"Pęknięte Serce Afryki - Robert Wieczorek - ebook
lub
Opis

Brat Robert Wieczorek pracuje na misjach w RCA od 1994 roku. Był tam także podczas rebelii i na własnej skórze doznał napadów i grabieży. Patrzył, jak wojna wydobywa z wielu ludzi najgorsze instynkty, widział zniszczenia, zabójstwa, zdradę, doświadczył bezradności wobec zła, które opanowało serca ludzi. Strzelano do niego i to zdarzenie pozostawiło w nim wyraźny ślad. A jednak wrócił, aby dalej pracować na misjach. Ponieważ był świadkiem wielu nieprawości, pomaga teraz pokrzywdzonym, walcząc w sądzie o ich prawa. Wszystkie wydarzenia związane z początkiem i przebiegiem rebelii opisał w swoich listach, które publikujemy w tej książce.

Republika Środkowoafrykańska – kraj położony w samym centrum kontynentu afrykańskiego – przez swoich mieszkańców nazywana jest Be Africa (czyli „Serce Afryki”). Kiedy uwaga całego świata skupiona była na ataku terrorystów na WTC, a później na tragicznych wydarzeniach na moskiewskiej Dubrowce, „Serce Afryki” doznało wstrząsu w postaci wojny domowej. Kraj zalała fala rebeliantów, wspomagana przez żołnierzy-rabusiów z sąsiedniego Czadu. Zniszczone i rozgrabione zostało wszystko, co z takim trudem, przy ofiarnej pracy misjonarzy, budowało kilka pokoleń mieszkańców tego kraju. Rozboje, napady i gwałty stały się brutalną codziennością. Rebelianci nie oszczędzili także misji, szkół i placówek zdrowia. „Serce Afryki” do tej pory nie podniosło się po tych tragicznych wydarzeniach, dlatego teraz jej mieszkańcy potrzebują pomocy bardziej niż kiedykolwiek.

Ryszard Kapuściński o książce:

Książka brata Roberta Wieczorka „Pęknięte Serce Afryki” jest znakomitym reportażem. Autor miał to reporterskie szczęście, że był w środku wydarzeń tak trudno dziś dostępnych dla Europejczyka – wydarzeń niezwykłych i fascynujących, które relacjonuje żywo i barwnie, ale jednocześnie głęboko i mądrze. W tej prozie jest wielka wrażliwość, znajomość tła i sensu wydarzeń, bardzo ciekawa, porywająca relacja. Jak to dobrze, że tacy ludzie jak brat Robert Wieczorek znajdują jeszcze – poza trudnymi obowiązkami misyjnymi – czas i wolę, aby w tak pasjonujący sposób opowiedzieć nam o tym, co widzą i przeżywają.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Robert Wieczorek OFMCap

Pęknięte Serce Afryki

Copyright © by Robert Wieczorek

© Copyright by Wydawnictwo Serafin, Kraków 2006

Redakcja

Małgorzata Sękalska

Projekt okładki

Tomasz Duszyc OFMCap

Łamanie

Edward Augustyn

Korekta

Tomasz Duszyc OFMCap

Zdjęcie na okładce

Autor w ruinach splądrowanej fabryki bawełny w Ndim (fot. A. Włodarczyk OFMCap)

Wydawca

Wydawnictwo Serafin, ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

Zakon Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincja Krakowska

Wydanie trzecie, poprawione

ISBN 978-83-63243-48-7

Zamówienia:

WYDAWNICTWO SERAFIN • ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków

tel./fax 12 623 80 58, e-mail: [email protected]

księgarnia internetowa: www.e-serafin.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Ndim, 1.09.2004

Cały rok minął od zakończenia rebelii generała Bozizégo w RCA zanim przełamałem się, by o niej napisać. Cóż, my, misjonarze, często zmagamy się z dylematem w sercu: o misjach mówić ładnie czy prawdę? O Afryce opowiadać zachęcająco czy realistycznie?

