Liliowe opium - Julia Gambrot - ebook
NOWOŚĆ

Liliowe opium ebook

Julia Gambrot

4,1

69 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość, medycyna i rodzinne tajemnice u progu Wielkiej Wojny...

Lilia von Schiller kończy medycynę i w świecie zdominowanym przez mężczyzn podejmuje walkę o swoje marzenia. Pragnie zostać chirurgiem jak jej ojciec. Tymczasem w domu rodzinnym von Schillerów zjawia się ekscentryczna Helena. Twierdzi, że jest nieślubną córką zmarłego w niejasnych okolicznościach brata Lilii. Skrywane rodzinne tajemnice ożywają i budzą się demony przeszłości...
Nad Europą zbierają się ciemne chmury Wielkiej Wojny, beztroska la belle époque dobiega końca. W mieście dochodzi do zabójstw kobiet, a młoda pani doktor zostaje zamieszana w śledztwo. Jak Lilia odnajdzie się w wojennej rzeczywistości? Czy odkryje, kim jest seryjny morderca? Czy pozna największy sekret swojej rodziny?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 747

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Julia Gambrot, 2020

Projekt okładki: Teresa Chylińska-Kur, KurkaStudio

Zdjęcia na okładce: © Szasz-Fabian Ilka Erika,

© Serg Zastavkin, © Gannie/shutterstock.com

Zdjęcie Julii Gambrot: © archiwum prywatne

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Daria Paulina Domachowska

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-35-9 (EPUB); 978-83-66503-36-6 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ I

Zimowe słońce chyliło się ku zachodowi, roztaczając nad budynkami miasta ognistą łunę. Wybiegłam na ulicę i oślepiona jego blaskiem, skierowałam się pośpiesznie w stronę ambulatorium, gdzie zapewne pacjenci czekali już na moje przybycie. Byłam poważnie spóźniona – szłam więc szybkim krokiem, brodząc w resztkach śniegu zmieszanego z błotem. Wciągałam do płuc zimne, niemal arktyczne powietrze, odczuwając bez mała ból w oskrzelach. Wydawało mi się, że ciągle jeszcze otacza mnie zapach sagrotanu, używanego na sali operacyjnej do dezynfekcji. Jeden z zabiegów niespodziewanie znacznie się wydłużył z powodu guza jamy brzusznej, który okazał się skupiskiem gruźliczo zmienionych węzłów chłonnych.

– Pani Lilia von Schiller? – usłyszałam nagle za plecami. Zatrzymałam się na chwilę i odwróciłam w stronę dobiegającego głosu, osłaniając ręką oczy od oślepiających słonecznych promieni, by ujrzeć twarz pytającego.

– Doktor Hanzel? – rzekłam z takim niedowierzaniem, jakbym zobaczyła przed sobą zmartwychwstałego nieboszczyka. Mój ton musiał go zbić z tropu, bo zaczął nerwowo przygryzać wargi i wąsy.

– Cóż, nie widzieliśmy się tyle lat... – odezwał się niepewnie. – Można by rzec, że ostatni raz mieliśmy okazję owego feralnego dnia... – zamierzał dokończyć, lecz przerwałam mu gwałtownie.

Nie chciałam, aby wracał wspomnieniami do tamtego wydarzenia, gdy na oczach mojego ojca odrzuciłam jego misternie zaplanowane oświadczyny. Wykrzyczałam mu wówczas w twarz, że prędzej wolałabym umrzeć, niż poślubić kogoś takiego jak on, dorzucając do tego jeszcze inne przykre słowa na temat jego osoby...

– Ach, dajmy już temu spokój! Było, minęło – to powiedziawszy, machnęłam ręką, spuszczając wzrok. – Proszę lepiej powiedzieć, jak się pan miewa i jak zdrowie pana małżonki, bo z tego, co słyszałam, ożenił się pan przed kilkoma laty, prawda?

Odpowiedziało mi jedynie jego melancholijne i głębokie westchnienie. Spojrzał na mnie tęczówkami o barwie wodnistego błękitu. Malował się w nich ból i cierpienie.

– Cóż, moje szczęście małżeńskie nie trwało długo... Wkrótce po urodzeniu naszej córki Matyldy moja żona popadła w ogólne osłabienie fizyczne, stała się kachektyczna i apatyczna, aż pewnego dnia zgasła bezpowrotnie... – to powiedziawszy, dyskretnie otarł łzy, jakie napłynęły do jego oczu.

– To straszne! – krzyknęłam, wstrząśnięta tym, czego się przed chwilą dowiedziałam. – Słyszałam o podobnych, bardzo rzadkich przypadkach, opisanych w medycznym piśmiennictwie. Podobno u tych pacjentów sekcja zwłok wykazywała zazwyczaj zwłóknienie i częściową martwicę przysadki – rozpoczęłam naukowy wywód, nie czekając na przyzwolenie. Ale widząc pogłębiające się przygnębienie doktora, zdałam sobie sprawę, że być może jest to nie na miejscu w obliczu zaistniałej tragedii osobistej. Ucięłam więc szybko swój monolog i zmieniłam temat: – A jak się miewa pana córeczka?

Słysząc moje pytanie, nagle się ożywił.

– Jest cudowna! Taka piękna i mądra! Co prawda ma dopiero osiem lat, ale jest nad wyraz rozwinięta. Proszę sobie wyobrazić, że już interesuje się oglądaniem moich preparatów histologicznych pod mikroskopem!

Zaśmiałam się w duszy, przypominając sobie, że kiedyś i ja otrzymałam od niego propozycję wybrania się do jego prywatnego laboratorium w celu podziwiania tych zbiorów.

– A pani ma dzieci? – spytał nagle, lustrując mnie od stóp do głów, jakby próbował wyczytać odpowiedź z kształtu mojej figury.

– Niestety nie – odparłam, spuszczając smutno wzrok. – Mój narzeczony zginął w katastrofie statku 15 kwietnia 1912 roku, w czasie rejsu do Ameryki. Od tamtej pory wciąż próbuję się z tego otrząsnąć... – wyznałam, czując, jak moje mięśnie zaczynają drżeć z napięcia. Chociaż upłynęło już tyle czasu, na samo wspomnienie Olivera zawsze czułam niewysłowiony ból ściskający moje serce. Był tak silny, że z trudem nabierałam powietrze. Wydawało mi się, że uczucie to będzie mi już towarzyszyć do końca życia...

– Pani Lilio, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. A mówiono, że Titanic jest niezatapialny. Dobre sobie! Pamiętam te anonse w gazetach, kiedy jeszcze był w trakcie budowy. Widzi pani, jakie to nieszczęścia chodzą po ludziach. Teraz obydwoje żeglujemy po oceanie życia jak jacyś rozbitkowie, pogrążeni w morzu rozpaczy – dość filozoficznie zakończył swoją wypowiedź. Moim ciałem wstrząsnęły dziwne spazmy.

– Pani chyba jest zimno? – niespodziewanie zatroszczył się o mnie i ani się obejrzałam, a jego ciężkie, wełniane palto opadło na moje ramiona. – Dokąd pani zmierza? Proszę pozwolić, że odprowadzę. Nie mogę dopuścić, by nabawiła się pani zapalenia płuc, stojąc tutaj na mrozie razem ze mną.

Nie miałam siły protestować. Ruszyłam powoli w stronę neogotyckich zabudowań z czerwonej cegły, w których mieściły się kliniki, wybudowane za odszkodowania, jakie Francuzi musieli zapłacić Prusom po wojnie w 1871 roku. Ponownie przypomniałam sobie o czekających na mnie pacjentach i ogarnęła mnie panika. W milczeniu przyspieszyłam więc kroku. Doktor Hanzel próbował nadążyć za mną.

– Powiedziałem coś nie tak? – zaniepokoił się. – Tak nagle pani zamilkła.

Pokręciłam przecząco głową, nie będąc w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Miałam całkowicie zaciśnięte gardło.

– Cóż, przebywanie i konwersacje z damami nigdy nie były moją najmocniejszą stroną – wyznał szczerze, łapiąc się za włosy.

Zaskoczyło mnie, że był tego świadomy. Zatrzymałam się i spojrzałam mu głęboko w oczy, próbując przeniknąć do jego wnętrza i odgadnąć jego myśli. Znajdowaliśmy się właśnie pod wejściem do katedry chirurgii.

– Może to zabrzmi dziwnie – zaczęłam nieśmiało – ale naprawdę bardzo mi miło, że pana spotkałam! – rzekłam, przerywając milczenie.

– I z wzajemnością! – to powiedziawszy, uchylił wytarty filcowy melonik w kolorze ochry, szykując się do odejścia.

– Może miałby pan kiedyś ochotę odwiedzić mnie w moim rodzinnym domu razem z córeczką? Zapraszam na podwieczorek – wypaliłam niespodziewanie, będąc zaskoczona, skąd taka propozycja nagle pojawiła się w mojej głowie.

– Pani Lilio, będę zaszczycony! – wykrzyknął uradowany.

– To co, najbliższa niedziela?

– Niedziela będzie idealna! – zgodził się ochoczo, klaszcząc z zadowoleniem w dłonie. – Jeśli dobrze poszukam w swojej bibliotece, to znajdę chyba najnowsze wydanie mikrobiologii lekarskiej. Przyda się pani jako chirurgowi, więc przyniosę je ze sobą!

Uśmiechnęłam się, myśląc w duchu o tym, jak niewiele ten człowiek zmienił się w ciągu tych wszystkich minionych lat.

– Do zobaczenia zatem! – rzekłam na odchodne.

Stał chwilę w bezruchu, odprowadzając mnie wzrokiem, dopóki ciężkie, drewniane drzwi kliniki nie zamknęły się, skrzypiąc donośnie. Dopiero gdy dotarłam do mojego gabinetu, zdałam sobie sprawę, że z powodu tego całego zamieszania zapomniałam oddać mu jego wierzchnie okrycie. Poczułam rumieniec wstydu wstępujący na moje policzki. Doktor Hanzel, jak na gentlemana przystało, wolał najwyraźniej zamarznąć na śmierć, niż upomnieć się o swą własność. Jednakże nie miałam czasu dłużej zastanawiać się nad tym, bo właśnie pacjenci oblegli mnie, błagalnie wołając o pomoc. Postanowiłam oddać palto przy najbliższej okazji.

– Pani doktor, pani doktor! Jak dobrze, że pani już jest! – usłyszałam rozpaczliwe wołanie, kiedy otwierałam drzwi.

Jako pierwszy do mojego ambulatorium został wniesiony zaledwie kilkuletni chłopiec. Miał mocno obrzęknięte kończyny dolne – zwłaszcza przy nasadach kości – co uniemożliwiało mu chodzenie, a skóra była napięta i rozpalona od gorączki. Sądząc po ubiorze i stanie odżywienia, musiał należeć do najuboższej warstwy społeczeństwa. Jego nagie, brudne stopy, zawinięte w szmaty, wskazywały na to, że nawet nie posiadał własnych butów.

– Tak źle jest od kilku dni – jęknęła matka dziecka. – Co to może być? – dopytywała gorączkowo. – Nigdzie się przecież nie uderzył. Pomaga tylko w domu, bo jest jeszcze za mały, by mąż wziął go do fabryki.

– Wygląda to na chorobę Möllera-Barlowa[1] – stwierdziłam w zamyśleniu. – Na szczęście nie jest to sprawa zakaźna – oznajmiłam, oglądając zmiany na ciele chłopca.

Ta przypadłość była dość powszechna u biedoty i najprawdopodobniej wynikała z niedoborów żywieniowych, chociaż jej etiologia nie została dotychczas w pełni wyjaśniona. Wiedziałam tylko, że w najcięższych przypadkach dochodziło do oddzielenia się trzonu kości od jej nasady.

– Spróbuję zrobić punkcję płynu, to znaczy upuścić go troszkę, by przyspieszyć powrót do zdrowia – wyjaśniłam, a rodzice dziecka ufnie oddali je w moje ręce. Malec pojękiwał cicho, ale nie płakał.

Nabrałam do strzykawki ampułkę nowokainy, by znieczulić okolicę, po czym delikatnie nacięłam skalpelem miejsca obrzęku. Wylała się spora ilość wodnistej krwi, która była zgromadzona pod okostną. Następnie wytamponowałam delikatnie ranę, zakładając opatrunek.

– Państwa syn powinien odczuć teraz ulgę. Na zbicie gorączki proszę podawać mu te tabletki – to powiedziawszy, wręczyłam rodzicom małego pacjenta acetopirynę. – Nazajutrz trzeba przyjść na kontrolę. Ważne jest teraz, by dziecko w miarę możliwości dobrze odżywiać.

