Le Grand Tour - Krzysztof Kasowski - ebook

Le Grand Tour ebook

Kasowski Krzysztof

0,0

Opis

Rok 1992. Dwóch dwudziestolatków rusza samochodem w stronę Francji — mitu Zachodu, który dla młodego Polaka oznacza wolność, kolor i nowy początek. Nie jadą szukać pracy czy po lepsze życie. Jadą tylko i wyłącznie po doświadczenie, inspirację i przygodę.

Lyon, Awinion, Morze Śródziemne, Hiszpania, Włochy, Szwajcaria. Podróżują improwizując, pracują dorywczo, śpią na plażach i w squat’ach. Spotykają muzyków, migrantów i ludzi żyjących poza systemem. Szybko uczą się, że granica między wolnością a zagrożeniem bywa cienka.

Gdy niemal zamykają europejską pętlę, wracają do Lyonu i zostają zatrzymani. Niesłusznie powiązani z próbą zamachu na prezydenta François Mitterranda trafiają w tryby francuskiej administracji. Mit Zachodu zderza się z rzeczywistością.

Opowiadana po latach historia staje się zapisem Europy tuż po upadku żelaznej kurtyny — surowym, osobistym i pozbawionym nostalgii. To opowieść o drodze, która zaczyna się jako przygoda, a kończy jako doświadczenie formujące całe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Le Grand Tour

Krzysztof Kasowski

Le Grand Tour

Krzysztof Kasowski

Le Grand Tour

WSTĘP

– To nie idziesz z nami? – zapytała mnie żona, chcąc się upewnić, czy nie zmieniłem zdania.

– Nie, zostanę tutaj, pospaceruję sobie. Wiesz, że nie lubię kina.

– Dobra, to napiszę ci, jak wyjdziemy. Jeszcze chcemy iść na zakupy do galerii obok.

– Zakupy interesują mnie jeszcze mniej niż kino. Napisz, jak skończycie, ja będę się kręcił w pobliżu.

Spojrzała na mnie uważnie. Dla niej byłem, czy może po latach okazałem się, niegroźnym dziwakiem. Bo niby dlaczego nie chcę iść z rodziną do kina jak wszyscy, tylko wolę kręcić się w kółko po tych samych uliczkach, które przecież dobrze już znałem?

– Tata zostaje? – Synek pytająco spojrzał na mamę.

– Tak, potem do nas dołączy.

– To pa, pa! – Pomachał mi rączką na pożegnanie.

– Pa, do zobaczenia. Opowiesz mi potem, o czym był film! – odkrzyknąłem.

Miałem więc jakieś trzy, może nawet cztery godziny dla siebie. Rozejrzałem się i postanowiłem, że zanim się przespaceruję, wejdę do pierwszego ogródka, jakie znajdują się po lewej stronie alei parkowej. Dostrzegłem jedyny wolny stolik i po chwili już przy nim siedziałem. W tym mieście naprawdę trzeba mieć refleks. Gdy zjawił się kelner, zamówiłem małe piwo i przekąskę. Wystawiłem twarz do słońca. To moja ulubiona pora roku: jesień. Idealna pogoda, ostre, choć już nieco niższe słońce pięknie oświetlało zabytkowe kamienice, które rzucały długie cienie na aleje parkowe. Wszystko było żółte czy nawet złote. W powietrzu unosiła się nuta jakiegoś spokoju, zawieszenia; przyroda wykonała już swoje dzieło. Wiadomo, że nie będzie upału, deszczu ani dużego wiatru. I tak przez kilka kolejnych tygodni. Mimo dość sporego weekendowego ruchu panowała spokojna atmosfera. Ostatnio coraz częściej to doceniałem.

Niedaleko ogródka rozłożył się chłopak z gitarą i powoli przygotowywał się do grania. Jakaś para usiadła przy stoliku obok, który niespodziewanie się zwolnił. Uliczny muzyk zaczął grać, śpiewać i był naprawdę dobry, choć miał niewiele ponad dwadzieścia lat. Od stolika obok dochodziły mnie lekko ściszone głosy sąsiadów, szeleszczące słowa, coś jak „wiesz”, „przecież”, „są”, „bądź też”, a za chwilę znów nic nie rozumiałem, albo tylko jeden czy dwa wyrazy, ale z innego języka. Polacy? Chyba jednak nie. Obydwoje mieli ciemne włosy, piwne oczy, wyglądali zatem jak miejscowi. Znów się przesłyszałem. Po kilku miesiącach bez kontaktu z ojczystym językiem często wydawało mi się, że słyszę jakąś rozmowę po polsku, w sklepie, na lotnisku, w autobusie, i zawsze okazywało się, że to pomyłka. Po chwili już wiedziałem co to za język. Portugalski. Wbrew pozorom, nie słychać go tutaj często, prędzej w odmianie brazylijskiej, która brzmi trochę jak rosyjski ze względu na śpiewny, jakby wschodni akcent. Uśmiechnąłem się do siebie. Przypomniałem sobie pewne zdarzenie, kiedy po raz pierwszy pomyliłem polski z portugalskim. A w zasadzie odwrotnie; to pewna Portugalka wzięła mnie za swojego rodaka. Gdzie to było… w Szwajcarii czy we Francji? Już wiem! W Nicei.

Dziewięćdziesiąty czwarty? Zacząłem liczyć w myślach… Wcześniej. Dziewięćdziesiąty drugi. Prawie trzydzieści lat temu… Też była piękna wczesna jesień, jak teraz. Obaj z kumplem, jako pierwsi z naszego miasta, będąc ledwie po dwudziestce, dotarliśmy tak daleko na Zachód, no i nasza wyprawa trwała tak długo. Zresztą, do tej pory uważam, że była to moja podróż życia, prawdziwy Grand Tour, który wiele mnie nauczył i po którym zostaliśmy bohaterami całego naszego środowiska. Dotarliśmy nawet tutaj i pamiętam, że szliśmy nawet koło tej niewielkiej rzeki, która płynie w dolnej części parku. Kilka razy próbowałem zlokalizować to zejście, na którym zdarzyła się pewna zabawna historia, i nigdy nie byłem pewien, czy znalazłem to właściwe. Jest kilka podobnych. Poza tym miasto wyglądało wówczas zupełnie inaczej. Dziś jest piękniejsze, ale ja wciąż pamiętam tamto wrażenie, gdy je po raz pierwszy zobaczyliśmy, niezbyt dobre, prawdę mówiąc.

Potem z godziny na godzinę było jeśli nie lepiej, to ciekawiej. I choć teraz czułem się tu jak u siebie i naprawdę dobrze znałem miasto, to nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy zaparkowaliśmy niedaleko stąd, na całkiem obcej wówczas ulicy i próbowaliśmy bez mapy, nie mówiąc o nawigacji, zlokalizować centrum. Szliśmy jak zwykle przed siebie „na czuja.” Zresztą, był to nasz stały element gry, odwiedziliśmy przecież kilkadziesiąt miast w kilku krajach. A mieliśmy tylko ogólną, mocno zniszczoną mapę Europy. Upiłem kolejny łyk zimnego piwa.

