10 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedyne w swoim rodzaju wprowadzenie do kultury japońskiej.

Autor miał dwanaście lat, gdy w 1964 roku zamieszkał z rodzicami w Japonii i spędził tam niemal całe swoje życie. Jak się okazało, rok ten był punktem zwrotnym w historii kraju organizującego właśnie letnie igrzyska olimpijskie. Rozpoczął się wtedy okres boomu ekonomicznego i gwałtownej modernizacji. Kerr, zafascynowany tradycyjną kulturą japońską, próbuje w książce pokazać to, co na jego oczach ulegało głębokim przeobrażeniom. Z zaangażowaniem opowiada o dawnej architekturze i wnętrzach, obyczajach, religii, teatrze kabuki, kolekcjonerstwie i kaligrafii. Książkę pisał po japońsku, dla Japończyków i jako pierwszy obcokrajowiec otrzymał za nią nagrodę literacką Shincho Gakugei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Alex Kerr

Ja­po­nia utra­co­na

prze­ło­ży­ła Ma­ria Kwie­cień­ska-Dec­ker

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2019

Przed­mo­wa

Mi­nę­ły już dwa­dzie­ścia czte­ry lata od na­pi­sa­nia, w stycz­niu 1991 roku, pierw­sze­go z ar­ty­ku­łów, któ­re po­tem zło­ży­ły się na książ­kę Ja­po­nia utra­co­na. Od tego cza­su wie­le się na­uczy­łem i te­raz wi­dzę wszyst­ko z in­nej per­spek­ty­wy. A jed­nak, kie­dy pa­trzę wstecz, nic się nie zmie­ni­ło.

Cią­gle je­stem tam, gdzie by­łem, kie­dy spa­ce­ro­wa­łem po wzgó­rzach do­li­ny Iya w 1973 roku, otwo­rzy­łem drzwi do domu Chiio­ri i zo­ba­czy­łem za­ku­rzo­ne czar­ne pod­ło­gi i wi­szą­ce nad nimi ol­brzy­mie sta­re bel­ki stro­po­we. Ale to było czter­dzie­ści dwa lata wcze­śniej.

Zna­la­złem Chiio­ri w od­po­wied­nim cza­sie. W na­stęp­nych la­tach by­łem świad­kiem stop­nio­we­go za­ni­ka­nia de­li­kat­ne­go na­tu­ral­ne­go kra­jo­bra­zu Ja­po­nii i sta­rych drew­nia­nych i bam­bu­so­wych mia­ste­czek z do­ma­mi kry­ty­mi strze­chą. Zmia­ny te przy­spie­szy­ły oko­ło 2000 roku; dom Chiio­ri za­cho­wał się jako po­zo­sta­łość gi­ną­ce­go świa­ta. Cią­gle je­stem jego wła­ści­cie­lem i po tylu la­tach, gdy wcho­dzę do tej sta­rej sie­dzi­by i czu­ję dym­ny za­pach pa­le­ni­ska iro­ri, moje ser­ce bije z ra­do­ści tak samo, jak biło za­wsze. W mi­nio­nych la­tach wi­dzia­łem tu­zi­ny i set­ki sta­rych do­mów, ale ża­den nie był taki jak ten.

Ja­po­nia utra­co­na wciąż żyje. Wy­da­nie ory­gi­nal­ne z 1993 roku w ję­zy­ku ja­poń­skim (no­szą­ce ty­tuł „Ostat­ni rzut oka na pięk­ną Ja­po­nię”), z wy­jąt­kiem ostat­nie­go roku, kie­dy zmie­nił się wy­daw­ca, wciąż jest do­stęp­ne, po­dob­nie wer­sja an­giel­ska. Je­śli idzie o tłu­ma­cze­nie, mam dług wdzięcz­no­ści wo­bec Bo­dhie­go Fi­sh­ma­na. Kie­dy w 1994 roku sam się do tego za­bra­łem, zo­rien­to­wa­łem się, że ża­den aka­pit nie brzmi od­po­wied­nio po an­giel­sku. Pi­sząc te ar­ty­ku­ły, my­śla­łem je­dy­nie o ja­poń­skich czy­tel­ni­kach. Dla czy­tel­ni­ków spo­za Ja­po­nii tekst na­le­ża­ło ra­dy­kal­nie zmie­nić. Dla ko­goś, kto spę­dził dzie­siąt­ki lat, tłu­ma­cząc to, co na­pi­sa­li inni, było to otrzeź­wia­ją­ce do­świad­cze­nie. Za­wie­dzio­ny swo­ją nie­zdol­no­ścią do prze­tłu­ma­cze­nia wła­sne­go tek­stu, odło­ży­łem książ­kę na pra­wie dwa lata. Wresz­cie w 1996 roku z po­mo­cą przy­szedł mi Bo­dhi, a jego prze­kład od­da­wał na­strój ory­gi­na­łu. Przej­rza­łem go, od­rzu­ca­jąc nie­któ­re roz­dzia­ły i roz­sze­rza­jąc inne, Bo­dhi do­ko­nał ko­rek­ty i tak po­wsta­ła Ja­po­nia utra­co­na.

Książ­ka spro­wa­dzi­ła do Iya ty­sią­ce go­ści, a mnie przy­spo­rzy­ła wie­lu przy­ja­ciół. Dwie de­ka­dy i kil­ka ksią­żek póź­niej świat opi­sa­ny w Ja­po­nii utra­co­nej na­dal jest dla mnie punk­tem wyj­ścia.

