Lęk przed życiem. O mądrości czerpanej z niepowodzeń - Alexander Lowen - ebook

Lęk przed życiem. O mądrości czerpanej z niepowodzeń ebook

Alexander Lowen

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Zaakceptuj niepokój i odzyskaj radość życia.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, przekonuje, że lęk przed życiem nie jest słabością, lecz doświadczeniem wpisanym w ludzką kondycję. W swojej książce wyjaśnia, jak niewyrażone emocje, napięcia i traumy zapisują się w ciele, wpływając na sposób, w jaki kochamy, działamy i przeżywamy codzienność. Autor pokazuje, że prawdziwa zmiana nie polega na nieustannej kontroli czy walce z własnymi słabościami, lecz na wsłuchaniu się w swój organizm i odzyskaniu kontaktu z ciałem. A także na akceptacji bólu, rozpaczy, smutku czy wewnętrznej pustki, bo tylko w ten sposób możemy uleczyć traumę i osiągnąć spełnienie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 378

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Fear of Life

Copy­ri­ght © 1980 Lowen­Corp Publi­shing, LLC. All Rights Rese­rved Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Paweł Luboń­ski

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Jacek Ring Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Maciej Kor­ba­siń­ski, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Pro­jekt okładki: KAV STU­DIO Pola Rusi­ło­wicz Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 978-83-8382-861-9

Dedykacja

Row­fre­cie L. Wal­ker z miło­ścią.

Podą­ża­łem za twoją gwiazdą.

Cytaty

Siła jest dzi­wów, lecz nad wszyst­kie sięga

Dziwy czło­wieka potęga.

* * *

O, jakąż potęgą jest rozum czło­wieka:

Prze­zeń wspina się na wyżyny,

Prze­zeń też upada.

Dufny w swoją wła­dzę, potyka się;

Przez upo­rczy­wość swej woli idzie na dno.

Sofo­kles

Wprowadzenie

Ner­wica zwy­kle nie jest okre­ślana jako lęk przed życiem, nie­mniej tym wła­śnie ona jest. Osoba neu­ro­tyczna boi się otwo­rzyć serce na miłość, boi się wyjść komuś naprze­ciw lub wyko­nać jakiś zde­cy­do­wany ruch, boi się być w pełni sobą. Lęki te można wytłu­ma­czyć na grun­cie psy­cho­lo­gii. Kto otwiera się na miłość, może zostać zra­niony; kto wycho­dzi do ludzi, może być ode­pchnięty; kto ata­kuje, może ponieść klę­skę. Lecz pro­blem ten ma rów­nież osobny wymiar. Bogac­two życia i uczuć prze­kra­cza­jące dotych­cza­sowe przy­zwy­cza­je­nia jed­nostki jest dla niej prze­ra­ża­jące, ponie­waż grozi przy­tło­cze­niem jej ego, prze­rwa­niem jej wałów obron­nych i pod­wa­że­niem jej toż­sa­mo­ści. Per­spek­tywa bogat­szych prze­żyć i sil­niej­szych emo­cji budzi strach. Pra­co­wa­łem kie­dyś z mło­dym męż­czy­zną, któ­rego ciało było zupeł­nie bez życia, skur­czone i napięte. Miał tępe spoj­rze­nie, zie­mi­stą cerę, płytki oddech. Głęb­sze oddy­cha­nie i pewne ćwi­cze­nia tera­peu­tyczne wnio­sły w jego ciało oży­wie­nie. Wzrok się roz­ja­śnił, skóra nabrała zdrow­szej barwy, zaczął odczu­wać mro­wie­nie w róż­nych czę­ściach ciała, w nogach wystą­piły wibra­cje. Ale potem pacjent oświad­czył: „Nie, to za wiele dobrego. Nie wytrzy­mam tego”.

Sądzę, że w jakimś stop­niu wszy­scy jeste­śmy w sytu­acji tego czło­wieka. Chcie­li­by­śmy mieć w sobie wię­cej życia i dozna­wać sil­niej­szych uczuć, ale boimy się. Lęk przed życiem jest widoczny w naszej cią­głej gorącz­ko­wej aktyw­no­ści zagłu­sza­ją­cej uczu­cia, w ucieczce do przodu, by nie musieć kon­fron­to­wać się z samym sobą, w nad­uży­wa­niu trun­ków lub leków, żeby nie czuć bólu ist­nie­nia. Ponie­waż boimy się życia, usi­łu­jemy nim kie­ro­wać lub pano­wać nad nim. Uwa­żamy, że pod­da­wa­nie się emo­cjom jest czymś złym lub nie­bez­piecz­nym. Podzi­wiamy ludzi o zim­nej krwi, dzia­ła­ją­cych bez­na­mięt­nie. Naszym boha­te­rem jest James Bond, tajny agent numer 007. Nasza kul­tura kła­dzie nacisk na dzia­ła­nie i osią­gnię­cia. Współ­cze­sna jed­nostka ludzka pra­gnie odno­sić suk­cesy, a nie po pro­stu być czło­wie­kiem. Należy do „poko­le­nia akcji”, któ­rego myślą prze­wod­nią jest: wię­cej robić, mniej odczu­wać. Taka wła­śnie postawa jest zwy­kle cha­rak­te­ry­styczna dla dzi­siej­szego życia sek­su­al­nego: wię­cej dzia­ła­nia, mniej namięt­no­ści.

Choć­by­śmy byli naj­spraw­niejsi, nasze czło­wie­czeń­stwo ponosi porażkę. Sądzę, że więk­szość z nas ma to poczu­cie porażki. Nie­wy­raź­nie uświa­da­miamy sobie ból, udrękę i roz­pacz kry­jące się pod spodem. Jeste­śmy jed­nak zde­ter­mi­no­wani, by poko­nać swoją sła­bość, prze­ła­mać lęk i roz­wiać nie­po­kój. Dla­tego wła­śnie takim powo­dze­niem cie­szą się książki o samo­do­sko­na­le­niu typu „zrób to sam”. Nie­stety, te wysiłki są ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Być praw­dzi­wym czło­wie­kiem – to nie jest coś, co można osią­gnąć aktyw­nym dzia­ła­niem. Może trzeba wła­śnie zanie­chać gorącz­ko­wej aktyw­no­ści, zna­leźć chwilę na zaczerp­nię­cie odde­chu i odczu­wa­nie. Możemy wtedy doznać cier­pie­nia, ale jeśli znaj­dziemy w sobie odwagę, by je zaak­cep­to­wać, doznamy rów­nież satys­fak­cji. Jeśli sta­wimy czoło swo­jej wewnętrz­nej pustce, możemy zna­leźć peł­nię. Jeśli przej­dziemy przez roz­pacz, dotrzemy do rado­ści. W tym tera­peu­tycz­nym przed­się­wzię­ciu możemy jed­nak potrze­bo­wać pomocy.

Czy neu­ro­tyczny lęk przed życiem jest nie­uchron­nym losem współ­cze­snego czło­wieka? Odpo­wiedź brzmi „tak”, o ile defi­niu­jemy współ­cze­snego czło­wieka jako przed­sta­wi­ciela kul­tury, w któ­rej domi­nu­ją­cymi war­to­ściami są wła­dza i postęp. Ponie­waż te wła­śnie war­to­ści cechują kul­turę Zachodu w XX wieku, nie­uchron­nie każda osoba ukształ­to­wana przez tę kul­turę musi być zner­wi­co­wana.

Neu­ro­tyczna jed­nostka pozo­staje w kon­flik­cie ze sobą. Jedna jej część pró­buje pod­po­rząd­ko­wać sobie inną. Jej ego chce pano­wać nad cia­łem, racjo­nalny umysł – kon­tro­lo­wać uczu­cia, wola – prze­ła­my­wać nie­po­kój i lęki. Ponie­waż te kon­flikty prze­bie­gają głów­nie na pozio­mie nie­świa­do­mo­ści, wyczer­pują ener­gię jed­nostki i pozba­wiają ją spo­koju umy­słu. Ner­wica to kon­flikt wewnętrzny. Cha­rak­ter neu­ro­tyczny może przy­bie­rać wiele form, ale zawsze ozna­cza walkę pomię­dzy tym, czym osoba jest, a tym, czym we wła­snym prze­ko­na­niu powinna być. Każda jed­nostka neu­ro­tyczna jest uwi­kłana w tę walkę.

W jaki spo­sób rodzi się ten wewnętrzny kon­flikt? Dla­czego współ­cze­sny czło­wiek jest na niego ska­zany? W każ­dym kon­kret­nym przy­padku ner­wica powstaje w kon­tek­ście sytu­acji rodzin­nej. Ale sytu­acja rodzinna odzwier­cie­dla sytu­ację kul­tu­rową, ponie­waż na rodzinę wpły­wają wszyst­kie siły dzia­ła­jące w obrę­bie spo­łecz­no­ści, któ­rej jest czę­ścią. Aby zro­zu­mieć poło­że­nie egzy­sten­cjalne współ­cze­snego czło­wieka i poznać jego los, musimy zgłę­bić kul­tu­rowe źró­dła kon­fliktu.

Nie­które kon­flikty wystę­pu­jące w naszej kul­tu­rze są dobrze znane. Na przy­kład mówimy o pokoju, ale przy­go­to­wu­jemy się do wojny. Opo­wia­damy się za ochroną śro­do­wi­ska, ale dla eko­no­micz­nych korzy­ści bez­li­to­śnie eks­plo­atu­jemy zasoby natu­ralne naszego świata. Sta­wiamy sobie za cel roz­wój i wła­dzę, cho­ciaż pra­gniemy przy­jem­no­ści, sta­bil­no­ści i spo­koju umy­słu. Nie zda­jemy sobie sprawy, że wła­dza i przy­jem­ność to war­to­ści prze­ciw­stawne i że ta pierw­sza czę­sto wyklu­cza drugą. Posia­da­nie wła­dzy nie­uchron­nie pro­wa­dzi do walki o jej utrzy­ma­nie, w któ­rej syn zwraca się prze­ciwko ojcu lub brat prze­ciwko bratu. Jest to siła pro­wa­dząca do podzia­łów w spo­łecz­no­ści. Postęp ozna­cza stałe aktywne dzia­ła­nie na rzecz zastą­pie­nia tego, co stare, czymś nowym, z wiarą, że nowe zawsze będzie lep­sze. To nie­bez­pieczne prze­ko­na­nie, acz­kol­wiek może być prawdą w nie­któ­rych obsza­rach tech­niki. Przez uogól­nie­nie impli­kuje ono, że syn jest dosko­nal­szy od ojca albo że tra­dy­cja to tylko mar­twy cię­żar prze­szło­ści. Są kul­tury, w któ­rych domi­nują inne war­to­ści, w któ­rych sza­cu­nek dla prze­szło­ści i tra­dy­cji jest waż­niej­szy niż pra­gnie­nie zmian. W tych kul­tu­rach kon­flikty są zmi­ni­ma­li­zo­wane i ner­wice należą do rzad­ko­ści.