Tym, którzy w czasie mego „po-wojennego” urlopu inspirowali mnie zachętą: „Napisz tak, jak widziałeś” – całość tę dedykuję. Oto moja krótka relacja o wyniszczeniu RCA. Jej spisanie kosztowało mnie dużo czasu, ale przede wszystkim wiele wewnętrznych zmagań.

brat Robert

Prolog: Niema kiedy załadować

Ndim, 3.09.2002

Jeszcze mi się coś podobnego nie przydarzyło: cały rok minął bez napisania listu. Wierzcie mi jednak, że to nie z lenistwa. Nie osiadłem też na laurach po wydaniu książki z mymi listami (za co bardzo wdzięczny jestem mym braciom). Po prostu, brakowało mi czasu, by usiąść spokojnie przy biurku. Zostaliśmy z Piotrkiem tylko we dwójkę na całą parafię i nowicjat. Zorientowani w temacie duszpasterstwa wiedzą, co to znaczy. Innym dla zobrazowania powiem: przypominaliśmy tych robotników z kawału, co to biegali po placu budowy z pustymi taczkami, a na pytanie zdziwionego przechodnia: „Co tutaj się dzieje?”, odkrzyknęli: „Panie, jest taki zasuw, że nie ma nawet kiedy załadować!”

Zaczęło się od wiadomości w ubiegłe wakacje, że nasz współbrat i proboszcz w Ndim, André Janody, nie może wrócić z urlopu, gdyż ma problemy z prostatą. Początkowo leczenie miało trwać dwa – trzy miesiące, ale skończyło się na całym roku. Wraz z przyjściem września zmuszeni byliśmy podzielić się „działką” André – ja przejąłem jego sektor brusu, a Piotrek nadzorował centrum, będąc przede wszystkim magistrem nowicjatu. A mieliśmy wyjątkowo liczny (jak na tamtejsze warunki) nowicjat: jedenastu braci! I do tego cała parafia, czyli konkretnie: codzienna Msza święta, niedzielne wyjazdy na wioski, liczne spowiedzi, nadzór katechezy i weryfikacja porządku uczęszczających nań osób, mini-konferencje, czyli lokalne spotkania formacyjne chrześcijan, sesje dla katechistów, służące wprowadzaniu nowego katechizmu, duża konferencja parafialna w lutym (ok. tysiąca uczestników przybyłych na cztery dni do wioski Mboumyeme). W końcu egzaminy i udzielanie sakramentów w czasie wielkanocnym, gdy słońce grzeje niemiłosiernie i właśnie wtedy najbardziej brakuje sił fizycznych. Jeszcze biuro, czyli czasochłonny, a niewidoczny na zewnątrz wysiłek, którego ciężar znają księża na całym świecie. Zaś w domu regularne zajęcia z braćmi nowicjuszami, spotkania indywidualne i praca fizyczna.

Na to wszystko podjąłem się jeszcze prowadzenia kilku projektów budowlanych, które pożarły mi lwią część czasu: nowy budynek szkoły katolickiej w Ndim, fundamenty pod szkołę w Mbaibéré, budowa murów szkoły w Kowone, powiększenie kaplicy w Zolé, zakrystia w Hang-Zoung, tynk i podłoga kaplicy w Ndoubori. A w nowicjacie: wyburzenie jednego domu, remont drugiego, schody do jeziora i jeszcze wiele drobiazgów, których nie brakuje na co dzień.

Wiem, że przyznając się do tego wszystkiego łatwo mogę narazić się na osąd braku roztropności. Nie umiem jednak odmówić pomocy, gdy ludzie garną się do pracy. Taka szkoła w Mbaibéré miała w depozycie 240 tysięcy FCFA, co pozwalało na zrobienie fundamentów na nowy budynek (stary, wysłużony, od kilkunastu lat groził zawaleniem), mieli też 10 tysięcy cegieł. Czekamy z nadzieją, że na dniach otrzymamy wsparcie od konsulatu kanadyjskiego na kontynuację pracy.

Mieszkańcy Kowone mieli już fundamenty pod szkołę, zrobione w czasach br. Józefa Lendziona jako proboszcza. Cały rok zajęło im zorganizowanie się, aż w końcu przyszli z 400 tysiącami FCFA – na co więc czekać, skoro ceny stale rosną, a pieniądz traci na wartości?

W Zolé jest chyba najliczniejsza, a z pewnością najprężniejsza wspólnota katolicka. Kaplica nie wystarcza na pomieszczenie wszystkich. W kasie mieli ponad 500 tysięcy i zebrali jeszcze 125 kolejnych na zapłacenie murarzy. Zgromadzili kamienie, piasek i w ciągu miesiąca wypalili cegły. Jakże im nie pomóc? Pięć miesięcy nam to zabrało, ale przedłużyliśmy kościół i dostawiliśmy transept. Jeszcze nigdy w życiu tak wysoko nie wyciągnąłem murów! Ale trzyma się.

