Łyski liczą do trzech - Olga Hund - ebook
NOWOŚĆ

Łyski liczą do trzech ebook

Olga Hund

4,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

W czeskim Zlinie trwa festyn integracyjny organizowany przez Stowarzyszenie Przyjaźni Czesko-Caaakańskiej. Caaakowie to mniejszość narodowa nielubiana przez władze i Czechów. Krążą o nich niestworzone legendy – że jedzą koty, z dzikich zwierząt wytapiają smalec, a nawet potrafią czarować. Na dodatek mają trzecie oko. Zdawałoby się, pozbawione specjalnych właściwości, ale niektórzy twierdzą, że caaakańskie kobiety potrafią dzięki niemu błyskawicznie opętać mężczyzn, dlatego zaleca się Czechom nosić ochronne przyłbice.

Podczas festynu dochodzi do tragedii. Policjant przypadkowo strzela do caaakańskiego chłopca. W mieście wybuchają zamieszki. Trójka bohaterów – pankówki Janka i Marie, wplątany przypadkowo w wydarzenia Amerykanin George – oraz Pies Od Którego Wszystko Się Zaczęło wyruszają na poszukiwanie winnego policjanta.

Olga Hund w swojej śmiałej prozie zabiera czytelnika w podróż po czeskich miastach, które wydają się podejrzanie znajome, i opowiada o ulicznym buncie tych, którzy nie mieli wcześniej głosu. To historia o narodzinach pewnej rewolucji, przyprawiona Gombrowiczowską groteską i humorem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Karolina Lubaszko

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Olga Hund, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Ewa Saska, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-213-6

Pawłowi

Na pięść, jako argument, bywa też pięść argumentem.

Stefan Żeromski

Policja, policja broni faszystów, Policja… faszystowskie świnie.

Homomilitia

1

Niektóre ptaki – jak na przykład te śmieszne czarne łyski z białą błyskawicą na głowie – potrafią liczyć do ośmiu. Małpy podobno do pięciu.

Czymś nieludzkim i okrutnym było przywoływanie tych informacji w kontekście Viki, kobiety z plemienia Caaaków, matki ośmiorga dzieci, z których jedno zginęło tydzień temu na festiwalu w czeskim mieście Zlin. Chłopiec został zastrzelony przez policjanta.

A to właśnie robili różni komentatorzy, gdy przekonywali, że taka strata to żadna strata, bo Caaak, jak małpa, umie liczyć tylko do pięciu, więc braku chłopca pewnie nawet nie zauważy. To po pierwsze, mówili, a po drugie żaden policjant, a w szczególności tak doświadczony policjant nie strzela bez powodu, na to są paragrafy, a wcześniej regulamin. Więc musieli go sprowokować. A bo mało to było przypadków agresywnych Caaaków? Na koniec – dodawali delikatniej, jakby chcieli złagodzić wydźwięk wypowiedzianych wcześniej złośliwości – nic nie jest czarno-białe, demokracja uczy odcieni szarości; teraz, jak nigdy, potrzebny jest nam dialog. Oraz: Co kilkulatek robił na koncercie muzyki dla dorosłych? Gdzie byli jego rodzice? I co w ogóle robią caaakańskie dzieci na festynach, czemu nie były w szkole? – pytano retorycznie i podstępnie, bo festyn odbywał się w sobotę, czyli w dzień, w którym żadne dziecko, nawet najpilniejsze czeskie dziecko, nie idzie do szkoły. A festyn pomyślano jako imprezę integracyjną kierowaną do Czechów i do Caaaków, w tym do caaakańskich dzieci.

Pytania jednak zostały zadane: Gdzie są, gdzie byli, co robią? – więc widzowie przed telewizorami, w swoich ubraniach po domu, z przesłodzoną herbatą na stolikach, ze stopami w ciepłych kapciach opuszczonymi na puchate dywany odpowiadali: No, kradną, nie?