Je­śli co­kol­wiek ule­gło zmia­nie, to fakt, że w ostat­nich cza­sach uda­ło mi się wpro­wa­dzić w ży­cie to, o czym nie­śmia­ło my­śla­łem i mó­wi­łem w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych. Sta­ło się to moż­li­we dzię­ki do­świad­cze­niu, któ­re zdo­by­łem, gdy Tram­mell Crow za­an­ga­żo­wał mnie do po­mo­cy przy han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi w Bub­ble Era w póź­nych la­tach osiem­dzie­sią­tych. Ten krót­ki czas, jaki spę­dzi­łem, pra­cu­jąc w rze­czy­wi­stym świe­cie, po­zwo­lił mi zna­leźć rów­no­wa­gę, o któ­rej pi­sze Ta­ma­sa­bu­rō w swo­im po­sło­wiu.

Po­czy­na­jąc od 2004 roku, za­czą­łem re­stau­ro­wać sta­re ma­chiya – domy w Kio­to – nie jako hi­sto­rycz­ne przy­byt­ki do oglą­da­nia, ale wy­po­sa­ża­jąc je we wszel­kie no­wo­cze­sne urzą­dze­nia: ogrze­wa­nie, kli­ma­ty­za­cję, pięk­ne ła­zien­ki i to­a­le­ty itd., tak aby lu­dzie mo­gli się nimi dzi­siaj cie­szyć i za­znać w nich kom­for­tu. Wy­naj­mo­wa­li­śmy je tym, któ­rzy przy­jeż­dża­li do Kio­to. Po­tem za­czą­łem re­stau­ro­wać domy w rol­ni­czych re­gio­nach Ja­po­nii, a wresz­cie w 2012 roku samo Chiio­ri.

Dzi­siaj Chiio­ri wy­glą­da iden­tycz­nie jak w 1973 roku. Do re­stau­ra­cji domu uży­li­śmy sta­rych czar­nych de­sek, po­nu­me­ro­wa­li­śmy je i po wzmoc­nie­niu fun­da­men­tów i za­in­sta­lo­wa­niu hy­drau­li­ki, gazu, elek­trycz­no­ści, izo­la­cji i ogrze­wa­nia pod pod­ło­gą po­ło­ży­li­śmy de­ski tam, gdzie się znaj­do­wa­ły pier­wot­nie. W ko­ry­ta­rzu za do­mem znaj­du­je się ła­zien­ka wy­po­sa­żo­na we wszel­kie zdo­by­cze ja­poń­skiej tech­no­lo­gii to­a­le­to­wej, z pięk­ną ce­dro­wą wan­ną, ja­kiej nie spo­dzie­wa­li­by­śmy się w Iya. Chiio­ri, po­kry­ty no­wym da­chem i sta­ran­nie zmo­der­ni­zo­wa­ny, wkra­cza­jąc w swe czwar­te stu­le­cie, wita nową ge­ne­ra­cję go­ści.

W 2004 roku stwo­rzy­li­śmy or­ga­ni­za­cję non pro­fit na­zwa­ną Chiio­ri Trust. Dzia­ła w niej wie­lu mło­dych lu­dzi z To­kio i in­nych du­żych miast: chcą coś zro­bić dla Iya, któ­re wy­lud­nia się i sta­rze­je. Mój sta­ry są­siad i przy­ja­ciel Omo zmarł w 2012 roku. Na­szym ce­lem jest zna­le­zie­nie no­wych miesz­kań­ców do­li­ny.

Opi­sa­ne w Ja­po­nii utra­co­nej świa­ty– ka­bu­ki, ka­li­gra­fia, Kio­to, Nara, Ten­man­gū, ko­lek­cjo­ner­stwo dzieł sztu­ki – funk­cjo­nu­ją mniej wię­cej tak jak kie­dyś. Ja cią­gle miesz­kam na te­re­nach świą­ty­ni Ten­man­gū w Ka­me­oce koło Kio­to, a ma­leń­kie szma­rag­do­we żab­ki w dal­szym cią­gu ska­czą tam w czerw­cu.

Je­śli idzie o ko­lek­cjo­ner­stwo, to ceny dzieł sztu­ki ja­poń­skiej spa­dły po 2000 roku. Za tą zmia­ną stoi wzrost po­tę­gi Chin i fakt, że w Ja­po­nii wy­mar­ło ostat­nie po­ko­le­nie, któ­re zna­ło war­tość rze­czy sta­rych. Wła­śnie kie­dy my­śla­łem, że mogę za­koń­czyć swo­je kom­pul­syw­ne ko­lek­cjo­ner­stwo, nada­rzy­ła się nie­ocze­ki­wa­na oka­zja. Jak mógł­bym zre­zy­gno­wać z pary zwo­jów wy­ko­na­nych przez waż­ne­go osiem­na­sto­wiecz­ne­go ka­li­gra­fa, któ­re nie zna­la­zły kup­ca na au­kcji i te­raz sprze­da­wa­no je za gro­sze?

Ta­ma­so­bu­rō, on­na­ga­ta z ka­bu­ki, te­raz już pod sześć­dzie­siąt­kę, zo­stał okrzyk­nię­ty Ży­wym Skar­bem Na­ro­do­wym, ja­kimś cu­dem po­zo­stał rów­nie roz­rzew­nia­ją­co pięk­ny jak wte­dy, kie­dy, daw­no temu, wi­dzia­łem go po raz pierw­szy. Po­wo­li jed­nak usu­wa ze swo­je­go re­per­tu­aru bar­dziej ener­gicz­ne ka­wał­ki i nie tań­czy już Dziew­czę­cia-Cza­pli (He­ron Ma­iden).

Ta­ma­so­bu­rō i ja przy­rze­kli­śmy so­bie kie­dyś, że bę­dąc w po­de­szłym wie­ku, nie zmie­ni­my się w sta­re zrzę­dy. Dla mnie kimś ta­kim stał się ame­ry­kań­ski kry­tyk te­atral­ny Fau­bion Bo­wers, „zbaw­ca ka­bu­ki”, a dla Ta­ma­sa­bu­rō – ce­nio­ny star­szy już on­na­ga­ta Na­ka­mu­ro Uta­emon VI. Fau­bion i Uta­emon spę­dzi­li swe sta­re lata, na­rze­ka­jąc na nowe po­ko­le­nie.