W Hang-Zoung za 300 tysięcy katolicy kupili sobie mały agregat prądotwórczy, by mieć światło w kościele (mamy w brusie trzy kaplice ze światłem!). Piotrek pomógł im założyć świetlówki, ale nie ma gdzie podziać się z bzyczącym „dynamem”. Zebrali się więc szybko i zrobili cegły; kamienie i piasek to nie problem, ostało się w kasie jeszcze trochę grosza, więc chcą budować zakrystię. I jak tu powiedzieć: nie?!

W Ndoubori ludzie są raczej ślamazarni, ale jest 80 tysięcy, a nieotynkowana wewnątrz kaplica straszy, cegły się łuszczą, nie ma też podłogi. Z szacunku dla pracy poprzedników trzeba ją zabezpieczyć, a cementu w magazynie mi nie brakuje.

Dość powiedzieć, że miałem poważne trudności, by nadążyć za rytmem pracy w tych kilku miejscach. Zwłaszcza asystowanie zapaleńcom w Hang-Zoung i Zolé przysporzyło mi wiele satysfakcji. Od stycznia do maja, dzień w dzień po kilkunastu mężczyzn na budowie chętnych do oddania każdej przysługi murarzom lub cieślom. Człowiek zmęczony, ale serce z radości rośnie.

Na przełomie roku dołączył do nas świeżo upieczony misjonarz, brat Marek Haśko. Mieszkał w Ndim prawie trzy miesiące, by podszkolić się nieco w sango, ale też oddał nam dużą przysługę, choćby przez samą obecność w domu i dyspozycyjność w zajęciach z nowicjuszami. Patrząc na ten mój rozgardiasz budowlany sparafrazował znane z historii porzekadło o Kazimierzu Wielkim i żartował sobie ze mnie: „O patrzcie, zastał Ndim słomiane, a chce zostawić murowane”. Ambitny jestem, nieprawdaż?

Uśmiech nadziei

Nie pisałem jeszcze o samej szkole katolickiej w Ndim. Z nią sprawa miała się nieco inaczej. Obecne tu od początków parafii (1983 r.) siostry prowadziły szkołę gospodarstwa domowego dla dziewcząt. Gdy przed pięciu laty władze RCA poprosiły Kościół o pomoc w nauczaniu i zakładaniu szkół katolickich, ówczesny proboszcz, wenecki kapucyn brat Gildo, bardzo dodawał odwagi siostrom, by podjęły się tego trudu, zapewniając im pomoc materialną. Współpraca ta owocuje teraz, gdy mamy od tego roku pełen już cykl szkoły podstawowej (wyprzedzając wiele innych misji). W międzyczasie Gildo zmarł nagle (w wieku lat 50-ciu), ale jego zobowiązanie pozostało nam jako moralny obowiązek. Stąd też, gdy siostra Espérance (Rwandyjka) wyraziła konieczność powiększenia istniejącej dotychczas szkoły, siłą rzeczy, w imieniu mej wspólnoty, podjąłem się asystencji technicznej i pokrycia pewnej części kosztów. I tak na wiosnę ubiegłego roku zrobiliśmy fundamenty, a od września zaczęliśmy stawiać mury. Zbudowanie tej szkoły było moją główną troską w ubiegłym roku, pracy doglądałem każdego dnia, a opisane powyżej zajęcia na innych budowach były raczej ubocznymi. Obecnie pozostało mi już tylko pomalowanie okien, drzwi i powstawianie ławek. Nawiasem mówiąc, pieniądze na nie otrzymałem od dzieci pierwszokomunijnych z pewnej parafii na Śląsku Dąbrowskim – przekazała mi je ich katechetka, siostra Mariusza, karmelitanka Dzieciątka Jezus.

Dzięki Bogu, całoroczny trud przy szkole ma się ku końcowi. Nie ukrywam, że siostry są mi bardzo wdzięczne za tę pomoc w budowie. W związku z tym przypadło mi w udziale pewne zabawne wydarzenie.

