Legendy Archeonu. Tom 3. Stalowa burza - Thomas Arnold - ebook

Legendy Archeonu. Tom 3. Stalowa burza ebook

Arnold Thomas

0,0

Opis

Jest to najnowsze wydanie ebooka powieści, która po raz pierwszy w tym wydaniu ukazała się 5 grudnia 2025 roku.

Ostatecznie pozostała jedynie nadzieja. Na szczęście jej ledwie dostrzegalna iskra szybko przemieniła się w delikatny płomyk podsycany wybudzeniem księżniczki Vaali z wiecznego snu zesłanego przez jednego z veneńskich generałów.

Choć Czerń przywiodła na grzbietach fal zniszczenie oraz śmierć, wielu Ethrunów przetrwało. Gdy jednak opuścili ciemność i ciepłe promienie słońca na powrót ogrzały posiniałe z zimna ciała, słowami nie byli w stanie wyrazić smutku ani żalu, z jakim przyszło im się zmierzyć. Na przekór nadziei - zewsząd otoczeni przez zgliszcza - padli na kolana, prosząc Stwórców o rychłą i łagodną śmierć. Ta jednak nie nadeszła. Na swe miejsce odpoczynku wybrała Kasarak – upadłe archeońskie miasto ukryte pośród Gór Mglistych pod czarną chmurą potępionych bytów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 904

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Współpracaredakcyjno-korektorskaDanuta DworaczekStella Płaczek

IlustracjeFranciszek Nieć

Projekt okładkiThomas Arnold

Przygotowanie e-bookaArtur Kaczor, KompART

Wydanie drugie

Copyright © 2022 by Thomas ArnoldCopyright © 2026 by T.A. BOOKS

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawcy.

ISBN 978-83-67516-20-4

WydawcaT.A. BOOKSwww.thomasarnold.pl

Annie…Mojej Królowej

MAPY

Z Kroniki Odda…

 

Fragment Księgi VII WYMARŁE MIASTO

 

 

Szturm

 

Wrogowie pełzną niczym pustynne węże,

Skradają się ciszej od palukanów.

Jedynie czasem słychać ich brzęczące oręże

i głośne rozkazy bezwzględnych panów.

 

Bo gdzie cisza i spokój zbyt długo zalegają,

tam wrogowie najchętniej w bębny biją.

Z niesłabnącą ochotą pieśni o strachu śpiewają,

i czarne gniazda pospiesznie wiją.

 

Nie interesują ich klejnoty, srebro, złoto.

Pożądania nie rozpalają w nich zimne metale.

Wolą rubinowe rzeki wsiąkające w piach i błoto.

Myślą jedynie o śmierci. Pragną jej stale.

 

Krzyki i wrzaski…

Odgłosy nadchodzącego potępienia.

Dudnienie i trzaski…

Mroczna melodia, co światy wniwecz zmienia.

 

Wiatr przenosi płomienie koronami,

Tłuszcz się topi, skóra skwierczy i czernieje.

Płoną drzewa razem z nami.

Spalimy się my, spalą się też knieje.

 

Żaden mędrzec, żaden wieszcz,

Nikt nie przewidzi przyszłości.

Dopiero gdy czerwoną ziemię zrosi deszcz,

Nowe życie wyłoni się z szarości.

 

 Dzielnie walczyli starcy, kobiety, nawet dzieci,

lecz co począć, gdy strzała powietrze tnie.

Niczym pożeracz bytów do celu leci,

By pogrążyć śmiałków w wiecznym śnie.

 

Step czarnym ogniem płonie,

Góra od uderzeń młota kruszeje,

Następują zmiany w starej świata stronie.

Gorąco i pył piszą nowe dzieje.

 

Zielone krainy i potężne królestwa

Odeszły w zapomnienie, słuch po nich zaginął.

Pozostały jedynie wspomnienia dawnego jestestwa.

Wystarczyło, że Pan Czerni ręką skinął.

 

Wszystko stracone?

Być może nie.

Serca rozochocone,

Przestańmy więc żyć w mrocznym śnie.

 

Pora na przebudzenie!

Póki miecz wciąż ostry,

Nie idźmy na stracenie,

Tylko odszukajmy zaginione siostry.

 

Imię pierwszej to Odwaga.

Druga zwie się Życie.

Bez nich człowiek niedomaga,

Dlatego obydwie zamieszkały w bycie.

Zwoje Hagana,

zwane również Zwojami Elimaulub Zwojami ponownego odrodzenia

 

Są to myśli Hagana, spisane przez Gdona na polecenie królowej Vaali

ZWÓJ PRZETRWANIA

 

 

Ostatecznie pozostała mi jedynie nadzieja. Na szczęście jej ledwie dostrzegalna iskra szybko przemieniła się w delikatny płomyk podsycany wybudzeniem księżniczki Vaali z wiecznego snu zesłanego przez Gramona – jednego z veneńskich generałów.

Wprawdzie Czerń przywiodła na grzbietach fal śmierć i zniszczenie, jednak nie wszyscy mieszkańcy Elimau polegli. Wielu przetrwało, kryjąc się w rozlicznych jaskiniach oraz komnatach majestatycznego pałacu króla Itira. Gdy wyprowadziliśmy ich z ciemności i ciepłe promienie słońca na powrót ogrzały posiniałe z zimna ciała, słowami nie byli w stanie wyrazić smutku ani żalu, z jakim przyszło im się zmierzyć. Na przekór nadziei, zewsząd otoczeni przez zniszczenie, które przybrało wszelką możliwą formę, padli wśród zgliszcz na kolana, prosząc Stwórców o rychłą i łagodną śmierć. Ta jednak nie nadeszła. Na swe miejsce odpoczynku wybrała Kasarak – upadłe archeońskie miasto ukryte pod czarną chmurą potępionych bytów, pośród Gór Mglistych, do którego żaden śmiertelnik nie miał odwagi wejść. Ja też nie wszedłbym tam po raz drugi…

ZWÓJ PRZYGNĘBIENIA

 

 

Śmierć wielu Ethrunów, a także samego króla, przebiła obosiecznym mieczem ducha miasta. Mogłoby się wydawać, że Stwórcy są wieczni i pozostają niezmienni. Jednak nawet oni podupadli w oczach mieszkańców. Nie obronili Elimau, toteż Ethruni wygnali ich z kwiecistych ogrodów na niemal nagie szczyty – do świątyń, które pamiętały jeszcze czasy najdawniejszych królów. Właśnie tam – w samotności – Stwórcy żyją po dziś dzień. Wiedziałem, że tak to się skończy… Wiara w Przedwiecznych także w Elimau musiała wreszcie stawić czoła rzeczywistości, z którą mieszkańcom górskiej enklawy przyszło się zmierzyć. Podobnie jak na archeońskich ziemiach, tutaj również nie przetrwała tej próby. Świątynie oraz ogrody żywiołów zaniedbano, a modlitwę coraz częściej zastępowały zwyczajne rozmyślania. Na dodatek osłabione, pozbawione siły militarnej miasto stało się łakomym kąskiem dla dzikich band z kontynentu, które coraz pożądliwiej spoglądały na południowo-zachodni kraniec mapy.

Skrytobójcy i złodzieje ponad wszystko cenili sobie złoto, a Latrokanie bez wahania poświęcali swe istnienia w samobójczych atakach mających im przynieść chwałę w zamian za zdobycie głów wroga. Bo gdzie indziej mieliby ich szukać, jeśli nie u nas… Biedni szaleńcy… Utracili swe ziemie, gdy Czerń spaliła niemal cały Wiecznie Zielony Las. Przez setki lat stanowił on bezpieczną oazę dla wszelakich istot, również ludzi. Sługusy Agona wydzieliły z niego jedynie niewielkie zielone enklawy. Pozyskują stamtąd nowych rekrutów, stale zasilając nimi swą armię potrzebną do utrzymania porządku na starych i nowych ziemiach.

Wystarczyły zaledwie dwie wiosny, by Veneni niczym najpospolitsze polne chwasty opanowali nie tylko tereny Archeonu, ale również wiele krain przyległych do dawnego centrum świata, tworząc zjednoczone pod berłem Agona Czarne Królestwo. Pozostali jedynie dwaj samotni generałowie – tchórzliwy Rim i waleczny Bazak. Ci jednak, nawet gdyby połączyli siły, nie mogliby się równać z potęgą Zrodzonego w Kasarak. Ostatecznie więc zaniechali walk – ukryli się niczym lisy w swych norach.

ZWÓJ NOWEGO PRAWA

 

 

Opanowaliśmy zamęt i chaos, jednak nie odważyłbym się określić powstałego ładu mianem harmonii. Respektując niektóre stare prawa, wprowadziliśmy nowe, lecz były to tylko niewiele warte, pozbawione długoletniej historii, tradycji oraz wiary w ideały słowa zapisane owczą krwią na pożółkłym pergaminie. Oczywiście starano się ich przestrzegać… Niestety, czyniono to pod groźbą miecza, nie zaś z przekonania.

Tak więc wystarczył jeden nieszczęsny wschód słońca, by Elimau przestało być kojarzone z oazą dobrobytu oraz miłości, jak je zapamiętałem, gdy po raz pierwszy wraz z księciem Aodhanem odwiedziłem to miasto. Nawet Jer porzucił marzenia o złocie, bogactwach, władaniu Krainą Zatopionych Gór i poślubieniu księżniczki. Vaala zaś, po śmierci ojca, którego ceniłem nad życie, utraciła nadzieję na przywrócenie miastu dawnej świetności.

Wszyscy skupili się tylko na przetrwaniu, szybko zapominając o najmocniejszym spoiwie nowego społeczeństwa – szczęściu.

ZWÓJ NADCHODZĄCEGO POTĘPIENIA

 

 

Druga wiosna po śmierci króla Itira, która powinna po raz kolejny obudzić świat do życia, jedynie przedłużyła w naszych sercach zimę. I choć Elimau nie pokrył biały puch, nadchodzący czas niczym mroźny wiatr ze wschodu skutecznie schłodził budzące się w sercach męstwo. Powoli też gasił ostatnie ogniska nadziei.

Przybywający z kontynentu włóczędzy, a także kupcy co rusz przynosili zatrważające wieści o niepoliczalnych oddziałach Czerni zalewających kontynent niczym smoła. Mówili, że jeszcze nie widzieli tak licznej armii. Według ich opowieści veneńskie oddziały nie stanowiły już zbitej czarnej masy. Mrok ciągnął się daleko poza horyzont, a szczęk zbroi i oręża maszerujących rycerzy przypominał grzmoty podczas trwania niekończącej się stalowej burzy. Burzy, którą przetrwać miał jedynie Angor…

Rozdział

Wielu ma odwagę zapytać, niewielu jednak jest w stanie podołać odpowiedzi.

(Odd)

Elimau / Biała Stolica, Kraina Zatopionych Gór

4 czarny rok (316 r.e.narch.)

Zima

Wszyscy Ethruni wiedzieli, jaka siła i mądrość kryła się w Grotach Vevy – pierwszej ślepej wieszczki. Niewielu jednak miało odwagę, by zmierzyć się z… samym sobą. I choć żaden ze śmiałków podczas takiego starcia nie kładł na szali swego życia, to wizyta w tym miejscu niejednemu wydawała się bardziej przerażająca od śmierci.

Nawet Protektor Elimau, któremu niestraszne było stanąć samotnie przeciwko veneńskiemu oddziałowi, miał mieszane uczucia, gdy przychodziło zerknąć za kolejny załom ciasnego tunelu. Ten zaś wił się nieskończenie wewnątrz gór stanowiących południowo-zachodni masyw enklawy. Czasem śródskalny korytarz się rozgałęział, jednakże odnogi szybko kończyły się dużymi pieczarami. Wszystkie one dla uproszczenia nazywano Grotami Vevy, choć właściwa jaskinia znajdowała się znacznie dalej – w samym sercu góry.

