Poniemieckie - Karolina Kuszyk - ebook + książka

Poniemieckie ebook

Karolina Kuszyk

4,3

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Poniemieckie” to błyskotliwa opowieść o losach domów, cmentarzy i rzeczy, od szaf po oleodruki. Karolina Kuszyk – sama „wychowana na poniemieckim” – tropi ślady, wczytuje się we wspomnienia osadników i przesiedleńców, a przede wszystkim rozmawia – z przedstawicielami trzech pokoleń ludzi mieszkających w poniemieckich domach i korzystających z poniemieckich przedmiotów, ze zbieraczami i kolekcjonerami, z poszukiwaczami niemieckich skarbów, z regionalistami z ziem zachodnich i północnych odkrywającymi przedwojenną historię swoich małych ojczyzn. I zadaje pytania. Czym są dla nas Poniemieckie rzeczy? Wdzięcznymi, lecz niewiele mówiącymi gadżetami w rodzaju obrazka z Aniołem Stróżem przeprowadzającym dzieci przez kładkę nad przepaścią? Obcymi śmieciami, na których rodzice i dziadkowie musieli się urządzać, bo nie mieli innego wyjścia? Jak bardzo dom poniemiecki musiał się napracować, żeby zasłużyć na miano polskiego? A co się stało z niemieckimi cmentarzami na ziemiach przyłączonych do Polski w 1945 roku?

Opowiadając o tym, jak biografie poniemieckich domów, rzeczy i cmentarzy splatały się z losami ich polskich spadkobierców od powojnia po współczesność, autorka zastanawia się także, czym jest dziś polskość i ile obcości potrafimy znieść w tym, co określamy mianem własnego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Karolina Kuszyk

Poniemieckie

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Michał Szlaga / Reporter

Copyright © by Karolina Kuszyk, 2019

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta d2d.pl

Skład Karolina Księżyc / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-673-6

Wszystko mam poniemieckie

Wszystko mam poniemieckie – poniemieckie miasto

i poniemieckie lasy, poniemieckie groby,

poniemieckie mieszkanie, poniemieckie schody

i zegar, szafę, talerz, poniemieckie auto

i kurtkę, i kieliszek, i drzewa, i radio,

i właśnie na tych śmieciach zbudowałem sobie

życie, na tych odpadkach, tu będę królował,

to trawił i rozkładał, z tego mi wypadło

wybudować ojczyznę [...]

Tomasz Różycki, Totemy i koraliki

„Taż przecie to ksiądz jeszcze poniemiecki” – mówi Mania Pawlakowa, gdy babci Leonii zbiera się na umieranie, a ksiądz, wezwany, żeby udzielić jej ostatniego namaszczenia, jest, no cóż, Niemcem. „Bóg ten sam co w Krużewnikach” – odpowiada Pawlak, choć z niejakim wahaniem[1]. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Pan Bóg niemiecką spowiedź uzna i babcię Leonię „dopuści”, jeśli nie od razu do nieba, to przynajmniej do czyśćca.

Niemiecki ksiądz po objęciu władzy przez polską administrację stał się, jak widać, już trochę swój, poniemiecki, na podobieństwo mienia i inwentarza. W innej scenie Samych swoich Witia, syn Pawlaka, wybiera się do miasteczka na szaberplac, żeby kupić kota i zaradzić pladze myszy w obejściu. Koty na sprzedaż są, a jakże. Pewnie poniemieckie, zastanawia się głośno Witia. Coś pan, z centralnej Polski je wiozę, protestuje z mocą handlarz. Kot z miasta Łodzi, którego Witia kupił ostatecznie za dwa worki pszenicy i rower, okazał się zresztą łowny i sprawiał się doskonale, świadcząc usługi w dwóch gospodarstwach, na przemian to w Pawlakowym, to w Kargulowym. A w niedziele i święta dorabiał sobie u sołtysa.

Zawsze uważałam, że gag o kocie z miasta Łodzi miał pokazywać w krzywym zwierciadle niechęć repatriantów do wszystkiego, co niemieckie. Nie przypuszczałam, by koty z centrali rzeczywiście cieszyły się większym powodzeniem od miejscowych. Ale autor scenariusza Samych swoich Andrzej Mularczyk wcale nie przesadził. Zrozumiałam to dopiero niedawno, gdy zaczęłam czytać pamiętniki pionierów osadnictwa. Pewna rolniczka z Mazur, wspominając plagę gryzoni z 1946 roku, pisała o ludziach, którzy robili na kotach interesy, przywożąc je z Polski centralnej i sprzedając po dwieście złotych za sztukę. To bardzo dużo – kwintal pszenicy kosztował wtedy pięćset złotych. Wygląda na to, że poniemieckie koty albo nie wyrabiały się z łowieniem myszy, albo też, biorąc rozbrat ze swoją kocią naturą, odmawiały służby w ramach antypolskiego sabotażu.

Krowa też mogła być poniemiecka. „Jeżeli Obywatel ma zaświadczenie z jednostki wojskowej o przydziale krowy ze stwierdzeniem, że była własnością wojska, krowa taka nie może być uznana za poniemiecką” – odpowiada na list targanego wątpliwościami obywatela dziennikarz dwutygodnika „Osadnik na Ziemiach Odzyskanych” w 1948 roku.

Poniemieckie były domy, budynki użyteczności publicznej, fabryki, drogi, kościoły, cmentarze, a także przedmioty codziennego użytku: kredensy i szafy, stoły i krzesła, maszyny i narzędzia, naczynia i akcesoria kuchenne, ubrania, obrazy na ścianach i weki w piwnicach. Poniemieckie były ziemniaki, z których pędzono arcypolski bimber. Ale też grzybnia i zwierzyna w lasach oraz szpalery lip wzdłuż wiejskich dróg. Jednym słowem: wszystko. Polski Rząd Tymczasowy próbował stworzyć stan po już 6 maja 1945, na pół roku przed postanowieniami poczdamskimi zatwierdzającymi nowy przebieg granic, poprzez ustawę o majątkach opuszczonych i porzuconych. W myśl ustawy majątkiem opuszczonym było mienie nieznajdujące się w posiadaniu właściciela, zaś porzuconym – wszelki majątek ruchomy bądź nieruchomy będący własnością lub będący w posiadaniu państwa niemieckiego, obywateli niemieckich czy też osób, które „uciekły przed Armią Czerwoną i nie wróciły”. Formalna konfiskata niemieckiego mienia, już po przekazaniu Polsce ziem po Odrę i Nysę Łużycką w sierpniu 1945 roku, nastąpiła na mocy dekretu z 8 marca 1946 roku. Wówczas to własnością skarbu państwa stał się wszelki majątek Rzeszy Niemieckiej i byłego Wolnego Miasta Gdańska oraz obywateli Rzeszy, z wyjątkiem „osób narodowości polskiej lub innej przez Niemców prześladowanej”. W nazwie dekretu majątki porzucone zostały zmienione na poniemieckie.

Swastyka

Ta książka zaczęła się trzy lata temu w Legnicy, gdy odwiedzaliśmy z mężem moich rodziców. Zmywaliśmy akurat naczynia po kolacji. Nagle mąż ryknął jak poparzony i zawołał:

– A to co?!

Patrzył, a raczej wpatrywał się w mały, zielony symbol na spodzie odwróconej do góry dnem białej fajansowej miski, w to miejsce, gdzie zazwyczaj widnieje fabryczna sygnatura naczynia. Nasza miska też ma sygnaturę, tylko że w kształcie swastyki. Niewielkiej, bo niewielkiej, chciałoby się powiedzieć „dyskretnej” – ale jednak swastyki. Symbol hitlerowskiego zła jest wpisany w koło zębate, a malutkie litery zgrupowane wokół koła układają się w napis „KPM [Krister Porzellan-Manufaktur] – Modell des Amtes – Schönheit der Arbeit”.

Miska jest w naszej rodzinie od zawsze. Nie stoi na poczesnym miejscu, bo to nie piękno, lecz użyteczność jest jej przymiotem numer jeden. Doskonale nadaje się do ucierania ciasta i mieszania kutii. Nie potrafię wyobrazić sobie bez niej żadnej Wigilii ani Wielkanocy. Ale swastykę zobaczyłam dopiero po blisko dwudziestu latach od wyprowadzki z rodzinnego domu, za sprawą męża Niemca, który nie mógł wyjść ze zdumienia, że symbol hitleryzmu mógł się uchować przez tyle lat w polskim domu. W niemieckich domach trudno sobie dziś wyobrazić naczynia stemplowane swastykami, chyba że są to domy, w których mieszkają neonaziści. Albo podejrzane indywidua, które z tylko sobie wiadomych powodów zbierają hitlerowskie artefakty. Nie wiem, co sprawiło, że swastyki na spodzie naszej miski nie widziałam przez całe lata ani ja, ani nikt z domowników, ale tamtego wieczoru zaczęłam się zastanawiać, ile mamy po domach rzeczy, których poniemieckość stała się dla nas przezroczysta.