Otóż, pojechałem niedawno z siostrą Espérance na zakupy do Mbaiboum (wielkie targowisko na granicy po stronie Kamerunu). Byłem świadkiem, jak w czasie kupowania walizki miała problemy w porozumieniu się z muzułmańskim sprzedawcą, który strasznie kaleczył francuski. Na żartobliwą uwagę, że cienko mu idzie mówienie w tym języku, przedstawił argument na obronę swych umiejętności, że przecież cały rok uczęszczał do uczącej francuskiego „szkoły wieczorowej” (po fr. „école de soirée”). Siostra zapewniła go na odchodnym, że jeszcze lepiej by mu szło, gdyby w odpowiednim czasie chodził do normalnej szkoły dziennej. Koniec pierwszej scenki.

Wracamy do domu. W czasie rozmowy Espérance zaczęła mi spontanicznie dziękować za ogrom pracy włożonej w budowę nowej szkoły, etc., etc. Jako rasowy brat mniejszy zacząłem się wymawiać i skromnie umniejszać me zasługi. Ale ona nastaje przy swoim:

– Zobaczysz, że nowej szkole nadamy twoje nazwisko.

Tu przyszła mi w sukurs zbawienna myśl na ochłodę gorliwości mniszki:

– Popatrz, wszyscy ludzie nazywają szkołę katolicką w Ndim „école d’ Espérance” (espérance po francusku znaczy nadzieja, a więc „szkoła siostry Espérance” równie dobrze jest „szkołą nadziei”). – Jakże więc – ciągnę dalej – możesz myśleć o zmianie tego imienia na moje nazwisko? (Wie, że Wieczorek po francusku to dokładnie „la soirée”.) Chcesz więc ze „szkoły nadziei” zrobić „szkołę wieczorową”? Przypomnij sobie tego gościa z Mbaiboum, który do takowej uczęszczał i jakie są efekty? Mizerne! Lepsze zdecydowanie twoje imię dające nadzieję na jutro, niż moje obskurne nazwisko.

Koniec scenki drugiej. Obroniłem się. Siostra skapitulowała, pozostając przy dotychczasowej nazwie.

Bogu – co boskie, cesarzowi – co cesarskie

Przejrzałem to, com dotychczas napisał i – o zgrozo – strasznie się przechwalam. Koniecznie trzeba mi przywrócić temu realny wymiar. Jak antidotum przychodzi mi do głowy kawał usłyszany kiedyś z ust rodzonego brata.

Nadjeżdża na podwórze fura załadowana po brzegi węglem. Woźnica złazi na ziemię i przechodząc obok zziajanego konia drze się w niebogłosy: „Węgiel przywiozłem!” Jego rumak spoziera na niego kątem oka i mruczy do siebie: „Tak, tyś to k…wa, przywiózł!”

Żeby mi ktoś słusznie podobnej końskiej uwagi nie zaaplikował, niezbędne jest sprecyzowanie, co w czasie takiej budowy robię ja, a co należy do innych, nie mniej zaangażowanych.

Wszystkie plany i pomiary na miejscu oraz stała kontrola, czy murarze robią to, co faktycznie ustaliliśmy – należy do mnie. Wymaga to więc częstych odwiedzin, bo zaufanie nie wyklucza ostrożności. Nie przyjeżdżam tak na próżno – przy tej okazji dowożę to, czego zaczyna brakować na budowie. Ale najpierw jeszcze cała bieda z zakupem materiałów i przywiezieniem z Bouar na misję. W tamtym roku zamówiłem trzy razy 15-tonową ciężarówkę z cementem, drutem zbrojeniowym, blachą na dach czy drzwi, i drewnem różnego rodzaju. Tzw. białe drewno jest słabsze, ale łatwiejsze w obróbce (nie defasonuje się) – służy do robienia ławek, niektórych mebli, na szalunki budowlane i trumny. Czerwone jest twardsze, nie chwytają się go termity, i jest bardziej odporne na wodę, ale za to trudniejsze w obróbce i wygina się przy zmianie wilgoci. Czasem kupuję deski, ale najczęściej belki i łaty do konstrukcji dachowych. Na składowanie tego mamy na misji specjalny magazyn. Cement trzymam w innym suchym pomieszczeniu, a idą go całe tony.

Zapełnienie magazynów na miejscu wymaga najpierw oszacowania potrzeb, potem podróży do Bouar, dogadania się z dostawcą o cenę i cierpliwości w czekaniu na przywóz. Sam taki przyjazd ciężarówki na misję to wydarzenie we wsi i robota na cały dzień: kierowanie rozładunkiem, kontrola stanu materiałów oraz zapłata paromilionowej faktury.