Tunel wielokrotnie zakręcał, by wreszcie się rozszerzyć i zaoferować śmiałkom niezapomniany widok. Ostatecznie korytarz zmienił się w potężną jaskinię z niepoliczalną ilością skalnych kolumn, stożków oraz nacieków. Wiele z nich przez setki dekad urosło do niebotycznych rozmiarów, często łącząc się w niespotykanie piękne formy, których próżno było szukać w innych zakątkach świata. W kilku miejscach znajdowały się również niewielkie sadzawki z krystalicznie czystą wodą. Według legendy ich liczba była zależna od śmiałka, który odważył się wkroczyć do jaskini. Jedni twierdzili, że widzieli zaledwie trzy sadzawki, inni mówili nawet o dziesięciu. Zasilały je odrywające się od sklepienia i nawisów krople. Uderzając w taflę wody, wydawały kojące dźwięki, z których strapiony umysł komponował wodną symfonię.

Niestety grota ta – po powitaniu przybyszów pięknymi widokami i przyjaznymi odgłosami – szybko ukazywała swe prawdziwe oblicze.

– Czyżby twój umysł, protektorze, ponownie nawiedziły wątpliwości? – odezwała się potomkini Vevy.

– Wiesz, więc po co pytasz…

Przybysz nie widział przemawiającej do niego istoty, ale też niespieszno mu było ją zobaczyć. Każdy, kto choć raz w swym życiu ujrzał ślepą wieszczkę, na zawsze zapamiętywał ten obraz. Bywało, że widywał ją później w koszmarach, a czasem nawet na jawie.

Długie, rzadkie, srebrzystobiałe włosy, nienaturalnie pomarszczona, niemalże biała cera, poczerniałe oczodoły i paznokcie dłuższe od palców… Wygląd wieszczki sprawiał, że bardziej strachliwi nie mieli nawet odwagi tutaj wstąpić, a odważniejsi szybko poznawali, czym jest trwoga.

Protektor Elimau odwiedził już tę pieczarę trzykrotnie, lecz każdorazowo głos wieszczki budził w nim najgłębiej ukryte przed światem pokłady obaw. Wiedział, że może się tutaj dowiedzieć wszystkiego albo niczego, a odpowiedzi zależały jedynie od właściwie zadanych pytań.

– Niewielu miałoby odwagę przekroczyć tyle razy próg tej jaskini.

Gdy radca królowej podniósł wzrok, dostrzegł wreszcie wieszczkę. Stała na wysokiej, tępo zakończonej skale. Trudno powiedzieć, jak się tam wdrapała. Tym bardziej że głaz miał wysokość trzech mężów. Protektor nie dostrzegł prowadzących na górę schodów. Miejsca zaś na szczycie było dokładnie tyle, by stanął tam jeden wychudzony człowiek. Wystarczyłoby pół kroku w niewłaściwą stronę i kobiecina spadłaby. Tymczasem ona stała pewnie, drwiąc ze swej ślepoty. Radca miał nawet wrażenie, że wieszczka patrzy na niego swymi wypalonymi oczyma.

Nie przedłużając, podszedł do najbliższej sadzawki i spojrzał wilkiem na Ethrunkę. Nie zadał pytania, bo też nie musiał. Pani jaskini wiedziała, co sprowadza każdego, kto postanowił ją odwiedzić.

– Zmąć wodę, a ujrzysz niedostrzegalne…

Protektor wykonał polecenie i zanurzył dłoń w sadzawce. W tym samym momencie krople, które nieustannie spadały ze sklepienia, nagle zastygły w bezruchu. Radca patrzył jak otumaniony na rozchodzące się po powierzchni kręgi. Spomiędzy nich powoli zaczynał się wyłaniać obraz.

Początkowo Opiekun Miasta nie wiedział, co ma przed oczyma. Dopiero później rozpoznał olbrzymi blok skalny przypominający ołtarz z dziwnymi czarnymi malowidłami na bokach. Wyglądały one jak pradawne pismo. Znaki były dla radcy zupełnie niezrozumiałe. Mimo to wiedział już, na co patrzy, gdyż ostatecznie poznał miejsce, które wieszczka przed nim odsłoniła. Jednak przybył tutaj po inne odpowiedzi, dlatego ponownie zmącił wodę.

– Czuję w tobie gniew… – odezwała się nagle Ethrunka.

Tym razem jego oczom ukazały się dwie odcięte głowy leżące obok potężnych ciał. Protektor zmarszczył brwi i jeszcze bardziej się nachylił. Rozpoznał twarze, choć nie tych się spodziewał.

– Czuję w tobie rozgoryczenie…

Gdy ponownie zanurzył dłoń, zobaczył pole bitwy z wieloma ciałami. Część była bez głów, inne zmasakrowane. Zwłoki rycerzy leżały pomiędzy drzewami, w zielonym gąszczu, a sącząca się z ciał krew powoli wnikała w ziemię.

– Czuję w tobie pustkę…

Radca królowej oderwał wzrok od znikającego obrazu.

Wszystko, co pokazała mu wieszczka, mogło być przeszłością, teraźniejszością lub przyszłością. Nie wiedząc, jak zinterpretować przekaz, rzucił strapiony:

– Nie pokazałaś mi tego, co chciałem zobaczyć.

– Mylisz się… Zobaczyłeś nawet więcej.

– Chciałem ujrzeć Jera.

– Nie, Haganie… Przyszedłeś tutaj, by się upewnić.

Rozdział

Gdy rozsądek zwycięża, milkną echa wojny. Nigdy jednak na zawsze.

(Odd)

Morze Zatokowe, w pobliżu Półwyspu Olbrzymów

Kraina Pradawnych Kręgów / Gohiri

5 czarny rok (317 r.e.narch.)

Wczesna wiosna

Agon… Wielu myślicieli dopatrywało się ukrytego znaczenia w tym słowie. Niektórzy nawet bali się je wymówić, gdyż podobno przynosiło pecha. Zaczęto nawet powtarzać historię, według której trzykrotne wypowiedzenie przeklętego imienia sprowadzało wezwanego i jego popleczników na dane ziemie. Trudno powiedzieć, ile było w tym prawdy, jednak po rozpuszczeniu takich plotek mało kto miał odwagę stanąć w szranki z losem i przekonać się o prawdziwości tej przepowiedni. A po raz pierwszy wypowiedziano ją w mieście leżącym na Klinie Południowym. Mieszkańcy Marruh – przekonani, że Czerń nigdy ich nie dosięgnie – często dworowali sobie z oślepionego Agona. Postępowali tak do czasu, aż wieści o ich hardej naturze obiegły echem basen Morza Srebrzystego. Na nieszczęście dla Marruhczyków wiatry zaniosły ich słowa na grzbietach fal aż do brzegów Błękitnych Wysp. Nie trwało długo, a przekonali się, dlaczego imię Władcy Czerni tak bardzo przypominało wielu przedśmiertny czas, kiedy ciało często wystawione jest na przewlekły ból i mękę. Był to jedyny przypadek, gdy Agon nie przemienił podbitego narodu. Dla przykładu wymordował wszystkich, którzy stawili mu czoła w otwartej bitwie. Pozostałych zaś – łącznie ze starcami, kobietami, a nawet dziećmi powyżej trzeciego roku życia – pozbawił języków. W ten sposób narodziło się też przysłowie, które mówiło, aby… trzymać język za zębami.

– Generale!

Władca Czerni uniósł dłoń, tonując zapędy swego zastępcy – Prodera. Drugą rękę trzymał opartą na potężnym stole. Jego blat składał się z kilku połączonych pni drzewa, ciętych na wysokość pasa dorosłego mężczyzny. Każdy fragment obrazował inną krainę, a niecki pomiędzy nimi wypełniono żywicą sosnową, która stworzyła iluzję mórz oraz zatok. W ten sposób nawet niewidomy był w stanie dokładnie wyobrazić sobie każdy element otoczenia i przygotować skuteczny atak na dowolną krainę, analizując ukształtowanie terenu, doskonale oddane przez najlepszych rzemieślników z Błękitnych Wysp.

O dziwo, mapa ta nie powstała z rozkazu Agona. Stworzyli ją niegdyś Evrainowie, jeszcze za czasów Oteriusa Wokana, który kazał wyrzeźbić to cudo dla swego syna, aby ten bez narażania życia mógł bezpiecznie poznawać ukształtowanie dalekich krain. Z czasem mapa trafiła do komnaty narad imperatora i tam przeleżała na posadzce aż do pojawienia się Czerni na Błękitnych Wyspach. Odkrywszy ten wyjątkowy skarb Evrainów, oślepiony Agon zapragnął go mieć zawsze przy sobie, dlatego też kazał przenieść mapę na największy statek, którym zawsze podróżował, i umieścić ją w specjalnie przygotowanej kajucie. Dodatkowo rzeźbiarze zaprojektowali dostosowane do nacji figury symbolizujące różnorakich wojowników, a także pokazujące liczebność oraz rozmieszczenie sił danego narodu. Nanosił je na mapę sam Agon, korzystając z raportów zwiadowców, które regularnie otrzymywał. Dzięki temu doskonale wiedział o wszelkich ruchach swych przeciwników i mógł przewidywać ich zamiary.

Najbardziej intrygował go południowo-zachodni kraniec mapy. Właśnie nad nim dumał, gdy mu przerwano. Ostatnie doniesienia spowodowały nawet, że kazał rzeźbiarzom przygotować specjalne figury – wyrzutnie głazów, które wyrastały na zboczach Zatopionych Gór jak grzyby po ulewnym deszczu. Między innymi z tego powodu regularnie wysyłał w tamte rejony zastępy zwiadowców. Podzielił ich nawet na niewielkie grupy. Każda miała za zadanie zebrać informacje o innym zagrożeniu. Tych zaś, odkąd Ostatni Miecz Archeonu objął pieczę nad miastem, stale przybywało.

– Coraz ciaśniej… – warknął Agon i poprawił opaskę na oczach, która nieco mu się zsunęła, odkrywając poczerniały oczodół.

– Zmasowany atak od północy nie wchodzi już w grę – zauważył Proder. – Stracilibyśmy zbyt wielu ludzi, a w Edefor kotwiczy zaledwie kilkanaście statków. Kilka znajdziemy jeszcze w Hirze i w Temor, ale to nie wystarczy.

– Zgodzę się. Minionej wiosny te wzgórza były prawie nagie. Tymczasem nasi zwiadowcy naliczyli na nich kilkanaście machin miotających.

– Niestety, to nie koniec złych wieści, generale.

– Cóż znowu wymyślił szpakami karmiony Archeończyk?

– Zwiadowcy, którzy mieli zbadać południowe szczyty, zostali pojmani i uwięzieni. Dobrze, że wybrałeś ich spośród Marruhczyków. Przynajmniej nie zdradzą naszych zamiarów.

– Zdradzą i bez języków. Gaweński pies od razu wyczuje, dlaczego się tam zapuścili. A grupa kontynentalna?

– Właśnie powróciła. To oni donieśli nam o pojmanych.

– Wrócili wszyscy?

– Co do jednego.

– Jakie jeszcze wieści przynieśli?

– Nocą Ethruni… zasypują morze.

– Co robią?!

– Tworzą chyba sztuczną mieliznę. Prawdopodobnie chcą się w ten sposób zabezpieczyć przed jednoczesnym atakiem z kilku stron. Nasz człowiek w mieście przesłał nam wiadomość. Podobno owa mielizna ma ostatecznie otoczyć niemal całą enklawę, pozostawiając jedynie ukryty przed wzrokiem wąski przesmyk, który będzie można łatwo kontrolować.

– Cwany ten Archeończyk…

– Jest coś jeszcze, panie…

– Mów więc!

– Zastanawiałeś się, jak wytropić olbrzyma. Już wiemy, gdzie jest. Podobno na powrót osiadł w Elimau. Trudno będzie go stamtąd wywabić, lecz…

– Sam je opuści, gdy zobaczy na horyzoncie nasze statki. Olbrzymy to istoty niezbyt roztropne, ale bardzo pamiętliwe. Do końca życia będzie nosił w sobie urazę za Balarad i gdy tylko nadarzy się okazja, wyjdzie lub wypłynie nam naprzeciwko. Długo jeszcze potrwa, zanim dobijemy do brzegu?