Gruchot, który wydało chude ośmioletnie ciało chłopca w zderzeniu z ziemią, był nieoczekiwanie wielki, absurdalnie głośny. Brzmiał jak odgłos nielegalnego wyrębu wielkich, starych dębów, pustych w środku. Chłopiec leżał w błocie i strzykał krwią, nie czuł bólu, było mu nawet przyjemnie. Nad sobą widział najbliższą rodzinę, wszystkich krewnych, kolegów i koleżanki ze szkoły, obce, wykrzywione twarze. Kolorowe chusty, czarne bluzy i zielone mundury nakładały się na siebie i wirowały. Nieparzysta i parzysta liczba oczu, Czesi, Caaakowie, policja, trójkąty, postaci w kapturach. Pobłyskiwały, wirowały. Jakby ktoś pijany dla żartu te wszystkie bety i ludzi poupychał byle jak na karuzeli i zakręcił. Stare Caaaczki, niczym oddani pracy ogrodnicy, zbierały swoje dzieci jak liście na kupkę. Rozglądały się nerwowo, czy to już wszystkie? Raz, dwa, trzy…

Ziemia pod ciałem dziecka dudniła. W tamtym momencie nikt jeszcze nie wyłączył muzyki dobiegającej z festynowych namiotów. Czy to cała osada tańczy? Chłopiec zmrużył powieki, a potem całkiem zamknął oczy, raziły go fajerwerki i światła lamp błyskowych. Ktoś go filmował i robił relację do netu, ktoś inny kazał temu komuś przestać. Chłopiec poczuł, że jest teraz kimś ważnym: coś się wydarzyło, jeszcze nie wiem co, ale jak wstanę, to będę oglądał ten kolorowy film na okrągło.

Członkowie plemienia Caaaków, największej mniejszości narodowej żyjącej w Czechach, od białych z wyglądu praktycznie się nie różnią. Mają dwie nogi, dwie ręce, proste włosy i tylko trochę ciemniejszy odcień skóry. Ale tym, co ich odróżnia, jest trzecie oko na czole. Nie sprawia ono, że Caaakowie widzą lepiej albo dalej; to oko biologicznie zbudowane jest dokładnie tak samo jak pozostałych dwoje i dokładnie tak samo jak oczy Czechów, Węgrów czy Polaków, do tego zresztą jeszcze wrócimy.

Chłopiec się wykrwawiał. Tuż przed śmiercią zamknął powieki dwóch znanych nam, swojskich oczu. A to trzecie – dla wielu dziwne, mroczne, niebezpieczne, niezrozumiałe i z każdą sekundą chłodniejsze – do końca pozostało otwarte.

Oto co wydarzyło się dziecku, którego tożsamość przyszło teraz policji szybko na potrzeby prasy i wewnętrznych raportów ustalić.

A policjantowi Jardzie, człowiekowi, który z pistoletem CZ 75 D Compact w dłoni zaprowadzał porządek i właśnie zastrzelił owo dziecko, mężczyźnie, którego tożsamość jego pracodawca będzie próbował zataić – jemu przyszło zacząć się modlić.

2

W radiowozie na sygnale jadą dwie dziewczyny i chłopak.

Pierwsza z nich ma na imię Janka. Wydaje jej się, że siedzi w samochodzie i podróżuje z rodzicami nad morze. Z przodu mama i tata, obok niej siostra, oddzielona stertą bambetli składającą się z namiotu, plecaków, słodzonych napojów, czipsów, chrupek i worków, na wszelki wypadek. Siostra nawet w aucie buduje sobie bazy, jest jeszcze bardziej neurotyczna od Janki i potrzebuje jeszcze więcej przestrzeni albo umie lepiej o siebie zadbać, już wtedy, być może to w przyszłości uratuje ją od ciężkiej depresji. W jej bazie rodzice się nie spierają, w rzeczywistości auta poza bazą – tak. Janka je czipsy, je chrupki, pije napoje i nuci sobie z nerwów pod nosem. W pojeździe czuć benzyną i zapachową choinką. Rodzice z przodu kłócą się coraz głośniej, matka już doszła do etapu „żałuję, że cię w ogóle poznałam”. Ojciec każe jej się zamknąć i nie wydziwiać.

