Listy z serca Afryki - Robert Wieczorek - ebook
Opis

Listy, pisane w latach 1994-2001, rysują barwny i fascynujący obraz kraju zagubionego w samym centrum czarnego kontynentu, Republiki Środkowoafrykańskiej, gdzie od 1985 roku pracują polscy misjonarze z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów.
 
Listy z serca Afryki, po raz pierwszy wydane w 2002 roku, to pisarski debiut brata Roberta Wieczorka. W 2006 roku ukazała się jego druga książka Pęknięte Serce Afryki - poruszający reportaż z czasów rebelii, któtra przetoczyła się przez RCA w latach 2002-2003.
 
W recenzji do Pękniętego Serca Afryki Ryszard Kapuściński napisał:
"W tej prozie jest wielka wrażliwość, znajomość tła i sensu wydarzeń, bardzo ciekawa, porywająca relacja. Z pewnością wszystkie te elementy odnajdziemy również w Listach z Serca Afryki".

Brat Robert Wieczorek - urodził się w 1966 roku w Krakowie, mieszkał w Krzeszowicach. W dwudziestym roku życia wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. W 1993 roku przyjął święcenia kapłańskie, a rok później podjął pracę na misjach w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie pracuje do dzisiaj.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 451


Robert Wieczorek OFMCap

Listy z Serca Afryki

© Copyright by Redakcja dwumiesięcznika „Głos Ojca Pio”, Kraków 2002

© Copyright by Wydawnictwo Serafin, Kraków 2007

Redakcja tekstu

Tomasz Duszyc OFMCap, Krzysztof Wieczorek

Korekta

Mieczysław Pabis

Projekt okładki

Tomasz Duszyc OFMCap

Fotografie ze zbiorów autora

Wydawnictwo Serafin, ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

Zakon Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincja Krakowska

Skład i łamanie

astek media pracownia grafiki, tel. 602 225 272

Wydanie I – Kraków 2007 Dodruk – Kraków 2013

ISBN 978-83-63243-47-0

Zamówienia:

WYDAWNICTWO SERAFIN • ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

tel./fax 12 623 80 58, e-mail: [email protected]

księgarnia internetowa: www.e-serafin.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Przedmowa

Jest taki kraj… Republika Centralnej Afryki

Jest taki kraj – zapomniany przez wielu, nigdy nie poznany przez innych. Jest taki kraj i naprawdę właśnie tak się nazywa. Wciśnięty pomiędzy potężne terytoria Sudanu, Czadu i dawnego Zairu, trudny do zauważenia na mapie Afryki, wydaje się maleństwem. Tymczasem RCA, choć żyje w niej zaledwie nieco ponad trzy miliony ludzi, jest dwa razy większa od Polski. Nieznana pozostaje przede wszystkim z powodu swego położenia – odcięta od morza, a więc i od cywilizacji euroamerykańskiej, należy do najbardziej zapóźnionych krajów na świecie. Ale to położenie równocześnie usprawiedliwia nazwę, jaką temu państwu nadali jego mieszkańcy: Be-Africa – Serce Afryki…

W tym kraju od 1985 roku pracują polscy misjonarze z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów. Jednym z nich (od ponad siedmiu lat) jest Robert. W pracy misyjnej zajmuje się tym, czym wszyscy inni kapłani. Z kilkunastoosobowej grupki Polaków wyróżnił się dużą ilością i wyjątkową długością wysyłanych listów.

Listy te, nadsyłane po kilka w roku, od początku otrzymywały bardzo pochlebne recenzje od niemal wszystkich Czytelników. Życzliwe przyjęcie i ciągle rosnące zainteresowanie poruszanymi w nich tematami zrodziły myśl, by udostępnić je szerszemu gronu. Przez kilka lat Listy z Serca Afryki ukazywały się jako nieregularny dodatek do miesięcznika Płomień, pisma jednej z krakowskich parafii. Były też drukowane w wydawanym przez Zakon Braci Mniejszych Kapucynów biuletynie Kapucyni i misje.

Czas mijał, teczka z zebranymi listami stawała się coraz grubsza. Rzucony przez kogoś w żartach pomysł wydania Listów w formie książkowej, nagle okazał się całkiem realny. Razem z braćmi kapucynami doszliśmy do wniosku, że skoro Pan Bóg dał jednemu człowiekowi talent przelania na papier dobrych myśli, a innym możliwości przekazania tych myśli dalej, to grzechem byłoby nie wykorzystać takiej okazji.

Przekazujemy więc do Waszych rąk książkę, która jest zbiorem listów pisanych przez Polaka z Afryki do Polaków w Ojczyźnie. Zachęcam do jej lektury każdego, kto lubi historię, geografię, czy opowieści przygodowe, ale przede wszystkim tych, którym nie jest obca idea misji katolickich. Listy są bowiem przede wszystkim świadectwem o Kościele katolickim w centralnej Afryce na przełomie tysiącleci. Świadectwem spisanym przez jednego z tych, którzy poszli na cały świat i nauczają wszystkie narody…

Ks. K. Wieczorek

Ksiądz Krzysztof Wieczorek, kapłan Archidiecezji Krakowskiej, jest rodzonym bratem autora Listów z Serca Afryki.

Historia wiceprowincji

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

W maju 1936 roku armia faszystowskich Włoch zajęła Etiopię, ogłaszając to niepodległe państwo swoją kolonią – takie były wówczas ambicje europejskich mocarstw. Władze włoskie w ramach umocnienia swej obecności w tym kraju, postanowiły najszybciej jak to możliwe, wszystkich misjonarzy zagranicznych zastąpić przez włoskich. W ślad za wojskiem przybywali więc duchowni z Italii. Samych tylko kapucynów wysłano wówczas do Etiopii ponad stu. Przyjechali na misje prowadzone przez ich francuskich współbraci z poleceniem, aby zająć tam ich miejsce – czy się to podoba, czy nie. Wygnani Francuzi ze łzami w oczach wrócili do Europy. Jeden z nich, ojciec Diego, wybrał się by odwiedzić coraz bardziej znanego na świecie włoskiego współbrata, stygmatyka, Ojca Pio. Tenże, po wysłuchaniu żalów misjonarza, powiedział: Tak, tak, odwagi, ojcze Diego, odwagi! Już wkrótce wyjedziecie z powrotem na misje, tym razem do Afryki Równikowej… Czeka Was tam wielka praca.

I faktycznie, niedługo po tym wydarzeniu, Kongregacja Rozkrzewiania Wiary zaoferowała wygnańcom z Etiopii podjęcie współpracy w ogromnej Prefekturze Apostolskiej Oubangui-Chari, rozciągającej się na terytorium obecnej RCA i południowego Czadu. Stało się to za przyczyną tamtejszego biskupa Grandin, który na terenie dwa razy większym od Polski miał do dyspozycji tylko trzydziestu swoich współbraci ze Zgromadzenia Ducha Świętego, którzy w żaden sposób nie byli w stanie sprostać piętrzącym się problemom. Ponadto, zagrażała im konkurencja ze strony przeróżnych kościołów i sekt protestanckich. Wprawdzie to katolicy w 1894 roku jako pierwsi przynieśli tu Dobrą Nowinę, ale w latach trzydziestych, na wspomnianą już liczbę trzydziestu spirytynów obsługujących piętnaście misji, przypadało około stu pięćdziesięciu różnych pastorów.

Biskup Grandin z Bangui posiadał zresztą już wcześniejsze pozytywne doświadczenie kontaktów z kapucynami belgijskimi z Konga po drugiej stronie rzeki – sandały przybyłych na odsiecz kapucynów z Tuluzy nie były więc pierwszymi depczącymi tę ziemię. Przyjechało ich na początek sześciu, wszyscy eks-misjonarze z Etiopii. W tej liczbie jeden w wieku siedemdziesięciu dwóch lat – nie wyobrażał sobie umrzeć gdzie indziej niż w Afryce.

Warunki jednak były inne, niż w suchej i wyżynnej Etiopii, co dało się wkrótce odczuć przez choroby, a nawet śmierć. Malaria i śpiączka zagrażały nie tylko tym w podeszłym wieku, ale również młodym – bracia mocno przeżyli śmierć świeżo przybyłego dwudziestodziewięcioletniego ojca Artura. Przybywali jednak po nich następni, więc ciągłość była zapewniona. Biskup osadził nowych misjonarzy na zachodzie swego terytorium, w kilku misjach założonych wcześniej przez spirytynów: Berbérati, Carnot, Bozoum. Wkrótce przyszła jednak II wojna światowa i większość misjonarzy została zmobilizowana do wojska – pozostali na terenie kolonii, ale byli koszarowani i uwiązani do swych wojskowych funkcji. Wiele misji zostało opuszczonych, bez stałej opieki duszpasterskiej, ale miało to też pozytywne strony – sytuacja zmusiła katechistów i chrześcijan do większej samodzielności. Właśnie w czasie wojny jeden z misjonarzy przebywający jako pielęgniarz garnizonu stacjonującego w wiosce Bouar zdołał spenetrować środowisko (w 1940 roku) i założyć tu wspólnotę katolicką. Dzięki stałej obecności wojska owa wieś rozwinęła się później w miasto, a od 1978 roku jest tu nowa diecezja. Także w czasie wojny Stolica Apostolska utworzyła (w 1940 roku) nową Prefekturę Apostolską – Berbérati – wydzieloną z dotychczasowego ogromnego terytorium Oubangui-Chari i powierzyła ją trosce kapucynów z Tuluzy, mianując jednego z nich, ojca Pierre Sintas, ordynariuszem.

Przyszła koza do woza

Liczba katolików stale się powiększała. Nowo powstałe misje i punkty katechetyczne zagęszczały siatkę miejsc objętych duszpasterstwem. Powtarzała się sytuacja sprzed kilku lat: za mało ludzi! Wtedy z pomocą przyszła nieduża prowincja francuskich kapucynów z Sabaudii, wzmacniając ich szeregi nowymi braćmi.