RZECZPOSPOLITA POLSKA

– To dziś w nocy – mówi cicho Michał, odciągając mnie na bok.

– Ale co?

– Jak to co? Jedziemy dziś albo wcale!

– Nie wiem, o co ci chodzi, stary… Niby dokąd jedziemy?

Zdążyłem już wypić piwko czy dwa i nie za bardzo kumam w czym rzecz. Przecież przed chwilą do niego przyjechaliśmy na weekend. Za chwilę mamy rozpalić ognisko, poimprezować… Sam przecież zapraszał i o niczym innym nie mówił od kilku dni.

– Poczekaj tu chwilę. – widzę go jak rusza w kierunku domu rodziców.

Impreza właśnie się zaczyna. Leci dość głośna muzyka Jane’s Addiction, ulubionej kapeli Michała, jest kilku naszych wspólnych znajomych i zapowiada się, że będzie super balanga. Pogoda też dopisuje: choć już jest wieczór, to nadal jest dość ciepło, w końcu trwa jeszcze kalendarzowe lato, ostatnie jego dni. Jesteśmy w „wiejskiej posiadłości” rodziców Michała, którzy mieszkają pod Buskiem, a więc nie tak blisko Kielc, i mają spory dom. Pokoje Michała i jego siostry są na górze, ale oni bywają tu w zasadzie tylko w weekendy. Początkowo myślałem, że zaprosił nas, bo nie będzie starych, więc byłem nieco zdziwiony, kiedy ich zobaczyłem. Ale w sumie w niczym to nie przeszkadza, bo teren naprawdę jest duży.

Chwilę później przypominam sobie wreszcie, o co może mu chodzić.

Jakieś trzy miesiące temu, w czerwcu, kiedy wracaliśmy moim maluchem z Pragi, pojawił się pomysł wyjazdu do Francji. Nawet wyrobiliśmy sobie legitymacje PTSM, czyli Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych, by mieć zniżki na noclegi, tego nauczyliśmy się w Pradze właśnie. Mielibyśmy jechać samochodem jego mamy, peugeotem 205 na francuskich numerach. Oczywiście bez jej zgody, ale to nie stanowiło problemu, Michał często używał tego samochodu. Wyjazd nim do Francji nie byłby całkiem bez sensu, bo samochód i tak musiał tam wrócić, był bowiem zarejestrowany na wujka Michała, który mieszkał tam na stałe. Co roku trzeba było tak robić ze względu na ubezpieczenie. Ale była to gra warta świeczki bo w ten sposób omijało się wysokie cło. Rodzice Michała robili to co roku, a potem do Polski wracał ten sam lub inny samochód, z jakimś towarem na handel. Tyle że przez ostatnie tygodnie Michał ani się nie zająknął to tym, że to będzie teraz, nagle. A widujemy się niemal codziennie. I w dodatku mówi mi o to, gdy dopiero co przyjechałem do niego – te pięćdziesiąt kilometrów – żeby zostać tu dzień lub dwa z moją dziewczyną Izą. A to nie jest bez znaczenia. Nie mieszkamy razem, w dodatku jej rodzice trochę krzywo patrzą na nasz związek, więc wykorzystujemy każdą okazję, żeby gdzieś razem przenocować. Jej starzy po prostu uważają, jak zresztą większość rodziców moich kumpli, że mam na nią zły wpływ. W opinii większości z nich jestem jakimś geniuszem zła, bo owszem, mam jakąś wiedzę, jestem oczytany, inteligentny, ale to nawet gorzej, gdyż odciągam ich dzieci od nauki i sprowadzam na złą drogę. Ładne mi dzieci! Stare konie, bo przecież wszyscy mamy koło dwudziestki jeśli nie więcej.

Dla rodziców moich kumpli ktoś bez szkoły, matury, jak ja, nie ma żadnej przyszłości. Może powinienem sobie napisać na czole, jak kiedyś punkowcy na swoich kurtkach: „No future”. Ale myślę, że to ja mam rację, i za kilka lat to wszystkim udowodnię. Tymczasem – à propos najbliższej przyszłości – zupełnie nie wiem, co będzie za chwilę, przynajmniej dopóki Michał nie wróci. To nasz ostatni weekend z Izą, za tydzień wyjeżdża na studia do Lublina, a więc nie będziemy się widywać zbyt często. Teraz na szczęście nie była świadkiem naszej krótkiej rozmowy, stała na zewnątrz z siostrą Michała i paliła.

Po chwili Michał podchodzi do mnie szybkim krokiem.

– Wracaj teraz do siebie, najlepiej tak, żeby nikt was nie zauważył, i tam na mnie czekaj. Właśnie przed chwilą podsłuchałem, jak matka rozmawia z wujkiem przez telefon. Jutro po południu pracownik ma dostarczyć auto do Francji.

Chcę mu odpowiedzieć, że zwariował, jest popierdolony i tak dalej, ale Michał patrzy na mnie tak przerażony, że odpuszczam. Wiem, że nie żartuje.

– To jest ostatnia szansa – dodaje jeszcze i rozgląda się dookoła, upewniając się, czy nikt nas nie słyszy. – Dziś albo nigdy.

No, że nigdy, to może przesada, ale przynajmniej rok musielibyśmy znów czekać. A może wówczas pracownik przyjechałby jakimś dostawczym i w ogóle nie byłoby szans na taką wycieczkę? Samochód jest najważniejszy, takiego nie ma nikt ze znajomych. I nie chodzi o markę czy model, bo to zwykły biały peugeot 205, ale na tle tego, co można zobaczyć na polskich dziurawych drogach, to jest luksus. No i przede wszystkim ma francuskie blachy, to ważniejsze niż samo auto. Dzięki temu moglibyśmy przekraczać granice zachodnich państw bez kontroli. Już nie wspominając o policji w samych Niemczech czy Francji, która bardzo lubiła trzepać polskich „turystów”.

Znów przypominam sobie naszą rozmowę z czerwca. Musiałem widocznie oczarować go wizją mojej wspaniałej znajomości Francji, francuskiego i tak dalej, skoro podsunął mi ten pomysł. Byłem tam w końcu dwa razy i raz we francuskojęzycznej Szwajcarii. A Michał był, zdaje się, tylko w Berlinie i w Holandii. Z niej wrócił nie tylko z trawką, ale z rudymi krótkimi dredami i nieodłączną torebeczką z tytoniem marki Drum.

Michał znowu znika, a ja patrzę na Izę, która wciąż rozmawia z jego siostrą i ma coraz lepszy humor.