Na rodzi­cach jako nosi­cie­lach kul­tury spo­czywa obo­wią­zek wpo­je­nia dzie­ciom jej war­to­ści. W tym celu wyma­gają od nich postaw i zacho­wań pasu­ją­cych do matrycy spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej. Dziecko z jed­nej strony opiera się tym wyma­ga­niom, gdyż zmie­rzają one do udo­mo­wie­nia jego zwie­rzę­cej natury. Ma być „zła­mane” i uczy­nione czę­ścią sys­temu. Z dru­giej strony pra­gnie sto­so­wać się do nich, by utrzy­mać miłość i akcep­ta­cję rodzi­ców. Rezul­tat zależy od rodzaju wyma­gań i od spo­sobu, w jaki są egze­kwo­wane. Oka­zu­jąc dziecku miłość i zro­zu­mie­nie, można nauczyć je oby­cza­jów i prak­tyk wła­ści­wych danej kul­tu­rze bez nisz­cze­nia w nim ducha. Nie­stety jed­nak na ogół pro­ces adap­ta­cji dziecka do kul­tury tego ducha zabija. W efek­cie jest zner­wi­co­wane i lęka się życia.

Zasad­ni­czym aspek­tem pro­cesu adap­ta­cji kul­tu­ro­wej jest kon­tro­lo­wa­nie sek­su­al­no­ści. Nie ma takiej kul­tury, która by nie nakła­dała na zacho­wa­nia sek­su­alne jakichś ogra­ni­czeń. Wydaje się, że są one nie­zbędne, by zapo­bie­gać kon­flik­tom wewnątrz spo­łecz­no­ści. Istoty ludz­kie są bowiem zazdro­sne i skłonne do prze­mocy. Nawet w naj­bar­dziej pry­mi­tyw­nych spo­łecz­no­ściach więzi mał­żeń­skie są uświę­cone, lecz kon­flikty rodzące się z tych ogra­ni­czeń są zewnętrzne wzglę­dem oso­bo­wo­ści czło­wieka. Nato­miast w kul­tu­rze Zachodu wpaja się ludziom poczu­cie winy z powodu sek­su­al­nych uczuć i prak­tyk, takich jak mastur­ba­cja, które w żaden spo­sób nie zagra­żają spój­no­ści spo­łe­czeń­stwa. Kiedy wstyd i poczu­cie winy dołą­czają do innych uczuć, kon­flikt ulega inter­na­li­za­cji i pro­wa­dzi do wykształ­ce­nia się cha­rak­teru neu­ro­tycz­nego.

We wszyst­kich ludz­kich spo­łecz­no­ściach kazi­rodz­two sta­nowi tabu, ale sek­su­alne uczu­cia dziecka dla rodzica prze­ciw­nej płci są czymś nagan­nym tylko w spo­łe­czeń­stwach nowo­cze­snych. Jakoby pod­waża to wyłączne prawo jed­nego z rodzi­ców do sek­su­alnego zaan­ga­żo­wa­nia dru­giego. Przez rodzica tej samej płci dziecko jest postrze­gane jako rywal. Cho­ciaż do rze­czy­wi­stego kazi­rodz­twa nie docho­dzi, dziecku wpaja się poczu­cie winy z powodu tych jak naj­bar­dziej natu­ral­nych uczuć i pra­gnień.

Kiedy Freud metodą psy­cho­ana­lizy badał źró­dła emo­cjo­nal­nych pro­ble­mów swo­ich pacjen­tów, odkrył, że za każ­dym razem w grę wcho­dzi dzie­cięca sek­su­al­ność, w szcze­gól­no­ści sek­su­alne uczu­cia dla rodzica prze­ciw­nej płci. Stwier­dził też, że tym kazi­rod­czym uczu­ciom towa­rzy­szy pra­gnie­nie śmierci rodzica tej samej płci. Nawią­zu­jąc do mitu o Edy­pie, nazwał sytu­ację dziecka edy­pową. Uwa­żał, że jeśli chło­piec nie będzie tłu­mił swo­ich sek­su­al­nych uczuć dla matki, to grozi mu los Edypa: zamor­duje ojca i poj­mie matkę za żonę. Aby temu zapo­biec, grozi się mu kastra­cją, jeśli nie powścią­gnie sek­su­alnego pożą­da­nia matki i wro­go­ści do ojca.

Psy­cho­ana­liza ujaw­niła ponadto, iż nie tylko tłu­mione są uczu­cia sek­su­alne, lecz także sama sytu­acja edy­powa ulega wypar­ciu: osoba doro­sła nie pamięta tego trój­kąta, w który była zaan­ga­żo­wana, gdy miała trzy do sze­ściu lat. Tę obser­wa­cję potwier­dza moje doświad­cze­nie kli­niczne. Mało który pacjent potrafi przy­po­mnieć sobie swoje dzie­cięce sek­su­alne pożą­da­nie rodzica. Freud twier­dził następ­nie, że to wypar­cie jest nie­zbędne, jeśli po osią­gnię­ciu doro­sło­ści czło­wiek ma pro­wa­dzić nor­malne życie płciowe. Dzięki temu może prze­nieść wcze­sne pra­gnie­nia sek­su­alne z rodzica na rówie­śnika; ina­czej pozo­sta­nie zafik­so­wany na rodzicu. Zatem według Freuda wypar­cie jest spo­so­bem roz­wią­za­nia sytu­acji edy­po­wej, co pozwala dziecku przejść przez okres laten­cji i osią­gnąć nor­malną doro­słość. Jeśli wypar­cie nie jest cał­ko­wite, roz­wija się u niego ner­wica.

Według Freuda cha­rak­ter neu­ro­tyczny odzna­cza się nie­zdol­no­ścią dopa­so­wa­nia się do sytu­acji kul­tu­ro­wej. W cywi­li­za­cji widział on czyn­nik unie­moż­li­wia­jący jed­no­stce pełną instynk­towną gra­ty­fi­ka­cję, ale sądził, że jest to nie­zbędne dla roz­woju kul­tury. W rezul­ta­cie akcep­to­wał kon­cep­cję, w myśl któ­rej nowo­cze­sny czło­wiek nie­uchron­nie musi być nie­szczę­śliwy. Nie było to przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia psy­cho­ana­lizy, która jedy­nie miała poma­gać jed­no­stce w funk­cjo­no­wa­niu w ramach danej kul­tury. Ner­wicę uwa­żano za objaw (jak fobia, obse­sja, kom­pul­sja, melan­cho­lia itp.) zakłó­ca­jący to funk­cjo­no­wa­nie.

Wil­helm Reich przy­jął odmienny punkt widze­nia. Cho­ciaż współ­pra­co­wał z Freu­dem i był człon­kiem Wie­deń­skiego Towa­rzy­stwa Psy­cho­ana­li­tycz­nego, zda­wał sobie sprawę, że nie­obec­ność utrud­nia­ją­cego funk­cjo­no­wa­nie objawu nie jest dowo­dem zdro­wia emo­cjo­nal­nego. Pra­cu­jąc z neu­ro­tycz­nymi pacjen­tami, stwier­dził, że symp­tom roz­wija się na bazie neu­ro­tycz­nej struk­tury cha­rak­teru i jego cał­ko­wite usu­nię­cie jest moż­liwe tylko po zmia­nie tej struk­tury. Według Reicha nie cho­dzi o odpo­wied­nie funk­cjo­no­wa­nie w ramach kul­tury, lecz o zdol­ność jed­nostki do cał­ko­witego odda­nia się sek­sowi i pracy. Dopiero wtedy jed­nostka może w pełni doznać satys­fak­cji z życia. Czło­wiek jest zner­wi­co­wany w takim stop­niu, w jakim bra­kuje mu tej zdol­no­ści.

W pracy tera­peu­tycz­nej Reich sku­piał się na sek­su­al­no­ści jako klu­czu do zro­zu­mie­nia cha­rak­teru. U osoby neu­ro­tycz­nej reak­cje orga­styczne są zabu­rzone. Nie może ona pod­dać się w pełni mimo­wol­nym kon­wul­sjom orga­zmu. Boi się, że prze­ży­cie peł­nego orga­zmu byłoby zbyt przy­tła­cza­jące. Jest więc w jakimś stop­niu orga­stycz­nym impo­ten­tem. Jeśli za sprawą tera­pii odzy­ska zdol­ność do orga­zmu, będzie tym samym zdrowa emo­cjo­nal­nie. Znikną wszel­kie neu­ro­tyczne zabu­rze­nia, na które cier­piała. Co wię­cej, będzie wolna od ner­wic, jak długo zachowa swój orga­styczny poten­cjał.

Reich dostrze­gał zwią­zek mię­dzy orga­styczną impo­ten­cją a pro­ble­mem edy­po­wym. Twier­dził, że ner­wica ma korze­nie w patriar­chal­nej, auto­ry­tar­nej rodzi­nie, w któ­rej sek­su­al­ność jest tłu­miona. Nie godził się na to, że cier­pie­nie jest nie­uchron­nym losem czło­wieka. Uwa­żał, że sys­tem spo­łeczny odma­wia­jący ludziom prawa do zaspo­ko­je­nia swo­ich instynk­tow­nych potrzeb jest chory i musi zostać zmie­niony. W począt­kach swo­jej kariery psy­cho­ana­li­tyka Reich był także dzia­ła­czem spo­łecznym. Póź­niej jed­nak doszedł do wnio­sku, że neu­ro­tyczni ludzie nie zdo­łają prze­bu­do­wać neu­ro­tycz­nego spo­łe­czeń­stwa.

Myśl Reicha wywarła na mnie ogromny wpływ. Był moim nauczy­cie­lem od 1940 do 1953 roku, a w latach 1942–1945 pro­wa­dził moją wła­sną psy­cho­ana­lizę. Zosta­łem psy­cho­te­ra­peutą, ponie­waż uzna­łem, że jego podej­ście do ludz­kich pro­ble­mów zarówno na grun­cie teo­rii (ana­liza cha­rak­teru), jak i prak­tyki (wege­to­te­ra­pia) jest waż­nym kro­kiem do przodu w lecze­niu osób neu­ro­tycz­nych. Ana­liza cha­rak­teru była wiel­kim wkła­dem Reicha w teo­rię psy­cho­ana­lizy. Według niego neu­ro­tyczny cha­rak­ter jest grun­tem, na któ­rym roz­wi­jają się neu­ro­tyczne symp­tomy. Uwa­żał więc, że dla uzy­ska­nia zna­czą­cej poprawy ana­liza powinna sku­piać się na cha­rak­terze, a nie na poszcze­gól­nych symp­to­mach. Wege­to­te­ra­pia była prze­ło­mo­wym prze­nie­sie­niem pro­cesu tera­peu­tycz­nego w obszar soma­tyczny. Reich dostrzegł, że ner­wica prze­ja­wia się nie tylko kon­flik­tami psy­chicz­nymi, lecz rów­nież zabu­rze­niami funk­cji wege­ta­tyw­nych. Oddy­cha­nie, mobil­ność i mimo­wolne, przy­jemne ruchy orga­zmu są u jed­nostki neu­ro­tycznej poważ­nie ogra­ni­czone przez napię­cia mię­śniowe. Reich opi­sy­wał te napię­cia jako pro­ces opan­ce­rza­nia się, odzwier­cie­dla­jący cha­rak­ter na pozio­mie soma­tycznym. Twier­dził, że fizyczna postawa jed­nostki jest funk­cjo­nal­nie toż­sama z jej nasta­wie­niem psy­chicz­nym. Prace Reicha sta­no­wią pod­stawę roz­wi­nię­tej przeze mnie ana­lizy bio­ener­ge­tycz­nej, która pod kil­koma istot­nymi wzglę­dami sta­nowi roz­sze­rze­nie jego kon­cep­cji.