– Nie rób scen – mówi – nie mogę się skupić na jeździe. Chcesz spowodować wypadek, tego chcesz?

I na chwilę milknie, zbiera siły, żeby dowalić też komuś innemu, o, dzieciom. I o, jest.

– Zamknij się! Masz przestać śpiewać! – krzyczy do Janki i odwraca do niej czerwoną od gniewu twarz. Matka przestraszona łapie za kierownicę.

– Zamknij się! – mówi policjant i dziewczyna orientuje się, że siedzi w radiowozie, w policyjnej suce, a nie w osobówce.

– Nic na mnie nie macie, odmawiam składania zeznań – odpowiada Janka, bo tak należy mówić, gdy policja pyta cię o cokolwiek.

– Zamknij ryj! – denerwuje się policjant, żaden z nich nie lubi, gdy zatrzymani znają swoje prawa. – Jedziemy do aresztu – mówi. – Złożysz razem z tą Caaaczką zeznania, jesteście oskarżone o udział w nielegalnym zgromadzeniu, pokażesz jej, jak się stawia krzyżyk, i do domu. Będziesz też tłumaczyć tego – mężczyzna pokazuje palcem na siedzącego obok chłopaka – bo mówi tak, że nie idzie go zrozumieć. Poczekacie na wezwanie sądu w waszych norach, które właśnie przeszukujemy, he, he, bo wiozą tu gorszych od was.

– Macie nakaz? Proszę pokazać swoje legitymacje – prosi ta druga, ciemniejsza dziewczyna.

– Nic ci nie pokażemy – chichrają się policjanci.

Festyn w Zlinie przygotowało Stowarzyszenie Przyjaźni Czesko-Caaakańskiej „Trzecie Oko, Szósty Zmysł”. To organizacja wspierająca Caaaków, co ważne – i nie takie znów oczywiste – za ich zgodą i nierzadko z ich udziałem. Jest w Czechach trochę takich stowarzyszeń, chcących „łączyć, zamiast dzielić”, w ich statusach znajduje się obowiązkowa formuła o „podejmowaniu działań na rzecz integracji Caaaków i Czechów”.

Pracownicy „Trzeciego Oka” lubią o sobie mówić, że bronią interesów Caaaków, że pomagają im w załatwianiu spraw urzędowych. Wspólnie wypełniają wnioski o zasiłki czy o wydanie dowodu osobistego, prośby o objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym, o zezwolenie na pobyt stały, pomagają dzieciom odrabiać lekcje. To prawda, robią to. Stanęli nawet po stronie Caaaków w tak zwanej kociej aferze.

Z aferą było tak. Wybuchła, gdy do redakcji jednej z gazet przyszedł anonimowy mejl, w którym ktoś pisał, że Caaakowie jedzą koty. Podobno wyłapują dzikie lub bezdomne zwierzęta i przetapiają je na smalec; albo pieką, albo gotują w żeliwnych kociołkach – i jedzą. Przynętami miały być jakieś tam smakołyki, wołanie „kici, kici”, czasem podobno nawet stosowano czary. W mejlu było też napisane, że późną jesienią, zimą i wiosną Caaakowie organizują takie kocie świniobicia – dokładnie tak było napisane, kocie świniobicia.

Wiadomość zawierała załącznik: krótki filmik kręcony komórką, na którym widać było przypiekane nad ogniskiem zwierzę. Obdarte ze skóry coś rzeczywiście przypominało małego kota – gdy wiedziało się wcześniej, że ma go przypominać. Bo tak naprawdę mogło też przypominać każde inne drobne zwierzę, na przykład większą wiewiórkę, wydrę czy zająca. Kto dziś wie, jak wygląda martwe zwierzę w całości? I to jeszcze obdarte ze skóry, bez futra. Do tego w świetle księżyca? Na filmie widać było czyjąś zakapturzoną głowę, błysk oczu i brudną od sadzy twarz. Postać oddychała. Dwie smugi białego, ciepłego powietrza wylatywały z nozdrzy jak u zagniewanego byka. Było ciemno, noc wydawała się chłodna, zimowa, choć drzewa w tle, za ogniskiem, miały jeszcze liście. Postać pochylała się nad kotem (lub wiewiórką, lub zającem) i sprawdzała, czy mięso skwierczy – tak jest, skwierczy. Wiatr zmienił kierunek i dym z ogniska poleciał w stronę kamery. Był tak gęsty, iż widzom wydawało się, że gryzie ich w oczy, że czują smród śmierci. Postać schowała się, zniknęła, a osoba, która kręciła film, zrobiła zbliżenie na ogień, kamera nie mogła złapać ostrości, czerwone i czarne kolory były rozmazane, zlewały się ze sobą.