Pokolenie, które pamięta pionierskie czasy i okoliczności przejmowania tego, co mocą dekretu stało się po, już odchodzi. Na ziemiach zachodnich i północnych rodzą się wciąż nowi. Bywa, że wrocławianie i szczecinianie częściej niż do Warszawy jeżdżą do Berlina: na koncerty, na zakupy, na studia, do pracy, na lotnisko. Sama po studiach w stolicy i roku pracy na Zamojszczyźnie i w Warszawie przeniosłam się do Berlina. To zaledwie trzysta kilometrów od Legnicy. Inaczej niż w Warszawie, gdzie nie udało mi się – mimo prób – zapuścić korzeni, na berlińskim bruku od razu poczułam się u siebie. A przecież jeszcze do wczesnych lat dziewięćdziesiątych moja rodzinna okolica kończyła się od zachodu na Borach Dolnośląskich. Za nimi była granica z NRD, czyli koniec świata.

Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że krajobraz po tamtej stronie jest tak podobny do naszego, dolnośląskiego. Zresztą w latach osiemdziesiątych nikt z naszego najbliższego otoczenia do Niemiec nie jeździł. W ramach istniejących możliwości wczasowaliśmy się w Bułgarii i Czechosłowacji, w Jugosławii, na Węgrzech i w Odessie. Podczas gdy moje równolatki z Europy Zachodniej spędzały wakacje nad Morzem Śródziemnym, we Włoszech i na Majorce, ja zajadałam arbuzy i granaty nad Morzem Czarnym, jak przystało na dziecko bloku wschodniego.

Niemcy? Te dalsze, choć z jakichś powodów bliższe i łatwiejsze do opisania, interesowały mnie wyłącznie jako kraina czekolady Nussbeisser – z orzechami i foliowym okienkiem – coca-coli w puszkach i magazynu „Bravo”. Te drugie Niemcy, niby bratnie, ale protekcjonalnie przezywane Enerdówkiem, były tuż za miedzą, ale tak, jakby ich w ogóle nie było. Jakby za Borami Dolnośląskimi rozpościerał się krajobraz po katastrofie. Z podobieństwa doświadczeń ludzi, którzy wychowali się w Peerelu i Enerdówku zdałam sobie sprawę, dopiero gdy poznałam przyszłego męża, urodzonego we wschodnim Berlinie, i zaczęliśmy opowiadać sobie swoje dzieciństwo i wczesną młodość.

O uczuciu niewłaściwości

Jest jednak doświadczenie, którego nie dzieliłam ani z mężem, ani z tymi z moich przyjaciół, którzy dorastali w Chełmie, w Warszawie, Poznaniu czy Kole. To doświadczenie życia wśród nie do końca oswojonego krajobrazu i poczucie, że z historią mojego miasta i okolic wiąże się jakiś wstydliwy sekret. Ci, którzy wychowywali się na ziemiach zachodnich i północnych w pierwszym, drugim, a nawet jeszcze w trzecim pokoleniu, próbując zbliżyć się do przeszłości sprzed 1945 roku, trafiali przez długi czas na barierę milczenia. Przeszłość była ukrywana – podobnie jak w tak zwanej dobrej rodzinie ukrywa się wstydliwą tajemnicę czyjegoś niewłaściwego pochodzenia, pisał w 1996 roku wrocławski literaturoznawca i krytyk Andrzej Zawada. Beata Kozak, germanistka i redaktorka naczelna miesięcznika „Zadra”, zapamiętała, że w latach siedemdziesiątych w Szczecinie żaden dorosły nie opowiadał, „jak to się stało, że tu przyjechał”. „Wszyscy byli zajęci pracą, dotrwaniem do pierwszego, do kolejnej wypłaty, wyjazdami na pracownicze wczasy nad morze, normalnością, niewychylaniem się – wspominała Kozak. – Obcość i atmosfera niedopowiedzenia, przemilczania czegoś nieprzyjemnego, były wszechobecne, a więc prawie niezauważalne”. Poeta Tomasz Różycki, który pisał „wszystko mam poniemieckie”, przyznał w 2006 roku w wywiadzie dla „Polityki”, że poczucie obcości w rodzimym Opolu było czasem tak dojmujące, że skłaniało go do prób zakorzenienia się w miejscach o bardziej jednoznacznej tożsamości, na przykład w Krakowie.

My, potomkowie repatriantów i osadników, nie znamy innej ojczyzny. Nie pamiętamy wojny ani wykorzenienia. A przecież wielka przeprowadzka jest ciągle obecna – trwa w rodzinnych opowieściach i anegdotach. W tym, co mówili nasi rodzice i dziadkowie – otwarcie, półgębkiem albo między wierszami – i w tym, o czym zawzięcie milczeli. Historia o układaniu sobie nowego życia na zrębach cudzego, na nie swoim, wciąż chce być opowiadana, jakby jeszcze nie wybrzmiała o niej cała prawda. Nie bez powodu trzy lata temu Jerzy Baczyński i Leszek Będkowski zatytułowali artykuł, który otwierał przewodnik historyczny „Polityki” dotyczący powojennych migracji, Prawdziwa historia samych swoich. Czyżbyśmy więc opowiadali sobie do tej pory historię nieprawdziwą? Nie, ale z pewnością niepełną – i obciążoną politycznymi nadużyciami.

Przez wiele lat po wojnie zamalowywaliśmy niemieckie fasady, ale i tak w co drugim domu zachowały się rzeczy po Niemcach: wagi Alexanderwerk, młynki do kawy, wieszaki z nazwiskami żydowskich kupców, pojemniki kuchenne i cała masa innych rzeczy, czasem niewiadomego przeznaczenia. Państwowa akcja likwidacji „śladów niemczyzny” omijała mieszkania prywatne, nie sięgając dalej niż do bram i klatek schodowych. Decyzja, co po poprzednich właścicielach usunąć, a co zachować, najczęściej należała do nowych mieszkańców. A ci niekoniecznie palili się do usuwania śladów niemczyzny codziennej i domowej. „W domu stała krajalnica do chleba z napisem »Breslau«, a cukier brało się z pojemnika z napisem »Zucker« – mówił w wywiadzie dla wrocławskiej „Gazety Wyborczej” pisarz Piotr Adamczyk. – U wielu moich wrocławskich przyjaciół podobne ślady zachowały się do dziś. Tak jak niemieckie książki w domowych bibliotekach z exlibrisami ich przedwojennych właścicieli”. Edukacja pierwszych dwóch pokoleń przesiedleńców i osadników przebiegała pod znakiem wpajania wrogości lub w najlepszym razie nieufności wobec Niemców, a jednocześnie – jak zauważył historyk literatury i poeta Stanisław Bereś, również wrocławianin – cały kosmos życia codziennego, a nawet gusta „zostały uformowane w obrębie przedmiotów, sprzętów, form i ducha niemieckiego”. Czy to nie zaskakujące, że nikt nie badał jeszcze na szeroką skalę skutków psychicznych konieczności urządzania sobie życia wśród rzeczy niedawnego wroga? Dlatego to właśnie na nich – skutkach – postanowiłam skupić uwagę, przyglądając się polskim losom poniemieckiego.

Jakby piękno emigrowało

Moi dziadkowie ze strony mamy – babcia Stefa i dziadek Zdzisio – przybyli do Legnicy z wielkopolskiej wsi z dwiema walizkami i pierzyną. Nie było im dane obrosnąć rodzinnymi pamiątkami. Babcia Stefa zawsze powtarzała, że dopiero po przeprowadzce do Legnicy zaczęło się dla niej prawdziwe życie. Tu urodziły się dzieci i tu zaczęło się gromadzenie przedmiotów. Wiele z nich miało poniemiecki rodowód. Babcia Marysia, mama mojego taty, repatriantka, która przyjechała spod Lwowa do Sobótki pod Wrocławiem, oprócz paru ubrań przywiozła ze Wschodu książeczkę do nabożeństwa i kilka fotografii. Rodzinne pamiątki moich przodków zmieściłyby się w niewielkiej walizce. A może i to nie. Historia naszej rodziny w poszukiwaniu materialnej podpory – z braku innych przedmiotów – zwróciła się ku tym poniemieckim. Niczym pnąca roślina, która szuka sobie oparcia w czymś stabilnym i trwałym.

Nowi mieszkańcy zaczynali nowe życie i musieli stworzyć siebie od nowa. Przedmioty w tym pomagają. Może dlatego w pionierskich czasach starano się przejść do porządku dziennego nad innością czy obcością zastanych mebli, obrazów, porcelany, akcesoriów kuchennych. Może właśnie dlatego w moim rodzinnym domu przez całe dziesięciolecia nikt nie widział swastyki na spodzie fajansowej miski.