Dalej nie wiem, co mam robić. Kumpel miał taką minę, że jestem pewien, iż jeśli nie pojedziemy dziś w nocy, to obrazi się na mnie na zawsze. Ale kiedy pojedziemy, obrazi się Iza. Co wybrać? Peugeota 205 z dość chimerycznym Michałem na dokładkę czy moją dziewczynę? Byłem z nią od kilku miesięcy, to mój pierwszy poważny związek. A już parę razy dałem plamę. Bez uprzedzenia wyjeżdżałem gdzieś z kumplami, a to pod namioty nad morze, a to do Krakowa, Warszawy, Łodzi czy nawet do Pragi. Nie uczyłem się, nie pracowałem, za to ciągnęły się za mną jakieś problemy z prawem, a na domiar złego wciąż upominało się o mnie wojsko. Udało mi się je odroczyć, wcześniej szkołą, potem papierami z poradni zdrowia psychicznego, ale znowu, właśnie teraz, jesienią, wezwą mnie na komisję. Nie mam już do tego siły. Dobrze byłoby zmienić klimat, zapomnieć na chwilę o kłopotach, zobaczyć prawdziwy świat. Uwielbiam podróżować. Wierzę w to przysłowie, że podróże kształcą. Czasem nawet za bardzo. Kiedy dwa lata temu przyjechałem z Paryża, gdzie lokalny gang motocyklowy z przedmieścia zabrał mnie na nocną wycieczkę do Lasku Bulońskiego oraz do centrum miasta, nie wiedziałem nawet, jak mam o tym opowiedzieć kumplom. Jakbym był na innej planecie, w cywilizacji kilka razy bardziej rozwiniętej niż nasza, choć bywałem raczej na jej obrzeżach, z alfonsami, prostytutkami, transwestytami i tak dalej. Ale tym bardziej było to interesujące. I zupełnie niepodobne do tego co otaczało nas tutaj.

– O czym tak myślisz? – Głos Izy wyrywa mnie z rozmyślań. Nawet nie zauważyłem, że do mnie podeszła.

– O niczym…

– Przecież widzę, że coś cię gryzie.

– Nie, co ty… Michał ma jakiś problem ze starymi, chodzi o szkołę, zdaje się.

– A tak, Aśka mi coś mówiła…

– Chyba zapomniał im powiedzieć, że nie zdał w zeszłym roku – próbuję żartować, żeby zmienić klimat rozmowy.

– No co ty, nie pokazał świadectwa?

– Pokazał. Z poprzedniego roku, a datę podrobił! Wiesz, to jest artysta malarz, grafik, rysownik. Dla niego przerobić jedną cyferkę to pestka.

– Nic dziwnego, że są na niego wkurzeni… – Spojrzała na mnie tak, jakby pytała, dlaczego mam takich kumpli.

Jakby nie chciała wierzyć, że sam nie jestem lepszy. Zamiast kończyć studia, w zeszłym roku definitywnie zakończyłem edukację na drugiej klasie wieczorówki. „Marzeniami żyłem jak król”, śpiewał gość z Dżemu. Trochę tak było. Po prostu chciałem grać i żyć z muzyki. Tylko tyle i aż tyle. Ona była z innego świata. Wychowana w cieplarnianych warunkach, rodzice mieli nieduży, ale dochodowy biznes, mieszkali w domku w dobrej dzielnicy pod miastem. Teraz dostała się na pierwszy rok studiów na uniwerek lubelski, na najmodniejszy chyba kierunek – anglistykę.

– Musimy już wracać – usłyszałem swój głos, który wyprzedził o ułamek sekundy decyzję.

– Jak to, już? To nie zostajemy tutaj?

– Nie, potem ci powiem dlaczego.

Iza stoi bez ruchu przez chwilę i nie wie, co ma powiedzieć.

– Poczekaj, pożegnam się przynajmniej z Asią.

– Lepiej nie, teraz nikt nas nie widzi, po prostu chodźmy do samochodu.

Nasze rzeczy na szczęście są jeszcze w aucie, wszyscy inni są zajęci rozpalaniem ogniska, więc odjeżdżamy niezauważeni.

– Pokłóciliście się z Michałem? – pyta, kiedy już jesteśmy na głównej drodze.

Przez chwilę myślę, że mogło to tak wyglądać, te parę słów przez zęby rzucone przez niego, poważna mina. A może tak jej powiem? Bo istotnie dość często się kłóciliśmy, ale po chwili stwierdzam, że to kłamstwo i tak niewiele zmieni, bo przecież Michał ma do mnie za chwilę przyjechać.

– Wytłumaczysz mi w końcu, co się dzieje? Dlaczego wracamy? Mieliśmy zostać na noc…

– Być może jeszcze dziś w nocy odstawimy samochód mamy Michała…

– Do Krakowa? – pyta, bo siostra Michała tam studiuje i ich mama często u niej bywa.

– Nie. Do… Francji – kończę lekko drżącym głosem, bo wiem, jak to brzmi.

– Chyba żartujesz!

– No nie…

Iza patrzy przed siebie i zdaje się, że ma wilgotne oczy. Dopiero po chwili pyta:

– I właśnie teraz na to wpadliście? Skąd ten pomysł w ogóle? Dlaczego w nocy?

– Bo inaczej zrobi to pracownik jego matki i…

– I co?

– No i… – Nie wiem, co powiedzieć. – Nie może pojechać, bo się właśnie rozchorował… A samochód musi wrócić, bo za kilka dni kończy mu się ubezpieczenie. – Czuję, że to dobry trop, gdyż zawiera sporo prawdy.

– I akurat wy musicie to zrobić?

– Nikt inny nie może. Jego starzy nie mają na to czasu, potrzeba przecież co najmniej kilku dni. A zapłacą karę, jeśli samochód nie dotrze na czas do Francji. Tam zrobią mu zdjęcie, wystawią nową polisę i wrócimy. To i tak mała cena za to, że jego matka nie płaci cła, które jest bardzo wysokie. Robią tak od kilku lat, czasem to ona jechała, a czasem pracownik…

– Kiedy wrócicie?

– Najpóźniej za tydzień. Przecież pojutrze i tak jedziesz do Lublina.

– No właśnie, to miał być nasz ostatni wspólny weekend przed moimi studiami…

– Wiem…

Jedziemy w ciszy. Wciąż zastanawiam się, czy dobrze robię. Czy nie stracę jej w ten sposób? Michał przynajmniej nie miał tego problemu, bo aktualnie nie miał żadnej dziewczyny. Ale on nie narzekał na powodzenie, czemu zawsze się dziwiłem i trochę mu tego zazdrościłem. Z reguły miał zawsze jakąś fajną laskę, głównie z kieleckiego plastyka, czyli szkoły, gdzie chodziły najfajniejsze dziewczyny w mieście. Tak, ja też miałem chodzić do tej szkoły, nawet zdałem egzaminy, ale potem wybrałem… zawodówkę. Może ciężko to zrozumieć, ale to było kilka lat temu i nic nie zapowiadało końca komuny. Chciałem mieć jak najszybciej z głowy tak zwany obowiązek szkolny i więcej czasu na muzykę. A potem poszedłem dodatkowo do szkoły muzycznej. To była moja główna pasja, rysowanie i malowanie skończyło się na podstawówce, gdzie byłem dyżurnym rysownikiem klasy, a nawet szkoły. No a potem przerwałem zawodówkę i poszedłem do liceum wieczorowego. I było dobrze, ale wówczas poznałem dziewczynę z Warszawy, pomyślałem, że przeprowadzę się tam, znajdę szkołę i założę jakąś kapelę, bo przecież tu u nas nikt nigdy nie przebił się z muzyką. Koniec końców nic z tego nie wyszło i po paru miesiącach wróciłem do Kielc, tracąc kolejny rok nauki, którą w końcu i tak rzuciłem na dobre.