Po pierw­sze, ana­liza bio­ener­ge­tyczna pozwala zro­zu­mieć i usys­te­ma­ty­zo­wać struk­turę cha­rak­teru na pozio­mie psy­chicz­nym i soma­tycz­nym. Dzięki temu możemy roz­po­zna­wać cha­rak­ter i emo­cjo­nalne pro­blemy jed­nostki na pod­sta­wie eks­pre­sji jej ciała. Moż­liwy staje się rów­nież wgląd w jej oso­bi­stą histo­rię, ponie­waż życiowe doświad­cze­nia pozo­sta­wiają ślad w struk­tu­rze ciałal-1. Infor­ma­cję odczy­taną z mowy ciała można zin­te­gro­wać z pro­ce­sem ana­li­tycz­nym.

Po dru­gie, dzięki kon­cep­cji ugrun­to­wa­nia ana­liza bio­ener­ge­tyczna ofe­ruje głęb­sze zro­zu­mie­nie pro­ce­sów ener­ge­tycz­nych w ciele i ich wpływu na oso­bo­wość. Ugrun­to­wa­nie to ener­ge­tyczne połą­cze­nie mię­dzy sto­pami jed­nostki a pod­ło­żem, czyli grun­tem. Sta­nowi odbi­cie ilo­ści ener­gii czy uczuć, jaką ta jed­nostka dopusz­cza w dol­nej czę­ści swo­jego ciała. Wska­zuje na rela­cję pomię­dzy czło­wie­kiem a pod­ło­żem, na któ­rym stoi. Czy jest dobrze ugrun­to­wany, czy zawie­szony w powie­trzu? Czy jego stopy są dobrze osa­dzone? Jaka jest jego postawa? Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i nie­za­leż­no­ści jest bli­sko zwią­zane z funk­cją nóg i stóp. Wpływa sil­nie na sek­su­al­ność jed­nostki.

Po trze­cie, ana­liza bio­ener­ge­tyczna wyko­rzy­stuje wiele aktyw­nych tech­nik cie­le­snych i ćwi­czeń poma­ga­ją­cych jed­no­stce wzmoc­nić swoją postawę, zwięk­szyć ilość ener­gii, roz­sze­rzyć i pogłę­bić samo­świa­do­mość, a co za tym idzie – swoją wyra­zi­stość. W ana­li­zie bio­ener­ge­tycz­nej praca z cia­łem jest sko­or­dy­no­wana z pro­ce­sem ana­li­tycz­nym, co czyni tę odmianę tera­pii dwo­istym, na równi umy­sło­wym i fizycz­nym podej­ściem do pro­ble­mów emo­cjo­nal­nych.

Przez ponad trzy­dzie­ści lat prak­ty­ko­wa­łem jako tera­peuta, poma­ga­jąc moim pacjen­tom w zna­le­zie­niu jakiejś dozy szczę­ścia i rado­ści w życiu. Te dzia­ła­nia wyma­gały nie­ustan­nych prób zro­zu­mie­nia neu­ro­tycz­nego cha­rak­teru współ­cze­snego czło­wieka, zarówno z punktu widze­nia kul­tury, jak i jed­nostki. Sku­pia­łem się i na­dal się sku­piam na jed­no­stce usi­łu­ją­cej zna­leźć w swoim życiu jakieś zna­cze­nie i satys­fak­cję, ina­czej mówiąc, zma­ga­ją­cej się ze swoim losem. Tłem tej walki jest jed­nak sytu­acja kul­tu­rowa. Bez zna­jo­mo­ści pro­ce­sów kul­tury nie potra­fimy oce­nić głębi tego pro­blemu.

Pro­ce­sem kul­tu­ro­wym, który stwo­rzył współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo i współ­cze­snego czło­wieka, był roz­wój ego. Wią­zał się on z postę­pem wie­dzy i zdo­by­wa­niem wła­dzy nad siłami natury. Czło­wiek jest, jak każde inne zwie­rzę, czę­ścią przy­rody i w pełni pod­lega jej pra­wom. Stoi jed­nak także ponad przy­rodą, wywie­ra­jąc na nią wpływ i kon­tro­lu­jąc ją. To samo czyni ze swoją wła­sną naturą: część jego oso­bo­wo­ści, ego, zwraca się prze­ciwko czę­ści zwie­rzęcej, czyli ciału. Opo­zy­cja pomię­dzy ego i cia­łem stwa­rza dyna­miczne napię­cie, które sprzyja roz­wo­jowi kul­tury, ale nosi w sobie także poten­cjał destruk­cji. Naj­le­piej ilu­struje to ana­lo­gia z łukiem i strzałą. Im moc­niej napi­namy łuk, tym dalej strzała doleci. Ale jeśli uży­jemy zbyt wiel­kiej siły, łuk może się zła­mać. Kiedy ego i ciało oddalą się od sie­bie tak bar­dzo, że utracą kon­takt ze sobą, docho­dzi do zała­ma­nia psy­cho­tycz­nego. Uwa­żam, że nasza kul­tura doszła do tego nie­bez­piecz­nego punktu. Psy­cho­tyczne zała­ma­nia są zja­wi­skiem cał­kiem czę­stym, ale jesz­cze bar­dziej roz­po­wszech­niony jest lęk przed takim zała­ma­niem, zarówno na pozio­mie jed­nostki, jak i spo­łecz­no­ści.

Jeśli weź­miemy pod uwagę naszą kul­turę i cechy cha­rak­teru przez nią ukształ­to­wane, to co jest losem współ­cze­snego czło­wieka? Jeśli histo­rię Edypa potrak­to­wać jako prze­po­wied­nię, po osią­gnię­ciu tak pożą­da­nego suk­cesu i wła­dzy prze­kona się on, że jego świat roz­padł się lub zała­mał. Jeśli za miarę suk­cesu uzna­jemy mate­rialne bogac­two, jak to jest w kra­jach uprze­my­sło­wio­nych, a za miarę wła­dzy spraw­czość (wła­da­nie maszy­nami i ener­gią), to więk­szość ludzi w kra­jach Zachodu osią­gnęła już jedno i dru­gie. Roz­pad ich świata polega na zubo­że­niu życia emo­cjo­nal­nego. Cał­ko­wi­cie oddani suk­ce­sowi i wła­dzy, nie mają innych powo­dów, by żyć. Podob­nie jak Edyp stają się tuła­czami, wyko­rze­nio­nymi isto­tami, które ni­gdzie nie znaj­dują uko­je­nia. Każdy z nich czuje się w jakimś stop­niu wyalie­no­wany od swo­ich bliź­nich i każdy nosi w sobie głę­bo­kie poczu­cie winy, któ­rego powodu nie rozu­mie. Taka jest sytu­acja egzy­sten­cjalna współ­cze­snego czło­wieka.

Wyzwa­niem jest dla niego pogo­dze­nie ze sobą prze­ciw­staw­nych aspek­tów jego oso­bo­wo­ści. Na pozio­mie ciała jest zwie­rzę­ciem, na pozio­mie ego – kan­dy­da­tem na Boga. Prze­zna­cze­niem zwie­rzę­cia jest śmierć, któ­rej ego ze swo­imi boskimi aspi­ra­cjami pra­gnie unik­nąć. Ale próba unik­nię­cia tego losu spro­wa­dza na czło­wieka los jesz­cze gor­szy – życie w lęku przed życiem.

Ludz­kie życie jest pełne sprzecz­no­ści. Zna­mie­niem mądro­ści jest zdol­ność do roz­po­zna­nia i zaak­cep­to­wa­nia tych sprzecz­no­ści. Może się wyda­wać para­dok­sem, że pogo­dze­nie się z wła­snym losem przy­nosi zmianę tego losu, ale taka jest prawda. Kiedy jed­nostka prze­staje wal­czyć z losem, wyzbywa się ner­wicy (wewnętrz­nego kon­fliktu) i zyskuje spo­kój umy­słu. W rezul­ta­cie zmie­nia się jej nasta­wie­nie (nie ma lęku przed życiem), co prze­ja­wia się zmianą w cha­rak­te­rze i wiąże się z odmianą losu. Taka osoba poznaje peł­nię życia. Tak wła­śnie koń­czy się histo­ria Edypa, postaci, od któ­rej wziął nazwę klu­czowy pro­blem oso­bo­wo­ści współ­cze­snego czło­wieka.

Roz­dział 1

Charakter neurotyczny

Problem edypowy

Mówi się, że ludzie uczą się przez doświad­cze­nie, i ogól­nie bio­rąc, jest to prawda. Doświad­cze­nie to naj­lep­szy, a może nawet jedyny praw­dziwy nauczy­ciel. Wydaje się jed­nak, że gdy idzie o pro­blem z obszaru ner­wicy, ta zasada nie ma zasto­so­wa­nia. Czło­wiek nie uczy się przez doświad­cze­nie, lecz wciąż od nowa powta­rza te same auto­de­struk­cyjne zacho­wa­nia. Weźmy na przy­kład kogoś, kto stale zaj­muje pozy­cję osoby poma­ga­ją­cej innym. Reaguje skwa­pli­wie, kiedy ludzie zwra­cają się do niego po radę. Póź­niej ma poczu­cie, że został wyko­rzy­stany, i rodzi się w nim nie­chęć, ponie­waż uważa, że osoba, któ­rej pomaga, nie doce­nia jego sta­rań. Odwraca się od dotych­cza­so­wego przy­ja­ciela i obie­cuje sobie, że kiedy następ­nym razem ktoś będzie ocze­ki­wał jego pomocy, będzie mniej chętny i bar­dziej kry­tyczny. A jed­nak widząc osobę prze­ży­wa­jącą jakieś trud­no­ści, ofe­ruje swoje usługi, zanim nawet zosta­nie o to popro­szony. Zakłada, że tym razem rezul­tat będzie odmienny. Ale dzieje się to samo co poprzed­nio. Niczego się nie nauczył, gdyż jego goto­wość pomocy ma cha­rak­ter kom­pul­sywny. Zmu­szają go do dzia­ła­nia siły, nad któ­rymi nie ma kon­troli.

Roz­ważmy przy­pa­dek kobiety, która w rela­cji z męż­czy­zną przyj­muje rolę matki. Efek­tem takiej postawy jest infan­ty­li­za­cja part­nera, co nie pozwala jej na speł­nie­nie sek­su­alne. Może zerwać zwią­zek, bo czuje się oszu­kana i wyko­rzy­stana, a winę za to nie­po­wo­dze­nie przy­pi­suje nie­doj­rza­ło­ści i sła­bo­ści męż­czy­zny. Następ­nym razem, powiada sobie, wybie­rze kogoś, kto stoi mocno na wła­snych nogach i komu nie trzeba mat­ko­wać. Ale następ­nym razem powta­rza się to samo. Wydaje się, że jakieś dziwne fatum popy­cha ją do sytu­acji, jakich chcia­łaby unik­nąć. Do mat­ko­wa­nia swoim męż­czy­znom skła­niają ją nie­roz­po­znane ele­menty jej wła­snej oso­bo­wo­ści.