Dorastałam w tej części Polski, której do dzisiaj nikt nie potrafi nadać trafnej nazwy. Była „Ziemiami Odzyskanymi”, „Dzikim Zachodem”, „doklejonym do resztek Polski kawałkiem Niemiec”, a nawet „Niemcami”. Odkąd porzuciliśmy opowieść o powrocie na swoje, bierzemy Ziemie Odzyskane w cudzysłów, a publicyści i naukowcy wolą mówić o ziemiach zachodnich i północnych. Niektórzy próbują lansować określenie Kresy Zachodnie – no dobrze, ale wtedy co z Olsztynem? Jeden z moich znajomych, urodzony w Łodzi, mówi z uporem maniaka o „ziemiach z odzysku”. Pewnie z zemsty za te wszystkie wywiezione z centrali koty. Spotkałam ludzi, którzy używali określenia „Polska poniemiecka”. Sama mówię najczęściej, że pochodzę z Dolnego Śląska.

Miasto, w którym się urodziłam, starano się pozbawić pamięci, a jego historię sprowadzić do prostej formuły prastarych ziem piastowskich. W przedszkolu śpiewaliśmy:

Legnica to moje miasto rodzinne,

milsze jest dla mnie niż każde inne.

Zegar na zamkowej wieży

czas legnickim dzieciom mierzy,

Zegar ten pamięta Piastów

i od wieków służy miastu.

Piosenka nie kłamała, zegar rzeczywiście pamiętał Piastów. Tylko że piastowskie brzmiało w tamtych czasach jak synonim polskiego. Znacznie później, już w erze internetu, na jednej ze stron poświęconych Liegnitz, dawnej Legnicy, znalazłam piosenkę śpiewaną przez tych, którym przyszło opuścić miasto w 1945 roku. Były w niej słowa: „Obcy chodzą ulicami, na których bawiłem się i byłem szczęśliwy”. Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Trudno mi było pogodzić się z tym, że mogę być obca we własnym mieście, bo czułam, że z poniemieckim łączy mnie specjalna więź.

Wychowałam się w dziesięciopiętrowym bloku, w kraju, którego gama kolorystyczna była szara, a rzeczywistość nie oferowała kształtu poza kanciastą bryłą szkół siedmiolatek, biurowców-potworów i domków jednorodzinnych zwanych kostkami. Większość budynków, jakie wtedy budowano, była kanciasta, funkcjonalna, zazwyczaj niedbale wykończona. Tak jakby piękno emigrowało, pisał o Opolu lat osiemdziesiątych Tomasz Różycki w Tomi. Przeczuwałam, że pod warstwą brzydoty musi być coś więcej, i odnajdowałam to coś w przedwojennych przedmiotach, przez długi czas nie zdając sobie sprawy z ich pochodzenia. Nawet te najbardziej praktyczne miały jakieś, wydawałoby się, zupełnie zbędne ozdoby – naddatek przekraczający funkcjonalność. O ten właśnie naddatek chodziło. Był jak odprysk z innego świata.

Przedmiotem z innego świata była popielniczka z napisem „I. F. Richter. Liegnitz Goldberger Str. 2. Lampen und Beleuchtungskörper, Glas- und Porzellanmalerei”. Znalazłam ją w piwnicy dziadków, którzy nie mieszkali w bloku, lecz w kamienicy. Widząc mój pytający wzrok, dziadek powiedział tylko, że to rzecz po Niemcach, i niczego więcej nie tłumaczył. Najwyraźniej zapomniał, że mam dopiero dziesięć lat i szczątkową wiedzę historyczną. Informacja o tym, że w polskiej kamienicy znajdowało się coś niemieckiego, zasiała we mnie niepokój i zaowocowała tym, co psychologowie nazywają dysonansem poznawczym. Na dysonans zareagowałam wyobrażeniem niemieckich żołnierzy w hełmach, ukrywających się w dziadkowej piwnicy, pohukujących hajhitla na przemian z ja, ja, natirlisz i wypalających z nudów mnóstwo papierosów, jak to mężczyźni (były to czasy dla palących). Najpewniej przegonili ich stamtąd czterej pancerni z Szarikiem, a Niemcy, o których wrodzonej ofermowatości przekonywały wszystkie książki i filmy, w takim popłochu brali nogi za pas, że o popielniczce zapomnieli.

Ciemna klatka schodowa też miała swoje tajemnice, którymi zachłystywałam się z entuzjazmem dziecka skazanego na co dzień na życie w bloku. Stiuki na suficie, toczone poręcze, podwójne okna z kolorowymi szybkami, wielkie drewniane drzwi z rzeźbionymi wypukłościami – mury robotniczej kamienicy babci i dziadka miały rodowód dłuższy i zacniejszy niż nasz naprędce postawiony dziesięciopiętrowiec przy ulicy Neptuna, w którym mieszkałam z rodzicami i babcią Marysią. Emanowały obecnością jakichś Innych. Kogo? Odpowiedź nie była prosta, kiedy nie wiedziało się nawet, jak zadać pytanie. Niezadane pytanie dotyczyło rejonów niejasnych, zawikłanych, obwarowanych niepisanymi zakazami. W świecie moich wyobrażeń nie istniał jeszcze żaden pomost, który łączyłby hitlerowców w hełmach z ludźmi, którzy kiedyś mieszkali w kamienicy dziadków, pili herbatę, pracowali, kładli się spać i urządzali swoje mieszkania.

Kamienica dziadków przy ulicy Kartuskiej, za PRL-u – Marchlewskiego, a przed wojną – Karthäuser Straße, należy do Zakaczawia. Dzielnica, rozsławiona na całą Polskę Balladą o Zakaczawiu w wykonaniu legnickiego teatru, była w latach osiemdziesiątych, cóż, może nie reprezentacyjną, ale jednak porządną, robotniczo-emerycką dzielnicą Legnicy. Jej staczanie się w pijacki marazm dopiero się zaczynało i miało trwać długie lata, aż po ostateczny upadek, który dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, mógłby odwrócić już chyba tylko cud. To na Zakaczawiu po raz pierwszy zobaczyłam stare napisy, głównie niemieckie nazwy przedwojennych sklepów, prześwitujące spod warstwy tynku. Stare wyzierało tam spod nowego, jak na palimpsestach – średniowiecznych rękopisach tworzonych na używanym wcześniej materiale piśmienniczym, z którego usunięto poprzedni tekst. W Polsce poniemieckiej usuwanie poprzedniego tekstu udawało się tylko częściowo, bo po latach nowa farba odpadała, wycierała się lub bladła i ukazywała stare napisy, które dopraszały się uwagi przechodnia. Palimpsesty na fasadach legnickich kamienic inspirowały mnie do snucia różnych teorii wieku dziecięcego, na przykład tej, że te tajemnicze gotyckie hieroglify są rodzajem języka sprzed wieży Babel, pradawnego narzecza, którym dawniej musieli mówić wszyscy ludzie.

Historyk Gregor Thum w przedmowie do książki o powojennym oswajaniu Wrocławia Obce miasto. Wrocław 1945 i potem opisał pewne zdarzenie z wakacji w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. Gdy jeździł rowerem po Pomorzu, pewnego dnia zatrzymał się obok starej, wyjątkowo malowniczej zagrody z bocianim gniazdem. Wyjął aparat i zaczął robić zdjęcia. Gdy zobaczył, że pracująca na sąsiednim polu rodzina przerwała zajęcia i podejrzliwie mu się przygląda, w jednej chwili zdał sobie sprawę, że dramat 1945 roku, w wyniku którego wschodnie Niemcy z dnia na dzień stały się polskie, pół wieku później nadal unosi się w powietrzu na polskim Pomorzu, Śląsku czy Mazurach. Fakt, że coś, co dziś jest polskie, było niegdyś niemieckie, najwyraźniej wciąż jeszcze stanowi nieprzezwyciężony problem psychologiczny, pisał Thum. W Wielkopolsce lub w Galicji obcy z aparatem fotograficznym nie wzbudzałby raczej niczyjej uwagi, a już na pewno nie złych podejrzeń.

O budynkach, pomnikach, zabytkach, ulicach i placach, dziełach sztuki i archiwach, które dziś są polskie, a kiedyś były niemieckie, powstało od lat dziewięćdziesiątych mnóstwo prac naukowych. Badacze stosunku do poniemieckiej spuścizny koncentrowali się jednak na tym, co znajdowało się na widoku publicznym. To, co pozostało po Niemcach w mieszkaniach prywatnych, w środku, to, z czym obcowali nowi właściciele – meble, naczynia, oleodruki, popielniczki, wieszaki, mapy, pocztówki – pozostawiono niemal w całości literaturze pięknej. Codziennej materialności, którą odziedziczyliśmy po mieszkańcach dawnego niemieckiego Wschodu, niewiele uwagi poświęcali historycy, etnografowie, kulturoznawcy i socjologowie. Bardzo nieliczne są prace, w których mowa o nastawieniu ludzi do poniemieckich przedmiotów codziennego użytku, pisała w 2015 roku historyczka i kulturoznawczyni Beata Halicka w książce Polski Dziki Zachód, poświęconej kulturowemu oswajaniu nadodrzańskich terenów w powojennych latach.