– Dziękuję – odparła z wdzięcznością matka, odbierając chłopca z moich rąk.

Kolejni chorzy przychodzili głównie w celu zmiany opatrunku, zszycia ran skóry lub nacięcia ropni i założenia do nich sączka. Zjawiła się też młoda kobieta z nabrzmiałymi skrofułami i młodzieniec z wrzodziejącym kilakiem nosa. Pracowity dzień zakończyłam, podając zastrzyk z eukainy z powodu rwy kulszowej, będącą przedmiotem skarg starszego pana. Gdy ostatni pacjent opuścił pomieszczenie, otarłam pot z czoła, wzdychając ciężko. Za oknami tliły się już gazowe latarnie. Teraz pragnęłam tylko jak najszybciej wrócić do domu. Na zaplamiony krwią oraz innymi wydzielinami fartuch lekarski narzuciłam więc pośpiesznie płaszcz i zamknęłam za sobą drzwi. Gdy znalazłam się w mrocznym korytarzu, w jego odległym końcu dostrzegłam postać, która zamajaczyła niczym senna mara. Przetarłam zmęczone oczy, aby lepiej widzieć, lecz w panujących dookoła ciemnościach trudno było mi dostrzec szczegóły sylwetki. Czy to możliwe, aby jeszcze jakiś pacjent oczekiwał do tej pory na wizytę i nie upomniawszy się o swoją kolej, siedział na końcu poczekalni?

Podeszłam powoli w stronę osjanicznej zjawy. Głuchą ciszę przerywał tylko stukot moich obcasów na kamiennej posadzce. Kiedy znalazłam się już w odległości kilku kroków, tajemnicza osoba, siedząca na drewnianym krześle, podniosła na mnie oczy koloru mahoniu, otoczone wachlarzem długich, czarnych jak smoła rzęs i zmrużyła powieki, jakby chciała wyostrzyć sobie obraz, by bacznie mi się przyjrzeć. Przystanęłam, odwzajemniając spojrzenie. W jej przeszywającym wzroku było coś niepokojącego... Była to mniej więcej dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana bardzo skromnie, w przydużą pelerynę, na której widać było ślady pocerowanych dziur. Włosy koloru mysiego, chociaż zaczesane w staranny warkocz, były mocno przetłuszczone. Na dodatek co jakiś czas słychać było donośne pociąganie nosem i stłumiony kaszel.

– Przepraszam, ale czy mogę w czymś pomóc? – zaoferowałam się, zdobywając się na życzliwy uśmiech.

– Pani doktor Lilia von Schiller? – dziewczyna zamiast odpowiedzieć na pytanie, ochrypłym głosem zadała mi swoje, przełykając głośno ślinę i drżąc z napięcia.

Obserwując jej nietypowe zachowanie, poczułam jakiś irracjonalny strach.

– Tak... – odparłam niepewnie, obserwując każdy ruch nieznajomej. Usłyszawszy moją odpowiedź, zakryła na chwilę twarz dłońmi, zaszlochała krótko i głośno, po czym zerwała się gwałtownie z krzesła i ruszyła w moim kierunku. Instynktownie odskoczyłam w bok, ale to jej nie powstrzymało.

– Ciocia! – krzyknęła, po czym objęła mnie mocno obiema rękami, tak że nie byłam w stanie się wyswobodzić.

Wtuliła mocno głowę w fałdy płaszcza. Skamieniałam i nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Zupełnie nie wiedziałam, co powinnam w tej sytuacji uczynić. Patrząc na nią, nagle poczułam dziwne zakłucie w sercu.

– Przepraszam, ale musiało zajść jakieś straszne nieporozumienie! – odezwałam się po chwili niezręcznej ciszy, obejmując ją ramieniem i delikatnie próbując odsunąć ją od siebie. Jednocześnie starając się, aby moje słowa zabrzmiały jak najłagodniej, kontynuowałam: – Chyba nie jestem tą osobą, której szukasz... Nie wiem, jak mogłabym ci pomóc... – tłumaczyłam spokojnie, ale moja wypowiedź została raptownie przerwana.

– Ależ wszystko się zgadza i nie ma mowy o żadnej pomyłce! – wykrzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu, aż przeraziłam się jego brzmienia. – Nazywam się Helena Aigner – przedstawiła się z przejęciem.

– Niestety, nic mi to nie mówi... – odparłam po chwili ciszy, w czasie której usilnie próbowałam odtworzyć w pamięci sytuację, w której mogłam zetknąć się z tym nazwiskiem. Dziewczyna na chwilę wypuściła mnie z uścisku. Jej oczy ponownie zwęziły się, jakby badała, czy faktycznie nie wiem, kim jest, czy też jest to z mojej strony jedynie gra.

– To absolutnie niemożliwe, abyśmy były spokrewnione. Moja rodzina w większości już wymarła. Mam tylko jednego brata Fryderyka i nic nie wiem na ten temat, ażeby miał córkę i to na dodatek pannicę w twoim wieku! – wyjaśniłam.

Jej usta zacisnęły się, stając się trupio blade, a mięśnie twarzy zaczęły drżeć w napięciu.

– Czy zapomniałaś już, że miałaś dwóch braci? – w jej głosie wyraźnie dało się wyczuć rozgoryczenie. – Spójrz tylko w moje oczy, czy nie przypominają ci Wilhelma, ciociu? – to powiedziawszy, zaczęła natarczywie wpatrywać się we mnie. – Naprawdę nic nie wiedziałaś o moim istnieniu czy tylko udajesz? – po chwili milczenia wycedziła powoli przez zaciśnięte zęby.

Poczułam, jak moje serce zaczyna szybko bić, a fala gorącej krwi zalewa mi skronie. Zaczęłam nerwowo wciągać powietrze do płuc. Odruchowo przyłożyłam zimną dłoń do czoła, by móc ochłonąć. Z trudem opanowując łzy napływające do ściśniętego gardła, krzyknęłam:

– Nie, to nie może być prawda! On nie żyje od prawie osiemnastu lat!

– Wszystko się zgadza, ciociu. Mam skończone dokładnie siedemnaście – to powiedziawszy, uśmiechnęła się dość sztucznie. – Nim mój ojciec tragicznie odszedł z tego świata, moja matka, Karolina Aigner, zdążyła mu powiedzieć, że jest przy nadziei. Pragnął wówczas uciec z nią. Niestety, dalsze wypadki potoczyły się tak, że nie mógł dotrzymać danej jej obietnicy, a ja przez większość mojego życia nie znałam jego imienia ani nazwiska. Myślałam, że jestem owocem krótkotrwałego romansu, tak krótkiego, że moja rodzicielka nie zdążyła nawet dowiedzieć się, kim był człowiek, który dał mi życie. Dopiero będąc na łożu śmierci i obawiając się o mój dalszy los sieroty i pragnąc, abym nie została sama na świecie, postanowiła wyjawić mi prawdę o swojej przeszłości. Jej ostatnim życzeniem było, abym odszukała rodzinę von Schillerów, której jestem częścią... Powiedziała, że na pewno w tej sytuacji nie odmówią mi pomocy i przygarną pod swój dach...

Próbowałam pozbierać myśli, które bezładnie wirowały w mojej głowie, cała trzęsąc się z napięcia i starając się opanować nagłe emocje. Zastanawiałam się, co Helena wie o tragicznych wydarzeniach, które miały miejsce przed jej narodzinami. Czy matka zwierzyła się jej, że gdy wdała się w zakazany romans, była żoną pułkownika? Czy zdawała sobie sprawę z tego, że jej ojciec został oskarżony o morderstwo prawowitego małżonka jej matki, a potem skazany na śmierć przez rozstrzelanie? Co prawda wyroku nigdy nie doczekał, ponieważ popełnił samobójstwo w swojej celi. Czy Helena mogła znać miejsce jego pochówku? Okoliczności odejścia mojego najstarszego brata, podobnie jak miejsce, gdzie znajdował się jego grób, od początku były owiane tajemnicą. Odkąd otrzymaliśmy wiadomość o tym, że nie żyje, ojciec całkowicie zakazał rozmawiać na jego temat, tak jakby Wilhelm nigdy nie istniał. Okłamał nas wszystkich, mówiąc, że odszedł na galopujące suchoty.

– Jak nas odnalazłaś? – wyszeptałam, przerywając swoje rozmyślania.

– Cóż, nie było to aż takie trudne. Matka zdradziła mi nazwę miasta, w którym wychował się i studiował mój ojciec. Wspomniała także, że pochodził ze znanej w mieście, lekarskiej, profesorskiej rodziny. Mając te informacje, udałam się bezpośrednio na uniwersytet, a stamtąd skierowano mnie tutaj... Spójrz! – to powiedziawszy, wręczyła mi pomiętą fotografię.

Trzęsącymi się rękami wygładziłam papier i skierowałam zdjęcie w stronę światła. Widoczny był na nim mój brat obejmujący szczupłą i elegancką damę o kruczoczarnych włosach, ubraną w suknię z koronek, z asymetrycznymi draperiami. Ich ręce spotykały się splecione na jej brzuchu, podkreślając, że kobieta znajduje się w stanie błogosławionym, chociaż z zewnątrz było to jeszcze zupełnie niewidoczne.

Na czarno-białej fotografii ktoś uwiecznił chwilę, gdy ich oczy – wpatrzone prosto w obiektyw aparatu – iskrzyły się szczęściem. Nie wiedzieli wówczas jeszcze, że będzie ono trwało tak krótko i że niebawem rozłączy ich śmierć. Poczułam, jak gorące łzy spływają mi po policzkach. Pierwszy raz od wielu lat przypomniałam sobie, jak wyglądał Wilhelm. Wszakże jego wspomnienie w mojej pamięci dotąd pozostawało jakby zatarte... Wszystkie jego fotografie z rodzinnych albumów zniknęły – najprawdopodobniej zostały spalone przez mojego ojca w gniewnym uniesieniu. Przycisnęłam zdjęcie mocno do piersi, jakbym chciała go jeszcze raz przytulić.

– Moja matka pochodziła ze zubożałej rodziny mieszczańskiej, która wbrew jej woli wydała ją za dużo starszego wojskowego. Chociaż była ich jedynym dzieckiem, całym jej posagiem była uroda, bo rodzice nie mieli pieniędzy i nie udało im się nawet zapewnić jej wykształcenia. Jej mąż nie traktował jej nigdy dobrze – często wpadał w szał, a wtedy zdarzało się, że podnosił na nią rękę. Planowała od niego uciec wraz z moim ojcem, ale wtedy wydarzyła się ta tragedia... To zdjęcie zostało zrobione tego samego dnia. Przypatrz się uważnie – zwróciła się do mnie – w tle wisi zegar, który wskazuje dokładnie trzecią po południu. W tym dniu planowali uciec pod nieobecność jej męża zamówionym wcześniej powozem, lecz niestety pociąg przyjechał wcześniej i pułkownik szybciej pojawił się w domu. Strzały padły o szóstej...

Ponownie przyjrzałam się dokładnie fotografii, dostrzegając wahadłowy zegar odmierzający czas przeszłości. Wpatrując się dłużej w czarno-biały portret, uwieczniony na kliszy, dojrzałam przypiętą do sukni kobiety broszkę z ametystem w kształcie ważki, która należała kiedyś do mojej matki. Często ubierała ją, wychodząc na oficjalne wizyty. Wiedziałam, że gdy Wilhelm dorósł i wyprowadził się z domu rodzinnego, ofiarowała mu ją, aby stała się podarunkiem dla przyszłej wybranki. Poczułam bolesne ukłucie w sercu i szloch ponownie uwiązł mi w gardle.

– Coś nie tak?! – zapytała Helena z niepokojem w głosie, przyglądając mi się badawczo. – Wiem, że to wszystko stało się tak nagle i że pojawiłam się tutaj bez uprzedzenia. Ale ja nie chcę zostać sama na tym świecie! Nie chcę być nadal niechcianą i pomiataną przez wszystkich sierotą... Nie mam dokąd pójść... – zaczęła rozpaczliwie wyrzucać z siebie słowa.

Jej oczy zaszkliły się, a po policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu, dlatego przytuliłam ją pośpiesznie. Wtuliła się we mnie ufnie, jak małe dziecko, chowając głowę w moich ramionach.

– Nigdy nie będziesz sama! Obiecuję ci! – rzekłam, dygocząc z przejęcia. – Zabiorę cię do nas. Jesteś przecież częścią naszej rodziny!