Takie zacho­wa­nia można uznać za neu­ro­tyczne, stoi bowiem za nimi nie­świa­domy wewnętrzny kon­flikt. Część oso­bo­wo­ści czło­wieka z powyż­szego przy­kładu pra­gnie poma­gać, inna tego nie chce. Jeśli pomoże, będzie zra­niony, jeśli nie pomoże, będzie się czuł winny. To typowa neu­ro­tyczna pułapka, z któ­rej nie ma wyj­ścia, chyba że prze­śle­dzimy kroki do niej pro­wa­dzące. Podobny nie­świa­domy kon­flikt stoi za postę­po­wa­niem kobiety. Pra­gnie­nie zdro­wej i satys­fak­cjo­nu­ją­cej rela­cji sek­su­al­nej z męż­czy­zną kłóci się z lękiem przed taką rela­cją. Mat­ko­wa­nie part­ne­rowi to próba prze­ła­ma­nia sek­su­al­nego lęku, co pozwo­li­łoby jej zane­go­wać strach przed pod­da­niem się męż­czyź­nie. Przyj­mu­jąc rolę matki, czuje się potrzebna i domi­nu­jąca.

A oto jesz­cze jeden przy­kład. Pew­nej kobie­cie wielką trud­ność spra­wiało nawią­za­nie sta­bil­nej rela­cji z męż­czy­zną. Kiedy ktoś ją pocią­gał, sta­wała się wobec niego hiper­kry­tyczna. Zaczy­nała dostrze­gać wszyst­kie jego wady i nie­do­statki i w rezul­ta­cie odrzu­cała go. Ponie­waż nikt nie jest dosko­nały, takie zacho­wa­nia unie­moż­li­wiały jej wej­ście w jaki­kol­wiek zwią­zek. Cho­ciaż mówiła, że bar­dzo tego pra­gnie, wyda­wała się nie­zdolna do zmiany tego wzorca postę­po­wa­nia, nawet gdy jej to wyty­kano. Nie­trudno spo­strzec, że jej hiper­kry­tyczna postawa była obroną przed nie­bez­pie­czeń­stwem, że sama zosta­nie odrzu­cona. Chro­niła się przed tym, pierw­sza odrzu­ca­jąc męż­czy­znę. Ale ta świa­do­mość nie­wiele jej mogła pomóc. Nie miała kon­troli nad swo­imi neu­ro­tycz­nymi reak­cjami.

Żeby jej pomóc, musimy wie­dzieć, jakie siły w jej oso­bo­wo­ści narzu­cały takie zacho­wa­nie. To się działo tylko wtedy, gdy spo­tkała męż­czy­znę, do któ­rego czuła pociąg. Przy kon­tak­tach z innymi ludźmi pro­blem się nie poja­wiał, potra­fiła być przy­ja­zna i wylu­zo­wana. Ponie­waż trud­no­ści zaczy­nały się, kiedy żywiła do kogoś cie­plej­sze uczu­cia, możemy zało­żyć, że wią­zały się one z pożą­da­niem lub tęsk­notą. Nie mogła znieść tego uczu­cia, bo było zbyt bole­sne, więc wyco­fy­wała się z rela­cji. Rów­nież w tym wypadku musimy odkryć, co takiego zda­rzyło się tej oso­bie w dzie­ciń­stwie, co wywo­łało ten pro­blem. Psy­cho­ana­liza ujawni, że była odrzu­cona przez jedno z rodzi­ców i zwią­zany z tym ból był tak doj­mu­jący, że aby prze­żyć, musiała się od niego odciąć. Zamknęła swoje serce, żeby nie cier­pieć, i teraz nie ma odwagi otwo­rzyć go na powrót. Kochać to zna­czy otwo­rzyć serce, a ona boi się to uczy­nić, bo kryje się w nim ból. W tym wypadku mamy do czy­nie­nia z kon­flik­tem mię­dzy pra­gnie­niem miło­ści i lękiem przed nią.

Taki kon­flikt ma cechy neu­ro­tyczne, jeśli jed­nostka wypiera jego nega­tywny ele­ment. Tak więc męż­czy­zna skłonny do poma­ga­nia neguje swoją nie­chęć do pro­szą­cych o pomoc, macie­rzyń­ska kobieta neguje swój lęk przez sek­sem, a osoba hiper­kry­tyczna neguje swoją nie­zdol­ność do miło­ści. Nie mogąc sta­wić czoła swo­jemu bólowi i gnie­wowi, jed­nostka neu­ro­tyczna usi­łuje prze­ła­mać wła­sne lęki, nie­po­kój, wro­gość i gniew. Jedna jej część pró­buje wznieść się ponad inną, co wytwa­rza w niej podział i nisz­czy inte­gral­ność oso­bo­wo­ści. Osoba neu­ro­tyczna wal­czy o zwy­cię­stwo nad samą sobą. To się oczy­wi­ście nie może powieść. Porażka może wyglą­dać na pod­da­nie się swo­jemu losowi, ale w isto­cie pro­wa­dzi do samo­ak­cep­ta­cji, co umoż­li­wia zmianę. Ludzie kul­tury Zachodu są w więk­szo­ści neu­ro­tyczni, jeśli usi­łują być kimś innym, niż są. A ponie­waż jest to walka, któ­rej nie można wygrać, każdy, kto ją podej­mie, ponie­sie klę­skę. A co dziwne, akcep­tu­jąc tę klę­skę, uwal­niamy się od ner­wicy.

Typo­wym przy­kła­dem jest czło­wiek, który stale traci pie­nią­dze, nie­wła­ści­wie je za czy­jąś radą inwe­stu­jąc. Naiw­nie wie­rzy w obiet­nice szyb­kiego i łatwego zarobku. Cho­ciaż stra­cił już tyle, że powi­nien zro­zu­mieć, jak ilu­zo­ryczne są to obiet­nice, nie może oprzeć się kolej­nej poku­sie. Działa pod wpły­wem kom­pul­sji, która jest sil­niej­sza od jego racjo­nal­nej oceny. Nie­któ­rzy ludzie są jak gdyby ska­zani na los utra­cju­sza. Ale ten los może ulec zmia­nie, jeśli natura kom­pul­sji i jej źró­dła zostaną dogłęb­nie zba­dane w dro­dze psy­cho­ana­lizy.

Kla­syczny przy­kład to kobieta, która po roz­wo­dzie z pierw­szym mężem z powodu jego alko­ho­li­zmu posta­no­wiła, że jej dru­gie mał­żeń­stwo będzie inne, ale odkrywa, że nowy mał­żo­nek rów­nież nad­używa alko­holu. Nie wie­działa tego przed ślu­bem i była ślepa na liczne wska­zu­jące na to oznaki. Poprzez ana­lizę można wyka­zać, że pocią­gają ją męż­czyźni, któ­rzy dużo piją, a odsuwa się od nich, dopiero gdy ich picie wymyka się spod kon­troli. Podob­nie jak męż­czy­zna z poprzed­niego przy­kładu, nie jest świa­doma swo­ich głę­boko skry­tych uczuć i moty­wa­cji. Jest to typowe dla cha­rak­teru neu­ro­tycz­nego.

Ter­min cha­rak­ter neu­ro­tyczny odnosi się do wzorca zacho­wa­nia wyni­ka­ją­cego z wewnętrz­nego kon­fliktu i repre­zen­tu­ją­cego lęk przed życiem, sek­sem i ist­nie­niem. Sta­nowi on odbi­cie wcze­snych życio­wych doświad­czeń jed­nostki, gdyż kształ­tuje się w wyniku tych doświad­czeń. Naj­do­nio­ślej­szy wpływ na roz­wój cha­rak­teru neu­ro­tycz­nego ma doświad­cze­nie edy­powe. Docho­dzi do niego w okre­sie od trze­ciego do szó­stego roku życia, kiedy powstaje sytu­acja edy­powa, czyli sek­su­alne zain­te­re­so­wa­nie dziecka rodzi­cem płci prze­ciw­nej, które pociąga za sobą rywa­li­za­cję z rodzi­cem tej samej płci. Oboje rodzice odgry­wają aktywną rolę w tym trój­ką­cie, w któ­rym dziecko czuje się uwię­zione. Roz­wija się u niego cha­rak­ter neu­ro­tyczny, co jest jedy­nym moż­li­wym wyj­ściem w sytu­acji nace­cho­wa­nej zagro­że­niem dla życia i zdro­wia umy­sło­wego. Trudno powie­dzieć, czy to zagro­że­nie jest tak poważne, jak się dziecku wydaje. Nie może się ono jed­nak zdo­być na wery­fi­ka­cję swo­jego prze­ko­na­nia. Musi iść na kom­pro­mis, poha­mo­wu­jąc swoje pra­gnie­nia i tłu­miąc swoją sek­su­al­ność. Zilu­struję ten pro­ces poniż­szymi przy­kła­dami.

Mar­ga­ret przy­szła do mnie po poradę, ponie­waż miała depre­sję i poczu­cie, że jej życie jest puste. Była atrak­cyjną kobietą po trzy­dzie­stce, z zawodu pie­lę­gniarką. Ni­gdy nie wyszła za mąż, cho­ciaż miała wiele związ­ków z męż­czy­znami. Żaden z tych związ­ków nie był mimo to dla niej satys­fak­cjo­nu­jący. Kilka lat wcze­śniej jej depre­sja tak się nasi­liła, że pacjentka miała myśli samo­bój­cze. Tę skłon­ność zła­go­dziła u niej tera­pia psy­cho­ana­li­tyczna, ale depre­sja nie ustą­piła. Ni­gdy jed­nak nie porzu­ciła pracy. Była pra­co­wita i wysoko ceniona w śro­do­wi­sku zawo­do­wym.

Rzu­ca­jącą się w oczy cechą ciała Mar­ga­ret był brak wyra­zi­sto­ści. Jeśli aku­rat nie mówiła i nie poru­szała się, można ją było wziąć za figurę woskową. Spoj­rze­nie miała tępe, głos bez­barwny. Jed­nak od czasu do czasu, gdy patrzyła na mnie, jej oczy się roz­ja­śniały i twarz nabie­rała życia. Nie trwało to ni­gdy dłu­żej niż kilka minut, ale była to zadzi­wia­jąca prze­miana. W tych chwi­lach wyczu­wa­łem, że odnosi się do mnie z uczu­ciem. Zwy­kle była zaab­sor­bo­wana sobą i byłem dla niej jedy­nie odbiorcą jej zwie­rzeń. W toku pracy z nią uświa­do­mi­łem sobie, że jej brak wyrazu sięga bar­dzo głę­boko. Kiedy sze­rzej otwie­rała oczy, wyglą­dały nie­mal jak puste dziury. Jej oddech był bar­dzo płytki, ruchy zawsze ospałe.