– Właśnie mijamy wyspę, więc niebawem powinniśmy ujrzeć nabrzeże.

– Chyba raczej to, co z niego zostało.

*

Kapitan nie mógł się zbliżyć do brzegu na mniej niż kilkanaście długości łodzi, ponieważ główny pomost był zniszczony, a wokół niego osiadło na dnie kilka jednostek. Co prawda ich pokłady znajdowały się pod powierzchnią wody, ale liczne maszty – często z poczerniałymi resztkami spalonego i potarganego płótna żaglowego – wystawały ponad fale. Te zaś stale poruszały szczątkami obijającymi się raz po raz o nagie słupy, które niegdyś podtrzymywały grube belki pomostu. Drewno wydawało przy tym mrożące krew w żyłach trzaski oraz zgrzyty, jakby coś w wodzie żyło i próbowało się wydostać na powierzchnię.

Przy samym brzegu szczątków było tak wiele, że tylko gdzieniegdzie przebijała spomiędzy nich woda i piana. Ruchome cmentarzysko falowało w powtarzającym się rytmie, uniemożliwiając bezpieczne dotarcie do brzegu.

Gdy Agon wyszedł ze swej kajuty, która mieściła się w dużej nadbudówce głównego pokładu, wyczuł wyraźne zaniepokojenie wśród swych ludzi. Kierując się ich myślami, przeszedł na dziób. Bez trudu ominął wszelkie przeszkody. Veneni rozstąpili się przed nim jak rycerze legionu przepuszczający swego dowódcę chcącego wygłosić motywującą mowę przed walką.

Na brzegu pracowało kilkunastu osadników. Wyławiali oni z morza nadpalone deski, a także poczerniałe fragmenty statków, po czym sortowali je na kilka stosów. Największy z nich składał się z drewna, którego nie dało się użyć ponownie i mogło posłużyć co najwyżej do podtrzymywania ognisk. Na drugi oraz trzeci stos rzucano różnej długości pojedyncze belki. Z kolei czwarty i piąty składały się z dużych fragmentów statków oraz nabrzeża. Pracowało tam kilku mężczyzn – siekierami rozbijali duże kawały drewna na pojedyncze deski.

Droga, jaką posortowany surowiec musiał przebyć, nie była krótka. Osada znajdowała się ponad milę w głąb lądu. Zasłaniał ją gęsty las. Agon specjalnie kazał założyć kolonię pośrodku dziczy, aby uniemożliwić wrogom ewentualny ostrzał zabudowań z morza, a także ukryć chaty przed wzrokiem ciekawskich.

Pracujący na brzegu Veneni nie powitali swego dowódcy przyjaznymi okrzykami, jak zazwyczaj miało to miejsce. Nie wiedzieli nawet, kto przybył. Zakładali, że Agon po prostu przysłał posiłki mające pomóc w odbudowie i umocnieniu zniszczonej przez olbrzyma osady.

– Generale, jeśli podpłyniemy bliżej…

– Widzę…

Co prawda Agon był niewidomy, lecz jego myśli stale penetrowały umysły otaczających go sługusów wypełnionych czernią. Dzięki temu poniekąd widział ich oczyma, a dokładniej czuł to, co czuli jego ludzie, patrząc na dany obiekt.

– Zbliżają się pozostałe statki. Jaką wiadomość mam przekazać kapitanom?

– Niech zacumują w bezpiecznej odległości. Do zmierzchu ładownie mają zostać całkowicie opróżnione. Statki każ ukryć w przybrzeżnych zatokach pomiędzy wyspą a kontynentem. Pierwsze dwie rozładowane jednostki uzbrój w dodatkowe machiny miotające i wyślij je na zachód do patrolowania wód Trzech Szczelin. Kolejne dwa statki poślij na północ, aby spenetrowały wody Śpiącego Morza. Ludzi podziel na grupy. Co najmniej stu rycerzy ma pomóc w odbudowie osady. Należy się też skupić na wniesieniu dodatkowych umocnień, a także stanowisk wartowniczych, zarówno na ziemi, jak i w powietrzu.

– W powietrzu?

– Na drzewach… – uściślił Agon, wyraźnie zdegustowany brakiem wyobraźni swego podwładnego.

– Rozkaz!

– Cztery grupy wyślij na zwiad. Chcę wiedzieć wszystko o każdym skrawku ziemi stąd aż do Wstęgi otaczającej pierwszy wschodni wir. Jeśli dowiem się, że choć jeden tubylec stracił życie, zanim go przesłuchaliście, osobiście odpowiesz za to głową. Wyraziłem się jasno?

– Tak, generale! A co z… poległymi? Podobno w lesie wciąż zalegają zmasakrowane przez olbrzyma ciała. W związku z tym coraz więcej dzikich zwierząt krąży wokół osady. Doszło już do pierwszych ataków, gdyż gnijące mięso wabi padlinożerców. Ci z kolei padają ofiarami drapieżników i…

– Odzyskać broń oraz zbroje, a ciała spalić. Zanim jednak podłożycie ogień pod stosy, koniecznie przeliczcie poległych.

– W jakim celu?

– Gdy spotkam wreszcie olbrzyma, to, nim zginie, tyle samo razy natnę jego ciało mieczem.

*

– Siedemdziesięciu siedmiu, generalne… Tyle ciał znaleźliśmy. Większość zmiażdżona, kilkanaście korpusów bez głów – oznajmił Proder. Wychodząc z lasu, z ulgą zdjął hełm. Nie dość, że słońce świeciło w zenicie, to jeszcze bujna roślinność tej obfitej w zieleń krainy nie pozwalała wilgoci ulecieć w niebo.

– Dobrze więc… Zapamiętajmy tę liczbę – nakazał ze spokojem w głosie Agon, który stał w towarzystwie pięciu Venenów. Każdy rycerz patrzył przed siebie, choć w innym kierunku. Dzięki temu Agon wiedział, co działo się przed nim, z boków, nawet z tyłu. Czekał właśnie na mały pokaz zdolności czeladnika.

W zastępstwie swego mistrza, który poległ podczas ataku na osadę, zdolny młodzian dopracował nowy typ broni. Jej działanie opierało się na pradawnym wynalazku stosowanym do walki przez Archeonów zamieszkujących kontynent jeszcze przed Erą Olbrzymów. Dwie drewniane lub kamienne kule podobnych rozmiarów łączono sznurem. Wprowadzone w ruch wirowy i rzucone w kierunku przeciwnika uderzały go, a czasem nawet owijały się na szyi. Dzięki temu podduszały wroga, miażdżąc mu gardło.

Proder z zaciekawieniem przyglądał się czeladnikowi, który walczył z drewniano-słomianą głową stojącej pod lasem kukły wielkości człowieka. Próbował ją na powrót solidnie zamocować. Gdy wreszcie mu się to udało, podbiegł do Agona. Ten bezzwłocznie dał znak. Młodzian odsunął się nieco, po czym rozkręcił broń nad głową – jedna kula zaczęła ciąć powietrze, generując przy tym złowrogi świst.

Bez rozkazu czeladnik wypuścił hyo, które błyskawicznie osiągnęło cel. Kule nie uderzyły bezpośrednio w kukłę, tylko wielokrotnie okręciły się na szyi nieruchomego wroga, tnąc w pierwszej kolejności suche źdźbła, a później także patyki, które stanowiły gruby trzon przeciwnika.

Władca Czerni z takim samym zainteresowaniem, jak za pierwszym razem, w towarzystwie dwóch Venenów poszedł zbadać cel. Ucieszył się, gdyż wynik rzutu był powtarzalny – hyo ponownie przecięło ponad połowę gałązek.

– Jak to możliwe? – zapytał Proder.

– Włókna eusterusa… – wyjaśnił młodzian.

– Niegdyś w Archeonie używano ich do zastawiania pułapek na uciekającą zwierzynę – dodał Agon. – Włókna eusterusa są niezwykle cienkie i niespotykanie ostre. Gdy zaś spleciemy kilka razem, stają się również bardzo wytrzymałe. Ścigane przez myśliwych zwierzę wpadało na taki sznur, który w najlepszym razie nacinał, a nierzadko również odcinał przednie kończyny. Włókien eusterusa używali również skrytobójcy. Zakładali je w garotach. Z tego powodu często nazywano ich także włókiennikami. Podobno najskuteczniejszy skrytobójca, którego wykarmiła archeońska ziemia, zabił taką bronią ponad sto osób.

– Jakim cudem uniknął gniewu króla?

– Ano takim, że wykonywał właśnie królewskie rozkazy.

– Królewskie?!

– Erredon miał wrogów wszędzie, gdzie się pojawiał, a przeciwnicy Embara wielokrotnie próbowali skrócić swego władcę o głowę. W końcu zaczął im za to odpłacać tym samym. Za jego czasów zabijanie stało się sposobem na życie. Aby nieco ukrócić zbrodnicze praktyki siejące w królestwie chaos, ostatecznie powołano zakon Tenebrytów. W jego skład weszli najznakomitsi rycerze, ale także skrytobójcy, którzy od tej pory mogli po prostu legalnie mordować w imię króla i jego widzimisię.

– Nie wiedziałem…

– Boś Evrainem, Proderze. Podczas gdy wy umiłowaliście pokój, archeońscy władcy nie widzieli innego sposobu na przekonanie do swych wizji, jak wymachiwanie mieczem i wymyślanie coraz brutalniejszych metod tortur dla tych, którzy mieli odwagę zaproponować inny kierunek rozwoju świata. Wreszcie Archeończycy polegli od własnej broni…

– Wybacz, generale, bezpośredniość, ale ty również porządek zaprowadziłeś mieczem.

– Bo to jedyna metoda, jaka przemawia do Archeończyków. Męczą mnie już te dywagacje. Masz dla mnie coś jeszcze? – Agon spojrzał wymownie na czeladnika.

– Mój mistrz, nie wiedząc, że nadchodzą jego dni, rozpoczął także prace nad kuszą strzelającą obrotowymi ostrzami. Niestety ten projekt jest jeszcze w powijakach.

– Pokaż mi go…

Młodzian skinął głową i poszedł pospiesznie w kierunku zabudowań, skąd dobiegały głośne pokrzykiwania Venenów oraz konstruktorów z Błękitnych Wysp, specjalnie sprowadzonych tutaj w celu sprawnego odbudowania osady. Evrainowie zeszli na ląd chwilę przed południem, a już wbijanymi w ziemię kołkami odmierzali odpowiednie odległości, by ustawić palisadę. Nie trwoniono ani chwili.

Czeladnik wszedł do pracowni swego mistrza jako pierwszy. O dziwo, konstrukcja tej chaty nie została naruszona podczas szarży olbrzyma. Mimo to wewnątrz pracowni panował iście twórczy nieład – pomiędzy stołami zawalonymi narzędziami i przyrządami z drewna, metalu oraz szkła, można się było poruszać jedynie wąskimi ścieżynkami. Część wynalazków miała tak duże rozmiary, że musiały stać na podłodze, co również nie ułatwiało przemieszczania się po izbie, choć ta była wielkości sali narad w antiemskim zamku. Na dodatek na ścianach wisiało ponad sto różnej grubości sznurków, lin i łańcuchów, a pod nimi stało kilkanaście dużych skrzyń z przeróżnymi metalowymi elementami pozyskanymi często z rozbiórki przypadkowych przedmiotów.

– Wybacz, panie, nieporządek. Gdybym wiedział, że przybędziesz, sprzątnąłbym tutaj.

– Gdzie ustrojstwo, o którym wspomniałeś?

Młodzian porwał ze stołu duży przedmiot budową przypominający kuszę i pokazał go Władcy Czerni.

– O tym mówiłem, panie.