„Podobno mieszkańcy caaakańskiej osady nie mieli pojęcia, że ktoś to nagrywa”, pisał autor anonimowej wiadomości. Podobno ktoś wkręcił się w szeregi Caaaków i pod przykryciem wziął udział w kocim świniobiciu. To tłumaczy, dlaczego zgodzono się kręcić filmik.

Część Caaaków się rozgniewała – o to, że się ich niesłusznie oskarża. Razem z fundacją „Trzecie Oko” tłumaczyli, że Caaakowie nie jedzą kotów, bo dlaczego mieliby to robić. I że z filmu nie wynika, że je się właśnie kota, i że nie da się nawet jednoznacznie stwierdzić, czy przy ognisku siedzą Caaakowie. Ktoś tak po prostu powiedział, dlaczego oni mają to prostować?

Starzy Caaakowie mówili, że dawno temu niejeden Caaak i niejeden Czech przetapiali na smalec zwierzęta – i psy, i koty pewnie też. I nie było rabanu. Ale teraz nie ma wojny, teraz nie ma potrzeby, po co ktoś to odgrzebał? Tymczasem w Szwajcarii jedzą koty oraz psy i bez wojny, i ze smakiem, bo taką mają tradycję.

Z kolei młodzi nie pozwalali nikomu wciskać ciemnoty na temat Caaaków. Wychodzili w księżycowe noce do miast i wracali do osad nad ranem: w mokrych od potu podkoszulkach, z zaschniętą krwią pod nosem. Do dziś nie wiadomo, co wtedy robili. Ani mężczyźni z osady, ani Czesi z miasta nie chcieli na ten temat rozmawiać i do dziś nic nie powiedzieli.

Ludzie z fundacji towarzyszyli też Caaakom w mediach, najczęściej w programach o poniszczonych mieszkaniach komunalnych, oddanych do użytku Caaakom „zaledwie rok temu”. Często te programy wyglądały dość podobnie. Dziennikarze kręcili głowami i mówili:

– Proszę się nie gniewać, po prostu próbuję to zrozumieć. Dlaczego niszczycie te mieszkania? Dlaczego w ścianach są dziury? Dlaczego ich nie szanujecie? Czy to kwestie kulturowe, czy dusicie się w czterech ścianach, czy serce się wam rwie do pól i łąk?

Caaakowie kiwali głowami i myśleli: jakich, kurwa, pól i łąk; ale odpowiadali grzecznie:

– Nie, te domy się same niszczą. Daliście nam domy z tektury, z plastiku i ze styropianu.

– Wszystko zaraz samo zaczyna odpadać – mówili wolontariusze z „Trzeciego Oka”. – Po tygodniu kran, po dwóch klapa od sedesu i tak dalej. A później państwo przyjeżdżają, zawsze w porze obiadu, gdy jest największy bałagan, bo dzieci najtrudniej upilnować, stojąc przy garach, przyjeżdżają państwo z kamerami i robią zbliżenia na te rozchybotane sprzęty i brudny zlew.

– A dlaczego dzieci nie są w szkole? – Moderatorzy zadawali swoje ulubione pytanie, ignorując nagle najważniejszą jeszcze przed chwilą sprawę dziur w styropianowych ścianach.

– Do obiadu to już się szkoła kończy – odpowiadali Caaakowie zdziwieni, że biali pytają o coś, o czym sami w ministerstwach decydowali.