Michał z kolei bardzo chce zostać malarzem, ale wyrzucili go z plastyka już po pierwszym czy drugim roku, bo nie chodził na zajęcia. Malowania jednak nie przerwał, zajmowało mu to każdą wolną chwilę i rzeczywiście robił postępy. W sumie to jest może nawet lepszy niż większość uczniów plastyka. A więc to nas łączyło, wspólna pasja, którą chcemy realizować poza systemem szkolnym, co w naszym wieku od razu stygmatyzuje nas jako leni i kombinatorów albo zwykłych nieuków. A tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Chcemy się rozwijać szybciej niż w szkole, gdzie, jak wiadomo, uczy się wielu niepotrzebnych rzeczy. No, może też za bardzo wciągają nas imprezy, to swoją drogą.

Wciąż marzę o tym, by grać i z tego żyć. Ale nie ćwiczę już na instrumentach tyle co kiedyś. Bardziej kombinuję z nowymi stylami muzycznymi, chcę być prekursorem nowych gatunków w Polsce. W zeszłym roku był to rap, ale to nie wypaliło. Teraz szukam nowych pomysłów. Dlatego taki wyjazd byłby super pod względem inspiracji. Polska to wciąż jednak zaścianek i wiele rzeczy dociera do nas z dużym opóźnieniem. Tam posłuchanie zwykłego radia już otwiera głowę. U nas lecą wciąż stare kawałki z lat osiemdziesiątych.

Zastanawiam się, czy Michał mówił serio. A może to jakiś żart? Albo wypije za chwilę dwa piwa przy ognisku i rozmyśli się w ostatniej chwili. Bo wiadomo, że miałby przechlapane u starych na długo. Matka pożycza mu ten samochód, tyle że tu, na miejscu, raczej nie powierzyłaby mu auta na tak długi wyjazd. To ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę.

Znów patrzę na Izę i chcę nawet coś powiedzieć, jakoś ją pocieszyć, ale wyczuwam, że to nie jest dobry moment. Nieraz już się kłóciliśmy o moich kumpli i o ich zły wpływ na mnie. Według niej bez nich radziłbym sobie dużo lepiej, może wróciłbym szybko na dobrą drogę, a oni… wiadomo. Co jeden to lepszy. Bo przecież zostanie muzykiem czy malarzem to jest jakaś mrzonka, poza tym trudno z tego wyżyć. I w ogóle po co to robić. Moi kumple są z zupełnie innego świata niż jej koleżanki z osiedla domków jednorodzinnych. Wszystkie są po najlepszych liceach w Kielcach i obecnie zaczynają studia. Ale nie zawsze tak było. Iza wychowała się na jednej z gorszych dzielnic w Kielcach, może dlatego wyczuwała cwaniactwo niektórych moich kumpli. A jej rodzice z kolei mieli nosa do biznesu. W połowie lat osiemdziesiątych zaczęli handlować to tym, to tamtym, potem otworzyli sklepy, najpierw spożywczy, potem AGD, i przenieśli się do lepszej dzielnicy, do sporego bliźniaka. A ja całe życie w bloku, na 37 metrach kwadratowych z rodzicami, którzy nie byli beneficjentami ani poprzedniego ustroju, ani nowego. Luksusem był kilkuletni maluch, którego, odkąd ojciec był na wcześniejszej emeryturze i nie jeździł do pracy, katowałem bez skrupułów. Mogłem dalej pomieszkiwać w domu, choć często nocowałem u kumpli. Mogłem też używać malucha, tylko nie mogłem i w sumie nie chciałem liczyć na ich kasę. Raz, że nie mieli jej w nadmiarze, a dwa, taka była nasza niepisana umowa.

Przerwałem szkołę, więc żyję jakby na swój rachunek, co oznacza, że jestem wciąż bez kasy: „Pusty jak bęben Rolling Stonesów”, jak mawia Złoty, jeden z moich najlepszych przyjaciół. Ktoś tam naleje mi parę litrów paliwa, bo chce, bym go gdzieś podwiózł, inny postawi piwo czy pizzę w naszym ulubionym, zresztą chyba jedynym sensownym, pubie w mieście.

Tymczasem pragnę wyrwać się z tego szarego świata choć na chwilę. W czerwcu na kilka dni pojechaliśmy maluszkiem do Pragi. Było super. W porównaniu do Warszawy czy Krakowa Praga jest już niemal w Europie. Widać to było nawet na ulicach, gdzie jest bardziej kolorowo niż u nas, no i w schronisku młodzieżowym, gdzie byli ludzie z całego świata, czasem dość dziwni, jak ten polski Australijczyk ze złamaną ręką, który nie wychodził ze swojego górnego koja, pił piwo non stop i rzucał pustymi butelkami w Anglików, twierdząc, że nienawidzi ich od dziecka.

Wieczorami imprezy w praskich klubach gdzie grano muzykę raggamuffin, gwiazdą był DJ Burama D z Senegalu, rzecz nie do pomyślenia nawet w Warszawie, a co dopiero w Kielcach. U nas dalej ktoś, kto się wyróżniał wyglądem, jak choćby my, był pod ścisłą obserwacją. Jakiś rok czy dwa lata temu pojawiło się u nas sporo różnych cwaniaczków, pseudogangsterów, dresiarzy, strach było chodzić po ulicach wieczorem. Dodatkowo zjawiali się skini, i choć znaliśmy się z widzenia, i jakoś nas tolerowali, to jednak nie był to rozwojowy klimat, wręcz przeciwnie. Dlatego po podróży do Czech zrodził się plan wyjazdu do Francji. Nawet zaczęliśmy wkuwać samodzielnie, angielski, a ja dodatkowo francuski. Z tym pierwszym pomagała mi Iza, przyszła nauczycielka tego języka. Z naszego środowiska chyba tylko my dwaj przykładaliśmy się do nauki języków.

W końcu niemal w milczeniu przyjeżdżamy do mnie do domu. Od razu idziemy do mojego pokoju. Szukam paszportu i zaczynam pakować plecak. Wchodzi mama.

– Zjecie coś?

– Teraz nie, już jedliśmy.

– Wyjeżdżacie gdzieś?

– Tylko ja jadę.

– A gdzie?

– Do Francji. Na chwilę.

Zatyka ją, ale tylko na moment, w końcu to nie pierwszy mój wyjazd w ostatnim czasie.

– Ale samochód się psuje ostatnio… Nie jedź.