Biskup Pierre nie poprzestał jednak na tym i szukał dalej. Mierziło go, że na całym terenie nie ma żadnego misjonarza nie-Francuza, a przecież Kościół jest katolicki, czyli powszechny. Pośród protestantów byli: Szwedzi, Amerykanie i Niemcy. Dlaczego nie zaprosić więc kogoś z zewnątrz? Tym bardziej, iż władze kolonialne nie miały specjalnie nic przeciwko obcokrajowcom na swym terytorium. Owocem debat prowincjałów z generałem była propozycja, by przysłać Francuzom pomoc w osobach włoskich kapucynów z Genui, spośród których wielu wygnano w czasie wojny z Etiopii… Pomiędzy braćmi zawrzało. Jedna wiara, jeden Kościół, jeden zakon – to prawda, ale urażony patriotyzm brał w niektórych górę: przecież ci makaroniarze wypędzili nas przed kilku laty z naszych misji w Etiopii! Czego więc teraz tutaj szukają? Włosi jednak nie byli dłużni i też myśleli swoje o żabojadach. Nawiasem mówiąc, francuscy misjonarze mieli już w czasie wojny kontakty z Włochami, ale innego rodzaju. Zwycięstwo Mussoliniego w Etiopii okazało się krótkotrwałe, bo już w 1942 roku alianci zajęli tę świeżo utworzoną kolonię Italii, biorąc przebywających tam Włochów do niewoli. Między innymi, koło Berbérati utworzono dla nich obóz jeniecki. Więźniowie pracowali przy budowie kilku solidnych, służących do dzisiaj mostów, a niektórzy inżynierowie czy lekarze oddali doprawdy niemałe zasługi dla kraju. Politycznie byli oni więźniami, ale prywatnie kontakty francusko-włoskie były bardzo normalne. Francuscy misjonarze odwiedzali ich systematycznie z posługą duszpasterską.

Generał jednak nastawał, przełożeni tłumaczyli i studzili powoli podgrzane umysły. Dość powiedzieć, że sentymenty chrześcijańskie wzięły górę i w maju 1949 roku pierwszych trzech kapucynów z Genui przybyło do Berbérati. Biskup Sintas pisał do generała: Bracia z Genui przybywają. To Wasza propaganda nam ich przysyła. Kwestia rasizmu czy szowinizmu nie istnieje. Nie mamy pretensji o posiadanie, że to nasz sektor, nasz kościół, nasz dom, nasz personel, nasze maszyny. Wszystko jest Papieża, a przez niego – Chrystusa. Dusz do zbawienia jest we wszystkich dystryktach więcej, niż moglibyśmy doprowadzić do nieba. Gdzie indziej ktoś mądrze stwierdził, że jeśli nawet bracia nie tryskają nadmiarem miłości do siebie, to na tak rozległym terytorium jest dosyć miejsca do popisu tak dla Francuzów z Tuluzy i Sabaudii z osobna, jak i samych Genueńczyków. Słowa okazały się prorocze, bo wkrótce Stolica Apostolska poprosiła weteranów pracy misyjnej, aby pozostawili swe dotychczasowe misje na południu w dżungli Berbérati, a przenieśli się na północ do Moundou (dzisiejszy Czad), by tam organizować Kościół prawie od podstaw. Tym sposobem w 1952 roku dotychczasowi gospodarze z Berbérati przeprowadzili się o sześćset kilometrów na północ, pozostawiając wszystko w rękach braci z Sabaudii. W Berbérati została ustanowiona prawdziwa diecezja, a dotychczasowy zarządca ojciec Pierre wrócił do szeregu, obejmując jedną z misji. Pierwszym biskupem został ojciec Basile Baud prowincjał z Sabaudii. Kapucyni z Genui otrzymali swoją działkę na północy diecezji.

Kogo Bóg kocha, tego wystawia na próbę

Czując się mocniejsi przybyciem Włochów, kapucyni podjęli się nowej pracy w Czadzie, rozprzestrzeniając się jeszcze dalej, ale tracąc przez to siły.

Tymczasem stała się rzecz niespodziewana. Prowincjał z Genui, usprawiedliwiając się małymi siłami i obawami na przyszłość, nakazał swym braciom wycofać się z misji w Afryce. Mówił, że prowincja nie jest w stanie ciągnąć misji na dwa fronty: w Peru i w Afryce. Postanowiono zachować ten pierwszy. Sytuacja w nowej diecezji stała się tragiczna. Pozostali tylko osamotnieni Sabaudczycy, a Genueńczycy wyjechali z bólem w sercu (prawdę mówiąc trzech pozostało na miejscu, decydując się na niełatwy wybór między misjami, a prowincją), ale i to na niewiele się zdało. Ten kryzys pobudził do szukania wsparcia gdzie indziej i biskup Basile niespodziewanie znalazł je w innej prowincji francuskiej – Lionie. Kilku tamtejszych braci związanych więzami przyjaźni, pracowało już wcześniej na tym terenie, ale teraz ich prowincja podjęła się systematycznej współpracy i w ten sposób powierzono im w 1954 roku region Bossangoa, co po sześciu latach zaowocowało powstaniem tam Prefektury Apostolskiej, jako zalążka nowej diecezji. Pierwszym ordynariuszem został kapucyn z Lionu ojciec Léon Chambon.

Tymczasem po upływie kilku lat, zmianie zarządu i dzięki uporczywym staraniom eks-misjonarzy w Genui, nastała odwilż i pozwolono na powrót do Afryki tym, którzy nie zrazili się nieodwołalnie. Genueńczycy na nowo ulżyli swym francuskim braciom, angażując się tym razem już na stałe.

Konsolidacja

Wraz z  uzyskaniem niepodległości przez RCA (w 1960 roku) Kościół szukał też swej twarzy. Rok 1962 przyniósł ważne wydarzenie o wymiarze duchowym. Do Bouar sprowadziła się pierwsza wspólnota kontemplacyjna na terenie RCA – siostry klaryski z Francji (od kilku ostatnich lat zastąpione przez Włoszki). W ten sposób umocnił się charyzmat franciszkański. Obok tego, w wielu parafiach zaszczepiły się też wspólnoty świeckich franciszkanów, dziś bardzo liczne i potężne. Czas jednak płynie, lat przybywa, a sił brakuje. Francuzi nie mogli już liczyć na posiłki personalne z Francji. Liczba powołań zmalała, a poza RCA prowincje francuskie były również zaangażowane w Czadzie, Etiopii, Dżibuti, Turcji i na Madagaskarze. Biskup Léon otrzymał więc w 1964 roku pomoc ze strony kapucynów z Parmy. Utworzyli oni nawet na terenie diecezji Bossangoa nową kustodię Batangafo. Spośród nich potem mianowano następnego biskupa Bossangoa, ojca Sergio Govi.

Rosło drugie pokolenie chrześcijan. Trzeba było myśleć o usamodzielnieniu Kościoła w RCA. Wtedy ojciec Umberto, Genueńczyk, zainicjował formę szkół dla katechistów. Okazało się to zbawczym rozwiązaniem. Obecnie jest ich już cała siatka we wszystkich diecezjach. Zakładano też wtedy małe seminaria dla kandydatów do kapłaństwa. Wielu braci z Berbérati i Bossangoa oddało się tej wymagającej wiele wysiłku pracy budzenia powołań. Niektórym zeszło całe życie na tej posłudze Kościołowi.

Od 1968 roku otwierając w Ndim nowicjat sami kapucyni pokusili się o próbę implantacji zakonu na tej ziemi, która ze zmiennym szczęściem, pośród ścierających się różnych koncepcji, trwa już prawie trzydzieści lat. Nie miejsce teraz o tym pisać.

Przyszedł czas, że Stolica Apostolska utworzyła diecezję w Bouar. Jej pierwszym biskupem został Armando Gianni z Genui mianowany przez papieża Pawła VI. W Rzymie na audiencji przyjął go papież Jan Paweł I, a został konsekrowany na biskupa za papieża Jana Pawła II (19 listopada 1978 roku).

Dwa lata później mozaika kapucyńskiej obecności w RCA została wzbogacona o braci z prowincji Cosenza, którzy przyjęli po Francuzach misję w Paoua. Wcześniej pośród Genueńczyków zainstalowało się kilku kapucynów z Wenecji.

W końcu przyszedł czas na Polaków. Za prowincjałatu ojca Celestyna Giby, w 1986 roku, ze strony kapucynów z Genui za pośrednictwem Kurii Generalnej dotarła do Krakowa propozycja współpracy. Jako pierwszy został tu przysłany ojciec Ryszard Modelski. Następnie, rok po roku, dojeżdżali inni. W tym czasie kilku zdążyło już wrócić z Afryki. Dziś jest nas tu kapucynów z Polski czternastu. Nasz młody wiek daje Francuzom i Włochom radosną gwarancję przedłużenia na dalsze lata kapucyńskiej obecności. Istotniejsze jednak jest to, że obecnie w formacji mamy kilkunastu autochtonów z RCA i Czadu – i o to chodzi, by kiedyś zostawić to całe misjonarskie dziedzictwo w rękach rodzimych braci. Formacji i zaszczepianiu zakonu służy też wysiłek utworzenia zakonnej wiceprowincji Czadu i RCA, by połączyć wspólne siły i dać świadectwo życia braterskiego we wspólnotach międzynarodowych.

Od 1937 roku obecność kapucynów zaowocowała wzrostem Kościoła na zachód RCA i południe Czadu. Z jednej Prefektury Apostolskiej Berbérati powstały trzy diecezje w RCA i cztery w Czadzie. W pięciu spośród nich (Berbérati, Bossangoa, Bouar, Moundou i Doba), kapucyni stanowią trzon ewangelizacji, a dziesięciu z nich pełniło lub pełni posługę biskupów. Diecezje te liczą ponad czterysta pięćdziesiąt tysięcy ochrzczonych i osiemdziesięciu kapłanów, czyli na jednego kapłana przypada około pięć tysięcy sześćset dwudziestu pięciu wiernych. Dwie z tych diecezji jako pasterzy-biskupów mają Afrykańczyków. Oprócz Kościoła katolickiego rozwijają się tutaj protestanci oraz różne ruchy religijne i sekty. W związku z pogarszającą się sytuacją polityczną w ostatnich latach, szczególnie na północy w Czadzie, coraz mocniejszy staje się islam i powiększa się liczba muzułmanów.