Przyjęła moje słowa z wyraźną wdzięcznością i chyba też ulgą, bo na jej zapłakanej twarzy zagościł nikły uśmiech.

Musiała dochodzić dziewiąta wieczorem, bo usłyszałam bicie mosiężnych dzwonów dochodzące z położonej niedaleko kaplicy.

– Jest już późno. Poza tym na zewnątrz robi się prawdziwie mroźna noc, a ty na dodatek wydajesz się być przeziębiona. Wobec tego zawołam powóz i poproszę, aby zawiózł nas do domu – zarządziłam.

Przytaknęła w milczeniu, po czym pośpiesznie zaczęła zbierać swoje tobołki.

– Pomogę ci – zaoferowałam się, dźwigając wytarty skórzany kufer.

Ale nagle poczułam opór ze strony dziewczyny. Gwałtownie chwyciła swój bagaż, odbierając mi go z rąk.

– Tutaj jest wszystko, co mam – wyjaśniła. – Wolę nieść to sama.

Jej reakcja zaskoczyła mnie, ale postanowiłam to przemilczeć. Fakt, że nie obdarzyła mnie zaufaniem, spowodował niemiłe ukłucie. Wiedząc jednakże, przez co przeszła w swoim krótkim życiu, starałam się rozumieć jej podejrzliwość do ludzi.

Na zewnątrz dym z kominów mieszał się z gęstą mgłą. Ulica była całkowicie opustoszała. Stukot naszych trzewików o bruk rozchodził się echem po okolicy.

– Tędy – rzekłam po wyjściu z budynku, wskazując aleję, na której zwykle miały swój postój dorożki. O tej porze stała tam tylko jedna. Koń parskał zniecierpliwiony, a z jego nozdrzy buchała para. Woźnica, najpewniej żując tytoń, przeglądał się w lusterku zawieszonym przy tulejce na bat. W słabym świetle latarni świecowej – zgrabiałymi od zimna rękami – usiłował za pomocą brzytwy usunąć swój zaniedbany zarost.

– Proszę nas zawieźć na ulicę Scheittinger – zażądałam, gdy obrócił się w naszą stronę, słysząc kroki.

Od razu włożyłam mu do kieszeni zapłatę. Dostrzegłam błysk w jego mętnych oczach – najpewniej ucieszył go niespodziewany zarobek.

– To niedaleko, jeśli skróci się drogę przez park – odezwałam się po chwili, widząc, że dorożkarz przelicza, czy otrzymał wystarczająco dużo monet.

– To mnie pani poprowadzi, bo prawie nigdy tam nie jeżdżę. Klienci głównie chcą do centrum miasta. A o tej porze raczej nie jeżdżę na skróty przez park. Mało to bandziorów? – odparł niezbyt uprzejmie, zionąc przetrawionym, starym alkoholem, i splunął na bok.

Wzdrygnęłam się z obrzydzenia. Nie miałyśmy jednak wyjścia i trzeba było zdać się na tego niezbyt okrzesanego furmana, który najprawdopodobniej nie lubił wylewać za kołnierz.

– Będę jednak nalegać – upierałam się. – Chcę jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nie sądzę, aby groziło nam jakiekolwiek niebezpieczeństwo – dodałam stanowczym tonem.

W odpowiedzi machnął ręką z rezygnacją na znak, że jest mu wszystko jedno i nie zamierza wdawać się w żadne dyskusje. Pośpiesznie usunął zakrwawioną szmatę, która wisiała na drzwiczkach do powozu.

– Zaciąłem się przy goleniu – mruknął tytułem wyjaśnienia.

Ponownie poczułam dreszcze ohydy przebiegające przez moje ciało. Wtem usłyszałam odgłos jakiegoś małego, metalicznego przedmiotu uderzającego o kostkę brukową. Helena pośpiesznie schyliła się w jego poszukiwaniu, jakby rozglądając się zarazem, czy nikt nie widzi tego, co robi. Woźnica, zaaferowany teraz poprawianiem końskiej uprzęży, pogwizdywał pod nosem melodyjki zasłyszane zapewne w robotniczych szynkach, gdzie musiał być częstym bywalcem.

– Spadły mi pieniądze, ale już mam – to powiedziawszy, włożyła do kieszeni miedzianą monetę z podobizną Wilhelma II. Oczy zaiskrzyły jej się jakimś nienaturalnym blaskiem, a usta wykrzywiły w manierycznym uśmiechu.

– Dobrze, teraz wsiadajmy do środka – wydałam polecenie, zirytowana jej ociąganiem się. Chwyciłam za jej bagaż.

– Nie, to wezmę sama – usłyszałam jej stanowczy protest.

Ponownie nie chciała rozstać się ze swoją wytartą i wyjątkowo sfatygowaną torbą. Z trudem udało nam się zmieścić wszystko wewnątrz pojazdu, a część bagażu musiała spoczywać na moich kolanach. Ogarnęła mnie złość, ale nic nie mogłam zrobić. Koła fiakra toczyły się coraz szybciej, trzeszcząc, a budynki powoli zostawały w oddali. Po chwili zauważyłam, że moja towarzyszka zaczęła nerwowo obgryzać paznokcie, nie krępując się zupełnie moją obecnością. Zastanawiałam się, czy powinnam zwrócić jej uwagę. Uznałam jednak, że na wpajanie dobrych manier przyjdzie jeszcze czas, a na razie należy jej okazać dużo współczucia i wyrozumiałości.

– Co ty ze sobą wozisz? – spytałam po chwili. – Strasznie to ciężkie!

– Książki, ciociu. To moje okno na świat! – odparła z melancholią w głosie i zapadła w zadumę.

Ujęła mnie tym. Sama też nie umiałam nigdy oderwać się od lektury i nigdy nie ograniczałam się wyłącznie do literatury medycznej. W drodze zaczęłam rozmyślać, co powiem, gdy zjawię się w progu z niespodziewanym gościem, który na dodatek zostanie u nas na dłużej. Jak zareaguje mój ojciec, gdy dowie się, że znienawidzony przez niego syn, którego pragnął wymazać na zawsze z pamięci za splamienie honoru rodziny, zdążył spłodzić nieślubną córkę? Los skomplikował jeszcze bardziej tę historię, gdyż istniało przypuszczenie, że sam Wilhelm – pierworodny potomek – jest owocem zdrady, jakiej dopuściła się moja matka względem ojca. Ich małżeństwo, zawarte bez miłości, będące jedynie korzystnym dla obojga stron kontraktem, nie było niczym niezwykłym w tamtych czasach. Podobnie zresztą jak niewierność małżeńska. Zastanawiałam się, jaka będzie dalsza przyszłość Heleny.

Dręczące mnie rozmyślania przerwał gwizd woźnicy, który gwałtownie spiął konia.

– Jesteśmy prawie na miejscu – rzekł zdecydowanie.

Wyjrzałam przez okno powozu.

– Ależ mówiłam panu, że trzeba jeszcze przejechać przez park! – zwróciłam się do niego rozdrażnionym tonem.

– A ja pani mówiłem, że o tej porze tamtędy nie pojadę.

– Chce nas pan tak zostawić w tym miejscu? Co z pana za mężczyzna! – oburzyłam się, ale on pozostawał niewzruszony.

– Za dodatkową opłatą mógłbym pojechać inną drogą – dodał po chwili pojednawczo.

– Obejdzie się – podziękowałam, nie kryjąc swojej złości. – Heleno, zabierz proszę wszystkie swoje rzeczy. To już niedaleko. Za kilka minut ogrzejemy się przy kominku. Idziemy! – zwróciłam się do mojej młodej towarzyszki.

– Naprawdę chce pani – taka wątła i krucha kobieta – ryzykować i przemierzać o tej porze ciemne, zakrzewione aleje, w których zło może czaić się na każdym kroku? – Przyglądał mi się bacznie, zatrzymując wzrok na talii i biodrach.

Miałam wrażenie, że przez jego twarz przeszedł lubieżny uśmieszek.

– Jestem silniejsza, niż się to panu wydaje! Ruszamy! – rzuciłam ponownie do Heleny, która zastygła w miejscu niczym kamienny posąg. – Zimno ci? – zapytałam. – Mówiłam już, że niedługo będziemy w domu i zaraz się rozgrzejesz.

– On ma rację... – powiedziała wolno drżącym głosem, a jej oczy przybrały dziwny blask. – Nie powinniśmy iść tamtędy same. Tam może kryć się coś strasznego... Czuję to...

– Głupstwo! Widzisz tamte światła? – to powiedziawszy, wskazałam na palące się w oddali latarnie, których nikły blask docierał do nas przez nagie gałęzie drzew. – Tam musimy dotrzeć. To bardzo bezpieczna okolica. Chadzałam tędy wiele razy!

Helena niechętnie zebrała się do drogi.

– Oby pani nie pożałowała swojej lekkomyślnej decyzji – rzekł na odchodne dorożkarz, starając wzbudzić w nas strach, po czym skłonił się, świsnął w powietrzu batem i odjechał.

Za dnia wielokrotnie chodziłam lub spacerowałam parkowymi ścieżkami, z których każda była mi dobrze znana. Wzdłuż nich rosły wiekowe dęby trzeszczące pod naporem wiatru oraz krzewy magnolii. Teraz, pod osłoną nocy, te same miejsca wydawały się zupełnie obce, a rzucane przez drzewa cienie wyjątkowo upiorne. Księżyc znajdujący się obecnie w nowiu czynił atmosferę jeszcze bardziej nieprzyjemną. Zawinęłam szczelniej szal wokół szyi i szybkim krokiem wyruszyłam przed siebie. Za mną kroczyła moja towarzyszka, która i tym razem nie pozwoliła sobie pomóc w niesieniu bagażu. Idąc w mroku, cały czas miałam osobliwe uczucie, że ktoś nas obserwuje. Nerwowo oglądałam się więc za siebie, sprawdzając, czy nikt nie podąża naszym śladem. Helena zauważyła moje dziwne zachowanie.

– Czy myśli ciocia, że ktoś tutaj jest oprócz nas? – zapytała, szczękając zębami z powodu mrozu, a może ze strachu.

Zastanawiałam się, co powinnam odpowiedzieć. Nie chciałam ani w sobie, ani w niej podsycać niepokoju.

– Cóż, nie można tego wykluczyć. Ale nawet jeśli, to przecież nie jest powód, żeby się od razu bać – odparłam po chwili.

Wtem niedaleko nas usłyszałam jakby trzask łamanej gałęzi. Poczułam, jak moje serce zaczyna bić szybciej, a nogi robią się jak z waty. Intuicyjnie przyspieszyłam, pociągając za sobą Helenę.

– Słyszałaś to, ciociu? – zapytała przenikliwym szeptem.

– Ciiii – uciszyłam ją, dając do zrozumienia, że nie powinna się w tej chwili odzywać.

W mojej głowie krążyły różne myśli. Nie chciałam jednak dać po sobie poznać, że być może rzeczywiście nie miałam racji, decydując się na wędrówkę przez park o tej porze. Żwawszy krok doprowadził mnie do zadyszki – znów z trudem łapałam arktyczne powietrze. Starałam się patrzeć pod nogi, by się nie potknąć, jednakże w tych ciemnościach mało co było widać. W pewnym momencie poczułam, że mój trzewik nastąpił na jakiś miękki przedmiot. Odskoczyłam nerwowo, tłumiąc w sobie krzyk.

– Co to? – spytała Helena, schylając się.

– Na pewno nic ważnego – odparłam najspokojniej, jak umiałam, aby ukryć swoje zdenerwowanie.

Pewnie ktoś coś zgubił i jutro po to wróci. Dziewczyna jednak nie dawała za wygraną. Wyjęła z kieszeni zapałki, by oświetlić sobie tajemnicze znalezisko.

– To kapelusz! – zawołała entuzjastycznie.

Ścisnęłam jej dłoń, ponownie dając znać, by się uciszyła. Znów wydało mi się bowiem, że słyszę jakieś szmery w pobliżu...

– Popatrz tylko, ciociu! – odezwała się po chwili stłumionym głosem.

Moim oczom ukazało się leżące na ziemi damskie nakrycie głowy, z modnym dużym rondem i drapowanym tiulem, w które powpinane były ptasie pióra – najpewniej należące do jakiegoś egzotycznego ptaka. Wyglądało na zupełnie nowe, przybrudzone jedynie mieszanką błota z resztkami topniejącego śniegu. Nagle zobaczyłam, że moja towarzyszka podnosi je i strzepując brud, chowa pod pachę.