– Jedziemy samochodem mamy Michała, musimy go tam odstawić.

– Ale w tej chwili? Jest po dziesiątej.

– Tak. Pojutrze kończy się ubezpieczenie, które trzeba odnowić właśnie we Francji – recytuję oklepaną już formułkę.

Jeszcze raz sprawdzam, czy mam paszport, kartę schronisk młodzieżowych, słowniczek i rozmówki polsko-francuskie. To najważniejsze. Oni, to znaczy Francuzi, jak już miałem okazję się przekonać, nie lubili języka angielskiego. Poza tym naprawdę podoba mi się francuski. Powinienem wziąć też oczywiście jakieś pieniądze ale… nie mam. To już jednak ustaliłem z Michałem wcześniej. Ja będę jakby przewodnikiem, managerem naszej podróży a on sponsorem. Moja wiedza, znajomość Francji, odrobiny języka i doświadczenie to mój wkład.

Podczas gdy ja się pakuję, Iza siedzi w moim pokoju i w ciszy pije herbatę. Widać, że dalej jest zaskoczona tą nagłą zmianą planów. Ja natomiast jestem podekscytowany, ale oczywiście staram się tego nie okazywać. Tylko czy Michał naprawdę przyjedzie? Ledwo o tym myślę, słyszę dzwonek do drzwi.

Michał stoi w nich nieco zdyszany i już po jego przerażonej twarzy widzę, że nasz wyjazd nie jest żartem.

– Gotowy? – pyta, ściszając głos. Ma rozbiegany wzrok. – Dobry wieczór. – Dostrzega moją mamę i wchodzi do mnie do pokoju. Iza idzie do łazienki. – Musimy się spieszyć, powiedziałem matce, że jadę do Buska do koleżanki po jakieś książki do szkoły i że zamierzam u niej się uczyć do późna. Więc do rana mamy czas, by przekroczyć granicę. – Michał kończy swój wywód bardzo cicho.

Wiadomo, moja matka też nic nie może wiedzieć.

Żegnam się z nią chwilę później i we trójkę odwozimy Izę do domu. Tymczasowo jadę na pace, gdyż peugeot 205 jest dwudrzwiowym autem dostawczym, czego jakoś wcześniej nie zauważyłem. Siedzę lekko skulony obok namiotu Michała, dwóch karimat, śpiworów, jakiś dwóch czy trzech butelek wódki, naszych plecaków… Generalnie widać, że Michał nie miał nawet czasu posprzątać auta i jest w nim jeszcze kilka rzeczy jego matki.

Pożegnanie z Izą nie jest fajne. „No to cześć, cześć. Zadzwoń albo napisz jak będziesz na miejscu…“. I tyle. Nie tak miał wyglądać ten weekend. Ale chwilę później już o tym nie myślę. Zajmuję miejsce obok Michała, a on rusza szybko spod domu Izy. Prawdziwe zachodnie auto, diesel, silnik tylko litrowy, ale za to z turbiną. To i tak gigant przy maluchu, dynamiczny, a przy tym oszczędny. Pali ze cztery litry na sto, a ropa przecież jest dwa razy tańsza od benzyny.

– To jak jedziemy, przez Czechy? – pyta Michał, kiedy jesteśmy już na wylotówce z miasta.

– Nie, przez Niemcy. Trochę dalej, ale dwie granice mniej. Poza tym dłużej jedzie się przez Polskę, więc będzie taniej – mówię. Chociaż z drugiej strony drogi są u nas dużo gorsze niż w sąsiednich Czechach.

– Czyli jak mam jechać? – dopytuje Michał.

– Na Białogonie odbijasz w prawo, a potem cię pokieruję.

Z Kielc to chyba najgorszy kierunek, niby na zachód, a nie ma sensownej drogi. Nie znam jej dobrze, w odróżnieniu od tej do Krakowa, Warszawy, Łodzi czy nawet na Śląsk. Do Częstochowy jest tylko sto kilometrów, a jedzie się fatalnie. Cały czas trzymam mapę na kolanach i sprawdzam, jak jechać. Zdecydowałem, że będziemy kierować się prosto na zachód, najkrótszą drogą do Nancy, gdzie mieszka wujek Michała – tak na wszelki wypadek, gdyby nas mieli zatrzymać i musielibyśmy się tłumaczyć. Trasa, przynajmniej na tym etapie, ma się zgadzać. Potem oczywiście zamierzamy ruszyć na południe. Teraz mamy tylko jeden cel, kluczowy dla całego wyjazdu. Jak najszybciej, czyli najlepiej jeszcze w nocy, przekroczyć granicę z Niemcami. Tę najlepiej kontrolowaną. Jeśli nas zatrzymają polscy celnicy, to po nas. Nie wytłumaczymy, skąd dwaj gówniarze mają dobry samochód na francuskich numerach. Michał ma oryginalne dwa klucze, oczywiście dowód rejestracyjny z zieloną kartą, ale to i tak wygląda podejrzanie. Jeszcze z naszym mało poważnym wyglądem… Michał w tych swoich krótkich rudych dredach, a ja bardzo krótko wygolony po bokach. We Francji czy choćby w Niemczech już nie będziemy wyglądać dziwnie, ale tutaj jeszcze tak. W dodatku ostatnio tyle słyszało się o kradzieży samochodów na Zachodzie, jakichś kombinacjach… Na naszą korzyść działa tylko jedna rzecz. W zasadzie nikt nigdy nie próbował przemycić kradzionego zachodniego samochodu z powrotem na Zachód. Więc może nas nie skontrolują, biorąc za Francuzów. Na to właśnie liczymy.

Na wąskiej, dziurawej drodze do Częstochowy nie ma prawie nikogo… Przez jakiś czas nie rozmawiamy. Obaj zatopieni jesteśmy we własnych myślach. Czy dobrze robimy? To w końcu coś więcej niż zwykły wyjazd. Większe przegięcie, choć ostatnie dwa lata dokazywaliśmy i tak za bardzo… Ciszę przerywa Michał:

– Mam nadzieję, że moja matka nie zgłosi przynajmniej do rana mojego zaginięcia na policję. Która godzina?

– Prawie jedenasta…

– Pewnie myśli, że jestem jeszcze u dziewczyny albo że pojechałem do Kielc. Najpóźniej nad ranem musimy przekroczyć granicę. Potem już może sobie robić, co chce! – kończy z zimną satysfakcją.

Michał kieruje w skupieniu, a ja dalej rozmyślam. Jeszcze trzy godziny wcześniej nie miałem nawet zamiaru jechać dalej niż do Buska… Ale takiej propozycji podróży nie mogłem odrzucić. Przecież Michał mógł ją złożyć każdemu, ale zaufał właśnie mnie. Wiedział, że to ja mam największe doświadczenie. Celem podróży jest istotnie Nancy, gdzie mieszka ten wujek i gdzie w końcu musimy dostarczyć auto, ale wiemy, że zanim je odstawimy, możemy również pozwiedzać inne rejony kraju. Nie tylko możemy. Wręcz musimy! Zwłaszcza południe. Morze Śródziemne, Lazurowe Wybrzeże i tak dalej. Taka okazja już się nie powtórzy. Ale na razie nawet o tym nie rozmawiamy. Dopóki nie przekroczymy pierwszej granicy, wszelkie plany i marzenia nie mają większego sensu.