Od 1937 roku do dziś przez to terytorium przewinęło się co najmniej trzystu czterech kapucynów, a obecnie jest nas w Czadzie i RCA dziewięćdziesięciu (trzydziestu dwóch Włochów, osiemnastu Francuzów, czternastu Polaków, siedmiu Kanadyjczyków, jeden Szwajcar i jeden Argentyńczyk oraz siedemnastu Afrykańczyków). Ponadto pojedynczo dołączali do pracy misyjnej bracia z innych krajów takich jak: Brazylia, Peru, Malta, Hiszpania, Słowenia, Etiopia, Australia. Był to więc wpływ niemały. Oni siali – Bóg podlewał…

Brat Robert Wieczorek

Mocne wejście

Ndim, RCA, 22 listopada 1994 r.

Pokój i dobro!

Mija trzeci tydzień mojego pobytu na kontynencie afrykańskim. Niewiele niby czasu, ale wydarzyło się tak dużo, że wystarczy na długi list. Niewiele czasu upłynęło, ale zdołałem już odczuć sporo kontrastów, jakie nosi w sobie Afryka. Niewiele czasu, a jednak przeżyłem mocne wejście w życie misjonarza.

Podróż

Po niespełna dwumiesięcznym pobycie w Grenoble we Francji muszę opuścić kraj, który już zaczynałem bliżej poznawać, lepiej rozumieć i nawet lubić – nie tylko dzięki przybywającej z dnia na dzień większej elastyczności w posługiwaniu się tutejszym językiem, ale i poprzez bliższy kontakt z ludźmi i zgłębienie historii tego kraju. Trzeba przyznać, Francja ma wiele pięknych miejsc i zabytków. Górzyste okolice Grenoble kryją wiele klasztorów kontemplacyjnych, z których najsławniejszym jest Grande Chartreuse, potężny kompleks budynków, będący miejscem reformy życia monastycznego, zapoczątkowanej w XI wieku przez świętego Brunona. Nie wolno również pominąć faktu, że na południe od Grenoble, na alpejskich łąkach w pobliżu wioski La Salette, Matka Boża, Płacząca Pani wybrała sobie miejsce dla swoich pierwszych objawień we Francji (w 1846 roku).

Opuszczam ten kraj, w którym zaczynałem się czuć coraz pewniej, ze świadomością, iż muszę wyjechać z tego wychuchanego świata doprowadzonych do perfekcji luksusowych budynków, dróg, chodników i klombów, artystycznych witryn sklepowych i mnóstwa świateł, aby dotrzeć właściwie poza to wszystko – poza cywilizację.

Jeszcze na sam koniec, jakby na pożegnanie, czekają na mnie dwie duże atrakcje – prezenty od cioci cywilizacji: przejazd TGV, czyli szybkim pociągiem, pokonującym dystans między Grenoble a Paryżem (ponad sześćset kilometrów) w niecałe trzy godziny; a potem, po raz pierwszy w życiu, lot samolotem.

Po wejściu do wagonu, kiedy zająłem miejsce w głębokim fotelu, nie poczułem nawet, że pociąg ruszył. Głupio, bo przegapiłem ostatnią szansę pomachania na pożegnanie braciom, którzy jeszcze stali na peronie. Faktycznie, jazda jest bardzo komfortowa, choć według mnie przesadzone były opinie, jakie wcześniej słyszałem, że TGV jedzie tak gładko i równo, iż można na stoliku postawić monetę na sztorc i się nie przewróci. Jednak trochę trzęsie – nie jest to znowu taka Ameryka – elegancja Francja…

Parę godzin dzielących nas od lotu do Afryki (jadę tam pod opieką naszego prowincjała) (Ojciec Ryszard Modelski, wybrany w 1994 roku przełożonym prowincji krakowskiej Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, kilkanaście lat pracował na misjach, od 1985 roku w RCA – przyp. red.) spędziłem w podparyskim Montmorency, gdzie gościnnie przyjęty przez polskie siostry serafitki miałem okazję zobaczyć chyba najbardziej polskie miejsce – sławny cmentarz, gdzie znajdują się groby wielu Polaków, między innymi: Norwida, Niemcewicza i Kniaziewicza. Sami Francuzi nazywają to miejsce polskim cmentarzem, bo tam chowani byli członkowie licznej emigracji politycznej z XIX wieku.

Lotnisko jest ogromne, trzeba się na nim znać albo mieć przy sobie osobę, która wyjaśni i poprowadzi (tak jest w moim przypadku). Wbrew moim wcześniejszym przypuszczeniom okazuje się, że nie będziemy lecieć jakimś niewielkim gruchotem, ale – potężnym boeningiem siedemset ileś – nie pamiętam numeru. Wysoki jest chyba na dwadzieścia metrów, wewnątrz są dwa pokłady na czterystu pasażerów i chyba drugie tyle miejsca na kontenery. Gdy popatrzeć na niego z przodu, ma sylwetkę wielkiego jaja – taki latający wieloryb. W samolocie jest dużo miejsca, bardzo wygodnie, miła obsługa, dwa posiłki, stałe informacje o locie, film, słuchawki z muzyką – pełen luksus.

Pierwsze zetknięcie z Afryką było nieciekawe. Na lotnisku w Douala (Kamerun) wstawał świt, w oddali majaczyły sylwetki jakichś budynków, a wszystko to zlane strugami deszczu – ciapało żabami zupełnie jak w Londynie. Dopiero, gdy przez właz przypatrywałem się rozładowywaniu kontenerów, wionęło na mnie cieplarnianym powietrzem – to nie była Anglia… Podczas dalszego lotu las tropikalny w Kamerunie i na południu RCA był przykryty warstwą deszczowych chmur. Dopiero zniżając się do lądowania w Bangui, zobaczyłem ziemię. Jakże inna niż we Francji! Tam widać było w nocy fantastyczne girlandy kolorowych świetlików, poukładanych z oświetlenia domów i ulic. Tu – daszki małych, okrągłych lub kwadratowych domów, czasem pokryte blachą. A nawet – sukces – zobaczyłem piętrowy budynek. Słońce było schowane. Kiedy szedłem przez płytę lotniska, czułem się jak w namiocie z ogórkami u wujka-ogrodnika. Port lotniczy przypomina raczej tandetną poczekalnię jakiegoś dworca autobusowego w podrzędnym miasteczku. Choć nasłuchałem się wcześniej o podstępnych złodziejach, to jednak odprawa celna i przejęcie bagażu przeszły bez problemów.

Czekał już Zbyszek, gwardian z Bocaranga, który przyjechał po nas samochodem. Po załatwieniu formalności z moim pobytem, zobaczeniu katedry i odwiedzinach u dwóch księży-Polaków pracujących tu na parafii, wyruszamy w dalszą podróż, bo od celu dzieli nas jeszcze sześćset kilometrów drogi, a poza tym, nie ma co zwiedzać w tym mieście.

Trochę lepiej wyobrażałem sobie stolicę. Więcej niż się spodziewałem jest tu czerwonego błota (taka tu jest ziemia) i więcej walających się wszędzie śmieci. Przyznaję szczerze, że takie jest pierwsze moje wrażenie: dziadostwo i tandeta. A najbardziej drażni mnie widok kilku wieżowców i okazalszych budynków państwowych, które, same już podstarzałe, nie nadają według mnie powagi stołecznemu miastu, ale tylko zgrywają się na metropolię. W większości są to pozostałości z czasów kolonializmu francuskiego lub napuszonego okresu rządów samozwańczego cesarza Bokassy. I symbol tych czasów – szkielet hali sportowej, w której koronował się on na imperatora. Po zrzuceniu Bokassy z tronu, ludzie w swej złości wyżyli się na tym budynku – teraz nie mają cesarza, ale też nie mają hali sportowej…

Pierwsze pół drogi jedziemy asfaltem. Krajobraz zmienia się coraz bardziej z lasów i zarośli na południu w sawannę na północy – wysokie trawy poprzetykane drzewami. Choć oglądałem sporo filmów o Afryce, prawdą jest to, co mówili bracia – wszelkie wyobrażenia zawsze odbiegają od rzeczywistości. Afrykę trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.

Tu już wrażenia mam inne niż w stolicy. Zobaczyć kraj w dziewiczym stanie, pierwotną przyrodę zachowaną tak od wieków, to coś jedynego w swoim rodzaju. Na tym obszarze, dwa razy większym od Polski, mieszka tylko trzy miliony ludzi. Tak więc można powiedzieć, że jest to pustkowie, poprzecinane z rzadka siecią dróg, wzdłuż których co pewien czas pojawiają się domy i wąski pas pól. Przeżywam swoisty szok, spowodowany gwałtownym skokiem na inny poziom. Wraz z wyjściem z samolotu opuściłem wypucowany europejski świat, a tutaj dwieście kilometrów od stolicy kończy się asfalt. Dalszą drogę trzeba przebyć po bitej nawierzchni, często przeoranej poprzecznymi bruzdami (pozostałość kończącej się pory deszczowej), tak, że trzeba trochę potańczyć w samochodzie. Tutaj wszystko faktycznie jest inne. Inni ludzie – biały czuje się tutaj tak jak Murzyn w Europie – swoista atrakcja dla otoczenia. Choć rozumiem, że warunki bytowania w Afryce są mniej wymagające niż w Europie, nie mogę się przyzwyczaić do małych domków, które mi bardziej pasują na kurniki niż na mieszkania. Inne jest jedzenie – po drodze poznałem smak pieczonych bananów i specyficzną odmianę bananów czerwonych, zresztą bardzo smacznych.

Na miejsce, to znaczy do misji w Bocaranga, docieramy już dobre trzy godziny po zapadnięciu zmroku. Również niebo, roziskrzone gwiazdami, okazuje się być inne… W Tenczynie nieraz zachwycałem się tym cudownym dachem ponad naszymi głowami, ale tutaj wydaje się, że gwiazd jest jeszcze więcej. Przez ostatnie dni zdążyłem przyzwyczaić się do ludzi, nowych potraw i miejsc, ale do nieba – nie. Ilekroć się w nie wpatruję, w całej pełni widzę, jak daleko mnie wywiało, że naprawdę jestem na innym kontynencie. I w całej pełni staje przede mną pytanie: Co ty tutaj robisz? Uśmiecham się i idę dalej żyć.