Od epizodu opisanego przez Gregora Thuma minęły dwie dekady, od premiery Samych swoich ponad pół wieku, a od końca wojny – siedemdziesiąt cztery lata. Czy widok Niemca z aparatem fotograficznym na zachodzie i północy Polski jeszcze wywołuje lęk? O tym, że „jedna trzecia Polaków mieszka w poniemieckich domach”, przypominał w 1995 roku Adam Krzemiński podczas dyskusji o relacjach polsko-niemieckich zorganizowanej w Poznaniu przez „Politykę”, Instytut Zachodni i Radio Merkury. Czy w roku 2019 symboliczna jedna trzecia Polaków wie i pamięta, w jakich domach mieszka? Bo może skutecznie wymietli z nich wszystko, co poniemieckie i wolą nie wiedzieć, kto je budował? Czym są dla nich poniemieckie rzeczy? Wdzięcznymi, lecz niewiele mówiącymi gadżetami w rodzaju obrazka z Aniołem Stróżem przeprowadzającym dzieci przez kładkę nad przepaścią? Cudzymi śmieciami, na których rodzice i dziadkowie musieli się urządzać, bo nie mieli innego wyjścia? Fotografiami obcych ludzi, znalezionymi w szufladzie i przez pokolenia niewyrzucanymi, bo jednak jakoś nie wypada? A może poniemieckie to memento, przestroga, jak dla Magdaleny Grzebałkowskiej, autorki książki reportażu o roku czterdziestym piątym, która jako dziecko martwiła się, że skoro coś jest poniemieckie, to kiedyś może stać się popolskie?

Szukając odpowiedzi na te pytania, zaczęłam przyglądać się historii własnej polsko-niemiecko-ukraińskiej rodziny, której obie części – kresowa i wielkopolska – osiadły na poniemieckim. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, którzy mieszkają w poniemieckich domach i korzystają z poniemieckich przedmiotów. Pytałam kolekcjonerów i poszukiwaczy o poniemieckie dzieła sztuki i wciąż czekające na odkopanie niemieckie skarby. Czytałam materiały archiwalne, przede wszystkim pamiętniki osadnicze, pokłosie konkursów organizowanych przez Instytut Zachodni w Poznaniu w latach 1957, 1966 i 1970, które do dziś znajdują się w poznańskim archiwum, oraz prace polskich i niemieckich badaczy i badaczek kultury materialnej. Rozmawiałam z historykami i historyczkami, regionalistami i regionalistkami, aktywistami i aktywistkami, pracownikami i pracownicami muzeów, pisarzami i pisarkami. Do historii przedmiotów dołączyłam próbę prześledzenia dziejów domu poniemieckiego – i tego, jak bardzo musiał się napracować, by zostać domem polskim – a także opowieść o powojennych losach niemieckich cmentarzy.

Przyglądałam się pierwszemu i drugiemu życiu poniemieckiego – temu, jaki był emocjonalny stosunek nowych właścicieli do przejętego mienia, jak go używano i jakimi znaczeniami obrastało na przestrzeni lat. Byłam ciekawa, w sąsiedztwie jakich przedmiotów ustawiano te poniemieckie, w jakich okolicznościach je gromadzono albo się ich pozbywano. Wreszcie – na czym polegała zmiana nastawienia do poniemieckich przedmiotów, która w moim odczuciu dokonuje się od lat dziewięćdziesiątych, gdy z gratów i śmieci stają się one na powrót rzeczami zasługującymi na uwagę i szacunek.

Niniejsza książka nie rości sobie pretensji do bycia pracą badawczą. Jest osobistym przewodnikiem po losach poniemieckiego w jego codziennej, domowej odmianie, obserwacją uczestniczącą i zapisem z podróży po Polsce, nie tylko zachodniej i północnej – bo poniemieckie, jak się okazało, można znaleźć nawet w Kieleckiem. Pisząc o tym, jak biografie ludzi splatały się z biografiami rzeczy, chciałam choć w części dopowiedzieć to, co – jak mi się wydawało – domagało się dopowiedzenia.

1

Domy

…wracaliśmy do domu, ale już nie do domu niemieckiego, ale do domu polskiego.

Ze wspomnień osadnika Stanisława Bani, sołtysa Będlina (obecnie Bydlina)

Był gość, jakich mało, korytarza mu się chciało,

Ale przegrał na tym, panie, bo zabrano mu mieszkanie.

Z piosenki warszawskiego kabaretu z lat czterdziestych

Rozklekotana ciężarówka, a dookoła obcy świat.

Na głowie zmięta rogatywka, a w głowie i w kieszeni wiatr.

Na zachód wiodły wszystkie drogi, z dalekich ziem, z dalekich stron,

Kto by pomyślał, Boże drogi, że tutaj będzie jego dom.

Z piosenki Szli na Zachód osadnicy, słowa Jacek Kasprowy

Majątki Państwowych Nieruchomości Ziemskich w powiecie Złotoria mają duże zapotrzebowanie na wszystkie rodzaje pracowników rolnych. Mieszkanie zapewnione poniemieckie.

Ogłoszenie w dwutygodniku „Osadnik na Ziemiach Odzyskanych”, 1947

Mieszkam z rodziną w poniemieckim domu, czy to już na całe życie będzie ciągle tylko strach i strach?

Z listu mieszkanki Opolszczyzny do senator Doroty Simonides, 1995

Parę lat temu podczas kilkudniowej wizyty w Warszawie korzystałam z mieszkania przyjaciół, którzy wyjechali na urlop. Mieszkanie jest duże, nowoczesne, z wygodami. I bez przerwy coś robi. Na przykład samo zapala dyskretne boczne światło, gdy zapada zmrok. Albo zasłania okna. Gdy pierwszego dnia usłyszałam od strony podwórka niepokojący szelest i zamarłam ze strachu, przekonana, że włamuje się psychopata, okazało się, że to zapuszczają się żaluzje w salonie. Mieszkanie w regularnych interwałach nawadniało też roślinność na tarasie za pomocą zmyślnego systemu rurek, kategorycznie pozbawiając mnie nawet sposobności podlania kwiatków w skromnym geście wdzięczności za gościnę. Brakowało tam tylko historii, które same się zmyślały, i samorozgryzających się orzechów jak w piosence śpiewanej przez Hannę Banaszak.

Gdy już jako tako uporałam się z ciągłą aktywnością nowoczesnego domu, który bez przerwy coś bez mojej wiedzy, a czasem nawet zgody ułatwiał i optymalizował, zaczęłam myśleć o tym, co robi dom poniemiecki. Tak już mam, że wszystko mi się z poniemieckim kojarzy, prawdopodobnie dlatego, że – jak uznała kiedyś znajoma parająca się astrologią – jest wprawdzie dwanaście domów astrologicznych, ale dla mnie planety zrobiły wyjątek i obdarzyły mnie jeszcze trzynastym, poniemieckim. Myślałam też o tym, jak bardzo dom poniemiecki musiał się napracować, żeby zostać domem polskim. Bo czym jest dom poniemiecki? Niemieckim, który udaje polski? A może domem schizofrenicznym, „murem podzielonym” jak w piosence Kultu, domem, którego mieszkańcy bez przerwy obserwują to jedną, to drugą stronę? A może jest jeszcze gorzej i obie strony nie chcą nic o sobie wiedzieć, jak w tych skrzywdzonych domkach jednorodzinnych, z jedną połową pomalowaną na niebiesko, a drugą na czerwono, bo lokatorzy nie wpadli na to, żeby ze sobą porozmawiać? Czy dom poniemiecki, dom z podwójnym rodowodem, jest politycznie podejrzany, tak jak zdaniem niektórych osoby z podwójnym obywatelstwem?

Życie na poniemieckim najczęściej jest kojarzone ze słowiańskim rozmemłaniem, które umościło się z wszelkimi blaskami i cieniami prowizorki w germańskim Ordnungu. „Słowiański, sielski żywioł wlazł tu w poniemieckie domy”, pisał o lubuskiej wsi Ziemowit Szczerek przy okazji wizyty na festiwalu w Kostrzynie nad Odrą [Küstrin][2] latem 2017 roku. Słowiański żywioł, dopowiadam, który rozwalił się na pokojach, stronił od koniecznych remontów i drapiąc się po brzuchu, rzucał co jakiś czas: „No to cyk”. Ale skojarzenia z domem poniemieckim nie kończą się przecież na opozycjach dbania o porządek i niedbalstwa, protestanckiego minimalizmu i katolickiej wystawności, teutońskiej zapobiegliwości i słowiańskiego odkładania na później.