Za Opolem czuję się już nieco zmęczony i chyba zasypiam, bo nagle budzi mnie mocne szarpnięcie i pisk opon. Otwieram oczy i patrzę na Michała, który jest przerażony. Zatrzymuje samochód na poboczu i głośno oddycha.

– Co się stało? – Rozglądam się na boki, ale panuje kompletna ciemność i cisza.

– Jakiś pijak nieoświetloną syrenką mi wyjechał, ledwo go zauważyłem… W dodatku nie wiem, czy dobrze jedziemy.

Ruszamy powoli przed siebie. Po chwili zjawia się zielona tablica z nazwą „Brzeg”. Tak, jest na mapie przed Wrocławiem. Już niedaleko do granicy.

Jakąś godzinę później jesteśmy we Wrocławiu, zmęczeni i bardzo głodni. Koło dworca znajdujemy jakiś barek, jemy to, co jest dostępne – obrzydliwe parówki z wody i czerstwą bułkę. W sumie najlepsza z tego jest musztarda. Pytamy, gdzie można wymienić złotówki na marki o tej porze. Mówią nam, że w kasynie hotelowym, powinno być jeszcze czynne. Rzeczywiście. Jakiś miejscowy cinkciarz, a przy okazji całkiem sympatyczny Cygan, sprzedaje nam kilkaset marek po dobrym kursie. Sprawdzamy po trzy razy, czy aby nie są fałszywe, ale wygląda na to, że nie.

Ruszamy dalej, w stronę granicy. Michał wciąż nie chce oddać mi kierownicy.

– Dajesz radę jakoś? – zapytałem. To w końcu ponad czterysta kilometrów po polskich drogach.

– Tak, lepiej, żebym to ja w Polsce kierował – odpowiada.

Mamy tylko jeden problem – ropa. Jak nie będzie na ostatniej stacji w Polsce, to kicha. Czasem brakuje, ale częściej benzyny. Albo stacja może być w nocy zamknięta, we Wrocławiu mogliśmy czegoś poszukać, cholera.

Na szczęście znajdujemy czynną stację, może dlatego, że to międzynarodowa trasa, już blisko granicy. Nasze paliwo jest trzy, cztery razy tańsze niż na Zachodzie.

Około piątej nad ranem jesteśmy na przejściu. Wokół jeszcze ciemno. To nawet lepiej. Nie ma dużego ruchu. Kilka samochodów przed nami, odprawa idzie szybko. Nadchodzi decydująca chwila. Czy nas przepuszczą? Kładziemy paszporty na desce rozdzielczej nad kierownicą, lecz tak, by nie było widać orzełków. Poprzednie auto na niemieckich numerach przejeżdża bez kontroli. Teraz kolej na nas. Za chwilę wszystko będzie jasne.

Michał zwalnia i powoli uchyla okno. Próbujemy zachować zimną krew. Polski celnik patrzy kątem oka na nasze tablice, odwraca wzrok i macha ręką, że możemy jechać…

Czuję szybkie bicie serca.

– Zajebiście – szepnąłem. – Jeszcze tylko ten drugi, czyli Niemiec…

Ale po niemieckiej stronie nie ma już nikogo.

Jakiś czas jedziemy jeszcze nie za szybko, aż w końcu Michał przyspiesza do dozwolonej prędkości. Patrzymy na siebie z wyrazem triumfu na twarzach.

– Udało się!

BUNDESREPUBLIK DEUTSCHLAND

Dojeżdżamy do najbliższego parkingu i Michał prosi w końcu, bym go zmienił. Choć prawie nie spałem przez całą noc, mam mnóstwo energii. Oto rozpoczyna się nasza wielka przygoda. Zapewniłem już wcześniej Michała, że znam małe przejście graniczne między Niemcami a Francją w Saarbrücken, mniej więcej na wysokości Nancy, gdzie na pewno nie ma kontroli, bo jest tam tak zwany mały ruch graniczny. Sprawdziłem to w zeszłym roku zupełnie przypadkiem. Zajechaliśmy wówczas do miasta, by wymienić pieniądze i „niechcący” przekroczyliśmy granicę francuską. Teraz zrobimy tak samo. To jeszcze jakieś osiemset kilometrów, ale po niemieckich drogach to pestka.

Ruszam. Michał zasypia w sekundę. Samochód prowadzi się wspaniale, jest szybki i zrywny. Nie ma porównania do topornego malucha. Jeśli zaś chodzi o drogi, to wcale nie jest tak różowo… Okazuje się, że była NRD jest jednym wielkim placem budowy.

Po jakichś dwóch godzinach widzę po raz pierwszy dawną granicę Niemiec Wschodnich i Zachodnich. Pustą, wymarłą. A jeszcze dwa lata temu była to niemal granica życia i śmierci. Dosłownie. Wielu ludzi zginęło, próbując ją przekroczyć, no, może częściej w Berlinie czy Czechach, niemniej była to najsilniej strzeżona granica między Wschodem a Zachodem. Żelazna kurtyna, która przez większość mojego życia oddzielała nas od wolnego, prawdziwego, kolorowego świata, a dziś stoi dla nas otworem.

Przejście wygląda teraz na porzucone.

Jesteśmy na prawdziwym Zachodzie. Dopiero tutaj droga wyraźnie się poprawia, pojawiają się lepsze stacje benzynowe i samochody. Zatrzymuję się w końcu na jakiejś dużej stacji, budzę Michała, bierzemy kawę, jemy hot dogi. Proponuję, by zatankować tylko kilka litrów, z tego co pamiętałem, diesel tańszy jest we Francji, paliwa spokojnie powinno wystarczyć do granicy francuskiej. Ruszamy więc dalej. Tu można już nieco docisnąć. Mnie wciąż trzyma adrenalina i radość z jazdy normalnym samochodem. Jeszcze rok temu na tej samej trasie tłukłem się maluchem. Wstyd i męka. Nawet stare tiry mnie wyprzedzały. A teraz luksus. Sto trzydzieści i nie trzęsie. I można wyprzedzać pod górę. Przez cały ten czas nie wspominamy, ani razu o tym, co będzie, gdy nam się uda przekroczyć granicę. Wszystko, by nie zapeszyć. Bo zawsze jest ryzyko, że nas skontrolują, nie wpuszczą.

Późnym popołudniem dojeżdżamy wreszcie do Saarbrücken. Zjeżdżam z autostrady do miasta znaną mi już drogą. Za kierownicą zmienia mnie Michał, to na wypadek, gdyby nas jednak skontrolowali. Poza tym ja już naprawdę padam na twarz, a on spał przez większość drogi w Niemczech. Teraz muszę odnaleźć to samo lokalne przejście.