Nie uda­ło mi się jed­nak do­trzy­mać tego przy­rze­cze­nia. Naj­pierw do­ty­czy­ło to książ­ki Psy i de­mo­ny wy­da­nej w 2000 roku, a póź­niej in­nych pu­bli­ka­cji (nie­któ­rych tyl­ko po ja­poń­sku). W dal­szym cią­gu pi­szę i mó­wię o znisz­cze­niu cen­nych miejsc i rze­czy, któ­re do­strze­gam wo­kół. Po­cie­sze­niem są dla mnie sło­wa Shi­ra­su Ma­sa­ko, „ostat­niej z let­te­ra­ti”. Spy­ta­na, dla­cze­go pod­nio­sła rękę na ar­ty­stę Ra­san­jin’a za zły wzór na ki­mo­nie, skar­ci­ła mnie: „Je­śli na­praw­dę coś ko­chasz, po­wi­nie­neś się roz­zło­ścić”.

Ja­po­nia utra­co­na koń­czy się me­ta­fo­rą z ka­bu­ki, któ­ra przy­cią­ga mnie do Ja­po­nii w taki sam spo­sób, w jaki bo­ha­ter sztu­ki Ka­sa­ne jest wcią­ga­ny na sce­nę przez dłu­gie, ko­ści­ste pal­ce du­cha mar­twe­go Ka­sa­ne.

Dzi­siaj mam już nową me­ta­fo­rę. Po­cho­dzi ze sztu­ki za­ty­tu­ło­wa­nej Yasha­ga­ike („Staw de­mo­na”), w któ­rej grał kie­dyś Ta­ma­so­bu­rō. Mło­dy et­no­log przy­jeż­dża do le­żą­ce­go na ubo­czu mia­stecz­ka, gdzie lu­dzie wie­rzą w le­gen­dę mó­wią­cą, że je­śli dzwon świą­ty­ni nie za­bi­je każ­de­go wie­czo­ru o za­cho­dzie słoń­ca, to ży­ją­ca w sta­wie księż­nicz­ka-smok unie­sie się i po­wódź znisz­czy mia­stecz­ko. Do sta­re­go dzwon­ni­ka wpro­wa­dza się mło­dy uczo­ny, by z cza­sem po­ślu­bić jego cór­kę. Któ­re­goś dnia dzwon­nik umie­ra. Jest póź­ne po­po­łu­dnie. Wkrót­ce ktoś musi ude­rzyć w dzwon. I robi to uczo­ny, choć po­cho­dzi z mia­sta i nie wie­rzy w prze­są­dy. Zo­sta­je dzwon­ni­kiem.

Jest jed­na waż­na rzecz, któ­ra ule­gła zmia­nie, od­kąd na­pi­sa­łem Ja­po­nię utra­co­ną. Prze­mi­nął czas, a wraz z nim lu­dzie, któ­rzy zna­li i prze­ka­zy­wa­li wie­dzę o sta­rej Ja­po­nii, tacy jak es­te­ta Da­vid Kidd, Na­ohi Bo­gi­ni Mat­ka Oomo­to, Fau­bien Bo­wers, on­n­ga­ta Ka­bu­ki Ja­ku­emon, Shi­ra­su Ma­sa­ko, Omo, ko­lek­cjo­ner sztu­ki Ho­so­mi Mi­no­ru, Ku­sa­ka opra­wia­ją­cy zwo­je i pa­ra­wa­ny – wszy­scy oni ode­szli. I w ten spo­sób ja, cu­dzo­zie­miec nie­bę­dą­cy czę­ścią tra­dy­cji, tak jak uczo­ny w Yasha­ga­ike, mu­szę ude­rzać w sta­ry dzwon.

Kie­dy się coś ko­cha, chcia­ło­by się prze­ka­zać tę mi­łość in­nym. I dla­te­go Ja­po­nia utra­co­na jest dla mnie taka waż­na. Cie­szę się, że nowe po­ko­le­nie czy­tel­ni­ków po­czu­je mgłę Iya w chwi­li wej­ścia do Chiio­ri, zo­ba­czy po raz pierw­szy mło­de­go Ta­ma­sa­bu­rō na sce­nie, ze­tknie się z po­czu­ciem hu­mo­ru Da­vi­da Kid­da, od­czu­je „mo­ment przed chwa­łą”.

Alex Kerr, 2015

Roz­dział 1

W po­szu­ki­wa­niu zam­ku

Jajo w wie­ży

Kie­dy mia­łem sześć lat, chcia­łem miesz­kać w zam­ku. To czę­ste ma­rze­nie, ale na ogół dzie­ci, kie­dy pod­ro­sną, za­po­mi­na­ją o nim. Ja prze­sta­łem o tym ma­rzyć do­pie­ro wów­czas, gdy sta­łem się do­ro­sły. Mój oj­ciec był praw­ni­kiem i ofi­ce­rem ma­ry­nar­ki Sta­nów Zjed­no­czo­nych; miesz­ka­li­śmy ja­kiś czas we Wło­szech, w Ne­apo­lu. Na po­bli­skiej wy­spie znaj­do­wał się za­mek zwa­ny Ca­stel dell’Ovo (Za­mek Jaja). Le­gen­da mówi, że Wir­gi­liusz po­da­ro­wał wła­ści­cie­lom zam­ku jajo i prze­po­wie­dział, że je­śli się zbi­je, za­mek ule­gnie znisz­cze­niu. Mi­nę­ło jed­nak kil­ka­set lat, a jajo, nie­na­ru­szo­ne, na­dal znaj­do­wa­ło się w wie­ży, Ca­stel dell’Ovo cią­gle stał, ja zaś chcia­łem w nim za­miesz­kać.