– Co robisz? – zdumiałam się.

Cudze rzeczy osobiste, na dodatek znalezione w tak upiornych okolicznościach, budziły we mnie odrazę i napawały dziwnym lękiem.

– To byłby grzech nie zabrać go ze sobą! Taki kapelusz kosztuje przecież majątek. Zawsze można go sprzedać albo samemu nosić. Nie sądzę, aby ktoś przyszedł po swoją zgubę, skoro do tej pory tego nie zrobił – podsumowała i z dumą przymierzyła nakrycie głowy.

Znów poczułam niemiły dreszcz na myśl, że w sumie to nie wiadomo, na czyjej głowie wcześniej spoczywał, i przez chwilę wpatrywałam się w Helenę z niedowierzaniem. Uświadomiłam sobie jednak, że jako osoba, która wychowała się w biedzie, dziewczyna nauczyła się zapewne wykorzystywać każdą sposobność do poprawy swojej sytuacji materialnej, nie przepuszczając przy tym żadnej okazji. Westchnęłam ciężko, postanawiając nie dzielić się z nią moimi przemyśleniami.

Wtem ponownie usłyszałyśmy odgłos łamanych gałęzi, a następnie jakby kroki i szuranie ciągniętego po ziemi przedmiotu. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, złapałam moją towarzyszkę za rękę i ciągnąc ją za sobą, zaczęłam biec naprzód najszybciej, jak tylko potrafiłam. Na szczęście Helena wyczuła grozę sytuacji i pozwoliła sobie wreszcie pomóc w niesieniu ciężkiego bagażu. Do bramy dotarłyśmy, dysząc z wysiłku, ze zwichrzonymi włosami oraz wypiekami na policzkach. Moje serce biło tak mocno, jakby miało zamiar wyskoczyć za chwilę z klatki piersiowej. Wciągałam haustami tlen do płuc, czując niemalże ból w oskrzelach. Gdy już byłyśmy bezpieczne, raz jeszcze obejrzałam się za siebie, wpatrując się w znajdujący się nieopodal park. Drzewa uginały się pod naporem porywistego wiatru, a ich leciwe konary trzeszczały złowrogo na mrozie. Nie mogłam przestać myśleć o tych tajemniczych odgłosach, zastanawiając się, czy faktycznie jeszcze ktoś oprócz nas przechadzał się teraz po nocy zarośniętymi ścieżkami. Snułam przypuszczenia, do kogo mógł należeć ten kapelusz i jak to się stało, że został tak lekkomyślnie zgubiony. Jak Helena słusznie stwierdziła, nie był tani i wyglądał na zupełnie nieużywany. Dziwne więc, że jego właścicielka nie szukała go od razu, jak tylko zauważyła tę stratę. Jednakże nie było czasu na dalsze rozważania, bo stałyśmy już u wejścia do mojego domu. Zrobiło się już bardzo późno, a ja zastanawiałam się, jak powiem oczekującej mnie wewnątrz rodzinie, że po wielu latach od śmierci Wilhelma, kiedy pamięć o nim została na zawsze wymazana, teraz staję w progu z jego odnalezioną właśnie córką...

ROZDZIAŁ II

Ojciec stał na wprost okna, wpatrując się w dal. Jego oczy były niczym z porcelany – błyszczały bezosobowo, wpatrzone w jeden punkt. W dłoni trzymał szklankę whisky, w drugiej dymiło się powoli cygaro. W pokoju panowała cisza, raz po raz przerywana jedynie uderzeniem sztućców o talerze. Wygłodniała Helena zjadała w pośpiechu przygotowaną wieczerzę. Wyglądała na całkiem zadowoloną i zdawało się, że nie czuje się w ogóle skrępowana nową sytuacją. W przerwie pomiędzy kęsami bacznie nas obserwowała, jakby próbowała przeniknąć nasze myśli.

Rozglądała się także po wnętrzu, zawieszając wzrok na mahoniowych sofach, obitych żakardowym atłasem, ozdobionych ornamentacją snycerską, aksamitnych fotelach z podłokietnikami, fornirowanym kredensie, orzechowej komodzie, skupiając się ostatecznie na wiszących na ścianach portretach przodków.

– Dzisiaj, niestety, będziesz musiała spać w pokoju gościnnym. Jest trochę ciasny, ale za to przytulny. Jutro zastanowimy się nad innym rozwiązaniem – powiedziała Róża, żona mojego brata, a zarazem moja przyjaciółka jeszcze z czasów studiów.

Otoczyła nowo przybyłego gościa ramieniem i kontynuowała:

– Na szczęście dom jest na tyle duży, że wszystkich pomieści! – uśmiechnęła się życzliwie.

Ale Helena zdawała się być dziwnie spięta jej nagłą bliskością i szybko oswobodziła się z uścisku, delikatnie odsuwając się od niej. Róża nie zraziła się jednak jej zachowaniem. Sama nie miała łatwego dzieciństwa – wychowała się jako sierota, tułała się po przytułkach prowadzonych przez siostry zakonne. Zapewne czuła z Heleną pokrewieństwo dusz i losu, zrodziła się w niej zatem nić sympatii do dziewczyny, więc postanowiła otoczyć ją troskliwą opieką.

– Masz już naszykowaną świeżo wykrochmaloną pościel. Będzie ci się dobrze spało – wtrąciłam.

– A czy będę miała łóżko z baldachimem? – Helena zadała niespodziewane pytanie.

– Ależ nie! Nawet w mojej małżeńskiej alkowie nie ma takiego mebla! – zaśmiała się Róża w odpowiedzi. – Może tak sypiają królowie albo cesarz!

W oczach dziewczyny widać było wyraźne rozczarowanie, ale nie odezwała się więcej ani słowem.

– Po kolacji pójdziesz się umyć – wydałam jej polecenie.

Skinęła tylko głową na znak, że się zgadza, po czym łapczywie sięgnęła po kolejną kromkę chleba, wpychając ją niemal całą do ust.

– Dawno chyba nie jadłaś? – zapytała Róża, podsuwając jej półmisek z auszpikiem z indyka. – Najedz się do syta! Nie wstydź się i jedz, ile tylko masz ochotę – zachęciła naszego gościa. – Gdybyś czegoś potrzebowała, to pamiętaj, że wystarczy nam o tym powiedzieć, a każdy tutaj chętnie ci pomoże. Będziesz miała u nas jak w domu – dorzuciła po chwili, najwyraźniej wychodząc z założenia, że Helena czuje się nieswojo w nowym otoczeniu i potrzebuje zapewnień z naszej strony, że jej niespodziewane pojawienie się w naszych progach nie jest dla nas w żadnym razie niedogodnością.

– W życiu nie widziałam tak suto zastawionego stołu, z taką ilością rozmaitego jedzenia. To musi kosztować fortunę! – odparła, wsypując sobie do herbaty kilka kopiastych łyżeczek cukru.

– Moim zdaniem ważniejsze jest to, z kim zasiada się do stołu, a nie to, co na nim stoi – odrzekła pedagogicznie Róża, chcąc przerwać niezręczne milczenie, które zapadło nagle pomiędzy domownikami.

– Chyba że nie ma się co do ust włożyć, a w oczy codziennie zagląda głód – zripostowała Helena, obdarzając moją bratową niechętnym spojrzeniem. Zapewne wysnuła przypuszczenie, że wywodzi się ona ze znienawidzonej przez biedotę burżuazji.

– Posłuchaj, Heleno, mnie także nie było zawsze w życiu lekko. Ale napotkałam ludzi, którzy mi pomogli i dzięki temu mogłam osiągnąć to, co mam teraz.

– Musimy też pomyśleć o twojej edukacji – wtrąciłam się do rozmowy. – Najlepiej byłoby znaleźć jakąś dobrą szkołę z internatem.

Moja uwaga nie spotkała się jednak z jej aprobatą, bo rzuciła mi niechętne spojrzenie.

– Myślę, ciociu, że szkoła, którą ukończyłam, w zupełności mi wystarczy. Umiem czytać, pisać, a także znam się na rachunkach. Dodatkowo potrafię śpiewać, gdy ktoś akompaniuje mi na pianinie, i haftować serwetki – odparła, kiedy tylko zdołała przełknąć kolejny kęs. – To chyba wystarczy, by znaleźć mi męża w wyższych sferach?

Zaniemówiłam, zastanawiając się, co powinnam odpowiedzieć.

– Chyba jesteś jeszcze za młoda, by myśleć o zamążpójściu? – z pomocą przyszła mi Róża. – Poza tym żyjemy w czasach, w których płeć piękna z powodzeniem zdobywa wykształcenie, kończąc uniwersytety. Popatrz tylko na mnie i ciocię Lilię. Gdy zaczynałyśmy studiować medycynę, traktowano nas jak kobiety, które postradały zmysły i nie znają swojego miejsca ani roli w życiu. Teraz wszystko się zmienia! – argumentowała, ale twarz Heleny zdawała się być nieprzekonana.

Pomyślałam sobie, że to wszystko będzie o wiele trudniejsze, niż początkowo się wydawało. Westchnęłam ciężko, wstając od stołu.

– Może pomóc ci się rozpakować? – zaproponowałam pojednawczo, ale dziewczyna kategorycznie zaprzeczyła, kręcąc głową.

– Nie trzeba! Nauczyłam się ze wszystkim radzić sobie sama!

– Pora spać – mruknął ojciec. – Później się wszystkim zajmiemy. Dzisiaj nie mam już na to siły. Miałem bardzo ciężki dzień. Ewakuowałem ropnia śledziony, który, jak się okazało, był powikłaniem przebytego tyfusu. Musiałem też wyciąć żebra. Mam nadzieję, że chory przeżyje. Jutrzejszy dzień przyniesie odpowiedź.

– Szkoda, że nie mogłam ci asystować – rzekłam, wzdychając.

– Będą inne okazje – odparł krótko, dając mi do zrozumienia, że jedyne, o czym w tej chwili marzy, to święty spokój. – Heleno, mam nadzieję, że będzie ci się dobrze u nas mieszkało – zwrócił się do naszego gościa, który właśnie skończył posiłek. – Wybacz, że byłem dzisiaj taki małomówny, ale spowodowało to jedynie moje zmęczenie i oczywiście starość – zaśmiał się cicho, po czym opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.

– Pokażę ci, gdzie jest salon kąpielowy – odezwałam się do naszego gościa, gdy zostałyśmy same.

– To nie będę myła się w pokoju, w misce? – zdziwiła się dziewczyna.

– Nie, w ten sposób nie można się dokładnie umyć. W domach są do tego specjalne pomieszczenia – pokój kąpielowy właśnie – wyjaśniłam.

Niechętnie ruszyła za mną. Już wcześniej rzucił mi się w oczy jej chód, który nie należał do najbardziej kobiecych.

– Powinnaś stawiać mniejsze kroki – chodzić tak, jak chodzą eleganckie damy. A zapewne chciałabyś być jedną z nich – zasugerowałam, uśmiechając się przyjaźnie, aby nie odebrała mojej uwagi negatywnie.

Skinęła jedynie głową, nie odzywając się. Widziałam jednak, że od teraz starała się stąpać inaczej. Gdy stanęła na wprost parującej gorącą wodą wanny, wzdrygnęła się. Dodano do niej sole kąpielowe oraz, jak zwykle o tej porze roku, garść zmielonej gorczycy, aby zapobiegać przeziębieniom.

– Mam tam cała wejść do środka? – upewniła się.

– Tak, ale najpierw musisz się rozebrać.

– Myślałam, że to kocioł do prania. Nie widziałam, aby ktoś mył się w ten sposób.

– Nigdy nie byłaś w publicznej łaźni? – spytałam, ale Helena pokręciła przecząco głową. – Sabina pomoże ci, więc nie martw się.

– Nie zdejmę ubrań, gdy ktoś będzie na mnie patrzył, zwłaszcza służba – zaprotestowała gwałtownie. – Sama się wykąpię, bez jakiejkolwiek asysty.

– Dobrze, skoro tak chcesz – rzekłam, kierując się w stronę drzwi.

– Pachnie jak pierwiosnki – odezwała się, wyjmując z drewnianej miseczki mydło.

– Możesz go użyć. Obok są szczotki do szorowania ciała i ręczniki, a tutaj jest jeszcze proszek do mycia zębów. Kiedy skończysz, to udaj się na spoczynek nocny do swojego pokoju – rzekłam na odchodne, zamykając za sobą drzwi.