Agon przyjrzał się broni oczyma jednego ze swych strażników. Nie wyglądała ani trochę dziwacznie. Spodziewał się czegoś innego. Jedynie łoże, gdzie zawsze spoczywał bełt, było znacznie szersze – przygotowane do innego typu pocisku.

– Jak to coś działa?

Czeladnik podał generałowi dysk z przymocowanymi do niego sznurkami wykonanymi z włókien eusterusa. Były one owinięte wokół środka – osadzone w głębokim żłobieniu. Ich luźne końce zaś, które w locie miały się uwalniać, spinała cienka linka.

– Tutaj jest ostrze. – Konstruktor wskazał końcówkę kuszy. – Według planów mojego mistrza miało ono przecinać linkę i uwalniać włókna. Niestety, jak już wspomniałem, to dopiero pierwsze kroki nad projektem. Należy jeszcze opracować sposób, dzięki któremu pocisk byłby wprawiany w ruch obrotowy. Nie wspomnę już o celności…

Agon dokładnie zmacał broń.

– Podoba mi się ten pomysł. Pracuj nad nim dalej. Wyobrażam sobie takie machiny, oczywiście znacznie większe, zamontowane na statkach. Podczas starcia z wrogą jednostką cięłyby żagle, a może nawet niszczyłyby całe maszty. Już widzę ten pogrom… Pomyślcie, ilu wrogów przy okazji straciłoby głowę.

Gdy wszyscy opuścili ciasnotę, Proder zapytał:

– Mogę mówić wprost?

– Wiesz, że cenię sobie twą szczerość. Między innymi dlatego kiedyś nie kazałem cię przemienić.

– Odnoszę wrażenie, generale, że coraz mniej skupiamy się na pozyskiwaniu nowych, obiecujących wojowników, a coraz bardziej zmierzamy w kierunku… archeońskich królów, o których wspomniałeś. Ta broń ma jedynie zabijać. Nie zyskamy nowych bytów, jeśli każdego napotkanego wroga skrócimy o głowę. Kazałeś wybić Marruhczyków, a tymczasem ich zapał do walki, nie mniejszy niż u Angetów, mógł się przysłużyć naszej sprawie.

Agon poklepał dowódcę legionu po ramieniu, po czym rzekł:

– Usiądźmy gdzieś…

Proder poprowadził Agona w kierunku nadgryzionej zębem czasu ławy ustawionej pod częściowo zniszczoną chatą. Z poczerniałych belek wciąż unosił się swąd spalenizny. Podobnie jak w większości budynków, w tym również ostały się jedynie fragmenty ścian zewnętrznych. Dodatkowo na południowo-zachodnim rogu opierały się szczątki niedokończonej strażnicy.

– Pewne sprawy stały się dla mnie jasne dopiero po przybyciu na Błękitne Wyspy – zaczął Agon, splótłszy dłonie. – Jeszcze do niedawna nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę spokojnie siedział gdzieś w towarzystwie kogoś nieprzemienionego, nie zastanawiając się nad tym, kiedy wbijesz mi nóż w plecy albo poderżniesz gardło.

– Ależ generale!

– Daj mi dokończyć… Posłuszeństwo i oddanie zyskujesz na dwa sposoby… Mieczem, budząc w sercach poddanych strach, albo rozsądkiem, zdobywając zaufanie drugiego człowieka, którego z czasem zaczynasz nazywać bratem. Przyznam to… Angor pomógł mi się wyzbyć strachu. Częściowo tłumi też ból i dodaje odwagi, choć ta często bywa mylona z szaleństwem. Nie pomoże mi jednak wyżywić oddziału ani wymyślić, jak utrzymać władzę na przejętych ziemiach. Nie potrafię, jak niegdyś Hellekin, przenosić wielu bytów do jednego ciała. Nie stworzę więc armii generałów, którzy będą władali umysłami podwładnych. To zaś, kim jesteś dla drugiego człowieka, nie zależy od twej przeszłości ani zaszłych czynów. Traktuj dopiero co napotkanego bliźniego dobrze, a odpłaci się tym samym. Pojąłem to dwie wiosny temu, gdy przybyłem na Błękitne Wyspy. Trawił was wtedy wewnętrzny konflikt. Wyzwoliłem mieszkańców spod jarzma zaślepionych gniewem uzurpatorów, zapobiegając wojnie domowej pomiędzy mieszkańcami wysp, za co okazaliście mi miłość. Tego dnia zrozumiałem, że przemienienie waszych wnętrz jest zbędne. Posłuszeństwo pojawiło się samo, z wdzięczności. Dlatego też, odpowiadając wreszcie na twe pytanie, nie mam zamiaru przejmować się sprawami, jakie jeszcze niedawno zaprzątały mi głowę. Oczywiście zgodzę się, iż trudno zapanować inaczej niż myślą nad dzikusami z Wiecznie Zielonego Lasu, którzy nie tylko nie rozumieją, co się do nich mówi, ale też wierzą, że jeśli skrócą cię o głowę, przejmą twą mądrość. To samo dotyczy Sendenitów, odwiecznych wrogów Archeonu. Dla nich nieistotne jest, kto włada południowymi ziemiami. Poprzysięgli Archeończykom zemstę i tylko dla niej żyją. Kolejnym przykładem całkowitego braku ogłady są Angeci z mroźnej Północy. Ci z kolei sens istnienia wiążą z rozczłonkowaniem wroga w bitwie. To ich obowiązek mający ułatwić zdobycie przychylności Stwórców. Zgodzę się więc, że w takich przypadkach Angor staje się niezbędny do uzyskania posłuszeństwa. Co innego jednak, jeśli mamy do czynienia z narodem w pełni rozumnym, który swą mądrością dorównuje Oświeconym. Każdy wie, że to nie wojna czy śmierć prowadzi do rozwoju, tylko pokój i umiłowanie życia. W końcu Złoty Przesmyk na ziemiach wschodnich nie wziął swej nazwy znikąd. To właśnie tamtędy przez wiele pokoleń transportowano olbrzymie ilości towarów, co szybko rozwinęło te miasta. Tak samo sprawa ma się z Terno, siedzibą karłów… Nikt nigdy nie traktował poważnie pół-ludzi, właśnie ze względu na ich wzrost. Kupcy i podróżni bali się nawet przepływać w pobliżu Wysp Nocnych Słońc, aby przypadkiem bogowie nie pokarali załogi takim samym kalectwem. Nie trzeba daleko szukać… Sam postanowiłem zaniechać podboju tego kraju, ponieważ nie dostrzegałem sensu w przemianie Azmerczyków. Tymczasem oni, nienękani przez wojny, a więc i przez śmierć, rozwinęli miasto, które rozkwitło niczym lilia wodna na spokojnej tafli zapomnianego w lesie jeziora. Tak buduje się przewagę. Mam wrażenie, że ślepota to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Wreszcie przestałem pusto patrzeć. Zacząłem dostrzegać…

– Mądre to słowa, generale, lecz…

– Lecz?

– Jeszcze przed południem powiedziałeś, że zadasz olbrzymowi tyle ran, ilu naszych ludzi poległo.

– Owszem, ponieważ zemsta, drogi Proderze, nijak ma się do rozsądnych posunięć. Jednak wierzę, że i w tej sprawie poczyniłem już spore postępy.

– Chcesz darować Ethrunom?!

– Ethruni nie mają pojęcia, co ich czeka. I to właśnie niewiedza powoli niszczy ten naród. A narastająca obawa przed niewiadomym bywa bardziej zabójcza niż rozwścieczony turus.

– Chcesz ich zabić… strachem?

– A dlaczegóż by nie?

Rozdział

Często obrastamy w pióra. Wystarczy jednak, aby ktoś podszedł do nas z pochodnią, a przestajemy je stroszyć.

(Odd)

Anger – osada Angetów, Czerwona Wyspa5 czarny rok (317 r.e.narch.)Wczesna wiosna

Zerkając na płonące nieopodal brzegu ogniska, większość mieszkańców osady czuła obojętność. Niewzruszeni wrzaskami ofiar przypiekanych pomarańczowożółtymi językami ognia Angeci spoglądali na buchające płomienie, jakby ten widok był dla nich czymś zwyczajnym. Wiedzieli, że każdy – dla własnego dobra – powinien przejść przemianę. Tak zarządził ich przywódca, któremu byli bezgranicznie oddani. A że nie znali strachu, jedynie ból mógł zaczernić ich byty.

Bracia… Musicie poznać siłę, jaką daje Angor – tak rzekł Bazak, powróciwszy z Archeonu. Były to pierwsze słowa Władcy Północy wypowiedziane do swych ludzi, zanim jeszcze stanął na deskach pomostu, a wiwaty na jego cześć ucichły. Wtedy jeszcze przepełniała go nadzieja na lepsze jutro. Miał wielkie plany i równie wielkie ambicje. Wraz ze swym bratem – Gramonem – chciał władać Archeonem, a nawet krainami ościennymi. Rzeczywistość jednak srodze go rozczarowała. Okazało się bowiem, że Gramon sam zadecydował o swym losie. Popłynął na nieznane mu wody, zaatakował przypadkiem napotkane miasto wśród skał i… poległ w walce. Wraz z jego śmiercią prysła także nadzieja Bazaka na ofiarowanie Angetom lepszego domu, gdyż Archeon szybko opanowali dowódcy Agona. Wiedząc o nieobecności generałów w Antiem, postanowili przejąć ziemię niczyją. W ten sposób wszystkie tereny dawnego centrum świata ponownie przeszły pod protekcję jednego dowódcy i Bazak musiał się pogodzić z porażką. Mimo to nie porzucił planów dotyczących powrotu na Południe.

*

Siedząc w izbie wojennej na tronie ozdobionym porożami numi, Bazak dumał nad przyszłością. Swą potęgą oraz siłą, a także niezliczoną ilością szram, które zdobiły jego ciało – zwłaszcza łysą głowę – budził respekt w każdym wojowniku. Wszyscy też ufali mu niemal bezgranicznie.

Nagle drgnął, choć nie ze strachu. Po prostu wyczuł za plecami ruch. W okamgnieniu chwycił stojący obok buta młot i poderwał się z szerokiego siedziska wyścielonego czarnymi futrami.

– Spokojnie, Bazaku! – odezwał się natychmiast jeden z dowódców północnej hordy, widząc unoszoną w powietrze broń.

Gdy Angeta wyłonił się z półcienia, Bazak groźnie zmierzył wzrokiem brata, który zakłócił mu chwilę zadumy. Poznając, że ma do czynienia z Degadem – jednym z najdzielniejszych wojowników – od razu odłożył młot.

– Nie zachodź mnie tak, bo kiedyś twa głowa zawiśnie w głównej sali. – Zniesmaczony Władca Północy głośno odchrząknął, po czym splunął na ziemię.

– Wybacz, lecz przynoszę niepokojące wieści.

– Siadaj… Pij… Mów… – Bazak wskazał stół biesiadny i jak dobry gospodarz poczęstował wojownika piwem.

Dawniej stale otaczał się swymi braćmi. Razem ucztowali, śmiali się, radzili. Jednakże od powrotu z Archeonu coraz częściej przesiadywał w samotności, rozważając wszelkie możliwe posunięcia. Angeci byli odważni i nie bali się oddać życia za sprawę, lecz Bazak dobrze wiedział, że nieposkromiona dzikość ludów Północy na nic zda się na Południu. Wszyscy chcieli walczyć, ale niewielu myślało o przeżyciu. Gdyby jego bracia podeszli pod mury z kamienia, których nie skruszy żaden młot, łucznicy i kusznicy Agona zdziesiątkowaliby ich w okamgnieniu. Nie pomógłby nawet Angor goszczący w coraz większej liczbie ciał.

– Pięciu naszych braci zakończyło przemianę. Poddali się próbie krwi i są gotowi przed tobą stanąć. Ich trzewia wypełnia czerń, którą przywiodłeś z Południa.

– Nie ja ją przywiodłem. Mówiłem wam już, że żyła w nas od pradziejów. Była jedynie skryta w zakątkach ciała niczym ciężka sakwa pod szatami archeońskiego kupca.