Cóż to takiego – dom poniemiecki? To przede wszystkim dom zbudowany najpóźniej w 1945 roku. Czyli stary. Pewnie dlatego wychowanym na „Ziemiach Odzyskanych” zdarza się mianem poniemieckich określać stare budynki również w innych częściach Polski. Wrocławski pisarz Piotr Adamczyk przyznał mi się, że kiedy podczas pobytu w Łodzi powiedział o pewnej tamtejszej kamienicy, że jest poniemiecka, jego łódzcy rozmówcy byli cokolwiek zdezorientowani. Niektórzy widzą poniemiecką architekturę nawet za granicą. Pisarka, dziennikarka i tłumaczka Katarzyna Weintraub zapamiętała, jak w latach osiemdziesiątych pewna spotkana w Kolonii Polka zachwycała się secesyjną zabudową miasta, namawiając przyjezdnych znajomych, aby koniecznie obejrzeli piękne poniemieckie kamienice.

Dom poniemiecki może być wiejską zagrodą, miejską willą, kamienicą, może być i modernistycznym kubusem, chociaż te ostatnie laik zakwalifikuje raczej jako budowle z lat sześćdziesiątych – ze względu na płaskie dachy. Poniemieckie kojarzy się bowiem ze spadzistym dachem, czasem z datą budowy ułożoną z dachówek w innym niż całość odcieniu, czerwoną cegłą i ciemną klatką schodową z kolorowymi szybkami oraz łazienką z bateriami z napisami kalt i warm. Są poniemieckie kamienice, które melancholijnie niszczeją, razem z ozdobnymi piecami kaflowymi przypominającymi piętrowe torty, rzeźbionymi poręczami na klatkach schodowych i sklepieniami z wyblakłym niebkiem. Są coraz słabiej opierające się czasowi poniemieckie pałace, które każą myśleć o porosłej chwastami siedzibie Marquezowskiego generała w jego ostatniej jesieni, z dywanami rozszarpanymi przez krowie racice i ścianami inkrustowanymi grzybami we wszystkich kolorach tęczy. Są domy poniemieckie, którym się nie wiodło, bo mieszkali w nich ludzie, którzy traktowali swoje siedziby tak, jak żołnierze zwycięskiej armii traktują kobiety wroga. Są domy poniemieckie, o które nikt się nie zatroszczył, aż te poddały się i runęły, a potomkowie dawnych mieszkańców mogą fotografować już tylko resztki fundamentów.

Przybywa takich, które mają szczęście, odremontowywanych pieczołowicie i z dbałością o najmniejszy szczegół, tak że nawet – jak opowiadał mi z dumą pan Stefan z okolic Słubic [Frankfurt (Oder) Dammvorstadt] – „i Helmut by się nie powstydził”. Na portalach w rodzaju slowhop.pl, które kuszą mieszczuchów listami klimatycznych miejsc, można znaleźć sporo poniemieckich domów emanujących atmosferą tradycyjnej przytulności i solidnego zadomowienia oraz odrestaurowanych obór, zamienionych na charakterne domy wakacyjne. Trudno o lepszy dowód na to, że drugie i trzecie pokolenie osadników uznało, że jest u siebie i Niemcy jednak nie wrócą.

Temat poprzednich mieszkańców powraca czasem w magazynach wnętrzarskich, w artykułach poświęconych remontom poniemieckich domów. „Weranda Country” pisała w 2016 roku:

Ceramiczna dachówka pochodzi aż z trzech różnych dachów. Kupowali ją przez internet z rozbiórek poniemieckich chałup. […] Pod podłogą i na strychu nowi właściciele znaleźli pamiątki po przedwojennych mieszkańcach (np. trzy stare kafle piecowe z ręcznie odciśniętym wzorem) – zachowali je, bo jak mówią, to dzięki nim wracają dobre duchy.

Wbrew zaklęciom właścicieli poniemieckich domów duchy wcale nie muszą wracać w zamiarach pojednawczych. Mogą pojawiać się jako upiory i zgłaszać pretensje. Karolowi Maliszewskiemu z Nowej Rudy [Neurode], autorowi Wyprawy do miasteczka. Notatnika sudeckiego, jeszcze w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych nie dawało spokoju wyobrażenie byłego właściciela jego domu, aptekarza Joachima Jacobsa, który w każdej chwili może wyjść z szafy i powiedzieć w sudeckim dialekcie: „Spierdalaj, przybłędo!”.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polacy krótko cieszyli się wspólnym domem, a wybuch II wojny światowej zapoczątkował czas tułaczki i bezdomności, który miał trwać jeszcze przez długie powojenne lata. W 1946 roku, gdy Kazimierz Brandys pisał „wojna wzięła mój dom w twarde karby”, w miastach całej Polski było 4,44 miliona izb mieszkalnych. Izba mieszkalna to oficjalne określenie pomieszczenia nadającego się do mieszkania, w tym kuchni. Sześć lat później liczba izb mieszkalnych będzie wynosić 5,97 miliona. To nadal niewiele, zważywszy wojenne straty.

8 marca 1946 roku, rok po postanowieniach w Jałcie i Poczdamie, na mocy dekretu o majątkach opuszczonych i poniemieckich przechodzi na własność Skarbu Państwa wszelki majątek Rzeszy Niemieckiej i byłego Wolnego Miasta Gdańska oraz ich obywateli „z wyjątkiem osób narodowości polskiej lub innej przez Niemców prześladowanej”. Mieszkania w całej Polsce, również poniemieckie, stają się własnością wspólną w wyniku dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego o komisjach mieszkaniowych, przyjętym w 1944 roku przez lubelski rząd.

W maju 1945 roku, jeszcze przed postanowieniami poczdamskimi, Centralny Komitet Przesiedleńczy agituje: „Chcecie chleba – na Zachodzie jest chleb! Chcecie ziemi – na Zachodzie jest ziemia!”. Na „Ziemie Odzyskane” jadą ci, którym odebrano domy na Wschodzie, i ci, których domy zbombardowano w centrali. W 1947 roku dołączą do nich przesiedleni w ramach akcji „Wisła”. Jadą ocalali Żydzi. Założą gminy żydowskie – ziemie zachodnie staną się największym skupiskiem ocalonych z Zagłady – i przez krótki czas będzie się wydawać, że w nowym polskim domu jest miejsce i dla nich. Najpóźniej po pogromie kieleckim w lipcu 1947 roku Żydzi z całego kraju zaczną masowo emigrować i szukać sobie domu gdzie indziej. Na Zachód jadą rodziny, których bieda jest tak dotkliwa, że ich siedziby przestały zasługiwać na miano domu. Jadą po złote runo bandy szabrowników, patroszą mieszkania, pomieszkując to w jednym, to w drugim, i znikają na zawsze. Jadą ci, którzy mają coś do ukrycia przed nową władzą. Jadą zdemobilizowani żołnierze, zachęceni obietnicami ulg dla osadnika wojskowego, i powracający z Niemiec robotnicy przymusowi. Jedni marzą o urządzonych mieszkaniach poniemieckich i gospodarstwach z budynkami, światłem i inwentarzem. Inni – o rychłym powrocie do utraconych rodzinnych stron.

Przeprowadzka

Magdalena Viecenz, babcia Cäcilii Hille, z którą rozmawiam w Berlinie, do 1946 roku mieszkała w ostatnim domu na wzgórzu w Rückers, dziś Szczytnej w Kotlinie Kłodzkiej. Dom został wyszabrowany jeszcze podczas obecności gospodarzy. Rabusie spędzili domowników do piwnicy, a górę opróżnili ze wszystkiego, co dało się wynieść, łącznie z namoczonym praniem. Zanim wyjechali, szesnastoletnia Magdalena Viecenz widywała w kościele polskie dziewczęta ubrane w jej rzeczy. Wróciła w siedemdziesiątym piątym, żeby zobaczyć dom. Parter był zrujnowany, a na piętrze mieszkała kilkuosobowa rodzina. Mieszkańcy mieli odciętą wodę i korzystali ze studni w podwórzu. Nigdy nie widziałam równie pustego domu, opowiadała babcia Cäcilii. Nie pojechała już później do Polski. Za to latem 2016 roku pojechała Cäcilia. Domu nie znalazła. Przywiozła babci kamyk.

Rodzina Magdaleny Viecenz opuści wieś jako jedna z ostatnich niemieckich familii, gdy Rückers będzie już Szczytną. Podczas gdy Viecenzowie będą jeszcze zwlekać z decyzją o wyjeździe, mama mojego taty, babcia Marysia, już będzie pakować dobytek w Wojutyczach pod Starym Samborem. Pojedzie na Zachód pierwszym transportem, ze swoim dwuletnim synem, czyli moim tatą, młodszym bratem i matką, do Zobten am Berg, Sobótki pod Ślężą. Wśród szykujących się do wyjazdu zabraknie Michała, męża Marysi – Ukraińca, parę miesięcy wcześniej zaaresztowanego przez Sowietów. Wtedy nikt jeszcze nie wie, że ze lwowskich Brygidek dziadek Michał trafi na osiem lat do łagru w Workucie i choć w 1953 roku wróci w rodzinne strony, przemianowane tymczasem na Ukraińską Republikę Rad, już nigdy nie zobaczy żony, a syna – dopiero gdy ten będzie dorosłym człowiekiem.