Helena już nic na to nie odpowiedziała, zupełnie jakby chciała dać mi do zrozumienia, że nie życzy sobie więcej mojej obecności dzisiejszego wieczoru. Skubała tylko nadgryzione paznokcie, wbijając wzrok w podłogę. Po chwili jednak musiałam zawrócić, ponieważ przypomniałam sobie o czymś ważnym:

– Byłabym zapomniała, twoją suknię zostaw w koszu na brudną odzież – dodałam, wskazując na wiklinowy pojemnik.

Dziewczyna była już częściowo rozebrana i na mój widok zaczęła pośpiesznie zakrywać swoje ciało, zwijając poplamione falbany sukni. Na jej halce dostrzegłam czerwono-brązowe plamy. Udałam jednak, że niczego nie zauważyłam, bo zapewne były spowodowane comiesięczną kobiecą przypadłością, a nie chciałam jej jeszcze bardziej krępować.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przez uchylone drzwi cały czas obserwowałam smugę światła dochodzącą z pokoju córki Wilhelma. Zastanawiałam się, co tak długo robi i dlaczego nie kładzie się do łóżka. Wreszcie wstałam i po cichu, skradając się na palcach, dotarłam do wejścia do pokoju gościnnego i oparłam się o framugę, przystawiając ucho. Ze środka nie dochodziły jednak żadne odgłosy. Pomyślałam, że być może zasnęła, zapominając wyłączyć lampy.

Nazajutrz byłam niezmiernie zdziwiona, gdy Helena jako pierwsza zjawiła się na śniadaniu. Siedziała swobodnie przy stole w jadalni, popijając filiżankę kawy zbożowej. Rozpuściła swoje długie włosy, które w świetle dziennym połyskiwały złotymi refleksami, a nawet wpięła w nie kokardę. Wydawało mi się, że podkręciła chyba swoje długie rzęsy zalotką i poszczypała policzki, bo nabrały zdrowych rumieńców, których wczoraj nie widziałam. Patrzyłam na jej idealną mlecznobiałą cerę, bez jakiejkolwiek skazy. Wyglądała zupełnie inaczej niż wczoraj. Uśmiechnęła się promiennie na mój widok.

– Ależ mnie wczoraj pochłonęła książka! – rzekła na powitanie. – Czytałam tak długo, aż przez zamglone niebo zaczęły przebijać pierwsze promienie zimowego słońca!

– Cóż było tą ciekawą lekturą? – spytałam, nalewając sobie herbatę z dzbanka.

– To była legenda o Damnitz, takiej przeklętej wiosce, odciętej prawie zupełnie od świata, otoczonej mokradłami. Najprawdopodobniej ktoś rzucił klątwę na mieszkających w niej ludzi. Najpierw nadszedł rok bardzo nieurodzajnych zbiorów, a potem większość z mieszkańców zmarła w straszliwych męczarniach. Chorzy schodzili z tego świata w strasznych boleściach, wyjąc żałośnie, a ich ręce i nogi robiły się czarne, aż same odpadały. Część z nich, zanim odeszła w zaświaty, zdążyła popaść w szaleństwo. Ostała się tylko jedna rodzina – matka z trzema córkami. Nie pozwoliła im jeść chleba, który jej zdaniem był przesiąknięty złą mocą. Gdy pogrzebały swoich sąsiadów, mogły przejąć ich dobytek i wtedy żyło im się o wiele lepiej. Matkę stać było na wydanie dwóch najstarszych córek za mąż. W domu została jedynie z najmłodszą. Ale z czasem znów zaczęło brakować im pieniędzy i środków do życia. Wtedy sprytna kobieta wpadła na pomysł, by zachodzących czasem do niej wędrowców częstować przeklętym bochenkiem pieczywa, a następnie zabierać im pieniądze oraz inne kosztowności. Goście nie spodziewali się, że spożywają ostatnią w ich życiu wieczerzę, bo gospodyni była bardzo miła i nic nie zdradzało, jakie naprawdę ma zamiary. Nikt nigdy nie odkrył jej strasznego sekretu, bo jak już ktoś zabłądził i trafił do Damnitz, nikt go potem nie szukał. Bardzo ciekawa opowieść! – zakończyła z błyskiem w oczach, a na jej policzkach pojawiły się dorodne rumieńce.

– W twoim wieku także lubiłam czytać lub słuchać podobnych opowieści, ale z czasem zrozumiałam, że szkoda na nie czasu – skomentowałam, uśmiechając się pobłażliwie.

– Myślisz, że takie miejsce nie mogłoby naprawdę istnieć? – zapytała, wpatrując się w filiżankę. Jej oczy się zwęziły. Dopiero teraz dostrzegłam, że w jej prawym oku źrenica nie jest zupełnie okrągła i że prawdopodobnie mamy do czynienia z rozszczepem tęczówki. Dziewczyna odnotowała, że się jej przypatruję, i speszyła się.

– Coloboma iridis – rzekłam na głos sama do siebie.

– Co takiego? – Helena popatrzyła na mnie, jakbym wypowiedziała jakieś tajemnicze zaklęcie.

– Tak się nazywa po łacinie to, co widać w twoim oku. Nie martw się, to jest zupełnie niegroźne. A wracając do twojego pytania: myślę, że takie historie to zwykła literacka fikcja. Skoro już rozmawiamy, musimy jeszcze załatwić kilka spraw związanych z twoim przybyciem do naszego domu. Czy posiadasz przy sobie jakieś dokumenty? – starałam się sprowadzić rozmowę na bardziej pragmatyczny temat.

– Nigdy nie miałam nic takiego, bo nie było mi to potrzebne – odparła, wzruszając ramionami, jakby uznała moje pytanie za zupełnie nieistotne. – Gdzie ciocia Róża? – niespodziewanie zmieniła temat. – Dzisiaj przy śniadaniu miałam poznać moich małych kuzynów – Alexandra i Sebastiana. Bardzo lubię zajmować się dziećmi! – zawołała z ekscytacją w głosie.

Zdziwiłam się, bo od rana zwykle słychać było ich głosy, śmiechy oraz tupanie małych nóżek na schodach, a teraz nikogo nie widziałam...

– Pani von Schiller została z samego rana wezwana do pacjenta – oświadczyła Sabina, nasza pokojówka – Przez telefon mówiono, że jakieś dziecko się dusi. Najpewniej krup – to powiedziawszy, zrobiła się śmiertelnie blada. – Moje rodzeństwo zmarło na tę straszną chorobę. Ja jedyna się ostałam, bo byłam najstarsza.

– Na szczęście dzisiejsza medycyna dysponuje już lekarstwem w postaci surowicy – uspokoiłam ją. – Jeśli poda się ją odpowiednio szybko, dziecko wyzdrowieje. A gdzie nasi chłopcy? – zapytałam.

– Zjedli skoro świt śniadanie i najpewniej bawią się w ogrodzie. Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio wpuścili mi szczura do kuchni. Wiedzą, że panicznie boję się gryzoni. Mieli więc nie lada uciechę, gdy starałam się dopaść to paskudne zwierzę miotłą. Swoją drogą, trzeba by coś z nimi zrobić. Ostatnio tyle się ich namnożyło, że aż strach wejść do piwnicy, żeby któregoś nie nadepnąć – wzdrygnęła się. – Może by pani wypisała receptę na arszenik, to wykupię go w aptece, a potem dam ogrodnikowi, żeby przyrządził trutkę?

– Sabino, masz absolutną rację – przytaknęłam jej. – Przecież one przenoszą różne choroby! – to powiedziawszy, sięgnęłam po moją lekarską torbę, by wydobyć receptariusz.

Helena kątem oka obserwowała moje poczynania i bacznie przysłuchiwała się rozmowie.

– Czy te schorzenia przenoszone przez szczury są niebezpieczne? – odezwała się po chwili ciszy.

– Ależ oczywiście. W swoim czasie przecież spora część ludności Europy wymarła z powodu epidemii dżumy, zwanej także czarną śmiercią. Dzięki takim wybitnym lekarzom jak Paul-Louis Simond, wiemy, że Yersinia pestis, czyli bakteria wywołująca zarazę, jest roznoszona przez pchły pasożytujące na szczurach śniadych – zakończyłam mój naukowy wywód.

– Chciałabym mieć taką wiedzę jak ciocia – rzekła z nieukrywanym podziwem.

– Wszystko przed tobą, moje dziecko!

– Chyba wróciła pani von Schiller, bo słyszę kroki na schodach – powiedziała Sabina, biorąc z moich rąk receptę i chowając ją do kieszeni fartucha kuchennego.

– Co za dzień! – wołała od progu Róża.

Jej kasztanowe włosy spływały w nieładzie na ramiona, a szmaragdowe oczy błyszczały z podniecenia.

– Wyobraźcie sobie, że mój mały pacjent, którego podejrzewałam o dyfteryt, cierpiał na coś zupełnie innego! Tylko cud uratował mu życie! – opowiadała, w pośpiechu zdejmując szal i płaszcz.

Żona mojego brata leczyła głównie dzieci. Pediatria, w moim odczuciu, należała do jednych z najtrudniejszych dziedzin lekarskich, jako że często zebranie anamnezy i określenie, co dolega dziecku, okazywało się praktycznie niemożliwe, a badanie lekarskie najczęściej zakłócał płacz dziecka, co znacznie je utrudniało.

– Otóż przy wstępnych oględzinach dwuletniego chłopca, stwierdziłam gorączkę i nasiloną duszność pochodzenia krtaniowego. Przy czym w gardle nie było żadnych zmian. Postanowiłam podać mu tysiąc jednostek surowicy, gdyż niedawno jego starsza siostra przechodziła dyfteryt. Ale poprawy nie zaobserwowałam. Podałam dodatkowo leki wymiotne. Męczył się okrutnie, a wtedy niespodziewanie zwymiotował i zwrócił kłębek glist. Wszystkie objawy niemalże natychmiast ustąpiły. Na wszelki wypadek podałam mu więc dodatkowo santoninę przeciwko pasożytom, gdyby więcej askaryd[2] znajdowało się jeszcze w przewodzie pokarmowym.

– Nieprawdopodobne! – wykrzyknęłam.

– Jutro znów pojadę do niego na wizytę.

– Co ja słyszę! Moja żona znów kogoś ocaliła od śmierci! – do salonu wszedł mój starszy brat, Fryderyk.

To powiedziawszy, objął ją i ucałował.

– Czy panie czytały już dzisiejszą prasę? Okazuje się, że w czerwcu tego roku następca tronu austro-węgierskiego, arcyksiążę Ferdynand, odwiedzi Sarajewo. To zapewne nie spodoba się Serbii, dążącej do panslawizmu i zjednoczenia wszystkich ziem zamieszkiwanych przez Słowian.

– Z tego, co wiem, Imperium Rosyjskie popiera ich dążenia – wtrąciłam się do rozmowy. – Na Bałkanach od dawna sytuacja jest napięta i nie wiadomo, czy znów nie wybuchnie tam konflikt zbrojny.

– Nigdy nie interesowała mnie polityka... – skwitowała Róża, okazując zniechęcenie.

Ale Fryderyk pominął jej uwagę i kontynuował:

– Franciszek Ferdynand jest zwolennikiem okupacji Bośni i Hercegowiny. Nie kryje też swojej niechęci do Serbów, nazywając ich kraj krainą zbirów, głupców i śliwek. Zabawne, nieprawdaż? – zaśmiał się. – Jak mówi nasz sekretarz stanu von Moltke, wcześniej czy później wojna w Europie i tak wybuchnie i dojdzie do starcia między kulturą germańską i słowiańską. Obowiązkiem wszystkich państw, które bronią niemieckiej koncepcji kultury, jest przygotować się na taką ewentualność! Ja jestem gotów! – zawołał pełen entuzjazmu, po czym podszedł do starej papierośnicy w stylu Biedermeier.

Gdy ją otworzył, pozytywka zaczęła grać wesołą melodię. Fryderyk, pogwizdując w jej rytm, przygotowywał cygaro, aby je zapalić.

– Nie podoba mi się, że mówisz tak, jakbyś chciał, aby doszło do tej pożogi wojennej – Róża ponownie zabrała głos. – Nie zapominaj, że każdy konflikt pochłania tysiące istnień ludzkich, często zupełnie niewinnych. Wszystkie starcia zbrojne oznaczają cierpienie, głód, choroby i krok wstecz dla całej cywilizacji. Mam nadzieję, że tak się nigdy nie stanie.