Nieustraszone pracownice stowarzyszenia „Trzecie Oko” przywoływały opinie ekspertów budowlanych i wyliczały zaniedbania.

– To tak, jakby państwo narysowali dzieciom przeglądarkę internetową na kartce i dziwili się, że podopieczni nie łączą się z netem. W takich warunkach, jakie gminy proponują przesiedlanym z osad Caaakom, nie da się mieszkać.

Podobno kiedyś do takiego nadawanego na żywo programu trafił szczególnie wygadany Caaak i przez piętnaście minut z wyjątkową swadą opowiadał o życiu Caaaków oraz o bolesnym sporze z Czechami. To był naprawdę dobry, emocjonalny, zdolny porwać tłumy występ, na miarę I have a dream. Jak się niestety potem okazało, kierownik produkcji po minucie włączył reklamy i puszczał je przez cały wybitnie dobry monolog Caaaka, tak że żaden z widzów nigdy go nie usłyszał. A po programie moderator podszedł do Caaaka bardzo blisko, tak że ten ostatni poczuł woń mięty, świeży zapach bogatych ust, które wykrzywiły się z niesmakiem, i powiedziały:

– Ma pan nerwicę.

I tak Caaakowie przestali chodzić do telewizji.

Caaakańsko-czeski piknik w Zlinie odbywał się raz w roku w lecie. Stawiano wtedy na rynku stragany z caaakańskim rękodziełem, infonamiot z broszurami po caaakańsku i czesku, przedstawiającymi najważniejszą postać caaakańskiego pochodzenia w historii Czech – Fenenę, inżynierkę, która zaprojektowała praskie metro i nadzorowała budowę. W ulotce było napisane: „To dzięki niej tysiące Czechów i Caaaków codziennie dociera do pracy – bezpiecznie i na czas”. Caaakowie nie rozumieli, w jaki sposób miałoby to polepszyć ich obecną sytuację i gdzie mają tym metrem dotrzeć. Fenena była tylko w połowie Caaaczką, z trzecim okiem wprawdzie, ale urodzoną i wychowaną w mieście; a zresztą, co to ma znaczyć – złościli się Caaakowie – że tylko inżynierki zasługują na szacunek?

W tym roku w programie festynu znalazł się też obowiązkowy element każdej imprezy z ostatnich lat, czyli malowanie dzieciom buzi. Wyszło fajnie. Czeskim dzieciom otworzyło się na czołach charakterystyczne dla Caaaków trzecie oko. Rozstawiano też budki z sześcioma rodzajami lokalnego czeskiego piwa. Istne czechofilskie porno: tak pyszne i tak czeskie, czeskie, czeskie, czeskie, koniecznie z pianą, piwa czeskie, czeskie, czeskie, czeskie zawsze z tą pianką? Kelner przychodził i pytał: „Dáme ještě jedno pivo?”. „Jo, jistě že jo”.

Miało to być wielkie święto integracji. Kolorowe. Wielokształtne. Na wieczór zaplanowano występy caaakańskich zespołów. Koncerty się nie odbyły. Nikt się nie spodziewał, że cały ten festyn skończy się wcześniej.

Normalnie to nie jest tak, że panki przyjeżdżają na caaakańskie imprezy czy festyny, bo i po co – tej muzyki z fletopiszczałkami nie da się słuchać. Ale tym razem mówiono poważnie o tym, że na zabawie mają się pojawić faszyści.

Nastąpiła silna mobilizacja, bo Caaakowie, owszem, potrafią się sami bronić, ale jakoś faszyści nie zabierają na wpierdol swoich dzieci, których trzeba by pilnować i zasłaniać im przed krwią oczy, tylko jadą same chłopy plus tak zwany sprzęt: młoty, siekiery, kilofy, maczety, noże, łańcuchy i tak dalej. Nie zabierają też ze sobą całego dobytku życia, który mogliby stracić. I nie przestrzegają zasady jeden na jeden, tylko jadą w dwudziestu trzech na jeden. Albo czternastu na jeden. Osiemdziesięciu ośmiu na czternastu.