Degad niemrawo łypnął na przywódcę.

– Jeśli coś cię trapi, mów! Nie bądź jak te archeońskie kundle, które nawet nie mają odwagi warknąć, widząc prawdziwego woja. Gdy kiedyś ponownie wypłyniemy, to na kontynencie w ciągu jednego dnia zobaczysz więcej strwożonych twarzy niż na Północy przez całe swe życie.

– Mówisz, że czerń od zawsze kryła się w naszych ciałach. Rzekłeś też, że wyzwala ją ból oraz gniew. Dlaczego więc ujawniła się na Południu? Wszak nie ma mężniejszych wojowników od Angetów. Któż inny nosi w sobie większy gniew? A nasze ciała? Twierdzisz, że nie wiemy, co to ból? Spójrz… – Degad wyciągnął przed siebie ręce, pokazując pokryte szramami przedramiona.

– Nie słuchałeś mnie wtedy. Mówiłem nie tylko o bólu i gniewie, ale także o strachu.

– Tego nie znajdziesz w żadnym z nas. Nigdy!

– Dlaczego więc udaje się nam dokonać przemiany tylu braci? – Bazak poprawił opaskę na oku.

Degad nie odpowiedział.

– Znów ta mina… Mówże, bo wybiję z ciebie prawdę moim młotem!

– Przecież potrafisz zajrzeć w moje myśli. Potrafisz nawet mną kierować.

– Nie chcę w boju mieć u boku uwiązanego na łańcuchu psa, tylko północnego brata, który wykaże się męstwem, ale i rozsądkiem. Widziałem tysiące Venenów posłusznie idących na śmierć. Ich szczęście, że wróg okazał się słaby. Gdyby trafili na nas… Po prostu chcę was wzmocnić. Angor dodaje sił i pomaga ciału przetrwać najgorsze znoje. Potrzebujemy go, jeśli pragniemy całego Południa. Bo nie wiem, jak ciebie, ale mnie nie zadowala byle skrawek żyznej ziemi.

– Nadal nie potrafię pojąć, po co nam ta czarna posoka… Byliśmy niezwyciężeni, jesteśmy i będziemy zwyciężać nadal. Sam rzekłeś, że Angor pojawia się także w ciele, które zazna strachu. Co, jeśli przypadkiem zaszczepiasz w nas trwogę? Wyzbyliśmy się jej wiele pokoleń temu, a męstwo każdy z nas wyssał razem z mlekiem matki.

– Więc o to chodzi…

– Coraz częściej słyszę niepokojące szepty, Bazaku. Ludzie mówią, że omamiła cię archeońska czerń.

– Nawołują do buntu?

– Nie, ale… dziwią się, po co to wszystko. Wystarczy, że przepłyniemy wielką wodę. Z czernią w trzewiach czy bez niej pokażemy archeońskim kundlom, kim są Angeci.

– Oni dobrze wiedzą, kim jesteśmy. Cenię twój zapał, bracie, lecz to ja znam tamte ziemie. Wiem więc, co nas czeka i z czym będziemy musieli się zmierzyć. Naszej osady broni ostrokół, który przy odrobinie cierpliwości i zapału porąbiesz toporem. Tymczasem miasta archeońskie otoczone są murami grubości chaty. Nic nie przebije tak masywnej osłony. Ty używasz topora, oni łuków… Zanim się zbliżysz, położą cię strzałami.

– Weźmiemy więc tarcze.

– Veneni będą strzelać, dopóki nie podziurawią ich jak sita. W twej ręce pozostaną jedynie drzazgi, a tymi się nie zasłonisz.

– Przecież nauczyłeś nas, jak produkować łuki i jak z nich strzelać. W czymże więc problem? Odpłacimy im tym samym.

– Stojąc wyżej, na murze, będą mieli większy zasięg i lepszy ogląd sytuacji.

– Mówisz to wszystko, jakby Veneni nie byli ludźmi, tylko bogami zasiadającymi w swych kamiennych miastach, na kamiennych tronach.

– Są zwykłymi ludźmi, jak ty czy ja, jednak ich żyzny kraj pozwolił im na szybszy rozwój. Nie pamiętasz, jak setki lat temu przywieźli ze sobą narzędzia i uczyli naszych wrogów skuteczniejszej uprawy roli? Pokazali im też, jak wykorzystać przeciwko nam wszelaką broń miotającą.

– Nie pamiętam, bo wtedy jeszcze nie żyłem.

– Żaden z nas nie żył, ale wszyscy wiedzą, że tak właśnie było.

– Rozumiem to wszystko, a jednak targają mną wątpliwości. Nie wiem też, czy naszym braciom wystarczy cierpliwości do końca przemian.

– Powiedz lepiej, co z drewnem, które wczoraj nie dotarło.

– Wysłałem już zwiadowców. Jeszcze nie wrócili. Zastanawia mnie, czym zimą ogrzejemy chaty, jeśli wszystkie drzewa z wyspy posłużą do zasilania stosów, nie wspominając o budowie łodzi. Już tej zimy ledwie starczyło nam zapasów drewna. Jeśli ich nie uzupełnimy, mróz przemieni nasze ciała w lodowe posągi. A do granicy lasu mamy coraz dalej. Knieje Grda po dwóch wiosnach przypominają bezdrzewne pustkowia dalekiej Północy.

– Przesadzasz… Las pokrywa większą część tej wyspy. Rozciąga się aż do Gór Przybrzeżnych.

– Ale już ponad dzień drogi zajmuje naszym ludziom marsz na miejsce wyrębu, a wóz z ładunkiem wraca do osady jeszcze dłużej.

– Zbudujmy więc dwa razy tyle wozów. Najwyraźniej setka to za mało. Stosy muszą płonąć, a szkutnicy też potrzebują drewna. Bez łodzi nie popłyniemy na południe.

– Wiem o tym…

– Nie wyobrażasz sobie, Degadzie, po jak żyznych ziemiach stąpałem na kontynencie. Wystarczyło upuścić ziarno, a następnego dnia w tym miejscu rosło już źdźbło żyta. Podczas wędrówki przez większość czasu towarzyszyło nam palące słońce. Gdy zaś zapragnęliśmy się ochłodzić, wchodziliśmy do rzek, których jest tam więcej niż szram na twych rękach czy mojej głowie. Kto nie był i nie widział, ten nie uwierzy. Zapytaj naszych braci, którzy ze mną wrócili. Potwierdzą me słowa.

– Wierzę ci, Bazaku, im również, lecz nasz naród nie przywykł do wygód! – Degad rąbnął pięścią w stół. – Zahartował nas mróz, wykarmiło skute lodem morze, a stopy ukształtowała zamarznięta ziemia! Nie chcę się zmienić w archeońskiego chłopa! Jesteśmy wojownikami! Rodzimy się, gdy inni umierają! Taki już nasz los… Ty zaś na siłę chcesz z nas zrobić parobków, którzy młoty, topory i miecze zamienią na łopaty, motyki oraz widły. Na dodatek pragniesz, abyśmy wszyscy nosili w sobie jakąś archeońską zarazę. Zarazę, która ludy kontynentu prowadzi ku…

– Bazaku! Bazaku!!! – dobiegło z oddali.

Do izby wojennej wmaszerował odziany w brązowe futro wojownik. Był to jeden ze zwiadowców, których Degad wysłał, by sprawdzili, gdzie przepadł transport drewna. Na Północy nikt nikomu się nie kłaniał, toteż Angeta rzekł od razu:

– Znaleźliśmy wozy! Numi padły, a byty naszych braci odleciały za północne góry!

Bazak poderwał się z ławy.

– Zabici?

– Trudno powiedzieć… Wyglądali, jakby wszyscy zalegli martwym snem. Wyrazy ich twarzy były nijakie, a spojrzenia puste.

– Widziałeś ślady po mieczu albo inne rany?

– Nie, Bazaku, nawet jednego sińca. Co dziwne, wszyscy polegli w tym samym miejscu. Żaden nie próbował uciec. Pomarli, jakby Śmierć tamtędy przeszła i wyssała życie ze wszystkich istot jednocześnie.

– Powiedz, że jeszcze ją sprowadziłeś z Archeonu… – wymamrotał Degad, kierując te słowa do Bazaka.

– Próbowałeś któregoś naciąć? – dopytał Władca Północy, nie zwracając uwagi na przytyk brata.

– Ich krew była płynna, więc musieli polec niedawno.

– Czarna czy czerwona?

– Czerwona, Bazaku, niewzmocniona Angorem.

– Może gdybyście mnie słuchali, nie doszłoby do tej tragedii. – Władca Północy skierował te słowa do Degada. – Siodłać konie! Będę potrzebował pięćdziesięciu wojowników! Przygotujcie też nowe zaprzęgi! Zanim słońce skryje się za horyzontem, wozy z drewnem mają być w osadzie!

Zwiadowca potwierdził skinieniem głowy i pobiegł przekazać wytyczne.

– Pozwól mi poprowadzić naszych ludzi! – krzyknął Degad, podążając za przywódcą.

– Pozwalam, ale jadę z wami!

*

Dwie mile na południowy wschód od osady

– Szybciej! Pospieszajcie zwierzęta! – krzyknął Bazak, mijając wraz z oddziałem konnych wojowników zmierzającą w tym samym kierunku kolumnę czterech numi.

Jadący na pierwszym zwierzęciu jednoręki Angeta bezzwłocznie strzelił w powietrzu batem i północny wół nieco przyspieszył. Oczywiście nie było mowy o kłusie ani galopie. Po prostu zwierzę zaczęło iść trochę szybciej.

Wielkością numi przypominały archeońskie byki. Miały jednak znacznie grubszą skórę, chroniące przed mrozami pozlepiane w strąki futro, a z ich masywnych łbów wystawały dwa grube rogi długości ręki dorosłego człowieka. Przez wiele pokoleń zwierzęta te były niemal czczone, gdyż na mroźnej Północy stanowiły główne źródło pożywienia. Pozyskiwano z nich także tłuszcz i futro. Z kolei rogi zazwyczaj zanoszono do świątyni, gdzie je palono – zwracano duchom numi. Oddawano im w ten sposób cześć, dziękując za życie w dostatku, bez głodu.

Jednakże wiara w boskość tych zwierząt przeminęła w ciągu jednego pokolenia, kiedy to Angeci zaatakowali i wybili Aldarów zamieszkujących znacznie żyźniejsze, mniej mroźne tereny po obydwu stronach Lodowej Cieśniny. Okazało się wtedy, że numi nie są konieczne do przeżycia. W związku z tym szybko utraciły boski status. Mimo to wielu Angetów wciąż niezwykle ceniło, a nawet szanowało te zwierzęta. Dlatego też Bazak tak bardzo chciał się dowiedzieć, kto pozwolił sobie podnieść na nie rękę. Gdyby chodziło tylko o ludzi, zwłaszcza nieprzemienionych, po prostu kazałby wojownikom asekurować karawany z drewnem, które do tej pory podróżowały bez ochrony. Angeci władali całą mroźną Północą i nie mieli naturalnych wrogów. A przynajmniej do tego dnia…

*

Dziesięć mil na południowy wschód od Anger

– Co tam się stało? – zapytał Degad, zatrzymując swoje zwierzę przy Władcy Północy, który milę wcześniej wyrwał do przodu razem ze zwiadowcami. Teraz cała czwórka siedziała nieruchomo na koniach, przyglądając się dziwnemu zjawisku. Chwilę później dołączyła do nich reszta wojowników, tworząc jedną linię szeroką na ponad pięćdziesięciu jeźdźców.

Wkrótce wszyscy zastygli w bezruchu i zaczęli się wpatrywać w buchający dym. Mimo iż byli oddaleni od pobojowiska o kilkadziesiąt kroków, czuli swąd palących się ciał.

– Czy oni… płoną od środka? – rzucił wreszcie Bazak.