Życie na misji

Pierwsze dwa tygodnie spędziłem w Bocaranga. Jest ono swoistym centrum na północnym zachodzie kraju. Miasto ma rangę województwa (nie można go jednak w żaden sposób przystawić do naszych norm). Jest tam duży i piękny kościół Matki Bożej. Obok boisko parafialne, szkoła powszechna, stolarnia a nieopodal szpital prowadzony przez ojca Łukasza, kapucyna i lekarza. Na samej misji jest kilka warsztatów i magazynów. Pracuje tutaj świecki misjonarz Lino, który jako farmaceuta produkuje na miejscu leki dla okolicznych placówek zdrowia. Za misją znajduje się kompleks domów tworzących szkołę dla katechistów. Obok swoją posiadłość mają też siostry zakonne, a żeby było weselej, nieopodal wybudowano więzienie – ono już nie należy do misji.

Jak później zobaczyłem, podobną strukturę mają też inne placówki misyjne, chociaż każda charakteryzuje się czymś specyficznym, na przykład w Ndim jest szkoła gospodarstwa domowego, a w Ngaoundaye ważny dla okolicy ośrodek postępu rolniczego.

Sami bracia pracę mają podzieloną. Ktoś zajmuje się centrum, inni mają tak zwany brus, czyli obsługują okoliczne wioski. Spora liczba misjonarzy zaangażowana jest też w pracę wewnętrzną na przykład formację kandydatów do życia zakonnego i szkolenie katechistów. Przy każdej misji atmosfera jest ożywiona. Zawsze coś się dzieje, coś się szykuje. Ludzie tutaj lubią być zrzeszeni. Przynależność do jakiegoś ruchu to forma promocji i duża atrakcja.

Wkrótce po moim przyjeździe przełożony regularny wysłał mnie na naukę języka do Ndim, do wspólnoty domu nowicjackiego. W Ndim, w środku wioski jest tak zwane centrum, czyli klasyczna misja, natomiast jakiś kilometr od wsi, w pięknym miejscu, wybudowano nowicjat. Jest to autentycznie uroczy zakątek. Nieduży pagórek, utworzony przez rozrzucone z fantazją natury głazy różnej wielkości, a w dole, co mnie najbardziej zaskoczyło, niewielkie jeziorko. Ktoś wpadł kiedyś na pomysł, by wykorzystując naturalne ściany między dwoma największymi głazami, wybudować kapliczkę. Do tego z czasem dołączono parę domów, teren ozdobiono różnymi roślinami – i tak powstał mały rajski ogród, w którym pielęgnuje się przyjaźń z Bogiem.

Wszedłem do wspólnoty międzynarodowej, którą tworzą: Włoch – magister nowicjatu, socjusz-pomocnik – paryżanin i pięciu nowicjuszy: dwóch z RCA i trzech z Czadu. Na początku miałem pewne obawy czy podołam wymaganiom życia w tak newralgicznym miejscu, jakim jest nowicjat. Ale, jak to najczęściej bywa, strach ma wielkie oczy – trzeba tylko być normalnym, a reszta idzie gładko. Myślę nawet, że mogę się tutaj przydać jako swoisty pomost między starszymi już formatorami a nowicjuszami. Jestem z nimi prawie w jednym wieku, a jeden z nich jest nawet starszy ode mnie o rok. Okazuje się, że ci chłopcy są bardzo otwarci, weseli i szczerzy. Cieszy ich wiele rzeczy. Zaskoczyli mnie swoją szeroką wiedzą, znajomością różnych spraw naukowych i problemów współczesnego świata. Gdy w Polsce mówiłem, że wyjeżdżam do RCA, większość rodaków była zdziwiona, że taki kraj w ogóle istnieje. Oni tutaj nie tylko wiedzą, gdzie leży Polska, ale i sami opowiedzieli mi o Piłsudskim (!). Przy tym są wyrobieni w pracy, sprawni fizycznie, rosłe chłopy – chyba wszyscy więksi ode mnie.

Warunki życia mam tutaj proste. Mieszkam w pokoju o wymiarach trzy na dwa metry. Stolik, dwa krzesła, szafa i łóżko z moskitierą. Mamy prąd, dzięki zamontowanej na dachu baterii słonecznej. Sufit jest z kilku arkuszy produkowanej tutaj sklejki drewnianej. Za podłogę wystarczy wylewka (ale jest zbyt ciepło, by ciągnęło od betonu). Ściany są pokryte pobielonym, nierównym, gruboziarnistym tynkiem. Wszystko to sprawia wrażenie raczej prymitywne – u nas tak się wykańcza jakieś pomieszczenia gospodarcze. Ale jak na Afrykę jest to, w mniemaniu ludzi, komfort. Czuję się w tym pokoju bardzo swojsko, a spore okno daje dużo światła. Obok jest też łazienka, prysznice z zimną wodą (co w zupełności wystarczy). A i klimat jest tu lepszy niż na południu kraju, bo przebywam teraz na płaskowyżu ponad tysiąc metrów nad poziomem morza. Jeśli w Bangui była wilgoć i zaduch, to tutaj jest sucho i przewiewnie. Nie mogłem też trafić na lepszą porę do aklimatyzacji. Teraz akurat, na przełomie sezonu mokrego i suchego, jest najchłodniej, a pogoda jest zbliżona do europejskiego lata. Czuję się więc dobrze, jestem zadowolony.

Jako że nowicjat jest domem formacyjnym, rytm życia wyznacza tutaj liturgia. Mam więc dużo czasu na systematyczną modlitwę i naukę. Mogę się podciągnąć we francuskim, który jest tu używany na co dzień, a przy pomocy środkowoafrykańskich braci zacząć rozgryzać sango – miejscowy język. Sytuacja wręcz idealna.

Śmierć rodaka

Nie zagrzałem jeszcze miejsca w Ndim, gdy po dwóch dniach magister nowicjatu przywiózł mi tragiczną wiadomość, przekazaną przez radiostację. W Bangui (15 listopada 1994 roku – wtorek) został zamordowany polski seminarzysta ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich – Robert Gucwa (jak się później dowiedziałem) – nic więcej nie wiadomo. Jeszcze tego samego dnia drogą radiową umówiliśmy się w polskim gronie na wyjazd do stolicy. Nasz prowincjał obecny jeszcze ostatni dzień w Bangui zdążył przekazać wiadomość, że w piątek ma być Msza święta pogrzebowa.

W niespodziewaną i niechcianą podróż wybraliśmy się w pięciu: czterech kapucynów i ksiądz z diecezji tarnowskiej pracujący w Bohong. Po przyjeździe na miejsce dowiedzieliśmy się szczegółów od naocznych świadków.

Już wcześniej panowała w Bangui podminowana atmosfera z powodu całej serii napadów na placówki misyjne i bogate domy. Dziwiła bezsilność policji i bezkarność bandytów. Seminarium Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, wraz z domem kombonianów i kapucynów z Parmy w sąsiedztwie, jest położone na uboczu miasta. O godzinie dziewiętnastej we wtorek dziewięciu studentów Stowarzyszenia (trzech Polaków: Robert, Wojtek i Wacek oraz sześciu Centroafrykańczyków) było zgromadzonych na kolacji. Przełożeni jedli w sąsiednim budynku. Wacek, wychodząc po wodę do picia, zauważył grupę ludzi zgromadzonych koło studni na podwórku. Zdziwiony, zaczął się przypatrywać temu niecodziennemu zebraniu i jednemu spośród tych ludzi, który zaczął iść w jego kierunku. Jako że było ciemno, Wacek dopiero w ostatnim momencie zauważył wyciągniętą w jego kierunku rękę z pistoletem. Za chwilę też reszta studentów została sterroryzowana pistoletami i maczetami. Napastnicy, młodzi Murzyni (dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat) oznajmili, że są z Czadu (mało prawdopodobne) i że nie mają nic do Afrykańczyków, których ustawili na boku. Chcą tylko obrobić białych. Polakom kazali położyć się na ziemi. Jeden z napastników odgrażając się oznajmił, że ma zamiar dzisiaj zabić kogoś spośród nich. Z ich dialogów wynikało, że była to ta sama grupa, która wcześniej bezskutecznie próbowała wtargnąć do kapucynów. Bracia odstraszyli ich wtedy strzelając w powietrze z fuzji. Jeden pytał drugiego czy druty telefoniczne są przecięte, na co tamten odparł z irytacją, że zrobili to przecież ostatnim razem. Nieczynny od dwóch tygodni telefon uniemożliwiał zaalarmowanie policji. Bandyta pytał kto jest przełożonym. Gdy nie zrozumiał wyjaśnienia Roberta, iż są oni w sąsiednim budynku, uderzył go, rozdzierając mu policzek. Robert więc powiedział: Ja jestem przełożonym. Kazali mu wstać i pokazać, gdzie jest kasa z pieniędzmi. Pozostali dwaj Polacy leżeli na ziemi, mając poprzykładane do szyi maczety. Robert wyszedł z bandytą. Co się stało, nie wiadomo, w każdym bądź razie po odgłosach szamotaniny i strzale – ucichło. Jak się potem okazało, Robert uciekł, przeskakując do sąsiadujących z nimi kombonianów, by poinformować o napadzie i szukać pomocy.

W tym samym czasie sytuacja powtórzyła się w budynku przełożonych. Zostali również sterroryzowani, z tym, że zanim to nastąpiło, jeden z bandytów zdążył zarobić od krzepkiego dziadka butelką z wodą i szklanką, które były pod ręką. Bandyta prowadzący w chwilę później przełożonego, ojca Józefa do pokoju po pieniądze, został powstrzymany ujadaniem psa, który był zamknięty za drzwiami.

Tydzień wcześniej ojciec Józef zwolnił z pracy kucharza, którego… znalazł w swoim pokoju schowanego pod łóżkiem. Bynajmniej nie robił tam sjesty. Jednakże w świetle prawa RCA, skoro ręce miał puste, nie był złodziejem. Sprawa była klarowna. Jak sobie przypomnieli później, zwolniony odgrażał się, że naśle im bandytów. Faktycznie, wiedzieli o jakiej porze zaatakować – w czasie posiłku, gdy wszystkich mieli razem.