Na rozpoczętą gdzieś budowę trzeba stopniowo przywozić prawie wszystko, co konieczne. Murarze mają bowiem swoje podstawowe narzędzia, ale ludzie z reguły nic – oprócz dobrej woli. Więc z innego jeszcze magazynu wyciągam narzędzia, których dzięki zapobiegliwości mych poprzedników tu nie brakuje: kilofy do kopania fundamentów, młotki do tłuczenia kamieni, łopaty zastępujące tutaj betoniarkę, beczki na wodę (kobiety noszą ją każdego ranka na budowę), deski dłuższe i krótkie na szalunki, ściski, taczki, sita do piasku i w końcu elementy metalowych rusztowań. To wszystko trzeba wydać, no i przypilnować, by wróciło na swoje pierwotne miejsce. Uszarpię się zawsze z cementem (można go tylko po tonie załadować na jeden raz do toyoty) i z długimi na 12 metrów drutami, by je odpowiednio pogiąć na załadunek. Deski i belki do dachu wożę w całej ich telepiącej się 6-metrowej długości, ale przez odpowiednie wiązanie nauczyłem się poskramiać ich chybotliwą naturę. Gdy konieczna jest czasem na miejscu interwencja spawarki czy wiertarki, trzeba załadować agregat na kółkach (ciężki na cztery osoby) i z całym kramem przystawek pojechać do buszu. Co się natomiast da ciąć, wiercić czy spawać poza budową (np. drzwi), to robimy w domu. Mamy bowiem dobrze wyposażony warsztat i mechanika – kierowcę, zatrudnionego na stałe. On też często jest wysyłany na wożenie piasku i kamieni, która to praca pochłania nieraz całe dni.

Już moja w tym głowa, by przewidzieć potrzeby „na pojutrze”, bo mimo ciągłego przypominania o planowaniu, moi współpracownicy często zadowalają się perspektywą pracy „na dzisiaj”, a bywa, że po przyjściu nazajutrz stają „nagle i niespodziewanie” w obliczu braku jakiegoś materiału. Robota więc sparaliżowana – wysyłają wtedy gońca na rowerze z larum: Ratuj, bracie Robercie!

Istotna jest jeszcze praca niewymierna w metrach, kilogramach ni w czasie: podtrzymanie atmosfery, co Afrykańczycy sobie bardzo cenią, nazywając to z francuska „animacją” (w tłumaczeniu na polski to krzepienie lub ożywianie ducha). Każdorazowe osobiste pozdrowienie z wymianą grzeczności, uśmiech, dowcip czy uszczypliwa uwaga, a w razie ewidentnej konieczności i „wydarcie twarzy” to nieodzowny element, który obok pieniędzy i zapełnionego żołądka jednoczy ludzi w dążeniu do celu. Ku pokrzepieniu serc nazywam „szefami” prostych pomocników, a wykwalifikowanych fachowców – „patronami”. Oni odwzajemniają mi się wyszukanym skrótem PDG (czyli Prezydent Dyrektor Generalny). I tak żartobliwie sobie docinając brniemy naprzód. To „inżynierowanie” nie zabrania mi bynajmniej tknąć się zwykłej roboty własnymi rękami.

A jeżeli ktoś zapyta: Gdzie nauczyłeś się budowania? W technikum weterynaryjnym, czy też w seminarium zakonnym? Odpowiem, że nigdzie. Jedyne, co wiem to tylko to, co gdzieś już kiedyś widziałem, czy też wypytałem u starszych braci z doświadczeniem, do tego podstawy geometrii, całość ogólnego wykształcenia i nieco wyobraźni: to wszystko czyni ze mnie w oczach ludzkich „wybitnego architekta”. A czym można się tutaj wybić? Niewiele trzeba, doprawdy. Wystarczy na przykład znajomość pionu, ekierki, zachowania się wody w u-rurce (czyli przezroczystym szlaufie), czy też praktyczne zastosowanie twierdzenia Pitagorasa… Zdradziłem kiedyś podstawy tej teorii dyrektorowi szkoły podstawowej w Kowone – rzutki młody człowiek, ale tego naprawdę nie znał!

To co wymieniłem, na mnie jednego wystarczy. W pierwszym rzędzie jestem przecież kapłanem i mam duszpasterstwo na głowie. Ale nie żałuję czasu poświęconego na te różne budowy, bo wspólna praca pomaga się poznać i zbliżyć wzajemnie z ludźmi, a o to przecież chodzi.