Ponad połowę trupów trawiły płomienie. Pozostałe zapalały się w miejscu przerwania ciągłości skóry, która zapadała się do środka brzucha. Wyglądało to, jakby coś zjadło wnętrzności, pozostawiając po sobie łatwopalną pustkę.

– Pierwszy raz w życiu widzę takie cuda – oznajmił Degad.

– Nie ty jeden – mruknął Bazak i powoli ruszył w kierunku przeklętego obszaru.

– Stój! – powstrzymał go towarzysz broni. – Pozwól mi to sprawdzić w twoim imieniu!

– Zapomniałeś już, że na Północy nie ma lepszych ani gorszych imion? Wszyscy jesteśmy sobie równi. Ja tylko podejmuję decyzje, kierując się głosem większości.

– Jedźmy więc tam razem.

Bazak skinął głową i obydwaj ruszyli. Reszta pozostała w bezpiecznej odległości.

Czuli coraz intensywniejszy smród. Nie był to jednak zwykły odór palących się zwłok, z którym często obcowali. W powietrzu zalegało coś jeszcze, z czym wcześniej nie mieli do czynienia.

Zbliżywszy się, nieoczekiwanie dostrzegli ruch. Okazało się, że po ziemi pełzną w ich kierunku dziwne stwory. Degad wskazał je mieczem i zbliżył się do czegoś, co przypominało przerośniętego czerwia. Chwilę później dostrzegł kolejnego, a potem jeszcze kilka.

Żółtobiałe larwy miały długość ludzkiej dłoni.

Degad zeskoczył z konia i końcówką miecza szturchnął nietypową istotę. Ta na chwilę się skuliła. Wkrótce jednak ponownie rozprostowała swe ciało i zaczęła rozgrzebywać ziemię uzbrojoną końcówką segmentowanego tułowia – prawdopodobnie głową. Miała na niej kilka zakrzywionych wypustek przypominających krótkie rogi.

– Cóż to za pomiot Przedwiecznych? – Degad zaczął deptać stworzenie. Spod buta raz po raz tryskała jasna maź. Towarzyszyły temu chlupnięcia, niemal identyczne z odgłosem wydawanym przez człowieka idącego bagnistą ścieżką.

– Wygląda jak twoja wczorajsza strawa, Degadzie! – krzyknął jeden z wojowników, podjeżdżając bliżej. Na te słowa kilku towarzyszących mu Angetów wybuchnęło gromkim śmiechem.

Ludzie Północy nie uznawali typowego zwierzchnictwa znanego z archeońskich ziem. Tutaj każdy mógł rzec, co chciał i kiedy chciał. Oczywiście takie postępowanie często prowadziło do licznych sporów. Jednak dzięki niemu walczący rzeczywiście umierali za braci, a nie tylko za królów czy przywódców, którzy zazwyczaj ukrywali się wraz ze swą odwagą na tyłach legionu, daleko za pierwszymi sztandarami.

Degad nie miał zamiaru dać sobą pomiatać, toteż zdjął prawy but i tylko w jednym podszedł do hardego wojownika. Temu od razu zrzedła mina.

– Skoro ja jadłem to wczoraj, ty możesz zeżreć dziś! – Ku zadowoleniu wielu Degad rzucił bratu oblepiony mazią but i oparł ręce na biodrach.

Nawet Bazakowi spodobało się to zagranie. Obrócił konia i z uśmiechem zaczął śledzić rozwój niegroźnego sporu.

– Do reszty zgłupiałeś, jeśli uważasz, że to zjem!

Degad ani myślał dłużej dyskutować. Sięgnął po miecz i niegroźnie podciął stojącego przed nim konia. Tyle wystarczyło, by zwierzę pochyliło się gwałtownie, zginając przednie nogi. Siedzący na nim Angeta musiał się bronić przed upadkiem na twarz, więc nie zdołał odpowiednio szybko zareagować, gdy został pociągnięty za ramię.

Powaliwszy towarzysza na ziemię, Degad grzmotnął go pięścią w twarz.

Wojownik nie był w stanie oddychać przez złamany nos. Gdy więc wziął wdech, Angeta wcisnął mu do ust zebraną wcześniej z podeszwy maź. Zarośnięty mężczyzna natychmiast wypluł wszystko, ale mimo to obrzydliwe pozostałości podrażniły mu żołądek. Po chwili, targany konwulsjami, w asyście drwin oraz salw śmiechu wypluł z siebie także to, co jadł rano, a nawet w trakcie wieczerzy poprzedniego dnia.

– Też chcecie?! – zapytał Degad, unosząc but.

Pozostali błyskawicznie zamilkli.

– Ruszamy! – ponaglił Bazak. – Dziesięciu niech tutaj zostanie! Konie zaprząc do wozów, a ciała spalić do cna! Jedynie Przedwieczni wiedzą, co jeszcze z nich wypełznie!

Degad skinął głową i energicznym machnięciem ręki wydzielił z hordy grupę wojowników.

– Słyszeliście, co trzeba zrobić!

– A czerwie?!

– Możesz je sobie zeżreć! – odkrzyknął Angeta, zakładając but. Wziął rozpęd i wskoczył od tyłu na swego konia, po czym razem z resztą hordy podążył za Bazakiem.

*

Knieje Grda – dawna granica lasu

Galopowali do miejsca, w którym przywitały ich pozostałe po ściętych drzewach rozliczne pnie. Wszędzie też walały się większe i mniejsze gałęzie. Do linii lasu – choć ta była już widoczna – mieli jeszcze około trzech tysięcy kroków. Mimo to szybko wypatrzyli meandrujący przez bezdrzewne pustkowie szlak – częściowo oczyszczony przez drwali w celu łatwiejszego transportu kłód. Nie ryzykowali jednak i dalszą drogę pokonali stępem, bacznie się rozglądając.

– Nie widzę naszych – zaczął Degad.

– Nawet nie słychać drwali – dorzucił Bazak, mrużąc oczy. Przez chwilę miał wrażenie, że w oddali, pomiędzy drzewami, wypatrzył jakiś ruchu.

– Dostrzegasz coś?

– Jedynie pustkę…

Mijając kolejne pnie, nie słysząc ani jednego stuku, poczuli w sercach niepokój. Angeci nie znali strachu, więc była to raczej niepewność oraz ciekawość narastająca wraz z każdym pokonanym odcinkiem traktu.

– Hej!!! – ryknął nagle Degad na całe gardło, gdy wreszcie osiągnęli linię lasu. Wydobywający się z samych trzewi głos wojownika był tak donośny, że poderwał gnieżdżące się w koronach drzew ptaki. Nawet Bazak się wzdrygnął. Jeszcze nigdy nie słyszał równie donośnego krzyku. Nawet na polu bitwy, gdy młotem miażdżył ciała swych ofiar.

– Echo zaniosło twój ryk aż do podnóża Gór Przybrzeżnych. Jeśli tego nie usłyszeli, to raczej próżno ich szukać.

Angeta spiął konia i bez cienia strachu zapuścił się w ciemny bór. Niemal natychmiast jego uwagę zwróciły poczerniałe fragmenty runa leśnego. Zatrzymał konia nieopodal takiego miejsca i gestem wezwał Bazaka.

– Coś ci to przypomina? – Degad kiwnął głową.

Władca Północy zeskoczył z konia i dotknął poczerniałej trawy.

– Wypalona…

– Znowu czerwie?

– Jeśli tak, to gdzie podziały się resztki ciał? – Bazak podszedł do pobliskiego drzewa, gdzie stała oparta o pień siekiera. Biorąc ją do ręki, omiótł wzrokiem pobliskie zarośla. Niezbyt przejął się zaginionymi. Nie stanęli do walki, więc w jego mniemaniu umarli jako tchórze, którymi nie warto było zaprzątać sobie głowy. Problem w tym, że coś tam, daleko w głębi lasu, żyło i próbowało niweczyć jego plan.

– Spójrz! – Degad wskazał palcem coś wiszącego w oddali, pomiędzy drzewami.

Bazak wbił wzrok w dziwny twór, po czym zawołał:

– Pięciu zostaje z końmi! Wyprowadźcie zwierzęta z lasu! Reszta za mną, w czterech grupach! Dwie idą przodem, dwie pilnują tyłów!

Wojownicy natychmiast zeskoczyli z koni i zgodnie z poleceniem Władcy Północy ustawili się w dwuszeregu, zachowując spore odstępy.

Dawniej Angeci stronili od taktyki, a także rozsądnych zachowań przed walką i w jej trakcie. Zawsze atakowali szturmem, często niepotrzebnie narażając się na śmierć. Wprawdzie rozwścieczona banda budziła w sercach wroga strach, ale w ten sposób wielu wojowników ginęło, zanim jeszcze zdołali podnieść na wroga topór albo miecz. Dopiero Bazak nauczył swych braci podstawowych zasad ataku, które wpojono mu na kontynencie. Początkowo Angeci byli niechętni zmianom, ale po straceniu dwóch nieposłusznych okazali się niezwykle pojętnymi uczniami. Wcześniej ich przemarsz przypominał wędrówkę stada turusów – wrzaskom i krzykom nie było końca. Teraz – dzięki naukom Bazaka – zachowywali się jak łanie, które bezszelestnie wędrowały po archeońskich lasach. Nie tylko stąpali ostrożnie, ale też bacznie obserwowali otoczenie, jednocześnie powstrzymując się od wszelkich rozmów.

Już wcześniej ich uwagę przykuła dziwna struktura w koronie rozłożystego drzewa. Przypominała powietrzne szałasy ludzi lasu, spotykane dawniej na terenach zielonej krainy otaczającej Ocurobo – jezioro nazywane Okiem Świata. Jednak ten twór wykonano bardziej niedbale. Nie było też żadnej drabinki ani liny, przy pomocy której można by się wspiąć. Co więcej, gdy wojownicy obeszli potężny klon, nie dostrzegli również wejścia do nietypowego szałasu.

– Degadzie… – Ruchem głowy Bazak wskazał drzewo.

Wezwany przekazał jednemu z braci swój miecz i bez chwili namysłu wdrapał się na najniższą gałąź. Stając na utworzonym ze zrośniętych konarów podeście, szybko oszacował najkrótszą drogę na górę. Na szczęście drzewo miało mnóstwo grubych, powykręcanych gałęzi, dzięki którym Angeta bez trudu osiągnął cel.

– Dawaj miecz! – krzyknął z góry Degad.

Jeden z wojowników rzucił zza pleców ostrzem. To wykonało w powietrzu kilka obrotów i wierzchołkiem sztychu wbiło się w grubą gałąź, która częściowo podtrzymywała również przedziwną strukturę.

Szałas delikatnie zadrżał, co nie uszło uwadze czujnego Bazaka.

Aby pochwycić oręż, Degad użył topora, który zawsze nosił na plecach. Zahaczył jego koniec o rękojeść i wyszarpnął zaklinowaną broń, jednocześnie podrzucając ją w powietrze. Wolną ręką złapał miecz, czym wywołał na twarzach braci delikatne uśmiechy.

– Godne podziwu! – rzucił z uznaniem jeden z wojowników.

Bazak, wciąż zaintrygowany dziwnym tworem, natychmiast uciszył brata.

Tymczasem Degad założył topór na plecy i zaczął kłuć mieczem tajemniczy wytwór przyrody. Za którymś razem ostrze natrafiło na coś miękkiego, w co zagłębiło się na długość palca. W tym samym momencie z wnętrza struktury wydobył się nieznany dotąd wojownikom skrzek.

Gdy gałęzie kulistej narośli zadrżały, Degad cofnął się nieco, ale nie ze strachu. Porzucił miecz – wbił go w główny pień i wziął rozpęd. Wskoczywszy na twór, wsunął palce w szczeliny pomiędzy gałęziami. Bazak ani myślał go wstrzymywać. Wierzył w umiejętności swego najlepszego wojownika, toteż bez obaw obserwował jego odważne poczynania. Degad, niczym puma hereńska, dwoma potężnymi susami wskoczył na strukturę. Już sięgał po topór, gdy nagle kula gałęzi po raz kolejny się zatrzęsła, po czym jej górna część uniosła się w powietrze jak wieko, trącając wojownika w nogi.