W tera­pii cho­dziło o to, żeby pomóc Mar­ga­ret w odkry­ciu, dla­czego jej oczy utra­ciły blask. Dla­czego nie potrafi pod­trzy­mać w sobie świa­tła życia? Czego się nie­świa­do­mie lęka? Jej brak życia wyni­kał z zane­go­wa­nia wła­snego ja i postawy auto­de­struk­cyj­nej. Więk­szość osób neu­ro­tycz­nych przyj­muje taką postawę nie­świa­do­mie, ale Mar­ga­ret zda­wała sobie sprawę, że sama sie­bie nisz­czy. „Pró­buję zaszko­dzić mojemu ciału – mówiła. – Odży­wiam się nie­od­po­wied­nio, za mało śpię, zamar­twiam się swoim wyglą­dem i obse­syj­nie pod­cho­dzę do pracy. Ni­gdy nie ist­nieję dla sie­bie, ni­gdy nie cie­szę się sobą, ni­gdy nie trosz­czę się o sie­bie”.

Kiedy zapy­ta­łem ją, w jaki spo­sób i dla­czego roz­wi­nęła się u niej taka postawa, odpo­wie­działa: „Matka mnie dosłow­nie nisz­czyła, do tego stop­nia, że zaczę­łam się z nią iden­ty­fi­ko­wać”. Wcze­śniej zwie­rzyła się mi, że matka regu­lar­nie ją biła. Opi­sy­wała ją jako hipo­chon­dryczkę wyle­gu­jącą się cały dzień na kozetce, zaj­mu­jącą się lek­turą i narze­ka­jącą na wszystko. Ale jej matka była naprawdę chora. Cier­piała na cukrzycę. Według Mar­ga­ret rów­nież zacho­wy­wała się auto­de­struk­cyj­nie, nie przyj­mo­wała odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sne życie. Umarła na serce po pięć­dzie­siątce. „Ale – mówiła Mar­ga­ret – mój ojciec był rów­nie auto­de­struk­cyjny. Pra­co­wał po dwa­dzie­ścia godzin na dobę i ni­gdy nie miał czasu na przy­jem­no­ści. Był po pro­stu męczen­ni­kiem. Umarł na zawał, mając czter­dzie­ści kilka lat”.

Dodała jesz­cze: „Ojciec był dla mnie cię­ża­rem. Czu­łam, że muszę go chro­nić. Był stale obecny w moich myślach. Przez niego byłam przy­gnę­biona i nie­szczę­śliwa. Nie mogłam do niego dotrzeć. Pamię­tam, jak przy­glą­da­łam się mu, kiedy cho­ro­wał na serce. Wyglą­dał tak żało­śnie. Nawet gorzej niż żało­śnie. Był jed­nym wiel­kim cier­pie­niem. Czuję, że muszę poma­gać ludziom”.

Nie zro­zu­miemy Mar­ga­ret i jej pro­blemu, nie dys­po­nu­jąc obra­zem rodziny, w któ­rej się wycho­wała. Naj­waż­niej­szymi ele­men­tami tego obrazu są oso­bo­wo­ści rodzi­ców. To, jacy byli, miało więk­szy wpływ na dziecko, niż to, co robili. Dzieci są bar­dzo wraż­liwe i przej­mują nie­jako przez osmozę nastroje, uczu­cia i nie­świa­dome nasta­wie­nia rodzi­ców. W szcze­gól­nej mie­rze doty­czyło to Mar­ga­ret, gdyż była jedy­naczką. Wpływu rodzi­ców nie osła­biała więc obec­ność innych dzieci. Roz­ważmy poniż­szą jej wypo­wiedź.

„Matka mówiła, że ojciec był gwał­tow­nym kochan­kiem. Rozu­miem teraz, że wybie­ram męż­czyzn, któ­rzy go jakoś przy­po­mi­nają. Rów­nież cier­pią i ich namięt­ność jest rów­nie gwał­towna. Nie dostrze­gam u nich cier­pie­nia, dopiero póź­niej to mnie ude­rza. Uświa­da­miam sobie wtedy, że opie­kuję się nimi, poma­gam im, nie robię niczego dla sie­bie. To jedno z moich auto­de­struk­cyj­nych zacho­wań. Ale nie wiem, czy mogła­bym polu­bić czło­wieka wol­nego od cier­pie­nia. Moje serce nie otwo­rzy­łoby się dla niego. Ostatni męż­czyzna, z któ­rym byłam, pró­bo­wał samo­bój­stwa. Mam za sobą długi sze­reg face­tów, któ­rym musia­łam poma­gać. Wydaje się, że gdy­bym nie mogła zacho­wy­wać się tak neu­ro­tycz­nie, to nie zosta­łoby mi już nic”.

Jakie były naprawdę rela­cje Mar­ga­ret z ojcem? Jak mi powie­działa, według matki była bar­dzo przy­wią­zana do ojca do czwar­tego czy pią­tego roku życia. Sama nie pamię­tała tej bli­sko­ści i nie miała poję­cia, co poło­żyło jej kres. Wspo­mi­nała tylko tyle, że ojciec był dla niej nie­do­stępny. W głębi serca czuła przy­wią­za­nie, ale nie miała z nim żad­nego kon­taktu. „To było jak sen. Wciąż prze­ży­wam ten sen. Tak wyglą­dają moje rela­cje z męż­czy­znami. Snuję roz­bu­do­wane fan­ta­zje o tym, jak mogłoby wyglą­dać życie z face­tem, tylko po to, żeby po paru spo­tka­niach odkryć, że nie spełni moich marzeń”.

Z powyż­szego jasno wynika, że w swo­ich kon­tak­tach z męż­czy­znami Mar­ga­ret szu­kała rela­cji takiego rodzaju, jaką miała z ojcem przed ukoń­cze­niem pię­ciu lat. To było poszu­ki­wa­nie utra­co­nego raju. Pró­bo­wała zna­leźć swoje Shan­gri-La. Spy­tała mnie: „Dla­czego faceci w barach zawsze chcą się do mnie przy­tu­lać? Pew­nie jakoś szcze­gól­nie pachnę”. Jej spo­sób bycia i cała eks­pre­sja wska­zują, że ona też cierpi. Pocią­gają ją ludzie cier­piący, a ona pociąga ich. Każda ze stron ma nadzieję, że ta druga uśmie­rzy jej cier­pie­nie, ale oboje tylko je powięk­szają. Żadne z nich nie ma do zaofe­ro­wa­nia nic rado­snego.

Z powyż­szego wynika rów­nież w spo­sób oczy­wi­sty, że Mar­ga­ret w wieku pię­ciu lat prze­żyła ciężką utratę, kiedy zakoń­czyła się jej pełna miło­ści rela­cja z ojcem. Jej skłon­ność do depre­sji była uwa­run­ko­wana tą utratąl-2. Bez wąt­pie­nia wcze­śniej musiało dojść do utraty miło­ści w rela­cji z matką, ale ta utrata była łago­dzona przez cie­pły kon­takt z ojcem. Kiedy i to się skoń­czyło, Mar­ga­ret poczuła się zagu­biona. Prze­żyła wiel­kim wysił­kiem woli, obec­nie zna­mio­no­wa­nym przez surowy, pełen deter­mi­na­cji wyraz twa­rzy. Ale wspo­mnie­nie cza­sów, gdy pła­wiła się w cie­ple ojcow­skiej miło­ści, wciąż dawało o sobie znać w chwi­lach, gdy jej twarz się roz­ja­śniała.

Co takiego się zda­rzyło, że jej miło­sna rela­cja z ojcem została zerwana? Dla­czego miało to taki nisz­czący wpływ na jej oso­bo­wość? Mar­ga­ret nie miała żad­nych wspo­mnień z tam­tych cza­sów. Cał­ko­wi­cie je wyparła. Miała jed­nak za sobą wiele lat psy­cho­ana­lizy i pro­blem edy­powy nie był jej obcy. Kiedy oma­wia­li­śmy to zagad­nie­nie, zauwa­żyła: „Nie pamię­tam żad­nych sek­su­al­nych uczuć dla ojca, ale w cza­sie, gdy prze­cho­dzi­łam psy­cho­ana­lizę, przy­śniło mi się, że z nim śpię. Ponie­waż moja ana­liza trwała już od jakie­goś czasu, czu­łam, że mogę śnić w taki spo­sób bez wra­że­nia, że osza­la­łam. Jed­nak pod­czas tego snu nie mogłam się roz­luź­nić. Nie mogłam się tym naprawdę cie­szyć”.

Mar­ga­ret wciąż nie znaj­duje przy­jem­no­ści w sek­sie. Nie może się wylu­zo­wać i doznać orga­zmu. Seks jest dla niej spo­so­bem na kon­takt i bli­skość. Nie może pofol­go­wać swoim sek­su­al­nym uczu­ciom, ponie­waż boi się, że przy­tło­czą ją i dopro­wa­dzą do sza­leń­stwa. Omó­wię ten aspekt lęku przed sek­sem w następ­nym roz­dziale. W tym miej­scu chcę poka­zać zwią­zek mię­dzy cha­rak­te­rem neu­ro­tycz­nym a pro­ble­mem edy­pal­nym.

Co się naprawdę działo w jej rodzi­nie? Jakie były rela­cje mię­dzy rodzi­cami? Mar­ga­ret mówiła: „Jako dziecko zwy­kle wyobra­ża­łam sobie, że moi rodzice są sobie bar­dzo bli­scy, a ja jestem out­si­de­rem. Czu­łam się izo­lo­wana. Potem, kiedy pod­ro­słam, prze­ko­na­łam się, że moja matka jest samotna i ojciec także. Zauwa­ży­łam, że roz­ma­wia z nim jak z obcym czło­wie­kiem”. Wspo­mi­nała epi­zod, w któ­rym ojciec pró­bo­wał wyrzu­cić matkę przez okno, a ona nie rozu­miała, z jakiego powodu. Można się domy­ślać. Podob­nie jak w wielu innych mał­żeń­stwach rela­cje jej rodzi­ców star­to­wały z bar­dzo wyso­kiego poziomu roman­tycz­nej miło­ści, ale prze­szły z cza­sem w gorzką fru­stra­cję. To jest grunt, na któ­rym roz­wija się pro­blem edy­powy. Sfru­stro­wany rodzic szuka sym­pa­tii i cie­płych uczuć u dziecka prze­ciw­nej płci.

Mar­ga­ret miała bar­dzo głę­boką więź uczu­ciową z ojcem. Pomimo dzie­lą­cej ich bariery był bar­dzo bli­ski jej sercu, a ona – jego sercu. Jak mówiła, opo­wia­dano jej, że kiedy zdo­by­wała jakieś nagrody w szkole lub kościele, ojciec pła­kał ze szczę­ścia. Dla­czego te wyrazy uczuć zani­kły? Jest tylko jedna odpo­wiedź. Nabrały po obu stro­nach sek­su­al­nego zabar­wie­nia. Nie­bez­pie­czeń­stwo kazi­rodz­twa stało się realne. Ojciec musiał wyco­fać się z wszel­kich kon­tak­tów z córką, a ona musiała stłu­mić swoją sek­su­al­ność, gdyż była zagro­że­niem dla ojca.