Tymczasem, według relacji kombonianów, Robert po poinformowaniu ich wybiegł nie czekając na innych. Pospieszyli za nim. Gdy wybiegli na zewnątrz, dramat dobiegał końca. Robert na podwórku swego domu znowu natknął się na rabujących bandytów. Zamierzali uciec samochodem misjonarzy. Nastąpił krótki dialog i szamotanina, podczas której bandyta postrzelił Roberta w brzuch. Gdy upadł, bandyta zostawił go leżącego i odszedł. Robert jednak się poderwał i zaczął biec w kierunku bramy, gdzie padł ponownie. Tam bandyta dobiegł do niego i z zimną krwią przestrzelił mu klatkę piersiową z prawej strony na lewą.

Kombonianie, wybiegający z bramy, zostali ostrzelani i musieli się wycofać. Jeden z nich wziął samochód i podjechał do leżącego Roberta. Musiał go jednak porzucić, bo wszędzie padały strzały. Inny, starszy, zdecydował się na nowo. Wsadził Roberta do samochodu i odjechał do szpitala. Zaraz też uciekli bandyci, ostrzeliwując się i uniemożliwiając pogoń. Paręset metrów dalej zaryli się w błoto i, porzuciwszy zdobycz, uciekli na piechotę. Zresztą nie zrabowali wiele – video, trochę ubrań, zegarki, nakrycia stołowe i, oczywiście, pieniądze. Resztę rzeczy pozostawionych w samochodzie rozkradli przypadkowi gapie. Zawsze się, niestety, tacy okazjowicze znajdą. Misjonarze myśleli, że Robert został uprowadzony. Sprawę wyjaśnił kombonianin, który wrócił ze szpitala. Stojąc w pokrwawionym ubraniu mówił, że dotarł już za późno. Robert umarł mu w samochodzie.

Poruszenie w mieście było wielkie. Zjawiła się nawet telewizja. Dopiero po publicznym zganieniu opieszałości przedsiębiorstwa telekomunikacji naprawiono zerwaną łączność. Misjonarze musieli bronić się sami. Policja przyjechała dopiero po dwóch godzinach. Był ktoś z rządu. Mówił parę drętwych zdań, że władza pamięta o dobru, jakie przynosi krajowi obecność misjonarzy katolickich. Zadziwia bezkarność bandytów. Byli bez masek, nie bali się rozpoznania. Robili dużo hałasu: krzyki, ponaglania klaksonem, potem strzelanina. Co więcej, następnej nocy znów był napad na dom pewnego bogatego Afrykańczyka mieszkającego w tej samej dzielnicy.

W czwartek wieczorem modliliśmy się w kaplicy seminarium podczas Mszy świętej pięknie odprawianej w stylu afrykańskim. Liturgia była jednak w kolorze białym, a nie żałobnym. Teksty pochodziły ze wzruszającej modlitwy o pojednaniu, a całość gorącego kazania rektora seminarium była przepojona duchem przebaczenia i nadzieją na wspólne spotkanie przy zmartwychwstaniu, stojąc razem w obliczu błogosławiącego Jezusa. Bo i czytanie Ewangelii wzięte było z początku Kazania na Górze – Osiem Błogosławieństw. I ta niesamowita moc słów Jezusa, wypowiedzianych tego wieczoru nad Robertem: Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie (Mt 5, 11-12).

Na życzenie rodziny Roberta ciało zostanie pochowane w Tarnowie, dlatego też nazajutrz w katedrze odprawiana była Msza święta bez zwłok. Przewodniczył jej czarnoskóry biskup Edward Matos. Słowa, jakie padły w czasie celebracji, były mocnym potępieniem bezprawia, ale równocześnie wzywały do spokoju i nie wpadania w panikę. Podobne rzeczy dzieją się ostatecznie na całym świecie.

Ja też nie chciałbym, żebyście pozostali w ponurym klimacie opisu tego tragicznego wydarzenia. Nie trzeba uprzedzać się do Afryki. A wiem, że to może łatwo przyjść, bo przypominam sobie, jak wielu ludzi w Polsce na wieść o moim wyjeździe na misje pytało czy się nie boję, bo tam jest tak niebezpiecznie. Fałszywy byłby obraz Afryki widziany przez pryzmat tragedii w Rwandzie czy bandyckich napadów ze śmiertelną ofiarą. Na tym kontynencie jest dużo dobra i można się wiele nauczyć od Afrykańczyków. Niebezpieczeństwo przedwczesnej utraty życia wisi nad nami wszędzie. Nawet w naszym, podobno bardziej cywilizowanym społeczeństwie, można łatwo zarobić w czapę – nie wiadomo kiedy. Mam choćby w pamięci, świeżą przed moim wyjazdem z Polski, sprawę księdza Pawłowskiego z Krakowa, zamordowanego na tle finansowym przez swego współpracownika. Pokusa nieuporządkowanego pragnienia majątku i łatwego zysku jest silna w każdym zakątku ziemi.

Śmierć Roberta dla mnie osobiście była mocnym wejściem w Afrykę. Bóg jeszcze raz dał mi łaskawie czas do refleksji, znak wzywający do nawrócenia: uważaj, miej serce czyste, bo nikt nie zna dnia, ni godziny.

Tak się złożyło, że dwa dni przed śmiercią Roberta przyjechał jeszcze jeden misjonarz z Polski, ksiądz Bronisław. Zwłaszcza nam obu, jako świeżo upieczonym misjonarzom, wielu życzliwych ludzi powtarzało: Nie bójcie się, nie traćcie ducha, nie trzeba uprzedzać się do Afryki. Żywo stoi przede mną twarz jeszcze roztrzęsionego wydarzeniami Wacka, który powtarzał nam te słowa otuchy. I nie uprzedziłem się. Bynajmniej, nie chcę wycofać się do Europy.

Zbudowała mnie bardzo postawa kolegów Roberta. Wojtek i Wacek, choć od razu mieli propozycję od przełożonych wycofania ich do Europy, jednak oznajmili, że po pogrzebie w Polsce zaraz chcą wrócić do RCA. Mówili, że tym bardziej teraz nie tylko pragną, ale muszą tutaj zostać, by pracować w tym kraju i świadczyć o ofierze, jaką dla Afryki złożył ich młody kolega. Inaczej jego śmierć byłaby bezsensowna. Miał tylko dwadzieścia pięć lat. Widziałem jego zdjęcie z wakacji. Nie nosił wtedy jeszcze brody. Twarz nastolatka: dobre, łagodne oczy spoglądające zza okularów i szczery uśmiech zdradzający wesołe usposobienie. Podobało mi się też zachowanie Polaków. Kto tylko mógł z kilkunastoosobowej grupy misjonarzy, przyjechał na pogrzeb. Ci, którzy byli na miejscu, pomagali, w czym się dało. Jest jeszcze w narodzie solidarność, chociaż za granicą, jeśli w samym kraju jej coraz bardziej brakuje. Przykre, że to właśnie śmierć nas ściągnęła w jedno miejsce z różnych kątów Serca Czarnego Kontynentu, ale czujemy się jeszcze bardziej sobie bliscy i… mocniejsi – o ofiarę krwi nowego męczennika.

Tak, przeżywamy na nowo ten paradoks, który był chlebem powszednim pierwszych chrześcijan, że właśnie śmierć członków Kościoła rodziła nowe wspólnoty. Krew męczenników była posiewem nowych wyznawców. Mocno wierzę, że śmierć Roberta, jak ziarno rzucone w ziemię i obumarłe, wyda owoc stokrotny. Bo tak zapewnia nas Jezus w Ewangelii.

Brat Robert Wieczorek OFMCap.

Pocztówki słowne

Ndim, RCA, 6 lutego 1995 r.

Pokój i dobro!

Moi Drodzy!

Bardziej będę pisał o sobie niż o ludziach, pośród których żyję, bo mimo trzech miesięcy spędzonych w Afryce, jestem jeszcze ciągle na boku. To dużo jak na wakacje, ale doprawdy niewiele jak na naukę języka.

W Polsce byłem dorosłym, samodzielnym człowiekiem – tu spadłem na poziom małego dziecka i staram się składać pierwsze zdania w sango. Łatwo jest czytać w tym języku – codziennie odprawiam Mszę świętą w kościele parafialnym, czytam Ewangelię i ludzie mi mówią, że całkiem przyzwoicie mi to wychodzi. Ale zrozumieć, co kto mówi do mnie – och, na to trzeba czasu. Ten język ma niewiele słów, za to często mają one kilka znaczeń. Słyszę zdanie, niby znam wszystkie słowa, a nie potrafię zrozumieć sensu. Trzeba cierpliwości. Staram się szukać kontaktu z ludźmi, ale język jest wciąż największą przeszkodą. W Polsce problem niezrozumienia czegoś nie istniał – tutaj na dobrych kilka lat trzeba pożegnać się z luzem w rozmowie z ludźmi; trzeba pogodzić się z ciągłym niedoinformowaniem i niemożnością kontrolowania sytuacji. Człowiek ma zdrowe uszy i sprawny język, a jednak jest jak głuchoniemy.

Świat jest mały

Niby to zagubiony, odludny kraj, gdzie ptaki zawracają, a jednak… Jak Wam już pisałem, pojechałem do Bangui na pogrzeb zamordowanego Roberta. Siedzimy na misji u polskich księży w Bimbo (dzielnica Bangui), a oni mówią: Wczoraj przyjechał nowy misjonarz z Polski. Pokaże się, tylko teraz odpoczywa – był to czas sjesty. O wilku mowa, bo właśnie wchodzi i wita się z nami. Każdy przedstawia się: mówi swoje imię i skąd jest rodem. Jako że mam do czynienia z księżmi tarnowskimi, dodaję, że choć moja rodzina mieszka w Krzeszowicach, to jednak Tato pochodzi ze Słopnic, z terenu ich diecezji.

A, to ty nazywasz się Wieczorek – wypala od razu ksiądz Bronek – a twoja rodzina mieszka na Miłkowskim. Znam ich wszystkich. A co słychać u Babci z Plebańskiego. Żyje jeszcze? Szczęka mi opadła. A i zdziwionym świadkom rozmowy też po trosze. Wszyscy się śmieją. A ja pytam: Skąd ty to wszystko wiesz? Babcia umarła rok temu… Okazało się, iż przed laty pracował na parafii w Słopnicach, a jako że odwiedzał chorych z sakramentami, był ulubieńcem Babci i stąd wiedział prawie wszystko o rodzinie.