Ja sam cóż mógłbym zrobić, gdyby nie dobra wola mych chrześcijan? Widzę kiedyś setkę ludzi na drodze z miskami i wiaderkami. Rozpoznaję „katolickie” twarze.

– Idziemy zbierać piasek nad rzekę – krzyczą.

Czasem to miejsce jest odległe o kilka kilometrów od wsi. Już wiem, że za dwa dni trzeba się wybierać na wożenie, bo wszystko będzie gotowe.

Wszystkie roboty niewykwalifikowane należą do nich. Wspólnota ma na głowie opłacić ze swych pieniędzy murarzy i cieśli, a żony pracujących na przemian pomocników zapewniają wyżywienie danego dnia. Zasadniczo przestrzega się nigdzie niespisanej praktycznej umowy, że wspólnota zapewnia środki na postawienie murów, a misja stara się o dofinansowanie na dach i resztę. Katechiści i radni kościelni są często dzień w dzień na budowie, poświęcając mnóstwo swego czasu i zaniedbując z pewnością pracę na własnych polach. To trzeba umieć dojrzeć i docenić. Niejeden raz zresztą mówiłem im, że jestem z nich dumny. Ileż radości przysporzył mi widok wielu bezimiennych robotników, z poświęceniem pracujących gratisowo całymi dniami! Oni naprawdę cieszą się tym wspólnym trudem. Wpisał się już w krajobraz obrazek przycupniętych na kamieniach kilku wyschniętych starców, którzy na twój widok zbliżają się powoli, podpierając się kijami i na powitanie oznajmiają, że przyszli pomóc w pracy… Albo niewidomy, który mówi, iż przyszedł zobaczyć, jak idzie robota… Ale na serio, taka obecność też się tutaj liczy. Grupowe organizowanie się na poziomie wioski w celu sprostania jakiemuś zadaniu jak kaplica, szkoła, punkt zdrowia czy pompa wodna, stało się czymś charakterystycznym w naszym kącie Afryki i wymiernym faktorem społecznego rozwoju. Chciałbym więc mych chrześcijan w tym podtrzymać na miarę moich możliwości, a jeżeli takowe posiadam, to znowu dzięki życzliwej pomocy Was, chrześcijan z Polski, bo jeżeli mam pieniądze, którymi mogę operować w dofinansowaniu wysiłku Afrykańczyków, to tylko dzięki Wam. Więc doprawdy jeszcze raz: wielkie dzięki!

JAK POMÓC MISJOM?

Misje potrzebują trojakiej pomocy: duchowej, materialnej i personalnej. Dlatego misjom mogą pomagać wszyscy.

Każdy może obdarować misjonarzy i ludzi, wśród których żyją i pracują, dobrem duchowym: modlitwą, ofiarowaniem cierpienia. Jeden z misjonarzy, zapytany, czy czegoś mu nie potrzeba, odpowiedział: Modlitwy, modlitwy… Bracia, przyjeżdżając z misji na urlop do kraju, zawsze o nią proszą. Ponieważ pracują w trudnych warunkach, są szczególnie świadomi tego, że owoc ich pracy zależy od łaski, że to Duch Święty jest pierwszym Sprawcą tej misji, którą pełnią. Pamiętajmy o misjonarzach w naszych modlitwach!

Ci, którzy dysponują jakimiś dobrami materialnymi, własnymi oszczędnościami, mogą ofiarować misjom pomoc materialną. Kraj, który wysyła misjonarzy, niejako bierze na siebie obowiązek zapewnienia im środków do życia i prowadzenia działalności. Misje kapucyńskie w dużej mierze utrzymywane są dzięki skromnym, ale systematycznym ofiarom naszych Przyjaciół i Dobrodziejów. Może i Ty włączysz się w tę drugą, bardzo potrzebną, formę pomocy misyjnej?

Trzecią możliwością zaangażowania jest wreszcie osobiste udanie się na misje. Jeśli w sercu jakiegoś młodego człowieka drzemie takie pragnienie, niech je starannie pielęgnuje. A gdy przyjdzie na to czas, zrealizuje…

Organizowaniem pomocy dla misji zajmuje się Sekretariat Misyjny. Nasz adres:

Sekretariat Misyjny Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincji Krakowskiej ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków tel. 12 623 60 50, e-mail: [email protected]

Numer konta, na który można wpłacać ofiary na misje: PL 97 1020 2892 0000 5502 0016 6371