Degad nie był w stanie dłużej utrzymać równowagi. Spadając, wetknął rękojeść topora głęboko pomiędzy gałęzie i uwiesił się na nim. W tym samym momencie, gdy jego buty dotknęły chropowatej kory grubego konara, z wnętrza struktury wyłoniło się przedziwne stworzenie. Przypominało gigantyczną jaszczurkę, choć jego łapy były znacznie dłuższe i cieńsze. Nie miało też ogona, za to grzbiet wieńczył charakterystyczny dla niektórych gadów grzebień. Na dodatek płaski łeb otaczał kołnierz pofałdowanej skóry. Tę częściowo pokrywały krótkie pióra. Istota miała również grube, wydłużone, a na końcu nieco zaokrąglone pazury. Właśnie dzięki nim olbrzymi opierzony nielot mógł chodzić po drzewie i jeszcze uwić sobie kryjówkę pomiędzy gałęziami.

– Degadzie, zejdź do nas! – zawołał Bazak.

– Dam sobie radę z tym… czymś! – Odzyskawszy równowagę, wojownik wyszarpnął miecz z pnia i stanął pewnie w rozkroku na dwóch grubych konarach. – No chodź tu!

Stwór też nie wyglądał na przestraszonego. Zwinnie zszedł po gnieździe i wbijając pazury w drzewo, stanął naprzeciwko istoty, która zakłóciła jego spokój. Wysunąwszy łeb do przodu, gad rozpostarł kołnierz. Napięty fałd skórny spowodował, że w oczach Degada bestia rozrosła się trzykrotnie – jej łeb stał się nieproporcjonalnie wielki w stosunku do reszty ciała. Mimo to Angeta nawet przez chwilę nie odczuł strachu. Był gotów do ataku, gdy nagle stworzenie posłało w jego stronę obłok ciemnej mgły. Jej cząsteczki wydobyły się z kołnierza. Otulając Degada, przesłoniły mu obraz świata i niemal natychmiast sprowadziły na niego sen.

Wojownik osunął się na gałąź. Czując ogarniającą go w okamgnieniu niemoc, nie był nawet w stanie skoordynować ruchów, aby się czegoś złapać. Choć nie stracił przytomności, jego ciało sflaczało. Zanim spadło na ziemię, uderzyło jeszcze o gruby konar.

Bazak, przeczuwając nieprzyjemny dla Degada koniec tej jednostronnej potyczki, rzucił się bratu z pomocą. Nie zdążył jednak go złapać i półprzytomny wojownik runął na plecy. Słychać było trzask łamiących się kości.

Opierzony jaszczur, czepiając się pazurami głównego pnia, zszedł do połowy wysokości drzewa i zastygł w bezruchu. Wpatrzony w przeciwników, zachowywał się, jakby szacował swe szanse w kolejnym starciu. Jego wystające, wypukłe ślepia nie zatrzymały się nawet na chwilę. Gad stale nimi poruszał – każdym w inną stronę – oceniając zagrożenie.

Bazak jedną ręką odciągnął Degada od drzewa i sięgnął po młot. Nieprzytomnego wojownika przejęli jego bracia, a Władca Północy ruszył na stworzenie.

– Pozwól nam! – krzyknął jeden z Angetów.

– Jest mój!

Dziwadło po raz kolejny napięło fałd skórny. Wiedząc, co zwierzę planuje, Bazak wyszarpnął z pochwy przy pasku sztylet i cisnął nim w stworzenie. Ostrze przedziurawiło kołnierz, ale jaszczur najwyraźniej tego nie odczuł, gdyż wziął wdech, po czym wydmuchnął przez pokrytą piórami skórę kolejną porcję ciemnej mgły.

Bazak skoczył przez ramię, unikając otumaniającej zmysły wydzieliny. Ta – po pokonaniu odległości równej kilkunastu krokom – rozpłynęła się w powietrzu. Władca Północy chciał zaatakować stworzenie młotem, ale gad siedział zbyt wysoko. Co gorsza, ponownie nabrał powietrza.

Tym razem jaszczur wydmuchnął dwukrotnie większą ilość mgły. Otuliła ona całe drzewo u podstawy, rozchodząc się we wszystkie strony. Bazak odczuł jej działanie, jednak do jego płuc dostało się zbyt mało skażonego wydzieliną powietrza, aby dziwna substancja odebrała mu siły. Czuł tylko delikatne zawroty głowy oraz mdłości, ale na polach bitew musiał się zmagać z większymi problemami. Gdy więc stwór po raz kolejny nabrał powietrza, Władca Północy oddalił się na dwa kroki od drzewa i zza pleców rzucił młotem w kierunku jaszczura. Ten dostał w łeb. Zamroczony zwierz, czepiając się drzewa mocno nieskoordynowanymi ruchami, ześlizgnął się po nim na ziemię.

– I po co ci to było?! – Bazak skoczył na gada. Założył mu na długą szyję uścisk, próbując udusić, jakby miał do czynienia z człowiekiem. Nie wziął jednak pod uwagę siły, a także zwinności dziwadła. Stworzenie wierzgnęło niczym przestraszony koń i zrzuciło przeciwnika ze swego grzbietu. Bazak poleciał na dobrych kilka kroków. Od razu jednak wstał. Nie miał broni, ale też uznał, że żadnej nie potrzebuje. W końcu wypełniał go Angor – czarny byt dodawał mu sił i pewności siebie. Nadmiernej, jak się szybko okazało, gdyż podczas kolejnej szarży jaszczur trącił go łbem. Zabolało, jakby dostał młotem kowalskim w czerep.

Po raz kolejny się podniósł, ale chwilę później znowu leżał, jeszcze bardziej obolały – stwór poharatał mu ramię, pierś oraz brzuch, wcześniej bez trudu rozcinając ostrymi jak brzytwa pazurami futro i napierśnik ze skóry.

Wtedy Bazak poczuł coś dziwnego. Był wojownikiem i śmierć w walce uznawał za najwyższe poświęcenie w imię pradawnych Stwórców, lecz jego czarne wnętrze najwyraźniej uważało inaczej. Nie chciał tego powiedzieć, a mimo wszystko usta uwolniły słowa, których jeszcze kilka wiosen temu z pewnością by nie wypowiedział, nawet leżąc obolały przed silniejszym wrogiem.

– Zabić to coś! – wycedził przez zęby, zdecydowanie wbrew sobie.

Chwilę po wydaniu rozkazu ciało gada przebiło kilkanaście ostrzy. Trzy utkwiły we łbie, pozostałe w tułowiu.

Bazak nie był zadowolony z przebiegu tej walki. Niegdyś wojownik, który sam nie poradził sobie z przeciwnikiem, musiał zginąć z jego ręki. Jednak Angor, jak się okazało, dawał nie tylko siłę i wytrzymałość. Kierował również poczynaniami człowieka, którego zasiedlał, by ten jak najdłużej utrzymał się przy życiu.

Do tej pory Bazak sądził, iż czerń zawsze już będzie mu pokornie służyć. Jednak Angor miał również swoje cele. W odważnych ciałach znajdował schronienie, a wszystko po to, by ujawnić się w odpowiedniej chwili i rozprzestrzenić na nowe ziemie.

Rozdział

Wszystko może się stać bronią. Nawet ziarenko piasku wpadające do oka, które wrogo na ciebie spogląda.

(Odd)

Ayral, Kraina Ruchomych Wydm

5 czarny rok (317 r.e.narch.)

Późna wiosna – obecnie

Podczas gdy wioślarz kończył mocować żagiel do masztu, Kerim – ethruński wysłannik – stał na dziobie i pozdrawiał przyglądających mu się czarnoskórych wojowników, których miny z daleka krzyczały: Wynoście się stąd!

Dziesięciu Ayralczyków trwało w bezruchu, trzymając włócznie oparte tępymi końcami o deski pomostu. Za wojownikami stały też trzy kosze. W każdym tkwiło ponad dwadzieścia oszczepów. Były krótsze i lżejsze niż włócznie do walki wręcz. To właśnie od Unari Ethruni nauczyli się prostej zasady – należy zabić wroga jeszcze na statku lub łodzi, zanim ta przybije do brzegu.

– Bądźcie pozdrowieni! Niech Piaskowy Bóg wam sprzyja i w zielonych oazach poi wasze dzieci! – Było to jedno z oficjalnych powitań, jakie Kerim znał.

Mimo iż każda z kast ludów pustyni miała swój dialekt, wszystkie one brzmiały podobnie, gdyż wywodziły się od narodu pierwotnego nazywanego Unari. Jednak dzięki drobnym różnicom od razu można było poznać, z mieszkańcem którego nadbrzeżnego miasta ma się do czynienia.

Dawniej Unari żyli wyłącznie w małych skupiskach wewnątrz Krainy Ruchomych Wydm. Odwiecznym problemem tego narodu był dostęp do wody pitnej. Tę, w formie tradycyjnej, zapewniały jedynie oazy, wokół których skupiało się życie. W pobliżu największych powstawały nawet niewielkie miasta-państwa. Wszystkie one jednak z czasem upadały, gdyż zapotrzebowanie na wodę rosło, a silnie eksploatowane studnie wysychały. Dlatego też Unari, chcąc się rozwijać, opracowali prosty system odsalania wody. Dzięki niemu mogli zamieszkać nad brzegami mórz i rozpocząć regularną wymianę handlową z innymi nacjami.

W ten sposób naród, którego praprzodkowie wywodzili się ponoć od samego Piaskowego Boga, podzielił się na dwie główne grupy. W przeciwieństwie do wielu nacji, żyjące w Aya i Ayral kasty nie miały zamiaru ze sobą wojować, jak to czasem bywało pomiędzy grupami zasiedlającymi oazy. Unari na powrót się zjednoczyli, a miasta-państwa zawierały ze sobą liczne sojusze, które miały budować potęgę Krainy Ruchomych Wydm.

– Wspominałeś chyba, że to prostacki naród – rzucił szeptem wioślarz, gdy już uporał się z żaglem.

– Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem.

– Mówiłeś przecież, że czarnoskórzy nie chodzą w butach, a ciała malują różnokolorowymi barwami jak dzikusy z Wiecznie Zielonego Lasu. Tymczasem wyglądają groźniej niż niejeden rycerz w pełnym rynsztunku bojowym.

– Źle zinterpretowałeś moje słowa, przyjacielu. Nie noszą butów, bo nie chcą bezcześcić świętej ziemi, która ich karmi. Dzięki niej żyją. Ciała zaś zdobią, by pokazać przywiązanie do tradycji. Ten naród przeszedł niemałą przemianę. Spójrz chociażby na koniec pomostu… Nasze nabrzeże wygląda, jakby zbijał je pijany cieśla. Tymczasem posągi skorpionów, które właśnie widzisz, podobno wyrzeźbił syn suwerena. Przez rok pościł i wędrował po pustyni, dopóki Piaskowy Bóg nie natchnął go pomysłem.

– Słyszałem już dziwniejsze historie, zwłaszcza po kilku piwach. Gdy na niebie goszczą nocne słońca, wielu z tych namaszczonych trafia w to samo miejsce. Spici prawie do nieprzytomności łatwo się przyznają, jak owe oświecenia przebiegają.

– Kiedy już staniemy na brzegu, cokolwiek ci ślina na język przyniesie, zachowaj to dla siebie, a najlepiej po prostu połknij. Unari nie lubią obcych. Zwłaszcza takich, z którymi kiedyś wojowali. Dlatego pozwól mi mówić, a wszelkie przemyślenia pozostaw na tej łodzi.

Gdy Ethruni przybili do pomostu, Ayralczycy nawet nie drgnęli. Ani razu też nie odpowiedzieli na nieustannie słane pozdrowienia. Nie wiedząc, co o tym myśleć, Kerim kazał wioślarzowi pozostać w łodzi, a sam – znalazłszy w sobie pokłady odwagi – wdrapał się na wysoki pomost przystosowany do cumowania większych łodzi oraz statków kupieckich. Stanąwszy wreszcie niemal oko w oko z dwiema ogromnymi rzeźbami pustynnych skorpionów, doznał przedziwnego uczucia.