– Mylisz się, moja droga – Fryderyk przerwał jej gwałtownie. – Wojna jest jak oczyszczenie i manifestacja siły narodu. Uszlachetnia ludzi, uczy cnoty, dyscypliny oraz posłuszeństwa. Powinnaś poczytać trochę literatury, a nie tylko te medyczne książki. Mam nadzieję, że nie tak wychowujesz naszych synów. Nie chciałbym, aby wyrośli na tchórzy! Jeśli kiedykolwiek ogłosiliby mobilizację, zaciągnę się jako pierwszy!

To powiedziawszy, podszedł do serwantki, by wyjąć karafkę i nalać sobie kieliszek armaniaku. Róża zamilkła i wpatrywała się we mnie strapiona. Domyślałam się, jakie myśli krążyły teraz w jej głowie. Przed kilkoma laty Fryderyk cierpiał na obłęd dwoisty, naprzemiennie wpadając w okresy ciężkiej depresji, przerywane epizodami niczym nieuzasadnionej euforii.

– Dotychczas nie piłeś o tej porze – zwróciłam mu uwagę.

– Zachowujesz się, jakbyś była moją matką, a przypominam, że jesteś moją młodszą siostrą – zlekceważył moje słowa i wypił naraz całą zawartość kieliszka, odstawiając go z impetem na stół. – W tym domu, dopóki ja żyję, będą rządzić mężczyźni!

Usadowił się obok kominka, na fotelu z zagłówkami, obitym purpurowym aksamitem. Położył nonszalancko nogi na podnóżku. Po chwili jego postać spowiły kłęby dymu z cygara, którym z upojeniem się zaciągał.

– Nie bądź staromodny! Te czasy, kiedy tylko mężczyźni mieli coś do powiedzenia, już dawno minęły – zripostowałam ostro.

– Widzę, że za to ty chcesz być bardzo nowoczesna, skoro postanowiłaś nigdy nie wychodzić za mąż – rzekł, nalewając sobie kolejny kieliszek.

Róża patrzyła na niego z dezaprobatą, ale milczała.

– To już moja sprawa – odparłam krótko, chcąc uciąć ten temat. Od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że moja stała obecność w domu rodzinnym zaczęła przeszkadzać mojemu bratu, który, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja, wypominał mi, że dotychczas nie ułożyłam sobie życia osobistego. Byłam zła, że Helena musiała być świadkiem całego zajścia. Fryderyk udawał natomiast, że nie dostrzega jej obecności, zachowując się jak zawsze. Usłyszałam dźwięk telefonu dobiegający z holu.

– To pewnie w sprawie mojego pacjenta. – Róża rzuciła się w stronę wyjścia, by odebrać połączenie, a tym samym zmienić temat rozmowy. W pokoju zapanowała napięta atmosfera.

– Jakieś nowe wieści? – zapytałam, gdy bratowa pojawiła się ponownie w drzwiach.

– Ach nie! Okazało się, że to telefon od kogoś innego. Dzwoniła pani von Braun, ponieważ wczoraj jej nowo zatrudniona służąca nie wróciła do domu po tym, jak dostała wychodne. Chciała zapytać, czy przypadkiem czegoś nie wiemy na ten temat. Uważa, że najprawdopodobniej dziewczyna, niezadowolona z warunków zatrudnienia, poszukała sobie nowego chlebodawcy, tak jak zrobiła jej poprzednia kucharka. Mówi, że ich stosunki od początku nie układały się najlepiej. Dziwi jednakże fakt, że zabrała ze sobą wszystkie oszczędności ze skarbonki, ale zostawiła resztę osobistych rzeczy.

– Każdy wie, że nie wypada zatrudniać służącej sąsiadów. To nie należy do dobrego tonu. Wiadomo przecież, że nie zachowa dyskrecji i opowie wszystko, czego się dowiedziała, pełniąc posługę dla poprzedniej rodziny. Dziwię się, że pani von Braun posądza nas o takie rzeczy – wtrącił się do rozmowy mój brat.

– Cóż, nic na ten temat nie wiemy i nie możemy pomóc. Myślę, że jeśli nawet znalazła sobie innego pracodawcę, na pewno po jakimś czasie odezwie się i zabierze resztę swoich rzeczy – odparłam, krzywiąc się jednocześnie, ponieważ przypomniałam sobie, jak okropną kobietą była pani von Braun.

W towarzystwie uchodziła za wyjątkowo chwiejną emocjonalnie, kapryśną i wiecznie obrażoną na cały świat. Mało kto więc miał ochotę utrzymywać z nią stosunki. Co prawda nasze służące – nie licząc kilku zasłużonych dla naszej rodziny – także zmieniały się dość często. Jednakże sposób, w jaki tamta kobieta traktowała swoją pomoc domową, stał się wręcz legendarny! Była prawdziwym tyranem.

– Heleno, pojedziesz dzisiaj z Sabiną na zakupy, dobrze? Musimy znaleźć dla ciebie odpowiednią odzież. Przydałyby ci się również nowe buty – zwróciłam się do naszego gościa. – Idź już, proszę, do pokoju i przygotuj się do drogi.

Moja bratanica posłusznie spełniła polecenie. Poczułam ulgę, że przez chwilę znów zostaliśmy sami w naszym gronie. Patrzyliśmy po sobie w napięciu, jakby każdy krępował się odezwać jako pierwszy i wyrazić swoje myśli.

– Jest bardzo małomówna – przemówiła po chwili Róża. – Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o niej, o jej dzieciństwie, o jej rodzinie. Ale nie chcę o nic pytać, poczekam, aż sama się otworzy. Wiele ostatnio przeszła – tułaczka, bieda, przedwczesna śmierć matki... Dodatkowo musiała zamieszkać pod jednym dachem z krewnymi, o których istnieniu jeszcze do niedawna nie miała pojęcia. Musimy być dla niej wyrozumiali i dać jej czas.

– Wilhelm już na zawsze będzie przekleństwem naszego rodu... – skomentował Fryderyk. – Nie dość, że pogrążył go w hańbie, to teraz jeszcze okazuje się, że spłodził bękarta, którego wychowaniem zostaliśmy obarczeni my.

– Jak możesz tak mówić! – zdenerwowałam się. – Nie masz w ogóle serca! Dzisiaj, kiedy Helena wróci z zakupów, pójdę do niej na górę i spróbuję z nią porozmawiać. Postaram dowiedzieć się od niej jak najwięcej, a potem pomyślimy, co dalej – zaoferowałam się. – Tymczasem muszę iść do ambulatorium – powiedziałam, zabierając moją torbę lekarską.

Jak każdego dnia moja poczekalnia wypełniona była pacjentami. Jako pierwszą wprowadzono do gabinetu mniej więcej pięcioletnią dziewczynkę. Chora wyraźnie cierpiała.

– Ledwo co wyzdrowiała z zapalenia płuc, a teraz pojawiły się silne bóle brzucha, wymioty i biegunka – relacjonowała zrozpaczona matka. – Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi, aż wreszcie dziś wezwaliśmy lekarza, gdy wystąpiły poty oraz gorączka. Ten kazał nam niezwłocznie udać się do chirurga – wyjawiła, szlochając.

W trakcie badania dostrzegłam uwypuklenie oddalone nieznacznie od pępka, które chełbotało[3] w trakcie dotyku. Dziewczynka zareagowała płaczem na mój dotyk.

– Bolesność uciskowa w punkcie McBurneya – mruknęłam do siebie. – Niestety nie mam zbyt dobrych wieści... Wygląda to na zapalenie otrzewnej w okolicy wyrostka robaczkowego. W tej sytuacji konieczne będzie przeprowadzenie zabiegu – wyjaśniłam zrozpaczonym rodzicom.

Zdawałam sobie sprawę, że moja diagnoza – Appendicitis acuta – nawet w przypadku interwencji chirurgicznej ma słabe rokowanie i szanse na ocalenie życia małemu pacjentowi są nikłe. Najprawdopodobniej było to zapalenie wtórne po przebytej pneumonii.

– Nie zgadzam się na jakąkolwiek operację! – zaprotestował zdecydowanie ojciec dziecka. – A jako głowa rodziny mam tutaj decydujący głos.

– Nie bądź niemądry – błagała go żona. – Słyszysz, co mówi pani doktor!

– Pierwszy raz jestem u kobiety lekarza i to na dodatek chirurga – rzekł, obrzucając mnie spojrzeniem przepełnionym pogardą. – Wątpię, aby umiała nam pomóc – odburknął arogancko.

Jednakże w mojej codziennej praktyce byłam już przyzwyczajona do podobnych opinii i nauczyłam się nimi nie przejmować.

– Proszę pana, skończyłam te same studia, co moi koledzy i zdawałam te same egzaminy – argumentowałam ze spokojem. – W niczym nie jestem od nich gorsza. Proszę mi uwierzyć, że operacja to jedyna szansa na odratowanie pana córki... – starałam się go przekonać.

– Wyraziłem już swoje zdanie na ten temat i nie zamierzam go zmienić – mężczyzna pozostawał niewzruszony. – Jak Bóg pozwoli, to wyzdrowieje i bez jakichkolwiek zabiegów.

Matka dziecka wpadła w histeryczny płacz.

– Ona umrze! – powtarzała, chwytając mnie rozpaczliwie za rękaw fartucha i szukając we mnie pomocy.

Przyjrzałam się raz jeszcze zmienionej zapalnie okolicy brzucha. Wiedziałam, że zbierającą się w środku wydzielinę trzeba koniecznie ewakuować.

– Chyba mam pewien pomysł – odezwałam się po chwili namysłu. Sięgnęłam po roztwór srebra, nabierając go do strzykawki. – Spróbujemy podać lekarstwo pod skórę, by zadziałało odkażająco, oraz upuścić trochę ropy. Potem córka zostanie na obserwacji w szpitalu przez kilka dni. Nie mogę zagwarantować, że to pomoże, ale na pewno nie mamy nic do stracenia, jeśli z państwa strony nie ma przyzwolenia na zabieg!

Rodzice skinięciem głowy wyrazili zgodę. Chora, otumaniona gorączką, nawet nie protestowała, kiedy wbijałam igłę. Po chwili z miejsca wkłucia trysnęła ropa. Na twarzy małej pacjentki pojawił się dostrzegalny wyraz ulgi. Ojciec dziewczynki spojrzał na mnie z nieukrywanym podziwem, jednakże nie wyrzekł ani słowa.

– Jutro powtórzymy zabieg. Jeśli to pomogło, to już dzisiaj powinna spaść ciepłota ciała – wyjaśniłam.

Matka dziecka z wdzięcznością ucałowała moją rękę, gdy już zdjęłam niciane rękawiczki.

– Niech Bóg panią błogosławi! – szepnęła ze wzruszeniem w głosie. Uśmiechnęłam się, chcąc dodać jej nadziei na wyzdrowienie córki.

Całą drogę powrotną do domu nie mogłam przestać myśleć o mojej małej podopiecznej. Gdy tylko przekroczyłam próg drzwi, natychmiast podbiegła do mnie Sabina.

– Pani von Schiller, najmocniej przepraszam, ale czy wypisałaby mi pani ponownie tę receptę na arszenik? Gdzieś ją zapodziałam i nie mogę sobie przypomnieć, gdzie. Najpewniej musiałam przypadkowo spalić ją w piecu z innymi papierami. Taka ze mnie niezdara... – to powiedziawszy, złapała się teatralnie za głowę.

– Nic nie szkodzi – westchnęłam, oddając jej mój płaszcz. – Ale następnym razem bądź, proszę, bardziej uważna. Jak Helena? – zmieniłam temat.

– Panienka wybrała sobie nowe sukienki. Wszystkie z gorsetem i w najlepszym guście. Zamówiłyśmy też kostiumik i jedną suknię balową z odsłoniętymi ramionami.

Zmarszczyłam brwi.

– Po co jej ten ostatni strój?

– Cóż, lada moment przecież zostanie wprowadzona na salony. A starszy pan von Schiller powiedział, że mam kupić wszystko, czego potrzebuje, i nie żałować na to środków. Panienka zażyczyła sobie jeszcze wachlarz z piórkami, rękawiczki skórkowe, a także parasolkę chroniącą przed słońcem – wyliczała podekscytowana Sabina.

Poczułam, jak powoli ogarnia mnie irytacja i złość. Starałam się jednak nad nią zapanować.