W ruchomej szopce pamięci od lat kręcą się te same postaci i wypowiadają te same słowa. Gdy po dziadka przychodzą sowieccy żołnierze, jeden z nich sięga po wiszącą na ścianie rodzinną pamiątkę, szablę po ojcu Marysi, który służył w armii austriackiej za Franciszka Józefa. Mały tato protestuje: „Moskal, job twoju mać, zostaw, to dziadzi!”. A zbity z pantałyku Moskal kiwa głową i mówi: „Wot, umnyj malczik”. Ilu jest wojskowych w rodzinnej chałupie? Dwóch? Więcej? Kogo jeszcze zastali w domu, kto żegna dziadka Michała, który potem, w siedemdziesiątym siódmym, gdy urodzi się wnuczka, a jemu pozostaną już tylko dwa lata życia, będzie pisał z ukraińskiego Chodorowa: „Obciskam Was wszystkich, a kochaną Karolincię najlepiej”, i wysyłał mnie, oseskowi, kartki na Dzień Kobiet? Tego już się pewnie nigdy nie dowiem.

„Eto uże nie Polsza, eto zapadnaja Ukraina” – słyszą domownicy. „Eto nie Polsza” – słyszy półtora miliona Polaków wysiedlonych z Kresów Wschodnich w latach 1944–1948. Na początku lipca 1945 roku, tuż po konferencji poczdamskiej, Frank Scholz, ksiądz z Görlitz, zapisuje w pamiętniku: „Dowiadujemy się po raz pierwszy, że rząd polski zalicza Görlitz-Ost do Polski”. „Hier ist Polen” – tu jest Polska, słyszy w czerwcu i lipcu 1945 roku czterysta tysięcy Niemców, pędzonych za Odrę na dziko, jeszcze przed postanowieniami poczdamskimi o nowym przebiegu granic. „Hier ist Polen” – słyszą ci, którzy muszą wyjechać od sierpnia 1945 do końca 1950 roku. Historycy szacują ich liczbę na trzy i pół miliona.

Repatriantom i osadnikom przypadają – niczym w gigantycznej monopoly – zagrody, kamienice, fabryki i kopalnie; parki, drogi i cmentarze; szpitale, przychodnie, przedszkola, szkoły, uniwersytety; teatry, opery i muszle koncertowe; mleczarnie, browary, piekarnie i laboratoria; linie elektroenergetyczne i wodociągi; byłe obozy pracy i obozy koncentracyjne; linie tramwajowe, dworce i lotniska; oczka wodne, jeziora, rzeki i strumienie; nadmorskie kurorty i górskie schroniska; muzea, boiska i stadiony; schrony i tunele; morza ruin i nietknięte starówki. W monopoly uczestniczy również Armia Czerwona, gracz nieobliczalny, łamiący zasady według swojego widzimisię – może wkroczyć do gry w każdej chwili, nie czekając na swoją kolejkę, przeskakując o kilka pól, zgarniając całe fabryki wraz z wyposażeniem, wille po adwokatach, kobiety, zegary z kukułkami i zegarki na rękę.

30 czerwca 1945 roku Hugo Hartung, główny dramaturg teatrów miejskich w Breslau, po pobycie w lazarecie wraca do miasta z grupą rekonwalescentów i spotyka idący z przeciwka korowód przesiedlonych Polaków:

[…] drepczą zmęczeni, wynędzniali, w orszaku, który zdaje się nie mieć końca: Polacy z guberni lwowskiej. To miasto, które dla nas już przestało być domem, dla nich jeszcze nim nie jest. Obydwa orszaki mijają się w milczeniu, niczym marionetki niepojętego losu.

Co z cudnym domem, który obiecywali kupić bohaterowie przedwojennego filmu Włóczęgi, kultowa para lwowskich batiarów Szczepko i Tońko, jak tylko zarobią „dwieści złoty”? Po wojnie Tońko emigruje za ocean, Szczepko zaczyna pracować w Polskim Radiu, a wspomnienia o wsiach i miastach, „gdzie śpiewem cię tulą i budzą ze snu”, pielęgnuje się tylko wśród swoich. W nowej Polsce przez długie lata nie będzie miejsca na wspominanie Lwowa i Wilna. Wielki Brat patrzy. Przygląda się, jak ci, których urządziła historia, urządzają się wśród obcych dekoracji.

Zastali murowaną

Ci, którzy jadą na Zachód, patrząc na obcą krainę z wagonów pociągów lub – jak chce piosenka – z przyczepy rozklekotanej ciężarówki, widzą przede wszystkim dachówki i mury. Obszerne, murowane zagrody mogą wzbudzać lęk: „Każdy spojrzał za zabudowania i strach nas ogarnął, co w tych murach będziemy robić. Człowiek nigdy nie widział takich zabudowań”, będzie wspominać rekonesans podgłogowskiej wsi Ruszowice [Rauschwitz] Stanisław Pawlus, przybysz z rzeszowskiego. „Wszędzie widzieliśmy solidnie zbudowane domy i zabudowania gospodarskie. Budulec stanowiły cement, cegła i glina, a nie drewno jak u nas na wschodzie”, zapisze we wspomnieniach Henryk Zudro. Franciszek Kalisz, który zamieszkał we wsi Laski [Heinrichswalde] niedaleko Ząbkowic Śląskich [Frankenstein], zapamięta, że czuł się na nowym miejscu jak w „małym miasteczku”.

Skoro nawet wsie dla wielu wyglądają jak miasta, cóż mają powiedzieć ci, którzy trafiają właśnie do miast? Inteligent ze Lwowa Zbigniew Żaba zatrzymuje się na pewien czas w Krośnie Odrzańskim [Crossen an der Oder]. Tam w willi „po Niemcu Krügerze, właścicielu kawiarni”, zamieszkali jego krewni. „Kuzynka oświadczyła, że czuje się w tym mieszkaniu jak w raju. Cieszyli się jak dzieci, pokazując mi przyzwoite meble, łazienkę, elektryczność. Na Nowogródczyźnie, gdzie żyli przed wojną, to wszystko było dla nich nieosiągalne, zaliczało się do magnackiego komfortu”. Sam Żaba dociera w końcu do Wrocławia [Breslau], gdzie w poszukiwaniu lokum ogląda setki mieszkań dużych i małych, słonecznych i ciemnych, willowych i blokowych, z ogródkami i bez. Nie kryje swojego oczarowania architekturą miasta: „Kremowe wille, przeświecające ceglastą dachówką przez delikatną, młodą zieleń, były podobne do domków na obrazkach dla grzecznych dzieci”. Po żmudnych peregrynacjach znajduje komfortowe mieszkanie w poniemieckiej willi, która go „olśniewa”.

Domy i mieszkania poniemieckie: pozostawione we wzorowym porządku, z umytymi naczyniami i kluczem karnie tkwiącym w drzwiach – koniecznie od zewnątrz, zgodnie z rozkazem rządu polskiego z 14 lipca 1945 roku. Opuszczone w pośpiechu; we wspomnieniach niedawna obecność poprzedników zapisze się w obrazie talerzy z jeszcze ciepłą zupą. Splądrowane. Umeblowane. Z wygodami. Z trupami właścicieli, którzy obarczają przybyszy obowiązkiem pochówku. Mieszkania, które przed wysiedleniem zdewastowali w aktach sabotażu sami Niemcy. Mieszkania zrujnowane, mieszkania grobowce. Mieszkania sracze dla sowieckich żołnierzy. Mieszkania burdele. Mieszkania czyste i zamieszkane, najczęściej przez kobiety, dzieci i starców. W miastach i wsiach, które wydają się wyludnione, bo Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, wolą nie wychodzić na ulice. „Wszystko wygląda jak opuszczone, jak poniemieckie, a raczej, jak gdyby ślad pozostał po zaginionej jakiejś ekspedycji”, notuje w Gołdapi [Goldap] osadnik Ignacy Wojnikiewicz.

