Hurtownię też, choć nie chciał, bo się uniósł ambicją, jak go ojciec wywalił z pracy za pyskowanie... Myślisz, że dbałabym tak o ogród, gdybym nie wiedziała, że pracuję na swoim? Gdyby, nie daj Boże, babci się zmarło, to ojciec będzie musiał poszukać nowego lokum. Bo jeśli zdecyduje się zostać, to na naszych warunkach! Nie będzie miał nic do gadania!

Teściowa zaniemówiła. Siedziała bez ruchu, zapomniawszy o omlecie, i próbowała oswoić się z nowiną.

– Ale... Mirek był pewien, że on dziedziczy... Znaczy, babcia wiedziała, że coś kombinuje... Lekarz na świadka, żeby mieć pewność, że nikt nie podważy testamentu... Ale ja bym przecież... Dlaczego nikt mi nie powiedział? Nie martwiłabym się tak. I nie... – urwała nagle.

– Bo ty nie umiesz udawać, mamo. – Hanka pogłaskała ją po ramieniu. – Mogłoby ci się coś wyrwać w nerwach. Albo poczułabyś się za pewnie i ojciec zacząłby coś podejrzewać... Dlatego przestań się martwić, ale lepiej schodź mu z drogi i nie daj się wciągnąć w pyskówki. Pomyśl sobie, jaką będzie miał kiedyś minę, gdy się dowie, że jego rządy już się skończyły.

– A... Damian? Czemu... Może powinien był od razu przejąć hurtownię? Dopóki jeszcze jest co?

– Żeby ojciec o wszystkim się dowiedział i zrobił babci awanturę? – Hanka przewróciła oczami. – Wytrzymamy. Niech sobie babcia spokojnie żyje jak najdłużej... Idę do ogrodu. – Wstała i odstawiła kubek do zlewu. – Zrób ten omlet, zanim babcia znowu zacznie swój występ wokalny. Potem Basia z nią posiedzi, jakbyś musiała wyjść.

Kiedy synowa wyszła, Danusia niemrawo podniosła się z krzesła i sięgnęła po jajka. W głowie kołatała jej tylko jedna myśl: „Namordowałam się jak dziki osioł i całkiem niepotrzebnie. Dobrze chociaż, że nic mu się nie stało”.

***

– Jadę na zakupy do Kauflandu – poinformowała Malwina z telefonem przy uchu, szukając jednocześnie kluczyków do samochodu. – Mogę po ciebie podjechać. Chcesz?

– Chcę – oznajmiła Eliza bez namysłu. – Już wyjeżdżasz?

– Za chwilę będę.

– To nie zajeżdżaj pod mój blok. Poczekam na ciebie przy parku. Już idę.

Kiedy Malwina dotarła do parku, Eliza już czekała.

– Zdążyłam! – poinformowała z satysfakcją, wsiadając do samochodu. – Którędy jedziemy?

– Skręcimy w Balladyny. Koło tego durnego ronda... Właśnie widzę, że zdążyłaś, i jestem w szoku. Jak ci się to udało? – Malwina uniosła brwi. – Nie musiałaś pięć razy wracać do domu, bo o czymś zapomniałaś?

– Oj tam! Raz mi się zdarzyło... Złapałaś mnie na ulicy. Właśnie się wybierałam do sklepu tu, na osiedlu, ale jak mogę do marketu... Tam taniej i wybór większy.

– A już myślałam, że stosujesz jakąś specjalną terapię i kondycja umysłowa ci się poprawiła – mruknęła kąśliwie Malwina i warknęła pod nosem: – Jak jedziesz, baranie? Pierwszeństwo mam bez względu na płeć! – Wyhamowała tuż przed wyjeżdżającym z bocznej ulicy samochodem. – Palant! Pewnie mu coś w środku ryczy... Kto im przyznaje prawo jazdy?

– Już się nie wściekaj – załagodziła Eliza. – Przyjrzałam mu się. To starszy facet. Może refleks już nie ten.

– Ale swój! – fuknęła Malwina. – Rejestracja tutejsza. Powinien już wiedzieć, które drogi są podporządkowane, a które główne! – Sapnęła ostatkiem złości i znienacka zapytała, skręcając w ulicę Balladyny: – Ile osób stało na tym przystanku, co go mijałyśmy?