Nie­mal co­dzien­nie, kie­dy oj­ciec wra­cał z pra­cy do domu, mó­wi­łem mu: „Chcę miesz­kać w zam­ku”. Ob­sta­wa­łem przy tym tak upo­rczy­wie, że wresz­cie oj­ciec – nie wie­dząc, co ro­bić – po­wie­dział mi: „Wiel­ki wła­ści­ciel ziem­ski, pan Nuss­baum, ma w swo­im po­sia­da­niu wszyst­kie zam­ki na świe­cie, więc kie­dy do­ro­śniesz, mo­żesz od nie­go któ­ryś wy­na­jąć”. Od tam­tej pory nie­cier­pli­wie cze­ka­łem oka­zji do spo­tka­nia z pa­nem Nuss­bau­mem.

Jak to zwy­kle bywa w przy­pad­ku ty­po­wej ro­dzi­ny ofi­cer­skiej, nie­ustan­nie się prze­pro­wa­dza­li­śmy. Z Ne­apo­lu ojca prze­nie­sio­no na Ha­wa­je, gdzie miesz­ka­li­śmy przy pla­ży na Oahu. Cza­sa­mi fale przy­pły­wu przy­no­si­ły duże, zie­lo­ne, ob­le­pio­ne sko­ru­pia­ka­mi szkla­ne kule. Oj­ciec wy­tłu­ma­czył mi, że uży­wa­ją ich ja­poń­scy ry­ba­cy do utrzy­ma­nia sie­ci na wo­dzie. Kule, ode­rwa­ne od sie­ci przez bu­rzę, do­pły­wa­ją przez cały Oce­an Spo­koj­ny aż do Ha­wa­jów. To było moje pierw­sze ze­tknię­cie z „Ja­po­nią”.

Kie­dy mia­łem dzie­więć lat, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Wa­szyng­to­nu. Cho­dzi­łem do pry­wat­nej szko­ły, gdzie uczo­no ła­ci­ny i chiń­skie­go. Pro­gram był bar­dzo kon­ser­wa­tyw­ny i bar­dzo awan­gar­do­wy jed­no­cze­śnie. Su­ro­wa pani Wang, na­sza na­uczy­ciel­ka, pil­no­wa­ła, by­śmy po­praw­nie, ca­ły­mi stro­ni­ca­mi, ko­pio­wa­li chiń­skie pi­smo. Nu­dzi­ło to więk­szość uczniów, ale mnie się po­do­ba­ło. Pani Wang po­ka­zy­wa­ła nam ob­raz­ki z Pe­ki­nu i przed­sta­wia­ją­ce świą­ty­nie na szczy­tach wzgórz i po­wo­li wspo­mnie­nie Włoch od­da­la­ło się, a ich miej­sce w ma­rze­niach za­ję­ły Chi­ny.

Po trzech la­tach spę­dzo­nych w Pen­ta­go­nie oj­ciec zo­stał prze­nie­sio­ny do Ja­po­nii. W 1964 roku za­miesz­ka­li­śmy w ba­zie ma­ry­nar­ki wo­jen­nej w Jo­ko­ha­mie, mia­łem wte­dy dwa­na­ście lat. W Ja­po­nii od­by­wa­ła się wła­śnie Olim­pia­da. Te­raz wi­dzę, że rok 1964 był punk­tem zwrot­nym dla Ja­po­nii. Po­przed­nich dwa­dzie­ścia lat za­ję­ła od­bu­do­wa kra­ju znisz­czo­ne­go przez dru­gą woj­nę świa­to­wą. Na­stęp­nych trzy­dzie­ści to okres nie­spo­ty­ka­ne­go w hi­sto­rii bo­omu eko­no­micz­ne­go, któ­ry zmie­nił Ja­po­nię w naj­bo­gat­szy kraj świa­ta.

Choć oku­pa­cja ame­ry­kań­ska skoń­czy­ła się w 1952 roku, w ca­łej Jo­ko­ha­mie wi­dać było śla­dy obec­no­ści ar­mii ame­ry­kań­skiej: od spe­cjal­nej wa­lu­ty, któ­rą wpro­wa­dzo­no, by zli­kwi­do­wać czar­ny ry­nek (w miej­sce po­do­bizn pre­zy­den­tów wy­dru­ko­wa­no na bank­no­tach por­tre­ty gwiazd fil­mo­wych), po wszę­do­byl­ską po­li­cję woj­sko­wą. Oprócz miesz­kań­ców bazy woj­sko­wej była w Jo­ko­ha­mie mała grup­ka za­sie­dzia­łych Ame­ry­ka­nów; nie­któ­rzy z nich miesz­ka­li tu od dzie­siąt­ków lat. Ów­cze­sny kurs do­la­ra wy­no­sił 360 je­nów, czy­li czte­ro­krot­nie wię­cej niż dzi­siaj, cu­dzo­ziem­com po­wo­dzi­ło się więc do­brze. Ko­le­żan­ka mo­jej mat­ki z cza­sów dzie­ciń­stwa Lin­da Be­ech, któ­ra miesz­ka­ła w To­kio, zdo­by­ła po­pu­lar­ność, pro­wa­dząc te­le­wi­zyj­ne lek­cje an­giel­skie­go. Po­ka­zy­wa­ła się na ekra­nie w stro­ju nur­ka i krzy­cza­ła: „Tonę. I am drow­ning! To zna­czy d-R-(a nie L)-o-w-n-i-n-g!”. Lin­da była pierw­szą cu­dzo­ziem­ką wy­stę­pu­ją­cą w te­le­wi­zji, w któ­rej te­raz jest ich całe mnó­stwo. Cu­dzo­ziem­cy obec­nie ży­ją­cy w To­kio mają cia­sne miesz­ka­nia – Lin­da, i cała ame­ry­kań­ska ko­lo­nia, po­sia­da­ła wil­le na wy­brze­żu w Mi­sa­ki.