Walka o mieszkania

Przesiedlenie to często kilka tygodni w odkrytych wagonach, w deszczu, słońcu i kurzu. Czasem z kilkudniową lub kilkutygodniową przerwą na koczowanie na dworcu lub przy torach w szczerym polu, bo wojsko zarekwirowało wagony. „Ci biedni ludzie porobili sobie nad głowami dachy z desek albo małe domki i tak czekają po 3–4 tygodnie” – pisał ktoś w liście do bliskich o takim wypatrującym zmiłowania transporcie repatriantów. Po dotarciu na miejsce przeznaczenia nie ma mowy o odpoczynku – zaczyna się walka o lokum. Przyjezdni często zajmują mieszkania sami, nie czekając na przydział. Kto pierwszy, ten lepszy. „My chociaż zajęliśmy dom, ale nie wiem, jak długo będziemy w nim siedzieć, bo jak poszłam po dokument, to porucznik mi powiedział, że nie mamy prawa […], a jak będę, pośle swoich żołnierzy i nas wyrzucą na ulicę”, pisze do bliskich we wrześniu 1945 roku osadniczka z Sulęcina [Zielenzig]. Rządzi prawo silniejszego lub ustosunkowanego. Po zarezerwowaniu nowej siedziby za pomocą kartki z napisem „Zajęte przez Polaka” albo przez zatknięcie polskiej flagi osadnicy zgłaszają się w miejscowej komisji przy Radzie Narodowej. Jeśli nie ma przeciwwskazań, mogą się osiedlić. Przezorni zajmują na wszelki wypadek kilka mieszkań:

Ja udałem się do Ośna Lubuskiego [Drossen] w powiecie sulęcińskim. Miasteczko to było bardzo mało zniszczone i posiadało dużo pięknych domów z umeblowanymi mieszkaniami. Ale już wszystko było zajęte. Chociaż ludzie tu nie mieszkali, lecz na każdych drzwiach widniała kartka z napisem „zajęte”

– wspominał Adam Chomicz. „Oczywiście my, mocno zdyscyplinowani ludzie, szanowaliśmy te kartki i nikt z nas nie śmiał zajmować tych mieszkań. Dziwiło nas tylko, że ich lokatorzy nie tylko nie przybywali, lecz odwrotnie, po pewnym czasie zdejmowali te kartki i porzucali te mieszkania”.

Miejscowa komisja przy Radzie Narodowej przydziela mieszkania potrzebującym odpowiednio do ich zawodu, stanu zdrowia i stanu rodzinnego. Rozstrzyga też spory. Jeśli do Rady Narodowej zgłosi się w późniejszym czasie osoba bardziej uprzywilejowana, dotychczasowy mieszkaniec musi ustąpić mu miejsca. Lepiej, żeby zrobił to dobrowolnie. Gdy rolnik Czesław Roksela dostaje nakaz opuszczenia domu, w którym postanowiono zakwaterować nauczycieli, a on prosi o czas do jesieni – w polu kiełkują kartofle – na drugi dzień po nakazie eksmisji przyjeżdża milicja i zaczyna wyrzucać z mieszkania meble. „Mieszkania lepsze były zajęte zaraz po oswobodzeniu przez UB i Milicję, wraz z meblami” – notuje w pamiętniku repatriantka ze Lwowa Henryka Lukas. Jej krajan Zbigniew Żaba wspomina:

Gdy już wolnych mieszkań nie było ani na lekarstwo, wtedy „lepsi goście” zaczęli częstokroć bezkarnie wyrzucać na bruk wcześniej osiedlonych, a mniej ustosunkowanych. […] I mnie również nie ominęła taka walka o „mieszkaniowy Lebensraum”. Sprawy mieszkaniowe do dziś dnia pozostają dla mnie najbardziej zawikłanymi i zagadkowymi tworami biurokratycznymi.

Mniej obrotni, a bardziej lękliwi zostają zakwaterowani w barakach Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, czyli PUR-u, skąd – po tym jak odczekają swoje – kieruje się ich do wyznaczonego mieszkania lub domu. Najczęściej wzgardzonego przez bardziej przedsiębiorczych i niebojących się ryzyka. „Kto był rzutki i odważny, to sami ludzie wyszukiwali sobie miejsca, ale […] nasza rodzina składała się z samych niedołęgów i bojaźliwych […], tak że my czekali nie wiadomo na co i na kogo” – lamentuje Wanda Fedorowicz, niezadowolona z domu, który przydzielono jej rodzinie w „zapadłej” wsi Kargowa [Karge, Unruhstadt].

„W sprawie przydziału domów i mieszkań instytucjom i obywatelom polskim toczą się we Wrocławiu gorszące spory, a nawet walki” – skarży się obywatel Antoni Plater-Zyberk w liście do samego Bolesława Bieruta we wrześniu 1945 roku. Osadnictwo na Dzikim Zachodzie przebiega przy akompaniamencie krzyków i wystrzałów. Towarzyszą mu rozboje, gwałty i kradzieże, a polowanie na mieszkanie można przypłacić życiem. Trzej gospodarze, towarzysze Stanisława Błażejewskiego z transportu repatriacyjnego, tuż po przybyciu w okolice Opola [Oppeln] jadą wozem szukać domów na własną rękę i nigdy nie wracają. Repatriantka Wilhelmina Trylowska tak wspomina jedną z pierwszych nocy w Żaganiu [Sagan]:

[…] maruderzy i jacyś bandyci wybili szyby na parterze, przedostali się na piętro, wyważyli drzwi i w okrutny sposób poczęli nas bić, zatykając nam usta szmatami, a inni […] zabierali wszystko, co im się podobało. Wszystkich opanował znów okropny strach. Staliśmy jak osłupieni i dopiero kiedy oddalili się z mieszkania, poczęliśmy z dziećmi okropnie krzyczeć. Ci, nie pytając wiele, poczęli ostrzeliwać nasz dom. […] Nikt nie przyszedł i nikt nie ratował z sąsiadów, gdyż bali się tak samo jak my.

Wielu nowo przybyłych, po kilkukrotnym ograbieniu przez grasujące bandy i sowieckich żołnierzy, decyduje się na opuszczenie nowych siedzib. Jesienią 1945 roku, wobec wiadomości o planowanym zakwaterowaniu w Piszu [Johannisburg] jednostki Armii Czerwonej, tamtejszy starosta donosi: „Ludność zamieszkującą teren powiatu ogarnęła panika. Osadnicy porzucają swoje siedziby i wraz z całym swoim majątkiem mają zamiar przenieść się do Polski Centralnej z powrotem”. Podobne doniesienia słychać od Nysy po Szczecin i od Rzepina po Olsztyn. Albo od Neiße po Stettin i od Reppen po Allenstein. Strach jest wszechobecny, jak „Ziemie Odzyskane” długie i szerokie.

Przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, którzy nie mogą pozwolić sobie na powrót w rodzinne strony, chronią się przed bandami i żołnierzami sowieckimi na polach i w lasach – nocami całe rodziny koczują do świtu pod gołym niebem. Niektórzy zostają w obejściach na noc, ale śpią w stajniach lub oborach, pilnując zwierząt. Albo wprowadzają inwentarz do chałupy. Nowi gospodarze barykadują się w swoich domach, trzymają pod łóżkami siekiery, organizują broń palną, reaktywują instytucję stróżów nocnych. „Karolewicz zrobił specjalne grube wewnętrzne okiennice, inni zakładali specjalne sztaby i tak żyliśmy każdej nocy, czekając czego złego” – będzie wspominał repatriant Adam Chomicz z Krzeszyc [Kriescht] na ziemi lubuskiej. Sen na nowym miejscu jeszcze przez długi czas nie będzie snem spokojnym, lecz czujnym, nerwowym, snem zająca pod miedzą. Osadniczka Rozalia Szymula spod Krakowa, młoda samotna kobieta, której przyznano dom dwurodzinny we wsi Goraj [Eibendorf], w ciągu dnia sprząta dom, zatarasowawszy drzwi stołem, a noce spędza dla bezpieczeństwa w gromadzie sąsiadów. „Zrywamy się na każdy szmer podejrzany. Strasznie [za] dnia, a okrutniejsza noc”. Rozalia ma się czego bać: „Było wówczas dużo amatorów na samotnie mieszkające kobiety” – notuje Chomicz.

Choć administracja miasta lub gminy stara się pieczętować mieszkania opuszczone, a jeszcze przez nikogo niezajęte, nikła to ochrona przed włamaniami. Oprócz zwykłych szabrowników włamują się, pod pretekstem rewizji, milicjanci i ubecy. Również mieszkań zajętych nic nie chroni przed splądrowaniem. „Wracam z pracy około godziny siedemnastej i widzę, że drzwi są otwarte, gdy wszedłem do mieszkania, to zastałem dwóch mężczyzn plądrujących mieszkanie” – wspomina Wincenty Kuć z Wrocławia. Gdy zaczyna protestować, jeden z szabrowników mówi spokojnie: „Nie krzycz! Bo to przecież i tak nie twoje, lecz poniemieckie”. Wynoszą metodycznie, co się da, i wcale nie spieszą się z odejściem. „Tak wówczas było bezpiecznie we Wrocławiu”, konstatuje okradziony. Często dochodzi do komisyjnych konfiskat sprzętów, jeśli te okazują się potrzebne w siedzibie powiatu czy u ministra w Warszawie, nawet jeśli zostały kupione z zachowaniem wszelkich reguł, zgodnie z wyceną Urzędu Likwidacyjnego.