Sek­su­alne pożą­da­nie rodzica przez dziecko to wyraz jego natu­ral­nej siły życio­wej. Dziecko pozo­staje nie­winne, dopóki rodzice nie zaczną rzu­to­wać na nie swo­jego sek­su­al­nego poczu­cia winy. Mar­ga­ret była nie­do­bra, bo jej sek­su­al­ność była żywa i swo­bodna. Zasłu­gi­wała na bicie i matka rze­czy­wi­ście biła ją szpi­crutą, któ­rej ojciec uży­wał do poga­nia­nia koni. Musiała zane­go­wać wła­sne ciało i inwe­sto­wać swoją ener­gię w naukę szkolną. Ojciec nie bro­nił jej, ponie­waż miał zbyt silne poczu­cie winy, by się wtrą­cać. Została sku­tecz­nie ujarz­miona, tak jak ujarz­mia się dzi­kiego, swo­bod­nego konia, by mógł go dosiąść jeź­dziec. Od cza­sów Ewy kobietę uwa­żano za kusi­cielkę. Takie nasta­wie­nie odzwier­cie­dla podwójne stan­dardy moralne kul­tury patriar­chal­nej. W prze­szło­ści w spo­łe­czeń­stwach Zachodu uwa­żano za konieczne, by tłu­mić kobiecą sek­su­al­ność bar­dziej niż męską.

Możemy teraz zro­zu­mieć, dla­czego u Mar­ga­ret wykształ­cił się cha­rak­ter neu­ro­tyczny. Nie wolno jej było odno­sić się do ojca na płasz­czyź­nie sek­su­al­nej. To tabu zostało zaszcze­pione w jej oso­bo­wo­ści i roz­cią­gnięte na wszyst­kich męż­czyzn. Potrafi tylko być dziec­kiem łak­ną­cym piesz­czot lub wyro­zu­mia­łym, współ­czu­ją­cym opie­ku­nem pró­bu­ją­cym uśmie­rzać cier­pie­nie part­nera. Wpada w depre­sję, ponie­waż żadne z tych podejść nie zaspo­kaja jej potrzeby rela­cji sek­su­al­nej (a to jest coś wię­cej niż miłość fizyczna). Nie sądzę, by była w sta­nie pozbyć się skłon­no­ści do depre­sji, dopóki nie odzy­ska swo­jej sek­su­al­no­ści. Tra­cąc sek­su­al­ność, traci życie. Osoba sek­su­alna to osoba żyjąca peł­nią życia, a osoba żyjąca peł­nią życia to osoba sek­su­alna. W dal­szych roz­dzia­łach pokażę, jakie są aspekty pracy nad tym pro­ble­mem.

Przy­pa­dek Mar­ga­ret nie jest czymś wyjąt­ko­wym. Być może odbie­gała od śred­niej pod wzglę­dem natę­że­nia otrzy­my­wa­nych kar cie­le­snych, stop­nia, w jakim tłu­miono sek­su­al­ność w jej rodzi­nie, a także szcze­gól­nych cech jej neu­ro­tycz­nego cha­rak­teru. Jed­nak jej sytu­acja była typowa dla nowo­cze­snych rodzin: kazi­rod­cze uczu­cia mię­dzy rodzi­cami a dziec­kiem, rywa­li­za­cja, zazdrość i groźby skie­ro­wane do dziecka. Jest to rów­nież typowy przy­kład kształ­to­wa­nia się neu­ro­tycz­nego cha­rak­teru pod wpły­wem pro­blemu edy­po­wego. Przyj­rzyjmy się innemu przy­pad­kowi, który wyka­zuje wiele podo­bieństw do sprawy Mar­ga­ret, acz­kol­wiek doty­czy męż­czy­zny.

Robert, bar­dzo ceniony archi­tekt, zgło­sił się do mnie, skar­żąc się na depre­sję. Zaczęła się po roz­pa­dzie jego mał­żeń­stwa. Kiedy zapy­ta­łem o przy­czyny roz­wodu, odpo­wie­dział, że jego żona narze­kała na brak komu­ni­ka­cji z mężem. Zarzu­cała mu, że unika kon­tak­tów i jest sek­su­al­nie bierny. Robert przy­zna­wał, że te skargi były zasadne. Uświa­da­miał sobie, że ma wiel­kie trud­no­ści z wyra­ża­niem uczuć. Wcze­śniej odby­wał przez kilka lat tera­pię psy­cho­ana­li­tyczną. Tro­chę mu to pomo­gło, ale jego wraż­li­wość emo­cjo­nalna była wciąż bar­dzo słaba.

Robert był przy­stoj­nym męż­czy­zną przed pięć­dzie­siątką. Miał dobrze zbu­do­wane ciało o wła­ści­wych pro­por­cjach i regu­larne rysy twa­rzy. Kiedy spo­glą­da­łem na niego, zbyt skwa­pli­wie się uśmie­chał. Czu­łem, że kon­takt wzro­kowy jest dla niego krę­pu­jący. Po bliż­szym przyj­rze­niu się zauwa­ży­łem, że jego oczy są czujne i wyprane z uczuć. Naj­bar­dziej god­nymi uwagi cechami jego ciała były sztyw­ność i napię­cie. Bez ubra­nia wyglą­dał niczym grecki posąg. Gdy był ubrany, można go było wziąć za poru­sza­jący się mane­kin. Tak ści­śle się kon­tro­lo­wał, że jego ciało wyglą­dało na mar­twe.

Jakie zda­rze­nia z dzie­ciń­stwa Roberta były odpo­wie­dzialne za jego otę­pie­nie emo­cjo­nalne? Podob­nie jak Mar­ga­ret, był jedy­na­kiem. W dzie­ciń­stwie matka go roz­piesz­czała. Cho­ciaż jego rodzice nie byli zamożni, nosił dro­gie ubra­nia, zawsze utrzy­my­wane w czy­sto­ści. Jak mówił, na zdję­ciach wyglą­dał na uro­czego chłopca. Naj­więk­szym grze­chem było zabru­dze­nie się. Natych­miast musiał się myć i prze­bie­rać. Ni­gdy nie był bity. Karą za wszel­kie występki było zawsty­dza­nie i pozba­wia­nie prze­ja­wów miło­ści.

Robert opo­wia­dał, że jako chło­piec snuł fan­ta­zje, iż nie jest dziec­kiem swo­ich rodzi­ców. Mówił, że wolałby być dziew­czynką. Wyobra­żał sobie, że pew­nego dnia znajdą się jego praw­dziwi rodzice. To uczu­cie braku przy­na­leż­no­ści poja­wia się zawsze, kiedy brak­nie emo­cjo­nal­nego kon­taktu mię­dzy rodzi­cami i dziec­kiem. W przy­padku Roberta rów­nież rodzice mieli poczu­cie, że syn do nich nie należy. Mówili, że jest inny niż oni. Robert tłu­ma­czył, że ojciec z matką byli sobie bar­dzo bli­scy, a on czuł się pozo­sta­wiony na boku. „Czu­łem się tak, jak­bym musiał łomo­tać w drzwi i wołać: «Wpuść­cie mnie!». Kiedy indziej przy­cho­dziło mi na myśl, że powi­nie­nem uciec i zna­leźć swoją praw­dziwą rodzinę”. Przy­po­mnijmy, że Mar­ga­ret czuła się podob­nie, jak out­si­der nie­przy­na­leżny do rodziny. Odkryła póź­niej, że widoczna więź jej rodzi­ców była bar­dziej fasadą niż rze­czy­wi­sto­ścią. Jaka była sytu­acja w rodzi­nie Roberta?

Robert opi­sy­wał matkę jako ama­zonkę poskra­mia­jącą biczem dzi­kie konie. Cho­ciaż nie była ładna, nosiła oku­lary i nie miała talen­tów towa­rzy­skich, zdo­była zna­ko­mitą par­tię. Ojciec, jak mówił Robert, był przy­stojny, cza­ru­jący i wiele kobiet się o niego ubie­gało. Był uro­dzo­nym zwy­cięzcą, wręcz ska­za­nym na suk­ces. Robert wie­dział, że matka jest ambitna. „Sta­rała się spra­wiać wra­że­nie kobiety wyra­fi­no­wa­nej. Jej rodzice byli far­me­rami. Chciała poka­zać, że jest naj­lep­szą part­nerką dla ojca, że two­rzą ide­alne mał­żeń­stwo”.

Sta­rała się rów­nież robić wra­że­nie ide­al­nej matki. Żeby dopeł­nić tego obrazu, Robert musiał być ide­al­nym dziec­kiem i pró­bo­wał taki być. Ale ide­al­nych dzieci w przy­ro­dzie nie ma. Praw­dziwe dzieci bru­dzą się i robią bała­gan. Aby utrzy­mać miłość matki, Robert musiał zamie­nić się w obraz, rzeźbę lub mane­kina. Z tego samego powodu nie­re­alny był także jego ojciec. Czy można być praw­dzi­wym mężem ide­al­nej żony? Robert nie pamię­tał, by jego rodzice kie­dy­kol­wiek się kłó­cili. Nawet jako dziecko czuł, że w jego rodzi­nie panuje atmos­fera nie­rze­czy­wi­sto­ści. O ile czuł się żywy, o tyle nie mógł być ich dziec­kiem. Nale­żał do nich tylko pod warun­kiem, że będzie nie­rze­czy­wi­sty.

Błę­dem byłoby sądzić, że w tej rodzi­nie nie było żad­nych namięt­no­ści. Robert ni­gdy nie mówił o życiu sek­su­al­nym rodzi­ców, ale prze­cież musiało jakieś być. Ni­gdy nie napo­mknął o uczu­ciach sek­su­al­nych dozna­wa­nych w dzie­ciń­stwie, ale jakieś musiał mieć. Wyparł wszel­kie wspo­mnie­nia ze swo­ich naj­wcze­śniej­szych lat. To wypar­cie szło w parze z mar­twotą jego ciała. Wia­do­mo­ści, które mi poda­wał, pocho­dziły w więk­szo­ści z dru­giej ręki. Mamy jed­nak pewne dowody na ist­nie­nie sytu­acji edy­po­wej. Robert mówił, że jako chło­piec fan­ta­zjo­wał o zdo­by­ciu matki i poko­na­niu ojca. W tych fan­ta­zjach matka wolała go od swego męża. Innym zna­czą­cym świa­dec­twem był fakt, że Robert naprawdę poko­nał ojca. „Przy­ćmi­łem go do tego stop­nia, że aż mi było wstyd” – mówił. W isto­cie jego ojciec ni­gdy nie odniósł praw­dzi­wego suk­cesu. To Robert był czło­wie­kiem suk­cesu i speł­nił ambi­cje swo­jej matki.

To zwy­cię­stwo miało jed­nak swoją cenę. Była nią utrata poten­cjału orga­stycz­nego, czyli zdol­no­ści do peł­nego cie­le­snego pogrą­że­nia się w sek­sie. Sek­su­al­ność Roberta ogra­ni­czała się do narzą­dów płcio­wych, reszta ciała nie uczest­ni­czyła w pod­nie­ce­niu lub roz­ła­do­wa­niu. Jego nie­zdol­ność do peł­nego pod­da­nia się uczu­ciom sek­su­al­nym wyni­kała ze sztyw­no­ści i napię­cia w ciele, które odpo­wia­dały rów­nież za jego emo­cjo­nalne otę­pie­nie. Nie musimy roz­wa­żać, czy to otę­pie­nie było skut­kiem lęku przez sek­sem, czy też jego orga­styczną impo­ten­cję spo­wo­do­wało emo­cjo­nalne otę­pie­nie. Pro­blem trzeba roz­pra­co­wać rów­no­le­gle na obu płasz­czy­znach, sek­su­al­nej i emo­cjo­nalnej. Na głęb­szym pozio­mie obie repre­zen­tują lęk przed życiem.