– Do tego dzisiaj chciała pomóc mi w kuchni i nie mogłam jej od tego odwieść. Mówiłam, że to przecież nie jest zajęcie dla młodej arystokratki. Interesowała się rozmaitymi przyprawami. Podjadała z garnków, próbując nowe smaki. Wycinała ze mną faworki i smażyła je na głębokim tłuszczu. Pomogła mi także wypatroszyć prosiaka na wieczerzę. Niezwykle zręcznie posługuje się nożem. Opowiadała, że pomagała kiedyś w rzeźni. A ja osobiście strasznie tego nie lubię robić, więc byłam zadowolona z jej asysty – rozgadała się, gestykulując przy tym obiema rękoma.

Chciałam jej za wszelką cenę przerwać, czując, że nie mam czasu jej słuchać i muszę już iść, by porozmawiać z samą Heleną.

– Czy jest teraz w swojej sypialni? – spytałam.

– Powinna być. Zjadła już kolację i powiedziała, że położy się wcześniej spać.

Ruszyłam schodami na piętro i zapukałam do drzwi pokoju naszej nowej lokatorki.

– Proszę – dało się słyszeć po drugiej stronie.

Nacisnęłam więc klamkę. W pokoju panował nieład, a wszystkie rzeczy były porozrzucane po podłodze i meblach.

– Musisz to posprzątać! – zwróciłam jej uwagę.

Helena stała przed tremem, mierząc niektóre z zakupionych strojów.

– Ach, ciociu, nie teraz! Błagam! – prychnęła z niezadowoleniem, że przerywam jej dobrą zabawę.

– Powinnaś też rozpakować swoje bagaże – rzekłam, wskazując na stojące na stole rzeczy. – Trzeba poukładać je w szyfonierze. Pomogę ci! – zaoferowałam się i to powiedziawszy, bez jej pozwolenia otworzyłam najbliższą torbę. Na widok jej zawartości w pierwszym momencie wydałam z siebie nieartykułowany dźwięk i odskoczyłam z przestrachem w tył.

– Co to jest?! – krzyknęłam.

Moim oczom ukazał się spory pęk ludzkich kruczoczarnych włosów, spleciony w długi warkocz. Helena była wyraźnie niezadowolona z dokonanego przeze mnie odkrycia. Jednakże starała się zachować spokojny wyraz twarzy i nie dać po sobie tego poznać.

– To są włosy mojej zmarłej matki – odparła, wzruszając ramionami. – Dała mi je krótko przed śmiercią, wiedząc, że w razie potrzeby zawsze będę mogła drogo je sprzedać, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Ludzie potrzebują przecież włosów do robienia peruk – wyjaśniła. – Od dnia, kiedy zginął mój ojciec, mama nigdy ich nie ścinała, na znak żałoby. Dzięki temu miała prawie dwumetrowy warkocz. To jedyny spadek, jaki mogła mi zostawić.

– To obrzydliwe! – skrzywiłam się. – Pozbędziesz się tego jutro – rozkazałam tonem nieznoszącym sprzeciwu, nie mogąc wyzbyć się odrazy.

– Skoro ciocia nalega... No trudno... – westchnęła ciężko, niepocieszona.

Dziewczyna próbowała się opierać, ale widząc moje spojrzenie, po chwili uległa.

– Jutro powiem Sabinie, że ma to stąd zabrać – odezwałam się, wychodząc z pokoju i zamykając za sobą z trzaskiem drzwi.

Nie miałam ochoty zostawać u niej dłużej i postanowiłam przełożyć zaplanowaną rozmowę z moją bratanicą na następny dzień. Kiedy znalazłam się w ciemnym korytarzu, poczułam ponownie nieprzyjemne ciarki na plecach. Helena, jak widać, skrywała przed nami mroczne tajemnice. Zastanawiałam się, czy mówi prawdę i czy można jej wierzyć. Do tej pory jednakże nie udało mi jej się przyłapać na żadnym kłamstwie. Zasypiałam w ciemnym pokoju, a nagie gałęzie drzew obijały się o szyby. Zaczęły mnie nachodzić niepokojące myśli. Na wszelki wypadek postanowiłam przekręcić znajdujący się w zamku klucz, czego dotychczas nigdy nie robiłam w moim rodzinnym domu. Bądź co bądź, chociaż była córką mojego najstarszego brata, tak naprawdę nic o niej nie wiedziałam. Zmęczona, wkrótce zapadłam w głęboki sen, słuchając żałosnego zawodzenia nocnego, zimowego wiatru.

ROZDZIAŁ III

Nastała wreszcie niedziela. Dziś miał do nas przybyć z wizytą na podwieczorek doktor Hanzel z córką. Z samego rana udałam się do szpitala, by jak co dzień podać podskórnie koloid srebra i upuścić zbierającą się wydzielinę ropną u mojej małej pacjentki. Wymioty ustąpiły, jednakże w dalszym ciągu utrzymywało się wzdęcie brzucha i podwyższona temperatura ciała. Zaleciłam więc zrobienie lewatywy. Kazałam również wykonywać okłady z lodu na brzuch. Na szczęście dziecko nie gorączkowało już tak bardzo i powoli odzyskiwało również apetyt.

– Jest pani cudotwórczynią – usłyszałam, gdy pochylałam się ze stetoskopem, osłuchując serce i płuca dziewczynki.

Słuchałam z ulgą miarowych tonów i spokojnych szmerów oddechowych. Matka dziecka wpatrywała się we mnie z niewysłowioną wdzięcznością.

– Myślę, że za kilka dni pani córeczka będzie mogła opuścić oddział i wrócić do domu – odpowiedziałam z uśmiechem.

Gdy wróciłam z pracy, było już południe, a w salonie unosił się aromat mielonej kawy i kardamonu. Pamiętam, że moja nieżyjąca matka tak bardzo kochała ten zapach, że często prosiła służbę, by specjalnie mielono ziarenka, a następnie zagotowywano mieszkankę w kawiarce, tylko po to, aby wnętrze wypełniło się ukochaną przez nią wonią. Sama nie mogła pić dużo tego napoju z kofeiną ze względu na słabe serce. Nawet po wielu latach ten zapach kojarzył mi się nieodłącznie z nią. Chociaż od jej śmierci minęło już sporo czasu, w naszym domu nadal znajdował się jej buduar, w którym wszystko wyglądało tak, jakby mama miała do niego za chwilę wrócić. Czasem lubiłam tam pójść i posiedzieć w skupieniu, gdy potrzebowałam pobyć sama.

Jak zwykle o tej porze panowało niemałe zamieszanie. Synowie Róży i Fryderyka jak zawsze bawili się, biegając po pokoju, a na podłodze porozrzucane były ołowiane żołnierzyki. Chłopcy ubrani byli w odświętne mundurki z marynarskimi pasami i mieli gładko zaczesane na bok włosy.

– Bawimy się w bitwę – oświadczyli z dumą, gdy stanęłam w progu. – Gdy wybuchnie prawdziwa wojna, pójdziemy walczyć na front!

– Tak jest, to obowiązek każdego mężczyzny – wtórował im ich ojciec. – Mam nadzieję, że dożyjemy takich czasów, gdy dane nam będzie pokazać siłę miłości do naszej ojczyzny.

– Ale syn cioci Laury nie może zostać żołnierzem – stwierdził jeden z bliźniaków. – Dlaczego on nigdy nie bawi się razem z nami?

– Mały Adam choruje niestety na bardzo rzadką chorobę zwaną hemofilią. Powoduje ona, że nawet mały uraz może wywołać zagrażające życiu krwawienie, dlatego trzeba bardzo na niego uważać. Nazwa tej choroby oznacza skłonność do krwawień i wywodzi się najprawdopodobniej z języka greckiego. Po raz pierwszy została opisana w 1809 roku, ale wzmianka o niej pojawia się już w Biblii – wyjaśniłam.

Dzieci wpatrywały się we mnie swoimi dużymi oczami, słuchając uważnie.

– Niestety współczesna medycyna nie potrafi sobie jeszcze z nią poradzić. Nawet mała drzazga czy zadraśnięcie może spowodować zagrażające życiu krwawienie. Krwotoki mogą być również spontaniczne – do stawów lub mięśni – przynosząc choremu ogromny ból i cierpienie. Hemofilia zdarza się również w rodzinach królewskich, jak ma to na przykład miejsce u następcy tronu rosyjskiego, królewicza Aleksego. Stan zdrowia najmłodszego członka rodziny Romanowów jest utrzymywany w wielkiej tajemnicy – zakończyłam mój wywód, lecz zauważyłam, że był on daremny, bo moi bratankowie zdążyli już wrócić do przerwanej zabawy.

Laura, która razem ze mną i Różą skończyła studia medyczne, po licznych perypetiach, poślubiła ostatecznie swoją pierwszą miłość – lekarza, Tadeusza Kadera, który kiedyś, przed laty, uratował jej życie. Gdy na świat przyszedł ich pierworodny syn, wkrótce potem odkryli, że cierpi on na skazę krwotoczną – w pierwszych tygodniach życia wystąpiło u niego silne krwawienie z pępka. Od tego czasu jego matka poświęciła mu się prawie bezgranicznie, pilnując go na każdym kroku, aby tylko nie doznał najmniejszego nawet urazu. Prowadził więc smutne życie samotnika, z dala od dziecięcych zabaw, z których każda potencjalnie mogłaby skończyć się dla niego tragicznie. Pomimo trudności Laura starała się nie zaniedbywać życia zawodowego, praktykując jako specjalista chorób kobiecych. Znana była z doskonałego odbierania trudnych porodów. Dzięki niej – za pomocą kleszczy lub poprzez cesarskie cięcie – przyszło na świat wiele dzieci.

– Cóż, koniec Imperium Rosyjskiego jest nieunikniony, niezależnie od stanu zdrowia następcy tronu. To kolos na glinianych nogach, który niebawem runie – Fryderyk włączył się ponownie do rozmowy. – Już w starciu z Japonią Rosja przegrała. Poza tym burzą się uciskane przez lata masy społeczne. Prasa zaczyna nazywać cara Mikołajem Ostatnim. Porządek tego świata musi się zmienić, a wojna to jedyna droga! – mówiąc to, zaciskał pięść i przechadzał się nerwowo po pokoju.

Ojciec obserwował go z posępnym wyrazem twarzy i nie odzywał się. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi wejściowych.

– Kogo licho niesie? – mruknął, zakładając monokl i podchodząc do okna, by odsłonić kotarę z altembasu i zobaczyć, czyj automobil lub powóz stoi na podjeździe.

Przypomniałam sobie, że w natłoku ostatnich spraw zupełnie zapomniałam uprzedzić o proszonym podwieczorku i zaplanowanej wizycie doktora Hanzela.

– To zapewne do mnie – zakomunikowałam szybko, poprawiając kosmyki włosów.

Tym razem wszyscy przyjrzeli się badawczo mnie. Poczułam, jak moje policzki zalewa rumieniec.

– Witam państwa! – dało się słyszeć męski głos i po chwili w drzwiach stanął gładko ogolony gentleman, ubrany w długą marynarkę, wąskie spodnie i buty z kokardką. Zauważyłam, że z jego kieszeni wystaje dyskretnie, nie do końca schowana, mała książeczka savoir-vivre, którą poznałam po okładce – zawierała gotowe scenariusze rozmów towarzyskich. Najwyraźniej nasz gość musiał przygotowywać się do tego spotkania. W ręku trzymał fedorę. Pokój wypełnił intensywny zapach wody kolońskiej.

– Nie poznałam pana! – krzyknęła Róża. – Wygląda pan zupełnie inaczej niż wtedy, gdy widzieliśmy się po raz ostatni!

– Cóż, minęło trochę lat. W międzyczasie zdążyłem owdowieć... – odpowiedział doktor Hanzel i chrząknął nerwowo. – Poza tym każdemu z czasem przybywa zmarszczek i siwych włosów – dopowiedział i spuścił wzrok, czując się jakby odrobinę niepewnie.

– Ależ, miałam na myśli zupełnie co innego! – Róża zaśmiała się serdecznie, lustrując jeszcze raz jego ubiór.

Dotychczas znany był z tego, że nie przywiązywał zbytniej wagi do strojów – często nosił stare i przechodzone ubrania, na ogół całkowicie niemodne. W dniu dzisiejszym wyglądał wyjątkowo odświętnie i przystojnie. Zaskoczony Fryderyk rzucał mu ukradkowe spojrzenia.

– Czy rodzina wezwała pana z mojego powodu? – spytał niespodziewanie, a w jego oczach zapaliły się iskry gniewu.

Przed laty, gdy u mojego brata pojawiły się problemy zdrowotne, to właśnie doktor Hanzel zajął się jego leczeniem.

– Cóż, może byłem ostatnio trochę pobudzony, ale czuję się naprawdę wyśmienicie! – zapewniał gościa.