Potem, pijąc tonic, śmiejemy się i kiwamy głowami z niedowierzaniem, bo też widzieliśmy się pewnie nieraz (gdy jeździłem do Babci, bywałem na Mszy świętej w kościele), ale poznać mogliśmy się dopiero w Afryce. Przypomniałem sobie, że faktycznie, gdy byłem pożegnać się z księdzem proboszczem w Słopnicach, to mówił mi coś o swoim byłym wikarym, który wybiera się na misje, ale ja nie skleiłem, dokąd.

Innym razem, uczestnicząc w uroczystości ślubów wieczystych pierwszych afrykańskich sióstr franciszkanek, rozmawiałem ze świeżym misjonarzem – karmelitą z Włoch. Okazało się, że już razem modliliśmy się w jednym miejscu – w Genui, w czasie święceń diakonatu siedmiu braci kapucynów, jego kolegów ze studiów. Takie są drogi ludzkiego losu. Schodzą się i rozchodzą, i dziwnie plątają, zaskakują niespodziewanymi spotkaniami.

Tak w ogóle to dziw bierze, ale w tym niby zapomnianym kraju można spotkać pamiętających o sobie ludzi ze wszystkich kontynentów. Nie wspominam o Francuzach i Włochach, bo ich liczny pobyt jest tu naturalną rzeczą. Ale są tu kapucyni z Kanady i Amerykanie prowadzący jakieś programy promocji zdrowia. Niemcy remontują spory odcinek drogi. Jest tu Szwed, który w różnych miejscach prowadzi odwierty w poszukiwaniu wody i para luterańskich misjonarzy z Danii. Są też misjonarze z krajów, które, choć same jeszcze misyjne, choć same cierpią na brak kapłanów – dzielą się jednak swym bogactwem z tutejszym Kościołem. Są tu misjonarki z Madagaskaru, spotkałem siostrę z sąsiedniego Kamerunu. Pracują też karmelitanki i karmelici z Indii. Ludzie, patrząc na nich, kręcą ze zdumieniem swoje afro na głowie i pytają: Kim oni są? Niby ciemnoskórzy, prawie tacy jak my, ale włosy mają proste? Jest też kapucyn – Peruwiańczyk o indiańskich rysach twarzy i czekoladowa siostra Brazylijka, której uśmiech nie schodzi z ust. No, nie ma Eskimosów z Arktyki i Australijczyków, ale to i tak wystarczy. Ja sam mieszkam we wspólnocie ludzi z pięciu narodowości. Ostatnio ubawił mnie pewien Afrykańczyk, mający problem ze zidentyfikowaniem mojego pochodzenia, bo (jak ludzie mówią) podobno jestem biały, ale twarz mam Japończyka. No, tom się dowiedział…

Jest nas tu w sumie kilkunastu misjonarzy z Polski. Z natury rzeczy trzymamy się blisko siebie, odwiedzając się, gdy tylko jest okazja. Stąd też Święta Bożego Narodzenia przeżyłem bardzo swojsko. Przyjechał do mnie brat Zbyszek; razem pokolędowaliśmy. Potem zjedliśmy kolację dzieląc się ze wspólnotą opłatkiem i naszymi polskimi zwyczajami. Było świetnie.

A potem Pasterka o północy, tyle, że po francusku, ze śpiewami międzynarodowymi i przy wtórze tam-tamu. Nazajutrz mieliśmy Mszę świętą ze wspólnotą parafialną przez prawie trzy godziny, w pełnym, śpiewającym i tańczącym kościele; i ochrzciliśmy piętnaścioro małych dzieci.

Dwa dni później przyjechali do mnie ksiądz Gienek z Bohong (misja w naszej diecezji), dwóch studentów ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich – Wojtek i Wacek (koledzy zmarłego Roberta) oraz brat Zbyszek. I mieliśmy dalszy ciąg kolędowania. Bracia popatrzyli na nas łaskawym okiem i mogliśmy śpiewać polskie kolędy Wśród nocnej ciszy afrykańskiej – do oporu. Następnego dnia odwiedziliśmy dwóch braci Jurków z Ngaoundaye. Tak więc nie mogę narzekać – byłem syty polskiej atmosfery świąt.

Przeżyłem chyba najbogatsze w wrażenia Boże Narodzenie. Owszem, śniegu nie było (choć życzyło mi go w swych kartkach świątecznych kilku wesołych rekordzistów), ale o śnieg to ostatnio trudno i w Europie. Mogłem natomiast ubogacić się zwyczajami z innych krajów. Wyobraźcie sobie Pasterkę w kaplicy, która faktycznie jest grotą w skałach, przy szopce zrobionej jak afrykański szałas, u stóp ołtarza z nieciosanego kamienia. Figurki sami lepiliśmy z gliny – to Boże Narodzenie kosztowało nas wiele trudu… Przy blasku różnokolorowych lampionów, śpiewie kolęd w kilku językach, w małej wspólnocie braci – czułem się jak w Greccio, przy pierwszej szopce świętego Franciszka. Spotkała mnie jeszcze jedna niespodzanka. Na Trzech Króli Włosi mają zwyczaj dawania prezentów – różnych drobiazgów ukrytych w skarpecie. Dostałem też taką – można powiedzieć, że to coś w rodzaju naszego Świętego Mikołaja.

Przyroda

Tu, w nowicjacie, kończy się droga, a wraz z nią i cywilizacja człowieka. Dalej już tylko ścieżka do kilku poletek. Dziesięć metrów od mego okna zaczyna się brus, czyli sawanna z dwu-, trzymetrowymi trawami, spośród których sterczą drzewa. W oddali kilka niewielkich wzgórz. Krajobraz jest tutaj pofałdowany, urozmaicony wyrastającymi w niespodziewanych miejscach czarnymi głazami. Czasem większy leży na mniejszym – śmieszny widok. Ja nie byłem w naszych Górach Stołowych, ale bracia, którzy tam byli, mówią, że są podobne do tutejszych.

Najbardziej charakterystyczny i różniący od Europy jest całkowity brak uzbrojenia terenu. Nie widać: słupów, linii elektrycznych, rurociągów, kolei, asfaltu, drutów i innego żelastwa, którego pełno w Europie. Nawet wioski nie odstają od otoczenia, bo większość domów zbudowana jest z cegieł barwy ziemi, a rzadko który ma tynk czy blachę na dachu. Teraz, w porze suchej, przeważa kolor żółto-brązowy, urozmaicony tylko zielonymi kulami gęstych koron mangowców i dziurami czarnych pogorzelisk po pożarach, które ludzie sami rozniecają – głównie dla polowania.

Gdy chodzi o zwierzęta – u nas często pokutuje wyobrażenie, że w Afryce jest jak w refrenie pewnej piosenki – same: muchy, komary, parasyty, węże, pijawy, żaby, mrówy. Nie jest aż tak źle, ale też nie można narzekać na brak różnego rodzaju tałatajstwa. Muchy są takie same jak u nas i również, jak u nas, można je najczęściej spotkać w miejscach, o atmosferze których nie wspomnę. Osy są tu bardzo ładne – jeszcze większe i jeszcze szczuplejsze, niebiesko-czarne. Pewien ich rodzaj, zwany domowym, buduje w kątach budynków małe gniazdka z błota – coś jak nasze jaskółki – i tam składa jajka. Ogólnie można powiedzieć, że wszystko jest tu większe niż u nas. Są różne rodzaje mrówek. Czasem można spotkać wężyk mrówek wędrownych. To bardzo ciekawe. Tworzą one z siebie jakby kanał, a środkiem biegną inne, niosące cały dobytek.

Naszą kaplicę upodobały sobie takie prawdziwe mrówy, a nie mrówki – chyba dziesięć razy większe niż normalne. Myślę, że niejedna dziewczyna, widząc taką, narobiłaby pisku. Ale, jak to często bywa, strach ma wielkie oczy – są one bardzo łagodne, rzekłbyś, skoro mieszkają w kaplicy – pobożniejsze. Ciągle gdzieś się spieszą i nie mają czasu wejść na człowieka. Mrówki faraona, jak to jest w ich zwyczaju, dobrały się nam do niedomkniętej cukierniczki, wynosząc cierpliwie kryształek po kryształku. A kiedyś umyśliły sobie zrobić gniazdo z jajkami pomiędzy układami scalonymi radia, które ktoś nieopatrznie zostawił w kuchni. Najprostszy sposób, by się ich pozbyć? Wystawić zamieszkany przez nie sprzęt na słońce – wtedy same się wyniosą.

Komarów jest tu sporo, zwłaszcza ze względu na bliskość jeziora. Cóż, z tymi to trudno o sentymenty, bo, spijając krew, roznoszą malarię, więc tępię w moim pokoju ewentualnych przedstawicieli tego gatunku i śpię pod moskitierą.

Czasem na drzewach można zobaczyć jakby położone podłużne kosze wiklinowe – to są tutejsze ule, montowane przez ludzi. Ale pszczoły afrykańskie są naprawdę spiekłe i niebezpieczne. Jeden z naszych braci jadąc kiedyś do Bangui zobaczył porzucony samochód ciężarowy. Zdziwiony, zatrzymał się i wysiadł by zobaczyć, czy się komuś coś nie stało. Odczuł to na własnej skórze. Zaatakowany przez pszczoły kierowca ciężarówki uciekł wcześniej na piechotę. Nie podarowały też nowemu ciekawskiemu. Pokąsały go nawet w gardle.

Przy domu kręcą się czasem takie bolsze jumbo-trzmiele. Dwa razy większe od naszych, latające tłuściochy – i grają na jeszcze niższym basie. W Polsce tylko na obrazku widywałem żuki i chrabąszcze z wielkimi rogami. Tutaj można je często spotkać. Zwłaszcza, gdy gdzieś świeci się lampa, one też pojawiają się obok nocnych motyli i gramolą się do światła, nie mogąc zrozumieć, że to nie jest słońce. Na motylach się nie znam, ale są one o wiele większe i przedziwnie ubarwione, tak, że nasze bielinki, cytrynki i krakowiaczki to przy nich ubodzy krewni. Raz widziałem stonogę: czarna, gruba i długa jak palec, i chyba słusznie, że z francuska nazywają ją tysiącnoga.