Tym razem faszyści jawnie i odważnie zwoływali się w internecie: „Widziałeś kiedyś Szczura przy pracy?”, pisali. Albo: „Nic nie robią, tylko trzema oczami łypią na nasze dziewczyny, i też co ukraść, co zajebać, i będą się na festynie bawić”. I: „Robimy wielką mobilizację, to teraz my pobawimy się z nimi”. Kilka tysięcy faszystów zainteresowało się wydarzeniem „Wyjazd na wpierdol brudasom Caaakom” w mediach społecznościowych. Faszyści pisali posty jak wiersze.

Brudasy plują i śmieją się nam w twarz, co jeszcze będzie, co dalej będzie, ciekawi mnie.

Do gazu, niech znów zadymią sprawiedliwości kominy.

W oczach świata są zgniłymi mendami.

Żołnierze, o 10 na dworcu.

Koledzy, nie podawajcie tu szczegółów akcji – admin.

3

W radiowozie na sygnale jadą dwie dziewczyny i chłopak. Polka, Caaaczka i Amerykanin. Dziewczyny się znają, a jedna z nich zna chłopaka.

Najbliżej drzwi siedzi Janka, Polka.

To nie jest tak, że ludzie z zagranicy przyjeżdżają solidarnościowo na caaakańskie festyny. Bo i po co? Ale Janka i wiele innych dziewczyn przyjechały tego lata na festyn do Zlina, bo pogróżki faszystowskie w internecie i ich liczba były niepokojące. Tam mogło dojść do zbrodni.

Janka przyjechała do Pragi trzy lata temu i została. Nosiło ją od zawsze, zmieniała miasta i kraje, teraz znów chciała na chwilę odpocząć od Polski. Znała Czechy, wpadała do sąsiadów już wcześniej, najpierw turystycznie z rodziną, potem już sama albo z koleżankami, na koncerty. Podobało jej się, że wszystko jest tu na co dzień sympatyczne, ale gdy trzeba, to srogie i skuteczne, i dobrze zorganizowane. Z jednej strony wesoły agropank, a z drugiej niemiecka w działaniu antifa. Święty Franciszek i husyta.

W Polsce inaczej: nie dość, że muzyka patetyczna, bo taką lubią Polacy, to albo jarocinowi weterani, albo pod sceną przegląd czarnych ciuchów i dodatków z sieciówek. Ale weterani Jarocina gorsi. Dorosłe chłopy tańczące pogo z plecakami nałożonymi na gołą klatę, żeniące apolityczność z konserwatyzmem. Puszczające sobie w piątek i sobotę nawzajem muzykę z komputera. Jeden siedzi na krześle obrotowym przy tym komputerze i didżejuje, a trzech czy czterech pozostałych, ilu ich tam się zmieści na wersalce, mówi: „System chce mnie oduczyć samodzielnie myśleć” i „Kieras w chuja tnie”.

Janka urodziła się na nowohuckim osiedlu w Krakowie. Przez pierwszych sześć lat wychowywała ją babcia. Żyły sobie razem w mieszkaniu z bajkami na wideo, ciastem na makaron, rybikami w wannie, muchami w kuchni, cukrówkami na parapetach, gniazdami na balkonie, paprotkami i fikusami. Często wpadały do nich z wizytą koleżanki babci, zawsze też z wnuczkami. Kilkuletnie dziewczynki szurały sobie klockami po dywanach i wycierały w nich łyse plamy.

– Do wychowania dziecka potrzeba całej wioski – mówiły kobiety i zalewały koniakiem szklanki po herbacie.

Dziewczynka długo myślała, że to babcie rodzą i wychowują dzieci, że nie ma nic pomiędzy. Cała wioska babć. Że w wiosce kupuje się tylko to, co pozwala spełnić dziecięce zachcianki, bo wszystko inne jest w piwnicach. Potem podrosła i zaczęła trochę później kłaść się spać. Zrobiła pierwszy krok w pełną rozczarowań dorosłość, gdy odkryła, że „ta baba”, która przychodzi w weekendy, też z nimi mieszka. I że to jej matka.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2021

Wydanie I