Sza­le­nie mnie ucie­szy­ło, że pi­smo chiń­skie, któ­re­go uczy­łem się w Wa­szyng­to­nie, było rów­nież uży­wa­ne w Ja­po­nii. W cią­gu kil­ku ty­go­dni sam opa­no­wa­łem hi­ra­ga­nę i ka­ta­ka­nę (dwa sy­la­ba­riu­sze ja­poń­skie) i kie­dy mo­głem już czy­tać zna­ki na po­cią­gach i au­to­bu­sach, za­czą­łem sa­mo­dziel­nie zwie­dzać Jo­ko­ha­mę i To­kio. Gdy nad­cho­dził week­end, Tsu­ru-san, na­sza go­spo­sia, pa­ko­wa­ła mi do pu­deł­ka dru­gie śnia­da­nie i wy­ru­sza­łem po­cią­giem na po­łu­dnie do zam­ku Oda­wa­ra i na pół­noc do Nik­kō. Lu­dzie od­no­si­li się przy­jaź­nie do ame­ry­kań­skie­go chłop­ca py­ta­ją­ce­go o dro­gę po ja­poń­sku. Po­wo­li moje za­in­te­re­so­wa­nie Ja­po­nią wy­par­ło za­in­te­re­so­wa­nie Chi­na­mi.

W kra­ju za­czy­nał się wła­śnie ogrom­ny boom eko­no­micz­ny, ale sta­ra Ja­po­nia była jesz­cze wy­raź­nie wi­docz­na. Wo­kół Jo­ko­ha­my, a na­wet w środ­ku mia­sta, wzno­si­ły się zie­lo­ne wzgó­rza, wie­le dziel­nic i ulic wciąż mia­ło tra­dy­cyj­nie ja­poń­ski cha­rak­ter. Szcze­gól­nie za­chwy­ca­ło mnie mo­rze da­chów po­kry­tych da­chów­ka­mi. Je­sie­nią i zimą więk­szość ko­biet po czter­dzie­st­ce cho­dzi­ła w ki­mo­nach. Za­chod­ni typ obu­wia był cią­gle no­wo­ścią; lu­bi­łem przy­glą­dać się bu­tom pa­sa­że­rów au­to­bu­su – zwy­kle była to mie­sza­ni­na san­da­łów, geta (drew­nia­nych cho­da­ków na ko­tur­nach) i praw­dzi­wie zdu­mie­wa­ją­cych szkar­łat­nych pla­sti­ko­wych kla­pek. Po za­pad­nię­ciu zmro­ku sły­chać było stu­ka­nie geta,od­bi­ja­ją­ce się echem w ulicz­kach.

Ogrom­nie po­do­ba­ły mi się ja­poń­skie domy. Wte­dy w Jo­ko­ha­mie i To­kio było jesz­cze dużo wspa­nia­łych sta­rych ja­poń­skich do­mów. Lin­da Be­ech wpro­wa­dzi­ła moją mat­kę do sto­wa­rzy­sze­nia ko­biet, któ­re na­zy­wa­ło się Na­de­shi­ko-Kai (Sto­wa­rzy­sze­nie Goź­dzi­ków); ko­bie­ty ja­poń­skie uwa­ża się za tak pięk­ne jak kwiat na­de­shi­ko (po­lny goź­dzik). Za­da­wa­nie się z cu­dzo­ziem­ca­mi było wów­czas w Ja­po­nii czymś wy­jąt­ko­wym, a człon­ki­nie Na­de­shi­ko-Kai wy­wo­dzi­ły się z eli­ty. Raz na mie­siąc pa­nie wza­jem­nie od­wie­dza­ły swo­je domy, a po­nie­waż mama za­bie­ra­ła mnie z sobą, mia­łem zna­ko­mi­tą oka­zję obej­rze­nia tych wspa­nia­łych sie­dzib.

Pa­mię­tam dużą po­sia­dłość w Hay­amie, uzdro­wi­sko­wym mie­ście w po­bli­żu Mi­sa­ki, mniej wię­cej go­dzi­nę dro­gi na po­łu­dnie od Jo­ko­ha­my. Po­wie­dzia­no mi, że dom na­le­żał do ro­dzi­ny ce­sar­skiej, ale dzi­siaj wy­da­je mi się nie­moż­li­we, by wpusz­czo­no do ce­sar­skie­go domu ko­goś z per­so­ne­lu ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, na­wet już po oku­pa­cji. Po­sia­dłość mu­sia­ła le­żeć gdzieś w są­siedz­twie ce­sar­skie­go domu. W tej wil­li w Hay­amie po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem maty ta­ta­mi, a z okien sło­necz­nych po­koi na dru­gim pię­trze wi­dać było w od­da­li górę Fu­dżi.

W pa­mię­ci utkwi­ła mi też wspa­nia­ła re­zy­den­cja by­łe­go pre­mie­ra Shi­ge­ru Yoshi­dy w To­kio. W ol­brzy­mim sa­lo­nie z ka­se­to­no­wym pla­fo­nem pod­ło­gę po­kry­wał tu­zin mat ta­ta­mi. Ale moim ulu­bio­nym miej­scem był ze­spół ja­poń­skich wiej­skich do­mów na­le­żą­cych do Lin­dy Be­ech i jej przy­ja­ciół. Jesz­cze te­raz wy­raź­nie wi­dzę na urwi­skach Mi­sa­ki rzę­dy so­sen mio­ta­ne mor­skim wia­trem.