Ale Robert nie uświa­da­miał sobie wła­snego lęku przed sek­sem czy przed życiem. Lęk, który jest emo­cją, może być rów­nie łatwo jak każda inna emo­cja stłu­miony w sta­nie emo­cjo­nal­nego otę­pie­nia. Pro­blem jest więc bar­dzo trudny, ponie­waż jedyne, na czym można się oprzeć, to brak uczuć. Robert na przy­kład nie przy­po­mi­nał sobie żad­nych sek­su­al­nych uczuć do matki. Nie potra­fił sobie tego wyobra­zić, ponie­waż uwa­żał, że była nie­atrak­cyjna sek­su­al­nie. Nie pamię­tał, by kie­dy­kol­wiek widział matkę nagą ani nawet by prze­ja­wiał jakieś zain­te­re­so­wa­nie jej cia­łem. Pamię­tał tylko, że któ­re­goś wie­czoru pró­bo­wał pod­słu­chi­wać pod drzwiami sypialni rodzi­ców, ale szybko to wykryli i ode­słali go do jego pokoju. Nie koja­rzył tego epi­zodu z zain­te­re­so­wa­niem sek­su­al­nym. Jego cie­ka­wość naj­wy­raź­niej została bar­dzo wcze­śnie stłu­miona. Kiedy miał trzy lata, zda­rzyło mu się widzieć małą dziew­czynkę w kąpieli, ale został skar­cony za przy­glą­da­nie się.

Cho­ciaż Robert niczego nie pamię­tał, nie można zakła­dać, że w dzie­ciń­stwie nie dozna­wał żad­nych uczuć sek­su­al­nych. Ponie­waż takie uczu­cia są rze­czą nor­malną, musimy przy­jąć, że zostały u niego sil­nie stłu­mione, a wspo­mnie­nia o nich wyparte. Wspie­rają to przy­pusz­cze­nie obec­ność sil­nych napięć mię­śnio­wych i sztyw­ność ciała, gdyż są to narzę­dzia tłu­mie­nia emo­cji. Pod­czas oma­wia­nia tego zagad­nie­nia Robert zauwa­żył, że odci­na­nie się od wła­snych uczuć było typo­wym manew­rem, jaki sto­so­wał, kiedy ktoś go zra­nił. Tłu­mił wszel­kie uczu­cia zwią­zane z tą osobą i „wyci­nał” nawet samą osobę, jak gdyby nie ist­niała. Mówił, że taką wła­śnie tak­tykę sto­so­wała wobec niego matka i w odwe­cie odpo­wia­dał jej tym samym. Według mnie matka i syn toczyli ze sobą walkę o wła­dzę, w któ­rej uwo­dze­nie i odrzu­ce­nie były spo­so­bami na zdo­by­cie prze­wagi. Matka hołu­biła go, stro­iła według jego wła­snych słów niczym małego lorda Faun­tle­roya, ale też „odsta­wiała go na bok”, ile­kroć nie robił tego, czego od niego żądała. Speł­niał jej życze­nia, ale też odciął się od niej sek­su­al­nie.

Pro­blem Roberta ma także inny aspekt. Sztyw­ność jego ciała trzeba inter­pre­to­wać jako oznakę śmier­tel­nego prze­ra­że­nia. Pra­co­wa­łem z nim wystar­cza­jąco długo, by upew­nić się, że to prawda. On sam niczego takiego nie czuł. Oczy­wi­ście, skoro był otę­piony emo­cjo­nal­nie, nie mógł zbyt wiele czuć. Nie­mniej jed­nak trzeba było dociec, kogo się boi i dla­czego.

Robert mówił, że był wycho­wy­wany jak mały lord Faun­tle­roy. Wyobra­ża­łem go sobie jako księ­cia. Matka grała rolę kró­lo­wej. Sytu­acja wyma­gała, by ojciec był kró­lem, ale on nie wziął na sie­bie tej roli. Zamiast zająć pozy­cję domi­nu­jącą, wypchnął na nią syna. Chło­piec miał osią­gnąć to, czego jemu się nie udało. Książę miał zająć jego miej­sce i zostać kró­lem. Ale cho­ciaż ojciec pra­gnął, by syn go prze­wyż­szył, było rów­nież zupeł­nie natu­ralne, że czuł zara­zem nie­chęć i złość z powodu swo­jej degra­da­cji. Kiedy dwóch sam­ców rywa­li­zuje o tę samą samicę, walka może być bez­względna. Syn nie był jed­nak god­nym kon­ku­ren­tem dla ojca i prze­ra­żała go myśl o rzu­ce­niu mu praw­dzi­wego wyzwa­nia. Musiał się cofać, uzna­wać swoją porażkę i rezy­gno­wać z sek­su­al­nego pożą­da­nia matki. Zaak­cep­to­wał psy­chiczną kastra­cję, wyco­fał się z rywa­li­za­cji i prze­stał być zagro­że­niem dla ojca.

W ten spo­sób sytu­acja edy­powa zna­la­zła roz­wią­za­nie. Chło­piec mógł dora­stać i zdo­by­wać świat, ale na pozio­mie sek­su­al­nym pozo­sta­wał chłop­cem. Robert uświa­da­miał sobie, że w pew­nej war­stwie oso­bo­wo­ści wciąż czuje się nie­doj­rzały, nie jest w pełni męż­czy­zną. Pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym był na­dal księ­ciem.

W następ­nym roz­dziale omó­wię kwe­stię postę­po­wa­nia z pro­ble­mem edy­po­wym. Naj­pierw jed­nak musimy zro­zu­mieć ten pro­blem jako zja­wi­sko kul­tu­rowe i jako wynik dyna­miki wewnątrz­ro­dzin­nej. W kolej­nym podroz­dziale przyj­rzymy się bar­dziej szcze­gó­łowo legen­dzie o Edy­pie, by zoba­czyć, jak dobrze oma­wiane przy­kłady pasują do tego mitu.

Legenda o Edypie

Książę Edyp był synem Lajosa, króla Teb. Kiedy się uro­dził, jego ojciec popro­sił wyrocz­nię del­ficką o prze­po­wie­dze­nie jego przy­szło­ści. Usły­szał, że kiedy chło­piec doro­śnie, zabije wła­snego ojca i poj­mie matkę za żonę. Aby zapo­biec tej kata­stro­fie, kazał porzu­cić syna na pust­ko­wiu przy­wią­za­nego do pala, by zmarł z głodu. Edypa ura­to­wał pasterz, który zli­to­wał się nad nim i zapro­wa­dził go do Koryntu. Edyp został adop­to­wany przez tam­tej­szego króla Poli­bosa, który wycho­wy­wał go jak wła­snego syna. Ponie­waż jego nogi był oka­le­czone od wię­zów, otrzy­mał imię Edyp (gr. Oedi­pous), ozna­cza­jące „spuch­nięte stopy”.

Kiedy Edyp osią­gnął doj­rza­łość, sam też udał się do Delf, by poznać swoje prze­zna­cze­nie. Wyrocz­nia powie­działa mu, że zabije ojca i poj­mie matkę za żonę. Ponie­waż uwa­żał za ojca Poli­bosa, posta­no­wił uciec przed swoim losem, opusz­cza­jąc Korynt i szu­ka­jąc szczę­ścia gdzie indziej. Wędru­jąc do Beocji, natknął się na podróż­nego, który kazał mu zejść z drogi. Wywią­zała się kłót­nia i Edyp zaata­ko­wał nie­zna­jo­mego, zabi­ja­jąc go. Nie wie­dząc, kim była jego ofiara, Edyp udał się do Teb. Kiedy tam przy­był, dowie­dział się, że mia­sto jest ter­ro­ry­zo­wane przez Sfinksa, dzi­wacz­nego potwora z twa­rzą kobiety, cia­łem lwa i pta­simi skrzy­dłami. Sfinks zada­wał każ­demu schwy­ta­nemu przez niego podróż­ni­kowi zagadkę i poże­rał tych, któ­rzy nie potra­fili pra­wi­dłowo odpo­wie­dzieć.

Kreon, który rzą­dził Tebami po śmierci swo­jego szwa­gra Lajosa, obie­cał śmiał­kowi, który uwolni mia­sto od potwora, koronę i rękę wdowy po Lajo­sie, Joka­sty. Edyp pod­jął wyzwa­nie i sta­wił czoło Sfink­sowi. Na pyta­nie: „Jakie zwie­rzę cho­dzi na czte­rech nogach rano, na dwóch w ciągu dnia i na trzech wie­czo­rem?”, odpo­wie­dział: „Czło­wiek”. W nie­mow­lęc­twie bowiem racz­kuje na wszyst­kich czte­rech koń­czy­nach, póź­niej poru­sza się na dwóch nogach, a u schyłku życia pod­piera się laską. Kiedy Sfinks usły­szał tę odpo­wiedź, rzu­cił się do morza i uto­nął. Edyp wró­cił do Teb, oże­nił się z kró­lową i rzą­dził mia­stem przez ponad dwa­dzie­ścia lat. Z tego związku uro­dziło się dwóch synów, Poli­nik i Ete­okles, oraz dwie córki, Anty­gona i Ismena. Pano­wa­nie Edypa w Tebach było pomyślne, odda­wano mu cześć jako spra­wie­dli­wemu i mądremu władcy.

W grec­kiej mito­lo­gii czę­sto w życiu boha­te­rów poja­wia się jakaś tra­ge­dia. Na przy­kład Hera­kles, pogromca wielu potwo­rów, i Teze­usz, który zgła­dził Mino­taura, skoń­czyli tra­gicz­nie. Erich­to­nios, król Aten, który wpro­wa­dził kult bogini Ateny i zapo­cząt­ko­wał wyko­rzy­sta­nie sre­bra, został zabity przez pio­run Zeusa. Zwy­cię­stwa herosa wspie­ra­nego przez jed­nego z bogów ura­żały innego. Nad­ludz­kie wyczyny czy­niły go nie­mal rów­nego bogom. Ci zaś byli z natury zazdro­śni. Boha­ter musiał zapła­cić za swoją pychę, bo mimo wszystko był śmier­tel­ni­kiem.

Po zwy­cię­stwie nad Sfink­sem Edyp został uznany za herosa. Ery­nie, bogi­nie zemsty, cze­kały na swoją kolej. Teby nawie­dziła strasz­liwa plaga – susza i wywo­łany przez nią głód. Kiedy zwró­cono się o radę do wyroczni del­fic­kiej, ta odpo­wie­działa, że nie­szczę­ścia nie ustą­pią, dopóki mor­derca Lajosa nie zosta­nie wykryty i wygnany z mia­sta. Edyp poprzy­siągł zna­leźć wino­wajcę. Ku jego zasko­cze­niu wyszło na jaw, że to on nim jest. Zabił ojca na gościńcu wio­dą­cym do Teb i nie­świa­do­mie poślu­bił wła­sną matkę.