– Przybyłem zaproszony przez panią von Schiller – wyjąkał doktor Hanzel, a wszyscy spojrzeli na Różę.

Gdy to zauważył, szybko sprostował:

– To znaczy, miałem na myśli panią Lilię – to powiedziawszy, z zażenowaniem podrapał się po głowie.

Niezręczną ciszę przerwał ojciec.

– Jakże miło jest nam pana podejmować w naszych progach. Cóż za niespodzianka! Proszę zatem usiąść – to powiedziawszy, wskazał fotel wyściełany aksamitem.

– Gdzie pana córeczka? – spytałam, rozglądając się dookoła.

– Dziś musiała zostać w domu pod opieką mojej matki. Ospa wietrzna – wyjaśnił lakonicznie. – Na szczęście znosi ją wyjątkowo dobrze. Pozna ją pani następnym razem.

Zdziwiłam się nieco jego odpowiedzią, która z góry zakładała, że nasze spotkanie nie będzie ostatnim.

– To wielka szkoda! Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia – wyraziłam moje ubolewanie.

– Z pewnością! To silna i dzielna dziewczynka.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Po chwili doktor Hanzel gwałtownym ruchem wydobył zza pleców kilka gałęzi cisu, przewiązanych wstążeczką.

– Taxus baccata. To jedyne, co o tej porze roku jest zielone – rzekł, podając mi bukiet. – W medycynie używa się tej rośliny do leczenia niedociśnienia krwi. Ale proszę uważać na czerwone owoce, bo są bardzo trujące. Wywołują „chorobę cmentarną koni”, ponieważ często rosną obok grobów. Konie ciągnące wóz z trumną w trakcie pochówku skubią czasem ich gałązki, a potem padają od zawartej w nich toksyny – dorzucił, wpatrując się rozmarzonym i odpływającym wzrokiem w moje oczy.

– Dziękuję, są bardzo piękne – odpowiedziałam zupełnie zbita z tropu jego przemową. – Pójdę po wazon.

– Pomogę ci – zaoferowała się ochoczo Róża. Wiedziałam, że tak naprawdę wychodzi ze mną w zupełnie innym celu. – Lilio, czy to coś oznacza? – szepnęła mi na ucho podekscytowana, gdy tylko znalazłyśmy się same.

– Dajmy temu spokój – odpowiedziałam, machając ręką. – Po prostu pomyślałam sobie, że miło będzie spotkać się ze starym znajomym i powspominać dawne czasy. Oczywiście tylko te dobre momenty... – poprawiłam się szybko, uświadamiając sobie, że moja przyjaciółka zna całą historię z doktorem Hanzelem.

– Ale on się zupełnie zmienił – kontynuowała Róża. – Oczywiście wyłącznie w pozytywnym znaczeniu. Spójrz tylko, jak wygląda. Wydaje mi się, że po licznych sukcesach zawodowych nabrał również pewności siebie.

– Pewne rzeczy się jednak nie zmieniły – westchnęłam, cicho patrząc na gałązki ofiarowanego mi bukietu.

Spojrzałyśmy na siebie i po chwili obie parsknęłyśmy śmiechem, nie mogąc się opanować.

Gdy wróciłyśmy do salonu, zastałyśmy naszego gościa raczącego się herbatą. Wciąż znajdował się w centrum uwagi.

– Pani Lilio, proszę mi wybaczyć, że nie przyniosłem ze sobą obiecanego podręcznika do mikrobiologii, ale przez moją karygodną nieuwagę wylała mi się na niego kawa – zwrócił się do mnie. – Uznałem, że to niestosowne ofiarować taki podarunek damie. Ale gdy tylko pani tego zapragnie, mogę go oczywiście użyczyć, a na otarcie łez przyniosłem pani najnowszy numer „Nowin Lekarskich”, gdzie znajduje się również artykuł mojego autorstwa – to powiedziawszy, wręczył mi z dumą wyjętą zza pazuchy gazetę. – Opisałem przypadek mojej pacjentki, u której leczyłem histerię, podając weronal. Zresztą z doskonałym skutkiem.

– To bardzo miłe z pana strony – skwitowałam z uśmiechem. – Z przyjemnością przeczytam – zapewniłam po chwili.

– Znajdzie tam też pani najnowsze wytyczne odnośnie leczenia kiły preparatem Ehrlicha 606. Wypowiedział się w tej sprawie mój daleki krewny – słynny profesor Neisser – zalecając, żeby zapobiegać zarażeniu poprzez nacieranie członka maścią sublimatową, przed... No, wie pani, czym... – speszył się na koniec swojej wypowiedzi, jakby zdał sobie nagle sprawę, że poruszane przez niego tematy są raczej wstydliwe.

– Profesor Neisser to niekwestionowany autorytet – odpowiedziałam, starając się wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji.

Doktor Hanzel pośpiesznie sięgnął niezdarnym ruchem po herbatę, wypijając spory łyk z eleganckiej filiżanki. Wyraźnie starał się ukryć swoje zażenowanie. W tym momencie do pokoju weszła Helena ubrana w odświętną suknię z kremowego atłasu i czarnego tiulu. Szła dość ciężkim krokiem, jakby dopiero uczyła się chodzić, a zwisające falbany materiału i pantofelki z pokaźnym obcasem wyraźnie jej w tym przeszkadzały. Wygładziła gęste włosy pomadą i upięła wysoko, aby odsłonić smukłą, długą i, trzeba jej to przyznać, ładną szyję. Zostawiała za sobą mgiełkę perfum o nucie lawendowej. Najpewniej musiała użyć mojego flakonika, stojącego w salonie kąpielowym. Patrząc na jej sylwetkę, można by odnieść wrażenie, że jest o wiele starsza, niż mówiła. Kokieteryjnie zatrzepotała rzęsami i okręciła się niczym wytrawna aktorka, stając na środku pokoju, jakby oczekiwała z naszej strony na oklaski. Wyglądała olśniewająco, ale zupełnie niestosownie do okoliczności. Postanowiłam, że później będę musiała koniecznie porozmawiać z nią na ten temat.

– Przepraszam, ale jeszcze nie miałem okazji pani poznać – rzekł doktor Hanzel i wstał zamaszyście, kierując się w jej stronę.

– Jestem Helena von Schiller – przedstawiła się, wyciągając ku niemu z manierą dłoń.

Gdy wypowiadała te słowa, z niewiadomych przyczyn coś zakłuło mnie boleśnie w sercu. Bądź co bądź, jeszcze kilka dni temu była Heleną Aigner, a teraz, nie pytając nikogo o zdanie, już uzurpowała sobie prawo do noszenia nazwiska jej zmarłego ojca...

– To córka Wilhelma, która teraz mieszka z nami – wyjaśniłam pośpiesznie, by uciąć dalsze pytania.

– Ewald Hanzel. Bardzo mi miło panią poznać – to powiedziawszy, ucałował ją w rękę, a ona obdarzyła go zalotnym uśmiechem.

– I z wzajemnością! – odparła po chwili, nie spuszczając wzroku z jego twarzy i rozchylając subtelnie usta.

Poczułam, jak zalewa mnie fala oburzenia. Odniosłam wrażenie, że Helena traktuje mojego gościa jako swojego potencjalnego amanta, nie bacząc zupełnie na dzielącą ich różnicę wieku ani na fakt, że takie zachowanie nie przystoi pannie z dobrego domu.

– Czy pan także posiada arystokratyczny tytuł? – spytała, robiąc duże oczy i ponownie rozchylając delikatnie usta.

– Takich pytań się nie zadaje, Heleno! – nie wytrzymałam i zwróciłam jej uwagę.

– Przed pana nazwiskiem nie występuje przedrostek „von”, dlatego zapytałam – odparła niewzruszona moją reprymendą.

W tej chwili poczułam, że w mojej rodzinie byłam jedyną osobą, której zależało na jej wychowaniu. Reszta albo udawała, że nie widzi jej niestosownych zachowań, albo usprawiedliwiała je za każdym razem ciężkim życiem, którego nie szczędził jej los. Zapanowała niezręczna cisza. Na szczęście Sabina właśnie pojawiła się w drzwiach, niosąc salaterki z Waldmeister Pudding, który był ulubionym deserem w naszym domu. Doktor Hanzel najwyraźniej nie przejmował się tym, co zaszło. Z zainteresowaniem przyglądał się leguminie.

– Wygląda jak najprawdziwsza pożywka dla bakterii! – zawołał, po czym z entuzjazmem wbił łyżeczkę w gęstą, galaretowatą, zielonkawą masę.

– Cóż, w końcu rewolucję w mikrobiologii zawdzięczamy kobiecie, Fanny Hesse. Podczas jedzenia deseru przygotowanego na bazie agaru zasugerowała ona swojemu mężowi, aby spróbować użyć go jako pożywki dla mikrobów – odparłam, pragnąc po raz kolejny przypomnieć, jak wielki wkład w naukę miała płeć piękna.

– Ach tak, ma pani rację – doktor Hanzel od razu zapalił się do dyskusji. – Agaru użyto potem w instytucie zmarłego niedawno Roberta Kocha. Przedtem kultury bakterii rosły na żelatynie, a jeszcze wcześniej na pokrojonych surowych ziemniakach. Niestety nie wszystkie drobnoustroje udało się wyhodować w ten sposób.

– Żona Walthera Hesse’a mieszkała w Nowyn Jorku, gdzie od swojej sąsiadki pochodzącej z Indonezji nauczyła się przygotowywać deser na bazie agaru. Glon ten rośnie u wybrzeży Azji i nie był nigdy wcześniej popularny w kuchni amerykańskiej ani europejskiej – zreferowałam.

– Ciekawe, jak się poznali, skoro żyli na dwóch różnych kontynentach i dzielił ich ocean... – Róża zainteresowała się opowiedzianą przeze mnie historią.

– Spotkali się podczas podróży pani Hesse po Europie. Pobrali się później w Genewie – wyjaśniłam.

Jednak doktor Hanzel zamiast wdawać się w opowieści o romansach, wolał kontynuować swoje naukowe dysputy, zupełnie nie zważając, czy ma wokół siebie zainteresowanych tym słuchaczy.

– Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio dostałem propozycję objęcia posady asystenta w klinice profesora Alzheimera. Uczony ten przyjechał przed dwoma laty z uniwersytetu z Monachium. Na konferencji w Tybindze wygłosił referat na temat specyficznej choroby kory mózgowej, która spowodowała rozległe zwyrodnienie komórek nerwowych u jego zmarłej pacjentki. Chora stopniowo zapominała, jak się wykonuje podstawowe czynności, i zupełnie gubiła się w czasie i przestrzeni. Nie byłoby to aż takie dziwne, gdyby nie fakt, że miała dopiero raptem pięćdziesiąt kilka lat – relacjonował z zapałem, gestykulując przy tym z rozmachem rękoma.

– Rzeczywiście nigdy nie spotkałem się z podobnym przypadkiem – skomentował ojciec, zarazem podsuwając naszemu gościowi kieliszek, aby uraczyć go mocniejszym trunkiem.

Słuchałam go uważnie, bacznie mu się przypatrując. Widziałam, jak błyszczą mu oczy. Jego twarz wydała mi się nagle bardzo przystojna i pociągająca, a głos miał w sobie jakiś rodzaj magnetyzmu. Najwyraźniej nie byłam jedyną osobą, która tego wieczoru uległa urokowi doktora Hanzela. Dostrzegłam, że również Helena za wszelką cenę stara się zwrócić na siebie jego uwagę, prężąc nienaturalnie swoje ciało, ilekroć tylko spojrzał w jej stronę, i rozpaczliwie trzepocząc rzęsami, aż zdobył się na przepełnione troską, fachowe pytanie:

– Czyżby wpadło pani coś do worka spojówkowego?

Dziewczyna, speszona, szybko spuściła wzrok, aby ukryć rumieniec wstydu, jaki oblał jej twarz. Po chwili jednak znów prezentowała swoje kokieteryjne pozy. Z trudem udało mi się opanować falę oburzenia i zachować milczenie. Tym bardziej że nasz gość i tak najbardziej skupił się na mnie, rzucając często w moją stronę łapczywe spojrzenie. Gdy nasze oczy spotykały się, jego głos zaczynał nerwowo wibrować.

Wkrótce wizyta dobiegła końca, a ja postanowiłam odprowadzić doktora Hanzela do samej bramy, dając nam sposobność do bycia sam na sam. Na zewnątrz panował już zmrok, a latarnicy zapalali właśnie gazowe latarnie.

– Dziękuję za to