– OK, to chyba tutaj, skręć w prawo – mówię Michałowi.

Drogowskaz pokazuje miasto Metz we Francji. I rzeczywiście. Jest to samo przejście co wtedy, tyle że teraz… jest kontrola!

Michał patrzy na mnie z przerażeniem.

– Kurwa, przysięgam ci, że rok temu nie było…

– To spierdalajmy stąd…

– Nie, za późno! Jedź jak wszyscy. Jeśli tak zrobimy, to zwrócimy na siebie uwagę.

Nie dość, że jest kontrola, to jeszcze sporo samochodów. Może dlatego, że to już wrzesień? Rok temu, w połowie sierpnia, było pusto. Po chwili zauważam, że niektóre samochody francuskie przejeżdżają bez kontroli. Te z rejestracją 54, 55 i, zdaje się, 57 na końcu.

– Michał, jakie my mamy numery? – pytam.

– No… francuskie – odpowiada cicho, pewnie myśląc już o policji i telefonie do Polski.

– Ale konkretnie?

– Nie wiem! – Jest już wyraźnie zdenerwowany.

– A gdzie masz dowód rejestracyjny?

– W schowku.

Szybko sięgam po dokument, bo coś mi się zdaje, że mamy podobne cyfry na końcu jak większość samochodów tutaj. Znajduję go wreszcie i uśmiecham się triumfalnie.

– Będzie dobrze. Zobaczysz. Nawet nie wyciągajmy paszportów. Jedź powoli i nie patrz specjalnie na celnika. Jesteśmy u siebie…

– Jak to?

Już nie odpowiadam, bo mamy otwartą szybę, jesteśmy tak blisko celnika, że mógłby usłyszeć, że nie mówimy po francusku. Chwila strachu i… jesteśmy po drugiej stronie granicy.

Dopiero wtedy kończę zdanie:

– Chyba mamy rejestrację z Nancy, czyli z tej okolicy, 54, a tych wpuszczają bez sprawdzania…

Jesteśmy we Francji. Cel osiągnięty! W tym momencie spadł nam poziom adrenaliny i czuję się naprawdę bardzo zmęczony.

RÉPUBLIQUE FRANÇAISE

Skręcamy w lokalną drogę w kierunku Nancy. Tędy jest bliżej niż przez Metz. Już wieczór, a my mamy za sobą prawie półtora tysiąca kilometrów i nieprzespaną noc. Wjeżdżamy na pierwsze oznakowane pole namiotowe, po lewej stronie drogi, jakby lekko pod górę. Nie wygląda jakoś szczególnie, ale prawdę mówiąc, wisi nam to. Jesteśmy padnięci.

Facet z recepcji pokazuje nam miejsce pod drzewem i notuje nasz numer rejestracyjny.

Michał szuka franków, by zapłacić.

– Demain, demain, sans problem!

To akurat rozumiem. Możemy zapłacić jutro, nie ma problemu. Szybko rozkładamy namiot. Nie możemy tylko wbić naszych polskich śledzi w kamienistą francuską ziemię. Może jesteśmy zbyt zmęczeni. Na szczęście mamy też szpilki, ale tylko kilka, więc wbijamy i przypinamy co drugą czy trzecią linkę. Namiot ledwo stoi, ale nam jest wszystko jedno. Choć jeszcze nie zapadł zmrok, kładziemy się na karimatach, w ubraniach, i zasypiamy w sekundę.

Wczesnym rankiem męczę się z jakimś koszmarem, wydaje mi się, że się duszę, że nie mogę się ruszyć…

Wrażenie jest tak silne, że po chwili budzę się, otwieram oczy i… dalej nic nie widzę. Co gorsze, coś mnie jakby przygniata, nie mogę za się ruszyć. Unoszę głowę i uderzam w coś twardego.

Michał też się budzi i zaczynamy się szarpać z jakimś materiałem. Po chwili widzimy wyjście z tego tunelu – światło dnia. Uff, w końcu jesteśmy wolni i oddychamy świeżym powietrzem. Okazało się, że nasz namiot w nocy całkiem się zawalił. Wszystkie linki puściły. Musiało to komicznie wyglądać z zewnątrz. Chociaż jak na razie wszyscy, łącznie z kierownikiem pola, śpią.

Patrzę na zegarek, nie ma jeszcze siódmej. Idziemy się umyć. Wracamy i szybko zwijamy namiot. W recepcji pola wciąż nie ma nikogo. Patrzymy na siebie: pierwszy nocleg gratis: Vive la France!

Jest piękny, słoneczny poranek. Wyjeżdżamy na główną drogę. Choć lokalna, jest świetnie utrzymana, lekko wije się to w lewo, to w prawo pośród niewielkich pagórków. Prowadzi mi się świetnie, prawie nie ma ruchu. Mijamy zadbane miasteczka. Zapowiada się bezchmurny, ciepły, a nawet upalny dzień. We Francji druga połowa września to przecież jeszcze prawdziwe lato. Dokąd teraz? Widzimy przed sobą znak: „Nancy 30 km”. No właśnie. Dopiero teraz możemy cokolwiek planować, bo przecież nie oddamy wujkowi tak po prostu samochodu. Nie po to ten cały stres, ucieczka, jazda non stop ponad tysiąc kilometrów…

– I tak będę miał przejebane – stwierdza Michał – więc przynajmniej niech na to zasłużę, jedźmy gdzieś dalej…

Pojawia się tylko jeden mały problem: od jakiegoś czasu świeci się nam rezerwa. Nie ma wyjścia, musimy zatankować właśnie w… Nancy, czyli w miejscu, od którego powinniśmy się trzymać jak najdalej, jeśli chcemy jeszcze trochę pojeździć. Pewnie pierwsze, co mama Michała zrobiła, to zadzwoniła tutaj i może wujek już patroluje okolicę. Jedyna nadzieja, że nie zgłosił tego jeszcze policji. Liczymy na to, że stacja będzie gdzieś przy obwodnicy, i rzeczywiście tak jest. Zatrzymujemy się tam i okazuje się, że Michał ma franki, które, zdaje się, też „pożyczył” od rodziców. Tankujemy, kupujemy bagietki, małe plastikowe pojemniki z dżemem i sok pomarańczowy. Parząc na nasz i na pozostałe samochody, widzę sporą różnicę. Nie chodzi o markę, tablice ani bałagan. Brud. W Polsce wszędzie jest błoto i kurz, nawet latem. Widok czystego samochodu jest wyjątkiem, zresztą – czysty może być najwyżej przez godzinę czy dwie. Tu przeciwnie, zakurzony jest tylko nasz. Nie będziemy wydawać kasy na myjnię, wiadomo, ale mam inny pomysł. Znajduję jakiś stary ręcznik na naszej pace, idę do toalety, moczę go i przecieram najpierw szyby, a potem resztę. Po paru minutach auto wygląda dużo lepiej. Przy okazji też czyścimy lekko brudne buty, kolejny nasz znak rozpoznawczy. Jeśli wejdziesz między wrony… Wiadomo. To ważne, byśmy nie rzucali się w oczy, wtopili się w otoczenie. Przecież tu też nas mogą zatrzymać i odesłać do wujka. No właśnie, czas się stąd ruszyć. Postanawiamy zjeść gdzieś dalej od Nancy.