Czarne posągi ustawiono na dobudowanych, masywnych, bocznych odnogach pomostu. Kamienne stworzenia z jednej strony witały przybyłych, z drugiej zaś onieśmielały. Trzeba było pomiędzy nimi przejść, by dotrzeć na brzeg.

Oprócz niemych wartowników nabrzeża nadal broniło dziesięciu umięśnionych Ayralczyków, którzy stale groźnie wpatrywali się w Kerima, jakby ten przybył zabić ich boga albo przynajmniej rządzącego miastem suwerena.

– Witajcie, przyjaciele! – rzucił po starounarsku emisariusz. – Jesteśmy nieuzbrojeni i przybywamy w pokoju! Przynosimy list od królowej Vaali, przeznaczony jedynie dla oczu waszego władcy! Zaprowadźcie nas, proszę, przed jego oblicze, abyśmy mogli mu wręczyć tę ważną wiadomość!

Wysłannik rozłożył ręce, na co strażnicy zareagowali jeszcze groźniejszymi minami. Jeden z nich warknął coś niezrozumiałego, wypluwając przy tym spore ilości śliny. Skierował swą włócznię w stronę przybysza i znowu coś krzyknął. Kerim nie musiał posiadać zdolności ślepej wieszczki, by zrozumieć przekaz.

Siedzący w łódce wioślarz właśnie pojął, dlaczego miał się nie odzywać bez potrzeby.

Emisariusz nie spodziewał się aż tak wrogiego przyjęcia. Wiedział, że Unari nie pałają miłością do Ethrunów – zresztą wiedział to każdy – ale nigdy by nie pomyślał, że jego przygoda skończy się na pomoście, chwilę po opuszczeniu łodzi.

Sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła, gdy wsunął rękę pod cienki płaszcz, by wyciągnąć ze specjalnej skrytki opieczętowany list od królowej. Spowodował tym niemałe poruszenie wśród strażników, którzy myśleli, że sięga po broń.

– Jeśli nie chcecie nas wpuścić, to możemy tu zaczekać na odpowiedź. Proszę jedynie, abyście dostarczyli suwerenowi słowa królowej Vaali. – Kerim pokazał zwój.

Dowódca skromnego oddziału przez chwilę analizował sytuację. Wreszcie się zbliżył i przejął list. Nieufnie zerknął pod słońce, czy w zwoju nie znajduje się jakaś broń. Zmieściłby się w nim krótki sztylet lub dłuższe ostrze bez rękojeści. Ayralczyk nawet potrząsnął zwojem, po czym zważył go w ręce. Upewniwszy się, że nie zawiera niczego groźnego, wyciągnął z pochwy zakrzywiony nóż, którym wskazał Kerima. Zaraz potem z wyczuciem przesunął ostrzem po swej dłoni, dając przybyszowi do zrozumienia, co powinien zrobić, by przejść dalej.

Wysłannik nie zdziwił się, gdy rozkazano mu wykonać test krwi. Spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń. Szkoda mu było tylko dłoni – dopiero co zdrapał strup po poprzednim nacięciu.

Ostatecznie bez wahania sięgnął po nóż i wystawił lewą rękę. Tym razem jednak, zamiast ciąć wnętrze dłoni, jak zrobił to poprzednim razem, przesunął ostrzem po skórze przedramienia, nieco powyżej nadgarstka.

Strażnicy uważnie obserwowali spływające po ręce ciemnoczerwone krople. Gdy kilka spadło na pomost, dowódca nerwowym gestem kazał przybyszowi się cofnąć, a sam końcem włóczni rozmazał krew po desce. Widząc rubinową czerwień zamiast zdradzieckiej czerni, zerknął na emisariusza i rzekł:

– Za mną! On zostaje! – Włócznią wskazał wioślarza, który ani myślał do nich dołączyć.

Siedzący w łodzi Ethrun, pożegnawszy się z towarzyszem, wyjął z mieszka przy pasie kawałek sprasowanej vigorei i zaczął go żuć. Początkowo twarde zielsko smakowało jak podeszwa schodzonego buta, ale już po chwili zaczęło uwalniać charakterystyczny, słodkawy smak. Zawarty w łodygach, a także w liściach sok tej rośliny znany był wielu nacjom od pokoleń. Pozwalał się odprężyć i zapomnieć o troskach życia codziennego.

Czując nadciągający błogostan, wioślarz ułożył się wygodnie w łodzi, po czym pomachał zabawnie stale obserwującym go wojownikom. Wreszcie, zamknąwszy oczy, poddał się rozluźniającemu działaniu vigorei.

*

Ayral nie przypominało typowego miasta – nie wzniesiono go z kamienia. Nawet drewno i glina były tutaj rzadkością, a trawa, ze względu na to, że rosła sporadycznie, zazwyczaj w kępach, zamiast do produkcji cegieł, służyła zwierzętom za pokarm. Dlatego też prymitywne domostwa na obrzeżach miasta przypominały te widziane przez obieżyświatów na sendenickich stepach. Były to proste namioty. Narzuty zaś szyto zazwyczaj z tkanin, czasem ze skór. Te drugie świadczyły o wyższym statusie społecznym.

Minąwszy pierwsze prowizoryczne chaty podobne do szałasów, Kerim dostrzegł wyłaniające się zza nich większe struktury zbudowane z dużych cegieł. Nie można było ich nawet porównać do archeońskich murów chroniących chociażby Antiem, ale wyraźnie kontrastowały z domostwami plebsu. Okazało się, że to fortyfikacje obronne mające chronić centrum miasta, które zresztą niewiele różniło się od jego obrzeży – za osadzoną w grubych, choć niewysokich murach drewnianą bramą również rozciągało się pole dużych namiotów. Zazwyczaj podtrzymywały je pojedyncze słupy, a osłaniała wytrzymała skóra zapobiegająca przecieraniu się materiału w miejscu narażonym na największe naprężenia.

Niektóre domostwa miały nawet przedsionki. Bywały też struktury zbudowane z wielu połączonych namiotów. W ten sposób tworzono w mieście chociażby oazy handlu, a także miejsca odpoczynku przed palącym słońcem – odpowiedniki archeońskich karczm. Podawano tam herbatę, wino oraz suszone owoce. Gości z kolei zabawiały skąpo ubrane kobiety. W większości przypadków ich wdzięki zakrywały jedynie zwiewne, niemal przezroczyste tuniki i niezliczona ilość biżuterii, która często przejmowała funkcję odzienia. Po wykwintnych strojach przebywających tam mężczyzn można było wnioskować o ich wysokim statusie społecznym.

– Ehrrrr… – warknął strażnik, ponaglając idącego za nim Kerima.

Emisariusz zapatrzył się na jedną z kobiet. Ta odwdzięczyła mu się uwodzicielskim spojrzeniem, któremu trudno było się oprzeć. Nie chciał jednak kusić losu, toteż od razu podbiegł do muskularnego Ayralczyka. Od wejścia do miasta dręczyła go pewna wątpliwość, którą wreszcie odważył się wyrazić:

– Nie rozumiem… Myślałem, że wszystkie wasze kobiety mają czarną skórę.

– To niewolnice – wyjaśnił strażnik ochrypłym głosem. – Żadna Unarka nie poniżyłaby się w ten sposób. Dłonie naszych kobiet są równie szorstkie, co dłonie mężczyzn. Nigdy też nie zobaczysz Unarki usługującej swemu mężowi.

– Niesamowite…

– Wiem, jakie są wasze kobiety. Wystarczy krzywo na nie spojrzeć, a już kulą się w kącie. Spróbuj tak samo spojrzeć na Unarkę. Ta wydłubie ci oczy i rzuci je świniom na pożarcie.

– Dobrze wiedzieć, przyjacielu.

– Nie jestem twoim przyjacielem.

– A już myślałem, że znalazłem tutaj pierwszego – zakończył Kerim zabawnym tonem, by nieco uspokoić nabuzowanego strażnika.

Wiedział, jak wyglądają domostwa Unari, jednak płynąc tutaj, przypuszczał, że trafi do jakiejś sali tronowej lub czegoś podobnego. Tymczasem przewodnik zaprowadził go pod zwyczajnie wyglądający namiot, przed którym stali dwaj rośli strażnicy – najwięksi, jakich do tej pory Kerim widział. Skinęli głowami na widok dowódcy i rozstąpili się, stając bokiem. Gdy Ayralczyk wszedł, natychmiast pochylili włócznie ostrzami do przybysza.

Kerim od razu pojął, że powinien zaczekać. Zgodnie z jego przewidywaniami dopiero po chwili usłyszał wezwanie.

Wszedł do namiotu dość niepewnie. Zobaczywszy trawionego gorączką starca na wyścielonej skórami leżance, poczuł delikatną konsternację. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy dostrzegł pobudzonego skorpiona szalejącego w szklanym naczyniu o wysokich ściankach. Zwierzę było podenerwowane – ewidentnie próbowało się wydostać z celi.

Dowódca strażników powiedział coś do ucha półprzytomnego, który obrócił głowę w stronę przybysza. Zaraz potem wyciągnął dłoń, dając znak emisariuszowi, by ten podszedł. Nieoczekiwanie chwycił go za rękę i wybałuszył oczy. Zaczął coś mówić, lecz jego jęki przypominające agonalne rzężenie umierającego nie były dla wysłannika zrozumiałe. Mimo to Ethrun stał niewzruszony, podczas gdy starzec mamrotał coś pod nosem.

Gdy wreszcie wiekowy Ayralczyk opadł bez sił na mokre od potu skóry, Kerim sięgnął po list od królowej. Już chciał go przekazać starcowi, gdy ten nagle podniósł rękę i wykonał dziwny gest – jakby rysował coś w powietrzu.

– Idziemy… – warknął strażnik.

– Dokąd?

– Do suwerena…

Gdy wyszli z namiotu, Kerim nie omieszkał zapytać:

– Kim był ten człowiek?

– To nasz wizjer. Powiedział mi o twych zamiarach. Gdyby stwierdził, żeś niegodny wizyty w namiocie suwerena, zginąłbyś na miejscu.

Kerim przełknął ślinę. Sporo wiedział o Unari, ale ten szczegół najwyraźniej gdzieś mu umknął.

– Dlaczego starzec gorączkował?

– Był pod wpływem jadu pustynnego skorpiona, który całe swe życie spędza, krocząc po wydmach. Tylko w ten sposób Piaskowy Bóg może przemawiać naszymi ustami. Przez stworzenia, które powołał do życia.

*

Choć obrzeża i centrum Ayral nie powalały bogactwem ani przepychem, główny namiot, w którym na co dzień żył suweren, okazał się równie majestatyczny, co komnaty najbogatszych królów. Miał nawet pięknie rzeźbione drewniane drzwi. Ich ościeżnice obszyto złotogłowiem.

W środku przepych był jeszcze większy – złote kandelabry, dzbany, kielichy, misy na owoce, wyszywane złotymi nićmi, luźno zwisające, oprawione w drewniane ramy arrasy podczepione pod belkami masywnego sklepienia namiotu, okute brązem skrzynie, pięknie tkane dywany i dziesiątki jasnoskórych niewolnic, które prężyły swe ciała pośród wszechobecnych jedwabnych poduch.

Kerim nie wiedział, gdzie podziać wzrok. Nawet Piaskowy Bóg nie powstydziłby się takiego lokum, pomyślał, wciąż wiedziony na pokuszenie zmysłowymi spojrzeniami półnagich piękności.

– Suwerenie – zaczął ostro dowódca straży – przyprowadziłem przed twe oblicze przybysza, który twierdzi, że niesie wiadomość od samej królowej Elimau. Test krwi potwierdził jego człowieczeństwo, a nasz wizjer nie dostrzegł zagrożenia w tym mężczyźnie.