Po kamieniach, ścianach domów i kaplicy uwijają się jaszczurki. Pożyteczne i sympatyczne. Przez swój sprint na szeroko rozstawionych nogach, przypominają małe wyścigówki. Raz jedna mnie przestraszyła. Chciałem nalać wody do kubka. Pochylam się nad kranem. Zajęty swoimi myślami, puszczam wodę, a tu nagle coś mi się rzuca pod ręką. Trudno się nie wzdrygnąć, gdy niespodziewanie po zlewie zaczyna skakać taki mały krokodyl.

Coś, czego w Polsce nie ma, to skorpiony – lubią się chować między kamieniami. Jeden taki wszedł raz do kaplicy, ale już nie wyszedł. I termity – ich samych raczej nie widać, za to w różnych miejscach stoją ich grzyby-domki zlepione z przeżutej i stwardniałej na kamień ziemi. Bardzo to oryginalne.

Jest tu sporo ropuch. Są one pokarmem dla węży. I tych u nas nie brakuje, bo zarośla, kamienie i woda w pobliżu. Ostatnio prawie co tydzień trzeba jakiegoś zabić, bo przychodzą pod dom. Najczęściej spotykany to taki czarny wąż, który pluje jadem między oczy ofiary i oślepioną zjada. One nie są aż tak groźne, bo atakują tylko w ostateczności, ale strachu mogą napędzić, gdyż mają taki sam fałd skóry pod głową, jak kobra. Pierwszego spotkałem zaraz po przyjeździe do Ndim. Mieliśmy wieczorem spotkanie z braćmi przy okrągłym stole, obok górki z kamieni. Było już ciemno, ale jeden z nowicjuszy usłyszał szelest i poświeciwszy latarką zobaczył niewielkiego czarnego węża, który był schowany pod kamieniem, jakieś dwa metry ode mnie. Zaraz też spotkał go los zapowiedziany w Księdze Rodzaju przedstawicielom tego gatunku – czarnoskóry potomek Ewy zmiażdżył mu głowę. Wrażenie, jakie odniosłem: trudno mi było czuć strach przed nim, bo to raczej on się bał. Obawiam się, że zaplątał się tam przypadkiem, a spostrzegłszy swój błąd, schowany pod kamień zdawał się mówić: przepraszam, już wychodzę.

Największy wąż, jakiego zabiliśmy, prawie w tym samym miejscu, miał ponad dwa metry. Z tym już było sporo strachu. Trzeba było wykurzyć go ogniem, bo schował się pod głaz, a przy okazji zaatakowały nas rozdrażnione przez dym osy, które akurat w pobliżu miały gniazdo. Ale w afrykańskich braciach odezwał się duch wojowników – trzeba było widzieć, jak skakali po głazach z kamieniami i kijami. Wąż był piękny i wart obrobienia. Ściągnęliśmy skórę do wyprawienia i na drugi dzień zjedliśmy go ze smakiem na obiad jako danie postne (akurat był piątek). Mięso w smaku jest podobne do ryby.

A skoro już jesteśmy przy jedzeniu, to spośród atrakcji afrykańskich kilka razy jadłem antylopę – bardzo smaczna. A poza tym, to jedzenie niewiele różni się od europejskiego. Można we wsi kupić chleb – podobny w smaku do naszej weki. W Afryce nie wszystko da się wyhodować, ale prawie wszystko można kupić na bazarze. Jest sporo różnych owoców, a najsmaczniejsza (której w Polsce się nie spotka) to papaja, podobna trochę do melona – prawdziwe niebo w dziobie. Jedno jest tylko, czego nie lubię – maniok, podstawowy pokarm Afrykańczyków. Oni to jedzą codziennie – my dwa razy w tygodniu – zwłaszcza w piątek (mogę autentycznie czynić pokutę). Po skomplikowanym procesie moczenia, suszenia i tłuczenia, z otrzymanej mąki robi się dużą kluchę dla całej rodziny. Dla mnie ma to wygląd i smak zgęstniałego krochmalu. Nie wybrzydzam, ale podziwiam Murzynów, że mogą to ciągle jeść, jak u nas chleb. Co to daje? Dużo węglowodanów, uczucie sytości i rozdęty brzuch – zwłaszcza u dzieci. Nie daje natomiast witamin, a mnie smaku przy jedzeniu (ale to nieistotne). Myślę, że się przyzwyczaję, zwłaszcza, iż ostatnio przeczytałem zasadę starego misjonarza z Etiopii: Prawdziwy misjonarz je to samo, co jego ludzie, i mówi tym samym językiem.

Ale wróćmy do zwierząt

Wioski są pełne wałęsających się wszędzie kóz. Zwłaszcza małe koziołki są bardzo pocieszne. Szkoda, że prawie całkowicie zniknęły z polskiego pejzażu. Dla kierowców jednak stanowią istną zmorę, bo często mały, który został po drugiej stronie drogi, uciekając przed samochodem do matki, wpada prosto pod jego koła. Można też czasem spotkać stado owiec – nie są takie wełniaste, jak nasze, ale chude, i jakby brakowało im energii albo były chore, bo tak ślamazarnie powłóczą nogami. Czasem ludzie trzymają osły, a konie to można by w całej okolicy policzyć na palcach jednej ręki. Jak na lekarstwo – dosłownie – jeden taki ciągle stoi pod szpitalem. Również świnie, jak i inne domowe czworonogi, plątają się po wiosce. Nikt ich nie karmi, same szukają sobie jedzenia. Są małe, włochate i wyglądem przypominają dziki. W przeciwieństwie do naszych europejskich, ze względu na polędwicę długich jak jamniki, te tutaj są krótkie i grube jak beczki.

Charakterystyczny dla afrykańskiej wsi jest obrazek: Murzyn idący w pole z dzidą i pieskiem. Są one bardzo przydatne do tropienia zwierząt. Małe, chude, z krótką sierścią, najczęściej jasnobrązowe. Według mnie sprawiają wrażenie, jakby miały garbate nosy – brak im prawie załamania między nasadą pyska, a czołem, przez co przypominają człowieka, którego pszczoła użądliła między oczy i opuchlizna zlała wszystko w jedno. A oczy też często mają charakterystyczne – jakby niewyspane i podkrążone.

Są też ogromne krowy. W niewielkich stadach pasą je chłopcy przy drogach. Garbate, ale z dumą trzymają wysoko uniesioną głowę, a na niej majestatyczne, ogromne rogi. Zdają się patrzeć gdzieś w dal w zamyśleniu, z filozoficzną miną stoika, którego nic nie rusza. U nas największe byki mają poroże jak tutaj pierwszy lepszy podrośnięty cielak. Strach patrzeć, gdy dzieci chodzą pomiędzy nimi. Kiedyś pewien właściciel małego stada nie mógł się nadziwić, że nasze krowy to istne fabryki mleka, bo dają i po kilkanaście litrów dziennie. Od tutejszych można otrzymać tylko około litra.

Coś o latających stworach

Obok kur najbliżej człowieka żyją nietoperze. Duże, zwane przesadnie wampirami, śpią na drzewach. Małe natomiast wykorzystują każdy dach, który tylko jest oddzielony sufitem. Wystarczy im mała dziurka, żeby się tam wcisnąć. Urzędują więc na poddaszu, kłócąc się czasem z myszami i szczurami, których też nie brakuje. Nietoperz nie należy do najpiękniejszych przedstawicieli naszego rzędu ssaków, ale to pożyteczne zwierzę. Raz tylko miałem nieprzyjemne spotkanie w korytarzu prowadzącym do mojej celi. Idę wieczorem bez latarki, a tu pac! mnie coś z tyłu w głowę, za chwilę pac! – z przodu, w grzywkę. Gdzie ta osławiona orientacja w omijaniu przeszkód? W pierwszym momencie nie było to miłe. Potem się śmiałem, bo przypomniał mi się kawał o nietoperzu, co to parę razy, ku swemu zdziwieniu, rozpłaszczył się na ścianie z czego wyciągnął wniosek, że jednak nie da się latać z walkmanem. Ten mój widocznie też miał słuchawki na uszach.

Mamy tu jeziorko i sporo ptaków. Są więc teraz czaple (pewnie wkrótce wybiorą się do Was) i kormorany oraz kilka innych gatunków, których nie znam. Kiedyś w bajorze wody widziałem dużego ptaka ze śmieszną, kanciastą głową. Dowiedziałem się, że jest to święty ptak plemienia Pana. Nie wolno go zabijać, bo on zawsze jest tam, gdzie jest woda. A gdzie jest woda – tam i życie.

Są tu dwa rodzaje gołębi. Jedne duże, jak nasze pocztowe, a drugie to swojskie synogarlice tureckie, tyle że mniejsze, bardziej rude, ale tak samo uchają. Dużo jest ptaków drapieżnych. W Polsce to rzadkość. Tutaj jakby się nie bały ludzi. Z wysoka nad wioskami sępią się sępy, a całkiem blisko latają jastrzębie – ludzie nazywają je złodziejami kur. Są też takie większe, nie znam się – może to orły? Siedząc w pokoju, często słyszę ptaka, który gwiżdże temat znanego przeboju Sound of Silence, tyle że w tonacji durowej. Skąd się tego nauczył?

Ptaki najlepiej jest obserwować w czasie jazdy samochodem, bo można się zrównać z prędkością ich lotu. Na tle suchej sawanny zaskakują swym bogatym ubarwieniem. Jedne są pełne pstrokacizny żywych kolorów, inne znowu jednolite, ale pióra połyskują im jak lakiery-metaliki najbardziej luksusowych samochodów. Jadąc nocą, często można spotkać siedzącą na drodze sowę. Czeka do ostatniej chwili, jakby nie mogąc się zdecydować, i patrzy swymi zdziwionymi oczami, zaskoczona, że to coś, co się zbliża, ma jeszcze większe ślepia i w dodatku świecące. W końcu obrażona zrywa się i odlatuje na bok, machając kapryśnie swoimi dużymi, popielatymi skrzydłami. To naprawdę piękny ptak. Stąd też nie dziwię się, że młodzi Francuzi w swym slangu, widząc ładną dziewczynę, mówią: Ale sowa, co odpowiada naszemu: Ale laska.