Wspa­nia­łe sta­re ja­poń­skie domy nie były zwy­kły­mi do­ma­mi. Każ­dy z nich miał „pro­gram” – za­pro­jek­to­wa­no je tak, by uka­zy­wa­ły się eta­pa­mi, jak roz­wi­ja­ny zwój. Pa­mię­tam pierw­szą wi­zy­tę w domu jed­nej z pań z Na­de­shi­ko-Kai. Wy­so­kie ze­wnętrz­ne mury prze­sła­nia­ły wszyst­ko. We­szli­śmy przez bra­mę, prze­szli­śmy przez ogród, da­lej na­tra­fi­li­śmy na dru­gą bra­mę i na­stęp­ny ogród i do­pie­ro tam znaj­do­wał się ga­nek – gen­kan (do­słow­nie: ukry­ta ba­rie­ra).

Do­cho­dząc do gen­ka­nu, ze zdzi­wie­niem zo­ba­czy­li­śmy pa­nią domu wi­ta­ją­cą nas na klęcz­kach, a gło­wą do­ty­ka­ją­cą ta­ta­mi. Było to po­wi­ta­nie god­ne ro­dzi­ny kró­lew­skiej, po­czu­łem, że wej­ście do tego domu jest wiel­kim wy­da­rze­niem. Na­stęp­nie prze­szli­śmy ko­ry­ta­rzem, za nim mie­ścił się mały po­kój i jesz­cze je­den ko­ry­tarz. Wresz­cie zna­leź­li­śmy się w prze­stron­nym, ab­so­lut­nie pu­stym sa­lo­nie – je­dy­nie w to­ko­no­mie (al­ko­wie) sta­ły kwia­ty. Było lato i drzwi z ko­ry­ta­rza i sa­lo­nu zo­sta­ły zdję­te; po­wiew po­wie­trza z ogro­du roz­cho­dził się po ca­łym domu, świa­tło z ogro­du do­bie­ga­ło jed­nak tyl­ko do nie­któ­rych miejsc, tak że w du­żym po­ko­ju wy­ło­żo­nym ta­ta­mi było ciem­no. Ta­jem­ni­cza prze­strzeń, da­le­ka od świa­ta ze­wnętrz­ne­go, spo­wo­do­wa­ła, że od­nio­słem wra­że­nie, jak gdy­by prze­nie­sio­no mnie do daw­nych cza­sów, kie­dy jesz­cze nie było mnie na świe­cie. Ten dom stał się moim zam­kiem: zro­zu­mia­łem, że Ja­po­nia jest miej­scem, w któ­rym chciał­bym spę­dzić ży­cie.

W 1966 roku wró­ci­li­śmy do Wa­szyng­to­nu. Po ma­tu­rze w 1969 za­czą­łem stu­dia ja­po­ni­stycz­ne na Uni­wer­sy­te­cie Yale. Nie­ste­ty pro­gram mnie roz­cza­ro­wał. Do­ty­czył przede wszyst­kim roz­wo­ju eko­no­micz­ne­go, rzą­dów po prze­ło­mie Me­iji, teo­rii „ja­poń­sko­ści” (zna­nej jako Ni­hon­jin­ron) itd., itd.; py­ta­łem sam sie­bie, czy rze­czy­wi­ście Ja­po­nia jest miej­scem, w któ­rym pra­gnę żyć. Aby roz­wiać te wąt­pli­wo­ści, la­tem 1971 roku ob­je­cha­łem au­to­sto­pem cały Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni: od pół­noc­nej wy­spy Hok­ka­ido do po­łu­dnio­we­go krań­ca Kiu­siu.

Za­ję­ło mi to dwa mie­sią­ce i przez cały ten okres trak­to­wa­no mnie wspa­nia­le. To były do­bre cza­sy dla tu­ry­stów. Ja­poń­czy­cy za­wsze ob­cho­dzi­li się z cu­dzo­ziem­ca­mi jak z przy­by­sza­mi z in­nej pla­ne­ty. W mia­rę jak Ja­po­nia otwie­ra­ła się na świat, sto­su­nek do cu­dzo­ziem­ców sta­wał się bar­dziej, a nie mniej, skom­pli­ko­wa­ny. Ale wte­dy na­po­ty­ka­łem wy­łącz­nie sza­lo­ną cie­ka­wość: za­sy­py­wa­no mnie py­ta­nia­mi na te­mat sys­te­mu szkol­nic­twa w Ame­ry­ce, ro­dzi­ców, ro­dzi­ny, ubra­nia – wszyst­kie­go. Star­sze pa­nie po­cią­ga­ły mnie za wło­sy na rę­kach, żeby się prze­ko­nać, czy są praw­dzi­we, oj­co­wie ro­dzin pro­wa­dzi­li mnie do pu­blicz­nych łaź­ni, by zo­ba­czyć, czy to, co sły­sze­li o cu­dzo­ziem­cach, jest praw­dą. W cią­gu dwóch mie­się­cy tyl­ko trzy noce spę­dzi­łem w ho­te­lu – po­zo­sta­łe w do­mach lu­dzi po­zna­nych w dro­dze.

By­łem pod wra­że­niem uprzej­mo­ści Ja­poń­czy­ków, od­nios­łem też inne ko­rzy­ści. Od­kry­łem ja­poń­ską przy­ro­dę. W 1971 roku nie­ustę­pli­wy atak mo­der­ni­za­cji zbli­żał się już do wsi, ale w po­rów­na­niu z mia­sta­mi wiej­skie oko­li­ce za­cho­wa­ły jesz­cze pier­wot­ny wy­gląd. Dróg było mało, a góry po­ra­sta­ły sta­ry­mi la­sa­mi. Nad do­li­na­mi uno­si­ły się cza­ro­dziej­skie mgły, wy­smu­kłe i de­li­kat­ne ga­łę­zie drzew po­ru­sza­ły się w po­wie­wach wia­tru, to uka­zu­jąc, to prze­sła­nia­jąc ska­ły.