Niektórzy osadnicy wiejscy borykają się z przekleństwem nadmiaru. Przejmują obszerne, nieraz sześcioizbowe zagrody, nie licząc kuchni, piwnic, strychów i sionek, oraz ziemię wymagającą zatrudnienia pomocników. „Z ust pionierów osadnictwa w okolicach Witnicy [Vietz an der Ostbahn] słyszałem relacje, jak to kierowano ich wprost z dworca do zamożnej wsi Kamień Wielki, z dużymi stodołami, stajniami i budynkami mieszkalnymi – pisał historyk Zbigniew Czarnuch. – Oświadczali oni jednak, że budynki są dla nich za duże, i wędrowali po okolicy w poszukiwaniu zagród, które by im bardziej przypominały ich ubogie gospodarstwa”. Bywa, że osadnikom wiejskim dostają się wielkie, doskonale zachowane zabudowania, ale bez maszyn, narzędzi i zwierząt gospodarskich. Za to w miastach, szczególnie zniszczonych, takich jak Gdańsk [Danzig] czy Wrocław, panuje ścisk. Niemcy, którzy jeszcze nie wyjechali, muszą zwalniać kolejne ulice i dzielnice, aż na końcu pozostają dla nich tylko mieszkania o najniższym standardzie. Ludzie śpią w ruinach, zajmują kamienice naruszone bombardowaniem, nadpalone, grożące zawaleniem. W miastach niezniszczonych, takich jak Zielona Góra [Grünberg] czy Legnica, wybór mieszkań bywa tak wielki, że trudno się zdecydować.

Temu nie odpowiadało, że weranda wychodziła na północ; fortepian był w nieodpowiednim kolorze; okna to za duże, to za małe; żyrandol nie przypadł do gustu; nie takie meble. Czasem dwaj kumple chcieli mieszkać obok siebie. Jednemu podobała się willa, drugi nie mógł znaleźć odpowiedniej w pobliżu, więc szli dalej. […] Byli i tacy, którzy znaleźli wymarzony dom, wprowadzili się, a potem znaleźli jeszcze bardziej wymarzony

– wspomina poszukiwania lokalowe w Legnicy Jan Kurdwanowski.

Zwyczaje dzikich pszczół

Wielopokojowe mieszkania i wille zamieniają się w „kołchozy”, w których mieszka kilka rodzin, wspólnie użytkując łazienki i kuchnie. O życiu w willi na wrocławskim Biskupinie, otrzymanej w ramach rekompensaty za mienie pozostawione na Wschodzie, pisze w pamiętniku lwowianka Stefania Jęczalikowa. Stefania, w chwili przyjazdu na Zachód pięćdziesięcioletnia, zabiera się z mężem do remontu już podczas pierwszej wrocławskiej zimy. Niedługo później mąż umiera. Stefania zajmuje trzy pokoje na parterze z córką i matką, a piętro wynajmuje studentom. W suterenie mieszka monter, opiekujący się centralnym ogrzewaniem, wspólnym dla całego domu. W 1950 roku Wydział Kwaterunkowy przyznaje piętro repatriantowi z Francji, który razem z pracownikiem Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i funkcjonariuszami milicji wyrzuca na bruk studentów. Nowy lokator zajmuje piwnicę z koksownią, nie godząc się na wspólne opalanie domu i wykorzystując ją kolejno na składzik, kurnik i królikarnię. Zwierzęta trzyma w komórkach, piwnicach i łazienkach wielu wrocławian. Co drugi jest przybyszem ze wsi.

Skutek zajęcia koksowni na hodowlę inwentarza jest taki, że w willi od 1950 roku nie można już palić w centralnym. Zaczyna się noszenie węgla, popiołu, pękanie rur wodociągowych i kanalizacyjnych, wilgoć, odpadanie farby z sufitów. Gdy w 1957 roku towarzysz Gomułka uzna, że należy skończyć z bezpłatnym przyznawaniem mieszkań, a obywatele mogą kupować za swoje, by odciążyć budżet państwa – „Właścicielami mieszkań powinni być w coraz większym stopniu sami mieszkańcy, czy to przez spółdzielnie, czy przez budownictwo mieszkaniowe”, głosi protokół numer 179 posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR z 26 czerwca 1957 roku – Stefania podpisuje umowę z bankiem i kupuje willę. Odtąd będzie ją spłacać z urzędniczej pensji. Zakup domu niczego jednak nie zmienia, bo Stefania nadal nie ma w nim nic do powiedzenia. Zostaje jej dokwaterowany kolejny lokator „z używalnością kuchni”. Na parterze brakuje łazienki, a nowy mieszkaniec ma zwyczaj okupowania kuchni, więc trzy kobiety myją się w pokoju. Z sutereny wyprowadza się przyzwoity monter, a na jego miejsce przychodzą, również z kwaterunku, dwaj robotnicy i zaczynają się pijaństwa i awantury. Robotnicy nie zagrzewają długo miejsca, ale po nich wprowadza się rodzina z trojgiem dzieci, podobnie jak jej poprzednicy nieskora do dbania o zajmowany wspólnie dom. Umęczona Stefania jest gotowa zmienić lokum, ale Wydział Kwaterunkowy nie może jej przydzielić nowego, bo przecież jest właścicielką. Jest przekonana, że nikt się z nią nie zamieni, „bo któż zgodzi się zamieszkać w dwóch pokojach bez żadnego zaplecza gospodarczego i to w takim społeczeństwie jak moi lokatorzy”. „Historia jednej rodziny, jednego domu na ziemiach zachodnich – kończy pamiętnik Stefania. – Jakże pouczająca dla wszystkich przyszłych właścicieli nieruchomości w naszym kraju, tak gorliwie dziś werbowanych”.

W Opowieściach wrocławskich, wydanych w 1955 roku, pisarka Anna Kowalska porównuje krajobraz Wrocławia do martwych uli z dzikimi pszczołami. Dzikie pszczoły nie mają królowej i nie współpracują. Nie tworzą społeczności. Nawet jeśli mieszkają w kolonii.

Historia willi na Biskupinie przysłana na konkurs osadniczych pamiętników w 1957 roku nie trafiła do pokonkursowej publikacji, podobnie jak fragment wspomnień Władysławy Pilak [pisownia oryginalna]:

Kiedyś ładne i czyste podwórza niemieckie zamieniły się w śmietniska. Dachy uszkodzone nikt nie naprawiał. […] W pokojach meble stały w nieładzie. […] Lenistwo doszło do strasznych rozmiarów. U każdego gospodarza było trzech czterech niemców na usługach. […] Strach mnie ogarnął na myśl co będzie jeżeli reszta niemców wyjedzie. Kto będzi robił. Jako Polka wstydziłam się […] za brud ogólny, za brak gospodarki, za brak kultury i zaradności. W tym czasie wojska rosyjskie, których wszędzie nie brakowało, wywozili co się dało.

Na „Ziemiach Odzyskanych” pojawia się problem mieszkań i domów jednorazowego użytku. „Właściwie nie musiało się spać w tym samym domu każdej nocy. Nic nie stało na przeszkodzie codziennej zmianie adresu” – będzie wspominał po latach Jan Kurdwanowski. Wicestarosta Kudowy-Zdroju [Bad Kudowa] w ciągu pół roku zmienia mieszkanie pięciokrotnie, za każdym razem zabierając całe wyposażenie. O osadnikach, którzy zajmują duże gospodarstwa i starają się wycisnąć z nich, co się da, i to w jak najkrótszym czasie, pisze Władysław Kordaczuk z dolnośląskiego Małuszowa [Malitsch]:

Zamieszkał na piętrze, bo to bezpieczniej i rozleglejszy widok. Wypadło parę dachówek, dach zaczął przeciekać, nieprzyjemnie kapało na głowę. Dom wielopokojowy, nie ma strychu, zamykał drzwi i przeprowadzał się do drugiego pokoju. Po jakimś czasie i tam zaczęło kapać, zajmował następny pokój. Po paru latach kapało już wszędzie, schodził wtedy na parter. Upłynęło jeszcze parę lat, dach obleciał, sufity zaczęły się walić, a Niemców ani widu, ani słychu.

„Na wsiach koło Nowej Rudy ludzie używali domów, aż te zaczynały się walić” – napisze pod koniec lat dziewięćdziesiątych Olga Tokarczuk w Dwunastu obrazkach z Wałbrzycha, Nowej Rudy i okolic.

Wtedy gmina dawała im następne. Ludzie jednego dnia przenosili swój dobytek na drugą stronę strumienia albo drogi i żyli dalej. Zimą zawalały się dachy i podłogi zasypywał śnieg. Czy słowo gwałt jest zastrzeżone tylko dla istoty żywej? Czy można powiedzieć, że zgwałcony został przedmiot – stare pianino, w które wali się tak długo, aż odlecą klawisze, albo szafa porąbana na opał, albo dom opuszczony jesienią, gdy pierwsze deszcze zaczynają przeciekać przez dachówki?

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

[1] Cytaty pochodzą z książki Andrzeja Mularczyka Sami swoi.

[2] Kiedy dana miejscowość pojawia się w tekście po raz pierwszy, podaję również jej dawną niemiecką nazwę. Pełna lista występujących w książce nazw geograficznych w brzmieniu polskim i niemieckim znajduje się w Dodatkach na s. 431.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I