Kiedyś wieczorem, gdy mieszkańcy wioski wypalali trawy tuż obok jeziora, na tle wielkiej łuny bijącej od płomieni zobaczyłem dziwnego ptaka. Pierwsze wrażenie, to jakby jeden duży był goniony przez dwa małe, trzymające się uparcie w jednej odległości. Okazało się, że to jest taki nocny ptak, który ciągnie za sobą dwa pióra, długie chyba na pół metra, cienkie, zakończone dużym wachlarzem. To one właśnie sprawiały wrażenie prześladowców. Odbijająca się na tle pożaru sylwetka dziwnego ptaka krążącego w bolesnym milczeniu – bajeczny widok.

Noc jest więc tu pełna życia. Wprawdzie milkną ptaki, ale wieczorem zaczyna się wielki koncert: rechot żab, serenada świerszczy, cykanie cykad, jakieś bzyki, piszczenie, jakby ktoś jeździł koło domu na niedosmarowanym rowerze. Podobny koncert słyszałem tylko kilka razy w Polsce, gdy byłem w nowicjacie w Sędziszowie i tam w czerwcu na rozległych łąkach wokół klasztoru żaby prowadziły swe muzykowanie.

Gdy chodzi o duże, dzikie zwierzęta, to, jak sama nazwa wskazuje, są dzikie, bo stronią od ludzi i mają rację, jeśli chcą zachować swe życie. Wstyd się przyznać, ale małp jeszcze nie widziałem. Raz przez drogę przebiegł mi duży kot, ale trudno mi powiedzieć, co to był za gatunek. Trochę dalej na wschód, na terenie misji księży z diecezji tarnowskiej, żyją słonie. Są utrapieniem pól uprawnych, a mogą być też niebezpieczne dla ludzi. Jako ciekawostka – one nie były tu od zawsze. Przywędrowały na te tereny przed kilku laty z Czadu, na początku wojny domowej. Mówi się więc, że są to uchodźcy polityczni.

„Lancrenon”

Na początku stycznia zaproszono mnie na jednodniową wycieczkę do wodospadów, które są na pograniczu z Kamerunem, dzięki czemu miałem okazję zobaczyć kawałek dzikiej Afryki. Faktycznie, przepiękne miejsce.

Podchodzi się doń od dołu, doliną, a tam z dwustumetrowej skały spada rzeka, tworząc trzy kaskady z dwoma wirażami. Teraz, w porze suchej, wody było o wiele mniej, ale dzięki temu rzeka nie była taka silna i mulista, więc dało się popływać. Wprawdzie trochę zimna, ale w Polsce bywało gorzej. Udało mi się pobić drugi rekord, niemożliwy raczej do wykonania w Polsce. Jak wcześniej, będąc w Genui, w październiku pływałem w morzu, tak teraz w styczniu (!) w rzece. O krokodyle było tam raczej trudno.

Wybrałem się też na wędrówkę do samej góry po kamieniach splątanych korzeniami drzew, gałęziami i lianami zwisającymi do samej wody. Powietrze jest chłodne, rześkie i wilgotne, dzięki czemu ciągle jest tam zielono. A z góry – fantastyczny widok na zalesiony wąwóz otwierający się swym gardłem na równinę w Kamerunie. Nie jestem raczej fantastą, a do sentymentalizmu mi daleko, ale gdyby nie aparat fotograficzny na szyi – zamiast noża – to czułbym się jak Tarzan.

Faktycznie, Afryka jest piękna, ale w inny sposób. W Europie widziałem więcej może bardziej atrakcyjnych miejsc, ale uporządkowanych, ujętych w karby cywilizacji, przystosowanych dla turystów – i dobrze, nic złego. Tu przyroda jest piękna, bo czysta, dziewicza, nietknięta i nieprzetworzona. I to nadaje jej niepowtarzalnego smaku.

Żegnając się z Wami, życzę na końcu, aby zbliżające się Święta Zmartwychwstania Jezusa nie były tylko zwyczajem, ale owocnie przeżytym czasem podbudowania swojej wiary w możliwość rzeczy po ludzku niemożliwych. Oby były przygotowane dobrze odbytymi rekolekcjami i szczerą spowiedzią – odbytą nie jako odfajkowaną powinność, ale – może po raz pierwszy w życiu – osobistym spotkaniem Jezusa.

Niech Bóg ma Was w swojej opiece.

Brat Robert Wieczorek OFMCap.

P. S. W ostatnim czasie pojechałem do Bangui w sprawie moich dokumentów. Po drodze widziałem całe stado pawianów. Nie muszę się już wstydzić…

Inkubacja

Yolé, RCA, 25 maja 1995 r.

Pokój i dobro!

Drodzy Przyjaciele!

Ten list, za który się zabieram z nadzieją, że dotrze do Was jeszcze przed końcem roku szkolnego, piszę z nowego miejsca mego pobytu – ze szkoły.

Od dwóch dni mieszkam w Yolé, gdzie mieści się tak zwane niższe seminarium – albo bardziej przystępnie – rodzaj liceum, przygotowującego do matury chłopców, którzy w przyszłości myślą zostać zakonnikami. Więcej jednak o tym miejscu nie napiszę, bo niewiele wiem. Postaram się to uczynić innym razem, gdy się trochę rozejrzę i oswoję z nową sytuacją.

Jeśli się dziwicie, co tutaj robię, to Wam powiem, że również jestem nie mniej zaskoczony. Spodziewałem się bowiem zaczynać jako zwykły misjonarz pracujący w buszu – tymczasem, sam niedouczony i niedochowany, wylądowałem w instytucji edukacyjno-wychowawczej. Takie są nieraz drogi Boże i wizje przełożonych.

Gaworzenie

Gdy chodzi o moje umiejętności językowe, to sprawa wygląda tak: francuski znam na tyle, że mogę spokojnie funkcjonować we wspólnocie, w miarę wszystko rozumieć i nie być uciążliwym dla rozmówców. Natomiast, gdy trzeba śledzić czyjeś wywody na jakiś temat lub zrozumieć dowcip – to już wyższa szkoła jazdy. Uczestniczyłem na przykład w kilkudniowej sesji na temat uczuciowości ludzkiej i problemów z nią związanych. Rzecz bardzo ciekawa i przydatna, ale gdy wychodziłem z sali po pięciu godzinach słuchania złotoustego Francuza – czułem się jak koń po orce. Gdy chodzi o dowcipy, to zachowuję się jak Niemcy, według pewnej złośliwej anegdoty – podobno śmieją się dwie godziny później. Ja, jeśli uda mi się przeanalizować usłyszane słowa, to zdarzy się, że i zrozumiem. Ale normalnie, to śmieję się razem z braćmi, tyle, że oni z dowcipu, a ja z siebie, bo nie rozumiem, a i po trosze z nich samych – każdy ma bowiem swój specyficzny rodzaj śmiechu i zabawnie jest ich wtedy obserwować.

Również sango staje się dla mnie bliższym językiem, choć nie obywa się bez trudności. Przypominam sobie, że pierwsza próba użycia go wypadła dla mnie sromotnie. Będąc kiedyś przejazdem w Bohong u polskich księży Fidei donum, rano po odprawieniu Mszy świętej, stanąłem twarzą w twarz z grupą ministrantów, którzy przypatrywali się ciekawie nowemu białemu i, jak zrozumiałem, pytali mnie o imię. Zebrałem się więc w sobie i wyrecytowałem powoli, a wyraźnie zdanie, które już wcześniej niejednokrotnie powtarzałem w samotności, przygotowując się na tę ewentualność. Skończyłem… a chłopcy w śmiech. Nie byłem tym zachwycony, zacząłem więc bebłać się w moich niewyraźnych myślach. Czyżbym miał takie śmieszne czy staroświeckie imię? Okazało się, że nic wielkiego. Z przejęcia zmieniłem w zdaniu tylko jedną literkę – w miejsce mbi powiedziałem mbo. Dało to w sumie komiczny efekt: zamiast przedstawić się, powiedziałem: Pies wabi się Robert. Nic dodać, nic ująć. Chłopcy mieli dużo radości na śniadanie, a ja nawet nie próbowałem tego zatuszować franciszkańską pokorą czy miłością do czworonogów.

Pisałem Wam już trochę o tym języku, że choć z jednej strony jest prosty, to jednak Europejczyk spotyka się z wieloma trudnościami. Prosty, bo nie ma tu praktycznie żadnych odmian, trybów, końcówek, specjalnych czasów itp. Z drugiej strony jednak, to ubóstwo form czyni go mało precyzyjnym, jakby zamazanym. Jeden wyraz może oznaczać wiele rzeczy. Na przykład yanga oznacza usta, ale i wszystko, co się otwiera: bramę, drzwi, okno, ale także głos, słowo, nauczanie, czy w końcu brzeg, ostrze. Znaczenie jest więc zależne od kontekstu i miejsca w zdaniu, a tu znowu pojawia się ten problem, że składnia jest inna, specyficzna dla Afryki. W zależności od umiejscowienia, ten sam wyraz może być rzeczownikiem, czasownikiem, przymiotnikiem lub przysłówkiem. Język ten jednak zaskakuje nieraz swoją konkretnością, na przykład zabawne jest, że wyraz nyama, będący ogólnym określeniem wszystkich zwierząt, oznacza również mięso – czyli dla Afrykańczyka każdy ruszający się stwór to potencjalne pieczyste.

Jako Europejczyk, przyzwyczajony do bogactwa form językowych i nieraz bardzo precyzyjnych słów, czuję się w tym języku jak w dziecinnym ubranku – ciasno i nieporadnie. Od stycznia zacząłem jednak odprawiać Mszę świętą w sango, a poważniejsze potyczki rozpoczęły się dla mnie wraz z Wielkim Postem.

Raczkowanie

W Środę Popielcową odważyłem się samodzielnie pojechać odprawić Mszę świętą w wiosce, co praktycznie wiązało się z przeczytaniem wypoconego wcześniej kazania, a przed Mszą świętą – z wyspowiadaniem około trzydziestu ludzi. Pomijam fakt, że od pół roku właściwie wcale nie spowiadałem. Po trzeciej osobie byłem cały mokry, a pot płynął mi ciurkiem po plecach – bynajmniej nie z powodu upału. Przez braci byłem przygotowany na to, że siłą rzeczy z pierwszych spowiedzi nic nie zrozumiem. Całość więc mego wysiłku polegała na wycedzeniu kilku w miarę logicznych zdań i przeczytaniu ze ściągi