Przy­gnie­ciona tą hańbą Joka­sta powie­siła się. Edyp sam wydłu­bał sobie oczy i w towa­rzy­stwie wier­nej córki Anty­gony ruszył na wygna­nie. Po wielu latach zna­lazł w końcu schro­nie­nie w mie­ście Kolo­nos koło Aten. Tam, pogo­dzony z losem i oczysz­czony z win, w tajem­ni­czy spo­sób znik­nął ze świata. Domy­ślano się, że zabrali go do sie­bie bogo­wie, jak przy­stało na grec­kiego herosa. Kolo­nos, ostat­nia przy­stań Edypa, stało się miej­scem świę­tym.

Mit mówi także o losach innych człon­ków nie­szczę­śli­wej rodziny. Dwóch synów Edypa uzgod­niło, że będą rzą­dzić mia­stem naprze­mien­nie. Kiedy jed­nak przy­szła pora, by Ete­okles oddał rządy bratu, ten odmó­wił. Poli­nik zebrał więc armię i oble­gał Teby. Pod­czas bitwy bra­cia sto­czyli poje­dy­nek, w któ­rym obaj stra­cili życie. Kreon, który objął wła­dzę nad mia­stem, ogło­sił, że Poli­nik był zdrajcą i jego ciało ma być pozo­sta­wione bez pochówku. Anty­gona, kie­ru­jąc się miło­ścią do brata, zła­mała ten dekret i pocho­wała Poli­nika z hono­rami. Za nie­po­słu­szeń­stwo została ska­zana na pogrze­ba­nie żyw­cem. Jej sio­stra Ismena też zgi­nęła tra­gicz­nie.

Przy­glą­da­jąc się przy­pad­kom Mar­ga­ret i Roberta, widzimy, że ich życie nie przy­po­mina histo­rii Edypa. Żadne z nich nie dopu­ściło się kazi­rodz­twa ani ojco­bój­stwa, cho­ciaż oboje w dzie­ciń­stwie zna­leźli się w sytu­acji edy­po­wej. W jaki spo­sób unik­nęli losu Edypa, obja­śnił Zyg­munt Freud, który pierw­szy roz­po­znał wagę sytu­acji edy­po­wej i zna­cze­nie mitu Edypa dla współ­cze­snego czło­wieka. W następ­nym pod­roz­dziale zapo­znamy się z psy­cho­ana­li­tycz­nym spoj­rze­niem na genezę kom­pleksu Edypa.

Kompleks Edypa

Freud zain­te­re­so­wał się histo­rią Edypa, ponie­waż uwa­żał, że jego dwa prze­stęp­stwa, czyli zabi­cie ojca i mał­żeń­stwo z matką, kore­spon­dują z dwoma ele­men­tar­nymi pra­gnie­niami dziecka, któ­rych nie­do­sta­teczne stłu­mie­nie albo póź­niej­sze prze­bu­dze­nie praw­do­po­dob­nie sta­nowi jądro każ­dej psy­cho­ner­wicyl-3. Jądro to stało się znane jako kom­pleks Edypa. Wcze­śniej Freud pisał: „Być może wszy­scy jeste­śmy ska­zani na to, by swoje pierw­sze sek­su­alne impulsy kie­ro­wać do matki, a pierw­sze impulsy nie­na­wi­ści i prze­mocy do ojca. Prze­ko­nują o tym nasze sny”l-4. Jeśli tak, to los Edypa powi­nien być powszech­nym losem całej ludz­ko­ści. Freud roz­wa­żał taką ewen­tu­al­ność, gdyż pisał o Edy­pie: „Jego los poru­sza nas, ponie­waż mógłby być także naszym udzia­łem. Wyrocz­nia nało­żyła na nas taką samą klą­twę jak na niego”l-5.

W opi­nii psy­cho­ana­li­tycz­nej wszyst­kie dzieci prze­cho­dzą przez okres edy­powy w wieku od trzech do sied­miu lat. W tym cza­sie muszą bory­kać się z sek­su­al­nym pocią­giem do rodzica płci prze­ciw­nej, a zazdro­ścią, lękiem i wro­go­ścią do rodzica tej samej płci. Kom­pleks Edypa obej­muje rów­nież w jakimś stop­niu poczu­cie winy zwią­zane z tymi uczu­ciami. Jak powiada Otto Feni­chel, „u obu płci kom­pleks Edypa można okre­ślić jako szczyt dzie­cię­cej sek­su­al­no­ści, ero­genne przej­ście od ero­ty­zmu oral­nego, poprzez ero­tyzm analny, do geni­tal­no­ści”l-6.

W naszych roz­wa­ża­niach ważne jest zro­zu­mie­nie, na czym polega dzie­cięca sek­su­al­ność i czym się różni od swo­jej formy doj­rza­łej. Ter­min „sek­su­al­ność dzie­cięca” odnosi się do wszel­kich mani­fe­sta­cji sek­su­al­nych pod­czas pierw­szych sze­ściu lat życia. Uważa się, że ero­tyczna przy­jem­ność, jaką nie­mowlę znaj­duje w ssa­niu piersi matki albo wła­snego palca, ma naturę sek­su­alną. Od trze­ciego do pią­tego roku życia dzie­cięca sek­su­al­ność sku­pia się na geni­ta­liach. Według Freuda w pią­tym roku, w szczy­to­wym punk­cie roz­woju dzie­cię­cej sek­su­al­no­ści, zbliża się ona do formy, która będzie osią­gnięta przez doj­rzałą jed­nostkę. Róż­nica mię­dzy dzie­cięcą a doro­słą sek­su­al­no­ścią polega na tym, że w tej pierw­szej nie ma ele­men­tów pene­tra­cji i eja­ku­la­cji, czyli repro­duk­cyj­nych aspek­tów sek­su­al­no­ści. Dzie­cięca sek­su­al­ność jest więc zja­wi­skiem powierz­chow­nym. Freud opi­sał ją jako fal­liczną, a nie geni­talną. To roz­róż­nie­nie jest trafne, jeśli fal­licz­ność odno­simy do wzro­stu pod­nie­ce­nia, ale nie do roz­ła­do­wa­nia. Doro­słą sek­su­al­ność cechuje akcent poło­żony na to dru­gie. Jed­nakże uczu­cia zwią­zane z dzie­cięcą sek­su­al­no­ścią trudno odróż­nić od formy doro­słej.

Cho­ciaż w naszej kul­tu­rze kom­pleks Edypa jest uwa­żany za nor­malną fazę roz­wo­jową dziecka, nie zna­czy to, że jest on zde­ter­mi­no­wany bio­lo­gicz­nie. Musimy doko­nać roz­róż­nie­nia mię­dzy dwoma odręb­nymi zja­wi­skami. Jed­nym jest wcze­sny roz­kwit sek­su­al­no­ści, do któ­rego docho­dzi w tym okre­sie i który prze­ja­wia się pró­bami mastur­ba­cji oraz pod­wyż­szo­nym zacie­ka­wie­niem sferą sek­su­alną. Znaj­duje to rów­nież odbi­cie w sek­su­al­nym zain­te­re­so­wa­niu dziecka rodzi­cem prze­ciw­nej płci. Dowo­dów na te zja­wi­ska dostar­czają wspo­mnie­nia i sny pacjen­tów. Może to rów­nież potwier­dzić spo­strze­gaw­czy rodzic, ponie­waż małe dzieci nie pró­bują ukry­wać swo­ich uczuć sek­su­al­nych. Bada­nia medyczne wyka­zały, że w tym okre­sie nasila się wydzie­la­nie hor­mo­nów sek­su­al­nych. Po tym począt­ko­wym prze­bu­dze­niu sek­su­al­no­ści zazwy­czaj nastę­puje faza laten­cji, czyli uśpie­nia, trwa­jąca do początku okresu doj­rze­wa­nia, kiedy aktyw­ność hor­mo­nalna i sek­su­alna zaczy­nają przy­bie­rać doro­słe formy. Innym zja­wi­skiem bio­lo­gicz­nym, wystę­pu­ją­cym rów­no­le­gle z tym dwu­krot­nym roz­kwitem sek­su­al­no­ści, jest roz­wój uzę­bie­nia. Czło­wiek ma na prze­strzeni życia dwa kom­plety zębów. Naj­pierw są to zęby mleczne, które osią­gają peł­nię roz­woju w wieku sze­ściu lub sied­miu lat, a następ­nie wypa­dają i ich miej­sce zaj­mują zęby stałe. W zbli­żo­nym wieku, około szó­stego roku życia, więk­szość dzieci roz­po­czyna for­malną edu­ka­cję.

Dru­gie zja­wi­sko to zaist­nie­nie trój­kąta, w któ­rym matka jest obiek­tem sek­su­al­nym zarówno dla ojca, jak i syna, albo ojciec dla matki i córki. Kiedy do tego doj­dzie, jak to się nie­zmien­nie dzieje w naszej kul­tu­rze, musimy radzić sobie z rodzi­ciel­ską zazdro­ścią i wro­go­ścią wobec dziecka. U chłopca zazdrość o sek­su­alne rela­cje ojca z matką może być czymś zupeł­nie natu­ral­nym i nie sta­nowi dla ojca żad­nego zagro­że­nia. Zupeł­nie co innego, kiedy ojciec zaczyna być zazdro­sny o syna, bo czuje, że jego żona pre­fe­ruje lub fawo­ry­zuje chłopca. Taka sytu­acja stwa­rza dla dziecka realne nie­bez­pie­czeń­stwo. W podobny spo­sób zazdrość matki o córkę jest poważ­nym zagro­że­niem dla dziew­czynki. Ten aspekt kom­pleksu Edypa jest uwa­run­ko­wany kul­tu­rowo. Według Feni­chela „w tym sen­sie kom­pleks Edypa jest bez wąt­pie­nia wytwo­rem wpły­wów rodzin­nych”l-7. Jego kon­kretna forma będzie zatem zale­żała od dyna­miki sytu­acji w rodzi­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Peł­niej­szą pre­zen­ta­cję tej kon­cep­cji znaj­dzie czy­tel­nik w pracy: Ale­xan­der Lowen, Język ciała, przeł. Paweł Luboń­ski, Czarna Owca, War­szawa 2012. [wróć]

Obszer­niej­sze omó­wie­nie przy­czyn i spo­so­bów lecze­nia depre­sji zawiera moja książka Depre­sja i ciało, przeł. Paweł Luboń­ski, Czarna Owca, War­szawa 2012. [wróć]

Zyg­munt Freud, Totem i tabu, przeł. Tade­usz Woź­niak, Bel­lona, War­szawa 2024. [wróć]

Sig­mund Freud, The Inter­pre­ta­tion of Dre­ams [w:] Basic Wri­tings of Sig­mund Freud, New York, Ran­dom House, Modern Library Ed. 1938, s. 308 (wyd. pol. Obja­śnia­nie marzeń sen­nych, przeł. Paweł Reszke, wydaw­nic­two KR, War­szawa 2020). [wróć]

Tamże, s. 308. [wróć]

Otto Feni­chel, The Psy­cho­ana­ly­tic The­ory of Neu­ro­sis, New York, W.W. Nor­ton & Co. 1945, s. 91. [wróć]

Tamże, s. 97. [wróć]