Geo­gra­ficz­nie Ja­po­nia na­le­ży do stre­fy umiar­ko­wa­nej, ale jej ro­ślin­ność jest bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­na dla stre­fy tro­pi­kal­nej. Każ­dy, kto wę­dro­wał przez góry Si­ko­ku i Kiu­siu, wie, że ja­poń­skie góry to ro­dzaj dżun­gli. Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, wil­got­ne, za­ro­śnię­te zbo­cza po­kry­te są pa­pro­cia­mi, mchem i opa­dły­mi li­ść­mi. Idąc krę­tą gór­ską dro­gą, na­gle do­zna­wa­łem wra­że­nia, że cof­ną­łem się w cza­sie o set­ki mi­lio­nów lat. Czu­łem, że w każ­dej chwi­li z mgły może wy­fru­nąć pte­ro­dak­tyl.

Kie­dy te­raz my­ślę o na­tu­ral­nym pięk­nie Ja­po­nii w tam­tych cza­sach, zbie­ra mi się na płacz. Wul­ka­nicz­ne góry, „tro­pi­kal­na” ro­ślin­ność i de­li­kat­ność tam­tej­szej ro­dzi­mej flo­ry spra­wia­ły, że Ja­po­nia była chy­ba jed­nym z naj­pięk­niej­szych kra­jów świa­ta. W cią­gu na­stęp­nych dwu­dzie­stu dziw­nych lat jej na­tu­ral­ne śro­do­wi­sko kom­plet­nie się zmie­ni­ło. Sta­re lasy wy­cię­to i za­stą­pio­no rów­ny­mi rzę­da­mi drzew ce­dro­wych; mię­dzy tymi ce­dro­wy­mi „sa­da­mi” pa­nu­je śmier­tel­na ci­sza. Sta­ły się pu­sty­nią, w któ­rej nie ma ro­ślin ani zwie­rząt. Głę­bo­ko w gó­rach po­bu­do­wa­no dro­gi, a zbo­cza gór po­kry­to za­bez­pie­cza­ją­cym przed ero­zją ce­men­tem, ukry­wa­jąc ich pięk­no. Na­wet mgły nie wzno­szą się już nad wą­wo­za­mi.

Nie­daw­no za­pa­no­wa­ła na świe­cie moda na stu­dia ja­po­ni­stycz­ne i wie­lu stu­den­tów od­wie­dza Ja­po­nię. Wi­dzą ogro­dy Kio­to i od­jeż­dża­ją, my­śląc, że te two­ry z za­gra­bio­ne­go pia­sku i po­przy­ci­na­nych ży­wo­pło­tów to „na­tu­ra”. Tym­cza­sem na­tu­ra była kie­dyś w Ja­po­nii czymś nie­wy­obra­żal­nym i mi­stycz­nym, świę­tą prze­strze­nią za­miesz­ka­ną z pew­no­ścią przez bo­gów. W sin­to ist­nie­je tra­dy­cja Kami-no yo, „ery bo­gów”, kie­dy czło­wiek był czy­sty, a bo­go­wie miesz­ka­li wśród drzew i wzgórz. Dzi­siaj ta tra­dy­cja jest ko­men­ta­rzem hi­sto­rycz­nym do stu­diów nad po­ezją ja­poń­ską lub czy­ta­my o niej w bro­szur­ce na te­mat świą­tyń sin­to. Ale jesz­cze w 1971 roku ist­nia­ły dzie­wi­cze pusz­cze. Czu­ło się w nich obec­ność bóstw. Taka na­tu­ra na­le­ży już do prze­szło­ści, wąt­pię, by utra­co­ne pięk­no ja­poń­skich la­sów i gór kie­dy­kol­wiek za­tar­ło się w mo­jej pa­mię­ci.

Si­ko­ku, naj­mniej­sza z czte­rech głów­nych ja­poń­skich wysp, jest naj­rza­dziej od­wie­dza­na przez tu­ry­stów i nie było jej też w mo­ich pla­nach po­dróż­ni­czych. Kie­dy jako chło­piec miesz­ka­łem w Jo­ko­ha­mie, Tsu­ru-san śpie­wa­ła mi pio­sen­kę o Kom­pi­rze – świą­ty­ni sin­to na Si­ko­ku. Przy­pad­kiem pierw­sza oso­ba, któ­ra mnie pod­wio­zła sa­mo­cho­dem, po­da­ro­wa­ła mi amu­let z tej świą­ty­ni. Uzna­łem to za znak, że po­wi­nie­nem się udać z piel­grzym­ką do Kom­pi­ry, i pod ko­niec lata po­je­cha­łem na Si­ko­ku. Ja­kiś czas spę­dzi­łem z gru­pą ko­le­gów w Kom­pi­rze i po­bli­skiej świą­ty­ni bud­dyj­skiej Zent­sū-ji. Ostat­nie­go dnia po­by­tu ktoś, kogo do­pie­ro co po­zna­łem, za­pro­po­no­wał, że po­ka­że mi miej­sce, w któ­rym, jak twier­dził, z pew­no­ścią się za­ko­cham.

Wsie­dli­śmy na mo­tor i z Zent­sū-ji wy­ru­szy­li­śmy do Ike­dy, ma­łe­go mia­stecz­ka le­żą­ce­go nie­mal w sa­mym środ­ku Si­ko­ku. Dro­ga bie­gła w górę wzdłuż rze­ki Yoshi­no. Zbo­cza do­li­ny po obu stro­nach sta­wa­ły się co­raz bar­dziej stro­me i kie­dy za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, do­kąd je­dzie­my, wła­śnie sta­nę­li­śmy u uj­ścia do­li­ny Iya. My­śla­łem, że do­tar­li­śmy do celu, ale usły­sza­łem, że „to do­pie­ro po­czą­tek”. Za­czę­li­śmy się wspi­nać wą­ską, krę­tą gór­ską dro­gą.