Dopiero po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy na drogę lokalną, by zjeść w spokoju i nie płacić za autostradę, nie spieszy nam się przecież. Po chwili znajdujemy się na drodze lokalnej o idealnie równej nawierzchni. W Polsce nie ma chyba ani jednego metra takiej drogi. Zjeżdżamy w stronę przydrożnego parkingu na śniadanie. Jest pięknie. Francuska wieś, malowniczy, lekko pagórkowaty krajobraz, schludne, zadbane gospodarstwa, odmalowane domy, nowe czerwone dachówki. W zasadzie wszystkie budynki wyglądają jak jakieś hoteliki czy pensjonaty… U nas wieś przedstawiała raczej żałosny widok, nie wspominając o zapachu. Patrzymy na to wszystko bez słowa. Tyle mówi się u nas o wyjątkowym smaku polskiego chleba, ale ta bagietka smakuje mi jak nic przedtem. Może dlatego, że jesteśmy bardzo głodni.

– To gdzie jedziemy? – pyta Michał.

– Do Lyonu. – Wyrzucam puste plastikowe pojemniki po dżemie i butelkę po soku. – Dość dobrze znam to miasto.

– A nie Paryż? – Michał patrzy na mnie uważnie.

No tak, oczywiście. Naczytał się o Montmartre, Montparnasse i pewnie chciałby je zobaczyć.

– Wiesz co, to już nie jest takie miasto jak z książek o bohemie. Byłem na tych wzgórzach. Są ładnie położone, ale i tak nic nie widzisz, bo pełno turystów i tych wszystkich, co chcą na nich zarobić: malarzy czy raczej pacykarzy sprzedających landszafty, jakieś słabe kopie van Gogha, Modiglianiego czy Picassa. Nasza Floriańska przy Barbakanie to jest pikuś. Ewentualnie w powrotnej drodze możemy zahaczyć o Paryż…

Michał wygląda na lekko zmartwionego.

– Lepiej jechać tam, gdzie oni wszyscy jeździli właśnie o tej porze roku, czyli wiesz… na Lazurowe Wybrzeże, do Prowansji. A na pierwszy strzał Lyon. Jest super, mniejszy niż Paryż, ale dużo ładniejszy. No i po drodze na południe. Tam znajdziemy schronisko, odpoczniemy i zastanowimy się co dalej – kończę mój długi wywód.

Znów ruszamy przed siebie. Tym razem naszym celem jest kantor wymiany walut, czy jak się to tutaj nazywa. Przejeżdżając przez kolejne miasteczko, postanawiamy się zatrzymać. Nie jestem wtajemniczony w sprawy finansowe, to domena Michała, ale domyślam się, że ma przede wszystkim dolary i nawet domyślam się skąd. Tak jak samochód jest mamy, tak dolary taty. Jego ojciec jest biznesmenem. To całkiem nowy zawód w Polsce. Nikt do końca nie wie, na czym polega, po trochu na wszystkim: handel, import, eksport, produkcja, ale pewne jest jedno: biznesmen ma kupę pieniędzy, i to w dobrych walutach, dolarach, markach czy funtach. Michał wyciąga z kieszeni zieloną setkę i wchodzi do banku. Po chwili wraca uśmiechnięty z dużym plikiem francuskich banknotów. Teraz dopiero można pomyśleć o jakichś zakupach: przydałyby się jednorazowe maszynki do golenia, pasta do zębów i inne rzeczy, których w pośpiechu zapomnieliśmy wziąć z domu. Dodatkowo kilka piw, bagietki, sery…

W sklepie przyjemnie pachnie, jest czysto, sprzedawca jest miły, uśmiechnięty, aż sam bez powodu zaczynam się uśmiechać do niego i innych klientów. Dziwne uczucie. U nas można zarobić w łeb za uśmiechnięcie się do kogoś obcego. Ale nie jesteśmy już w szarej i smutnej Polsce. Czuję, jak odzyskuję siły. Zachód, a zwłaszcza Francja, to jest mój narkotyk. Ten kolorowy świat pachnący kawą, bagietkami, ciastkami, perfumami… W większych miastach dochodzą inne zapachy, jak ten charakterystyczny zapach wentylacji metra, może nie najpiękniejszy, ale też uzależniający. Zapach wielkiego, prawdziwego świata. To jest kraina kolorów, różnorodności. Świat bez błota, kurzu, pyłu, choć czasem na bocznej uliczce walają się jakieś śmieci, ale najczęściej są to tekturowe czy drewniane opakowania po owocach na tyłach sklepów, też przeważnie kolorowe. To świat uśmiechniętych, pogodnych, pomocnych i przyjaznych ludzi. Bez zakazanych, smutnych, złych, agresywnych twarzy, pijaków leżących w każdej zaszczanej, brudnej bramie. Przed tym uciekałem dwa lata temu, w zeszłym roku i teraz. Przed smrodem z podwórek w centrum, zbutwiałych schodów i wiecznie wilgotnej cegły. I przede wszystkim wszechobecnej agresji skierowanej przeciw każdemu, kto się w jakiś sposób wyróżnia. Kto chce być inny. Tak jak ja i Michał.

Na szczęście u nas w mieście nikt nam nie robił problemów, ale sama atmosfera wystarczyła, by złapać porządnego doła. Tu wszytko mija jak ręką odjął.

Stoimy przed samochodem, rozkładam na masce silnika wielką mapę Europy Zachodniej, która, odkąd pamiętam, jeździła jako wyposażenie samochodu mamy Michała. Do Lyonu jest jeszcze jakieś trzysta kilometrów z kawałkiem. Późnym popołudniem powinniśmy już tam być.

Ruszamy. Tym razem znów ja kieruję. Z tą doskonałą znajomością Lyonu to trochę przesadzam. Byłem tam maksimum dwie godziny, przejazdem. Ale być – byłem i to była właśnie moja przewaga nad Michałem.

Jakieś sto kilometrów przed Lyonem, na przydrożnym parkingu robimy sobie przerwę na kawę, która tu, na zwykłej stacji, smakuje lepiej niż w najlepszej kieleckiej czy nawet krakowskiej knajpie. I to wszystko w pełnym słońcu, jest chyba ponad 25 stopni. Lato! Cały czas mamy włączone radio, które nadaje świetną nową muzykę, francuski rap, jak znany mi już MC Solaar, ale oprócz niego jeszcze dziesiątki innych oryginalnych piosenek. To też jest niesamowite, jakże inne od smutnego polskiego radia, gdzie wciąż królowały „hymny” w rodzaju Przeżyj to sam czy Autobiografii, może i dobre piosenki, ale ileż można, przecież mają już swoje lata i teraz nadają się tylko do podcinania sobie żył.