Usy­tu­owa­na na gra­ni­cy po­mię­dzy pre­fek­tu­ra­mi To­ku­shi­ma i Kōchi, do­li­na Iya jest naj­głęb­szym wą­wo­zem w Ja­po­nii. Pej­zaż, jaki uj­rza­łem tego dnia, był naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ny spo­śród wszyst­kich wi­dzia­nych w tym kra­ju; przy­po­mi­nał mi chiń­skie góry, w któ­rych za­ko­cha­łem się jako dziec­ko. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak gór­ski pej­zaż ma­lo­wa­ny tu­szem w okre­sie dy­na­stii Song.

Dzię­ki zie­lo­ne­mu łup­ko­wi ila­ste­mu, cha­rak­te­ry­stycz­ne­mu dla re­jo­nu To­ku­shi­ma, rze­ki mia­ły szma­rag­do­we za­bar­wie­nie, a wy­so­kie ścia­ny urwisk wy­glą­da­ły jak z rzeź­bio­ne­go ne­fry­tu. Z gór le­żą­cych po dru­giej stro­nie do­li­ny spa­da­ły w dół bia­łe ka­ska­dy – na­zy­wa­ne przez Ja­poń­czy­ków taki no shi­ra­ito (do­słow­nie: bia­łe nici wo­do­spa­du) – jak gdy­by na­ma­lo­wa­ne jed­nym po­cią­gnię­ciem pędz­la. Na tle tej de­ko­ra­cji roz­rzu­co­ne gdzie­nie­gdzie w gó­rach po­kry­te strze­chą dom­ki spra­wia­ły wra­że­nie cha­tek pu­stel­ni­ków.

Wy­da­je mi się, że każ­dy kraj ma swój szcze­gól­ny rys kra­jo­bra­zu. W An­glii jest nim tra­wa – na miej­skich pla­cach, na pa­stwi­skach i na traw­ni­kach uni­wer­sy­tec­kich. W Ja­po­nii są to mia­stecz­ka o zwar­tej za­bu­do­wie. Domy w ja­poń­skim mia­stecz­ku na ogół są zgru­po­wa­ne na pła­skim te­re­nie – albo na dnie do­li­ny, albo u stóp wzgó­rza – i oto­czo­ne po­let­ka­mi ry­żo­wy­mi. Lu­dzie nie miesz­ka­ją w gó­rach, któ­re daw­ny­mi cza­sy były sie­dzi­bą bo­gów, uzna­wa­ną za tabu. Na­wet dzi­siaj góry w Ja­po­nii są pra­wie cał­ko­wi­cie bez­lud­ne.

Iya jest inna. Póź­niej, pod­czas stu­diów w Yale, ba­da­łem do­li­nę Iya na po­trze­by swo­jej pra­cy ma­gi­ster­skiej. Oka­za­ło się, że umiej­sco­wie­nie tej osa­dy jest w Ja­po­nii wy­jąt­ko­we. W Iya uni­ka się bo­wiem sta­wia­nia do­mów na ni­sko po­ło­żo­nych te­re­nach nad­rzecz­nych, bu­du­je się je na zbo­czach gór. Jed­ną z przy­czyn jest to, że ocie­nio­ne te­re­ny u brze­gów rze­ki nie na­da­ją się dla rol­nic­twa. Po­nad­to licz­ne źró­dła wy­try­sku­ją­ce w gó­rach po­wo­du­ją, że wy­so­ko po­ło­żo­ne te­re­ny le­piej za­spo­ka­ja­ją ludz­kie po­trze­by. A po­nie­waż ka­mie­ni­sta Iya nie na­da­je się do upra­wy ryżu i po­le­tek jest bar­dzo nie­wie­le, lu­dzie nie mu­szą miesz­kać ra­zem, by ich do­glą­dać. Re­zul­ta­tem są nie­za­leż­ne, wol­no sto­ją­ce do­mo­stwa roz­rzu­co­ne po gó­rach.

Ma­larz Ni Zan z okre­su dy­na­stii Yuan ma­lo­wał góry w spo­sób nie­zrów­na­ny. Kom­po­zy­cje jego prac są za­wsze ta­kie same: ni­g­dy nie po­ja­wia się po­stać czło­wie­ka; wi­dać je­dy­nie po­je­dyn­czy kry­ty strze­chą dom wśród bez­kre­snych gór. Tam, w gó­rach Iya, od­czu­łem ludz­ką sa­mot­ność i wiel­kość na­tu­ry wy­ra­żo­ną w ma­lar­stwie Ni Zana.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Lost Ja­pan. Last Glimp­se of Be­au­ti­ful Ja­pan

Ko­rek­ta: CHAT BLANC Anna Po­inc-Chra­bąszcz

Kon­sul­ta­cja ja­po­ni­stycz­na: Hen­ryk Lip­szyc

Pro­jekt gra­ficz­ny i skład: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Na okład­ce: Ka­wa­se Ha­sui, Wie­czór w Ta­go­no­urze

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ma­ria Kwie­cień­ska-Dec­ker, 2019

Ori­gi­nal En­glish lan­gu­age edi­tion first pu­bli­shed by Pen­gu­in Bo­oks Ltd, Lon­don

Text co­py­ri­ght © Alex Kerr 2015

The au­thor has as­ser­ted his mo­ral ri­ghts. All ri­ghts re­se­rved

Ilu­stra­cje: do­me­na pu­blicz­na, re­pro­duk­cje ze zbio­rów Rijk­smu­seum

ISBN 978-83-66147-12-6

Wy­da­nie dru­gie, zmie­nio­ne

115. książ­ka wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień

hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne

pod ad­re­sem sprze­[email protected]­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317